Szare istnienie #45

Szare istnienie #45

Po chwili dostał dwie tabletki, które natychmiast popił, lecz gdy tylko zaczerpnął łyk wody, znów go zemdliło. Starał się jednak nie zwrócić, szkoda prochów. W kuchni robiło się coraz goręcej i nieprzyjemniej, choć być może tak mu się tylko wydawało. Nagle Olivia krzyknęła zza baru:
– Megan, ktoś do ciebie! – i brunetka opuściła kuchnię.
Danny ruszył do lodówki i wyjął z niej torbę kotletów, po czym włączył grill.
– Robię kanapki, zjesz? – zapytał Franka.
– Nie.
– Kto chce cheeseburgera?! – wrzasnął przez dziurę, ale nie było odzewu. – Olivia! – zawołał barmankę, która zaraz pojawiła się po drugiej stronie. – Zjesz kanapkę? Pewnie jesteś głodna.
– Nie.
– Wstydzisz się? Nie rób jaj!
– No dobrze, jedną zjem – odparła, zawstydzona chyba słownictwem blondyna.
Megan weszła do kuchni, zła jak osa.
  – Zjesz coś? – zaraz ją przytulił, chyba już się stęsknił.
– Nie!
– Co się stało?
– Kurwa, jeszcze ma czelność tu przychodzić, do tego naćpany jak smok. Mówiłam mu, że nie dostanie ode mnie żadnej kasy, ale widać nie dociera – poinformowała w kwestii brata, trzydziestoletniego szatyna o imieniu Bobby.
Tylko to powiedziała, ów chłopak pojawił się w kuchni, nie zamierzając chyba rezygnować. Wyglądał strasznie. Mający około stu siedemdziesięciu trzech centymetrów wzrostu, chudy jak patyk brat dziewczyny, natychmiast do niej podszedł, ledwo trzymając się na nogach. Oczy miał podkrążone, ciuchy niezbyt czyste, do tego władował się do kuchni w fajką w dłoni, zrzucając przy okazji popiół na podłogę.
– Meg, pożycz mi chociaż trzy dychy, błagam cię, bo zdechnę! – zaczął szarpać siostrę jak kukłę.
– Wyjdź stąd! – Danny od razu wkroczył do akcji, odpychając napastnika.
– Nie wpierdalaj się, to nasze sprawy! – zagrzmiał Bobby i także próbował pchnąć chłopaka, lecz najwidoczniej z narkotykowego głodu nie miał siły, bo blondyn nie przemieścił się nawet o centymetr.
– Megan, no proszę cię, ostatni raz! Rzucę to gówno, ale musisz mnie poratować, tylko dziś! – nalegał, tarmosząc dziewczyną na wszystkie strony.
  Załzawiły jej oczy, ale była nieustępliwa, bo milczała jak głaz, jakby szatyna w ogóle tu nie było.
– Wypierdalaj! – ryknął Frank i zaraz wyprowadził gościa za fraki, po czym objął brunetkę.
– W porządku? – zapytał.
– Taa...
– Meeegan!!! – rozbrzmiał nagle rozpaczliwy głos barmanki i szefowa szybko wybiegła z kuchni, a za nią Danny.
Pojawili się po dwóch minutach. 33-latka już płakała.
– Co jest? – zapytał Frank.
– Uderzył Olivię, zmusił do otwarcia kasy, zabrał pieniądze, wybiegł, wsiadł do jakiegoś samochodu i odjechał. Ponad sześćset dolców, przecież on się wykończy! – histeryzowała.
– Kurwa, powinienem skopać go jak psa, już nie pierwszy raz ją okradł! – wkurwiał się 28-latek.
– Co on bierze? – zapytał Frank.
– Nie wiem, kokainę czy heroinę, nie wiem – stękała kompletnie roztrzęsiona Megan. – Chyba mocno ją uderzył, bo znaleźliśmy ją na podłodze. Kurwa, co ja mam zrobić, jak mu pomóc?! – panikowała.
– Jeśli sam nie zechce, nie pomożesz mu. I nie denerwuj się, to tylko pieniądze.
– Ale on już spadł na samo dno. Zawsze, jak Danny wychodzi z domu, to się boję, boję się siedzieć we własnym mieszkaniu. Kiedyś, jak byłam sama, przyszedł z kumplem i jak nie chciałam go wpuścić, wywalili drzwi i weszli na siłę. Przetrzepali mi wszystkie szafki, zdemolowali chatę, zabrali biżuterię i kilka stów, a jak zaprotestowałam, to rzucił się na mnie i zaczął dusić. Wyglądał jak demon, nie widziałam go jeszcze w takiej furii. Gdyby nie ten chłopak, nie wiem, co by było – płacz stał się jeszcze bardziej przejmujący. – Jak wymieniliśmy drzwi na antywłamaniowe, to pojawił się w rodzinnym domu i zaatakował matkę, którą także okradł, dobrze tylko, że nic jej nie zrobił. Nie wiem, co robić, to mój brat. Nie chcę, żeby umarł – trzęsła się cała, zalewając łzami w ramionach ściskającego ją Danny’ego. – Puść mnie, muszę dać Olivii lód – mruknęła, wyrywając się z uścisku ukochanego i zniknęła na zapleczu.
– No, ładnie, nie możesz zrobić z tym porządku? – zapytał brunet, patrząc na kumpla.
– A co mam zrobić? Nie raz już dostał ode mnie po ryju, ale to na nic. Jak chce przyćpać, to nie myśli, jak każdy ćpun zresztą. Nalegałem, żebyśmy się przeprowadzili, ale ona nie chce, więc co mam zrobić?! Zresztą ma przecież knajpę, więc jak będzie chciał, to i tak ją znajdzie. Dobra, nie ma co drążyć, nie ma go już. Trzeba wstawić to ciasto, dochodzi wpół do czwartej, a jeszcze musimy ponosić żarcie na salę, choć dużo tego nie ma. Miałem zrobić kanapki i widzisz...? – rzekł i włączył płytę oraz piec do pizzy, po czym schował kotlety, zostawiając trzy. – A może jednak zjesz?
– Nie wiem, zrób jedną, może spróbuję – mruknął Frank, chcąc już poczuć się choć odrobinę lepiej, nawet, jakby musiał jeść na siłę.
Szefowa wróciła z jakimś małym pudełeczkiem, z którego wyjęła torebkę ziołowej herbaty i włączyła czajnik. Ręce jej drżały. Syknęły kotlety i Danny zaraz przygotował bułki.
– O której mogę wyjść? Muszę jechać do szpitala – zapytał Frank, stając koło brunetki.
Nie wiem, a ile czasu mają piec się te szaszłyki?
– Do dwudziestu pięciu – trzydziestu minut.  
– To je zrób i jesteś wolny. Tylko nie teraz, bo zdębieją do siedemnastej – uśmiechnęła się niemrawo, niezgrabnie zalewając herbatę i rozlewając przy okazji wodę wkoło szklanki.
– Wstawię je o czwartej i potem przykryje się folią aluminiową, na piątą będą gorące.  
– Dobrze, jak uważasz.
– Czy to jedzenie jest już na talerzach?
– Tak, trzeba tylko ustawić na stołach.
– A jak zechcą coś jeszcze na gorąco, czy on sobie poradzi? – wskazał na blondyna. – Może jednak zostać? Pojadę później, tylko, że mogą mnie już nie wpuścić.
– We dwójkę sobie poradzimy... tak sądzę. Czemu do szpitala? – Megan nie mogła darować, ciekawość chyba zżerała ją od środka.
– Moja dziewczyna tam jest, ktoś ją pobił i zgwałcił – przyznał się w końcu Frank ze względu chyba na to, iż ona też była z nim szczera, lecz gdy tylko to powiedział, Megan zrobiła dość nietypową, wręcz niezrozumiałą minę.
– Co jest? – wyjechał.
– Nic. I jak się czuje, wiadomo, kto to zrobił? – wystękała dziwnie.
– Dowodów nie ma, ale ja wiem, kto, a przynajmniej, za czyją zasługą.
– Smacznego – pod nos bruneta wjechała kanapka, a kolejna trafiła do wnęki. – Olivia, kanapka! – wydarł się Danny, jakby dziewczyna miała problemy ze słuchem i głowa Franka znów zaczęła pulsować nieprzyjemnie.
– Nie krzycz, łeb mi pęka! – zbulwersował się chłopak.
– Sorry – rzekł 28-latek i wstawił ciasto do pieca, po czym nastawił w nim timer.
– Dobra, zjem i trzeba ponosić te talerze.
– A co z pizzą? – dopytywała się Megan, której prezencja był nadal jakaś niecodzienna.
– Przecież masz ciastkarza pod nosem, on zrobi to lepiej, niż ja. Co jest grane? – drążył, gdyż teraz to jego gryzła ciekawość, no i martwił się nieco, bardzo polubił dziewczynę.
– Nic, daj już spokój.
Chłopak nie był jednak małym dzieckiem i zaczął się domyślać, co gryzie brunetkę i zdziwił się bardzo, że świat jest taki mały, lecz bojąc się pytać, dał spokój.  
Kanapka znikała w niemałych mękach, ale zjadł całą.
– Choć, poustawiamy to żarcie, będziemy mieli z głowy.
Ruszył z szefową do chłodni i zaraz miał w dłoni wielki, półmetrowy, srebrny talerz, cały zapełniony różnorakimi wędlinami. Megan wzięła koreczki i po chwili wszystko zostało umieszczone na stole, na nowym, białym obrusie. Żebra bolały nieco mniej, lecz bolały, tabletka raczej nie była wystarczającym antidotum na poharatane gnaty.
– Olivia, zamknij już i wywieś kartkę, leży pod barem – nakazała 33-latka i barmanka zaraz to zrobiła. – No i gdzie on jest? Miał być o 15:30 – wkurzyła się.
– Kto? – zapytał Frank.
– Kumpel, pracuje w ochronie i obiecał się dziś pomóc. Będzie alkohol, nie chcę tu burdy, już raz taką mieliśmy – uśmiechnęła się drętwo. – Koleś zrobił urodziny i było dobrze, do czasu... Ponapijali się jak samoloty i to najwyraźniej wystarczyło, żeby nie dogadać się w niektórych sprawach. Już po dwóch godzinach pobił się z kolegą, zniszczyli nam od groma szkła, rozwalili dwa stoliki, no i musiałam wzywać pogotowie, bo ten, który zaczepił jubilata, rozjebał głowę. Nie wyglądało to dobrze, jucha lała się strumieniami. Zapłacili za szkody, ale powiedziałam, że już prywatnych imprez robić nie będę, ale Danny mnie przekonał, w końcu są to większe pieniądze – oznajmiła i wyjęła telefon, wykręcając po chwili jakiś numer. – Mike, no co z tobą, gdzie jesteś? Miałeś być pół godziny temu – warknęła, spoglądając na ręczny zegarek.
Głos szmerał chwilę i Megan oznajmiła:
– Dobra, to czekam. Cześć – po czym się rozłączyła.
– Już czwarta?! To co, wstawiać te szaszłyki? – zapytał Frank.
– Nie wiem, nie jestem kucharzem.
Chłopak ruszył do kuchni, a dziewczyna do chłodni, zanieść na salę resztę potraw. Włączył piekarnik, spryskał szaszłyki oliwą i gdy urządzenie się nagrzało, wstawił je do pieczenia. Ciasto stało już na blacie, zaczerpnął więc z garnuszka niewielką chochelkę sosu, rozprowadził go na placku i za chwilę ułożył na nim farsz, posypując odrobiną ziół i zasypując ogromną ilością sera.
Odezwał się telefon chłopaka, wkurzając go po raz enty. Gdy odebrał, usłyszał:
– Jestem już w szpitalu, ale jest coraz gorzej. Przed chwilą była tu policja i młoda znowu zaczęła świrować, ale lekarz nie pozwolił jej na razie przesłuchać, bo jest za wcześnie. Zobaczyła psy i dostała takiego szału, że w końcu związali ją w pasy, bo zaczęła zrywać kroplówkę i koniecznie chciała wstać z łóżka. Dostała takiego amoku, że chyba nawet przestało ją boleć, bo rzucała się jak opętana, wrzeszcząc w kółko: "Chcę do domu; Kurwa, wypuście mnie stąd; Ratunku”, i tym podobne rzeczy. Nie wiem, co mam robić, zaraz przyjedzie matka i też będzie wariować. Znowu dali jej jakieś prochy, to jej trochę przeszło, ale płacze, leżąc jak kłoda odłogiem. Nie wiem, naprawdę, co jest grane, ale musimy się tego dowiedzieć, tylko jak? Lekarz powiedział, że nie może jej jeszcze wypisać, bo jest strasznie osłabiona, no i ma zrytą psychikę, więc nie daj Boże, jeszcze zrobi sobie jakąś krzywdę, a nikt jej przecież nie przypilnuje, chyba, że zrezygnuję z pracy. Nie rozumiem, przecież tu się nic nie dzieje, czemu ona tak panikuje, jak tu się dowiedzieć? O której będziesz?
– Nie wiem, myślę, że za góra kwadrans stąd wyjdę, skończę tylko żarcie – oznajmił zszokowany brunet, zaglądając do szaszłyków, a nerwy powróciły za zdwojoną siłą.
– Dobra, to czekam, tylko nie zamulaj, bo ja tu zwariuję w pojedynkę. Na razie.
Gadka się zakończyła i brunet zapytał Danny’ego.
– Muszę zaraz wyjść, poradzisz sobie?
– Z czym, z pizzą?! – zaśmiał się 28-latek. – To raczej nie jest zbyt skomplikowane wstawić ją na pięć minut do pieczenia – chichotał, lecz Frank miał grobową, zimną minę. – Stary, uspokój się, wszystko będzie dobrze. Twoje nerwy w niczym jej nie pomogą – pocieszał kolegę, lecz Franka to nic a nic nie ruszyło, wizja pobitej dziewczyny powróciła, do tego doszło jeszcze wyobrażenie jej szaleństw i tego, żeby znowu nie próbowała targnąć się na własne życie. "Może rzucić robotę i siedzieć przy niej?” – pomyślał i ten pomysł bardzo wkręcił mu się do głowy, ale co? Będzie siedział przy jej łóżku całą dobę, przecież ma rodzinę, która ma własne życie, nie można tak komuś siedzieć na gło...
– Frank – chwyciła jego ramię. – Wszystko ok?
– Nie, kurwa, nie ok?! – rozdarł się, nerwy w końcu mu puściły. – Sorry...
– Jak chcesz, to już jedź, poradzimy sobie. Ile jeszcze tym szaszłykom?
– Sam dokończę, już tylko kilka minut – odparł i udał się do toalety.
Przemył twarz i kompletnie rozchwiany emocjonalnie, zawisł przed lustrem, opierając się o zlew. Sterczał tak kilka minut i gdy trochę ochłonął, wrócił do kuchni. Szaszłyki pachniały już na cały lokal, lecz Franka na obecną chwilę strasznie drażnił ten zapach. Wyłączył piekarnik, przykrył potrawę dwoma kawałami folii aluminiowej i wstawił z powrotem.  
– Jakby za mocno ostygły, choć tak się raczej nie zdarzy, to możesz je podgrzać, tylko nie odkrywaj. Ustaw na dwieście stopni i podgrzewaj pięć do siedmiu minut, będą dobre. Pojadę już, dobrze?
– Jasne. I jak chcesz, to weź sobie jutro wolne, jakoś sobie poradzimy. W poniedziałek jest zawsze mniej klientów, a jak coś, to ja pomogę Danny’emu, co będę umiała pomóc.
– Nie wiem, zobaczę, zadzwonię rano – rzekł brunet i za kilka minut był już przy wyjściu z knajpy.  
Gdy wsiadł do auta, dojrzał szczupłego kolesia, który dopiero się zjawił i wszedł do środka. Zdziwił się, typek był dość wątły, jak na bramkarza, ale przecież to nie wygląd się liczy... Uśmiechnął się też pod nosem, mając w świadomości złość szefowej na punktualność chłopaka.  
Ruszył, ale gdy tylko dojechał do centrum, zastał zajebisty korek i wkurzył się jeszcze bardziej. Spojrzał na zegarek – 16:41, a przed nim stukilometrowa kolejka aut. Chciał zawrócić i pojechać okrężną drogą, ale z tyłu też go już przyblokowali, więc musiał czekać.
Przez większość dnia samochód stał w cieniu, ale gdy słońce przemieściło się przed budynek, nagrzał się niemiłosiernie i mimo, iż Frank włączył klimatyzację, czuł się jak w łaźni, zwłaszcza, że miał dość wysokie ciśnienie. Korek zaczął rozstępować się dopiero po około pół godzinie, i kompletnie już wykończony duchotą chłopak, ruszył jak wariat, chcąc jak najszybciej dojechać na miejsce, ale przejechał tylko kilkanaście metrów, bo zaraz zarył z pełnym impetem w jadący przed nim samochód, rozprzestrzeniając na całą okolicę donośny łomot.

2 010 czyt.
100%81
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2496 słów i 14670 znaków, zaktualizowała 6 sty 2017

Komentarze (1)

 
  • Mlody1

    Mlody1 4 sty 2017

    nie no i teraz mandat dostanie?: /   Szczerze to oba można by połączyć w jedno. Przynajmniej dłużej by się czytało...