Szare istnienie #95

Szare istnienie #95

Przepraszam, że tak krótko, w nastepnej Wam to wynagrodzę.

Laura siedziała i uważnie obserwowała ukochanego, gdyż upłynęły już dwie minuty, a on nadal nie odpowiedział na jej pytanie, skrzywiał tylko usta w ironicznej radości. Nie zapytała ponownie, doskonale wiedziała, co oznacza ta mina. Nie musiała jednak snuć domysłów, bo chłopak nagle wymruczał, a raczej zawarczał:
– Ty wiesz, co ona zrobiła?!  
Śmiech się nasilił, lecz było w nim tyle gorzkości i niedowierzania, że gdyby można było ją dostrzec, zapewne wypełniłaby całe wnętrze pojazdu gęstą chmurą niesmacznej dezaprobaty.
Dziewczyna nic nie zrozumiała, nie odezwała się więc, spojrzała tylko na ukochanego, który nadal gapił się przed siebie. Wyglądał bardzo unikatowo – jak wściekły demon, a jednocześnie płochliwy, zagubiony człowieczek, zachowujący się jak pozostawiony gdzieś w lesie, mały piesek.
– Odkupiła od starego knajpę – sprostował w końcu. – No kur… – znów zarechotał, palącym wręcz w uszy, zrezygnowanym śmiechem. – Nie wierzę, rozumiesz? To już do tego doszło? Na bank znowu się pokłócili, bo matka, jak to MOJA MATKA (fuknął, dając odpowiedni nacisk na: "moja matka”), uparła się i chciała dać mu pieniądze… celowo, W GOTÓWCE, żeby pokazać, co czego doprowadził. Dumny hrabia oczywiście ich nie wziął, przelała mu je więc na konto. Uwierzysz? Wkurzył się na nią za jej wyskok, wyjeżdżając z pretensjami: że przecież są małżeństwem i że nie musi pokazywać, co to nie ona. Stara kompletnie olała jego żale i kazała oddać klucze od lokalu. I jestem pewien, że to na pewno nie koniec, że powiedziała mu o wiele, wiele więcej. To byłoby w jej stylu, czasami, zwłaszcza, jak ktoś zalezie jej za skórę, potrafi być naprawdę wredną su…
Nie dokończył, wyszczerzył się tylko, swoim wyrazem twarzy odzwierciedlając wielką dumę z rodzicielki.
Laura grzecznie wysłuchała monologu, lecz nie wiedziała, co mu powiedzieć. Kompletnie ją zaskoczył, poza tym jego mina nie popychała ją absolutnie w stronę rozmowy.
– Na co masz ochotę? – zapytał, spojrzawszy w końcu w jej stronę.
– Przecież masz jechać do mamy.
– Nie wiem, myślę, że może jednak będzie lepiej, jak pojadę jutro. Nie mam nastroju żeby się z nią kłócić, a jest bardzo prawdopodobne, że gadka nie będzie miła. Nie podoba mi się to, co zrobiła, choć z drugiej strony fajnie wiedzieć, że ktoś stoi jeszcze po mojej stronie. I może to i dobrze, że mu w końcu pojechała, koleś za bardzo się panoszy, a mnie, jakby nie było, nadal męczy ta cholerna restauracja.
– To w czym problem? Chciała ci pomóc, powinieneś to docenić. I dasz pracę Mattowi – mruknęła dziewczyna, zaszczycając go leniwym, wymuszonym uśmiechem. O sobie nie zamierzała wspominać, choć wiedziała, że nie zapomniał.
– Masz rację, ale nie uważasz, że mimo wszystko najpierw powinna ze mną pogadać?
Laura tylko wzruszyła ramionami, nie wiedziała, co mu doradzić, poza tym nie lubiła wtrącać się w nieswoje sprawy, o czym doskonale powinien wiedzieć i nie zmuszać jej do tej rozmowy.
– Co zjesz? – ponowił pytanie widząc, że ucieka od tematu.
– Nie wiem, jest gorąco. Może coś lekkiego?
– Chińszczyzna?! – zapiał głośno, a na jego na twarz w okamgnieniu wypłynęła entuzjastyczna, mówiąca tyle samo, co: "uwielbiam chińszczyznę”, mina.
– Tak, tego jeszcze z twojej ręki nie jadłam.
– Lubisz ryzyko, co? – uśmiechnął się łobuzersko.  
Laura ubóstwiała ten uśmiech, gdyż zawsze, jak miała nawet najbardziej wisielczy humor, potrafił on wymusić w niej ździebko nieco pozytywniejszego nastawienia do świata, choć bywało czasem, że dodając do niego swój niekiedy aż nazbyt bezczelny sarkazm, potrafił ją tym nieźle wkurwić.
Pytanie było kompletnie niezrozumiałe, przemilczała je więc.  
– Robiłem ją tylko dwa razy w życiu, zazwyczaj jadałem w knajpach. Uważam, że Azjaci robią to o wiele lepiej, niż ja, dlatego pytam – wyjaśnił, ani na moment nie zmieniając swojej maniery.
– Dasz radę – uśmiechnęła się, nabrawszy już wielkiej ochoty na to danie.
– Pomożesz mi – rzucił cwaniacko, celowo wgapiając się w dziewczynę, jak w obraz.  
Chyba jednak lubił ją zaczepiać.
– Oczywiście – odparła majestatycznie.
Od razu wywołała kolejną falę szczęścia u chłopaka, gdyż jej warga nawet nie drgnęła, w na twarzy malowało się zabawne, sędziowskie spojrzenie. Zatrzymał auto pod maleńkim, chińskim sklepikiem, wysiadł, zatrzasnął drzwi i wsadził nos w uchylone okno.
– To super, pokroisz chilli – wznowił zaczepki. – Mam nadzieję, że dostanę tą najostrzejszą – dodał prowokacyjnie, nie zdążyła jednak odpyskować, gdyż szybko uciekł.
"I po co ta ściema?” – uśmiechnęła się pod nosem. Humor powoli jej się poprawiał, aczkolwiek o Emmie nawet na chwilę nie zapomniała, o siedzącym na tylnym siedzeniu kumplu także. Odwróciła się – drzemał grzecznie ze zwieszoną głową, chyba i jemu panujący na zewnątrz zaduch nieźle dawał się we znaki. Zerknęła na zegarek – 16:33 i ponownie wybrała oba numery przyjaciółki, lecz kolejny raz się zawiodła, albo może raczej nie zawiodła – tym razem miała już świadomość, że dzwoni bezsensownie. Zrobiła to jednak, łudząc się: "a może…?”. Odłożyła komórkę i spojrzała w stronę sklepu – Frank właśnie zamykał drzwi od zewnątrz, szybko poradził sobie z zaopatrzeniem się w odpowiednie produkty.
– Trzymaj, na tylnym siedzeniu raczej nie będzie bezpieczne – rzekł, wręczając Laurze białą reklamówkę i zaraz przekręcił kluczyk.

Dziesięć minut później byli już niedaleko jej domu.
– Może kupimy jakieś piwo? – wyjechała nagle nastolatka, trzymając przed swoim nosem w dwóch wyprostowanych palcach pięćdziesięciodolarowy banknot.
Spojrzał na nią, zdziwiony. Gapiła się na niego oślim wzrokiem, operując szerokim, prowokacyjnym uśmiechem, dobrze wiedziała, jak wpłynęło na niego to pytanie.
– Mała…
– Oj, przestań już, jedno piwo… – burknęła i ciesząc się jak głupia, wcisnęła mu w dłoń pieniądze.
Widząc, że znowu się uparła i nie chcąc wywoływać kolejnej awantury, której wszczynanie przychodziło ostatnio nastolatce bez zbytniego wysiłku, ustąpił i zatrzymał się pod jej marketem.
– Nie chcę, nie ma sensu rozmieniać dla trzech piw, poza tym dostałaś je na zakupy – rzekł w kwestii banknotu i zaraz położył, a raczej rzucił go na jej nogi.
Nie naciskała. Brunet kupił wspomnianą ilość trunków i chwilę później parkował pod jej domem.
– Postaw po prawej – poprosiła dziewczyna, przypomniawszy sobie prośbę matki i otworzyła swoje drzwi.
Miko natychmiast się ożywił. Powoli wysiadła i już chciała otwierać drzwi pasażera.
– Bez smyczy? – sprzeciwił się Frank.
– Myślisz, że gdzieś pobiegnie? Przecież wiesz, że nie może beze mnie żyć – zaśmiała się i nie czekając na dalsze pouczania, wypuściła zwierzaka z samochodu.
Nie zachowała się jednak bezmyślnie, gdy tylko piesek opuścił auto, natychmiast chwyciła go za obrożę. Dokładnie pamiętała leżącego na ulicy Scrapa – nie był to miły widok.  
Miko, pomijając sumienne szturchanie nosem brunetki zachowywał się bardzo spokojnie. Laura ruszyła w stronę domu, a piesek pokornie obok. Nie ciągnął i nie szarpał, jakby wyczuwał, że Laurze coś dolega. On jednak czuła się dość dobrze, ból jej na razie nie dokuczał, a po zaaplikowanej kroplówce zawroty głowy i mdłości przeszły, jak ręką odjął.  
Chłopak wziął obie reklamówki i za chwilę byli już wewnątrz. Opanował ich przyjemny chłód korytarza. Dziewczyna puściła pieska, lecz on nadal szedł za nią, jak cień, rozglądając się na boki i obwąchując wszystko, co tylko dało się obwąchać. Zrobił się odrobinę nieufny, aczkolwiek nie wyglądał na wystraszonego, raczej na zaciekawionego.
Frank postawił zakupy na stole, a piwo schował do lodówki
– O której wraca Travis? – zapytał.
– Nie wiem, na pewno po osiemnastej – odparła, dość nieporadnie szukając czegoś w szafce.
– A matka? Mała, trochę mi głupio, no jak to wygląda? Ona tu wpadnie, a ja panoszę się po twojej kuchni.
– Kurwa! – warknęła, ignorując jego paplaninę i głośnym trzaśnięciem zamknęła szafkę, aby zaraz otworzyć drugą. – No tak, pewnie! Nie ma Scrapa, to trzeba wszystko pochować, bo przeszkadzała, jak stała tutaj! No ja p…! – warczała, wkurzona.
Chłopak patrzył na jej wzburzenie i ponownie się rozweselił, dziewczyna wyglądała bardzo pociesznie, gdy unosiła się czasem w tej swojej zupełnie nieprawdziwej, pokazowej złości.
– No i co się cieszysz? – szturchnęła go łokciem. – Zobacz na górze, ja nie mam, jak ty, dwóch metrów wzrostu – rozkazała wkurzona jego wesołością. Wiedziała, że robi to specjalnie.
– Jak wygląda? – wychichotał, wiedząc, czego szuka i otwierając dwie pierwsze szafki od lewej.
– Duża, srebrna.
– Ta? – chłopaka pokazał jej duże, metalowe naczynie.
– Tak, dzięki.
Laura nalała pieskowi wody i postawiła miskę przy lewej ścianie, obok wejścia. Miko się jednak nawet nie ruszył, leżał spokojnie pod oknem, z wywalonym językiem.
– Nie chce mu się pić? – zdziwiła się dziewczyna.
– Nie wiem…  
Przerwał im dzwonek do drzwi i Laura od razu się zaniepokoiła. Travis przecież miał klucz, podobnie matka, nie miała więc pojęcia, kto to. "EMMA!” – pomyślała nagle i szarpnięta olbrzymią nadzieją nie patrząc na to, czy się przypadkiem nie nadwyręży, jak strzała pomknęła w stronę drzwi. Migiem otworzyła i natychmiast przeszył ją zimny jak lód dreszcz, a nogi się ugięły – przed drzwiami stało dwóch młodych mężczyzn.
Zrozumiała od razu.
– Dzień dobry, komenda główna policji – rzekł niższy z nich, wystawiając przed jej nos wiszącą na jego piersi blachę. – Laura Anderson?...

1 471 czyt.
100%166
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1729 słów i 10212 znaków, zaktualizowała 7 sie 2017

Komentarze (6)

 
  • Malolata1

    Malolata1 7 sie 2017

    No, ale bardzo mi się podobało, proszę Pani Jak zwykle bez zawodu i no, humorek się poprawił

  • Malolata1

    Malolata1 7 sie 2017

    No a na mnie wciąż i wciąż narzeka, że ojeeeeeeju, takie krótkie A tu sama tak poskąpiła, że nie ma czym dzielić. Oj nieładnie, Pani nauczycielko! Będzie bite!

  • Jo

    Jo 3 sie 2017 ip:18563109

    Miałem rację! Laura teraz zgnije w pierdlu! Hahahahaha!  

  • Bonny

    Bonny 2 sie 2017 ip:7922480

    No i teraz tylko czekać, czekać na kolejną. :(

  • zaczarowanaK

    zaczarowanaK 2 sie 2017

    Ważne że w ogóle coś jest     Kochana no ale jest super