Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Mama Mojej Przyjaciółki VI: Nowe Życie

Mama Mojej Przyjaciółki VI: Nowe ŻycieTo była długa i piękna droga od tamtego wieczoru na rozgrzanej werandzie, aż po chwile, gdy nasz świat skurczył się do rozmiarów łóżka w sypialni. Wszystko działo się w swoim własnym, naturalnym rytmie, a czas, który dawniej tak nas przerażał, stał się naszym sprzymierzeńcem, odmierzając minuty dzielące nas od cudu. Decyzja o dziecku, gdy już raz została wypowiedziana, zamieniła nasz dom w ciche, doskonale zorganizowane centrum dowodzenia. Weronika rozkwitła w swojej profesjonalnej roli. Uwielbiałam obserwować ją wieczorami, gdy w okularach na nosie, z powagą godną najważniejszego konsylium, przeglądała przy biurku moje wyniki badań, kalendarze cykli i rozpiski dawek hormonów. Na tym samym blacie, gdzie jeszcze niedawno zrzucałyśmy książki w przypływie dzikiej namiętności, teraz leżały sterylne foldery z kliniki leczenia niepłodności.
– Justyś, podejdź do mnie na chwilę – zawołała któregoś wieczoru, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.
Podeszłam cicho, boso, ubrana tylko w jej za dużą koszulę. Usiadłam na jej udach, omijając dokumenty, i oplotłam rękami jej szyję. Weronika odetchnęła głęboko, wtulając twarz w moje włosy.
– Rozmawiałam z profesorem. Wszystko jest idealnie. Twój organizm jest młody, silny, zareagował na stymulację książkowo. Transfer mamy za dwa tygodnie.
– Boisz się? – wyszeptałam, czując, jak pod moimi palcami napinają się mięśnie jej karku.
– Boję się tylko tego, żebyś ty nie cierpiała, gdyby coś poszło nie tak – przyznała cicho, zdejmując okulary i patrząc mi prosto w oczy. – ale zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna, wszystko, Justynko.

Sam dzień transferu w klinice pamiętałam jak przez mgłę. Chłód sterylnego gabinetu, zapach środków dezynfekujących i jaskrawe światło lamp, ale pamiętałam też jej dłoń. Weronika, choć nie mogła przeprowadzać zabiegu osobiście, stała tuż przy mojej głowie, ubrana w medyczny fartuch. Jej palce splatały się z moimi tak mocno, że aż bielały nam kłykcie. Kiedy lekarz pokazał nam na monitorze USG maleńki, błyszczący punkt wprowadzany do mojego wnętrza, poczułam, jak na moją dłoń spadała gorąca łza Weroniki. Nie potrzebowałyśmy słów. W tym jednym uścisku, w tym sterylnym pokoju, dokonało się nasze największe, intymne misterium.

Dwa tygodnie później, wczesnym porankiem, stałyśmy w łazience. Test leżał na brzegu umywalki. Druga różowa kreska pojawiła się niemal natychmiast, wyraźna, nieznosząca sprzeciwu. Weronika osunęła się na kolana, przywierając twarzą do mojego wciąż płaskiego brzucha, a jej ramiona drżały od szlochu ulgi. Ja tylko gładziłam jej ciemne włosy, patrząc w lustro na moją nową grzywkę i czując, że od tej minuty nasz świat zmienił się na zawsze. Ta radosna tajemnica była jednak zbyt wielka, byśmy mogły zatrzymać ją tylko dla siebie. Wiedziałyśmy, że nadszedł czas, by podzielić się nią z osobą, której aprobata znaczyła dla nas najwięcej.  

Spotkałyśmy się z Kasią w naszej ulubionej, małej kawiarni na rogu, tej z widokiem na stary park. Kasia przyszła rozpromieniona nowym związkiem, z dłońmi pachnącymi mrozem. Zamówiłyśmy herbatę i przez pierwszy kwadrans rozmawiałyśmy o bzdurach, o jej studiach, o moich zaocznych planach socjologicznych, z których na razie nie chciałam rezygnować. W końcu Weronika odstawiła filiżankę, spojrzała na córkę i ujęła moją dłoń nad blatem stolika.
– Kasiu… musimy ci o czymś powiedzieć. O czymś bardzo ważnym dla nas obu.
Kasia spojrzała na nasze splecione palce, potem na twarz swojej mamy, na której malowało się rzadko spotykane napięcie. Jej oczy rozszerzyły się w nagłym błysku zrozumienia, ale na usta niemal natychmiast wypełzł ten jej charakterystyczny, ciepły uśmiech.
– O rany… – pisnęła cicho, opierając się o oparcie krzesła. – Wy… Justyna, ty jesteś w ciąży?
– Tak – odpowiedziałam, czując, jak rumieniec zalewa mi policzki. – Trzeci miesiąc. Wszystko jest w porządku.
Kasia przez sekundę siedziała w bezruchu, jej wzrok wędrował między mną a Weroniką. Spodziewałam się szoku, może milczenia, ale ona nagle wstała, obeszła stolik i zamknęła nas obie w jednym, potężnym uścisku. Pachniała świeżością i młodością.
– Jezu, dziewczyny, gratulacje! – wykrztusiła, a w jej głosie nie było ani grama fałszu, tylko czysta, bezwarunkowa radość. – No dobra, jestem w ciężkim szoku, moja mama znowu pieluchy? Ale to jest niesamowite! Justyna, jak ty się czujesz?
Weronika odetchnęła z taką ulgą, jakby spadł z niej tonowy ciężar. Patrzyła na swoją dorosłą córkę z nieskrywaną dumą.
– Dobrze się czuję, Kasiu. Twoja mama dba o mnie aż przesadnie – zaśmiałam się, czując, jak z moich oczu uciekały resztki strachu.
Kasia usiadła z powrotem, opierając brodę na dłoniach i patrząc na nas z tą swoją dawną, mądrą życzliwością.
– Mamo, wyglądasz, jakbyś zrzuciła z siebie dziesięć lat. Justyna… wiem, ile to dla ciebie znaczyło. Będziecie cudownymi mamami. A ja? Cóż, będę najmłodszą i najbardziej szałową starszą siostrą na tym świecie.

Tamten wieczór ostatecznie wymazał wszelkie cienie przeszłości. Kasia, która kiedyś mogła stać się powodem naszego końca, teraz stawała się filarem naszej nowej przyszłości, dając nam zielone światło na to, byśmy mogły w pełni zanurzyć się w nadchodzącej, spokojnej codzienności.

Miesiące płynęły jeden za drugim, a czas przyspieszył, odmierzany kolejnymi centymetrami w mojej talii. Zgodnie z obietnicą daną Weronice, musiałam zrezygnować z pracy kurierki. Noszenie ciężkich paczek nie wchodziło w grę. Moje ciało, dotąd tak mocno eksploatowane, domagało się zwolnienia biegu. Najbardziej brakowało mi wtorkowych i sobotnich meczów piłki nożnej. W jeden z ciepłych, wiosennych wieczorów siedziałam na ławce przy boisku, otulona puszystym, wełnianym kocem, który Weronika wetknęła mi w ręce przed wyjściem. Mój brzuch, okrągły jak idealna piłka, odznaczał się wyraźnie pod luźną bluzą. Patrzyłam, jak moi dawni znajomi biegali za piłką, a w moim sercu mieszała się nostalgia z ogromnym, głębokim spokojem. Weronika usiadła obok mnie, podając mi termofor z ciepłą wodą na lędźwie.
– Tęsknisz? – zapytała, całując mnie w skroń.
– Trochę tak. Ale wiesz co? Ta nowa gra, którą teraz prowadzę, podoba mi się znacznie bardziej – odpowiedziałam, kładąc jej dłoń na moim brzuchu. Pod jej wewnętrzną stroną dłoni niemal natychmiast odpowiedziało delikatne, rytmiczne puknięcie. Weronika uśmiechnęła się, a jej oczy znowu zrobiły się wilgotne.
Z tą samą dumą i wyczekiwaniem obserwowali te zmiany moi rodzice. Kiedy niedługo potem odwiedziłam rodzinny dom, mama od progu zaciągnęła mnie do salonu, by pokazać sterty kupionych ubranek, ale moje kroki tradycyjnie skierowały się do garażu. Zapach smaru, benzyny i starego drewna przyniósł mi natychmiastowe poczucie bezpieczeństwa. Tata nie dłubał jednak przy Fiacie. Stał nad starym, dębowym warsztatem, pieczołowicie wygładzając papierem ściernym drewniane, toczone szczebelki.
– O, kurierka na urlopie – mruknął, ale od razu odłożył narzędzia i podsunął mi stabilne, czyste krzesło. – Siadaj, nie stój tak, bo cię plecy rozbolą.
– Co robisz, tato? – zapytała, siadając ostrożnie.
– A, takie tam… Łóżeczko po tobie znalazłem na strychu. Trzeba odnowić, polakierować ekologicznym, coby młode drzazgi nie złapało. Weronika mówiła, że materacyk już kupiła najlepszy, to i rama musi być porządna.
Poczułam, jak wzruszenie ściska mi gardło. Mój surowy, warsztatowy tata, który trzy lata temu nie chciał słyszeć o moim związku, teraz szykował łóżeczko dla dziecka dwóch kobiet.
– Dziękuję, tato. Jest piękne.
– Piękne to będzie, jak skończę – burknął pod nosem, ale widziałam, jak dumnie prostuje plecy. – Pamiętaj, Justynka, teraz jesteś na ostatniej prostej. Zakrętów nie bierz za szybko. Weronika to mądra kobieta, słuchaj się jej, bo na medycynie to ona zęby zjadła, a ty masz tylko odpoczywać i rosnąć. Słuchałam go i rosłam, a wraz ze mną zmieniało się też nasze życie intymne. Namiętność, która dawniej była drapieżna i gwałtowna, teraz stała się głęboka, nabożna i pełna niesamowitej ostrożności. Weronika podchodziła do mojego ciała z taką czułością, jakby dotykała najcenniejszego kryształu. Każde smarowanie brzuszka oliwką po wieczornej kąpieli zamieniało się w seans cichych pieszczot, podczas których jej usta z niezmiennym zachwytem wędrowały po moich rozstępach, zaokrąglonych biodrach i nabrzmiałych piersiach, udowadniając mi, że dla niej wciąż jestem najpiękniejszym dziełem sztuki. Ten cichy, bezpieczny intymny kokon doprowadził nas w końcu do upalnego, ósmego miesiąca, kiedy to tłumione przez tygodnie pożądanie wezbrało w nas z niszczycielską siłą.

Wieczór był duszny, zapowiadający letnią burzę. Przez otwarte okno werandy wpadało rześkie powietrze, poruszając delikatnie firanką. Siedziałam na brzegu łóżka, ubrana tylko w lekką, rozpiętą koszulę nocną, która ledwo opinała mój wielki, napięty brzuch. Czułam się ociężała, moje nogi były lekko opuchnięte, a w głowie kołatała się ta głupia, babska myśl, że w tym stanie daleko mi do zmysłowej dziewczyny sprzed roku.

Weronika weszła do sypialni, niosąc szklankę chłodnej wody. Zatrzymała się w progu, a jej spojrzenie powędrowało po moim ciele z taką intensywnością, że aż przeszły mnie ciarki. Odłożyła szklankę, podeszła powoli i uklękła przede mną, kładąc dłonie na moich kolanach.
– O czym myślisz, Justyś? – zapytała cicho, patrząc na mnie spod swojej ciemnej grzywki.
– O tym, że jestem ogromna, Wero… – westchnęłam, próbując obrócić to w żart, choć mój głos lekko zadrżał. – I że chyba nie wyglądam teraz zbyt pociągająco.
Weronika zmarszczyła brwi, a w jej oczach błysnął ten dobrze mi znany, drapieżny, a zarazem pełen miłości upór. Ujęła moją twarz w obie dłonie, zmuszając, bym patrzyła tylko na nią.
– Nigdy więcej tak nie mów – szepnęła z głęboką, poruszającą powagą. – Jesteś najpiękniejszym widokiem, jaki w życiu widziałam. Nosisz w sobie naszą przyszłość, Justyna. Twoje ciało jest idealne. Ja wręcz szaleję z pragnienia, kiedy na ciebie patrzę.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, uniosła się lekko i odnalazła moje usta. Pocałunek zaczął się miękko, czule, od delikatnego badania warg, ale natychmiast wyczułam pod spodem ten sam żar, który spalił nas na werandzie rok temu. Westchnęłam głęboko w jej usta, a moje dłonie same wplątały się w jej gęste, brunatne włosy, przyciągając ją bliżej. Weronika powoli przesunęła się na łóżko, siadając obok mnie Jej dłonie, rozgrzane i pewne, zaczęły zsuwać ramiączka mojej koszuli, odsłaniając piersi, które pod wpływem hormonów stały się pełne, ciężkie i niesamowicie wrażliwe.  Weronika przerwała patrząc w moje oczy. Uśmiechnęłam się i powiedziałam
– Wierzę, dziękuję i kocham cię – wyszeptałam, a na moje usta wypłynął miękki, pełen ulgi uśmiech, który natychmiast zmył ze mnie całe wcześniejsze skrępowanie.
Weronika nie odrywała ode mnie wzroku. W jej szarych oczach tańczyły radosne, znajome iskierki, a ten drapieżny upór powoli ustępował miejsca czystej, zmysłowej czułości.
– Oho, pani kurierka robi się sentymentalna – mruknęła z udawaną powagą, muskając kciukiem mój policzek. – Poza tym, czy ja dobrze słyszałam? „Dziękuję”? Od kiedy to dziękuje się za oczywiste fakty, Justynko? Przecież patrzenie na ciebie to dla mnie czysta przyjemność, a nie żaden obowiązek.
– Po prostu… czasami trudno mi uwierzyć, że wciąż potrafię zawrócić ci w głowie, kiedy ledwo mogę zawiązać buty – zaśmiałam się cicho, a kosmyk mojej grzywki opadł mi na czoło.
– Kochanie, ty mi zawracasz w głowie od pierwszego dnia, kiedy cię zobaczyłam, i wierz mi, żaden dodatkowy centymetr w talii tego nie zmieni – odparła, a jej głos stał się nagle niższy, cieplejszy. – Zresztą, zaraz ci to udowodnię. Koniec gadania.
Sięgnęła ręką w stronę nocnego stolika, skąd wzięła buteleczkę z naszą ulubioną oliwką do ciała. Zamiast jednak od razu wylać płyn na dłonie, zatrzymała się na chwilę i spojrzała na swoją żółtą, opinającą sukienkę. Złapała za materiał na dole i płynnym, niezwykle zgrabnym ruchem pociągnęła go do góry, zrzucając ubranie na podłogę. Została tylko w koronkowej, żółtej bieliźnie, która idealnie kontrastowała z jej opaloną skórą i ciemnymi włosami.
– Żeby sprawiedliwości stało się zadość – mrugnęła do mnie figlarnie, siadając jeszcze bliżej na brzegu materaca. – Nie będziesz tu przecież leżeć sama naga. Poza tym… tak jest znacznie wygodniej. I szybciej.
Poczułam, jak na ten widok krew uderzał mi do policzków, a żołądek fiknął znajomego koziołka. Weronika rozgrzała kilka kropel oliwki w dłoniach, rozcierając je o siebie z cichym, zmysłowym szelestem, a potem delikatnie położyła dłonie na moim napiętym, zaokrąglonym brzuchu. Jej dotyk był jak balsam. Ruchy miała powolne, koliste, pełne niesamowitej uważności, jakby każda kropla olejku była nabożnym wyznaniem miłości. Przesuwała palcami od dołu ku górze, gładząc napiętą skórę, która pod wpływem jej ciepłych dłoni natychmiast się rozluźniała. Siedziałam oparta o poduszki, wodząc za nią na wpół przytomnym wzrokiem, a mój oddech zaczął powoli przyspieszać.  

Weronika jednak nie poprzestała na samym brzuszku. Jej naoliwione, śliskie dłonie powędrowały wyżej, przesuwając się zmysłowo wzdłuż moich żeber aż do nabrzmiałych, ciężkich piersi. Oplotła je palcami, muskając kciukami wrażliwe brodawki, co wycisnęło ze mnie ciche, przeciągłe mruknięcie. Czułam, jak ogień, który dotąd tylko tlił się pod skórą, nagle buchnął żywym płomieniem.
– Podoba się? – wyszeptała Weronika, zniżając głowę i całując mnie delikatnie w zagłębienie nad obojczykiem, podczas gdy jej dłonie zjechały z powrotem w dół, zatrzymując się na moich biodrach.
– Nawet nie wiesz jak… – wykrztusiłam, chwytając mocniej krawędź prześcieradła.
Uśmiechnęła się triumfalnie pod moją skórą i zaczęła masować moje nogi. Jej palce zsuwały się powoli po moich lekko opuchniętych łydkach, przynosząc natychmiastową ulgę, by po chwili z dużo większą siłą i dynamiką wrócić wyżej ku moim udom. Weronika zaczęła gładzić wewnętrzną stronę moich ud, rozszerzając je centymetr po centymetrze z taką pasją i temperamentem, że mój oddech całkowicie stracił swój stały rytm, zamieniając się w krótkie, urwane serie westchnień. Oliwka sprawiała, że każdy jej ruch był niezwykle płynny, a zarazem drapieżny. Czułam, jak ciepło rozchodziło się po całym moim ciele, koncentrując się dokładnie tam, gdzie za moment miały odnaleźć mnie jej rozgrzane usta. Zsuwając się coraz niżej, Weronika nie przerywała tego zmysłowego masażu, a jej usta zaczęły zostawiać ścieżkę wilgotnych, gorących pocałunków na mojej skórze. Każde dotknięcie jej warg na moich udach wywoływało we mnie dreszcz. Schodziła niżej, ku kolanom, aż jej dłonie pewnie i czule objęły moje stopy. Dla wielu mogłoby to być zaskakujące, ale w jej wykonaniu było to przedłużenie tej samej nabożnej miłości, którą otaczała mnie całą. Uniosła lekko moją stopę, masując kciukiem zmęczone podbicie, a potem zaczęła pieścić ją ustami, całując delikatnie każdy palec z osobna. Poczułam, jak z moich piersi wyrywał się głęboki, długi oddech. Cały ciężar ostatnich tygodni, to poczucie ociężałości, o którym mówiłam chwilę wcześniej, po prostu wyparowało. Zastąpiła je obezwładniająca fala odprężenia i narastającego podniecenia.
– Wero… to jest niesamowite – wyszeptałam, a mój głos stał się niski, matowy od emocji.
Weronika uniosła na moment głowę, a jej ciemna grzywka opadła jej na czoło. W żółtej bieliźnie, z rozgrzaną od oliwki skórą, wyglądała tak magnetycznie, że aż zabrakło mi tchu.
– Powiedziałam ci, Justyś, że zadbam o każdy fragment twojego ciała. Dzisiaj należysz tylko do mnie – odpowiedziała miękko, a w jej głosie znowu pojawiła się ta cudowna, figlarna pewność.
Powoli, nie spiesząc się nigdzie, zaczęła wracać pocałunkami ku górze. Jej usta wędrowały wzdłuż moich łydek i wewnętrznej strony ud, a ja, poddając się całkowicie temu rytmowi, powoli i ufnie rozwarłam nogi, opierając stopy stabilnie na materacu. Czułam się w jej dłoniach całkowicie bezpieczna, wolna od jakichkolwiek lęków. Kiedy Weronika znalazła się z powrotem między moimi udami, oparła się na przedramionach i spojrzała na mnie. Jej dłoń, wciąż śliska od pachnącej oliwki, powędrowała wyżej i delikatnie zaczęła gładzić moją kobiecość. W czasie ciąży, gdy zrezygnowałam z regularnej depilacji na rzecz pełnej wygody i naturalności, to miejsce delikatnie zarosło miękkimi włoskami. Dla mnie samej była to zmiana, do której wciąż się przyzwyczajałam, ale Weronika patrzyła na mnie z zachwytem, w którym nie było ani krzty wahania.
– Jesteś taka piękna, Justynko… Taka naturalna, tak doskonale kobieca – szepnęła, a jej palce zaczęły powoli, z niesamowitym wyczuciem rozszerzać fałdki mojej wrażliwości, natrafiając od razu na gęstą, gorącą wilgoć. – Kocham każdy twój milimetr. Dokładnie taką, jaka jesteś teraz.
– Weroniko, błagam… – mój oddech zerwał się, a biodra same uniosły się lekko, szukając mocniejszego docisku jej dłoni.
Weronika uśmiechnęła się czule, widząc moją reakcję, a potem zbliżyła swoje usta do mojego łona. Gdy jej gorący, wilgotny język po raz pierwszy musnął moją najbardziej wrażliwą część, gwałtownie cofnęłam głowę w poduszki, a z moich ust wyrwał się głośny, urwany jęk. Pieściła mnie z tą samą szaloną pasją i bezgranicznym oddaniem, które znałam od lat, a które teraz, w obliczu naszej wspólnej przyszłości, wydawało się jeszcze potężniejsze. Jej język kreślił szybkie, precyzyjne ścieżki, ignorując barierę delikatnych włosków, wnikając płytko i drapieżnie, by po chwili znów wrócić do rytmicznego, mocnego stymulowania mojego centrum rozkoszy. Druga dłoń spoczywała na moim brzuchu, gładząc go uspokajająco, jakby Weronika chciała połączyć te dwa światy czystą, dziką rozkosz kobiety z bezpieczeństwem rozwijającego się wewnątrz nas życia. Wszystko we mnie zaczęło pulsować w rytm jej oddechu, a pokój wypełnił się moim cichym, duszno-namiętnym szeptem.

Zatracając się w tym bezgranicznym oddaniu, uniosłam dłonie i objęłam głowę Weroniki, wplątując palce głęboko w jej gęste, ciemne włosy. Błoga, niewiarygodnie gorąca fala zalewała mnie od środka, paraliżując wszelkie racjonalne myśli. Moje ciało falowało na materacu w rytm każdego ruchu jej głowy. Nie byłam w stanie kontrolować swoich reakcji. Z moich piersi co chwila wyrywały się niskie mruki, bezwiedne stęknięcia i głośne westchnienia, a Weronika operowała językiem niezwykle zmysłowo, z minuty na minutę podkręcając temperaturę w sypialni. Całe moje ciało drżało pod wpływem tej niesamowitej stymulacji. Przytulałam jej głowę mocniej do swojego łona, a z moich ust, raz za razem, schodziło szarpane, powtarzające się z głębi gardła:  
– Ooh... o mój Boże... Wero, tak... o mój Boże...
Czując, że była już niebezpiecznie blisko krawędzi, Weronika subtelnie zwolniła tempo. Nie chciała kończyć tego zbyt szybko; chciała celebrować tę chwilę. Przesunęła się powoli w górę łóżka, a jej rozgrzane, wilgotne od moich soków usta natychmiast odnalazły moje wargi. Pocałowałam ją z dziką wdzięcznością, odpowiadając głęboko, zachłannie, mieszając nasz oddech w jeden niespokojny rytm. Podczas gdy nasze języki splatały się w namiętnym tańcu, Weronika nie pozwoliła mi ostygnąć. Jej dłoń, śliska od oliwki i mojej własnej wilgoci, koliście pieściła moją kobiecość, utrzymując mnie w stanie permanentnego, słodkiego zawieszenia. Każdy obrót jej palców wywoływał we mnie spazmatyczny skurcz ud, które zaciskałam na jej biodrach. Nagle oderwała usta od moich, a jej pocałunki zeszły niżej, na moją szyję, obojczyki, aż w końcu dotarły do piersi. Ustami objęła jedną z nich, pieściła ją, ssąc zmysłowo i łapczywie, by po chwili zacząć lizać rozgrzanym językiem mój nabrzmiały, nieziemsko wrażliwy sutek. Wygięłam się w łuk, chwytając mocno za jej ramiona, na których wciąż spoczywały ramiączka żółtego stanika. Kontrast jej chłodniejszej bieliźniarskiej koronki z moją rozpaloną, naoliwioną skórą sprawiał, że traciłam zmysły. Weronika piła moją rozkosz wszystkimi zmysłami, a ja czułam, że ta burza, która wisiała za oknem werandy, lada moment wybuchnie bezpośrednio w naszym łóżku. Weronika zjechała ustami z powrotem w dół, zostawiając na moim brzuchu ślad z ciepłej śliny. Gdy jej rozgrzany język znów dotknął mojego łona, skupiając się z drapieżną precyzją na samej łechtaczce, poczułam, że to już ostateczne odliczanie. Pieściła ten najbardziej czuły punkt miarowo, mocno, z absolutnym znawstwem mojego ciała, a ja zaczęłam rzucać głową na poduszce, tracąc resztki tchu. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, Weronika dołączyła do tego palec. Wsunęła go we mnie, wypełniając moje naoliwione, rozgrzane wnętrze głęboko i zdecydowanie, narzucając tempo, które idealnie współgrało z ruchem jej ust. To połączenie drapieżnego ssania i rytmicznego, pełnego pasji ruchu w środku zdemolowało mój dotychczasowy opór. Moje biodra uniosły się wysoko, niemal odrywając od materaca, a z gardła wyrwał się głośny, nieskrępowany krzyk rozkoszy. Ekstaza nadeszła jak potężne uderzenie fali. Ciało mi zesztywniało, a potem zaczęło drżeć w długich, spazmatycznych skurczach, które przetaczały się przez całe moje wnętrze. Zacisnęłam uda na jej ramionach, trzymając ją przy sobie, podczas gdy moje soków rozlały się ciepłem po jej ustach i palcach. Wszystko we mnie pulsowało, a burza za oknem werandy wreszcie pękła, odpowiadając pierwszym, głośnym grzmotem na nasz własny, sypialniany wybuch namiętności.

Weronika uniosła głowę i powoli przesunęła się w górę łóżka, kładąc się obok mnie. Jej usta, wciąż wilgotne od mojej rozkoszy, natychmiast odnalazły moje wargi. Całowałyśmy się namiętnie i głęboko, łącząc nasze przyspieszone oddechy w jeden, spokojniejszy już rytm. Dźwięk deszczu uderzającego o szyby werandy mieszał się z naszymi cichymi szeptami.
– Jesteś niesamowita, Wero… – wyszeptałam, gładząc jej rozgrzany policzek. – Tak bardzo cię kocham.
– Ja ciebie też, Justyś. Nawet nie wiesz, jak uwielbiam cię taką widzieć – odpowiedziała miękko, całując mnie w czubek nosa.
Mimo obezwładniającego zmęczenia i błogostanu, który rozlewał się po moich mięśniach, poczułam nagłą, silną potrzebę rewanżu. Chciałam dać jej dokładnie to samo schronienie i tę samą dziką przyjemność, którą ona przed chwilą ofiarowała mnie. Spojrzałam jej prosto w oczy, a na moje usta wypełzł lekki, zuchwały uśmiech.
– Moja kolej, kochanie… Usiądź na mojej twarzy – zaproponowałam niskim, zdecydowanym głosem, przesuwając się odrobinę niżej na poduszkach, by dać jej przestrzeń.
Weronika zamarła na ułamek sekundy, zaskoczona moją śmiałością w ósmym miesiącu ciąży, ale zaraz na jej twarzy rozbłysnął ten cudowny, niesamowicie zmysłowy uśmiech. Bez słowa, z pełnym gracji wdziękiem, uniosła się na kolanach i okrakiem przesunęła nade mną. Usiadła delikatnie na mojej twarzy, kontrolując ciężar ciała tak, by w żaden sposób nie uciskać mojego wielkiego brzucha. Jej żółta, koronkowa bielizna natychmiast wylądowała na boku. Zapach jej rozgrzanego ciała, zmieszany z nutą bergamotki i oliwki, uderzył we mnie z ogromną siłą. Mój język natychmiast poszedł w ruch. Rozchyliłam wargami jej puszyste fałdki i zaczęłam pieścić jej kobiecość długimi, zdecydowanymi pociągnięciami, odnajdując jej mały, pulsujący żarem punkt. Weronika wydała z siebie cichy, gardłowy dźwięk i powoli, niezwykle rytmicznie zaczęła korelować ruchy swoich bioder z pracą mojego języka.
To nie była pozycja, która nas od siebie oddalała, wręcz przeciwnie. Weronika odchyliła się lekko do tyłu, opierając dłonie na materacu tuż obok mojej głowy, dzięki czemu mogłyśmy patrzeć sobie prosto w oczy. W półmroku sypialni jej wzrok był półprzytomny, pełen narastającej pasji i absolutnego zaufania. Wyciągnęłam ręce w górę, odnalazłam jej dłonie i mocno splotłam nasze palce w uścisku, który trzymał nas razem w tym szalonym tańcu. Z każdym moim głębszym lizaniem, z każdym zmysłowym zassaniem, Weronika dociskała się mocniej, a jej oddech rwał się w poszarpanych falach. Nasze splecione dłonie drżały, a ja, patrząc na jej piękną, rozedrganą twarz, czułam dumną radość, że potrafiłam doprowadzić tę silną, dojrzałą kobietę do stanu tak słodkiej bezbronności.

Mój język pracował z coraz większym zapałem, idealnie dostosowując się do każdej reakcji Weroniki. Jej przyspieszony oddech, urwane mruki, niskie stęknięcia i głośniejsze już jęki działały na mnie jak najsilniejszy afrodyzjak, napędzając mnie do jeszcze bardziej zmysłowych pociągnięć. Patrząc na nią z dołu, nie mogłam wyjść z podziwu. Podziwiałam jej piękne, dojrzałe ciało kobiety po czterdziestce było niesamowicie jędrne, zadbane i zmysłowe, a w tym przytłumionym świetle sypialni, pokryte delikatnym filmem oliwki, wyglądało po prostu obłędnie. Czas tylko dodawał jej magnetyzmu.

Weronika zaczęła wić się nade mną coraz chaotyczniej, tracąc dotychczasową kontrolę nad rytmem swoich bioder. Jej oddech zamienił się w szybkie, rwane hausty powietrza, a splecione z moimi palce zacisnęły się tak mocno, że aż zatarła się granica między nami. Ekstaza nadeszła gwałtownie. Weronika wydała z siebie wysoki, pełen rozkoszy okrzyk, a jej uda spazmatycznie zacisnęły się na mojej głowie, więżąc mnie w tym najsłodszym uścisku przez kilka sekund. Całe jej ciało drżało w potężnych skurczach, aż w końcu, całkowicie oszołomiona i pozbawiona sił, bezwładnie padła obok mnie na łóżko.

Przez dłuższą chwilę obie tylko głośno łapałyśmy powietrze, słuchając szumu ulewy za oknem werandy. W końcu przysunęłam się bliżej i czule wtuliłam w jej rozgrzany bok, kładąc głowę na jej ramieniu. Weronika natychmiast objęła mnie ramieniem, przyciągając ostrożnie, by nie uciskać mojego brzucha. Zaczęłyśmy się całować teraz już leniwie, miękko, smakując siebie nawzajem. Nasze dłonie błądziły bezwiednie po naszych ciałach; gładziłam jej plecy i biodra, a ona delikatnie, troskliwie muskała mój brzuch i piersi, rozcierając resztki pachnącego olejku.
– I kto tu teraz potrzebuje reanimacji? – zapytałam z figlarnym uśmiechem, mrużąc oczy, gdy jej palce połaskotały mnie w bok.
– Przyznaję się bez bicia, wykończyłaś mnie, Justynko – zaśmiała się cicho Weronika, a jej głos był cudownie zachrypnięty po krzyku. – Gdzie ty masz te wszystkie siły w ósmym miesiącu, co? Mały człowiek w środku chyba podkręca ci metabolizm.
– Mały człowiek po prostu wie, że ma drugą, niesamowicie pociągającą mamę, która zasłużyła na najlepsze traktowanie – odpowiedziałam już zupełnie poważnie, całując ją w zagłębienie szyi.
Weronika westchnęła głęboko, a w jej oczach, gdy na mnie spojrzała, malowała się bezbrzeżna tkliwość i troska. Przytuliła mnie jeszcze mocniej, całując moje czoło.
– Jak się czujesz, kochanie? Nic cię nie boli? Brzuch nie twardnieje? – zapytała cicho, z tą swoją opiekuńczą powagą, którą tak bardzo w niej kochałam.
– Czuję się idealnie. Lekka, szczęśliwa i… bardzo, bardzo kochana – szepnęłam, zamykając oczy i poddając się kojącemu rytmowi jej serca, podczas gdy burza za oknem powoli zaczynała cichnąć.

Błogi spokój, który na chwilę zagościł w sypialni, okazał się tylko krótkim rozejmem. Choć nasze ciała były rozleniwione, dotyk błądzących palców i zapach oliwki zmieszany z naszą własną wilgocią sprawiły, że pod skórą znowu zaczął tlić się nieokiełznany żar. Burza za oknem werandy huczała w najlepsze, a w nas wezbrała kolejna fala pragnienia.

Weronika uniosła się lekko na łokciu, a jej ciemne oczy, wciąż błyszczące po niedawnej ekstazie, znowu pociemniały z pożądania. Spojrzała na mnie, zatrzymując dłoń na moim zaokrąglonym boku.
– Justyś… – wyszeptała, a w jej głosie usłyszałam tę samą drapieżną nutę, która zawsze przyprawiała mnie o dreszcze. – Masz ochotę na jeszcze? Bo patrząc na ciebie, mam wrażenie, że wcale nie masz dość.
Zaśmiałam się cicho, a mój wzrok powędrował w dół jej pięknego, dojrzałego ciała.
– Pani doktor, czy to bezpieczne w moim stanie pytać o takie rzeczy? – zapytałam figlarnie, przygryzając dolną wargę. – Bo jeśli pytasz, czy cię pragnę… to odpowiedź brzmi: zawsze i to tak, że aż boli.
– W takim razie musimy znaleźć pozycję idealną – mruknęła z szelmowskim uśmiechem, podnosząc się wyżej. – Taką, żeby nasz mały lokator miał pełen komfort, a jego mamy mogły oszaleć z rozkoszy.
Decyzja zapadła szybko. Postanowiłyśmy spróbować pozycji nożyczek, idealnej, by połączyć nasze ciała bez uciskania mojego dużego brzucha i doprowadzić nas do wspólnego finału. Weronika położyła się płasko na plecach, rozkładając ramiona na poduszkach. Ja przesunęłam się nad nią, układając się pod kątem prostym, i skrzyżowałam z nią nogi. Znożycowałyśmy nasze ciała tak idealnie, że nasze gorące, naoliwione i niesamowicie wilgotne kobiecości oparły się o siebie bezpośrednio, tworząc punkt idealnego styku. Byłam uniesiona nieco bardziej na górze, opierając się stabilnie na przedramionach, by kontrolować każdy ruch. Weronika westchnęła głośno, gdy ten bezpośredni kontakt sprawił, że prąd przeszedł przez nas obie, żeby ułatwić mi ruch i pogłębić doznania, uniosła jedną nogę wysoko do góry. Natychmiast objęłam jej gładkie, dojrzałe udo ramieniem, zniżając głowę i składając na jej skórze serię palących, zachłannych pocałunków.
– O tak, Justyna… dokładnie tak – jęknęła Weronika, odchylając głowę w tył.
Nasze biodra ruszyły. Zaczął się miarowy, niesamowicie rytmiczny taniec tarcia i nacisku. Oliwka, która pokrywała nasze ciała, oraz gęste soki, które wyprodukowałyśmy wcześniej, sprawiały, że każdy ruch był niezwykle płynny, a zarazem intensywny. Moja kobiecość przesuwała się po jej łonie, drażniąc łechtaczkę o łechtaczkę przy każdym uniesieniu bioder. Pomiędzy nami narastało głośne, mokre mlaskanie, które w połączeniu z szumem deszczu za oknem tworzyło najbardziej zmysłową symfonię, jaką można sobie wyobrazić. Patrzyłyśmy na siebie z góry, ja na nią z płonącym wzrokiem kurierki, która zdobywała swój najważniejszy cel, ona na mnie z dumą i poddaniem dojrzałej kobiety, która oddawała mi całą swoją władzę. Namiętne jęki i niskie, gardłowe mruki na nowo wypełniły sypialnię, odbijając się echem od ścian i mieszając z miarowym szumem ulewy za oknem. Nasze biodra pracowały w idealnej, wypracowanej przez lata synchronizacji. Z minuty na minutę, napędzane nawzajem swoim widokiem i głośnym oddechem, obie przyspieszałyśmy rytm, zatracając się w tym pierwotnym, dzikim tańcu. Nasze kobiecości ścierały się ze sobą z niesamowitą siłą, a obfita, gęsta wilgoć ułatwiała każdy, nawet najmocniejszy ruch, sprawiając, że tarcie było idealne, głębokie i pozbawione jakiegokolwiek dyskomfortu. Byłam oparta na przedramionach tuż nad nią, patrzyłam, jak Weronika zagryzała wargi, jak gwałtownie unosiła się jej pierś, a jej dojrzałe ciało napinało się do granic możliwości. Byłyśmy już tak blisko. Narastająca fala gorąca rozlała się od podbrzusza po same koniuszki palców.
– Justyś… już… teraz! – wykrztusiła Weronika, mocniej zaciskając uniesioną nogę na moim boku.
W tym samym ułamku sekundy obie osiągnęłyśmy szczyt. Przepełniła nas błoga, rozdzierająca ekstaza. Silne, rytmiczne skurcze zalały nasze łona, a całe nasze ciała wpadły w głębokie, bezwładne drżenie. Wydałam z siebie głośny okrzyk ulgi, opadając ostrożnie na bok, byle tylko wtulić się w jej ramiona. Wpadłyśmy w siebie, zmęczone, mokre od potu, oliwki i soków miłości. Weronika natychmiast przyciągnęła mnie do swojej piersi, a nasze usta odnalazły się w niesamowicie czułym, wilgotnym pocałunku. Tuląca nas do siebie pościel pachniała nami obiema. Gładziłam jej wilgotne plecy, a jej dłoń spoczęła na moim brzuchu, który po orgazmie powoli się rozluźniał.
– Tak bardzo tego potrzebowałam, Wero… Nawet nie wiesz jak bardzo – wyszeptałam prosto w jej szyję, czując, jak pojedyncza łza szczęścia spływa mi po policzku. – Jeszcze raz ci dziękuję. Za wszystko. Za to, jak na mnie patrzysz, jak o mnie dbasz…
Weronika ucałowała mój mokry od wysiłku skroń, a jej uścisk stał się jeszcze mocniejszy, pełen bezgranicznej miłości.
– To ja dziękuję, Justynko. Jesteś moim całym światem – odpowiedziała cicho, a jej głos powoli cichł, odpływając w stronę błogiego zmęczenia.
Deszcz za oknem werandy wciąż miarowo bębnił o szyby, przynosząc upragnione chłodne powietrze. Otulone kocem, połączone ciepłem naszych ciał i dotykiem dłoni spoczywających na naszym dziecku, zamknęłyśmy oczy i postanowiłyśmy zrobić sobie małą, zasłużoną drzemkę, zasypiając w najgłębszym poczuciu bezpieczeństwa.

Po tamtym burzowym, pełnym namiętności wieczorze, czas wydawał się zwalniać, jakby dawał nam ostatnią szansę na nacieszenie się sobą we dwoje. Ostatnie tygodnie ciąży upłynęły pod znakiem gniazdowania. Sypialnia i pokoik dziecięcy były już w pełni gotowe. Każdego ranka, gdy budziłam się obok Weroniki, czułam mieszaninę ogromnego wyczekiwania i lęku przed nieznanym. Moje ciało było już bardzo ociężałe, a dębowe łóżeczko, które mój tata tak pieczołowicie odnowił w swoim garażu, stało dumnie przy naszym łóżku, czekając na nowego lokatora.

Upragniony moment nadszedł w rześki, sierpniowy poranek. Gdy odeszły mi wody, w domu nie było paniki. Weronika, z racji swojego medycznego profesjonalizmu, zachowała absolutny spokój, choć widziałam, jak drżą jej dłonie, gdy pakowała ostatnie rzeczy do torby.  Sam poród był najtrudniejszym, a zarazem najpiękniejszym wyzwaniem w moim życiu. Przez te wszystkie godziny pełne bólu i wysiłku, Weronika nie odstąpiła mnie ani na krok. Siedziała przy mnie, ocierała pot z mojego czoła i powtarzała, jak bardzo jest ze mnie dumna. Kiedy wreszcie, po wielogodzinnym maratonie, salę porodową wypełnił głośny, zdrowy krzyk naszego dziecka, świat na moment się zatrzymał. Lekarz położył maleńką, ciepłą istotę na mojej piersi, a Weronika osunęła się na krzesło obok łóżka, płacząc rzewnymi łzami szczęścia i całując moje zmęczone dłonie. W tamtej minucie narodziłyśmy się na nowo jako matki.

Powrót do domu otworzył zupełnie nowy, fascynujący etap w naszym życiu. Codzienność została całkowicie podporządkowana rytmowi noworodka: karmienie, przewijanie, krótkie drzemki i nieustanne czuwanie. Nasz dotychczasowy, cichy dom wypełnił się zapachem niemowlęcego pudru, odgłosami cichego kwilenia i pralką pracującą na okrągło. Weronika w roli dojrzałej mamy odnalazła się genialnie, choć nocne wstawanie było dla nas obu ogromnym wyzwaniem. Cudownie było obserwować, jak ta poważna na co dzień lekarka, pani doktor z kliniki, teraz z pełnym oddaniem i dziecięcą niemal czułością nuci kołysanki, nosząc maleństwo na rękach w poprzek sypialni.

W tym nowym świecie niezwykle ważną rolę odegrała Kasia. Zgodnie ze swoją obietnicą, stała się najbardziej zaangażowaną i szałową starszą siostrą. Często wpadała do nas między wykładami, przynosząc obiady od mojej mamy, a potem z dumą brała wózek i szła na długie spacery do parku, dając nam z Weroniką bezcenne dwie godziny na sen lub po prostu na to, byśmy mogły w ciszy potrzymać się za ręce. Mój tata również regularnie nas odwiedzał, niby to sprawdzając, czy kółka w wózku są dobrze naoliwione i czy łóżeczko trzyma pion, ale w rzeczywistości po prostu chciał ukradkiem popatrzeć na swojego nowego wnuka.

Nasza bliskość z Weroniką również ewoluowała. Choć zmęczenie dawało się we znaki, a dzika namiętność musiała na jakiś czas ustąpić miejsca totalnemu skupieniu na dziecku, nie straciłyśmy tego ognia, który nas połączył. Stał się on po prostu bardziej dojrzały. Nasz dotyk był teraz pełen głębokiej wdzięczności i troski. Wieczorami, gdy mały człowiek w końcu zasypiał w dębowym łóżeczku, siadałyśmy razem na werandzie, pijąc ciepłą herbatę, zmęczone, ale bezgranicznie szczęśliwe. Patrząc na Weronikę, wiedziałam, że przeszłyśmy przez wszystkie burze, by dotrzeć do tego idealnego, bezpiecznego portu. Byłyśmy pełną, kochającą się rodziną.

3 komentarze

 
  • Użytkownik Szalona1

    Kochana, co tu pisać... miłość i porządnie, epicko opisane. Tak myślę, którą bym była w tej historii i wybieram mloda, bo jeszcze się wiele nauczę i zmodyfikuje doświadczenie pod swoje fantazje.  :kiss:

    4 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    gdy usiadła mi na twarzy, do pieszczot wargami dołączył nosek, wciskając się w ciepłe wilgotne wnętrze..

    4 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Jestem pod ogromnym wrażeniem, ale jak to już norma.. tyle emocji, czułości i pięknego  języka w jednym opowiadaniu. W sumie to już prawdziwa powieść.. a co do tego jak powoduje wzrost adrenaliny, suchość ust, szybsze bicie serca.. nie będę pisał

    5 godz. temu