
Hałas przed komnatą i trzask gwałtownie otwieranych drzwi wyrwały Parisę z półsnu. Nim zrozumiała, co się dzieje, lodowata woda spływała po jej twarzy i nagich ramionach, zalewając wszystko dookoła. Odgarnęła z policzków mokre włosy i z niedowierzaniem spojrzała na stojącą przy jej łóżku sprawczynię całego zamieszania.
Nadira patrzyła na nią z góry, ze złośliwym uśmiechem igrającym na czerwonych wargach.
– Tak się zarzekałaś, że nie będziesz niczyją nałożnicą! – wykrzyczała, zaciskając palce na uchwycie dzbanka, przez chwilę wyobrażając sobie, że to szyja Parisy. – A już pierwszej nocy oddajesz się Skorpionowi.
Na myśl o tym, co razem robili, Nadira ponownie zagotowała się ze złości. Skorpion należał do niej i nie zamierzała się nim z nikim dzielić.
Słysząc to, Parisa ze zdziwienia szeroko otworzyła usta. Nie dość, że poprzedniego wieczoru zostawił ją bez słowa i skazał na bezsenną noc, to jeszcze przez niego ta dziewucha urządziła jej karczemną awanturę.
– Głupia! – warknęła, wściekła nie na żarty. – Trzeba było oblać jego, a nie mnie!
Nadira zmrużyła oczy ze zdenerwowania. Nigdy by się nie odważyła na coś takiego. O ile po Razanie i Raszidzie wiadomo było, czego się spodziewać, o tyle Skorpion stanowił dla wszystkich zagadkę. Nikt tak naprawdę go nie znał i to ją w nim fascynowało oraz przyciągało.
Szczyciła się tym, że to właśnie ją wybierał, gdy miał ochotę na seks – aż do ostatniej nocy. Zauważyła, jak wpatrywał się w Parisę, sunąć spojrzeniem po jej chudym ciele. Na nią nigdy nie patrzył takim głodnym wzrokiem, choć w łóżku dawała z siebie wszystko.
– Masz się trzymać od niego z daleka, zrozumiałaś?
Parisa miała już szczerze dość Skorpiona i jego ladacznicy. Wyskoczyła z łóżka i – naga, z rozpuszczonymi włosami – podeszła do rywalki, śmiało patrząc w jej rozjuszone oczy.
– Następnym razem bardziej pilnuj swojego kochanka – wycedziła z szyderczym błyskiem w oku.
Widząc, jak Nadira gniewnie zaciska zęby, Parisa spięła się, czekając na pierwszy cios. Nie minęła chwila, gdy została z całej siły popchnięta. Uśmiechnęła się lodowato. Chciała wyładować na kimś gorycz, jaką pozostawił po sobie Skorpion, a skoro nie mogła zrobić tego na nim, musiała zadowolić się Nadirą. Bez ostrzeżenia chwyciła jej dłoń i mocno wykręciła.
– Tylko tyle potrafisz? – spytała prowokująco.
Wściekła Nadira nie pozostała dłużna. Złapała przeciwniczkę za włosy i szarpnęła nimi boleśnie.
Od tego momentu zaczęła się między nimi regularna bitwa, a krzykom i wyzwiskom nie było końca. Niebawem obie miały na ciele liczne siniaki, rozoraną paznokciami skórę oraz ślady zębów na ramionach.
Parisa pamiętała swoje bójki z Tariqiem. Dobrze ją wtedy wyszkolił, za co teraz w myślach mu dziękowała. Kto by pomyślał, że jej – księżniczce – przyda się taka umiejętność?
Gdy po wyjątkowo dotkliwym uderzeniu poczuła w ustach smak krwi, rozjuszona zrzuciła z siebie rywalkę i natychmiast na niej usiadła, przyciskając uda do jej ciała.
Patrząc na nią z triumfem, chwyciła długi warkocz Nadiry i owinęła go wokół jej szyi, tworząc swoistą pętlę. Dziewczyna wyrywała się i wierzgała nogami, ale Parisa nawet nie drgnęła, nadal ją podduszając.
„Na drugi raz poważnie się zastanowi, zanim znowu mnie zaatakuje” – pomyślała, przygniatając ją mocniej do podłogi.
Gdy zamierzała poluzować uścisk, czyjeś silne ramiona uniosły ją do góry. Ze złością spojrzała na eunucha, ale przestała się szarpać – pokazała już, kto tu rządzi.
Alar, tłumiąc wybuch śmiechu, postawił dziewczynę na ziemi, jednocześnie swoim ogromnym ciałem tworząc mur między nią a wystraszoną Nadirą.
„Kto by pomyślał, że w tej szamotaninie wygra taka delikatna na pozór księżniczka?”
Za drobną posturą krył się duch prawdziwej wojowniczki. Był pewien, że kto ją zlekceważy, drogo za to zapłaci.
W międzyczasie Nadira wstała i obrzuciła Parisę nienawistnym spojrzeniem. Nie spodziewała się po niej takiej waleczności. Ale jeszcze nie wszystko stracone – zdąży się odegrać i za Skorpiona, i za siebie. Gniewnym ruchem przerzuciła warkocz na plecy i z resztką godności, jaka jej pozostała, ruszyła do wyjścia.
Parisa odetchnęła głęboko i usiadła na skraju łóżka. Zmęczonym ruchem przeczesała palcami zmierzwione włosy, po czym sięgnęła po narzutę, by okryć nagość. Właśnie dostała kolejną nauczkę, że w Masjaf zawsze trzeba być czujnym, bo nigdy nie wiadomo, skąd padnie cios.
Widząc wchodzącą Najwę, Alar ukłonił się jej nisko i wycofał do korytarza. Sytuacja się uspokoiła, więc nie był już potrzebny, zresztą królowa rajskich ogrodów jednym spojrzeniem potrafiła każdego przywołać do porządku.
Kobieta podeszła do Parisy i uważnie się jej przyjrzała. O dziwo dziewczyna była w lepszym stanie niż Nadira, którą minęła po drodze. Pokonanie kogoś tak zawziętego jak ona stanowiło nie lada sztukę, a Parisie się to udało.
Dobrze ją oceniła, wyczuwając w niej dumę i siłę. Wciąż nie opuszczała jej myśl, że porwanie córki Umara było poważnym błędem, za który zapłaci nie tylko Raszid, ale i mieszkańcy twierdzy.
Wzruszyła ramionami. Nie pierwszy raz będzie musiała zaczynać wszystko od nowa. Już dawno temu obmyśliła plan na taką ewentualność. Z żalem opuści to miejsce, ale doświadczenie nauczyło ją, że nic nie jest dane raz na zawsze.
Chcąc wyrzucić z głowy nieprzyjemne myśli, potrząsnęła głową, aż długie kolczyki zdobiące jej uszy zadźwięczały cicho, po czym ponownie skupiła uwagę na Parisie.
– Jesteś tutaj dopiero drugi dzień, a już naraziłaś się kolejnej osobie. W takim tempie za parę dni całe Masjaf będziesz miała przeciwko sobie – zauważyła oschle.
Lubiła, gdy życie toczyło się utartym trybem, bez zbędnego chaosu. Niestety wraz z pojawieniem się księżniczki wydarzenia zaczęły zmierzać w złym kierunku.
Parisa spojrzała na nią hardo. Nie chciała być dłużej ofiarą. Nawet jeśli źle na tym wyjdzie, nie miała zamiaru stać z podkulonym ogonem jak zbity pies. Jeśli umrze, to z godnością, choć wcale nie planowała umierać. Miała misję do wypełnienia. Poza tym zrobi, co w jej mocy, by się stąd wydostać.
– Nadira ubzdurała sobie, że zabiorę jej Skorpiona – wyjaśniła pogardliwie. – Więc jej oznajmiłam, że może go sobie wziąć, ale chyba mi nie uwierzyła.
Najwa, bawiąc się jednym z wielu pierścieni zdobiących jej dłonie, z lekkim rozbawieniem słuchała Parisy. Mimo dość buńczucznych słów wyczuwała w jej wypowiedzi coś nieszczerego. Doskonale pamiętała, jak oboje na siebie patrzyli, a iskry przeskakujące pomiędzy nimi mogłyby roztopić wosk.
Skorpion był jednym z niewielu mężczyzn, których szanowała. Wyjątkowo skryty, nawet jak na Masjaf, wszystkie swoje myśli ukrywał za kamienną twarzą – aż do wczoraj. Wczorajszego wieczoru po raz pierwszy, odkąd go poznała, zobaczyła tak silne emocje malujące się na jego zazwyczaj nieprzeniknionym obliczu. A wszystko to z powodu tej dziewczyny.
– Miałaś wyjątkowe szczęście, że o ciebie zawalczył. – Najwa nie spuszczała z niej bystrego spojrzenia. – Słyszałam, że jest sprawnym kochankiem i, co najważniejsze, nie ma sadystycznych upodobań jak Razan.
Parisa uniosła wzrok. Chcąc zakończyć trudny dla niej temat, odparła chłodno, z nutą ironii:
– Dobrze słyszałaś. Spisał się.
Nie chciała pamiętać jego ust zostawiających gorący ślad na jej skórze, rąk doprowadzających ją do szaleństwa, ani podniecających słów wypowiadanych aksamitnym głosem. Jakże pragnęła wyrzucić z pamięci wczorajszą noc, wymazać to, co się wydarzyło. Ale nigdy jej się to nie uda, bo Skorpion swoimi pocałunkami wypalił na niej swój znak, który będzie nosić do końca życia.
– Cieszę się, że twój pierwszy raz był satysfakcjonujący – stwierdziła Najwa, podchodząc do drzwi, za którymi czekał Alar. – Parisa potrzebuje kąpieli. Sprowadź Hanę.
Mężczyzna od razu udał się na poszukiwanie jednej z licznych służących, a kobieta ponownie odwróciła się w stronę dziewczyny.
– Jednak nie zawsze będziesz miała tyle szczęścia – ostrzegła ją. – Niewielu kochanków dba o kobietę w łóżku. Większość to egoiści albo brutale, którzy myślą wyłącznie o sobie. Korzystają z naszych wdzięków, nie dając nic w zamian – nawet przyjemności.
Parisa słysząc o kolejnych mężczyznach, którzy mieliby ją mieć, mocniej zacisnęła dłonie na otulającej ją narzucie. Musiała się stąd wydostać, nawet za cenę życia. Nie chciała stać się kolejną zabawką asasynów, ale co ważniejsze, należało ostrzec ojca przed zdrajcą. Wolała nie myśleć o karze, jaka ją spotka, jeśli złapią ją w trakcie ucieczki.
– Aż do wieczora możesz robić, co tylko zechcesz – poinformowała ją Najwa, jednocześnie obserwując przygotowania do kąpieli. W końcu Parisa była księżniczką. – Ale tuż po zmroku oczekuję cię w głównej sali. Hana ponownie cię przygotuje.
Dziewczyna, bojąc się, że wybuchnie płaczem, skinęła tylko głową.
Najwie wystarczył jeden rzut oka na smutną twarz Parisy, by odgadnąć, co się z nią dzieje. Przed laty sama przeżywała to, co ona. Podeszła do niej i pogładziła ją po policzku.
– Jesteś silniejsza, niż myślisz – odparła, chcąc dodać jej otuchy. – Być może los się jeszcze do ciebie uśmiechnie. Nie trać wiary.
Parisa zagotowała się ze złości.
– A ty? – rzuciła zgryźliwie. – Wciąż wierzysz, że twój los się odmieni?
Kobieta powoli odsunęła od niej swą dłoń.
– Nie... – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Choć starała się, by jej głos brzmiał normalnie, słychać było w nim żal.
Wychodząc, ponownie zwróciła się do Parisy:
– Nadzieja na dobre życie umarła we mnie dawno temu, ty jesteś jednak inna. Masz w sobie wolę walki, ale powinnaś mądrze nią dysponować.
Znikając za drzwiami, Najwa odetchnęła głęboko, by się uspokoić. Tak naprawdę nigdy nie zawalczyła o siebie – tylko przechodziła z jednych męskich rąk w kolejne, biernie się im poddając. Teraz było już za późno na zmiany, poza tym dobrze wyszła na znajomości z Raszidem.
Idąc do swojej części haremu, uśmiechnęła się chłodno. Jeśli nawet była niewolnicą, urządziła się całkiem wygodnie i powinna skończyć z głupimi rozmyślaniami, które i tak niczego nie zmienią, a jedynie sieją niepotrzebny zamęt w jej poukładanym życiu.
W tym czasie Parisa skorzystała z przygotowanej kąpieli i znów poczuła chęć do działania. Nie byłaby sobą, gdyby zrezygnowała. Na pewno istniało jakieś wyjście z sytuacji – tylko musiała się nad nim dobrze zastanowić.
Po obfitym śniadaniu ponownie ubrana w półprzezroczyste szaty, których zaczynała szczerze nienawidzić, zamierzała obejrzeć tutejsze ogrody i obmyślić plan ucieczki.
Miała nadzieję, że dzięki temu wyrzuci z głowy Skorpiona. Nie chciała tracić czasu na rozmyślanie o tym aroganckim mężczyźnie z ogniem w oczach. Już i tak zapłaciła wysoką cenę za swoją naiwność i narażenie rodziny na niebezpieczeństwo. Musiała zmazać plamę na honorze, ostrzegając ojca, ale najpierw trzeba było się stąd wydostać – choć zdawała sobie sprawę, że szanse na opuszczenie twierdzy były niewielkie, a może nawet w ogóle ich nie było.
Ogród od razu ją zachwycił. Był jak haust świeżego powietrza po dusznych i przytłaczających pomieszczeniach wewnątrz Masjaf. Przechadzając się po niedużym, ale starannie utrzymanym terenie, z ciekawością rozglądała się wokół. Oczywiście nie mogło zabraknąć róży damasceńskiej – prawdziwej ogrodowej ślicznotki.
Widząc drzewko pomarańczy, uśmiechnęła się przez łzy i z czułością dotknęła białych płatków – jej matka uwielbiała ich słodkawą woń. A gdy zobaczyła bujne lilie, aż westchnęła z zachwytu. Nie tylko miały w sobie szlachetne piękno, ale ich upajający zapach stanowił prawdziwą rozkosz dla zmysłów.
Przebiegła zamyślonym wzrokiem po tym urzekającym zakątku, a raczej złotej klatce udającej raj.
W cieniu granatowców dostrzegła kurtyzany, ale żadna do niej nie podeszła. Nie rozumiała ich – ona wolałaby umrzeć, niż tak żyć. Być może była to kwestia wychowania, bo nigdy nie uważała, że do kogoś należy. Dopiero Najwa uświadomiła jej ten smutny fakt, że kobieta zawsze jest czyjąś własnością. Była pewna, że wszystkie słyszały o jej sprzeczce z Nadirą, ale to nie miało dla niej żadnego znaczenia.
Idąc wzdłuż niewielkiego strumyka, widziała czuwającego w oddali Alara. Nie rzucał się w oczy, ale sama jego obecność gwarantowała spokój. Cieszyła się, że nikt jej nie zaczepia, bo mogła skupić się na swoim zadaniu.
Z napięciem przyglądała się wysokiemu murowi. Dzięki rosnącym w pobliżu drzewom mogłaby się na niego dostać, tylko co z tego? Gdyby z niego skoczyła, prawdopodobnie skręciłaby kark. Do tego strażnicy pilnowali twierdzy dzień i noc.
Podeszła bliżej do chłodnych kamieni. Zawsze istniała szansa, że znajdzie jakąś ukrytą szczelinę, podobną do tej, przez którą wychodziła z pałacu ojca. Przygryzając dolną wargę, rozglądała się nerwowo w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia. W końcu dotarło do niej, że nie uda jej się uciec z tego więzienia. Zła, z całej siły kopnęła niewielki kamyk, który z pluskiem wpadł do wody.
Zaciskając dłonie, spojrzała w niebo, na którym nie było ani jednej chmurki. Został jej tylko Skorpion.
*
Skorpion od rana był w złym humorze. Poszedł do sali ćwiczeń, by tam wyładować swój gniew.
Zaczął od noży. Rzucał nimi z taką zawziętością, że z tarczy, w którą celował, zostały same wióry.
Następnie stanął naprzeciwko kukły. Niestety worek wypełniony piaskiem nie przetrwał brutalnego starcia i pękł już po czwartym ciosie Skorpiona, tworząc u jego stóp małą piaskownicę.
Coraz bardziej wściekły, chwycił grubą linę zwisającą z kamiennej ściany i zaczął się po niej wspinać. Przy każdym ruchu mięśnie jego ramion napinały się boleśnie, ale nawet tego nie czuł.
Wciąż myślał o Parisie. Doprowadzało go to do furii. Ona doprowadzała go do furii! Zamiast skoncentrować się na swoich planach, wspominał ubiegłą noc.
Klnąc szpetnie, zsunął się po sznurze, który natychmiast odrzucił, gdy tylko poczuł pod stopami twardy grunt. Ignorując pozostałych ćwiczących, wyszedł z pomieszczenia i udał się prosto do stajni.
Na widok Skorpiona, Omar od razu podbiegł do Shamala i zaczął go siodłać. Z ciekawością zerkał na idącego w jego stronę mężczyznę, bo rzadko widział go tak rozsierdzonego. Pewnie miało to związek z pojedynkiem. Już całe Masjaf wiedziało, co wydarzyło się w haremie.
Gdyby nie sprzeciw Raszida, najpewniej zabiłby Razana, za którym nikt by nie płakał. Chłopiec bardzo żałował, że tak się nie stało. Pocieszał się jednak myślą, że blizna na policzku tego bydlaka już zawsze będzie mu przypominać o Skorpionie i Fadim.
Wspominając kolegę, posmutniał. Wcześnie rano spoczął w ziemi niedaleko twierdzy. To Skorpion wykopał dla niego grób, bo tylko on nie bał się Sinana. W tym samym czasie przyjaciele Fadiego stali na murach otaczających Masjaf i przyglądali się samotnej postaci pochylonej nad świeżą mogiłą. Był to przygnębiający widok.
Gdy podszedł do niego, Omar uśmiechnął się szeroko.
– Jeszcze trochę, a Shamal kopytem zrobi dziurę w podłodze... Tak się rwie do przejażdżki – rzucił pogodnie, chcąc choć trochę poprawić mu humor.
Skorpion zdobył się na zdawkowy uśmiech i swoim zwyczajem potargał mu włosy.
– Cieszę się, bo zamierzam nieźle go zmęczyć – wyjaśnił, sięgając po wodze. – Galop dobrze zrobi nam obu.
Gdy wyprowadzał ogiera na dziedziniec, natknął się na Raszida. Ich wrogie spojrzenia skrzyżowały się na moment. Zamiast się z szacunkiem ukłonić, Skorpion z pogardą uniósł jedną brew i śmiało dosiadł ogiera. Następnie owinął głowę kufiją i krzyknął, by otwarto bramę.
Jeszcze raz zerknął na Sinana, po czym dał Shamalowi sygnał, by ruszał. Oddalając się, czuł na plecach palący wzrok Starca. Domyślał się, że nie spodobało mu się wczorajsze zajście, ale miał to gdzieś. Obaj wiedzieli, że powoli wymyka mu się z rąk.
Po opuszczeniu twierdzy Shamal natychmiast przyspieszył, wyczuwając nastrój swojego pana. Zarówno koń jak i jeździec kochali ścigać się z wiatrem, mknąć przed siebie w poszukiwaniu wolności, która gdzieś tam majaczyła na horyzoncie. W głowie mieli wtedy pustkę, a w sercu radość. Skorpion lubił chwile, kiedy panująca wokół cisza przemawiała głośniej niż jakiekolwiek trąby.
Gdy galop przeszedł w kłus, a potem w stęp, odetchnął głębiej, chyba po raz pierwszy od wyprawy do Hamy.
Zatrzymał Shamala i zapatrzył się daleko przed siebie, w stronę miasta. Zastanawiał się, czy Zenobia wciąż szaleje nad pałacem Umara. Raszid zapewne nie mógł się już doczekać, by spotkać się z emirem i rzucić mu w twarz, że jego ukochana córka znajduje się w Masjaf.
Na myśl o dziewczynie oczy Skorpiona się zwęziły. Stanowiła jedną wielką komplikację, a on nie znosił komplikacji. Musiał pokazać zarówno jej, jak i sobie, że jest po prostu jedną z wielu kobiet, z którymi spał – nic nieznaczącym epizodem w jego życiu.
Dłuższy czas patrzył na spaloną słońcem ziemię, gdy nagle jego czoło się wygładziło. Wiedział już, co należało zrobić.
Zerknął jeszcze w stronę Hamy i z uśmiechem na ustach ruszył z powrotem do Masjaf. Dziś wieczorem dziewczyna zrozumie, jak niewiele dla niego znaczy.
*
Parisa również nie mogła doczekać się wieczora. Dlatego z jeszcze większą irytacją niż poprzednio znosiła wszelkie zabiegi upiększające. Zawsze była w gorącej wodzie kąpana, gdy coś sobie wymyśliła, od razu chciała działać, za co Tariq i jej rodzice często ją ganili. Ale tym razem naprawdę miała powód do zniecierpliwienia.
Gdy Hana po raz ostatni przeciągnęła szczotką po jej długich włosach, dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem, że to już koniec i wreszcie może udać się do głównej sali, by tam wypatrywać Skorpiona. Co prawda nie miała żadnej gwarancji, że przyjdzie, ale i tak zamierzała na niego czekać. W końcu chciała wziąć sprawy w swoje ręce.
Tylko myśl o Razanie sprawiała, że ze strachu lekko zadrżały jej dłonie. Liczyła jednak, że szczęście się do niej uśmiechnie i dziś się nie pojawi, a jeśli nawet, wybierze sobie inną nałożnicę.
Z całą godnością, na jaką było ją stać, wyprostowała plecy i wyszła ze swojej sypialni. Wzdrygnęła się, gdy wkroczyła do świata, w którym rządziła przemoc i seks. Ponownie uderzył ją specyficzny zapach kadzideł i haszyszu.
Wśród anonimowych twarzy starała się wypatrzyć Najwę. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, jak się wyleguje na jednym z niskich łóżek. Za to nigdzie nie widziała Raszida. Choć kurtyzana nie była jej sprzymierzeńcem, czuła się przy niej bezpieczniej, dobrze wiedząc, że to złudne uczucie.
Najwa, przyglądając się Parisie spod na wpół przymkniętych powiek, przywołała ją do siebie ruchem ręki. Wbrew sobie zdążyła ją polubić i miała nadzieję, że kiedyś wróci do swojej rodziny.
Zabawiający się w rogu pomieszczenia Razan, na widok Parisy zepchnął z siebie dosiadającą go kobietę, ignorując jej pomruk niezadowolenia. Płynnym ruchem poderwał się z posłania i ruszył w stronę swojej nowej zdobyczy.
„Już mi się nie wymkniesz” – pomyślał mściwie.
Żałował, że to Skorpion ją rozdziewiczył, ale to jego, Razana, zapamięta do końca życia – już on się o to postara. Przejechał dłonią po ranie na policzku, która wciąż bolała i lekko krwawiła. Tej nocy zamierzał wynagrodzić sobie swoje upokorzenie.
Parisa z przerażeniem obserwowała zbliżającego się do niej jasnowłosego mężczyznę. Dopiero teraz zobaczyła, co mu zrobił Skorpion. Szrama wyglądała paskudnie. Była pewna, że pozostanie po niej brzydka blizna. Widząc błysk żądzy w jego oczach, zaczęła się bezwiednie cofać. Nagle zatrzymała się.
– Nie – powiedziała do siebie w duchu. – Nie pokażę mu, jak bardzo się boję.
Choć w środku cała się trzęsła, cierpliwie czekała, aż do niej podejdzie.
Razan uniósł jeden kącik ust w dwuznacznym uśmiechu.
– Wczoraj nam przeszkodzono, ale dziś… – palcem przejechał po jedwabistej skórze dziewczyny widocznej w rozcięciu delikatnej tuniki. – Dziś pokażę ci, jak to robi prawdziwy mężczyzna.
Parisa zaczęła szybciej oddychać, ale nie z pożądania, lecz ze strachu przed tym, co dla niej zaplanował.
Nagle Razan chwycił ją za brodę i mocno pocałował. W odpowiedzi ugryzła go w dolną wargę. Przeklinając głośno, odskoczył od niej, wycierając kciukiem strużkę krwi z kącika ust.
– Ty suko – syknął przez zęby i zamachnął się, by wymierzyć jej cios.
W tym momencie doleciał do nich ostry głos Najwy:
– Zostaw ją! – rozkazała.
Razan przeniósł wściekłe spojrzenie z dziewczyny na królową haremu.
– Mam do niej prawo – wycedził, ledwie nad sobą panując.
– Nie dzisiaj! – odparła stanowczo Najwa, bez problemu wytrzymując spojrzenie jego lodowatych, niebieskich oczu.
– Wiesz, że po wyjeździe Sinana, to mnie będziesz musiała słuchać? – warknął gniewnie.
Kobieta uniosła się z posłania i podeszła do niego spokojnym, pewnym krokiem. Nie po to rozkładała nogi przed Raszidem i spełniała wszelkie jego zachcianki, by teraz byle brutal jej rozkazywał.
– Wykonuję polecenia tylko jednego człowieka i nie jesteś nim ty – z wyraźną satysfakcją cisnęła mu te słowa prosto w twarz.
Razan zrobił krok do tyłu, ale jego wzburzona mina zdradzała, że obie za to zapłacą.
Po chwili, jakby nigdy nic wrócił do swojej porzuconej kochanki i przerwanych czynności, ale już obmyślał zemstę.
Najwa ścisnęła drżącą dłoń dziewczyny. Dopóki będzie w stanie, ochroni ją przed Razanem. Obawiała się tylko, że i tak wcześniej czy później ją zgwałci.
Parisa patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem, a oddech rwał się ze zdenerwowania. Po raz kolejny poczuła się jak mysz, na którą poluje stado kotów.
Na szczęście dzięki Najwie udało jej się uniknąć najgorszego. Ale nie była tak naiwna, by sądzić, że jej opieka wystarczy. W końcu Raszid zamierzał oddać ją Razanowi.
W tym momencie przypomniała sobie jego słowa – że po wyjeździe Sinana to on będzie rządził w Masjaf. Serce, które już zdążyło się trochę uspokoić, znowu zabiło gwałtowniej. Raszid wyjeżdżał. Była pewna, że celem jego podróży była Hama.
Zaczęła się niespokojnie wiercić na poduszce, na której siedziała, i rozglądać po sali.
„Gdzie jest Skorpion?” – zastanawiała się, nerwowo wyginając palce.
I wtedy go zobaczyła. Patrzył prosto na nią, ale się nie zbliżył. Zamiast tego otoczył ramieniem Nadirę, która podbiegła do niego i naga wtuliła się w jego ciało.
Wciąż przyglądając się Parisie, opuścił głowę i ustami dotknął wydętych warg kochanki. Specjalnie przedłużał pocałunek, by pokazać księżniczce, jak niewiele go obchodzi, a to, co ich połączyło ubiegłej nocy, to zwykłe zbliżenie.
Wychodząc z sali z Nadirą uwieszoną u jego boku, nie widział bladej, znękanej twarzy Parisy, która obserwowała tę scenę ze ściśniętym gardłem.
Gdy znaleźli się w ustronnym miejscu, kobieta natychmiast przylgnęła do Skorpiona. Wspinając się na palce, chciała go znowu pocałować, lecz on, zniecierpliwiony jej pieszczotami, szorstko kazał jej się położyć na łóżku. Zmieszana – bo nigdy wcześniej nie był tak odpychający – wykonała polecenie.
Bez zwłoki ułożył się między jej nogami i zaczął gwałtownie całować. Nadira otoczyła go udami, czekając, aż w nią wejdzie, lecz Skorpion nagle poderwał się z posłania, poprawił spodnie i, klnąc pod nosem, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając ją rozzłoszczoną i zdezorientowaną.
Raptem wszystko w Nadirze zaczęło go drażnić. Pachniała zbyt intensywnie, miała za pełne kształty, nawet kolor jej ust przestał mu się podobać.
Opuszczając komnatę, natknął się na Parisę. Na jej widok zatrzymał się zaskoczony. Powietrze między nimi natychmiast zgęstniało, jak przed burzą.
Od razu przypomniał sobie gładkość jej skóry, gdy sunął po niej dłońmi, uroczo zarumienioną twarz, kiedy przeżywała swój pierwszy orgazm, i to, jak na niego patrzyła, gdy zlizywał z palców jej smak. Zirytowany tymi myślami, z premedytacją zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
– Chcesz czegoś? – zapytał arogancko.
Parisa miała ochotę unieść się honorem, odwrócić się na pięcie i odejść, ale zamiast tego tylko zacisnęła zęby. To, że poszedł z Nadirą, dotknęło ją bardziej, niż by chciała – bardziej nawet niż porwanie. Walczyła, by się nie rozpłakać, i jakoś udało jej się opanować łzy.
Ignorując bolesny skurcz w żołądku, starała się nie wspominać wspólnie przeżytych chwil. Ale dobrze pamiętała, jak napinały się jego mięśnie, gdy go dotykała, jak ją pieścił i całował z nieoczekiwaną delikatnością.
By wyrzucić z głowy te obrazy, zwróciła się do niego z udawaną śmiałością.
– Musimy porozmawiać.
Skorpion uniósł jedną brew.
– Ja niczego nie muszę – stwierdził cynicznie, zamierzając ją wyminąć. Wtedy złapała go za przegub.
Zerknął najpierw na jej dłoń, a potem na nią.
– Puść – rozkazał cicho.
– Nie, dopóki ze mną nie porozmawiasz. – Wrogość w jego oczach sparaliżowała ją, ale nie mogła się teraz poddać. Od tej rozmowy zależała cała jej przyszłość.
Zniecierpliwiony wyrwał się z jej uścisku i zrobił dwa kroki, gdy usłyszał za sobą:
– Razan.
Mężczyzna powoli odwrócił się w jej stronę. Parisa aż zaniemówiła, widząc zimną furię na jego twarzy. Zastanawiała się nad przyczyną nienawiści między nimi, ale właśnie ta nienawiść była dla niej szansą na uzyskanie pomocy Skorpiona.
– Co z nim? – zapytał z napięciem w głosie.
– Ponad rok temu był w ogrodach mojego ojca… – wyrzuciła z siebie jednym tchem – rozmawiał z kimś z jego otoczenia.
Skorpion przyglądał się jej, nie zdradzając żadnych emocji.
– Wiesz z kim?
Parisa przełknęła głośno ślinę.
– Tak.
– Ale co ja mam do tego? – rzucił chłodno.
Dziewczyna zbliżyła się do niego i uniosła głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy.
– Nienawidzisz Razana i Raszida. Jeśli mi pomożesz, może uda nam się pokrzyżować ich plany – na chwilę zamilkła, by jej słowa nabrały większego ciężaru – czyż nie byłaby to idealna zemsta?
Skorpion nawet nie drgnął. Wpatrywał się w nią intensywnie, jakby sprawdzał, czy nie kłamie.
Gdy zrozumiał, że mówi prawdę, zacisnął dłoń w pięść, a potem powoli ją rozluźnił.
– Być może – wycedził przez zęby i, cofając się, przyglądał się jej twardym wzrokiem. Następnie odwrócił się i zniknął w ciemnościach, zostawiając ją samą.
Zaskoczona Parisa dłuższy czas wpatrywała się w miejsce, gdzie stał Skorpion. Nie tego się spodziewała. Nawet ciche skrzypnięcie zamykanych drzwi, nie wyrwało jej z odrętwienia.
2 komentarze
Amorek99
No ładnie mój komentarz znikł a tyle się nad nim napracowałem prawie dwie godziny temu wrrrrr👹👹👹 Nowy napiszę jutro muszę mieć wenę 😎😎😂😂
Marigold
@Amorek99 oddawać komentarz Amorka! 😡 Pewnie kosmici przechwycili 😉 Ale i tak dziękuję 🙂
Hart
Mam nadzieję że następna odsłona pojawi się już niebawem. Wiesz że mam słabość do Twojej twórczości, więc pochłaniam to jak poranną Nike biurkowe bułkę z masłem i jestem nienasycony 😉. A wracając do treści wszystko nabiera kształtów, chociaż bardzo się starasz kończyć w momencie który ma coś wyjaśnić. I chyba o to Ci chodzi. Dziękuję za już i proszę o więcej i to dużo więcej😘
Marigold
@Hart dobrze, że weekend deszczowy to sobie mogłam spokojnie szlifować kolejny rozdział
Wiem, że nie powinno się cieszyć z czyjejś słabości, ale ja się bezczelnie cieszę z Twojej słabości do moich historii!
Lubię kończyć w ciekawy sposób rozdział, choć wiem, że Czytelnik zgrzyta wtedy zębami
Hart jak zawsze wielkie dzięki za Twoją obecność!