Szare istnienie #74

Szare istnienie #74Około 8:00 obudziła go pielęgniarka.
– Proszę wstać, zaraz przyjdzie lekarz, potem znów się pan położy.  
Łeb pękał w szwach, w gębie miał smak, jakby zamieniła się miejscami z dupą, do tego zaczęło napieprzać go złamane żebro, w które uderzył go samochód. W tym momencie miał ochotę zabić tą wredna laskę za to, że przerwała mu błogi, kojący sen, aczkolwiek ruszył się ciężko i usiadł na łóżku. Pielęgniarka wyszła, a on wstał i od razu dopadł do kranu, suszyło go jak nigdy dotąd. Nie zdążył się nawet dobrze napić, kiedy wszedł lekarz.
– Woda na kaca to nie jest dobry pomysł – zaśmiał się i Frank w moment wrócił na miejsce. – Polecam sok sto procent, albo całą torbę owoców, najlepiej pomarańczy – ironizował i zaraz podszedł do pacjenta. – Jak się pan czuje, poza kacem? – uśmiech wciąż tkwił na jego twarzy.  

– Dobrze.
Lekarz wziął kartę, w tym czasie pielęgniarka zmierzyła brunetowi ciśnienie i zaraz się zmyła.
– Proszę usiąść – nakazał mężczyzna i chłopak natychmiast to zrobił.
Facet wymacał jego rękę, zawinięte już żebra i stwierdził:
– Miał pan dużo szczęścia, mogło się to skończyć się o wiele gorzej. Wczoraj nie można było się z panem porozumieć, więc może dziś pan mi wyjaśni, co się stało z pana żebrami? Te urazy mają kilka dni.
– Nic takiego, to nieważne.
Lekarz nadal stał i gapił się na bruneta, wyczekując odpowiedzi.
– No dobrze, pobiłem się, ot, cała historia.  
– Pobił się pan?! – lekarz uniósł brwi, po czym westchnął głośno, machając z dezaprobata głową, co miało dać chłopakowi do zrozumienia, że kłamstwo nie przeszło, Nie kontynuował jednak tematu, tylko dodał: – dziś pana wypiszemy, ale dopiero późnym popołudniem, chyba, że chciałby pan zostać do jutra.
– Nie, wypiszę się dziś, mam pracę – poinformował brunet.
– Pracę? A gdzie pan pracuje?
– Na kuchni.
– Radziłbym wziąć ze dwa tygodnie wolnego, to złamane żebro znajduje się obok płuca, chce pan je uszkodzić i napytać sobie jeszcze większej biedy?
– Dobrze, jeśli szefowa da mi wolne, nie będę pracował – kłamał jak z nut.
– Dobrze, więc na razie wszystko, zajrzę do pana po południu i zobaczymy, jak się pan ma. Proszę zjeść śniadanie – zarządził surowo i wyszedł.
Frank spojrzał na krzesło – ciuchy leżały złożone w kostkę, wziął więc telefon i wybrał numer Davida. Ten odebrał po chwili i chłopak rzekł:
– Cześć, jesteś w pracy?
– Tak, a co?
– Jestem na oddziale ratunkowym – zaśmiał się.
– Co?! U nas?!
Frank niemal widział, jak kumpel wywala gały.
– Tak, u was.
– No kurde, stary, jaja se robisz – teraz David uderzył radością.
– Nie jaja, tylko jestem, wjebałem się pod samochód. Leżę… nie wiem, jaki numer, w jakiejś sali.
– Dobra, nie ruszaj się stamtąd, zaraz podejdę – zażartował starszy chłopak i się rozłączył.
Miał wyczucie, na korytarzu już było słychać złowieszczy w tym momencie dla 23-latka wózek z jedzeniem. Brzmiał on w tej chwili jak jakiś groźny robot, który chce go zabić. Po minucie wózek był już w sali obok, lecz brunet na samą myśl o śniadaniu najchętniej skoczyłby z okna. W tym momencie przypomniała mu się ukochana i to, jak ją zmuszał. Teraz zrozumiał… Ponownie wstał po wodę, ale nagle poszedł po rozum do głowy, wziął ze spodni kilka banknotów i po chwili miał już w dłoni dwa półlitrowe soki z automatu. Usiadł na łóżku i czekał na wyrok, który za moment został wykonany – do sali weszła grubsza babka po czterdziestce, dzierżąc przed sobą narzędzie tortur. W sekundę na szafce znalazła się taca i kobieta się ulotniła. Frank nawet bał się spojrzeć, co się na niej znajduje, lecz wiadomo: "ciekawość – rzecz ludzka”. Spojrzał na jadło – dwa plasterki szynki, trzy kromki chleba, masło tak duże, że starczyłoby co najwyżej na pół kromki i jajko sadzone – to przeraziło go najbardziej. Chwycił widelec, nakłuł i gdy tylko to zrobił, natychmiast odłożył sztuciec, uśmiechając się głupkowato. Do sali wszedł David.
– No, ładnie! – podsumował i zaraz zawisł nad kolegą. – Coś ty nawyprawiał?
– Nic, zagapiłem się i mnie puknął, dziś mnie wypiszą – tłumaczył się brunet, chyba zrobiło mu się odrobinę głupio. – Ty, weź spróbuj tego jajka, bo ja się boję. Jest wyschnięte na wiór, ile oni czasu je smażyli? Dziesięć minut? – Frank szybciutko zmienił temat, szczerząc się soczyście. – Przecież to już nie jajko, tylko tektura.
David usiadł obok.
– Wcinaj, nie jest złe, jest zajebiste – uśmiechnął się jednoznacznie.
– Dobra, zobaczmy wędlinę – rzekł brunet, ignorując jego złośliwość i uszczknął kawalątek – była dość smaczna, zrobił więc składaną kanapkę i ugryzł kawałek.
– Tak bez masełka? A jajeczko w środeczek? – drwił blondyn.
Frank spojrzał na niego spod byka, ale przemilczał.
– Jak mała? – zapytał, gdy przeżuł.
Zjedz spokojnie i zaraz pogadamy. 23-latek natychmiast odsunął od siebie rękę z posiłkiem, przeszywając kumpla piorunującym wzrokiem.
– Co się stało?! – już nabrał do głowy.
– Nic, chcę, żebyś spokojnie zjadł.  
– Mów, kurwa i mnie nie denerwuj! – ryknął.
– Wyluzuj, koleś, nic się nie dzieje, a co ma się dziać? Rano, jak wstałem, to nie spała, tłumaczyła, że do toalety. Może i tak, ale znów coś jej dokuczało, więc dałem jej tabletki, nie zastrzyk. Pogadaliśmy chwilę i uwaga!!! Zajadła całą kanapkę z łososiem! – roześmiał się triumfalnie młody lekarz.
– To dobrze – mruknął Frank, który już zjadł kanapkę. – Nie powiem, żeby to było bardzo sycące, ale to nic. Mam kaca jak cholera i już więcej nic bym nie wcisnął.
– A jajeczko? – podburzał do David.
– Spier... Pomyśl lepiej, czy nie mógłbyś mi załatwić wcześniejszego wypisu. Powiedział, że dopiero późno po południu, w chuj czasu. I tak nic mi nie jest, idź, pogadaj.
– A co ja mogę? Ja jestem na stażu, człowieku.
– Kurwa, zagadać możesz.  
– Kurwa, Frank, nie będę dyskutował z Stevensem, on jest niewzruszony, kumasz? Poza tym nie będę robił sobie lipy, żebyś wyszedł dwie, czy trzy godziny wcześniej, no kurde, człowieku! Wytrzymasz – David się zdenerwował.
– Dobra, wylu…
Zamaszyście otworzyły się drzwi i faceci natychmiast spojrzeli w ich stronę.
– Kurwa, Frank, co ty odpierdalasz?! – wyjechała Becky, wchodząc do środka.
Kumple jak jeden mąż postawili oczy w słup, a Frank aż rozdziawił gębę.
– A co ty tu robisz? – wyjąkał.
– Kur… policja nas zawiadomiła, to znaczy mnie, bo starych nie ma. Ty chyba masz naprawdę jakiś fart, bo wczoraj pojechali na jakiś bankiet i wrócą dopiero jutro, bo to gdzieś tam… daleko. Co się stało, jaki wypadek?
– Spadam, zajdę za godzinę – rzekł David i wyszedł.
– Kur… prosiłem, żeby nie zawiadamiali, że sam to zrobię, to nie, musieli po swojemu. No co za pojeby! – warknął chłopak.
– Frank, kurwa, jaki wypadek, co ty wyprawiasz?! – drążyła poddenerwowana dziewczyna widząc, że zmienia temat.
– Ciszej, tu są inni ludzie! Nie widzisz? Nic mi nie jest.
– No jak to nic? To co tu robisz? Co się stało?
– Potracił mnie samochód, nic wielkiego. Szedłem pijany i wlazłem mu pod koła – chłopak szeroko się uśmiechnął, jakby był z siebie wielce dumny.
– Kurde, człowieku, denerwujesz mnie, wiesz o tym? Ja już myślałam sobie nie wiadomo, co. Przyszli o pierwszej w nocy i oświadczyli, że miałeś wypadek. Chyba wspomnieli, że cię potrącono, ale się zdenerwowałam, dlatego pewnie nie zarejestrowałam. Nie jechałam w nocy, bo nie wiedziałam, czy mnie wpuszczą, nawet, jako rodzinę. Z nimi nic nie wiadomo. Kurczę, Frank, co się z tobą dzieje? Ja rozumiem sytuację, ale nie odpierdalaj takich komedii, nie jesteś małym dzieckiem, do cholery! – znów podniosła głos.
– Przestań, napiłem się, to wszystko. Musiałem odreagować. Do tego…
W tym momencie zrobił dość dziwną minę, wiedział, że za mocno się rozpędził.
– Co? – przeszyła go zielonymi oczyma.
– Nic.
Zupełnie się zaplątał. Mimo, że z siostrą zawsze dogadywał się jak z nikim innym, to teraz gdzieś zabłądził.  
– No co? Zaczynasz, to kończ.
– Dobra, nieważne, powiem ci innym razem – bąknął.
Becky już nie nalegała, ale jej wyraz twarzy dobitnie świadczył, że zrobiło jej się kurewsko przykro.
– Przespałem się z Jen – walnął, aby szybciej.
– Co takiego zrobiłeś? Ty nie mówisz poważnie – dziewczyna zdębiała.
– Nie wiem, jakoś tak wyszło. Nie wiem, co nam odbiło. Mam teraz przez to taką zwiechę, że mógłbym iść się zajebać. Cały czas o tym myślę.
– No nie dziwię się. A Laura? Ona wie?
– No właśnie o to chodzi, że chyba wszystko słyszała, choć pewien nie jestem. Ale dziwnie na mnie patrzy, to daje dużo do myślenia. Ja nie wiem, co zrobię, jeśli ona mi tego nie wybaczy. Jestem pojebanym kretynem – już nie mówił, a miauczał płaczliwie.
– Jak to słyszała? To gdzie wyście to zrobili? – Becky wydawała się być coraz bardziej skołowana.
– W kuchni.
– W kuchni? No już cię chyba dokładnie pojebało. Masz o tu! – popukała go palcem w czoło. – Ty ją w ogóle kochasz?
Spojrzał na nią jak demon – "zadajesz durne pytania”.
– No to kombinuj. Nie znam jej długo, ale sądzę, że wszystko będzie ok. To spoko laska. Ale koleś – łatwo nie będzie.
– Dobra, skończmy ten temat. Wypiszę się wcześniej, nie wytrzymam tu do południa.
– Chyba sobie żartujesz?! Nabroiłeś, to teraz siedź grzecznie i nie kombinuj!
– A spierdalaj, będziesz mi mówić, co mam robić?
– Mam powiedzieć matce, gdzie cię dziś znalazłam?
Frank z miejsca uderzył śmiechem, dziewczyna zabrzmiała w tej chwili jak dzieciak z przedszkola.
– Mów – brechał.
– Frank, ja nie żartuję, jak lekarz cię wypisze, wtedy wyjdziesz. Nie wkurwiaj mnie, dobrze?
– Przyjedziesz po mnie?
– Tak, tylko nie wariuj. I już spadam, muszę jechać z Davidem w sprawie mieszkania. Zadzwonisz.
– W porządku.
Dostał całusa w policzek i siostra wyszła. Oprócz wizyty Davida chłopak nudził się do godziny około 12:00, do momentu, kiedy do sali wszedł starszy, siwy gość z brodą. Frank wywalił oczy, nie znał typa.
– Witaj – koleś się uśmiechnął i bez skrupułów klapnął na stołku. – Jak się czujesz, wszystko w porządku?
– Przepraszam, ale kim pan jest?
– Nie pamiętasz? To pod moje koła wlazłeś – zaśmiał się. – Przyszedłem sprawdzić, co z tobą i uzgodnić, co z tym wszystkim zrobimy.
– Nie wiem, to już decyzja należy do pana – mruknął Frank, zupełnie nie miał pomysłu na rozwiązanie tej sprawy.
– Przemyślałem wszystko i myślę, że damy spokój z policją. Poza tym już ich powiadomiłem, że nie chcę wyciągać żadnych konsekwencji, najważniejsze, że nic ci nie jest.
– To miło z pana strony, dziękuję. A co z pańskim wozem?
– Szczerze mówiąc też nic mu nie jest. Ma tylko zbite światło i niewielkie wgniecenie.
– Zapłacę za szkody.  
– To też mogę ci odpuścić, takie szkody to dla mnie nie problem.
– To znaczy…? – chłopak się pogubił.
– Mam własny warsztat, wóz już jest zrobiony – mężczyzna wygiął usta.
"No kurwa, to chyba jakiś fart” – pomyślał brunet i właśnie sobie przypomniał, że przecież nadal nie odebrał Toyoty.
– Dobrze, chłopcze, uciekam, zajrzałem tylko na chwilę. Tu masz moją wizytówkę, jakbyś czasem potrzebował dobrego fachowca, a z twoim szczęściem to bardzo prawdopodobne… czego ci oczywiście nie życzę – zaśmiał się facet, dając chłopakowi mała tekturkę. – Powodzenia i uważaj na siebie w przyszłości – podał rękę Frankowi i po chwili już go nie było.
Chłopak nadal nie mógł uwierzyć, że ma takie szczęście. Nie dość, że bez psów, to jeszcze trafił na właściciela warsztatu. Spojrzał na wizytówkę – "Max London – Car Service, 36 Gordon Street”. Odłożył ją na szafkę i zerkał na zegar ścienny – 12:29.
Położył się i dumał, lecz przed godziną 13:00 ponownie pojawił się David, przebrany już w swoje ciuchy.
– Zaraz spadam, znów wycieczki stażystów, mam fajrant – wyszczerzył zęby w ogromnym zadowoleniu.
– Nie mów małej, że tu jestem.
– Nie miałem takiego zamiaru.
Wózek z obiadem zaczął sunąć po korytarzu, wywołując kolejne niezadowolenie na twarzy bruneta. David uderzył w śmiech, widząc minę kumpla.
– No i co się cieszysz? Na pewno nie będę jeść, czego by mi tu nie dali – wkurzył się Frank.
– Zaraz powiem Stevensowi i nie wyjdziesz, on jest strasznie uczulony na to, czy pacjenci go słuchając i spożywają posiłki – cieszył się David.
– Nie denerwuj mnie, człowieku, nie mam nastroju na żarty.
– Ale to nie są żarty – szczerzył się starszy chłopak.
Wózek wjechał do sali i rozdrażnił bruneta jeszcze bardziej, chłopak przewidywał, że z restauracji hotelu Hilton ten obiad raczej nie przyjechał. Postawiono tacę na szafkę i babka pojechała sobie dalej, gnębić następnych pacjentów.
– To żart? – skwasił się Frank, patrząc najpierw na tacę, a następnie na kolegę.
– Wsuwaj – zaśmiał się David. – Stevens pracuje do trzeciej.
Warzywny gulasz, lub coś, co miało go przypominać, kawałek mięsa i aż trzy gotowane w całości ziemniaki – taki oto obiad wykreowali wyspecjalizowani fachowcy ze szpitalnej kuchni.
– A co to jest? – zapytał brunet, dłubiąc widelcem mięso. – Padło jakieś, pewnie odpadki z rzeźni.  
David zarechotał, niezadowolenie kolegi było w tym momencie bardzo zabawne.
– Ja ci powiem kochany, co to jest, nawet nie muszę próbować. To jest, proszę pana wieprzowina, ale czy to miał być stek, czy co? Bo jeśli stek, to chyba jakiś po tuningu – zaśmiał się Frank. – Tylko że po tuningu auta wyglądają lepiej, a oni to mięso sprofanowali. Zobaczmy.
Chwycił nóż, ukroił z jednej i z drugiej strony i oznajmił:
– Do tego pieczone hurtowo, aby szybciej. Na pewno wjebali dziesięć kilo mięsa na blachę, na której mieści się góra pięć, do tego nie mieszali, nie przewracali – brunet rechotał coraz głośniej.
David już prezentował szkliste oczy.
– A ciekawe, skąd możesz to wiedzieć? – zapytał.
– A stąd, że tu jest rozgotowane, bo pieczeniem bym tego nie nazwał, a tu wpół surowe. Smacznego szpitalnym "władzom”, ja togo jeść nie będę.
– Pokaż – David zabrał mu widelec i spróbował kawałek. – Ty, nie takie złe, tylko nie posolili.
Frank także spróbował.
– Nie takie złe?! – zbulwersował się. – To jest jakaś porażka. Mięso wrzucone na blachę bez soli i ugotowane, no kurwa… Biedne świnki, wymordowane i zmarnowane – dodał, tym razem już zły.
Skosztował gulaszu i zapytał z uśmiechem:  
– Masz tu jakąś solniczkę?
– Przykro mi – chichotał David.
– To jeszcze przejdzie, ale gdzie przyprawy? Ale zjem, jestem głodny – oświadczył brunet.
Zjadł ziemniaki i gulasz, mięso jednak zostawił.
– Ja wiem, czemu tak marnie ci idzie? Bo nie mam jajeczka! – rzekł, a raczej wyryczał David, śmiejąc się do rozpuku.
– Spierdalaj!
Powirowali jeszcze kilka minut, kumpel pojechał do domu, a Frank z nudów przysnął…

– Panie White, proszę się obudzić – szarpała go ładna brunetka.  
Otworzył oczy.
– Proszę się ubrać, zaraz przyjdzie lekarz – poinformowała z uśmiechem.
– Która godzina?  
– Dwadzieścia po czwartej.
Dziewczyna wyszła, chłopak się ubrał i zadzwonił do siostry, że może przyjeżdżać. Facet zjawił się po chwili, pozaglądał, gdzie ma pozaglądać, kazał mu podpisać papier i rzekł:
– Na przyszłość proszę na siebie uważać, bo to naprawdę może skończyć się mniej szczęśliwie. Życzę zdrowia. Proszę podejść do pielęgniarek, one dadzą panu maść na żebra. Do widzenia.
Chłopak podziękował, odebrał lek i wyszedł na zewnątrz. Miał nosa, pod placówkę akurat podjechało bębniące na całą okolicę, czarne BMW, do którego zaraz wsiadł.
– Otwórz ten dach, przecież tu jest tysiąc stopni! – wyskoczył. – I ścisz to, głowa mnie boli!
Becky się uśmiechnęła, ale zrobiła o co prosił. Ruszyła.
– Zatrzymaj się przy bankomacie, a potem jedź do Marka, do warsztatu.
– Do Marka? – zrobiła większe oczy. – Po co?
– Muszę odebrać samochód.
– A co mu dolega?
– Miałem stłuczkę.
– Kurwa, Frank, czy ja jeszcze o czymś nie wiem?! – wkurzyła się.
Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko.
– Wiesz co?! Żebym wiedziała, że odpierdalasz takie cyrki, do tego nic mi nie mówisz, wracałbyś taksówką – warczała.
Nadal milczał, ciesząc się pod nosem. Becky też już się nie odzywała i w takiej to oto atmosferze dojechali pod warsztat. Nie było nikogo ze znajomych bruneta, tylko jakiś nowy pracownik, więc chłopak bez pogaduszek zapłacił siedemset dolców i wyprowadził Toyotę z budynku.
– Co robimy? – spojrzał na siostrę, podjeżdżając do jej auta. – Jedziesz ze mną do Davida?
– Nie, wkurzasz mnie, nigdzie nie jadę i nie odzywaj się do mnie! – huknęła.
– No mała, nie wkurzaj się, już więcej tak nie postąpię. No sorry, no? – nawijał, lecz uśmieszek nie zniknął.
– A spieprzaj! – burknęła, odpaliła silnik i odjechała mu sprzed nosa.
Uśmiech się powiększył, ale zaraz ruszył za nią. Wiedział, że się wkurzyła, gdyż widział, w jakim stylu jedzie przed nim czarny wóz. Nie zatrzymała się jednak przy Ricksach, tylko pojechała do siebie. Frank głośno się roześmiał z jej dąsów, zaparkował przy krawężniku i zaraz był pod drzwiami. Otworzyła mu Jenny, która nieco się zdziwiła, ale zaraz wpuściła go do środka. Miko "uściskał” chłopaka, ale zaraz pobiegł do salonu.


Usłyszała go i zrobiła dość dziwną minę, niemniej jednak ucieszyła się, że w końcu jest.
– Cześć mała – dostała buziaka i natychmiast usiadł obok.  
David zatrzymał film.
– Jak się czujesz? – wymamlał, niełatwo mu było z nią rozmawiać, zwłaszcza, że już nie leżała jak trup.
– Dobrze – mruknęła, także czując się nieswojo.
– Jadłaś coś? – gapił się na nią jak najęty, lecz ona wciąż patrzyła przed siebie.
– Tak.
– Na pewno?  
Nie odpowiedziała, tylko wskazała mu ręką puste pudełko po pizzy. Uśmiechnął się.
– David, zadzwonię po jakieś żarcie, jestem głodny jak wilk – rzucił do kumpla. – Też coś chcecie?
Nie uraczył chętnych, zamówił więc stek z frytkami i zaraz otrzymał piwo.
– Wszystko w porządku? – zapytała nagle i Frank osłupiał.
– A czemu miałoby być nie w porządku?
– Przecież byłeś w szpitalu.
Chłopak otworzył jeszcze szerzej oczy i natychmiast spojrzał na Davida. Jego wzrok był tak wściekły, że gdyby mógł, pewnie zgładziłby go teraz tym wzrokiem.
– Skąd wiesz?
– Wiem.
– Mała, nic się nie stało, za dużo wypiłem, ale pewnie już wszystko wiesz.
– Wiem – burknęła dziwnie.
Cieszyła się, że jest, aczkolwiek opanowała ją dziwny nastrój.
– Miałeś zrobić mi drinka – napomniała Davida, uśmiechnąwszy się w końcu.
Chłopak spojrzał na zegarek i wstał.
– No chyba żartujesz?! – uniósł się Frank.
– Wyluzuj, jeden drink jej nie zabije, poza tym jakby umierała, zawsze jest tu lekarz, prawda? – ironizował gospodarz.
Laura ponownie wygięła usta. Frank wstał jak strzała i ruszył za nim do kuchni. Doszły do niej jakiś niezrozumiałe pretensje, niemniej jednak dziewczyna po chwili otrzymała szklankę z pomarańczowym sokiem, z której zaczerpnęła odrobinę i odstawiła na stół.
– Mała, nie podoba mi się to – oznajmił 23-latek, siadając na miejsce.
Nie zdążył rozwiązać worka żali, bo zadzwonił telefon dziewczyny. Zdziwiła się, lecz chwyciła go i spojrzała na ekranik – numer stacjonarny. Zdrętwiała od stóp do głów, nie odebrała. Frank bacznie obserwował ukochaną i już zauważył jej strach.
– Kto to? – zapytał twardo.
– Nie wiem, numer stacjonarny.
Telefon zagrał po raz drugi i teraz grał już bez ustanku. Kolejna panika.
– Odbierz, długo dzwoni, może to ktoś znajomy. Przecież jesteś bezpieczna – rzekł brunet, zżerany ciekawością, kto jest taki upierdliwy.
Spojrzała w końcu na niego i wcisnęła ikonkę.
– Laura? – usłyszała zdziwiony, ale i zapłakany, a raczej nie wiadomo jaki głos Emmy i jej szybki, płytki oddech.
– Emma? Co się stało? – nastolatka nerwowo się poruszyła.
Znała przecież kumpelę jak siebie samą i po jej głosie od razu wyłapała, że coś się stało, i to na pewno nie jakaś błahostka.
– Dzwonię z budki – przez płacz ledwie wydusiła zduszone, przerywane słowa.  
– Uspokój się, co się stało?! – powtórzyła brunetka.
– Laura, ja już nie mogę, mam do…
Połączenie się urwało.
– Emma!...

1 540 czyt.
100%123
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3616 słów i 21375 znaków, zaktualizowała 13 maj 2017.

3 komentarze

 
  • zaczarowanaK

    zaczarowanaK · 23 kwi 2017

    No postarałaś się i tym razem, brawo kochana    

  • Black

    Black · 23 kwi 2017

    Jakie napięcie   Brawo ty Ciężko będzie czekać na kolejną część.

  • zabka815

    zabka815 · 23 kwi 2017

    Brawo świetna część, i jak tu czekać na kolejną eh.....