
Prawie cała załoga RIB-a opuściła broń wycelowaną w dwóch operatorów „Wympieła”, jedynie „Monia” nadal trzymała na muszce snajperskiego cacka rosyjskiego sternika, który siedział przy uszkodzonym silniku łodzi.
— „Patron”, kurwa, co wy odpierdalacie tutaj, ja nie mogę, ja muszę… — wyrzucił z siebie „Hart”, przeklinając w myślach, że dopadł tę dwójkę.
— Nic nie musisz, mogłeś nic nie widzieć — odezwał się po raz pierwszy „Priom”, ściągając kominiarkę z twarzy.
— Dowódco, co mam robić? Ten drugi ma granat w ręku! — zauważyła Monika.
— Mam, ale nie dla was, daj nam odpłynąć albo zginać z honorem, dobrze wiesz, że nasz żywcem nie weźmiesz — łącznościowiec jasno się wyraził, zaogniając sytuację.
— „Pumciak”, łącz się z dowództwem — podporucznik wydał polecenie.
— Nie rokuje powodzenia. Pamiętasz „Żytiela” z naszej wspólnej akcji? — z flegmą w głosie powiedział „Priom”. — Sieje w szerokim paśmie, nie dałem rady połączyć się z „Poliakiem”, mimo że nasze częstotliwości miały być oszczędzane.
— PAPA SIERRA, here QUEBEC ROMEO FOXTROT, over — dało się słyszeć głos „Pumciaka”.
— „Hart”. Kim oni są i co ty masz z nimi wspólnego, do jasnej cholery? — „Ask” był kompletnie skołowany tym.
— „Priom”, „Patron”, poddajcie się, wasz rząd to wytłumaczy, zwolnią was po kilku dniach, ja muszę… — w „Harcie” biły się dwie opcje. Przecież pamiętał, co razem przeszli w Libanie, jak się wspierali, gotowi oddać życie za siebie nawzajem.
— „Hart”, cisza. Nikt nie odpowiada — zameldował „Pumciak”.
— Ponów!
— Daj nam odpłynąć lub spokojnie zginąć. Czy o tak dużo proszę? — głos „Patrona” był nad wyraz spokojny, jakby mówił, że teraz zje kanapkę z żółtym serem, a on ma mu nie przeszkadzać.
— Zrozum, nie chcemy niepotrzebnych strat. Puść nas albo daj zginać z honorem. My nie idziemy do niewoli, nas tu w ogóle nie ma. Rozumiesz, czy zapomniałeś, jak działaliśmy razem w Libanie? — dodał „Priom”.
Nastał pas, a w głowie „Harta” kłębiło się tysiące myśli. Procedura mówiła jasno – pojmać obu operatorów „Wympieła” i aresztować, a potem przekazać do Kwatery Głównej. Z drugiej strony pamiętał, jak razem walczyli, by odbić Klaudię i rosyjskich żołnierzy z załogi śmigłowca. I to stwierdzenie, aby nigdy nie kierować broni w stosunku do siebie, a teraz tak się stało.
„Kurwa, po raz drugi” — przypomniał sobie scenę, kiedy Sebastian wycelował broń w Wiktora, a potem cały polski team zrobił to samo.
— „Hart”, puść ich. Oni wtedy wyciągnęli „Jaśka” spod ognia, pamiętasz? Zastępca Wiktora go uratował — usłyszał głos „Pumciaka”.
— „Akuła” poległ, podobnie jak „Buran”, „Kola” i „Locha”. „Poliak” stracił żonę, w atakach na moskiewskie metro kilka miesięcy temu, i posłuchaj, walczy tam. Słyszysz wymianę ognia? Tak, to on, ewakuuje z naszymi serbskie i cygańskie dzieci wykorzystywane przez żołnierzy ONZ — te słowa „Prioma” przeszyły duszę podporucznika, i nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
— Popłyń w głąb zatoki. Budynek jest specyficzny. Znajdziesz tam dowody na to, co mówimy, i holenderskiego pułkownika, który zabawiał się z kilkunastolatką. Znajdziesz zdjęcia i inne materiały. Tylko czy przekażesz je, komu trzeba, czy znów wszystko zamiecie się pod dywan? — dodał „Patron”, patrząc mu prosto w oczy.
— Jeżeli to prawda, płyńmy tam — wypaliła „Monia”, odsuwając oko od celownika. Miała dwójkę dzieci, a to, co usłyszała, napawało ją odrazą. Gotowała się w środku; gdyby to przydarzyło się jej skarbom, nie miałaby skrupułów, by odpalić taki ludzki odpad.
„Hart” omiótł wzrokiem swoich ludzi. Wyraz twarzy „Pumciaka” mówił mu wszystko, Monika przewiercała go wzrokiem na wylot i zrozumiał, że i ona jest za tym, by puścić obu Rosjan, pozostał „Ask”.
— Ufasz im dowódco? Nie grają nam na uczuciach? — pozyskany razem z Moniką operator miał w sobie to coś. Zawsze na zimno analizował sytuację, nauczony tego na dwóch zagranicznych misjach w Iraku i Afganistanie. Był świeży w Formozie, ale z doświadczeniem bojowym. Chyba najlepszy nabytek do jego sekcji, razem z tą urodziwą snajperką.
Znów miliony myśli przeleciały przez głowę oficera. Zastanawiał się, co by zrobił „Andkor”, który awansowany do stopnia majora, odszedł do pionu szkolenia ich jednostki.
„Działaj nieszablonowo, rutyna zabija” — to było pierwsze, co mu się przypomniało.
„Słuchaj podległych, ale ostateczną decyzję musisz podjąć sam” — to była druga mądrość, jaką pamiętał.
Zdawał sobie jednak sprawę, że jeżeli pozwoli Rosjanom odpłynąć wolno, będzie się musiał tłumaczyć. Bardzo tłumaczyć. Wzrokiem przelatywał po twarzach zatrzymanych i swoich ludzi, jakby prosząc ich o podpowiedź. Przeniósł spojrzenie na dno zatrzymanej łodzi i zobaczył leżące na dnie rebreathery i osprzęt do nurkowania.
— Odbijamy. Zakładajcie sprzęt do nurkowania i płyńcie do swoich. Przed zanurzeniem granatem zniszczcie łódź. Powodzenia — wyrzucił z siebie, a „Pumciak” odpalił silnik RIB-a.
— Dziękuję, tu masz dwa kilo dragów. Zameldujesz, że przed dotarciem przemytnicy wyrzucili je, a potem zrobili bum i nie wiesz, co dalej — usłyszał głos „Patrona” i przechwycił rzucone zawiniątko.
Odbili od zatrzymanej łodzi, patrząc, jak dwójka z „Wympieła” zakłada na siebie aparaty do nurkowania. Gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości, nastąpiła eksplozja.
Wszyscy na RIB – ie dojrzeli, że przed zanurzeniem dwójka nurków podniosła prawe dłonie i zacisnęła ją w pięść, dając jasno do zrozumienia, że jest wdzięczna i przekazuje im swoisty znak. By ci, którzy dali im szansę, mieli siłę i moc.
— Dawaj tam, jeżeli powiedzieli prawdę… — nie dokończył, ufając w to, co usłyszał.
— Dobrze zrobiłeś, uczyniłbym tak samo — wsparł go „Pumciak”.
Drugi brzeg jeziora Gozivode, w tym samym czasie.
— Sprawdź, czy idą za nami, sprawdź, co z nimi — „Witja” otrzymał jasne polecenie od „Amura”.
Dobili do brzegu sami. Druga z łodzi przejęła na siebie zatrzymanie patrolu QRF. Zastępca” Wiktora” był wściekły. Grupa rozbiła się teraz na trzy zespoły, a on pozostał z „celem” sam. No, może niekoniecznie sam, bo miał jednego operatora.
W myślach przeklinał przełożonego, ale czy sam nie postąpiłby tak samo? Miał dwójkę dzieci, a gdy zobaczył te skrzywdzone istoty, serce mu się krajało. Nie czas było teraz zastanawiać się, co by uczynił. Pamiętał słowa Fiodora i dowódcy „Wympieła”. Za wszelką cenę doprowadzić cel, i to się liczyło. Bez względu na straty. Było ich dwóch i musieli wykonać zadanie.
— Niet, nie ma ich — usłyszał od podwładnego.
— Bierz kurwę, widzę pojazdy. Jesteśmy w dobrym miejscu — wydał polecenie, sam zmierzając w kierunku zaparkowanych tuż przy drodze samochodów.
Gdzieś w oddali słychać było wymianę ognia. Z zapory co chwila w powietrze wznosiły się race oświetlające, a na środku jeziora dało się dostrzec silny snop światła ze szperacza łodzi. Nic nie szło zgodnie z planem, runął jak domek z kart.
Stary Opel Vectra i równie leciwy VW Transporter czekały w umówionym miejscu. Dobrze wiedział, gdzie szukać kluczyków od osobowego pojazdu i sprawnie go odpalił.
— Jebana sucz, ugryzła mnie pierdolona — zaklął „Witja”, pakując kobietę na tylne siedzenie sedana.
— Jebnij suce, wybij kurwie te białe ząbki, to będzie spokojniejsza — skwitował to szybko i ruszył z piskiem opon, uchylając przednie szyby.
Dało się słyszeć ponownie wymianę ognia z oddali. Przez chwilę zastanowił się, czy nie zawrócić i nie dać wsparcia, bo zdawał sobie sprawę, że tam musi być gorąco.
„Cel najważniejszy. Działaj. Odstawisz ją za granicę, to wrócisz” — wytłumaczył sobie.
— „Witja”, osłaniaj ją, ona musi dotrzeć do naszych żywa. PONIAŁ!!! — krzyknął na jedynego człowieka, którego miał przy sobie.
— Poniał.
Ostrą, krętą drogą ruszył przed siebie, prowadząc pojazd w kierunku granicy.
Kilka kilometrów za zaporą Gozivode. Wywrócony na bok Land Rover Freelander, w tym samym czasie.
Spod maski pojazdu buchnęły kłęby pary. Polecieliśmy na lewą stronę, lądując w rowie, i błogosławiłem fakt, że tam był, bo inaczej wpadlibyśmy w przepaść. Uderzyłem głową o podsufitkę, ale na szczęście nie straciłem przytomności. Trafili nas przy skrzyżowaniu, kilka kilometrów za zaporą.
— „Pierwszy” tu „szósta”. Co z wami? — usłyszałem „Vestę”.
— Nic, dawajcie dalej — krzyknąłem w radio i omiotłem wzrokiem wnętrze pojazdu.
Klakson pojazdu wył niemiłosiernie, gdyż ciało serbskiego towarzysza leżało na kierownicy. Był nieprzytomny, bo gdy go szturchnąłem, nie reagował.
— Kurwa, Serbie, znów mam ci dupę ratować — szepnąłem i chwyciłem go.
Zabębniły o maskę pojazdu wystrzelone w naszym kierunku pociski. Skuliłem się, ściągając go w dół. Pamiętałem, że za nami jechały jakieś auta, które nie tylko poruszały się, ale także omiatały ciężarówkę ogniem.
TAM 150 minął nas minutę, może dwie wcześniej, i błogosławiłem fakt, że oni mogą poruszać się dalej.
„Kurwa, dobrze” — stwierdziłem, zdając sobie sprawę, że samochody, które nas ścigały, zatrzymały się. Z pewnością ich załogi chciały nas dorwać, puszczając ciężarówkę. Wreszcie mogli nas mieć. Jakiś synonim zwycięstwa, bo na razie dostawali w dupę. Nie wykluczałem, że dobrze wiedzieli, w jakim kierunku poruszał się konwój, i w kolejnych miejscach mogli wystawić wojowników.
„Oj, łatwo mnie nie weźmiecie” — podjąłem decyzję, wywalając granat dymny. Chwyciłem Serba, choć nie bardzo wierzyłem, że wyjdziemy z tego cało.
Walili w nas od frontu i z tyłu, a pociski kiereszowały blachy pojazdu z obu stron.
— Obudź się, jebany Serbie, obudź się do kurwy nędzy! — wykrzyknąłem, z trudem wyrzucając go na swoją stronę.
— Tylko nie „jebany”, po raz drugi tak mnie nazywasz — usłyszałem, i w tak krytycznej sytuacji parsknąłem śmiechem.
— Wydolisz? — zapytałem.
— A co nam pozostało — odparł, gdy obaj znaleźliśmy się na zewnątrz Freelandera.
— Biorę tych od tyłu, ty bierz od przodu — zadecydowałem.
— Mam kurwa tylko pistolet i jeden granat — rzucił.
— Musi wystarczyć.
Zbliżali się do nas, a ja nie wiedziałem, czy dałem mu prostszy sektor. Miałem swój specjalistyczny karabinek, z którego waliłem jak wściekły. Udało się, przykryłem tamtych ogniem, od tyłu chwilowo nic nam nie groziło.
— Nie mam amunicji, rzucam granat, podchodzą — usłyszałem jego głos.
— Masz mój pistolet, ale to…
— Kurwa, oberwałem, dostałem w udo — przerwał mi.
— Nie maż się, tu masz pistolet, walcz, żywcem nas nie wezmą! — krzyknąłem, oddając mu spluwę.
Podpiąłem pod karabinek ostatni magazynek. Nie zdjąłem tłumika dźwięku, nie było na to czasu. Prowadziłem wymianę ognia, zdając sobie sprawę, że za kilka minut zabraknie amunicji przy tak intensywnej walce. Cudem było, że jeszcze nie oberwałem; gdzieś tam coś otarło się o włosy. Granat pozostawał jako ostateczność. Przecież te kurwy prawdopodobnie zatłukłyby mnie na śmierć, a to było ostatnią rzeczą, jaką bym chciał. A może nie? Ale naszego serbskiego towarzysza? Tu mieliby radochę.
Wychyliłem się z przyłożonym do oka karabinkiem i poczułem jak pocisk uderzył w oruże. Coś odskoczyło. Nacisnąłem spust, widząc zbliżającego się przeciwnika. Nie padł strzał, a ja, wściekły, rzuciłem karabinek w stronę nadbiegającego nieprzyjaciela i sięgnąłem po szturmowy nóż…
Pierdolnęło, i to zdrowo. Raz, potem drugi. To musieli być moi ludzie, bo kogoż innego w tym miejscu i o tej porze mógłbym się spodziewać? Siali ołowiem do atakujących nas od przodu, zaskakując ich, a zaskoczenie to sukces. Pociski z podwieszanego granatnika rozwaliły w drobny mak oba pojazdy przeciwnika.
„Vesta”, „Ural” i „Dima” nas dopadli.
— Ewakuacja, bierzemy ich!!! — wrzeszczał ten ostatni.
— Kurwa, nie rób mi tego, Wiktor, nigdy mi tego nie rób — usłyszałem jej głos.
— Zabieram „Zoltara”, mi nic nie jest!!! — wrzasnąłem, podnosząc się z rowu.
— Ewakuacja, szybciej!!! — krzyczała, gdy „Ural” i „Dima” przyduszali ogniem nielicznych nieprzyjaciół.
— Dawaj, Serbie pieprzony, działaliśmy wspólnie, to razem stąd spierdalamy. Nie zostawię cię tutaj — to mówiąc, zapakowałem go na ramiona. — Gdzie pojazd? — krzyknąłem, nie wiedząc, w którą stronę biec.
— Tam, idź za mną — usłyszałem głos Walentyny i ruszyłem z ciężarem na barkach.
Reszta wycofywała się za nami, ziejąc ołowiem. Nie pamiętam, kto otworzył klapę TAM-a, kto wziął ode mnie rannego „Zoltara”. Ważne było jedno — byliśmy wszyscy, w całości.
Nasza medyczka wskoczyła na pakę ładunkową ostatnia przy mojej pomocy. Podałem jej dłoń i wciągnąłem; wpadła mi w ramiona.
— „Ural”, dawaj, wal w tę pierwszą drogę, tam nie ma żadnych osad przez większość trasy. Naprzód ruszaj! — wrzasnąłem w radio i dostrzegłem przerażone dziecięce oczy wpatrzone we mnie. — „Zoltar” dostał w lewe ramię i w prawe udo — tu zwróciłem się do „Vesty”, a ta od razu zajęła się poszkodowanym, bezpardonowo majstrując przy jego pasku od spodni.
— Ej, co robisz? — zaprotestował, chwytając prawą dłonią za krawędź spodni.
— Puść, muszę zobaczyć i opatrzyć ranę — fuknęła, pochylona nad leżącym na deskach przestrzeni ładunkowej Serbem.
— Nie radzę protestować, ona już tak ma. Nie spocznie, nim nie porówna serbskiego fiuta z rosyjskim — wypaliłem, a wszyscy dorośli wybuchli śmiechem.
— Świnia jesteś, Wiktorze, co sobie o mnie pomyśli nasz sojusznik? — odparła, a ranny pozwolił jej zabrać się za opatrywanie.
Ciężarówka ruszyła i po chwili skręciła w wąską drogę, kierując się w stronę granicy. Do celu pozostało nam kilkanaście kilometrów…
Około dziesięciu kilometrów od granicy kosowsko-serbskiej. Opel Vectra wraz z „Amurem”, „Witją” i celem. W tym samym czasie.
Siedzący za kierownicą osobowego pojazdu „Amur” jechał ostrożnie i bez zbędnego ryzyka. Nikt za nimi się nie ciągnął. Najwyraźniej to „Poliak” na lądzie i „Priom” z „Patronem” na wodzie ściągnęli na siebie uwagę sił nieprzyjaciela.
Z jednej strony miał spokój, a prawdopodobieństwo wykonania zadania rosło w postępie geometrycznym. Przed nim była jedna niewielka osada, gdzie mógł ewentualnie spodziewać się jakichś niespodzianek, a potem siłowe przejście przez kosowski posterunek, bo przejścia granicznego tam nie było. Ich dwóch — kontra przynajmniej kilku uzbrojonych pograniczników, ale liczył na element zaskoczenia i wiedział, że jeżeli dotrze do serbskich rogatek, to osiągnie sukces, bo tam już mu nic nie groziło.
Z drugiej zaś, był wściekły, że pozostawił resztę teamu i gdyby mógł, zamieniłby się rolami, chcąc być razem z nimi i wesprzeć ich w walce, bo, że takową prowadzili, to wiedział na pewno, pomimo faktu, że wymiana ognia chwilowo ustała, a to mogło znaczyć wiele…
„Albo zlikwidowali ścigające ich siły i idą dalej, albo…”.
— Przestań, kurwa, nawet tak nie myśl — skarcił się, szepcząc sam do siebie i odrzucając pesymistyczny scenariusz.
Na tylnym siedzeniu, razem z ciśniętą na kanapę córeczką łącznika, tkwił „Witja”. Dał mu jasny i konkretny rozkaz: odpowiadał za tę cipę głową i miał ją ochronić za wszelką cenę, nawet za cenę swojej krwi. Ciemnogranatowy Opel właśnie mijał pierwsze podłe chatki wioski. Przez chwilę „Amurowi” przeszło przez myśl, by wyłączyć światła pojazdu i narzuciwszy na siebie noktowizyjne gogle kierować autem w ten sposób, ale momentalnie odrzucił ten zamysł. Takie działanie, z pewnością przyciągnęłoby uwagę potencjalnych bojowników, a tego nie chciał.
Zwolnił wytężając słuch i wzrok. Wioska sprawiała wrażenie uśpionej, nigdzie nie dostrzegł żywego ducha. Poprzez uchyloną szybę usłyszał tylko ujadanie psów. Jeden ostry zakręt, potem drugi; asfalt był lichy, nieraz wpadał w koleiny i niewielkie dziury, a wtedy resory Vectry dostawały „w dupę”.
—„Witja”, jak ona? — zapytał towarzysza, mijając kolejny zakręt i dostrzegając zwężenie, i tak już wąziutkiej drogi.
— Jebnąłem piździe w przeponę i się uspokoiła, rozumie jebana po rusku. Powiedziałem kurwie, że jak odjebie jakiś numer, to postaram się, by się uśmiechała do końca życia od ucha do ucha — odparł najmłodszy narybek „Wympieła”.
Uczył się młodziak, łapał tę „cholerną robotę” w mig, ale to nie było dziwne. Przecież miał dobrych nauczycieli, a to, czym postraszył kobietę fachowo nazywało się „uśmiechem z Glasgow” i polegało na obustronnym nacięciu kącików ust ofiary w stronę uszu. Powstałe w ten sposób rany i blizny drastycznie rozszerzały usta, co sprawiało makabryczne wrażenie permanentnego, bardzo szerokiego uśmiechu „od ucha do ucha”.
„Amur” zredukował bieg, mijając zwężenie, a potem delikatnie przyspieszył. Gdy mijali przecznicę po lewej stronie, dostrzegł kilku mężczyzn biegnących w kierunku zaparkowanego przy posesji dostawczaka, osobowej wersji Nissana NV 200. Nie, to nie byli przypadkowi ludzie; dostrzegł, że każdy z nich dzierżył ze sobą broń.
„Kurwa, czekają na naszych, tylko czy tutaj, czy tam na krzyżówce dróg?”.
Kilometr, może półtorej od tego miejsca dochodziła droga, skąd miał nadjechać Wiktor.
— Kurwa — zaklął głośno.
— „Amur”, co jest? — zapytał „Witja”, który nakrywał ciałem „cel” na tylnym siedzeniu.
— Pięciu, sześciu, nie wiem ilu jest w aucie uzbrojonych skurwysynów, na razie zbierają się, ale pewnie będą czekać na „Poliaka” w miejscu, gdzie łączą się nasze drogi — nie miał zamiaru kłamać towarzyszowi.
— Możemy ich ściągnąć. Mów!
— Czym „Witja”? Z celem? Ochujałeś? — przeszło to zastępcy „Poliaka” z trudem, ale na chłodno przekalkulował szanse powodzenia, a te były niskie. — Mamy ją, musimy kurwę dostarczyć, a przed nami posterunek. Zadanie najważniejsze — uciął dalsze spekulacje podwładnego i, nie starając się zwrócić na siebie uwagi, powoli rozpędzał samochód.
Byli na rogatkach wsi, a tamci nie zwrócili na nich uwagi. Najwyraźniej przeciwnik musiał pracować w paśmie, które nie zakłócał „Zytiel”. Odwrócił się i omiótł wzrokiem białą furgonetkę, dostrzegając prętową antenę w marnym świetle z posesji.
„Kurwa, pracują na CB-radio” — zdał sobie sprawę, klnąc na, czy świat stoi, że specjaliści z WRE nie przewidzieli, że na tym paśmie te bubki mogły się porozumiewać.
Pasmo od 26,960 MHz do 27,400 MHz najprawdopodobniej nie było paraliżowane, ale „Żytieł” chyba nie mógł go sięgnąć. Potrzebna byłaby stacja zakłóceń R-325 M/M2, a ta cholera składała się z trzech pojazdów, których nawet Ił-76 nie mógłby przetransportować za jednym razem.
Do celu pozostało im ponad sześć kilometrów. Przyspieszył, nie chcąc, by tamten dostawczak usiadł im na „dupie”. Na razie wszystko szło jak z płatka.
Minęli krzyżówkę dróg, skąd miał dotrzeć „Poliak”, i pędzili w stronę granicy, nie napotykając po drodze żadnych ludzkich osad. Zbliżali się do posterunku granicznego.
Drugi brzeg jeziora Gazivode, okolice postoju drugiego pojazdu, w tym samym czasie.
Ubezpieczali się nawzajem, wysuwając ponad taflę jeziora swoje twarze w maskach do nurkowania. „Priom” i „Patron”.
— Czysto.
— Czysto.
Obaj zameldowali to równocześnie, nie wierząc, że Polacy puścili ich wolno. Fart, żołnierskie szczęście? Sami nie wiedzieli, a w czerepach obu operatorów tłukła się cholerna myśl, na którą w tej chwili nie znajdowali odpowiedzi:
„Czy postąpilibyśmy tak samo, będąc w ich sytuacji?”.
— Czas na ciebie, osłaniam — szepnął „Priom”, ściągając maskę.
— Kurwa, to ja jestem snajperem, moim zadaniem jest osłaniać — zaprotestował „Patron”.
— Nie pamiętasz, że to ja miałem nas obu zabić? Wziąłem na siebie najgorszą robotę.
— I ja powiedziałem, że cię lubię?
— Kurwa i ja też. Nie pierdol, zapierdalaj.
Droczyli się, ale to dawało ujście emocjom, bo nie przewidywali, że z tamtej opresji wyjdą cało.
Snajper dotarł do samochodu i znalazł kluczyki od pojazdu. Odpalił silnik i nadał do towarzysza, że wszystko w porządku. Spojrzał w prawo na oświetlony most drogi M-2 i przez celownik wyborowego karabinka dostrzegł krzątających się żołnierzy, którzy na czole mostu, z jednej i z drugiej strony w pośpiechu rozciągali kolczatki. Oni szczęśliwie byli już za tą przeszkodą. Gdzieś w oddali słychać było wymianę ognia.
— Kurwa, Wiktor walczy. Słyszysz? — „Patron” dotarł do pojazdu. — Płetwy wyjebałem, rebraithery niezdatne, podziurawiłem je z pistoletu i zatopiłem. Ruszajmy. Walimy w ich kierunku? — zapytał kolegę.
— Odpada, postawili blokadę na moście, nie przebijemy się. Poczekamy na „Poliaka” na krzyżówce — zadecydował łącznościowiec i ruszył wąską drogą, tą samą, którą wcześniej przemieszczał się „Amur”. Kolejna grupa zmierzała ku granicy.
Wcześniejsze miejsce akcji „Wympieła” w zatoce. Kilka minut później. Polska załoga QRF.
— Podchodzimy. „Monia” osłaniaj, „Pumciak” cumujesz i osłaniasz desant, „Ask” na lewo, ja biorę prawą flankę. Pełna koncentracja! — „Hart” wydawał jasne i zrozumiałe polecenia. Dobijali do pomostu, który wskazali im operatorzy „Wympieła”.
Ruszył ze swoją grupą, być może ryzykownie, pozostawiając łódź bez opieki, ale wolał mieć całą trójkę ze sobą. Podporucznik, jakoś dziwnie ufał temu, co przekazali mu Rosjanie, i po pierwszych oględzinach zdał sobie sprawę, że ci oczyścili teren w iście chirurgiczny sposób. Posuwając się naprzód, napotykali tylko ciała ochroniarzy tego obiektu. Niektórzy mieli poderżnięte gardła, inni zaś zostali poszatkowani ołowiem.
— „Monia”, dasz radę? — padło proste pytanie do strzelca wyborowego.
Kobieta patrzyła na leżące ciała, ale jakoś jej to nie ruszało. Trzymała karabinek przy oku, będąc cały czas w gotowości, by chronić swoich. Tak ją szkolono.
— Wyglądam na palcem robioną? — odparła dowódcy zadziornie, nie przerywając osłony swojego sektora. Potrafiła się odgryźć i już ją poznali, nie traktując, jak „blondynkę”, którą nigdy nie była.
— Pierwszy budynek „Pumciak” i „Monia”, drugi ja i „Ask”., Zrozumieli? — „Hart” postawił zadania.
— Przyjąłem, dowodzę — to było jasne, „Pumciak” miał większe doświadczenie. — Idę pierwszy, osłaniaj — rzucił do towarzyszki.
— Przyjęła, osłaniam — odparła, kierując się za nim do większego budynku.
Znów ciało z podciętym gardłem. Monika zastanawiała się, kto tak czyścił ten teren. Wchodzili jak w masło, zero problemów. Tylko trupy i gdzieniegdzie porozrzucana broń, jakby ci, którzy tu operowali wcześniej, nie byli nią zainteresowani.
Metodycznie sprawdzili sektor, prawie cały budynek.
— Kurwa, muszę się wylać, bo ledwo trzymam — bezpośrednio rzucił „Pumciak” i skierował się do kibla, a dziewczyna przyjęła to jako normalność. Sama ledwo trzymała mocz w pęcherzu i miała zamiar go opróżnić po tym, jak jej partner to zrobi.
To, co się stało w momencie, kiedy „Pumciak” otworzył drzwi do toalety, ją zaskoczyło. Padły strzały, nagłe, niespodziewane, trafiające jej partnera w korpus osłonięty kuloodporną kamizelką. Mężczyzna, trafiony, cofnął się krok w tył i padł na korytarzu. Zamarła, nie wiedząc, co uczynić…
Półtora kilometra przed granicą kosowsko-serbską. Opel Vectra z „celem”.
„Amur”, prowadząc pojazd, przypominał sobie topografię oraz zdjęcia strażnicy kosowskich pograniczników. Wiedział, że znajdowała się ona około 300-400 metrów od granicy, a jej załogę stanowiło od siedmiu do dziesięciu żołnierzy, z czego trzech pełniło służbę na pasku granicznym. Z danych rozpoznawczych wynikało, że byli uzbrojeni w jugosłowiańskie wersje kałasznikowa, a oficer dowodzący miał broń krótką. Standardowo, jak na strażnicę, posiadali pistolet sygnałowy, race dymne i oświetlające. Nie wykluczano granatów ręcznych, choć rozpoznanie agenturalne ich nie zarejestrowało; mogły być jednak zdeponowane na wartowni.
Trzy murowane budynki i jakoś drewniana szopa po prawej stronie drogi. W tym miejscu mógł spodziewać się jednego wartownika, najwyżej dwóch. Z zapór inżynieryjnych dostrzegł drewniane kozły hiszpańskie oraz szlaban, również drewniany.
Na samej granicy sytuacja również nie wyglądała różowo. Przerażały go szykany – betonowe bariery, które zmuszały do zwolnienia i jazdy w zygzaku, co uniemożliwiało staranowanie. Oprócz tego drewniany szlaban z koncentryną, ale to nie budziło w nim aż takiego strachu.
Miał cichą nadzieję, że tamci nie dostali informacji o zbliżających się pojazdach, bo strzały z pewnością usłyszeli. Mimo że był niewierzący, w duszy modlił się, by najbardziej optymistyczny scenariusz się ziścił.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wyłączyć świateł, ale zdał sobie sprawę, że nawet pojedynczy wartownik, przy pierwszym punkcie usłyszy szum silnika samochodu, a on nie będzie zbyt dużo widział, zbytnio ryzykując.
Przeładował pistolet, dobrze wiedząc, że prowadząc, nie będzie w stanie strzelać z długiej broni.
— „Witja”, osłaniaj ją, nakryj ciałem, za chwilę przechodzimy pierwszy punkt — rzucił do operatora, a ten szybko potwierdził, że zrozumiał.
— Popieścimy się teraz, dziweczko, poczujesz ciało rosyjskiego sołdata — szepnął „Witja” do pojmanej kobiety, nakrywając ją szczelniej ciałem i poprawiając się na tylnej kanapie Opla.
— Raz maty rodyła, raz treba wmeraty — dodał „Amur”, który pochodził z rodziny z kozackimi tradycjami, i minął pierwszy delikatny zakręt w prawo.
Przed nim rozciągała się kilkudziesięciometrowy prosty odcinek drogi, a potem kolejny lekki zakręt w prawo. Po pokonaniu tego drugiego…
Teren na szczęście był równy i powoli opadał, co działało na korzyść zmierzających w kierunku granicy. „Amur” zredukował bieg i gwałtownie nacisnął pedał gazu, wyciskając z poczciwego Opla maksimum mocy. Dostrzegł zamazaną sylwetkę ludzką po prawej stronie drogi.
„Kurwa, tylko jeden” — ucieszył się w myślach i załączył światła drogowe, jednocześnie wciskając pedał gazu do podłogi. Silnik zawył niemiłosiernie, a samochód przyspieszył. Oślepiony pogranicznik odruchowo zasłonił oczy jedną z dłoni i odskoczył na bok.
Rosjanin widział zbliżający się szlaban, a przed nim hiszpańskie kozły ustawione w szachownicę. Minął pierwszy, ale o drugi musiał zahaczyć bokiem, ciągnąc zaporę inżynieryjną przez chwilę. Skulił się, gdy maska pojazdu uderzyła w szlaban, który pod siłą naporu złamał się w pół.
Z tyłu rozległa się seria strzałów, trafiających w karoserię pojazdu i tylną szybę, która momentalnie rozbiła się w drobny mak. Huk wewnątrz był niesamowity, ale pojazd pędził dalej.
— „Witja” kurwa, przeszliśmy pierwszy posterunek! — wrzasnął do towarzysza, zadowolony z obrotu spraw. Do szczęścia dzieliło ich tylko czterysta metrów. Kolejne pociski trafiły w Vectrę.
— „Witja”! — krzyknął ponownie, gdyż nie usłyszał odpowiedzi.
Nie było czasu, by się obrócić i rzucić okiem na tylną kanapę. Wpadł teraz w las i miał przed sobą zakręt w lewo.
— „Witja”, kurwa, co z tobą? — ponowił pytanie, wydzierając się na całe gardło, myśląc, że ten może nie słyszy.
— „Amur”… oberwałem… kurwa… — usłyszał go, a potem ciche charczenie i dostrzegł drugi posterunek.
Dwójka tamtejszych pograniczników nie była zaskoczona i powitała ich seriami z karabinków. Dostrzegł smugowe pociski okalające pojazd, ale nie mógł się skulic, gdyby to zrobił, z pewnością uderzyłby pojazdem w pierwszą z szykan, a na to nie mógł sobie pozwolić.
Zarzuciło pojazdem, a to znaczyło, że dostał w jedną z przednich opon. Kolejne pociski uderzały w przednią maskę auta i przebijając frontową szybę, przelatywały przez pojazd. Waliło w niego dwóch strażników granicznych, a on musiał zwolnić przed szykaną.
Opel jeszcze reagował na ruchy kierownicy. Koła skręcały zgodnie z jego manewrami. Musiał zwolnić, cholernie zwolnić, by ominąć pierwszy betonowy blok i przejechać na przeciwległy pas ruchu, a przeciwnik walił teraz w tył pojazdu.
Podniosła się klapa bagażnika, co być może uchroniło go od śmierci, bo ogień tamtych skupił się na niższych częściach pojazdu. Wystrzeliła jedna z tylnych opon, zarzucając auto na bok, tak że uderzył bokiem o drugą z szykan.
Redukcja do pierwszego biegu i pedał gazu do oporu. Z przodu zeskoczyła opona, tak, że poruszał się już na samej feldze. Przeszedł, przechylony pojazd poruszał się nadal do przodu. Kontrował kierownicą i dopiero teraz dostrzegł, że na desce rozdzielczej świeci się „choinka”.
— Dawaj kurwa, germański dziadzie! Dawaj kurwa!!! — wył wniebogłosy, kierując pojazd w stronę serbskiego posterunku, z którego zaczęły padać strzały.
Nie obawiał się. Dobrze wiedział, że tamci albo strzelali w powietrze, albo używali ślepej amunicji.
— „Witja”, przeszliśmy, kurwa przeszliśmy. Zadaczia wypołniena!!! — wrzeszczał do podwładnego, ciesząc się jak dziecko.
Nie usłyszał odpowiedzi. Minął serbskich pograniczników, nie widząc zbyt wiele, bo spod maski unosiły się kłęby pary, a spod przedniej felgi snopy iskier. Spadła jedna z tylnych opon, a samochód tuż za prawym zakrętem po serbskiej stronie stanął w poprzek drogi.
Spróbował go ruszyć, ale pokiereszowany wóz przesunął się tylko o metr, może dwa, a silnik zgasł.
— „Witja” kochany, udało się. Kurwa, udało się!!! — krzyknął i odwrócił się.
Ciało towarzysza ściśle okrywało cel, nie dając znaku życia. Wyciągnął rękę i począł go szarpać. Poczuł tylko, że ten jest ciepły. Dwójka ludzi dotarła do nich i otworzyli drzwi, ale tylko od jego strony; tych z tyłu nie dało rady. Chwycił za pistolet i skierował go w stronę jednego z żołnierzy.
— Spokojnie. Odłóż broń. Swoi — usłyszał po rosyjsku i poznał jednego z ludzi z odbudowywanej sekcji „Rubina”.
Odrzucił pistolet na siedzenie pasażera. Był wśród swoich, nic mu już nie groziło.
— „Witja”! Co z nim? — zawył i obrócił się do tyłu.
Drugi z sekcji „Rubina” właśnie uporał się z tylnymi drzwiami Opla i przesuwał ciało jego towarzysza na bok.
— To ona, to cel? — padło pytanie, od tego pierwszego.
— Kurwa, co z „Witją”!!! — wrzasnął na podoficera.
— Dycha. Ale jego stan jest… — usłyszał od tego drugiego.
— Zabieraj go!!! Na chuj liczysz?!!! Zabieraj!!! — to nie był krzyk, to nie był wrzask, tylko coś mocniejszego.
— To ona? — ponowił pytanie ten, którego pierwszego dojrzał.
— Tak, to ona! — odparł.
Dostrzegł, jak dobiega kolejny z lotniczej sekcji, tej odbudowywanej.
— Zawijamy ją, biorę cel, „Kliment” i „Feliks”, robicie swoje, dwa kilometry dalej, działajcie zgodnie z planem — rzucił dowodzący sekcją, ten, który dopadł „Amura” pierwszy.
— Po moim trupie — wypalił „Amur”, chwytając pistolet i kierując go w stronę tkwiącego obok podoficera.
— Osłaniam. Realizacja? — padło pytanie z ust tego, który przybył.
„Amur” nadal celował w zołnierza, a obaj podlegli tamtemu ludzie, skierowali karabinki w jego kierunku.
— Byłem w „Zasłonie”, kiedy wyście polucje mieli pierwszy raz w życiu. Zapierdoliłem i własnych, i obcych. Kurwa, mój człowiek kona, a wy chcecie tę pizdę ratować? Gdzie kurwa byliście? Mój kamandir przebija się i być może moich dwóch ludzi, co odciągnęli pościg. Nie pierdolnął cię sierżancie za bardzo właz z T-90 w łeb, że taki tępy jesteś? PONIAŁ KURWA!!! — darł się na sierżanta. — Odłóż oruże, bo ci ręka drga, jak starej kurwie cycki, a wierz mi, strzelę, jak tylko tę pizdę ruszysz — dodał dobitnie.
— Dobrze poruczniku, odłóż broń. Odkładam swoją
— Odłożę, jak zabierzesz mojego człowieka i zostaw mi jednego, tylko kumatego, żebym wiedział, jaką maskirowkę odpierdalacie — grał twardo, ale miał na tyle doświadczenia, by wiedzieć jak w tej sytuacji się zachować.
Odłożył broń w momencie, gdy zobaczył, jak pojazd z rannym „Witją” znika za zakrętem…
Grupa „Wiktora” w tym samym czasie.
TAM150 powoli pokonywał wzniesienia, kierowany przez „Urala”. Gdy wskoczyłem na pakę, kierowca na chwilę wyskoczył z szoferki, wręczając mi karabinek i amunicję. W tej chwili nie byłem już bezbronny. Spojrzałem na dzieci upchnięte w przestrzeni ładunkowej.
Były wystraszone, przerażone, niektóre płakały, ale zachowywały się zaskakująco racjonalnie. Była to zasługa „Vesty”, która jasno im wytłumaczyła, a potem jeszcze raz przetłumaczył to „Zoltar”.
— Przegiąłeś kochanie — usłyszałem z jej ust, gdy założyła opatrunek na udo i ramię Serba.
Pocałowałem ją, sam nie wiedząc dlaczego, ale to zrobiłem.
— Kocham cię, Wiktorze, wiesz? — odpowiedziała.
Twardziel, komandos. No, nie odpowie w czasie akcji. Moje mizerne wytłumaczenie — bo jest akcja, nie ma czasu, by odpowiedzieć przecudnej kobiecie, że też jest mi bliska.
Czułem się podle, bo powinienem to zrobić, ale byłem cholernym tchórzem, jakkolwiek to zabrzmiało. Tylko uśmiech i zero słów, bo zadanie, bo… chuj wie co.
„Jak zawsze, jak zawsze panikujesz, kutasie” — przeklinałem się w myślach.
— Jak z tobą? — zapytałem „Zoltara”.
— Chujowo, pieprzony rusku, ale dam radę. Nie macała mi kutasa — odparł, a ja znów wybuchnąłem śmiechem. — Pewnie ruski większy i grubszy — dodał, prosząc mnie o broń.
— Wypierdalaj, nie mam, sam dostałem. Ranni nie mają głosu — odparłem.
— „Pierwszy” do „piątego”, coś idzie za nami — przerwał nam rozmowę kierowca TAM-a.
Podniosłem plandekę, która zasłaniała mi widok. Powoli wspinaliśmy się, mając różnicę wysokości na poziomie 300 metrów, ale nie było zakrętów. W dole widać było światła zbliżającego się pojazdu.
— „Piąty”, wyrzuć mnie tutaj i czekaj za zakrętem. Zatrzymam, nie wrócę w kilka minut, ruszajcie — zadecydowałem.
— „Siódmy” do pierwszego, dołączam — usłyszałem głos „Dimy”.
— NEGATIVE — odpowiedziałem po angielsku. — Powtórz, że zrozumiałeś? — dodałem.
— Wiktor, co ty robisz, damy radę — „Vesta” chwyciła mnie za rękaw. — Idę z tobą — dodała.
— Masz rannego, przed nami przebicie się przez dwa, a może trzy kordony. Patrz na te dzieci, nie na mnie — odpowiedziałem i wyskoczyłem z paki.
— Ale ja cię kocham — rzuciła.
— Wiem, trzymaj ich wszystkich.
Ciężarówka ruszyła, a ja zaczaiłem się w dobrym miejscu. Miałem karabinek z granatnikiem, a że był tylko jeden granat, pal to licho! Trzy magazynki, każdy po trzydzieści pocisków. Czekałem na nadjeżdżające pojazdy…
Polski QRF, w miejscu, gdzie działał „Wympieł”, w tym samym czasie.
Miała dylemat, czy wycofać się na bezpieczną odległość, czy pozostać na miejscu i wyciągnąć z udowej kabury „Glocka 17”, by walnąć nieprzyjacielowi w twarz. Nie zdołałaby przygotować karabinu, a dystans był zbyt bliski. Wstrzymała oddech, czekając na to, co się wydarzy i kto wyjdzie z tej kryjówki.
Ciężko jej było patrzeć na wzrok wyznaczonego dowódcy, który leżał powalony na ziemi. „Pumciak” żył, a w pewnym momencie dał jej znak, ale i bez tego dostrzegła wyciągniętą dłoń z małokalibrowym pistoletem.
Natarła ostro drzwiami na wyciągniętą prawicę przeciwnika, a gdy bron wypadła z rąk potencjalnego przeciwnika, wparowała i nie pierdoląc się w tańcu, spacyfikowała tę kreaturę.
— Polish peacekeeping contingent. Don’t move!!! — wrzasnęła i pochyliwszy się krępowała prawie nagiego delikwenta, który jęczał coś do niej w niezrozumiałym języku. Mężczyzna miał już wcześniej pobitą twarz, upstrzoną licznymi siniakami.
Mocno zacisnęła szpagat na dłoniach tęgiego mężczyzny, czując wściekłość na siebie. Przecież powinna ubezpieczać kolegę, chronić, bo gdyby ten spaślak miał zamiast małokalibrowego pistolecika „Desert Eagla”, to „Pumciak” właśnie kończyłby swój żywot.
„Ogarnij się, Monia. Ogarnij do kurwy nędzy” — zaklęła w duchu i wywołała „Harta”, podając sygnał niebezpieczeństwa.
— Czekaj — usłyszała w odpowiedzi, co oznaczało, że albo nie oczyścili swojego sektora, albo tam też nie było wesoło.
— Co z tobą? Potrzebujesz ewakuacji? „Pumciak”, odezwij się do jasnej cholery! — wrzasnęła, zbliżając się do partnera.
— Wszystko w porządku, poszły w kamizelkę, przypierdoliło mnie lekko — odparł, patrząc jej w oczy.
To było silniejsze od niej. Pogłaskała go po twarzy i podłożyła prawą dłoń pod jego głowę.
— Wstaniesz? — zapytała, a widząc, że się podnosi, pomogła mu. Oparł się na jej ramieniu.
— Monia, mówiłem ci, że jesteś wielka? — zapytał, będąc w pionie.
— Nie, panie chorąży — odparła, uśmiechając się do niego.
— Jak on? — zadał pytanie, patrząc na leżącego faceta.
— Spacyfikowany, obezwładniony, ale twoi koledzy wcześniej musieli mu dać ostro w pizdę — odpowiedziała.
Pojawił się „Ask”, cały blady na twarzy.
— Co jest? — zapytał.
— A co u was? — odparła pytaniem.
— Nie pytaj, kurwa, dużo w Afganie i Iraku widziałem, ale to…
— Dawaj, schodzimy tam w dół, nie sprawdziliśmy tego sektora — odpowiedziała.
— A ten gość?
— Podejrzewam kto to, to nasz z ONZ, ale jeżeli to, co ruscy powiedzieli, jest prawdą… — nie dokończyła, pociągając „Aska” za rękaw.
To, co zastała w piwnicach, ją przeraziło. Nie mogła się uspokoić. Przeglądała pornograficzne zdjęcia, ale to nie była czysta pornografia. To były pedofilskie fotki. Paskudne, odrażające. Odpaliła kamerę wideo, tkwiącą na statywie, i spojrzała w ekran. Dziewczynka w wieku jej córki była penetrowana przez tego spaślaka, którego obezwładniła. Mocno zacisnęła dłonie na wyborowym karabinie, ledwo tłumiąc łzy. Ten skurwysyn robił to…. i jeszcze chuj się śmiał, nakazując dziecku, by przyjęło bardziej wyzywającą pozę.
Mocnym ruchem dłoni zamknęła wizjer, nie chcąc na to patrzeć. Nie była sobą, stała się kimś innym. Wczuła się w matkę tej niewinnej istoty, jakby ta dziewczynka, której kadry nadal przelatywały jej przed oczami, była jej córką. W tej chwili nie była matką, kobietą, stała się suką — zwierzęciem, które nie może patrzeć jak krzywda staje się potomstwu. Nawet jeżeli to potomstwo nie było jej. Przecież zwierzęta, tak się nie zachowują. Nie robią sobie takich rzeczy.
Oddech stał się coraz głębszy, pot wystąpił na ciało kobiety, źrenice stały się większe, a ruchy pewniejsze. Pewnym krokiem wracała do miejsca, gdzie pozostał „Pumciak” z holenderskim podpułkownikiem.
— „Ask” cię prosi, zabezpiecza to, co powiedzieli ci, co ich wypuściliśmy. Powiedz mi, kim oni są? — rzuciła, a jej zimny wyraz twarzy mówił wszystko.
— „Wympieł”. Rosjanie, działaliśmy z nimi w Libanie, gdy odbijaliśmy polską zakładniczkę i ich ludzi. Nie chciałabyś się z nimi spotkać w walce, nie bez obaw dalibyśmy im radę, ale to ciężki przeciwnik. Współdziałaliśmy wtedy pod dowództwem ich kapitana. Facet naprawdę w porządku. Nasi poranieni i ich ludzie, stracili wtedy dwa psy, które nam życie uratowały, a ten ich kapitan naszą Polkę sam ewakuował. Kozak, ci powiem — usłyszała.
Rzuciła mu zdjęcia, na których widać było, jak ich pojmany zabawiał się z małoletnią. Dostrzegła, że partner był podobnie zniesmaczony jak i ona. Zniesmaczony? On kipiał opcją zemsty.
— Oni mieli rację, jak mówili, że to zamieciemy pod dywan. To zastępca dowódcy kontyngentu holenderskiego? — zapytała. „Pumciak” tylko skinął głową.
— Idę, czas na mnie — rzucił cichym głosem i ruszył w kierunku wyjścia, ale zatrzymał się w drzwiach. — Zrób to tak, by nie było śladów i żeby prokurator się nie przyjebał — dodał i zniknął, dając jej wolną rękę.
Nie czekała długo. Wsadziła szui palce w usta, wywołując wymioty. Motał się, szarpał, za wszelką cenę chcąc przerzucić się na bok. Nie pozwoliła na to. Część rzygowin wyleciała na zewnątrz, ale większość pozostała w jamie ustnej.
Trzymała go mocno, jak tylko umiała i patrzyła mu prosto w oczy, patrząc, jak kona. Dławił się, rzucał na prawo i lewo, trzymany przez nią.
Nie miała wyrzutów sumienia. Po raz pierwszy w życiu zabiła człowieka i wcale jej go nie było żal. Przed oczami Moniki leciały kadry z tego, co zobaczyła na nagraniu, a potem twarz najstarszej córki. Pierworodna, pierwsza, ukochana, choć nigdy nie dzieliła swej miłości na starszą i młodszą pociechę. Obie kochała jak najtroskliwsza matka, za obie oddałaby życie.
„Giń skurwysynu".
Gdy była pewna, że bydlak skonał, krzyknęła w radio, wzywając pomocy, dobrze wiedząc, że tamten jest już po drugiej stronie.
Miejsce zasadzki na zbliżające się pojazdy. Kosowo, w podobnym czasie.
Na przedzie zaiwaniał stareńki Mercedes, a za nim równie poczciwy Volkswagen Transporter i ten drugi pojazd poraziłem granatem z podwieszanego GP-25. Trafiłem centralnie, a gdy tylko mogłem, otworzyłem ogień w tył osobówki, ale to nie był zbyt celny. Pojazd stanął w poprzek drogi, delikatnie za zakrętem, i wypadło z niego pięciu wojowników. Prułem w nich ogniem, ale nie trafiłem żadnego. Rozbiegli się w różnych kierunkach, mając zamiar mnie oskrzydlić, a może nawet okrążyć.
Z porażonego Volkswagena poczęli wychodzić ludzie. Może na filmach wygląda to tak, że jak trafisz granatnikiem, a konkretnie granatem, to wszystko eksploduje, jest ogień i dym. Dym jest, ognia nie widać, no chyba że porazisz zbiornik z paliwem, no to wtedy… Granatnik do rażenia celów powierzchniowych to nie to, co granatnik przeciwpancerny — inna klasa, inny dedykowany cel.
Miałem ich, praktycznie bezbronnych, wybiegających ze zniszczonego pojazdu. To jest silniejsze od ciebie, walisz w cele, które ukazują ci się jak na strzelnicy, nie patrzysz w tył. Oni są prości w likwidacji, na nich skupiasz ogień.
Kładłem ich, każdego po kolei, przenosząc ogień. Patrzyłem jak padają niczym muchy. Zmiana magazynka i miejsca, skąd prowadziłem ogień. Naturalne, wyuczone. Nie zauważyłem, jak wzięli mnie od tyłu, przygwożdżając ołowiem. Odwróciłem się, ale nie mogłem odpowiedzieć ogniem, skuliłem się tylko, nie chcąc być trafionym.
Pięciu kontra jeden, a tamte skurwiele w szerokiej ławie. Trafisz jednego, góra dwóch, a potem walka na bliskim dystansie. Nie ma bata, trafią cię, z takiej odległości i ślepemu się uda.
— Pierwszy zalegnij, wspieramy ogniem — głos „Vesty” w słuchawkach zabrzmiał niczym ambrozja.
Zagdakał gdzieś AKM „Urala” i ciche trzaski pistoletów. Weszli przeciwnikowi na tyły, a ten nie spodziewał się stamtąd ataku. Pełne zaskoczenie zawsze gwarantuje powodzenie.
— Dawaj, kurwa, dawaj, Wiktor! — usłyszałem w radiu.
— Teren czysty, osłaniam — meldowała „Vesta”.
Biegłem do nich, biegłem co sił. Zdyszany dopadłem ciężarówki.
— Myślałeś, że cię tak zostawię? — zapytała, wskakując na pakę.
Dojrzałem na białym swetrze krew.
— Oberwałaś? — zapytałem.
— To nic, styczna rana — odparła, a pojazd ruszył.
— Daj opatrzę — rzuciłem.
— Wiesz, ty kochany jesteś, sama dam radę. Jestem medykiem — odparła i pocałowała mnie.
Cztery kilometry za granicą kosowską. Stanowisko dowodzenia grupy. Serbia.
— Składam meldunek na dowodzącego grupą… — rzucił człowiek z sekcji „Rubina”.
— Jesteś pewny, że na dowodzącego grupą? Jesteś tego pewny dzidziusiu pierdolony? — „Wołk” nie pierdolił się w tańcu, zdając sobie sprawę, że Wiktora po właściwej stronie granicy jeszcze nie było.
— Pana ludzie są niezdyscyplinowani, wymierzyli w moim kierunku… — meldował dalej.
— I co kurwa? Zesrałeś się, czy gorzej? Mam ci pampersa wymienić, czy wyjebać stąd, pisząc w opinii służbowej stosowną adnotację? Gdzie ty służysz, misiu puszysty, ptaszku kolorowy? W „Wympiele” czy kurwa gdzie? Piszesz, czy spierdalasz mi z oczu, bo właśnie się przygotowuję do misji i nie mam czasu na twoje wysrywy — kontynuował „Wołk”.
— Ja… ja.
— Nie jąkaj się, kaleko, mam w chuj rzeczy do załatwienia. PASZOŁ WON! — odprawił niechcianego gościa.
— Dawaj mnie do moich — poprosił „Amur”.
— Ochujałeś? — padła odpowiedź.
Patrzyli na siebie, wzajemnie przewiercając się wzrokiem. „Wołk” pamiętał słowa Fiodora, które zabraniały działania z tego miejsca. Przecież gdyby tylko przekroczyli jawnie granice z Kosowem, wywołaliby międzynarodowy skandal i dostarczyliby Zachodowi wody na młyn.
— Weź tych dwóch i paru Serbów z ich sił specjalnych. Musimy zamarkować, że prowadzimy wymianę ognia z uciekinierami. Ma to wyglądać tak, jakby przeszła grupa przemytników. Nasi bałkańscy koledzy zadbali o „kukły” — rozkazał „Wołkowi”.
„Kukłami” nazywano zbrodniarzy skazanych na dożywocie, wykorzystywanych do trenowania realnej walki wręcz lub likwidacji. Wybierano tych, którzy dopuścili się najbardziej odrażających zbrodni, osadzonych w więzieniach lub szpitalach psychiatrycznych, preferując osoby, od których odwrócili się najbliżsi, samotników, którzy nie rokowali poprawy swojego zachowania. Ludzki odpad, który kwalifikował się na karę śmierci, ale ze względu na jej zniesienie w Serbii, otrzymał najwyższy obowiązujący wymiar kary.
Fizyczna likwidacja tych osób, zdjęcia do prasy i mediów, opatrzone opisem, że to zastrzeleni członkowie grupy terrorystyczno-przemytniczej, z obowiązkowo zapikselowanymi twarzami. Notatka o braku możliwości określenia narodowości i tożsamości, a potem kremacja i zbiorowa mogiła na anonimowym cmentarzu.
Kwestie ewidencyjne w zakładach karnych i „psychuszkach”? Wyznaczona grupa przyjeżdżała z nakazem przeniesienia, a potem lawirowano lokalizacjami po wyznaczonych aresztach, psychiatrykach, miejscach odosobnienia. Delikwenci umierali na fikcyjny zawał serca, udar mózgu lub byli zastrzeleni podczas próby ucieczki. Służby miały swoje grono lekarzy sądowych, którzy wypisywali akty zgonu na rozkaz, bez zbędnych pytań, rozwlekając to w czasie, tak aby nigdy większa ilość nie wypłynęła w jednym dniu, tygodniu, miesiącu.
Nikt nigdy nie wnikał, bo i kto miałby to robić? Dla społeczeństwa był to ludzki odpad, a i prasa nie rozpisywała się zbytnio na temat zawału czy udaru zwyrodnialca, ograniczając się do suchej notatki, że skazany za wielokrotne morderstwo taki to, a taki, zakończył żywot.
„Amur” wyszedł, zabierając ze sobą operatorów. Wskoczył do stojącego samochodu z podporządkowaną mu dwójką ludzi.
— Gdzie ci serbscy specjalsi? — zapytał jednego z nich.
— Pojechali w wyznaczone miejsce, mamy do nich dołączyć, już tam przetransportowali waszego Opla — usłyszał i terenowy pojazd ruszył.
Kątem oka dostrzegł ciężarówkę ze specjalną zabudową, strzeżoną przez wartowników.
— Zabrali… — zapytał, zdając sobie sprawę, że tam znajdują się „kukły”.
— Tak, dwóch.
Polski QRF, w miejscu, gdzie działał „Wympieł”, w tym samym czasie.
— Monika, kurwa Monika, jak mogłaś do tego dopuścić!!! — „Hart” wrzeszczał na stojącą przed nim na baczność operatorkę, co chwila przerzucając wzrok na martwego podpułkownika.
— Dowódca, był spętany, poszłam do toalety. Musiałam, naprawdę musiałam — wyrzuciła z siebie.
— Trzeba było srać czy lać tutaj! Nie zostawiać go samego! — dowodzący krzyczał nadal.
— „Hart”, spokojnie, nie krzycz na nią, to nic nie da. Widziałeś filmik z jego udziałem. Naprawdę ci go szkoda? — odezwał się „Pumciak”, kładąc dłoń na ramieniu „Harta”. — Ten skurwysyn strzelał do mnie, miałem prawo go zabić. Spasuj. Ustalmy wersję wydarzeń.
Podporucznik zdawał sobie sprawę, że wdepnęli w cholerne gówno. Najpierw wypuścił Rosjan, a teraz miał ciało członka personelu ONZ. Chuj z tym, że to był pedofil niegodny nosić munduru. Szuja, która powinna odpowiedzieć za swoje niecne czyny i dostać maksymalny wymiar kary.
— Dobra, Monia, trochę mnie poniosło, ale za dużo tego na jeden raz… — uspokajał się, choć nie przychodziło mu to łatwo. Zdawał sobie sprawę, że jego jako dowodzącego w pierwszej kolejności UN-owski prokurator weźmie w obroty.
— Dobra, zabezpieczamy teren do przyjazdu wsparcia. „Ask”, mamy łączność? — zapytał kolejnego z operatorów.
— Dupa, sieją na wszystkich kanałach, to szerokopasmowe zakłócenia.
„I kurwa dobrze. Będzie czas, by wszystko ustalić na tip-top” — błogosławił po części rosyjskiego „Żytiela”, że ów nadal generował silny sygnał.
Potrafił się szybko opanować i zacząć myśleć na chłodno. Procentowało nabyte doświadczenie i podglądanie, jak działał „Andkor”, choć sam wiedział, że do niego było mu jeszcze daleko.
— Przybyliśmy tutaj, bo zobaczyliśmy podejrzane ruchy w tym rejonie. Przecież z tej zatoki wyszły obie łodzie — zaczął przedstawiać swoją koncepcję, a pozostali słuchali go w pełnym skupieniu. — Gdy dotarliśmy tutaj, ten bubek już nie żył, zachłysnął się swoimi wymiocinami. Stwierdziliśmy zgon delikwenta…
— Tak, patolog nie określi dokładnie zgonu co do minuty. Mógł konać, gdy wchodziliśmy do budynku — wtrącił się „Ask”.
— A my nie musimy wiedzieć dokładnie, o której tu się pojawiliśmy — dodał „Pumciak”, a wzrok „Harta” spoczął na jego kamizelce kuloodpornej.
— A jak wytłumaczymy te kule w twojej kamizelce? Zabiorą wszystko do analizy? — rzucił dowodzący.
— Ostrzelano nas na łodzi, gdy płynęliśmy za tamtymi. Z dużej odległości… — merytorycznie podpowiedział „Ask”.
— Monika, ty masz zawsze ze sobą te pilniczki, nożyczki i babskie prepiteta. Wydłubuj to ze mnie — od razu zareagował „Pumciak”, a kobieta sięgnęła do jednej z przegródek kamizelki taktycznej, wydobywając z niej niewielką saszetkę.
Nie myślała, że chłopaki dostrzegą, że zawsze nosi ze sobą ten, jak to „Pumciak” nazwał, „zestaw babskich prepitetów”. Faktem było, że przywiązywała dużą wagę do wyglądu swoich krótko przyciętych paznokci. Nie lubiła zbyt długich skórek na nich, zadziorów, bo czasami zdarzało jej się obgryzać paznokietki.
Spojrzała na podporucznika, a ten skinął głową. Zaczęła dłubaninę przy kamizelce swojego sekcyjnego i perfekcyjnie wydobyła spłaszczone pistoletowe kule.
Do upadłego szlifowali scenariusz, powtarzając go dziesiątki razy, zawsze coś dodawali, coś, co wcześniej im umknęło, na co nie zwrócili uwagi. „Hart” był dumny, że taki zespół miał pod swoją komendą i po raz kolejny błogosławił fakt, że w słuchawkach zestawu nadawczo-odbiorczego na wszystkich kanałach słyszy „zakłóceniową sieczkę”.
Dwa kilometry przed skrzyżowaniem dróg. Kosowo, kilka kilometrów od granicy z Serbią. Ciężarówka TAM.
Patrzyłem, jak „Vesta” podnosi ten śliczny biały sweterek i sama zakłada sobie opatrunek. Tkwiłem tuż przy niej, w odległości metra, i podświetlałem chemicznym źródłem światła jej ciało, starając się w ten sposób pomóc. Boże, jak ja pragnąłem dotknąć tego odsłoniętego kawałka skóry, złożyć tam pocałunek.
Rana rzeczywiście była styczna, pocisk naruszył tylko delikatnie powłokę, powyżej kości biodrowej, tam gdzie króluje tkanka tłuszczowa.
— Nie patrz, bo mnie to rozprasza — poprosiła, widząc, że tam zawiesiłem wzrok.
— Niepotrzebnie ryzykowałaś…
— Tak, pan kapitan wszystkich by tam z pewnością pozabijał albo wrócił jako ładunek dwieście do domu, uszczęśliwiając swoje córeczki i tych, co go kochają — dopiekła mi i miała rację.
Po stracie Katii szafowałem swoim życiem, jakby wierząc, że mam tych żyć kilkanaście w zanadrzu. Wszędzie starałem się być pierwszy, zawsze w gorących miejscach. Pierwszy do akcji, ostatni do ewakuacji. Wariat, zatruty wizją zemsty za wszelką cenę, nawet swojego życia.
Przecież miałem dla kogo toczyć, wyznaczony przez Najwyższego żywot. Były istoty, które mnie kochały, potrzebowały, tylko ja to spychałem w czeluści świadomości, pragnąc za wszelką cenę zakończyć to, co zacząłem, i nikt, oraz nic nie było mi w stanie przemówić do rozsądku.
— No, skończyłam, mam pamiątkę z Kosowa. Teraz to na pewno ci się nie będę… — nie dokończyła, bo zatopiłem swe usta w jej, zabraniając kobiecie wypowiedzenia kolejnego wyrazu.
Leżący na podłodze ładunkowej paki „Zoltar” omiótł nas dziwnym spojrzeniem.
— Proszę, nie przy dzieciach, opanujcie się — wyrzucił z siebie, i pomimo faktu, że byliśmy w nie do pozazdroszczenia sytuacji, cała nasza trójka wybuchła śmiechem, a i dzieciakom oraz Romce chyba stało się jakoś przyjemniej. Mimowolnie rozładowywaliśmy stres, jaki wszyscy pasażerowie doznawali już od dłuższego czasu.
— Kurwa, „pierwszy”, mamy problem — usłyszałem w radiu od „Urala” i czar chwilowego spokoju minął.
— Melduj!
— Krzyżówka obstawiona, cofam pojazd, walą w nas — usłyszałem i poczułem, jak ostro, po wcześniejszym zatrzymaniu cofa TAM-a do ściany lasu.
Pociski uderzyły w ciężarówkę, a konkretnie w jej kabinę. Gdy maszyna stanęła, opuściłem przestrzeń ładunkową, nakazując „Veście”, by pozostała na pace. Dotarłem do „Urala” i „Dimy”, a ich miny nie zwiastowały niczego dobrego.
— Co jest? Melduj — rzuciłem.
— Nie jestem pewien do końca, bo na chwilę zarzuciłem na oczy noktowizor, ale tam jest zapora, jakiś wóz, fura konna w poprzek drogi i dwa pojazdy… — zameldował „Dima”.
— Ilu ich jest?
— Kurwa, nie wiem, kilkunastu, tak na szybko, momentalnie się wycofaliśmy tutaj. Ostrzelali nas, jak wyjechaliśmy ze ściany lasu — wprowadził mnie w sytuację taktyczną.
Czyjaś dłoń dotknęła moich pleców. Odwróciłem się i dostrzegłem „Vestę”. W jej wzroku dostrzegłem zaniepokojenie.
— Bierz „Zoltara” i uratowanych. Cofnijcie się, tak niedaleko, i szerokim łukiem obejdźcie to miejsce. Do granicy macie w linii prostej gdzieś dwa, trzy kilometry. Jeżeli potrzebujesz kogoś do wsparcia, mów — na gorąco analizowałem sytuację, mając zarzucony na oczy noktowizor i lustrując teren. „Ural” stanął praktycznie na linii ściany świerkowego lasu.
— Ciebie — odparła ze stoickim spokojem, dotykając mojej dłoni.
— Nie, ja zostaję tutaj, odciągniemy kutasów, damy wam czas i wolną drogę…
— Wiktor, ja sama z kilkunastoma dziećmi i rannym? Myślisz, czy całkiem oszalałeś? — mocno we mnie walnęła, ale nie widziałem innego wyjścia.
— Dostaniesz „Urala”…
— Spierdalaj wodzu, jak cię szanuje, to teraz bredzisz jak pojebany — przerwał mi, a taki w stosunku do mnie, nigdy nie był.
— Dobra, „Dima”…
— Nie, nie — przerwał mi drugi wskazany.
— Czy tu jeszcze ja dowodzę? Kurwa, czy…!!! — wrzasnąłem, bo niesubordynacja mnie bardzo raziła i tępiłem ją na każdym kroku.
Byliśmy tak blisko, cholernie blisko, a ja, w tej chwili nie miałem planu. Nic mi się w głowie nie wygenerowało, a jeżeli coś, to moi towarzysze, rozbijali te pomysły w drobny mak. Czas uciekał. Blokada była w odległości może czterystu metrów, maksymalnie pół kilometra.
— Poprowadzę, tylko sam w kabinie. Ty, Wiktorze, bierz ich z jednej flanki, ty, „Dima”, z drugiej. Ten szrot ledwo dyszy, ale da radę. Stara poczciwa konstrukcja. Staranuję zaporę, rozpierdolę jeden pojazd, drugi dla was…
— Pojebało cię, do nich masz kilkaset metrów na prostej i otwartej przestrzeni, trafią cię w połowie dystansu — oceniłem.
— Porzućmy samochód, zabierzmy dzieci i ruszajmy w stronę granicy — zaproponowała Walentyna.
Dzieci spowolnią ruch, dopadną nas w tym lesie — zaprotestowałem.
— Oni chcą mieć jednego z naszych… — przerwał dywagację Serb. — Nic ich tak nie ucieszy, jak złapanie serbskiego bandyty, jak nas nazywają — dodał, kuśtykając.
— Albo tej cipy, którą pojmaliśmy — dorzuciła „Vesta”.
Podejrzewałem, co im się w głowie uroiło, ale nie mogłem na to pozwolić. To, co proponowali, było szaleńcze i nierealne, podobnie jak frontalne szturmowanie ich pozycji, bez wsparcia pojazdu.
— Nie pozwolę na to — zadecydowałem. — Przyjmujemy mój plan. „Vesta” zabieraj dzieci, „Dima” zostajesz z nimi i ewakuujesz "Zoltara".
— Tak toczna kamandir.
— Wiktor! — krzyknęła „Vesta”.
Podniosłem prawą dłoń i mocno ją zacisnąłem. Zająłem miejsce z przodu ciężarówki, przeładowałem karabinek.
— Wodzu, jak kiedyś — rzucił „Ural”.
— Jak za starych, dobrych czasów — odparłem, a on wskazał mi miejsce, gdzie leżały dwa granaty ręczne.
— Jak oberwę, to zadziałaj. Ty wiesz.
— Pal furę, jedziemy. Gaś światła i wyciągnij z tego strucla ile się da — rozkazałem i gdy ruszyliśmy dostrzegłem w rejonie blokady wymianę ognia.
Jeżeli to byli nasi, bo któż inny mógłby walić w przeciwnika, pędząc drogą, którą wyznaczono jako główny takt ewakuacji, to mieli niezłą obsuwę czasową.
— Dawaj, dawaj mu w pizdę! — krzyknąłem do „Urala” — Kurwa, jeżeli oni do tego czasu nieprzeszli, to musimy…
— Niemożliwe, wywołaj ich na radiu, powinno się udać, są blisko, „Żytiel” nie sparaliżuje na tak bliskim dystansie — odpowiedział, kuląc się, niemal kładąc korpus na koło kierownicy.
Obaj mieliśmy na oczach gogle noktowizyjne. Dostrzegłem zarys pędzącego vana.
— Tu „pierwszy”. „Wolfy”, meldować się!” — rzuciłem w eter.
— Tu „czwarty”, atakuję z „trzecim” — momentalnie usłyszałem odpowiedź „Patrona”.
— „Czwarty”, co z „drugim” i „ósmym”?
— Poszli wcześniej, nie mam z nimi kontaktu.
Silnik TAM-a wył niesamowicie, a pojazd rozpędzał się coraz bardziej. Przednia szyba nie istniała, wywalona wcześniej przez „Dimę” Poleciały w nas paciorki smugowych pocisków, uderzając w blachę pojazdu.
— Przegrzewa się, kurwa, dostaliśmy w chłodnicę, ale ciągniemy dalej. Wiem, że trzęsie nami niemiłosiernie, ale mógłbyś ich ostrzelać — zauważył „Ural”, widząc, moje chwilowe zaskoczenie faktem, że ktoś naszych jest po drugiej stronie.
Błogosławiłem fakt, że nakazałem opróżnić skrzynię ładunkową. Pojazd był lżejszy i szybciej nabierał prędkości, a po drugie, ludzie byliby teraz niemiłosiernie poturbowani, bo konstrukcja mocno podskakiwała na wyboistej drodze.
Waliłem na oślep szybkim, pojedynczym ogniem. Nie było szans, by strzelać celnie, i z pewnością nikogo nie trafiłem. Dystans malał, a w kierunku blokady zbliżały się z dwóch stron pojazdy, zmuszając przeciwnika do podzielenia sił.
Nie wiem, jakim cudem udało nam się dotrzeć bez żadnych strat do prowizorycznej barykady. W prawy policzek musnął mnie jakiś odłamek blachy, gdy kolejne pociski przeciwnika poryły szoferkę.” Ural” gwałtownie zredukował bieg i taranowaliśmy postawiony w poprzek drogi chłopski wóz. Wyrzuciłem przez rozbitą boczną szybę jeden z granatów, a gdy usłyszałem eksplozję, otworzyłem drzwi i wypadłem na zewnątrz.
Nasza ciężarówka prawie stanęła. To był krytyczny moment, gdy mogli ją z łatwością zniszczyć — sekunda, może dwie, kiedy cielsko TAM-a spychało zaporę z drogi, a silnik wył niemiłosiernie, jakby chciał wyskoczyć z ramy.
— „Piąty, skacz!” — wrzasnąłem, ale nie otrzymałem odpowiedzi.
W przeciwieństwie do przeciwnika miałem przewagę w postaci noktowizji, a fakt, że wyskoczyłem w odpowiedniej chwili, był dla bojowników pewnym zaskoczeniem. Całkowicie skupili się na tym, by pokryć ogniem szoferkę pojazdu.
Dostrzegłem dwóch, skulonych po prawej stronie. Śmiało ruszyli w kierunku zatrzymanego TAM-a, którego silnik zgasł, a spod maski wydobywały się kłęby dymu.
Zero zwłoki — momentalnie cisnąłem w ich kierunku ostatni granat. Leżałem na glebie, w doskonałej pozycji.
Huk eksplozji. Lustrowałem teren w poszukiwaniu kolejnych celów. Były, dostrzegłem jednego ukrytego za pojazdem. Właśnie się wychylał. Dwa, może trzy strzały i padł na ziemię.
— „Pierwszy”, tu czwarty, widzę cię, uważaj, jeden na twojej jedenastej — meldował „Patron”.
— Tu „trzeci”, trzy cele zlikwidowane, mam kontakt ogniowy z dwoma.
— „Czwarty”, likwiduję tę dwójkę, uważaj z lewej, jeden…
— Zlikwidowany.
Dostrzegłem wskazanego przez snajpera przeciwnika. Najwyraźniej „Patron” musiał wyskoczyć z pojazdu wcześniej, zajmując dogodną pozycję, bo teraz on rozdawał karty, likwidując jednego po drugim. Snajper — zabójcza broń.
Dwa pociski wystarczyły, aby położyć kolejnego bojownika. Zmieniłem pozycję, kryjąc się za zepchniętym z drogi wozem.
Głębokie oddechy, wszystkie zmysły wyostrzone na maksimum. Wzrok szukający kolejnego celu. Działałem niczym robot, tak jak mnie wyszkolono. Wykrycie przeciwnika, namierzenie, neutralizacja, zmiana stanowiska.
Świst pocisku obok ucha i delikatne muśnięcie płatka. Jeżeli miałem Anioła Stróża, to w tej chwili ten pracował na pełnych obrotach, chroniąc moje życie. Najpierw rozorany delikatnie policzek, teraz muśnięty kawałek małżowiny usznej.
Był. Leżał szubrawiec ponownie, mierząc w moim kierunku. Kciukiem przerzuciłem przełącznik rodzaju ognia, nie mając czasu na to, by dokładnie zgrać przyrządy celownicze, i wypaliłem serię w jego kierunku. Zamilkł.
— „Pierwszy”, tu „czwarty”, trzech spierdala…
— Melduj, „czwarty”. Teren czysty?! — krzyknąłem w radiotelefon. — Podaj sektor ich ewakuacji — dodałem po chwili.
— Poszli lewo skos w kierunku lasu.
Przeanalizowałem szybko. Nie kierowali się w miejsce, gdzie pozostały dzieci z „Vestą”, „Dimą” i „Zoltarem”. Puścili się biegiem w kierunku, skąd przyjechali.
— Brak celów, ale nie daję głowy. Może jeszcze jakiś dupek gdzieś zalega. Na termo i nokto nic nie widać — usłyszałem.
— „Piąty”, raport! — wywołałem ponownie „Urala”. Zero odpowiedzi. Miałem złe przeczucia. — „Trzeci”, zbieraj broń i ammo, bo cienko przędziemy — rozkazałem „Priomowi”, a ten pokwitował, że zrozumiał.
Podniosłem się i, lustrując teren, upewniłem się, że nie ma przeciwnika w pobliżu. Nastała cisza. Zbliżyłem się do drzwi bocznych TAM-a, tych znajdujących się po stronie kierowcy i je otworzyłem.
Głowa „Urala” leżała na kierownicy. Dotknąłem jego szyi, starając się wyczuć puls. Poczułem, że coś spływa na moje palce.
— „Ural”, kurwa, „Ural”, nie — wyrzuciłem z siebie, odchylając jego ciało i zdałem sobie sprawę, że dostał w głowę oraz w korpus. Nie żył. Nie wyczułem pulsu.
— „Pierwszy” co z „piątym”? — „Priom” w najmniej odpowiedniej chwili zadał to pytanie przez radio.
— Pagibł — z trudem wyszeptałem to w zestaw nadawczo-odbiorczy i ściągnąłem z oczu towarzysza broni noktowizor. Ściągnąłem swój i spojrzałem w jego martwe oczy. Mimowolnie przytuliłem zmasakrowaną twarz do swojej i ruchem dłoni zamknąłem niebieskie gałki, w których już nie tliło się życie.
— Dziękuję, „Ural”, dziękuję — wyszeptałem i wyciągnąłem towarzysza z szoferki, kładąc go po chwili na ziemi.
Nie liczyłem już, który to mój podwładny oddał życie. Czeczenia, Biesłan, Osetia, Gruzja, Dagestan, Tadżykistan… Z czasem ich twarze zamazywały się w mojej świadomości. Niby pamiętałem, ulatywały gdzieś. Nowi polegli zastępowali tych wcześniejszych. Cholerna robota, ale ktoś ją musiał wykonywać.
— Ten ich Nissan nienaruszony, nasz van trochę postrzelany, ale „Patron” się starał. Damy radę. Tu zebrałem trochę broni od nich, ale same… — to mówiąc, rzucił trzy jugolskie wersje kałasznikowa. — Dasz mi się z nim… — „Priomowi” łzy stanęły w oczach, gdy patrzył na stygnące ciało „Urala”. Zostawiłem ich samych.
— „Szósta”, teren czysty, dawajcie — rzuciłem w radio, dając jasne polecenie „Veście”.
Minąłem tego ostatniego, którego trafiłem. Jeszcze dychał, patrząc na mnie przerażony, i bez zawahania wbiłem szturmowy nóż w jego ciało. Zacharczał, a ja patrzyłem mu prosto w oczy, delektując się jego śmiercią. Wyciągnąłem ostrze i otarłem je o spodnie, zabierając broń i amunicję nieboszczyka.
— Tu „czwarty”, ubezpieczam — dotarło do mnie zapewnienie snajpera. Walka się jeszcze nie skończyła.
Stanowisko dowodzenia po serbskiej stronie, kilka minut wcześniej.
„Amur”, gdy przekazał pojmaną kobietę ludziom „Wołka”, zajął się realizacją postawionego zadania, choć tak po prawdzie, roboty nie miał zbyt wiele. Dwie „kukły”, już martwe, miały odegrać ich role, a chłopcy z serbskich sił specjalnych zadbali o to, by wszystko wyglądało realistycznie. Coś tam z podległymi sobie ludźmi poprawił, ale ogólnie był pod wrażeniem, jak sojusznicy zadbali o realizm.
— Twój kamandir cię wzywa, chodź do naszego wozu dowodzenia — przekazał mu serbski lejtnant, wskazując miejsce, gdzie stał samochód.
— Tutaj, tutaj — zawołał operator, usadzając go przy radiostacji pokładowej.
— „Brokat 26” tu „Lidice 34”, daję „Fidela 11”. Odbiór.
— „Fidel 11” tu „Brokat 26” zakończyłeś zadanie?
— Zakończyłem — odparł „Wołk”.
— Powrót do „DELTA”. Natychmiast!
— Przyjąłem, powrót do „DELTA” — skwitował, zdając sobie sprawę, że nadają na niemaskowanym kanale w emisji F3E.
Po minucie jechał w kierunku serbskiego posterunku granicznego wraz z dwoma operatorami z odbudowywanej sekcji „Rubina”.
Zatrzymali samochód z piskiem opon i wypadli. Czekał na nich serbski żołnierz w mundurze pogranicznika.
— Słyszalna wymiana ognia. Gdzieś niedaleko. Macie tam jeszcze kogoś, bo nie wiem jak działać? — od razu zreferował mu swoje spostrzeżenia.
To było silniejsze od niego. Objął funkcjonariusza i ledwo zdusił w sobie opcję, by owego pocałować. Skoro trwała wymiana ognia, to albo Wiktor, albo „Priom” z „Patronem”. A może obie te grupy istniały?
— Gotowi? — huknął na obu operatorów.
— Tak toczna — usłyszał.
— Dawaj cały zapas amunicji, jaką masz. PONIAŁ! — krzyknął do serbskiego oficera, a ten spojrzał na niego zdziwiony.
— Nie, nie przejdziesz. Mam rozkaz — odpowiedział.
— Kurwa, tam są moi ludzie! Nie komplikuj! — wyrzucił z siebie.
— Nie!
— Pierdol się!!!
— Stój, nie ruszaj się!!! — odrzekł tamten, kierując broń w jego stronę. — Mam rozkaz, zrozum mnie. Nie przekroczysz granicy!!! — wrzeszczał, a trójkę „Wympiełowców” okrążyło sześciu pograniczników, każdy z bronią wymierzoną w ich kierunku. „Amur” usłyszał szczęk przeładowywanych karabinków. — Rozumiem cię lejtnancie, połącz się ze swoim kamandirem. Jeżeli dostanę rozkaz, puszczę cię i twoich ludzi, ale teraz nie mogę. Ty wyjedziesz do siebie, a my tutaj zostaniemy. Zrozum.
Połączył się z „Wołkiem”, a ten kategorycznie zabronił przekroczenia granicy.
— Ściągnij zakłócenia na minutę, dwie, będziemy wiedzieć, ilu i co — rzucił błagalnym tonem.
Wykonał zadanie, ale pragnął wiedzieć, ilu jeszcze powróci. Przecież dla wszystkich to było ważne. Nie wierzył, że „Wołk” mu odmówi.
— Minuta, za dwie minuty ściągam „Żytiela”. Masz minutę ani sekundy dłużej — usłyszał.
Dłużyło mu się to sto dwadzieścia sekund. Gdy tylko usłyszał, że sieczka w eterze ustała, nadał:
— Tu „drugi”, „pierwszy” zdaj raport. Odbiór.
Jebana cisza. Czas uciekał. Ponowił wywołanie, robiąc to błagalnym głosem, bo jeżeli nie było odzewu, mogło to wskazywać tylko na jedno…
— Tu „pierwszy”, „drugi” podaj status misji. Powtarzam, podaj status misji. Odbiór — usłyszał i po raz pierwszy w życiu tak się cieszył, słysząc „Poliaka”.
— Status zero jeden — zameldował Wiktorowi. — Podaj swój status…
— Drugi kanał, masz transmisję. Status PILNY — usłyszał od łącznościowca siedzącego przy drugiej radiostacji.
— Co jest? Słyszałeś, oni, żyją. Słyszałeś? — krzyknął, zmieniając zestaw, bo dobrze zdawał sobie sprawę, że miał jako korespondenta „Wołka”.
— Ósmy nie żyje, odsyłam nasz zespół medyczny. Nie dali rady — nie do końca dotarło do niego, że „Witja” opuścił ziemski padół. Zginął, zasłaniając tę dziwkę własnym ciałem.
— Jeden dwa, jeden trzy, cele ekstra w całości. Idziemy na TANGO — nadałem i odetchnąłem z ulgą. Udało się, córeczka łącznika była po właściwej stronie. Cokolwiek by się teraz wydarzyło, wykonaliśmy zadanie.
Upchnęliśmy wszystkich do dwóch pojazdów, obciążając je niesamowicie. Przodem ruszył dowodzony przeze mnie Transit, a za nim nieco mniejszy NV 200, którym zarządzał „Patron”. Mieliśmy ponad pięć kilometrów do granicy. Jakieś osiem minut jazdy, no może dziesięć. Tak mało, a tak wiele mogło się jeszcze wydarzyć.
„Vesta” jechała ze mną. Klęczała przy ciele „Urala”, głaskając go po zimnej dłoni. Dostrzegłem w jej oczach łzy.
W słuchawkach znów pojawiły się zakłócenia. Najwyraźniej ściągnęli je tylko na krótką chwilę, chcąc się przekonać, czy żyjemy.
Na szczęście mieliśmy broń i amunicję po zabitych bojownikach. Nie kolosalne ilości tej drugiej, ale wystarczające na jeden, dwa kontakty ogniowe o małym natężeniu.
— Słuchaj, nie uwierzysz, kogo spotkaliśmy i komu zawdzięczamy życie. No ja z „Patronem” — rzucił kierujący pojazdem „Priom”.
— No, komu? — byłem wielce ciekaw. Siedziałem z przodu, obok niego i bacznie obserwowałem teren.
— Polaków, „Harta” i „Pumciaka”, tych, z którymi walczyliśmy razem w Libanie — zdębiałem na chwilę, nie dowierzając w to, co powiedział. — Było ostro, prawie na skraju, ale puścił nas — dodał po chwili.
Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Jeżeli Polacy złożą raport z tego zajścia, to jasnym stanie się, że rosyjskie siły specjalne działały na terenie Kosowa, nie ustalając tego z gospodarzem i ONZ. Nie będzie maskirowki, że to bandy przemytnicze, porachunki miejscowych watażków, z drugiej zaś strony… Puszczając moich ludzi wolno, krył ich w jakiś sposób.
Słuchałem jego opowieści i coraz bardziej przekonywałem się, że chłopaki z „Formozy” nie puszczą pary z gęby. Jednak wspólnie przelana krew cementowała w jakiś sposób, rozluźniała bezlitosne procedury i zasady walki.
Wywaliliśmy tylne siedzenia, by zmieścić wszystkich, a obok zwłok „Urala” siedział „Zoltar”, który bacznie przyglądał się „Veście”. W końcu dotknął jej dłoni, a ona spojrzała mu w oczy.
— Już go nic nie boli, już jest mu dobrze, a my wam tego nie zapomnimy. Nie zapomnimy, co zrobiliście dla tych dzieci — powiedział, ocierając jej łzy z oczu.
„Vesta” rozejrzała się. Skulona romska kobieta tuliła swoje dziecko, a oczy pozostałych dzieciaków patrzyły, to na nią i Serba, a potem na nieboszczyka. Pociągały nosami, może cichutko popłakiwały, ale było w miarę cicho. Nie ukrywałem, że obawiałem się wybuchu paniki naszych małoletnich pasażerów. Patrząc jednak na ich zachowanie, zdałem sobie sprawę, że tyle złego w życiu doświadczyły i dobrze wiedziały, że z naszej strony nic im nie grozi. Upatrywały w nas wyzwolicieli, tych dobrych, od których nie należy spodziewać się niczego złego.
Nie żałowałem podjętej decyzji, szczególnie widząc, jak patrzą na nas, jak w momentach zagrożenia wzajemnie tulą się do siebie, do „Vesty” i „Zoltara”. Ich błagalny wyraz wzroku mówił: „Wyciągnijcie nas stąd. Uratujcie”. Dojrzałem to, szczególnie gdy wcześniej coś podobnego dostrzegłem w oczach przybranej córki. Tam, wtedy w Biesłanie.
Nie czułem się komfortowo w tej sytuacji. Podwójny obowiązek, do kwadratu wyśrubowana potrzeba ochrony tych dzieci i „Vesty”. Tak, jej. Pragnąłem ją chronić, odsunąć od najbardziej niebezpiecznych zadań, sam, szafując swoim życiem, i dobrze zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem. Każdy winien wykonywać przydzieloną robotę, dostawać zadania skrojone pod jego specjalność. Byłem dowódcą, mózgiem operacji. Nie ułatwiałem roboty podwładnym, którzy mieli wbite w głowy, by chronić przywódcę, a ten rwie się na pierwszą linię. To utrudnia, zwiększa ryzyko strat.
Zawsze wyznaczało się dwóch zastępców, którzy w razie czego mieli przejąć dowodzenie. Tylko znajdź się człowieku, nagle w takiej sytuacji, gdy trwa walka, a sytuacja jest dynamiczna. Wejdź od razu w buty poległego przełożonego, bo tego oczekują od ciebie twoi już teraz podwładni. Dowódź natychmiast, bez sekundy zwłoki, bo ta może kosztować ich życie.
Wiedziałem, że nie powinienem tak robić, a jednak działałem inaczej. Pomimo zdobytego doświadczenia.
Wyrzucałem z siebie to, co stawało się nieuniknione. Nie chciałem dopuścić myśli, że ją pokochałem. Byłem na siebie wściekły. Znów wracała sytuacja z Libanu, gdzie do śmierci Katii kochałem dwie kobiety naraz, źle się z tym czując. Teraz wracałem do poprzedniego stanu. Tylko czy można zabić w sobie tak szlachetne uczucie?
„Ogarnij się, masz zadanie, „Ural” nie zginął na darmo. Musisz ich uratować” — wreszcie zebrałem się w sobie, porzucając wcześniejsze przemyślenia.
Mijany teren był niezamieszkały. Jedno sioło składające się z kilku chałup minęliśmy, nie napotykając żadnych problemów. Zostało nam trzy i pół kilometra. Trzy i pół kilometra, by odbębnić sukces. Nikt nie meldował z Nissana o pojazdach zmierzających za nami. Pewnie ruszyły, bo tamta trójka bojowników, która uszła z pola walki, z pewnością skrzyknęła innych.
— Skąd oni wiedzieli, że jedziemy? — zapytałem kierowcę, a ten palcem wskazał mi CB-radio.
— Tego nasi nie przewidzieli, ale musieliby ściągnąć „Irenę”, a ta kurwa to trzy samochody. Do Iła-76 nie zmieścisz tego naraz — dodał.
„Ireną” lub „Iriną” w slangu nazywano stację zakłóceń R-325/325M2. To stary, niezawodny sprzęt zakłócający, mający więcej lat niż ja. Wysyłał w eter sygnał o mocy 5kW, a gdy operator wrzucił zakłócanie szerokopasmowe, to siał ten strucel nie tylko na głównym paśmie, harmoniczne obrywały sporą dawką.
Miałem nadzieję, że na paśmie obywatelskim nie pracowały posterunki kosowskiej straży granicznej. Była sparaliżowana łączność komórkowa, obrywaliśmy w paśmie pracy radiotelefonów. Nadajnik siejący pamiechy (zakłócenia), tkwił blisko granicy, a dobrze pamiętałem ze szkoleń dotyczących łączności, że wokół niego w promieniu kilkuset metrów, kilometra (w zależności od mocy) tworzy się martwa strefa nadawania i odbioru zajmująca dość spore pasmo. Nie bez powodu operatorzy stacji zakłócających nie wchodzili do wozu aparaturowego z telefonami komórkowymi. Silne promieniowanie elektromagnetyczne potrafiło uczynić z nich elektrośmieci.
— Przejdziemy Wiktorze, przejdziemy, takich skurwysynów, jak my diabli nie biorą — pocieszył mnie „Priom”, widząc moją poważną minę.
— Obyś miał rację, szkoda tylko, że „Ural” okazał się mniejszym chujem, niż my — odparłem i nastała cisza.
Kosowska strażnica, przez którą wcześniej przebił się „Amur”. Kilka minut wcześniej.
Dowodzący posterunkiem granicznym dwoił się i troił, mając informacje od swoich pobratymców z byłego UCK. W ich kierunku przesuwała się kolejna grupa, która najprawdopodobniej harcowała na tym terenie. To musiały być te wściekłe serbskie psy, które nie pogodziły się z tym, że Kosowo uzyskało niepodległość.
Walczył z serbskim pomiotem i został doceniony. Z szeregowego bojownika stał się teraz funkcjonariuszem chroniącym granicę, co było sporym wyróżnieniem. Mógł przymykać oko na kontrabandę, czerpiąc z tego niemałe zyski.
Miał informację o likwidacji obserwacyjnego posterunku, który chronił „Dom Uciech” dla tych ze zgniłego Zachodu. Mieli chronić kobietę zarządzającą tam wszystkim — ważną personę, córkę gościa, który walczył z Rosjanami. Sam wyłapywał serbskie i romskie bachory, najczęściej żebrzące w okolicach, gdzie mieszkał. Za każde z nich dostawał sto euro, ale bardziej opłacały się młode dziewczęta, a gdy były dziewicami, stawka rosła pięciokrotnie.
Teraz ktoś tam uderzył, a Urim, bo tak miał na imię, pomimo braku wojskowego wykształcenia, wykoncypował, że to musieli uczynić zawodowcy.
Naprędce wysłana miejscowa grupa byłych wojowników UCK z Czeczewa musiała się cofnąć, zobaczywszy, że teren został opanowany przez siły ONZ. Nie było tych żołnierzy zbyt wielu. Przybyli łodzią, wcześniej ścigając pewnie tych cholernych Serbów z sił specjalnych, bo był pewny, że komandosi maczali w tym palce.
Sparaliżowano ich łączność radiotelefoniczną, a dużo wcześniej obserwator znad granicy meldował o podejrzanych ruchach. To nie mógł być przypadek.
— Pełna gotowość, szybciej, blokujcie drogę, jedzie w naszym kierunku druga grupa. Zatrzymać!!! Zrozumieli!!! — wrzeszczał na podległych funkcjonariuszy, a ci uwijali się jak pracowite mrówki, tworząc prowizoryczne zapory.
Miał dane i bezpośrednią łączność z byłymi towarzyszami z Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK). Posadził jednego z podwładnych w swoim VW Golfie i nakazał podciągnięcie do pojazdu bezpośredniej linii telefonicznej.
„Zgotuje tym serbskim skurwysynom tu piekło” — podniecał się, oczekując na owych i chwyciwszy wyborowego SWD, był gotowy przyjąć przeciwnika.
Dwa kilometry od granicy. Konwój dowodzony przez Wiktora.
— Daj, przetrę i dam ci zastrzyk przeciwtężcowy, a i w ucho oberwałeś — „Vesta” nie dawała za wygraną, chcąc mnie zaopatrzyć.
— To nic, przestań, potem — wykręcałem się.
— Przecież krwawisz, tu przy kości policzkowej, daj, opatrzę — nie ustępowała.
Poczułem dotyk jej dłoni na twarzy. Delikatny, taki kochany, że zapragnąłem wziąć jej palce w usta i nie wypuścić. Pieścić je, każdy z osobna, a potem...
Nie było czasu na zakładanie nitrylowych rękawiczek. Zaszczypało na twarzy, gdy psiknęła medycznym specyfikiem.
Spojrzeliśmy sobie w oczy i dostrzegłem w jej wzroku blask. Była pogodna, uśmiechnięta i pewnie zadowolona, że udzieliła pomocy kolejnej osobie.
— Jak tylko wrócimy… — zaczęła.
— Kurwa, ostatnia prosta i wchodzimy w rejon strażnicy, stąd tylko pół kilometra do ostatniego punktu — zameldował „Priom”.
— Walentyna, nie teraz, za chwilę będzie gorąco, proszę — odparłem, będąc gotowy na wymianę ognia.
Zrozumiała, cofnęła się, ocierając łezkę u jednego z dzieciaków. Przytuliła go do siebie niczym najczulsza matka, pogłaskała po głowie.
— Czwarty mamy blokadę, jak nie przejdziemy, taranuj! — wrzasnąłem do załogi drugiego wozu, widząc prowizoryczną barykadę, stworzoną z tego, co Kosowianie mieli pod ręką. — Dawaj „Priom”! Nie zwalniaj! — dodałem.
Nie liczyłem już, którą blokadę mieliśmy sforsować. Nie miałem na to czasu. Przez boczną szybę waliłem ze zdobycznej „Zastawy”.
Przeciwnik był przygotowany, choć zapora, wyglądała na doraźnie skleconą. Przód dostawczaka uderzył w konstrukcję i z łatwością ją sforsował, a potem kolejne i kolejne warstwy.
Ogień i ruch to podstawa dobrego natarcia. Poruszający się teraz wolno nasz wóz działał jak taran, a za nim zmuszony do zwolnienia Nissan stanowił łatwy cel.
Szyby pojazdów stały się wspomnieniem. Pociski ryły w blachy samochodów. Dostaliśmy ogień z przodu, z boków i od tyłu. Dzieci skuliły się, leżąc na podłodze pojazdu.
— Idziecie, kurwa, bo nie wiem, co robić?, nakryli nas ogniem — meldował kierujący drugim pojazdem „Dima”.
— Jak miniemy, to dawaj do przodu! — rozkazałem.
Znów przez boczną szybę waliłem jak wściekły z karabinka. Starałem się jednak oszczędzać amunicję, zdając sobie sprawę, że z pewnością na granicznym pasie czeka na nas kolejna grupa.
Fart, sam nie wiem jak udało nam się przejść przez to miejsce, ale byliśmy cali. Pojazdy mocno postrzelane, ale nikt nie zameldował strat.
— Już cichutko, już cichutko, już niedługo — „Vesta” z tyłu uspokajała płaczące dzieciaki, tuląc je do siebie i całując po głowie.
Zgodnie z rozkazem Nissan wysforował się naprzód, a my zamykaliśmy kolumnę, o ile tak to można było nazwać.
— Jak tyły?, „Vesta”, sprawdź! — rozkazałem, chcąc być pewnym, że nic za nami nie jedzie. Zdawałem sobie sprawę, że przebiliśmy się, nie zadając przeciwnikowi strat. Nie mieliśmy granatów, zarówno ręcznych, jak i tych do granatnika. Podniosła się z kucek.
— Idzie, idzie za nami jeden pojazd — zameldowała. — Wiktor, daliśmy radę — dodała.
— Jeszcze nie, jeszcze jeden posterunek — odparłem, studząc jej radość.
Do granicy dzieliło nas niecałe pół kilometra. Pół kilometra, tylko, albo aż…
Kilka godzin wcześniej, godziny wieczorne. Bałaszycha, Rosja, dom Graczowów.
Tamara wraz z Wołodymirem zatrzymała się przed rodzinnym domem. Zerwali się wcześniej z zabawy zorganizowanej w szkole na zakończenie roku szkolnego. Nastolatka grzebała w niewielkiej torebce, szukając kluczy, a chłopak, nieco wystraszony, rozglądał się wokoło.
Oboje zadecydowali, by urwać się z imprezy. Ona ubrana w łososiową sukienkę sięgającą nieco powyżej kolan, z delikatnego zwiewnego materiału, świetnie podkreślającego jej zgrabną sylwetkę, on w granatowym garniturze i nienagannie wyczyszczonych lakierkach.
— Mam, chodź — zaprosiła Wołodymyra, gdy udało jej się otworzyć drzwi.
Już od dawna chciała z nim zostać dłużej sam na sam, a z jego zachowania wywnioskowała, że pragnął tego samego. Ich wcześniejsze spotkania były krótkie, w miejscach publicznych lub w domach rodzinnych, gdzie nagle mogli pojawić się rodzice lub rodzeństwo.
Podobał się jej i to nie tylko fizycznie. Był inny niż pozostali chłopcy z klasy. Delikatny, ciepły, subtelny i taki… kochany.
Tak, czuła coś, czego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Przy Wołodymyrze było jej jakoś tak fajnie, lubiła jego obecność, czuła się inna, a gdy się rozstawali, odliczała godziny do kolejnego spotkania.
Uwielbiała jego dotyk, był taki delikatny, jakby się bał, że ona jest z porcelany. Po raz pierwszy dotknął jej uda, gdy całowali się za szkołą, i nie zaprotestowała. Pozwoliła, choć bała się, że powrócą demony z przeszłości, gdy ten klecha… ale tak się nie stało. Muśnięcie palców Wołodymyra sprawiło przyjemność, ale najbardziej lubiła, gdy gładził jej włosy.
Przemogła się, choć miała obawy, duże obawy, czy da radę, ale po wolnych tańcach, kiedy jego delikatne dłonie dotykały zgrabną kibić, położyła mu głowę na ramieniu i poczuła coś dziwnego, a zarazem bardzo przyjemnego. Wiedziała, że zmierza się z czymś nowym, bo tamto, jakże bolesne doświadczenie, było wbrew jej woli, a teraz sama była ciekawa.
Ciekawa, a może to opowieści koleżanek z klasy, które po kątach trajkotały o chłopakach, jacy są, że to fajne i w ogóle, było dodatkowym bodźcem? Nie chciała być jedyną, która nie miała jeszcze kontaktu z płcią przeciwną, bo czasami dostawała pytania związane z tym tematem i musiała kłamać, nie chcąc wyjść na niedoświadczoną. Ten fakt przechylił szalę, ale w mniejszym procencie.
Czy to była miłość? Sama nie wiedziała. Kochała tatulka, ale to było coś innego i przypomniała sobie, jak jej to wcześniej tłumaczył.
„Boże, on jest taki mądry, miał rację” — przypomniała sobie tamtą rozmowę. Wydawało się jej, że po śmierci Katii to jest ten jeden, jedyny mężczyzna, a reszta… Teraz wiedziała, że przybrany ojciec miał rację, wiedział, co mówi.
Wołodymyr ujął Tamarę tym, że spodobała mu się taka, jaką była. Wybrał ją, dziewczynę bez ręki, z protezą, o kaukaskiej urodzie. Prawie rozpłakała się, gdy pocałował protezę, mówiąc, że to nie jest dla niego żaden problem. Wybrał ją, a przecież w klasie było tyle ładniejszych i w pełni sprawnych dziewcząt. Ją, nikogo innego i dostrzegała jak jest w nią zapatrzony, zastanawiając się, dlaczego? Bała się zapytać, nie chcąc spłoszyć chłopaka.
Zamknęli drzwi za sobą na klucz, a Tamara, ująwszy Wołodię za rękę, zaprowadziła go do swojego pokoju. W domu czuć było zaduch, końcówka czerwca była ciepła i pomimo tego, że zawsze ktoś z dziadków lub ona z Nadią biegły do rodzinnego domu, by chwilowo go przewietrzyć, czuć było specyficzną woń.
Widziała przerażenie w oczach chłopaka, a jednocześnie błysk, jaki jeszcze nigdy nie dostrzegła w jego wzroku. Zdawała sobie sprawę, że podobnie, jak i ona, przeżywa to na swój sposób.
Zapaliła małą lampkę w pokoju i stanęła naprzeciw niego. Spojrzeli sobie prosto w oczy i dojrzeli w nich ogniki. Oddychała głęboko, podobnie jak on. Drżeli, patrząc na siebie i przez chwilę nie mogli wydobyć z siebie żadnego słowa.
Przypomniała sobie jak w tańcu dociągnął ją mocniej do siebie, jakby nie chciał, by mu gdzieś uciekła. Pamiętała zapach jego włosów i to gdy musnęła go w szyję, a on wzdrygnął się nieco, a potem ich pocałunki, kiedy opuściwszy szkolną zabawę zmierzali w kierunku domu. Wtedy podjęła decyzję, że warto zaryzykować.
— Rozepniesz mi z tyłu zamek od sukienki? — poprosiła, zdając sobie sprawę, że musi zainicjować dalszy scenariusz spotkania.
— Yhm — na, tyle tylko było go stać. Odwróciła się do niego tyłem i dłonią podniosła zapleciony przez Nadię warkocz, nie chcąc, by włosy zaplątały się, gdy będzie to robił.
Poczuła drobne palce majstrujące przy delikatnym zamku sukienki. Nie mógł się pewnie biedak uporać, bo trwało to bardzo długo. Czuła jego oddech na szyi, szybki i głęboki, ciepłe podmuchy były przyjemne, dostała gęsiej skórki.
Ściągnęła kreację przez głowę, zostając w szpilkach na niewysokim obcasie i bieliźnie. Odwróciła się. Stał tuż obok, cały w pąsach, drżący, ale nie opuścił wzroku, on ją nim pożerał.
— Tylko cię proszę, ja nie chcę, żebyś go mi tam włożył. Tylko się popieścimy, dobrze? — wyszeptała, czując, że jeszcze nie jest gotowa na pełny stosunek.
— Tak, tylko się popieścimy — odparł, nie odrywając z jej sylwetki wzroku, a Tamara poczęła rozpinać guziki jego marynarki, która po chwili wylądowała na podłodze.
Drobne palce dziewczyny przeniosły się na koszulę, a ta po chwili dołączyła do marynarki. Dotknęła nagiego torsu, na którym dostrzegła gęsią skórkę. Chłopak nadał drżał z podniecenia.
— Obiecujesz? Wierzę ci — zapytała szeptem, o on skinął głową. — Chcesz? — zapytała, widząc zakłopotanie Wołodymyra.
— Tak… bardzo… tylko ja… no wiesz… ja nigdy… — dukał, gdy palcami dotykała jego klatki piersiowej, dostrzegając, że te maciupeńkie nastoletnie, męskie brodawki są podobnie sterczące jak jej, i bardzo tkliwe.
„Boże, jaki on jest kochany”.
— Ja też nigdy i z nikim… bardzo cię… kocham — zdobyła się na to wyznanie, wstydząc się tego wewnętrznie. Wszak kreowała się na łatwą, a tego nie chciała.
— Ja też cię kocham, jesteś dla mnie… — nie wiedział biedak co powiedzieć, tak jak wtedy, gdy wrócił z jej ojcem z jednostki.
Był jej kochany, taki słodki. Nie oddałyby go nikomu i za nic na świecie. Przynajmniej w tej chwili.
Nie była na tyle odważna, by zacząć majstrować przy spodniach Wołodymyra. Popatrzyli na siebie i każde w jednej chwili, bez słów odwróciło się i zaczęło ściągać z siebie pozostałe części garderoby.
Pozbyła się biustonosza, a potem niebieskich fig, dostrzegając, że wkładka higieniczna jest wilgotna. Już wcześniej, gdy dotykał jej ramion i całował, stawała się tam mokra, ale nie tak, jak teraz. Czuła wewnętrzne ciepło, a ciało nadal drżało z podniecenia. Przecież po raz pierwszy miała pokazać się naga obcej osobie.
Odwrócili się, jakby na komendę, równocześnie. Ona, zakrywając protezą piersi, a drugą ręka łono, on, trzymając obie dłonie tam na dole. Zrobili krok ku sobie, potem następny. Nadzy, speszeni, każde z rumieńcami na licach.
Dobrze wiedziała, że chłopak ma erekcję. Wyczuła to, gdy przytulił się do niej w tańcu.
„Boże, ja mu się podobam” — uzmysłowiła sobie wtedy. — „Naprawdę, on nie kłamie, podniecam go” — dodała i poczuła, że naprawdę jest atrakcyjną nastolatką.
— Ale ty jesteś piękna — wyszeptał, patrząc na nią. Intonacja i sposób, w jaki to powiedział… to musiało być z głębi młodzieńczego serca. Nastolatek nie umie jeszcze tak kłamać. Nie Wołodymir.
— Przestań, chodź — rzuciła nieco speszona, ale w głębi duszy zadowolona i zbliżyła się do niego, odkrywając intymne części ciała. Chłopak otworzył usta z zachwytu, lustrując piersi i cipkę. Stali ułamek sekundy naprzeciw siebie, ciało przy ciele, a oszołomiony Wołodymyr był tak zaskoczony, że nie był w stanie uczynić żadnego ruchu, gestu.
Chwyciła jego dłonie i skierowała na piersi. Poddał się jej. Dotyk delikatnych męskich dłoni na piersiach spowodował u dziewczyny uczucie przyjemności.
Boże, jaki on był podniecony! Organ chłopaka stał na baczność, wilgotny, sztywny i ruszający się, to ku górze, to w dół.
— Czy tak? — zapytała, chwytając penisa i badając go dotykiem niczym lekarka.
— Tak, w górę i w dół, ale ja za chwilę… ja już teraz… no jestem — usłyszała, ujmując w dłonie fallusa, a ten pulsował. — tłumaczył się nieborak, nadal będąc pasywny. Zsunęła rękę niżej, palcami, dotykając moszny. Wyczuła oba jądra. Pogłaskała worek mosznowy i chwyciwszy go za nadgarstek, nakierowała chłopięcą dłoń na cipkę.
— Tam, tam chcę tylko jestem tam trochę… — zawstydziła się nieco tego, że była wilgotna. — Tylko nie wkładaj ich za głęboko, tu, tu mnie dotykaj — poprosiła, precyzyjnie, naprowadzając palce Wołodymyra. — O tak, tak mi rób — dodała i pokazała, w jaki sposób ma stymulować.
Para piętnastolatków stała naprzeciw siebie, wzajemnie się masturbując. Dostrzegła, że zamknął oczy, a na jego twarzy malował się grymas przyjemności. Podniosła się nieco na palcach i wbiła wargi w jego usta. Pieszczoty Wołodii były delikatne, ale wywołały uczucie przyjemności. Pragnęła tego, pragnęła, by nie przestawał i stymulował ją dalej.
— Możesz nieco mocniej, tylko nie wsadzaj głębiej — szepnęła, w przerwie pocałunku i znów zatopiła swe usta ponownie w chłopięcych wargach.
Wołodia ejakulował bardzo szybko, po kilkunastu jej ruchach. Poczuła w dłoni, ciepłą gęstawą ciecz, która trysnęła z pulsującego fallusa, przy jęku rozkoszy partnera. Byli tak blisko siebie, że czuła jak przechodzą go fale orgazmu, dostrzegła, grymas na jego twarzy, to, że zamknął oczy i zaczął mimowolnie ruszać biodrami, jakby chciał spotęgować ruchy jej dłoni na członku. Gdy poprosił by przestała, natychmiast to zrobiła, sama, nie będąc jeszcze spełniona. Chłopak po wytrysku, zaprzestał pieszczot. Widziała jak dochodzi powoli do siebie. Otarła ospermioną dłoń o udo.
— Wołodia, ja jeszcze nie — szepnęła, a on momentalnie ponownie zaczął ją stymulować.
Skurcze, głębokie oddechy i ogromna fala przyjemności, przeszyły po kilku minutach ciało dziewczyny. To było nie do opisania. Ledwo ustała na nogach, czując, jak drżą jej nogi jak stają się, jakby z waty, jak przeszywają ją niczym silne impulsy elektryczne, kolejne fale ekstazy. Nigdy, ale to nigdy w życiu nie zaznała czegoś takiego. Przymknęła oczy, jęcząc cichutko i w końcu, uchwyciwszy jego dłoń, odsunęła ją od łona.
Objął ja i położył na łóżku, kładąc się obok. Patrzyła na nią, widząc po raz pierwszy, jak ostatnie spazmy orgazmu przechodzą przez ciało Tamary, a ta odpoczywała, dochodząc do siebie.
— Przepraszam, ja… — zaczął, gdy zorientował się, że już się uspokoiła.
— Nie przepraszaj, było cudownie. Wiesz, kocham cię — odparła.
Przypomniała sobie moment, gdy przyłapała przybranych rodziców na małżeńskich figlach, gdy wpadła, a oni…
Dobrze pamiętała wyraz twarzy Katii i Wiktora. Teraz przeżyła coś podobnego z Wołodią, choć nie zaznała penetracji waginalnej. Nie było ją na to jeszcze stać, bała się.
Poleżeli kilkanaście minut, wtulając się w siebie. Gdyby nie „chomąto czasowe” rodziców i dziadków, to pozostali by tutaj do rana, tuląc się wzajemnie, a może posunęli by się dalej, bo penis nastolatka zregenerował się bardzo szybko. Tylko przez kilka minut widziała, jak ów wygląda w stanie spoczynku.
— Dziękuję, to było… — wyrzucił z siebie Wołodia.
— Dziękuję, kochany, nawet nie wiesz… — przerwała, nie chcąc mu powiedzieć, o tamtym zdarzeniu z księdzem. Przerwał, całując ją w usta. Boże, czuła się szczęśliwa!
Wrzuciła pościel do brudownika. Wyszli z domu. Odprowadził ją do dziadków.
— Kocham cię Tamara, bardzo cię kocham — dziewczyna szalała po tych słowach i pocałowała go na pożegnanie. Nie była w stanie przez chwilę nic odpowiedzieć. Serce, chciało wyskoczyć z piersi. Oszalała z radości.
— Ty jesteś… ty jesteś — szeptała, patrząc, jak odchodzi.
„Mój najukochańszy” — dodała, zamykając furtkę, a chłopak zniknął gdzieś w mroku.
„Tatulku, jakbym chciała ci powiedzieć, że jestem szczęśliwa” — przeszło przez myśl, gdy kładła się spać. — „Gdzie jesteś i co robisz?” …
Miejsce przejścia granicy, kilka godzin później.
Urim pędził służbowym Aro, za grupą, która przebiła się przez pierwszy postawiony przez niego kordon.
„Udało się tym cholernym serbskim pomiotom” — był wściekły, ale nie zamierzał spasować. Szybko zebrał dwóch podwładnych i ruszyli za mocno pokiereszowanym Transitem.
Jeśli chciał im przeszkodzić, to teraz miał ostatnią szansę. Wysłał na granicę wsparcie w postaci dwóch pograniczników, stawiając im jasne zadania. Żaden z pojazdów nie miał prawa przebić się przez tę ostatnią linię.
— Macie rzucić im się pod koła, na maskę, ale nie mają prawa przejść. JASNE!!! — wrzeszczał na wystraszonych poborowych na odprawie, a ci pokiwali głowami, dając mu do zrozumienia, że przyjęli samobójczy plan do realizacji.
Bandyci nie zadali jego ludziom zbyt dużych strat. Ostrzeliwali się chaotycznie, niecelnie, pragnąc za wszelką cenę dotrzeć do serbskiej granicy. Gdy zdał sobie sprawę, że nie dogoni ich przed granicą, nakazał kierowcy zatrzymanie pojazdu. Momentalnie wypadł z pojazdu i oparłszy o maskę wyborowego SWD-a, wziął na cel oddalający się pojazd, celując w tylne opony wozu. Tamci dojeżdżali do granicy, a jego bojcy, omieceni ogniem, nie mieli zamiaru ginąć, zgodnie z jego wytycznymi. Każdy zdawał sobie sprawę, że nie mają do czynienia ze zwykłymi rzezimieszkami, a z żołnierzami sił specjalnych.
Zaklął pod nosem, widząc, jak Nissan, będący na czołowej pozycji, zahamował przed zaporą i omijał pierwszy betonowy blok.
Nacisnął spust w momencie, gdy drugi pojazd zwolnił. Pocisk trafił w tylne lewe koło, a Fordem zarzuciło. Bokiem uderzył w betonową konstrukcję.
— Dobrze, kurwa, bierzcie ich! — wydał rozkaz pozostałej dwójce pograniczników, a wewnętrzna duma go rozpierała. Miał wyborowy karabin, z którego pragnął zrobić użytek, eliminując każdego z tych serbskich sukinsynów.
Przez lunetę PSO-1 dostrzegł, że pojazd, uderzywszy w zaporę stanął. Z trudem wyrównał oddech, wszak to była jedna z podstaw, by kolejny strzał stał się śmiertelny dla tych, którzy tkwili we wnętrzu pojazdu. Skupiony, czekał, widząc, jak podwładni w biegu ostrzeliwują pojazd. Czekał z utęsknieniem na pierwszy żywy cel.
Ford Transit, w którym przebywał Wiktor, w tym samym czasie.
— Kurwaaa!!! — usłyszałem wrzask „Prioma”, a samochodem zarzuciło ostro tuż przed barierą. Pojazd mocno uderzył bokiem w nią i stanął. Silnik zgasł i nie miał zamiaru zapalić ponownie.
Byliśmy na granicznym pasku. Do szczęścia brakowało nam tylko, by opuścić auto i skryć się za betonową konstrukcją.
— Leżeć, wszyscy leżeć!!! — rozkazałem, kategorycznie zabraniając otwarcia tylnych drzwi pojazdu.
Moje boczne, były „przylepione” do zapory. Znów nogą uderzyłem w przednią szybę, wywalając zmatowany płat szkła na zewnątrz.
— „Priom” wypierdalamy. Musimy kryć ogniem ich ewakuację. PONIAŁ!!! — wrzeszczałem na niego. — „Vesta”, ewakuacja na mój znak, PONIAŁA!!! — działałem jak robot, wydając jasne i zrozumiałe komendy podwładnym.
Cisza, cholerna cisza. „Priom” żył, bo widziałem, jak wypada przez przednią szybę za mną.
— Tu „czwarty”, „pierwszy”, co z wami? — w słuchawkach dało się słyszeć głos snajpera.
— Pojazd unieruchomiony przy zaporze! — odparłem.
— Stój chuju, wypadam — to z pewnością było do „Dimy”. — „Pierwszy”, idę do ciebie.
— NEGATIV…
— Spierdalaj, nie zostawię was — doszło do mnie.
— „Priom”, walisz zza auta, ja odskoczę tam na bok — rzuciłem i robiąc przewrotkę, znalazłem się metr, może dwa od naszego samochodu.
Pociski waliły w niego, szczęśliwie w górną część nadwozia, bo ta była lepiej widoczna. Dzieciaki leżały płasko na ziemi, przynajmniej tak zapamiętałem, wydostając się z auta.
Biegło w naszym kierunku trzech, może czterech pograniczników z kosowskiej strony. Strzelali, ale każdy głupi wie, że ogień prowadzony w biegu nie jest zbyt celny.
— Moi z prawej, twoi z lewej „Priom”!!! — zawsze tak miałem, że darłem się w radio w dynamicznej sytuacji. Tak nas uczono. Środek łączności zawsze może zawieść, a twoje komendy na polu walki muszą dotrzeć.
Ni nie odpowiedział. Skulony, zza maski pojazdu oddał celne strzały, likwidując obu gagatków. Położyłem kolejnych dwóch. Nastała chwilowa cisza, przemieściłem się, zajmując pozycję tuż przy zaporze.
— „Czwarty” gotowy, ubezpieczam! — usłyszałem głos „Patrona”. Nie posłuchał się jebaniec. Nie byłby sobą, gdyby tak nie postąpił.
— Ewakuacja, ewakuacja, ewakuacja!!! — wydałem komendę, będąc pewny, że teren jest czysty, jednocześnie waląc dłonią w drzwi Transita.
— Stój, czekaj, ja pierwsza!!! — usłyszałem krzyk Walentyny, gdy otworzyły się tylne drzwi.
Wypadła z nich Romka, z przytulonym do siebie niemowlakiem. Padł strzał, jeden, głuchy, trafiając kobietę w bark. Dziecko upadło na ziemię, kobieta obok niego.
— Ogień zaporowy!!! — darłem się wniebogłosy, strzelając w kierunku przeciwnika.
— Jezu, Jezu, dziecko! — dał się słyszeć głos „Vesty”.
— Kurwa, mamy gdzieś snajpera, wstrzymać ewakuację!!! — wrzeszczał „Patron”.
— Kurwa, nie mam amunicji! — zameldował „Priom” po tym, jak wystrzelił cholernie długą serię.
— „Vesta”, zamykaj drzwi!!! — momentalnie zadziałałem, ale było za późno.
— Nie, dziecko! — rzuciła, jakby była w amoku i wyskoczyła z pojazdu.
Miałem jeszcze cały magazynek, błogosławiłem to, że ogołociłem z amunicji do zera, tego dobitego bandytę. Musisz jednak, człowieku, odpiąć pusty, załadować pełny i pociągnąć suwadło, wprowadzając pocisk do komory nabojowej. Nawet bardzo dobrze wyszkolonemu operatorowi zajmie to trochę czasu. Nie liczy się strzałów, gdy teatr działań wymaga natychmiastowej reakcji. Tu działasz, nie licząc, ile patronów wywaliłeś z broni, tym bardziej zdobycznej, gdzie metalowy magazynek nie pokazuje, ile naboi jest w środku.
Nie posłuchała się mnie. Wyskoczyła z pojazdu z plecakiem medycznym i doskoczyła do rannej cyganki.
— Żyje, dostała w bark, biorę dziecko — rzuciła i pochyliła się nad maluszkiem, a ja w tym czasie wymieniałem magazynek.
— Dawaj za zaporę, zostaw ją, bierz dziecko!!! — byłem wściekły, że nie dostosowała się do moich rozkazów, ale rozumiałem, była medykiem i dla niej życie ludzkie było najważniejsze.
Podniosła z ziemi płaczące niemowlę i chwyciła je w ramiona.
— Nic mu nie jest! — krzyknęła. — Mam je! — dodała z dumą, wyprostowując sylwetkę, a ja zdołałem przeładować karabinek.
Padł strzał, jeden…
Serbska strona, miejsce przebywania „Amura”, w tym samym czasie.
„Amur” był na tyle blisko, że słyszał korespondencję radiową pomiędzy Wiktorem a jego ludźmi. Przy tak bliskim dystansie żadna stacja zakłóceń nie byłaby w stanie sparaliżować wymiany w eterze. Pomimo faktu, że w niego i w podległych mu ludzi skierowano broń, zdawał sobie sprawę, że w tym dniu posterunek po tej stronie obsadzali specjaliści z serbskich sił specjalnych i nie miał do czynienia ze zwykłym pogranicznikiem.
— „Szósta” oberwała, ewakuuję ją, kryjcie ogniem — to go przeszyło niczym piorun uderzający w ludzkie ciało, od głów do stóp. Wstał, nie bacząc na to, że Serbowie nadal mierzyli w niego i podległy mu personel z broni.
— Kurwa, specjalsem jesteś, to samo słyszysz, co i ja. Zostawiłbyś ich? Zostawiłbyś swoich ludzi? — prawie wył, zadając to pytanie.
W serbskim poruczniku biły się emocje. Miał jasny rozkaz, by nie dopuścić do tego, do czego pragnął go zmusić ten Rosjanin, a z drugiej strony…
— Pierdolę. Wstaję, zabij mnie, jeśli musisz, ale ja tak swoich nie zostawię — „Amur” podniósł się. — Jeden więcej, czy jeden mniej, nasza cena krwi nie znaczy nic, a ja ich nie zostawię!!! — krzyczał.
— Likwidacja? — zapytał jeden z tych, którzy kierowali w niego broń.
— Likwiduj, jak musisz, no strzelaj kurwa, STRZELAJ!!! — „Amur” był zdecydowany na wszystko. Słyszał w radiu komendy. Zdawał sobie sprawę, że tam jest Sajgon.
— Opuścić broń!!! Powiedziałem, opuścić broń. Idź, kurwa, czego potrzebujesz? — spasował kamandir serbskiego otriada.
— Dawaj granaty dymne i amunicję. Masz?!
— Nie!!! — wydarło mi się z ust, gdy się przy nie znalazłem. Upadła, nadal mocno trzymając dziecko. Na jej białym sweterku dostrzegłem krwawą plamę na wysokości piersi.
— Kryje, wyciągaj ją! — usłyszałem „Patrona”.
— Osłaniam! — „Priom” nie kapitulował, strzelając z pistoletu.
Zauważyłem, że plama krwi staje się coraz większa.
— Zabierz dziecko, ono żyje — poprosiła
— „Vesta”, kurwa, ewakuuję ciebie.
— Dziecko, weź dziecko, potem mnie — z jej ust płynęła krew, co nie wróżyło nic dobrego.
Jebnął pocisk, ledwie minął mnie o centymetry. Niemowlę wrzeszczało przerażone. Kolejny strzał, pocisk omiótł moją czuprynę, straciłem kilka włosów.
— „Czwarty”, masz go?
— Nie mam, przesuwam się, nie widzę celu.
— A kurwa, od czego ja tu jestem — usłyszałem „Zoltara”, a ten otworzył drzwi.
Zrobił to na czworaka, co nieco zmyliło snajpera, który spodziewał się wyprostowanej sylwetki. Najwyraźniej celował w klatkę piersiową, a pocisk trafił Serba w bark.
— Kurwa!!! — zawył.
— Mam chuja, likwiduję — odezwał się „Patron”
— „Pierwszy”, tu drugi, daję dym i osłaniam — „Amur” wchodził do akcji.
— Cel zlikwidowany, nie mam już amunicji, mam do was dołączyć?
Spuścił skurwysyna ostatnim nabojem ze swojej precyzyjnej broni. Cała nasza pozycja spowiła się dymem.
— „Vesta”, kurwa, nie rób mi tego! Masz żyć kochana, masz żyć! Powiedz mi, co mam robić! — nie zwracałem uwagi na resztę, w pełni skupiłem się na niej, przekazując uratowane dziecko „Patronowi”, który natychmiast wyrósł przy mnie.
Podniosłem ją i trzymałem w ramionach, patrząc, jak jej oczy gasną.
— Wiesz, nie kupię sobie tej bielizny… co ci obiecałam — bredziła, jakby w tej chwili było to najważniejsze na świecie.
— Ja ci kupię każdą: żółtą, niebieską, zieloną, tylko patrz na mnie i trzymaj się! — biegłem, ile sił w nogach, mijając zaskoczonych żołnierzy w przyjaznych uniformach.
Zatrzymałem się za drugą blokadą, po serbskiej stronie. Patrzyła na mnie. Wsadziłem rękę pod sweter, a dłoń momentalnie stała się mokra od krwi. Nie zważając na nic, wsunąłem dłoń pod biustonosz. Rana była na wylot, ona nie miała jednej z piersi. Rana wylotowa była spora
— Powiedz mi, co mam zrobić?, rana klatki piersiowej na wylot, silne krwawienie. Co mam wyciągnąć, jaki zastrzyk ci dać?
— Weź mnie na ręce… i mnie trzymaj — Boże, zdobyła się na to, by dłonią dotknąć mojej twarzy!— I powiedz mi.., to co wcześniej — ledwo wyszeptała.
— Co? Co mam ci powiedzieć? Nie, nie możesz mi tego zrobić!
— Pocałuj mnie…, proszę,… i powiedz… — nie dokończyła.
Truchtałem, niosąc na rękach jej ciało. Zatrzymałem się na chwilę i zatopiłem usta w jej wargach. Całowałem mocno, namiętnie, jak spragniony kochanek.
Czułem, jak życie z niej ucieka, a ja nie mogłem nic zrobić. Jeszcze na chwilę odzyskała świadomość.
— Kocham cię, kocham cię!!! — wyłem, zdając sobie sprawę, że odchodzi, biegnąc w stronę karetki, która zbliżała się do mnie.
— Nie możesz — usłyszałem od lekarza.
— Mogę kurwa wszystko, Reanimuj ją!!! — wydobyłem pistolet, kierując go w stronę medyka. Nie miałem zamiaru się poddać. Wierzyłem, że ją ocalę. Pragnąłem tego, i oddałbym wszystko. Nawet własne życie…
Kilka lat wcześniej. Dowództwo GRU, Moskwa, Rosja.
— Towarzyszu generale, mamy sukces, polski, ten do Barmy się nadaje, to chyba najlepszy nasz człowiek. Zero problemów po drugiej dawce i selekcji. Jest w 45-tej i fenomenalnie sobie radzi.
Generał odetchnął i nalał sobie wódki. Wypił i dał znak, by podpułkownik kontynuował.
— Jaki z niego będzie pożytek?
— Obopólny, polski niby to zabity ratownik, a żywy. Kto uwierzy w te polskie bajki? Kończy służbę w specnazie, kurs, a potem… Super delikwent jak przejdzie, to zrobimy z niego obcego agenta i zwalimy na Polaków jak uderzy, to super bajka, Widzi towarzysz pułkownik te nagłówki — „Polacy ukryli śmierć ratownika, a ten uszkodził w Gdańsku, rosyjską jednostkę, która przybyła na obchody… lub inne. Jest też inna opcja, polski, albo zachodni samolot, statek przybywa, a on go… Mamy gotową sekcję Barmy na kierunku gruzińskim, litewskim, łotewskim. Pełen koreański team czeka, by zacząć działać w Korei Południowej, i tam nasz pryncypał poleciał…
— Zabieraj wszystkie kwity na kraje NATO, to nie może się wydać, nim… wiesz, kto to klepnie.
— Tak toczna…
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
5 komentarzy
Maciek12
Rewelacja co tu więcej pisać...
Pumciak
jammer szkoda że ci niezabrakło atramentu .Ten rozdział jak dla mnie jest najlepszy pozdrawiam
Jammer106
@Pumciak
Schlebiasz mi. Bardzo rzadko się zdarza, że kolejne odcinki pod względem fabularnym są lepsze od poprzednich (zarówno w filmie jak i w prozie). Może warsztatowo jest bardziej dopracowane, tu bym się zgodził.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
Wombat
Jammer 106. Czekałem na to, że Wiktor przypomni sobie o Klaudii, będzie chciał zobaczyć synów, ale chyba się nie doczekam.
Jammer106
@Wombat
Przypomni sobie, przypomni. On nigdy o niej nie zapomniał. Jak widać główna przeciwniczka zakończyła swój żywot, więc wszystko powoli idzie we właściwym kierunku.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
Hart
Przeczytałem . Ale jeszcze tego nie przetrawiłem. Pisanie że jest mocne i dobre niczego nie zmieni, bo to właśnie takie jest. Pytanie co dalej? Wiem dalej tworzysz z tej całej sagi począwszy od ,, Bałtyckiego rybaka dusz'' coś co jest piękne i mocne. I wiesz że chyba nigdy nie jest zbyt długie. Bez względu na to ile zajmuje czasu przeczytanie. Wracam do tego co było wcześniej i muszę przyznać że za każdym razem odkrywam ta głębię twojego przekazu. Wiem co sądzisz o swoim pisaniu. Zresztą ja nie tworzę tak długich form i też uważam że do talentu ciągle mi daleko. Ale może w tej nieporadności literackiej jest cała nasza głębia. Tak czy siak masz we mnie wiernego pochłaniacza swoich tekstów. Oczywiście czekam na cdn. Pozdrawiam
Monia2406
Jammer106 cos ty tu odwalił? 🙈🙈 Bardzo dużo się tu dzieje, nie wystarczy raz to przeczytać.. ale ta końcówka hmm..jest mocna, nie lubię Vesty ale jedna łezke na koniec uroniłam 🥹 jak zawsze bardzo dobre opowiadanie i czekam na kolejną część ❤️ pozdrawiam!
Jammer106
@Monia2406
Niektórzy odetchnęli, bo Wiktor/Radek znów jest wolny, w szczególności Ty, ale najbardziej to chyba Wombat. Cóż, scenariusz tak przewidywał, tylko jak nasz główny bohater teraz się pozbiera po śmierci kolejnej kobiety. (chyba nikt nie bierze pod uwagę, że Vesta przeżyje). To już trzecia, pytanie czy ostatnia? Na dodatek sekcja się wykrusza, nie spotkamy się z Uralem i Dimą, a przed teamem kolejne, chyba najtrudniejsze zadanie. Kto wesprze, kogo dokoptują do sekcji?
O tym w kolejnej odsłonie.
Pozdrawiam, dziękując za komentarz.
Monia2406
@Jammer106 pozbiera się, wódka się będzie lała i będzie jak żul ale się pozbiera 💪💪 wierzę w niego. Pamiętam jak się minęli z Klaudia, może teraz się uda
chociaż przy tobie to żadnych scenariuszy nie można snuć..ty wszystko obracasz o 360 stopni i powodujesz u nas wzrost ciśnienia
i za to Cię lubimy!