
Siedziałem z Walą w sali przesłuchań, czekając na przybycie śledczych. Kapitan z antyterroru GRU nie patyczkował się z nami. Nie spacyfikował nas zbyt ostro, powiem więcej, dostałem tylko raz po ryju, a kobietę oszczędzono. Niestety, musiała zaiwaniać na bosaka, do podstawionego przy wejściu samochodu, w samych majtkach i podkoszulku, co z pewnością było dla niej upokarzające. No i standard chłopaków z GRU — worki płócienne na łeb, jakby nie można było założyć nam kominiarek.
— Nie jest ci zimno? — może głupio zapytałem operatorkę, ale dostrzegłem na jej nogach gęsią skórkę.
— Bywało gorzej kapitanie, szczególnie nad Morzem Białym i Barentsa, bardziej dokuczają mi brudne stopy, bo zawsze o nie dbam, a teraz zobacz sam — no kto trafi za kobietami. Ta najwidoczniej miała fioła na punkcie swoich stóp.
Na szczęście zdjęto z nas „nakrycia głowy” i rozkuto. Siedzieliśmy na taboretach, może niezbyt wygodnych, ale mogli nam kazać stać lub, co gorsza, położyć taborety do góry nogami i nakazać, usiąść na nich w dość bolesny i niekomfortowy sposób.
Otworzyły się drzwi i moim oczom ukazał się… major Leszczuk, tak, to był ten facet, którego załatwiłem, gdy wracałem z Polski. Uśmiechnął się, widząc mnie.
— Witam pana kapitana. Kopę lat. Teraz mam nadzieję, że sobie porozmawiamy dłużej, z panem i pana śliczną operatorką — rzucił na powitanie w sposób nad wyraz sztuczny. Chciał zgrywać luzaka, ale mu to nie wychodziło.
— Też cieszę się z naszego spotkania. Mam nadzieję, że bratnia służba powiadomiła mojego przełożonego — odpowiedziałem.
On nie doszedł do mnie, on gwałtownie podbiegł i z pięści przywalił mi w okolice prawego oczodołu. Zwaliłem się z taboretu.
Majorek nie był sam, przy drzwiach stało dwóch osiłków.
— Gdzie terrorystka? Gdzie ją wywieźli twoi ludzie? — nie bardzo wiedziałem, po co mi zadaje te pytania.
— Zadzwoń do Bałaszychy, to ci powiedzą.
Zamachnął się na mnie, lecz nie zadał ciosu, gdyż zadzwonił telefon na biurku. Podniósł słuchawkę i zameldował się.
— Tak jest, zrozumiałem. Już wykonuję. Odmeldowuję się — usłyszałem, a gdy skończył, zobaczyłem na jego twarzy szyderczy uśmiech.
— I bardzo ci tak kurwa dobrze, dupku — rzucił do mnie. — Wysłać konwój z jego bronią do „Wympieła”, a ich oboje zwolnić — rozkazał swoim ludziom.
Nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje, taka nagła zmiana jego zachowania i to zdanie, które na końcu powiedział. Otarłem dłonią bolący oczodół i podniosłem się z ziemi.
— Możesz kurwa powiedzieć, o co chodzi? — zwróciłem się do oficera, który odwrócony do mnie plecami miał zamiar wyjść z pomieszczenia.
— Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie, ale będziesz wył z bólu, śmieciu. Giennadij, wyprowadzisz tę dwójkę do samochodu, tam przejmie ich Elena i zawiezie, gdzie trzeba. Poniał! — gdyby nie tych dwóch mięśniaków, rzuciłbym się mu do gardła, a teraz tylko zacisnąłem zęby.
Wyszedł, zostawiając mnie z dwoma osiłkami. „Vesta” spojrzała na mnie nieco przerażonym wzrokiem.
— Mam tak jechać? — zapytała.
— No właśnie? — rzuciłem do jednego z kafarów.
— Tak przyjechała, tak odjedzie — nic go to nie wzruszyło, ale co można było się spodziewać po tej kupie mięśni.
Wyprowadzono nas na dziedziniec do podstawionej Łady Nivy. Za kierownicą siedziała blisko czterdziestoletnia kobieta w cywilnym ubraniu.
— Gdzie jedziemy i po co? — od razu zadałem pytanie, chowając do kieszeni oddane mi dokumenty i telefon komórkowy.
— Dowiesz się o swoim czasie — odparła sucho i ruszyła.
W mieście powoli opanowywano chaos, lecz można było dostrzec, że część ludzi miała zamiar wydostać się ze stolicy. Do samochodów wrzucali plecaki i torby, ładowali rodziny. Zadziałał efekt psychologiczny. Każdy, szerokim łukiem, omijał środki zbiorowej komunikacji. Prosty sposób na zatkanie arterii wylotowych.
— Niech pani stanie gdzieś przy sklepie odzieżowym, ona nie może tak jechać. Proszę — poprosiłem funkcjonariuszkę GRU.
Nie ruszyło to ją. Nic nie odpowiedziała i kierowała się w bliżej mi nieznanym kierunku. Na tyle, o ile znałem Moskwę, nie kierowaliśmy się w stronę Bałaszychy, a wręcz przeciwnie.
— Wiesz co, chuj, że nas nie szanujecie jako ludzi, ale że chcecie upodlić mundur rosyjskiego żołnierza i na dodatek oficera, to skurwysyństwo najwyższego stopnia. Sama jesteś kobietą i cię nie rozumiem. Chciałabyś wyjść w bieliźnie tak jak ona, dałabyś radę? — mogłem zrozumieć wszystko, ale takie postępowanie nie mieściło mi się w głowie.
Począłem rozpinać guziki swojej mundurowej bluzy i wtedy dostrzegłem, że czterdziestolatka spojrzała w lusterko wsteczne.
— Kapitanie… — zaskoczona „Vesta” odezwała się, patrząc na mnie.
— Mam rozmiar buta czterdzieści trzy, skarpety pewnie cuchną, a spodnie mają, o wiele więcej w pasie niż ty masz, ale nie pozwolę cię tak upodlić. Trzeba mieć honor, do kurwy nędzy!
Otuliłem kobiece ciało górą marynarki. Bez zastanowienia, zacząłem rozpinać spodnie.
— Nie trzeba, zaraz zjadę, tam jest sklep, bez szału, ale coś znajdziesz — jednak kobieta z GRU pękła.
— Dziękuję.
Zatrzymała się. „Vesta” oddała mi górę munduru. Wypadłem z samochodu.
— Kwadrans, nie dłużej — czterdziestolatka była konkretna.
Najpierw do głowy przyszło mi, by wziąć Wali spodnie, skarpetki i jakieś buty oraz sweter lub bluzkę. Gdy omiatałem wzrokiem sklepowe półki, zorientowałem się, że w kwestii zakupu damskich spodni to jestem dziewicą. Weź tu wiedz, czy z wysokim, czy niskim stanem, biodrówki, czy też ki chuj, szerokie, czy wąskie? Za dużo zagadek, a za mało czasu.
„Spódnica, rajstopy, sweter, buty" — to sobie wbiłem do łba.
Walentina była „gabarytowo” podobna do mojej żony, może nieco szczuplejsza, ale tak malutko. Na wzrost idealnie. Wiedziałem, jaki rozmiar rajstop, a i kolor wybrałem jedyny właściwy — czarne.
Błogosławiłem teraz zakupy z Tamarą. Niejeden facet skapitulowałby, a ja miałem odpowiedni podkład. Czarna spódnica z gumką, jeżeli w pasie źle bym ocenił. Czarny cieniutki sweterek. Tylko kurwa buty, ni chuja nie było czarnych, a jeżeli już, to jakieś szkaradne czółenka na szerokim słupku. Ohyda, przynajmniej dla mnie. No i rozmiar, cholera nie spytałem, ale wykombinowałem, że trzydzieści osiem będzie optymalne. Taki rozmiar nosiła Jekaterina. Nie było czasu, wziąłem w tym rozmiarze białe adidasy, podłe podróbki znanej marki.
— Przepraszam, spieszę się — bez pardonu wbiłem się na początek niewielkiej kolejki do kasy.
Usłyszałem słowa sprzeciwu, gadanie w kolejce, ale miałem to w dupie. Na szczęście ekspedientka mnie zrozumiała i sprawnie obsłużyła.
— Dziękuję i przepraszam — rzuciłem, wychodząc ze sklepu.
Nie mogłem nie spojrzeć, gdy „Vesta” wciągała na siebie rajstopy 40 DEN, to było silniejsze ode mnie. Kurwa, dewiant nylonu, no pojebaniec.
— Aleś stylówkę mi zapodałeś, godną szesnastolatki, ale z rozmiarem butów trafiłeś — oceniła, trochę się krzywiąc. — A i sweter trochę taki…
— Trzeba było samej wyjść. Mam córkę w tym wieku — odparłem, a funkcjonariuszka parsknęła śmiechem.
Szybko uśmiech zszedł mi z twarzy, gdy podjechaliśmy pod szpital, w którym miała niedługo zacząć pracę moja żona.
— Co jest, kurwa, co jest? MÓW! — wykrzyknąłem, mając najgorszy scenariusz przed oczami.
— Zapytaj o żonę… — kobieta tylko tyle z siebie mogła wydusić i wysadziwszy nas przy izbie przyjęć, odjechała.
Nogi mi się ugięły, świat zawirował przed oczami.
„Kurwa nie, tylko nie to”.
Straciłem przytomność.
Izba przyjęć Centralnego Wojskowego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Moskwa. Kilka minut później.
Nie, nie zszedłem z tego świata, chyba że „Vesta” podążała za mną. Gdy zbliżała swoje usta do moich, gwałtownie otworzyłem oczy.
— Nie rób mi „Poliak” takich numerów więcej — rzuciła i obok dojrzałem pielęgniarkę z AED. — Wrócił — zwróciła się do niej.
Głaskała mnie po włosach, a w kącikach oczu dostrzegłem wilgoć.
— Ty masz kłopoty z sercem, dlaczego tego nie zgłosiłeś? — zarzuciła mi.
Powoli podniosłem się i usiadłem obok. Gdy już na dobre doszedłem do siebie, wyjaśniłem jej, o co chodzi.
— Moja żona dzisiaj miała się w Moskwie spotkać w tym szpitalu w sprawie pracy.
— I pewnie zaraz tu przyjdzie i nas powita — stwierdziła medyczka, nie biorąc pod uwagę zachowania kobiety i słów majora.
Powstałem i ruszyłem do rejestracji. Zadałem proste pytanie, podając dane personalne żony. Najpierw telefon i długie oczekiwanie, a potem usłyszałem:
— Jest na intensywnej terapii, drugie piętro, sala 205, ale pan tam nie wejdzie.
— Pójdę z tobą i zadzwonię do naszych, nie możesz być tam sam.
— Muszę, wypierdol telefon, mój i swój, ci chuje z GRU wjebały nam pluskwę, to pewne. Mieli dużo czasu — mówiłem, nie rozmawiając normalnie, tylko podając suche informacje.
— Tu masz numer do niani, mam dwuletnią córkę, opiekunka musi zostać do bólu, płacę ekstra stawki — wydobywałem z siebie słowa, pisząc długopisem zabranym z recepcji na skrawku papieru. — Obca komórka, dzwoń tam i do „Prioma”.
Oddział intensywnej terapii. Centralnego Wojskowego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Moskwa. Kilkanaście minut później.
Padłem na kolana, gdy zobaczyłem moją żonę podpiętą pod plątaninę kabli. Miała tylko usta niezabandażowane, bo tam wchodziła rurka. Kikut ręki, brak jednej z kończyn dolnych.
— Ona musi przeżyć, ona przeżyje! — wyłem.
Dwie pielęgniarki podniosły mnie z kolan. Obie były starsze, dobiegające pięćdziesiątki.
— Wszystko w rękach Boga, synu — i powrócił ten widok, gdy Agnieszkę zobaczyłem w szpitalu.
Nie pamiętam, do której z pielęgniarek się przytuliłem, a ta głaskała mnie po głowie. Ponownie zawyłem, a z oczu poleciały mi łzy.
— Mogę do niej? — zadałem pytanie.
— Nie.
— Kurwa, sumienia nie macie. To jej mąż, postawcie się w jego sytuacji — nagle usłyszałem „Vestę”.
— Katia!!! — to był mój nienaturalny krzyk. Nawet ranione zwierzę nie wydaje takiego odgłosu.
— Chodź, dostała silne środki przeciwbólowe, ale na chwilę — jedna z pielęgniarek zezwoliła mi i wzięła mnie pod ramię.
Złożyłem pocałunki tam, gdzie nie było bandaży. Na barkach i małżowinach.
— Idziemy, idziemy, bo mnie zwolnią, kapitanie.
Dalej niewiele więcej pamiętałem. Zabrała mnie „Vesta” i wsiedliśmy do taksówki.
Nie pamiętałem drogi do jednostki, wszystko się we mnie zatrzymało, stało się obojętne. Patrzyłem tępo w szybę pojazdu i odpowiadałem na nieliczne pytanie Walentiny. Pytała mnie o jakieś banały i poinformowała, że niania jest powiadomiona i pozostanie dłużej, do momentu, aż przybędę do domu.
Przed oczami miałem obraz zabandażowanej Jerkateriny, tej, której boskie ciało tuliłem dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Jeszcze tam, w moskiewskim szpitalu, dostałem jakiś zastrzyk na uspokojenie, chciano mi też zakleić oczodół, gdyż w tamtym miejscu nieco zapuchłem. Nie zgodziłem się na to.
Pomimo korków na drogach, wydawało mi się, że dotarliśmy w miarę szybko.
— Pan poczeka, zostawię panu swoją legitymację służbową i zaraz wrócę z pieniędzmi — wyrwał mnie z letargu głos operatorki mówiącej do taksówkarza.
— Nie, Wala, ja mam pieniądze, ile za kurs? — po raz pierwszy odezwałem się z sensem i sięgnąłem do portfela.
Gdy tylko wysiedliśmy, momentalnie przy nas znalazło się dwóch wartowników z biura przepustek, a po chwili Fiodor z „Wołkiem”.
— Wiktor, zrobimy wszystko, jest pod najlepszą opieką, nasi wojskowi lekarze potrafią zdziałać cuda — pocieszał mnie ten starszy, mocno obejmując ramionami.
— Wiktorze, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze — „Wołk” stał z boku i powtarzał to stwierdzenie jak mantrę.
— Kto jemu to zrobił, kto podniósł rękę na mojego człowieka!? — Fiodor, najwyraźniej wkurwiony, zadał to pytanie „Veście”.
— Major z GRU — odparła sucho, podążając za nami.
Człapałem, ledwo powłócząc nogami. Nie wiedziałem, czy tak zadziałał środek uspokajający, czy powoli uchodziła ze mnie wola życia. Coś mnie pytali po drodze, coś mi mówili, ale z coraz większą trudnością przychodziło mi ich zrozumieć. Byłem jakby nieobecny, obcy.
— Dawajcie go do mnie, już, muszę z nim porozmawiać — usłyszałem głos przyporządkowanej mi pani psycholog.
— „Wołk”, natychmiast niech operacyjni piszą meldunek do tych buców, chcę mieć tego, który mu to zrobił, u siebie w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Zapis audio i wideo. Wykonaj i jak będą mieli jakieś „ale”, to melduj bezzwłocznie — zdołałem usłyszeć przed zamknięciem drzwi do gabinetu psychologa.
— Tak toczna, sam po chuja pojadę — odparł mój bezpośredni przełożony.
Usiadłem na wyścielanym fotelu. Irina, nasza psycholożka, patrzyła na mnie szklącymi oczyma. Przez chwilę tkwiliśmy w ciszy.
— Nie powiem ci, że wiem, jak jest ci źle i niedobrze, bo nie wiem. Nie będę ci mówić, że wszystko będzie dobrze, bo sam dobrze wiesz, jak jest, ale zrobię, zrobimy wszystko, co w naszej mocy byś przez to przeszedł — mówiła to tak cicho, że ledwo słyszałem jej głos.
Patrzyłem w jej oczy, swoim chyba nieco bezpłciowym wzrokiem, i starałem się zrozumieć, co do mnie prawi. Nie, ja wcale nie chciałem patetycznych gadek, zapewnień, że wszystko wróci do normy, bo moje życie po raz kolejny zostało wywrócone do góry nogami. Na razie jeszcze to chyba do mnie, do końca nie docierało, mózg i ciało wytworzyły barierę, by stopniować mi te doznania. W przeciągu ostatnich dwóch lat zwaliło się na mnie wiele i jak to mówiła Klaudia — to powaliłoby mamuta, a co dopiero człowieka.
— Jak ja to, Irina, mam powiedzieć dzieciom? No jak? — wreszcie się odezwałem, bo owa wizja mnie przerażała najbardziej.
Rodzice i brat Katii byli dorosłymi ludźmi i tu sprawa wydawała mi się prosta. Zrozumieją, choć pewnie będą mieli do mnie wyrzuty, bo sam jej dopingowałem, by przeszła do Moskwy, ale czy ja chciałem źle? Czy ona nie miała ambicji, by zrobić doktorat, by się rozwijać, teraz gdy mieliśmy trójkę dzieci i wreszcie mogła rozwinąć swe skrzydła na niwie medycyny? Nie zmuszałem Katiuszy przecież, nie była to moja zachcianka.
Kobieta wstała i zbliżyła się do mnie. Obiema dłońmi ujęła moją twarz i spojrzała mi głęboko w oczy.
— Tym na razie się nie martw. Ściągnęłam koleżankę w tej dziedzinie, jest już w drodze, a nasz zespół pojedzie z tobą do domu. Nie ściągaliśmy na siłę twoich córek ze szkoły i przedszkola, nie chcemy dawać im dodatkowych bodźców. Niania nic nie wie. Pozostaw to nam…
— Jak wam? — przerwałem jej.
— Zaufaj, zrobimy to lepiej niż ty, przynajmniej teraz…
— Co ty pierdolisz, przecież Katia…
— Ona żyje, ona kurwa, Wiktor, żyje, a to najważniejsze — mówiła to tak wolno, cedząc każdy wyraz, że wreszcie to otępienie mnie puściło.
Zadzwonił telefon na biurku. Zabrała dłonie z mojej twarzy i podniosła słuchawkę.
— Tak, skończyłam, zespół czeka gotowy do wyjazdu. Już go zabieram — usłyszałem strzępki rozmowy.
Usłyszałem pukanie do drzwi i, nim Irina zdołała wypowiedzieć „Proszę”, dostrzegłem przebraną w mundur „Vestę” i dwójkę kobiet z sekcji psychologów, a za ich plecami „Wołka”. Ten ostatni sprawnie ominął ów babiniec i momentalnie znalazł się przy mnie.
— Jedziemy, „Poliak”… — zaczął.
— Jak chłopaki? Dotarli? — wyrzuciłem z siebie.
— Stoją na korytarzu i czekają na ciebie.
— A Zlata?
— Jest w naszym szpitalu, pod strażą. Straciła sporo krwi, ale uratowałeś ją. Wyjdzie z tego.
Pamiętam, jak mnie dopadli. Te ich zacięte twarze, mocne męskie uściski i niekończące się zapewnienia: „Wszystko będzie dobrze”.
Dom rodzinny Graczowów, pół godziny później. Bałaszycha. Federacja Rosyjska.
Galina, dwudziestotrzyletnia niania Kławdi, otworzyła nam drzwi wejściowe.
— Panie Wiktorze, Jezu, jak pan wygląda, co się stało? — wyrzuciła z siebie na mój widok, trzymając najmłodszą z córek.
Z pewnością wyglądałem jak żywy trup lub zombie, bo tak się czułem.
— Daj mi ją, proszę — wydukałem, wyciągając ręce.
— Federalna Służba Bezpieczeństwa, jest pani wolna. Dziękujemy. Skontaktujemy się z panią. Czy ktoś dzwonił, o coś pytał? — „Wołk” od razu przeszedł do rzeczy.
— Tak, dzwoniła mama pani Jekateriny, a potem jej brat, ale ja tu małej przygotowałam zupkę i… — usłyszałem i maleńką przecudną istotkę przytuliłem do swojego ciała.
— Damy sobie radę…
— Tata — to dziś był dla mnie najpiękniejszy wyraz, jaki usłyszałem, a ten uśmiech na cudnej twarzyczce był bezcenny.
— Jezu, co się stało, panie Wiktorze, pan dzwoni… — docierało do mnie, ale „Wołk” wyprowadził kobietę za drzwi.
— Daj ją, proszę. Musisz odpocząć — głos „Vesty” był cichy i delikatny. Wyciągnęła dłonie ku mnie, a wzrok operatorki napraszał się, bym oddał córeczkę. — Zajmę się nią, kapitanie — to „kapitanie” w tej chwili cholernie nie pasowało.
— Umiesz?
— Daj, nie obawiaj się — dłonie „Vesty” dotknęły ciała Kławdii.
Uwierzyłem, nie wiem dlaczego, ale wierzyłem, że w jej rękach moja kruszynka będzie bezpieczna.
— Chodź, chodź do mnie, maleńka — szepnęła, zabierając dziecko.
Patrzyłem na nie obie, a gdy Kławdia wyciągnęła swoją rączkę i dotknęła twarzy Wali, mało mi się nogi nie ugięły.
— Chodź, pobawimy się, może poczytam ci bajkę. Chcesz? — zapytała dziecko, a potem spojrzała na mnie. — Gdzie jest jej pokój? — zadała mi pytanie.
Ścisnęło mnie w gardle, nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnej zgłoski.
— Tam, tam jest jej pokój — „Wołk”, znając rozmieszczenie pomieszczeń w moim domu, wskazał Walentinie dłonią kierunek.
Opuszczały mnie siły, opuszczała mnie wola. Stawałem się coraz słabszy i nie wiedziałem, co dalej począć. Teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem zmordowany i wypluty.
Jedna z psycholożek pomogła mi usiąść na sofie w salonie, druga, uklęknąwszy, ściągnęła ze mnie buty.
— Nie ja sam…
— Siedź, przestań.
Pierwsi pojawili się rodzice Katii, wystraszeni, spanikowani. Po wyrazie wzroku teściowej dostrzegłem, że jest przerażona. Od razu zabrały ich dziewczyny z grupy psychologicznej.
— Śpi, usnęła, poczytałam jej trochę i pobawiłam się z nią — kwestia rozprawy z Vestą, za numer, jaki odwaliła, zeszła na dalszy plan. Nie miałem pojęcia, że jest tak ciepłą osobą. Popatrzyłem na nią z innej perspektywy.
Operatorzy „Wympieła” czuli, delikatni, subtelni? Nie do ogarnięcia w myślach. Zaprogramowani terminatorzy, zabójcy, mordercy, lubujący się w akcjach, przesłuchaniach, torturach i ubabrani krwią po pachy. Prosty, wygenerowany stereotyp, obraz przekazywany społeczeństwu. Ludzie bez serca, bez sumienia.
Nie, nikt obcy nas nie znał, nie wiedział, co przeżywamy w każdej akcji, jak mamy rozdwojoną jaźń, jak trudno z tym żyć, by nie zwariować. I nie każdy sobie z tym radzi, a takich, co przegrali, znałem wielu.
— Chcesz coś na sen, musisz odpocząć, wszystkim się zajmiemy — uspokoiła mnie i wyciągnęła z kieszeni jakieś pastylki.
— Nie, ja muszę…
— Nic nie musisz, musisz odpocząć — przerwała mi. — Gdzie sypialnia, sen ci dobrze zrobi — dodała.
— Ale…
— Chodź i nie dyskutuj, posłuchaj mnie, proszę — głos „Vesty” był tak ciepły i subtelny, że się poddałem.
Pamiętam, że mnie rozebrała do bielizny i okryła kołdrą, a jej dłonie delikatnie dotknęły mojego czoła.
Nim zapadłem w sen, usłyszałem tylko „Wszystkim się zajmiemy”, a potem nastała ciemność.
Dzień później, wczesnym rankiem, ta sama lokalizacja.
Obudziłem się spocony, a obok mnie tkwiła Tamara. Obejmowała mnie obydwoma ramionami. Nawet na noc nie ściągnęła protezy. Oboje leżeliśmy okryci kołdrą.
— Obudziłeś się, zjesz coś? — usłyszałem damski głos i dostrzegłem „Vestę” siedzącą na fotelu tuż obok.
Poderwałem się z łóżka.
„A więc to nie był zły sen, to się dzieje naprawdę”.
— Co ty tu robisz? — szeptem zadałem pytanie operatorce.
— Jestem, taki dostałam rozkaz od „Wołka”, a po drugie sama bym cię nie zostawiła, a ta młoda dama nie pozwoliła, bym została sama z tobą w sypialni. Tuliła cię w nocy, gdy krzyczałeś, nie dała mi podejść — mówiła to szeptem, jakby nie chcąc obudzić Tami. — To tygrysica, broni cię jak swoje młode — dodała.
Delikatnie odsunąłem dłoń najstarszej córki i wstałem z łóżka. Weszliśmy z „Vestą” do salonu. Zadałem kilka krótkich pytań.
— Katia żyje, stan jest krytyczny, ale żyje. Jej rodzice pojechali razem z bratem do Moskwy, Nadię szeregowy od nas zawiózł do przedszkola, ona wie, że mama jest w szpitalu i wróci za kilka dni, opiekunka przyszła, nasi ją wprowadzili w sytuację, pary z gęby nie puści, ale poryczała się. Dziewczyny porozmawiały z Tami, ale bez szczegółów, wie tylko tyle, że jej mama walczy o życie.
— Ogarnę się i jadę do Moskwy — zadecydowałem.
— Jedziemy, samego cię nie puszczę — usłyszałem w odpowiedzi.
— Dam sobie radę sam, dziękuję ci i jestem wdzięczny za to, co zrobiłaś, ale…
— Nie zostawię cię samego, jeszcze nie teraz, mam rozkaz, a poza tym…
— Kurwa, chyba ja tobą dowodzę…
Przerywaliśmy sobie nawzajem i podnosiłem głos, całkiem niepotrzebnie, ale wtedy nie panowałem nad emocjami.
— Nie, dostałeś zwolnienie na dwa tygodnie, odsunęli cię. Mam za zadanie tu być i czy się tobie podoba, czy nie, to taki dostałam rozkaz! — po raz pierwszy wrzasnęła na mnie.
— Jak oni…
— Tamara najgorzej, płakała, chciała wziąć Nadię do pokoju, by modlić się, za zdrowie mamy, ale po długich bojach psycholożki jej to z głowy wybiły.
— Przepraszam za nią…
— Zjedz coś — przerwała mi i podeszła do płyty indukcyjnej.
— Nie zjem nic, nie dam rady, jedźmy.
— A ona? Tamara?
— Nie, ona tego nie może widzieć — fuknąłem, nie chcąc serwować córce kolejnej traumy.
— Ona wie, nie wybaczy tego tobie i mi. Tobie może wybaczy, mnie znienawidzi.
Skąd „Vesta” o tym wiedziała? Co tu się stało, gdy jak pizda zasnąłem po prochach? Wszystko mi poukładali na razie, zrobili, co tylko mogli i to jak najlepiej, a jednak w tej układance czułem się obco.
— Nie budź jej, ona nie może…
— Tamara, jedziemy!!! — wydarła się Walentina.
Gdybym mógł, to bym ją trzasnął w pysk. Nie minęła minuta, a Tami otworzyła drzwi i biegnąc, ruszyła w moim kierunku. Nie zważała na to, że nocna koszula zsunęła się z ramion i odsłoniła częściowo jedną z piersi.
Obejmowała mnie obydwoma ramionami. Płakała, mocno wtulając się we mnie.
— Tato, tatulku…
Zamknąłem oczy, z których poleciały mi łzy. Dłońmi głaskałem jej kruczoczarne włosy. Zacisnąłem usta, aż do bólu, nie mogąc przez chwilę nic z siebie wydobyć. Czułem, jak kolejne fale spazmów przechodzą przez córkę, jak cierpi podobnie jak ja.
— Ubierz się, Tamaro, pojedziemy do twojej mamy — głos „Vesty” przerwał nasze czułości.
Po kilkunastu minutach mijaliśmy Galinę, która smutnym wzrokiem odprowadzała całą naszą trójkę.
Dwie godziny później. OIOM Centralnego Wojskowego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Moskwa.
— Mamo, mamo! — Tami płakała, trzymając dłoń Katii. — Mamo, ja się będę modlić, ale wróć do nas — ona nie łkała, to był krzyk rozpaczy naszej, najstarszej, przysposobionej córki.
Nie chciała puścić jej dłoni, gdy weszła pielęgniarka i starała się ją odciągnąć, Dopiero ja dałem radę. „Vesta” stała za szybą i przejęła ją. Obie ryczały.
— Kochanie, wróć do nas, błagam cię. Bądź silna, pokaż tę siłę teraz i nie zostawiaj nas — wołałem do Boga, błagając, by moja żona pozostała przy życiu.
Znów musnąłem płatki jej uszu ustami. Boże, jakbym pragnął ją pocałować, poczuć, jak obejmuje mnie, choćby jedną dłonią. Usłyszeć słodki głos, zobaczyć, jak naciąga na swoje przecudne nogi rajstopy.
Sól łez wypaliła kąciki moich oczu, nawet ich nie ocierałem, idąc do gabinetu człowieka, który po wypadku uratował jej życie. Tamara została z „Vestą”, choć bardzo chciała wejść ze mną. Nie pozwoliłem na to.
— Panie doktorze, chciałem bardzo…
— Niech pan usiądzie, proszę — starszy człowiek przerwał mi i wskazał miejsce, gdzie mam spocząć.
— Nie będę ukrywał, stan pana żony jest krytyczny, żyje tylko dlatego, że maszyny za nią to robią. Dwie amputacje, znaczny upływ krwi, liczne obrażenia wewnętrzne i zewnętrzne…
— Czy to ją boli, czy ona cierpi?
— Trzymamy ją w stanie śpiączki farmakologicznej, ale jest na tyle niestabilna, że zgon może nastąpić w każdej chwili. Jeśli pan pyta, czy ona cierpi, to tak, cierpi, choć w tej chwili nie odczuwa bólu, tłumimy to farmakologicznie….
— Boże — jęknąłem.
— Gdyby nie te wszystkie maszyny, jak wy to mówicie, ona by nie żyła. Mamy jeszcze kilka zabiegów do przeprowadzenia, ale każde z nich obarczone jest ryzykiem równym stu procentom — te słowa raniły moje serce jak ciernie. Najchętniej nie chciałbym tego słuchać, a wydać komendę: „Ratuj ją, ty, jebany medyku, co się tak ociągasz?”
Dłońmi zakryłem twarz, pragnąc, by nie mówił nic więcej lub, by powiedział, że są spore szanse i jest NADZIEJA.
— Miała u mnie pracować, opowiadała o panu, tam, wtedy gdy w Biesłanie, pan ją zmusił do transfuzji, a ona, biedna rezydentka, podjęła się tego…
— Po co mi pan to mówi?
— Pan stracił ludzi i pewnie ocalił wielu, ja tak samo. Pomimo faktu, że zajmujemy tak różne stanowiska i gdzie indziej służymy, to moja i pańska robota to służba, każda strata boli. Pan nie zostanie przy swoich, którzy konają i brak szans na ratunek, tylko ewakuuje żywych i rannych, ba pan zrobi to, czego nie podejmę się ja. Pan odda za nich życie, tu mnie pan przewyższa.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, znów blokada. Patrzyłem mu w oczy, słuchając z zaciekawieniem, co ma mi do przekazania.
— Jestem transplantologiem, to taki facet, co wstawia innym części zamienne i cieszy się, gdy ci żyją. Nieraz dwa lata, nieraz pięć, czasami dziesięć, a czasem do śmierci. Ona nie zapisała tego, ale tu się chciała dostać…
— Czy mogę z nią zostać do rana, tak dużo mam jej do przekazania i niech pan mi powie, czy ludzie w takiej śpiączce coś słyszą?
— Ci, co się wybudzili, w większości zaprzeczają, ale są tacy, którzy mówią, że słyszeli.
— Czy ja jestem tylko władny, czy rodzina też?
— Pan.
Godzinę później, sala intensywnej terapii numer 205.
Usiadłem na krześle obok i, dopóki kręciły się pielęgniarki, tylko trzymałem żonę za rękę.
— Mam ci dużo do powiedzenia, bardzo dużo, Katiu — zacząłem.
Dobrze wiedziałem, że „Vesta” zabrała Tamarę. Sam ją o to poprosiłem.
— Tatulku, mama wyzdrowieje, zaopiekujemy się nią — pamiętałem słowa nastolatki.
— Kocham cię, Jakaterino, kocham jak nikt inny na świecie, ale tak naprawdę jestem… — zacząłem swoją spowiedź, która trwała do rana. Wyznałem wszystko.
W pewnym momencie, gdy opowiadałem o Klaudii, poczułem, jakby ścisnęła moją dłoń.
Gdy przyszła pielęgniarka, poprosiłem, bym mógł pocałować żonę w usta. Były ciepłe. Składałem pocałunki na każdej wolnej przestrzeni jej ciała. Ostatnie.
— Pa, kochanie, spotkamy się — tyle mogłem z siebie wydobyć.
— Bierzemy, chłopak, dwadzieścia trzy lata, duża zgodność, niewydolność nerek.
— Kobieta, dwadzieścia dziewięć lat, ostatnia szansa na serce.
„Wiertaloty czekają. Wpieriod, bystriej.”
Moja żona umarła w momencie, gdy 31 marca 2010 roku przywódca zbrojnej organizacji separatystycznej Emirat Kaukaski, czeczeński komendant Doku Umarow, przyznał się do przeprowadzenia zamachów. Umarow poinformował o tym w nagraniu wideo zamieszczonym na stronie internetowej rebeliantów islamskich. Twierdził, że osobiście nakazał przeprowadzić ataki. Zapowiedział przy tym, że w Rosji dojdzie do kolejnych zamachów… I wcale nie kłamał, bo o godzinie 08:30 czasu moskiewskiego, gdy milicjanci w miejscowości Kizlar w Dagestanie zatrzymali do kontroli ciężarówkę, terroryści-samobójcy zdetonowali ładunek, zabijając obu funkcjonariuszy.
Gdy zebrał się spory tłum ludzi w miejscu eksplozji i przybyły ratownicze służby, dokładnie dwadzieścia minut po pierwszej eksplozji, przebrany w milicyjny mundur samotny terrorysta, z ładunkiem wybuchowym przytwierdzonym do ciała, dokonał kolejnego samobójczego ataku, zabijając dziesięć osób i raniąc osiemnaście.
Emirat Kaukaski posunął się za daleko, stanowczo za daleko. Rozpoczynała się walka bez żadnych zasad…
Sala gimnastyczna w siedzibie „Wympieła”.
— Wiesz, że jego żonę teraz chowają?
— I chuj mnie to interesuje, chcesz walczyć, to już.
— Nie do pierwszej krwi dupku, do utraty przytomności, Miej jaja chuju?
— Czemu nie on, tylko ty?
— Bo nie ten korpus oficerski, dzisiaj on jest tam, a po drugie napisałabyś raport majorze, a tak z pułkownikiem walczysz.
Machnął pierwszy cios, potem Fiodor dostał dwa na twarz, przy czym drugi nieco zblokował. Dobiegający pięćdziesiątki facet ścierał się z trzydziestoparoletnim przeciwnikiem. Przecież wynik wydawał się prosty. Walczyli na gołe pięści, bez żadnych ochraniaczy.
— Generale, po co nam takie waśnie — zapytał dowódca GRU, swojego odpowiednika z FSB — Oj stało się, wy nam, my wam, a teraz mój to waszego…
No fakt, Pułkownik FSB dostawał kolejne ciosy i walnął na glebę.
— No i po co…
Fiodor, mocnym uderzeniem nóg podciął majora, tak że tamten runął na matę. Leżący przeciwnik i Fiodor — to śmierć albo kalectwo.
— To za nazwanie jego żony i córki — przypierdolił silnie. — To za misję niezgraną z nami — rozjebał mu łuk brwiowy. A reszta za upodlenie i całokształt, i zbrukanie munduru — Fiodor się nie oszczędzał, zadając kolejne ciosy. Twarz majora stawała się krwawą masą.
— Dość, kurwa, dość!!! — krzyknął któryś z generałów.
Przestał, gdy tamten stracił przytomność. Zgodnie z ustalonymi zasadami.
W tym samym czasie. Cmentarz Bałaszycha.
Mocno trzymałem Kławdię na rękach, a po prawej tkwiła Tami, trzymając za rączkę Nadię. Wszystkie ubrane na czarno, tylko ja w mundurze.
Nie wiem, jak „Wołk” załatwił asystę honorową, patrzyłem na doczesne resztki żony, które pozostały na tym padole, zebrane w urnę. Tak, zadecydowałem o jej kremacji, obawiając się, że dzieci będą chciały zobaczyć ciało matki przed pochówkiem, co byłoby dla nich straszną traumą.
— Daj mi ją, Wiktorze, bo za chwilę ona zacznie płakać — Vesta stanęła obok mnie, ale Tami omiotła ją takim spojrzeniem, że operatorka spasowała.
Nie wiem jak, ale przez te kilka dni trzymałem się bez wsparcia środków farmakologicznych i alkoholu. Najprawdopodobniej załatwianie wszystkich formalności związanych z pochówkiem, kwestie ubezpieczeniowe i podobna buchalteria związana z odejściem na tamten świat, tak mnie, zaangażowały, że nie miałem czasu na dłuższe przemyślenia i lamenty. Musiałem też dać przykład dziewczynkom.
Najbardziej przeżywała to Nadia, Kławdia była jeszcze za mała, choć na swój sposób czuła brak rodzicielki. Tamara trzymała się, choć widać było, że przychodzi jej to z trudem. To ona była moją największą podporą i w tych trudnych chwilach wykazała się dojrzałością.
Nie ukrywam, że dziećmi opiekowali się rodzice Jekateriny, ja, zabiegany, nie miałem do tego głowy. Oni też starali się tłumaczyć, jak najdelikatniej umieli, co się wydarzyło, nie wspominając już o tak banalnych rzeczach, jak posiłki, pranie i zadbanie o higienę dziewczynek, z zakupami włącznie i odprawieniem ich do szkoły czy przedszkola.
— Spasuj szwagier, proszę, Katii życia nie zwrócisz, a dzieci mogą zostać sierotami, a one tego nie zniosłyby. Obiecaj mi — pamiętam słowa Igora, brata żony, gdy w rozmowie wtrąciłem, że nie daruję tym sukinsynom. Kiwnąłem tylko głową, nie mogąc przystać na jego propozycję.
Najgorsze były noce, gdy przykrywałem się pościelą, wciąż czując jej zapach, jakby przed chwilą wstała i poszła do toalety. W snach również mnie odwiedzała, wracały wspólne chwile, miłosne harce, pocałunki, pierwsze fascynacje. Budziłem się zlany potem, pewnie mówiłem przez sen, ale na szczęście nikt tego nie słyszał, bo nie pozwoliłem „Veście” zostać na noc, a córki spały u teściów. Tak, w ogóle odprawiłem ją po trzecim dniu. Doceniałem jej troskę i rozkaz, jaki wydał „Wołk”, ale chciałem zmierzyć się z tym bólem sam, po raz kolejny, bo w swoim polskim życiu już pochowałem niedoszłą żonę.
Cmentarz był wypełniony tłumem ludzi: żołnierzy, funkcjonariuszy, pracowników szpitala, znajomych i sąsiadów oraz mnóstwem zwykłych mieszkańców miasta. Przybyli przedstawiciele z Moskwy, dostrzegłem też delegację ze szpitala, w którym miała pracować, z lekarzem, który ratował jej życie. Starszy pan wyróżniał się, trzymając w ręku dwie pojedyncze białe róże. Na cmentarnym parkingu i poboczach stało kilka karetek pogotowia oraz nasz wóz operacyjny, nie licząc licznych radiowozów.
W imieniu rodziny przemówił brat Jekateriny; mi żadne składne zdanie nie przeszłoby przez usta. Stałem, patrząc na jej portret, ułożony obok urny. Wypłakałem w poduszkę chyba wszystkie swoje łzy. Kończył się jeden z piękniejszych rozdziałów w moim życiu — radosny, szczęśliwy, i chyba dobrze zdawałem sobie z tego sprawę.
Kławdię odłożyłem do wózeczka, tylko na moment, gdy wręczono mi złożoną flagę. Zrobił to zastępca dowódcy mojej jednostki w asyście Walentyny. Pamiętałem jej zaciętą twarz, ponury wzrok i oddanie honoru. Stała wyprostowana niczym struna, a z oczu kapały łzy, ale ich nie otarła. Zachowywałem się jak robot, starając się trzymać fason.
Słowa popa i ten moment, kiedy wiesz, że urna za chwilę zostanie złożona w grobowcu. Wcześniej wydana komenda Smirna dla asysty i te przeraźliwe wycie sygnałów kogutów.
— Mamusia, nie, mamusia!!! — jęk i płacz Nadii były jak milion ostrzy, które wbiły się w moje ciało i raniły do żywego. Tylko jedno tłukło się w głowie — ZEMSTA, bez taryfy ulgowej, bez przebaczenia, bez zasad.
— Daj ją — głos „Vesty”, która nagle pojawiła się obok mnie, nie znosił sprzeciwu. Wzięła z moich rąk Kławdię, a ja obie córki przytuliłem do siebie i tkwiliśmy tak przez dobre kilka minut.
Tami ryczała jak bóbr, a jej ciepłe słowa do Nadii nie miały sensu, skoro ta widziała, że starsza siostra płacze podobnie jak ona. Uklęknąłem przy Nadii i objąłem ją mocno ramionami, a naszą dwójkę oplotła rękoma Tamara, kładąc swoją głowę na moich plecach.
— Nie płacz, Nadiu, nie płacz, mama jest w niebie, u Pana Boga, i pewnie się smuci, widząc twoje łezki. Ona jest tam szczęśliwa — szeptałem dziecku do ucha.
Tamara też coś mówiła cichutko. Po chwili usłyszałem głos teściowej i prośbę.
— Chodźcie dziewczynki, nie płaczcie.
— Ja zostanę z tatą — zadecydowała Tami, cała spłakana. — A pani niech mi da moją siostrę — niezbyt głośno, przezwyciężając szloch, zwróciła się do „Vesty” i wyciągnęła w jej kierunku obie ręce.
— Ale ty… — operatorka dobrze zdawała sobie sprawę, że Tamara ma protezę ręki, i stąd mogły wyniknąć jej obawy.
Dostrzegłem zawzięty wzrok najstarszej córki i przypomniałem sobie słowa Walentiny, która określiła ją jako tygrysicę.
— Daj jej, ona zajmowała się małą i Nadią. Proszę — rzuciłem cicho, nie chcąc generować scen.
— Wolna — padło z ust „Wołka”.
Jęk syren ustał. Dopiero później dowiedziałem się, że przez minutę wyły w całym mieście. Grabarze zasypywali dół. Ustawiła się kolejka do składania kondolencji. Tych, których znałem, mówili to naprawdę z serca, prostymi ludzkimi zdaniami, może nie tak ładnie ubranymi, ale szczerymi. Głos im się łamał, łzy leciały po policzkach, a mogiłę żony pokrywały wiązanki kwiatów i wieńców.
— Przysięgam ci, Wiktorze, dopadniemy ich, choćbym miał ich tropić do końca życia, nie ustanę. Nic się nie martw — „Wołk” złożył jasną deklarację.
— Razem ich dopadniemy — szepnąłem mu tak cicho, aby Tami nie słyszała.
Omiótł mnie jakimś dziwnym wzrokiem, ale nic nie odpowiedział. Jana nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. Płakała tylko i objęła mnie ramionami.
Dygnitarze partyjni i przedstawiciele władz różnych szczebli klepali swoje wyuczone formułki i slogany. Kwitowałem to prostym „Dziękuję” i mocnym uściskiem dłoni.
— Tak mi przykro, Wiktorze, tak mi przykro. Ty ratowałeś tamtą dziewczynę, która chciała coś podobnego zrobić, a… — „Pomzowi” głos się załamał, objął mnie mocno i poklepał po plecach.
— Jesteśmy z tobą, jeżeli coś potrzeba, mów, nie ma rzeczy niemożliwych — usłyszałem po kondolencjach od zastępcy dowódcy.
— Przywróćcie mnie jak najszybciej do służby, o to proszę — szepnąłem, ale we wzroku pryncypała nie dostrzegłem tego czegoś.
— Wszystko w swoim czasie, Wiktorze, bądź cierpliwy — odparł sucho i klepnął mnie w ramię.
— Jest mi przykro, bardzo przykro, nawet sam nie wiesz jak — „Vesta” wyprężyła się po tych słowach, stając w postawie zasadniczej i oddała honor. Nie pozostało mi nic innego, jak odpowiedzieć tym samym.
— Przestań, spocznij — szepnąłem i dostrzegłem, jak z jej oczu kapią łzy. Otarła je szybko, rozmazując delikatny makijaż, jakby nie chciała, by ktokolwiek dostrzegł, że płacze.
Objąłem ją ramionami i przytuliłem mocno.
— Dziękuję za to wszystko, co dla mnie zrobiłaś — chciała coś powiedzieć, lecz gestem dałem jej do zrozumienia, by nic nie mówiła.
Na samym końcu stał ordynator szpitala, do którego miała trafić Jekaterina. W ręku trzymał jedną białą różę. Bez przystrojeń i innych wodotrysków.
— Wie pan… — zaczął. — Nie pamiętam, na ilu pogrzebach ostatnio byłem, ale ten pozostanie mi w pamięci na bardzo długo — mówiąc to, wręczył mi kwiat.
Byłem trochę zdziwiony, bo nie wyglądał na dziwaka ani jakiegoś odklejeńca, ale facetowi dawać różę? Trochę dziwne.
— Przepraszam, trochę się rozgadam, ale gaduła ze mnie… — tu zatrzymał głos, patrząc, czy mu pozwolę kontynuować.
— Proszę — wydukałem.
— Jest pan wielkim człowiekiem — to stwierdzenie mnie zaskoczyło. — Gdyby nie pan, Jekaterina, przepraszam, że tak się zwrócę, bo sama poprosiła, bym mówił jej na ty, zasiliłaby grono chirurgów, pediatrów czy też zwykłych lekarzy medycyny, a pan wtedy w Biesłanie…
— Wiktor, jestem Wiktor. Proszę mi mówić na ty — przerwałem lekarzowi.
— Ty w niej wygenerowałeś gen transfuzjologa, mało docenianego specjalisty, bo co to krew przetoczyć? Bajka. Zobaczyła wizję śmierci małej dziewczynki i wtedy zdecydowała się na ten ryzykowny zabieg. Wiem, że ta dziewczynka żyje, mało tego, jest waszą córką.
— Ale wtedy groziłem jej bronią.
— I co z tego, uratowaliście ludzkie życie.
Nie, łzy mi jednak nie wyschły, poleciały, a ja wcale nie miałem zamiaru mu przerywać.
— To była lekarka z powołania, takich teraz coraz mniej, każdy patrzy, chirurgia plastyczna. Jeżeli to ukoi twoją duszę i da ci… no sam nie wiem co, ale w ciele dwojga osób jest część twojej żony. Jej organy żyją w nich i ona nie umarła do końca, ona żyje w nich.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, spodziewałem się prostej gadki, czegoś na wzór tych ckliwych przemówień, a tu coś takiego. Zamilkłem.
— Tak, oba przeszczepy się, jak na razie udały, nie ma odrzutu, pacjenci w szpitalu, ale żyją. Choćby przeżyli tylko dziesięć dni jeszcze, to ty zdecydowałeś o tym.
Sam nie wiem, dlaczego, ale położyłem mu dłonie na ramionach. On dłońmi dotknął mojej twarzy i szepnął cicho.
— Ona żyje w nich, mogę cię skontaktować, rodziny nie widzą problemów. Nie umarła do końca.
— Jedną położyłem na grobie, ta róża jest dla ciebie za to, co zrobiłeś, a uwierz mi, bo starym człowiekiem jestem. Nieliczni na to się decydują.
Głos uwiązł gdzieś tam. Nie byłem w stanie z siebie wydobyć nawet zgłoski. Patrzyłem mu prosto w oczy i to było to, co by moja żona chciała usłyszeć. Ta istota pełna planów na siebie i na nas. Mieliśmy pojechać do Serbii, do parku Narodowego Tara z dziewczynkami, na Bali, do Egiptu. To ja zwiedzałem świat w ramach misji zwalczania terroryzmu.
Moja Katia w podróż poślubną pojechała ze mną na Krym i… były to najpiękniejsze chwile w naszym życiu.
Zabrałem tę różę jak największy skarb.
Obudziłem się w domu i coraz bardziej brakowało Katii. Wywaliłem z brudownika jej wszystkie rzeczy i wrzuciłem na łóżko. Pierwszą parę majtek przyłożyłem do nozdrzy. Jeszcze zapach nie uciekł, jeszcze ją czułem.
Pojebany, zboczony, a może gorzej. Masturbowałem się przy użyciu damskich majtek, gdzie czułem jej woń. Dobrze, że nie było dziewczynek, bo gdyby mnie zastały z figami na twarzy, a drugimi na penisie...
Prośby o przywrócenie do działań — przeszły bez echa. Bliska osoba – niedopuszczalne, pchałem kwity prawie codziennie. Bez odzewu.
A moi ludzie uderzyli, przynajmniej trzykrotnie. Dagestan, Czeczenia i Północna Osetia.
Gdy był pogrzeb Katii, cała sekcja dowodzona przez „Tora” zlikwidowała gniazdo czeczeńskich wojowników. Dlatego nie byli na ceremonii. O walce Fiodora dowiedziałem się później. Po tygodniu dołączyła do nich „Vesta” i poszli na Dagestan. Nikogo nie pierdolnęli, ale broni i amunicji znaleźli sporo.
Odciąłem się od dzieci. Analizowałem każde działanie naszych i przeciwnika, a tak po prawdzie to pierwsze dwadzieścia cztery godziny tkwiłem, oglądając zdjęcia, moje i Katii.
— Tato, babcia zrobiła dobre pielmieni, zobacz, zaraz je zrobię, zjemy sobie.
— Spierdalaj — taka była moja odpowiedź do córki, którą kochałem.
Rozpłakała się i zniknęła w swoim pokoju.
Na okrągło wrzucane kasety i płyty z naszymi wspólnymi wyjazdami, uśmiech Katii, jej czułe słowa. Przeglądałem albumy ze zdjęciami. Sam, bo nie chciałem spotykać się z kimkolwiek.
Kładąc się spać, miałem przy sobie skrawek zielonej sukienki. Tej, w której wyszła z domu, poszarpanej po eksplozji.
„Tatulku, ja cię kocham, tęsknimy za tobą!!!” — słowa Tami tłukły mi się w głowie.
Potem nadeszło najgorsze. Najbardziej podła rzecz, jaką ojciec może zrobić swoim dzieciom. Wóda. Nawalałem się jak szpadel, miałem pieniądze, dzieci były bezpieczne, no i byłem na zwolnieniu.
— Tato, błagam, przestań! — prosiła mnie Tami na kolanach.
Nic nie pomogło, Raz, gdy nawaliłem się, wziąłem taksówkę i pojechałem do burdelu. Nawet mi kurwa nie drgnął. Czy stawałem się impotentem, czy to chwilowa niemoc — w tamtej chwili to było dla mnie najważniejsze, a i tak nie znalazłem odpowiedzi.
Wóda — spanie — wóda, i tak w koło Macieju przez trzy dni. Wycwaniłem się tak, że gdy przychodziła Tamara, już spałem, a konsumpcję przerzuciłem na nocne godziny, gdy wracała do moich teściów. Siedemdziesiąt dwie godziny maratonu, z minimalną ilością pożywienia, za to z ogromnymi ilościami alkoholu.
Po tym czasie, gdy byłem jeszcze kumający, późnym wieczorem wziąłem telefon Jekateriny i wbiłem w klawiaturę numer do Klaudii. Dobrze zdawałem sobie sprawę, że ten numer, w momencie, gdy umarła moja żona, nie jest monitorowany, a nawet jeśli, to było mi wszystko jedno.
Musiałem się wygadać komuś bliskiemu, niekoniecznie z rodziny. Byłem w fazie, w której za śmierć Katii winiłem siebie. Moje niewierności, zadawane tortury, zlikwidowani terroryści i nie tylko. Ogólnie za wszystkie plugastwa i niegodziwości, jakie popełniłem w swoim życiu. Bóg w ten sposób mnie ukarał, odbierając mi żonę i matkę moich dzieci.
Walnąłem literatkę wódki i przyłożyłem telefon do ucha. Z jednej strony chciałem usłyszeć jej głos, z drugiej miałem nadzieję, że odrzuci połączenie od obcego numeru. Sam już nie wiedziałem, czego chcę. Zająłem się sobą, nie zważając na fakt, że mam córki, które mnie potrzebują i kochają. Nie to teraz było ważne.
Pieściłem się własną boleścią, rozpaczałem nad sobą, zamiast wziąć się w garść.
Teraz wiem, że to było nieodpowiedzialne i głupie, ale wtedy mój świat się zawalił. Nie miałem żony, nie dopuszczano mnie do pracy.
— Słucham? — usłyszałem głos Klaudii.
— Klaudia, tu Radek — wybełkotałem.
— Jezu, to ty, nie odzywałeś się tak długo, co to za numer, skąd dzwonisz? — poznała mój głos.
— Z piekła… Katia nie żyje… ale… — głos mi się załamał, oczy zaszły mgłą, bo łez to już chyba nie miałem. Kolejne wyrazy utknęły w gardle. Nie byłem w stanie przez chwilę wydobyć z siebie słowa.
Po drugiej stronie słuchawki nastała cisza. Nie wiedziałem, czy Klaudia się rozłączyła, czy zerwało połączenie. Nie zważałem na to, że sporo zapłacę za rozmowę. Nie pieniądze były ważne. Nic nie było takie, jak wcześniej; po raz kolejny w krótkim czasie moje życie wywróciło się do góry nogami i potraktowało mnie z buta.
Nie pamiętam, ale słyszałem od kogoś, że Bóg zsyła takie plagi tylko na silnych ludzi, bo wie, że sobie z nimi poradzą. Dlaczego to spotkało mnie? Po części sobie odpowiedziałem — za moje grzechy i sposób życia. Zaszlachtowany kierowca skarbnika, sam skarbnik wrzucony pod śrubę „Kutuzowa”, ci wszyscy zlikwidowani terroryści, nie zawsze w rycerskiej walce. Za to dostałem swój krzyż, a te moje zdrady i inne rzeczy, pewnie przechyliły szalę.
— Jezu, co ty mówisz Radku, jak to się stało? — usłyszałem wreszcie w słuchawce. — Ty pijesz? — rozpracowała mnie, ale do tego nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, bo z pewnością bełkotałem.
— Tak, pije kurwa, bo co mam robić, to wszystko moja wina — och, jakiż byłem wobec siebie wtedy surowy, a tak po prawdzie to żałosny i słaby. — Metro, Moskwa — rzucałem.
— Nie możesz się poddać, nie ty…
— Przestań pierdolić, Klaudia…
— Nie mów tak do mnie! Zabraniam ci…
— Bo co? — bełkotałem do słuchawki.
— Bo cię kocham i masz dla kogo żyć!!! — usłyszałem jej płaczliwy głos. — Masz córki i mnie, która o niczym innym nie marzy jak…
Rozłączyłem się i miałem zamiar rzucić telefonem o podłogę. Z gwinta walnąłem sporą dawkę „Stolicznej” i momentalnie zwróciłem alkohol, rzygając na podłogę.
— Wszyscy, wszyscy kurwa jesteście mądrzy — gadałem, ocierając usta.
Telefon Katii zadzwonił. Nie miałem zamiaru go odbierać. Wódka odebrała mi rozum; jedyne, co chciałem, to po raz kolejny zalać się w trupa i zapomnieć o wszystkim.
Ledwo podniosłem się z fotela i skierowałem kroki do łazienki. Chwiejąc się, oddawałem mocz, nie trafiając do sedesu.
Stanąłem przed lustrem i dojrzałem swoje odbicie w nim.
— Jesteś z siebie dumny chuju? Naprawdę? — wypowiadając ostatnie słowo, z pięści uderzyłem w lustro, tak że rozbiło się w drobny mak, kalecząc moją dłoń.
Zataczając się, wróciłem do salonu. Nie, to nie był salon, to był chlew, który sam zrobiłem. Leżące, gdzie popadnie butelki po wódce i napojach oraz puszki po piwie, nieliczne, wrzucone w róg pokoju opakowania po jedzeniu na wynos i wszechobecny smród papierosów, które paliłem na okrągło.
Zrzuciłem z siebie częściowo poplamiony pokarmową treścią podkoszulek i spojrzałem na lewe ramię.
— Czas uzupełnić licznik strat, żebyś pamiętał kutasie — gadałem do siebie i zataczając się, dotarłem do kuchni.
Z szafki wyciągnąłem długi kuchenny nóż. Ostrzem przejechałem po kciuku. Był ostry, rozciąłem delikatnie skórę na nim. Tym nożem zawsze trybowałem mięso. Kursy ze specnazu nauczyły mnie tego. Od obróbki zająca po dzika, a dziczyznę uwielbialiśmy. Nikt nigdy nie robił lepszego gulaszu z sarny, jelenia lub dzika niż Katia. Przeklinała mnie, gdy kupiłem lub przyniosłem ten rodzaj mięsa, ale zawsze potrafiła zrobić takie frykasy, że nam się uszy trzęsły.
Nalałem sobie pełną literatkę wódki i wlałem ją w gardło. Nie, zwróciłem tym razem. Spojrzałem na cztery sznyty na ramieniu i prawą dłonią ująłem nóż.
Ostrze zagłębiło się poniżej ostatniej rany i pociągnąłem je, robiąc sobie kolejne nacięcie. Nawet nie bolało tak bardzo; przecież do jasnej cholery, byłem znieczulony alkoholem.
Odłożyłem pustą butelkę po wódce i ruszyłem do kuchni po kolejną. Byłem wściekły, że zadzwoniłem do Klaudii. Po cholerę jasną ją mieszałem w moje sprawy. Zjebałem jej życie, tu posypało się moje, a wcześniej straciłem swoją pierwszą miłość — Agnieszkę.
— Wszystko kurwa przez ciebie — mamrotałem do siebie, wyciągając dobrze zmrożoną butlę gorzały z lodówki.
Zadzwonił mój telefon, ale nim dotarłem z powrotem do salonu, minęło trochę czasu. Spojrzałem na wyświetlacz — numer Tamary.
— Niech spierdala i mi dupy nie zawraca — rzuciłem, odkładając komórkę.
Sięgnąłem po leżący obok album i po raz enty zacząłem przerzucać strony. Katia w pięknej sukni ślubnej, potem nasza podróż poślubna. Zdjęcia z Tami, a potem, gdy była w ciąży z Nadią.
Każde dwie strony, to lufa wódki. Nie, w tym stanie nie byłem takim kozakiem, by walić literatkami. No kapitan, przyniósł sobie kieliszek, coby nie wyglądało, że jest żulem.
— Chuj, nie kapitan, w Polsce to chorąży — brakowało tylko, bym zaczął sam sobie zadawać pytania i odpowiadać.
Znów zadzwoniła komórka Jekateriny, rzuciłem okiem, kierunkowy z Polski, potem mój telefon.
— Kurwa, dajcie odpocząć — rzuciłem, jakbym ostatnio zapierdalał powyżej normy.
Znowu połączenie od Tamary, a potem SMS, chyba ostatni, jaki zapamiętałem podczas tej libacji.
„Nadia płacze i tęsknimy za tobą”
Wyłączyłem oba aparaty i wlewałem w siebie kolejne dawki czterdziestoprocentowego alkoholu. Zamroczony nim wstałem, chyba chcąc się wylać, ale nie dotarłem do łazienki. Nogi się splatały i poczułem tylko, jak mocno łbem pierdolnąłem o podłogę.
Bałaszycha, Federacja Rosyjska, dzień później, wczesnym rankiem. Dom Graczowów.
Tamara pędziła jak szalona w kierunku rodzinnego domu. Ubrana w beżową sukienkę, szare rajstopy o grubości 40 DEN i biały, cienki sweterek, chciała jak najszybciej dotrzeć do celu, bo wewnętrznie czuła, że stało się coś złego.
Ile ona się wypłakała, widząc, jak tata cierpi po stracie mamy, jak bardzo prosiła Boga, by ten wpłynął na jego zachowanie, które teraz wydawało się jej nieracjonalne. Starała się nie pamiętać jego szorstkich i chamskich odzywek. Tłumaczyła to sobie tym, że on bardzo przeżywał utratę ich mamy.
„Ale przecież my też tęsknimy za mamą i go potrzebujemy. Dlaczego tak robi?” — to pytanie nie dawało jej spokoju.
Miała klucz od domu i w myślach prosiła, by w zamku po drugiej stronie nie tkwił komplet, który miał ojciec.
„Dlaczego, dlaczego on tak się zmienił?” — tego umysł nastolatki jeszcze nie ogarniał.
Okłamała babcię i dziadka, którzy dowieźli ją do szkoły. Im też było smutno, że tata nie pojawiał się od blisko tygodnia, ale tłumaczyli to sobie tym, że on musi to odreagować. Prysnęła z zajęć i teraz wkładała klucz do zamka.
„Dobrze, pewnie śpi” — odetchnęła z ulgą, gdy bez problemu zdołała przekręcić klucz w zamku.
Gdy otworzyła drzwi, obraz, który zastała, wprowadził ją w przerażenie. Leżący w korytarzu ojciec, z raną ciętą na lewym ramieniu, otoczony kałużą krwi oraz smrodem moczu, papierosów i wódki. Nie zważając na nic, dopadła do niego. Palcami lewej dłoni dotknęła okolic nosa i pochyliła się.
„Boże, żyje” — ucieszyła się, wyczuwając oddech taty.
Z naciętego przedramienia sączyła się krew. Nie były to duże ilości, więc zdała sobie sprawę, że to nie była żadna próba samobójcza. Nigdy nie pytała tatulka, skąd ma te blizny, a i on nie był skory jej powiedzieć.
Szybko wpadła do łazienki i znalazła bandaż oraz szeroki plaster. Jak najlepiej umiała, obandażowała ramię.
„Jeju, on się posikał” — dostrzegła sporą plamę na spodniach Wiktora oraz kałużę moczu obok leżącego ciała.
Stała zaskoczona, nie wiedząc, co począć. Nie mogła pozwolić, by leżał w moczu i czekać, aż się obudzi, bo to mogło trwać jeszcze kilka godzin. Setki myśli przelatywały przez głowę nastolatki. Próbowała go budzić, lecz to nic nie dało. Zaprawiony alkoholem komandos był pijany na amen.
— Muszę go umyć i przebrać, nie może tak leżeć — szepnęła sama do siebie.
Powiedzieć było łatwo, gorzej to wykonać. Ojciec ważył dobre osiemdziesiąt kilo, ona nieco powyżej pięćdziesięciu, a do tego miała tylko jedną sprawną rękę, co komplikowało sprawę.
W pierwszej kolejności chciała zadzwonić do dziadków, ale po chwili zarzuciła ten pomysł. Nie chciała, by widzieli go w takim stanie, a przecież miała być w szkole, a nie tutaj.
— Co ty narobiłeś tatulku, co ja mam zrobić? — prawie zbierało się jej na płacz, gdy to mówiła.
Nie pozostało jej nic innego, jak dać sobie radę, nie licząc na nikogo. Mocno chwyciła nieporanione ramię ojca i zaczęła go ciągnąć do łazienki. Najtrudniej było ruszyć leżące ciało, ale centymetr po centymetrze, zapierając się mocno nogami, zbliżała się do wyznaczonego celu.
Błogosławiła fakt, że kabina prysznicowa była bez brodzika, a odpływ znajdował się w podłodze. Zmordowana, wciągnęła mężczyznę pod prysznic i musiała chwilę odpocząć.
„Przecież go muszę rozebrać. Jak to zrobić i czy to wypada?” — teraz zdała sobie sprawę, że zmuszona będzie oglądać genitalia swojego ojca.
Widziała już męski organ, i to w takich okolicznościach, że przez ponad rok leczyła tę traumę u specjalisty. Miała dylemat, bardzo poważny problem.
„Przecież to mój tatulek, nic złego nie robię. Nie będę tam patrzeć, a jeżeli już, to tak mało” — usprawiedliwiała się, jak tylko mogła. — „Przecież on mi nigdy nic złego nie zrobił, on mnie uratował i mnie kocha” — ta myśl zadecydowała o działaniach nastolatki.
Najpierw ściągnęła nieco już śmierdzące skarpetki. Ojciec był bez podkoszulka, z gołym torsem, co ułatwiło zadanie. Drżącymi palcami sprawnej dłoni rozpinała pasek od spodni, a potem guzik i rozporek. Sporo się namęczyła, nim zdołała zsunąć mu spodnie. Pozostał w samych bokserkach.
Zawahała się, ale tylko przez małą chwilę. Przecież nic złego nie robiła. Uchwyciła skraj majtek i, zamknąwszy oczy, zaczęła je zsuwać. Drobne palce dziewczyny przesuwały się po udach i nogach ojca. Gdy w końcu je odrzuciła na bok, musiała spojrzeć. Wzrok tylko musnął nagie męskie ciało, skulone i leżące bez ruchu.
Ręcznik i przybory toaletowe były na półce prysznicowego panelu, ręcznik tkwił zawieszony na łazienkowym grzejniku. Weszła do kabiny i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że nie umyje ojca w ubraniu. To przeraziło ją jeszcze bardziej; zmuszona była się rozebrać, przynajmniej do bielizny, a najlepiej, żeby była nago, bo wszystkie jej ciuchy były u babci.
Na tę myśl zarumieniła się i ogromnie zawstydziła.
„Czy to nie grzech? Co się stanie, jak tatulek oprzytomnieje i zobaczy mnie nagą, gdy go myję? Co sobie o mnie pomyśli?” — te pytania blokowały dalsze działania. Biedaczka nie wiedziała, co począć, jak się zachować.
Nerwowo rozglądała się po łazience, chcąc znaleźć wyjście z tej niekomfortowej sytuacji.
— Przecież zostały mamy majtki, je potem założę — nagle ją oświeciło.
Sprawnie pozbywała się ubrań, pozostając wyłącznie w niebieściutkich figach, biustonosz ściągnęła, gdyż zdawała sobie sprawę, że te Jekateriny nie są w jej rozmiarze. Zamknęła drzwi kabiny i pokrętłami wyregulowała temperaturę wody. Lustrując nagie ciało ojca, skierowała delikatny strumień wody na niego. Mydłem w płynie namydliła jego ciało i drobną dłonią zaczęła rozprowadzać detergent.
Najbardziej krępujące dla niej było umycie strefy intymnej Wiktora. Tylko muskała delikatnie palcami penisa, mosznę i pośladki. Nie odwracała wzroku; organ ojca tkwił w stanie spoczynku, a on sam raz coś mruknął, nie odzyskując przytomności.
Poczuła przyjemność, gdy mierzwiła jego włosy, nakładając szampon i masując mu skórę głowy. To było dziwne dla niej, nigdy czegoś takiego nie czuła. Miłe, nieznane wcześniej doświadczenie. Sama się nieco przeraziła, ale nie przestawała, robiąc to bardzo delikatnie.
Przecież to był najwspanialszy i najpiękniejszy mężczyzna, jakiego znała. Jej tatulek, wymarzony ideał, pomimo tego, co przez ostatnie dni uczynił. Kochała go, a on ją. Życie by za niego oddała, zrobiła wszystko, o co by ją poprosił.
— Kocham cię, tatku, i przepraszam — szepnęła, gdy skończyła, i pocałowała go w czoło.
Z trudem wyciągnęła go z kabiny, Płytki na podłodze w łazience były wilgotne i ledwo stała boso, ślizgając się na nich. Po kolejnej próbie zdała sobie sprawę, że sama go nie wyciągnie na korytarz.
Kucnęła obok Wiktora i z pietyzmem zaczęła wycierać jego nagie ciało. Wstyd ustąpił; patrzyła na każdy skrawek męskiego ciała, już nie z przerażeniem i niesmakiem, lecz inaczej. Zdobyła się nawet na toby dwoma paluszkami ująć penisa i wytrzeć go pod spodem, delikatnie, miękkim materiałem ręcznika osuszyła mosznę, wyczuwając pod nią oba jądra.
To było co innego od tego, co miało miejsce w Polsce, gdy przymusił ją ksiądz, gdy zbrukał jej niewinność, bezwstydnie, przymuszając do czynności, których nie chciała i nigdy by nie zrobiła. Teraz opiekowała się bliską osobą, tą, która opiekowała się nią od wypadku, tą, która uratowała jej życie, i nie było w tym nic zdrożnego, brudnego, perwersyjnego.
— Uratowałeś mnie, tatulku, uratowałeś mnie, a ja teraz nawet nie dam rady cię stąd wyciągnąć — szepcząc, pocałowała jego włosy.
Chciała je wysuszyć suszarką, lecz kabel, ustrojstwa był za krótki, by sięgnąć do podłogi.
Pozostawiła go samego i wyszła na korytarz, o mało co nie wywijając orła. Miała mokre stopy i ledwo zdołała utrzymać pion.
W sypialni znalazła szlafrok. Przynajmniej w ten sposób chciała okryć męskie ciało, grzebiąc w szufladach, wydobyła z nich skarpetki i slipki ojca.
„Przecież on tak nie może leżeć na zimnej podłodze, muszę coś zrobić!” — była wściekła sama na siebie.
Wracając, chwyciła niewielką poduszkę z sypialni.
„Przynajmniej to podłożę mu pod głowę, będzie mu wygodniej” — nastolatka robiła, co mogła, ale powoli zdawała sobie sprawę, że sama nie da rady.
Powinna to wszystko zaplanować, po wejściu wsunąć go na jakiś koc czy coś innego. On miałby plan, wiedziałby, co zrobić, gdyby ona była w takiej sytuacji.
Nałożyła ojcu slipki, może trochę nieporadnie, a w ogóle tył do przodu, ale to nie było ważne. Okryła go cienkim szlafrokiem i zastanawiała się, co począć dalej. Nie zwracała uwagi na to, że ona sama lata po mieszkaniu w mokrych figach, to nie ona była teraz ważna, najważniejszy był tatulek, a ten leżał na zimnych mokrych płytkach w łazience.
Gdyby ta dziewczyna wiedziała, ile razy Wiktor, tropiąc terrorystyczny pomiot, spał na gołej ziemi, ile razy, tkwiąc w ukryciu, leżał w śniegu lub potoku górskim o temperaturze znacznie niższej od tej w jego domu, to może nie byłoby to dla niej tak straszną rzeczą.
A on, jeżeli by wiedział, jak zranił swoim zachowaniem, przez te ostatnie dni to dziecko i pozostałe swoje córki, istoty, które w tej chwili najbardziej go potrzebowały, to z pewnością zerwałby swe oficerskie pagony i zdegradował się do stopnia szeregowca.
Godzinę później, to samo miejsce.
Tamara płakała, trzymając w ręku skrawek sukienki, która leżała na stole, gdzie Wiktor wcześniej konsumował alkohol. Ta sama, w której Jekaterina pojechała do Moskwy, z plamami jej krwi, przesiąkniętą zapachem materiału wybuchowego.
Na stole i na podłodze leżały albumy ze zdjęciami, a na ekranie telewizora zatrzymany kadr, gdzie ona, Nadia, mama i tata są na Placu Czerwonym. Pamiętała to, maj, kolejna rocznica zakończenia II Wojny Światowej, dwa lata temu, a kamerował ich „Ural”, dobry kolega taty.
„Żeby mnie ktoś tak kiedyś pokochał, jak tata mamę” — przeszło jej przez myśl.
Otarła łzy z oczu. Dość już było tego mazgajstwa. Przypomniała sobie, co mówił ojczulek. On zawsze liczył na swoich ludzi, oni byli dla niego jak bracia. Przecież spotykali się nieraz poza służbowymi godzinami, ba, byli sobie bardzo bliscy. Świadkowie na weselach, chrzestni dzieci. Pamiętała tę Libankę, co wyszła za „Wołka”, przecież tatuńcio miał być chrzestnym ich dziecka.
„Dzwoń do przyjaciół taty, oni go nie zostawią, sama nie dasz rady” — drżącą dłonią wzięła ze stołu telefon komórkowy Wiktora.
Nie, ojciec nigdy go nie blokował, nie było magicznych czterech cyfr; zawsze mówił, że musi szybko odebrać, zadzwonić, zrobić inne rzeczy i szkoda mu czasu na takie fanaberie.
Weszła w menu i przelatywała w dół. Był. Wybrała numer do „Wołka”, on wydawał się ojcu najbliższy.
— Słucham, Wiktorze — usłyszała po chwili.
— Tu Tamara, dzwonię, bo potrzebuję pomocy, tata się załamał, jestem z nim sama i nie wiem… — zaczęła, nie do końca wiedząc, czy dobrze postępuje.
Słuchała, co przyjaciel taty ma do powiedzenia, po tym, jak skrótowo, bez drastycznych szczegółów, przedstawiła sytuację.
— Nie denerwuj się kochanie, zaraz zadzwonię do „Vesty”, bo mnie nie ma na miejscu, jestem daleko od Moskwy. To ta pani co była na pogrzebie, znasz ją, ona zaraz będzie, już do niej dzwonię — usłyszała.
— A tata, nie wyrzucicie go? On naprawdę… — ryczała w telefon.
— Nie, Tamarko, nie martw się. Bardzo dobrze, że do mnie zadzwoniłaś, kochana. Wszystko będzie dobrze — zapewnił „Wołk”.
Abonent rozłączył się, a nastolatka pobiegła zobaczyć, co z Wiktorem. Ten spał w najlepsze. Była spokojniejsza, choć ta kobieta jej nie pasowała. Patrzyła na tatę takim dziwnym wzrokiem i zachowywała się, jakby chciała zająć miejsce mamy.
— Tata jest mój i tylko mój, ja zastąpię nam mamę — powiedziała sama do siebie.
Czym prędzej pobiegła do sypialni rodziców i nałożyła na siebie majtki nieżyjącej matki.
Jak najszybciej umiała, narzuciła na siebie resztę ubrań.
Godzinę później, w tym samym miejscu.
Stara Honda „Accord” zatrzymała się przed domem Graczowów. Tamara dostrzegła tę kobietę, ubraną w polowy mundur w kamuflażu digitalnaja flora tak jak wtedy na cmentarzu. Za pagonem żołnierki tkwił błękitny beret. Usłyszała mocne pukanie do drzwi.
— Gdzie on? — padło pytanie na wstępie.
— W łazience, proszę, pomożesz mi?
— Po to tu jestem — odparła „Vesta”, sprawnie mijając nastolatkę.
Miała ze sobą plecak medyka. Pierwsze, co zrobiła, to sprawdziła parametry życiowe swojego dowódcy.
„Prawdziwy kozak i gwardzista, tylko najebany” — szybko oceniła jego stan.
— Mała, otwórz okna, bo tu wali nieprzeciętnie. Od której tu jesteś? — padło pytanie na wstępie.
— Od rana, od ósmej, nie wiem — odpowiedziała chaotycznie dziewczyna.
— Spokojnie, dziecko, spokojnie. Tata nie zadławił się, nie wymiotował, bo oddycha, ale muszę wiedzieć, jeżeli…
— Nie!!! — Tamara krzyknęła, momentalnie zatykając sobie dłonią usta. — Przepraszam — dodała po chwili.
Medyczka odczekała chwilę i spojrzała na dziewczynę. Nastolatka emocjonalnie podchodziła do typowego zatrucia alkoholem.
— Przeniosę tatę do łóżka, tylko nie tu w salonie i nie w sypialni, bo tam wali jak w murzyńskiej chatce. Pokażesz mi gdzie?
— Do mnie, do mojego pokoju na tapczan — zaproponowała Tami — A pani da radę, tak sama? Może pomogę?
— Dam, otwieraj drzwi.
— Ale tatulek jest w samych majtkach!
— Spokojnie, jestem lekarzem, niejednego siusiaka w życiu widziałam, Prowadź!
Gdy „Vesta” ułożyła ciało Wiktora na łóżku Tamary, wzięła dziewczynę pod ramię i zaprowadziła do kuchni.
— On cierpi, bardzo cierpi, nawet nie wiesz jak — zaczęła, wstawiając wodę na kawę.
— Ja wiem, ja zapomnę, jak się do mnie odzywał, ja go kocham, proszę pani, jak on umrze to ja…
„Vesta” chwyciła dłońmi twarz nastolatki i przysunęła ją do siebie, tak że ich nosy się dotknęły. Patrzyły sobie prosto w oczy.
— On nie umrze, przynajmniej teraz i nigdy, ale to nigdy go tym stwierdzeniem nie rań. Zabraniam ci tego! W chwili, gdy twoja mama była ranna, on uratował dziewczynkę, dwa lata starszą od ciebie, ryzykując swoje życie. Dla niej, dla terrorystki, która miała się wysadzić na kolejnej stacji, ryzykował swoje życie, bo być może widział w niej ciebie. Nie służę długo, ale z różnymi ludźmi pracowałam i moje pierwsze spotkanie z twoim ojcem nie należało do miłych i na dodatek, po akcji powiedział, że mnie obsztorcuje, tak że mi w pięty pójdzie, a może mnie zwolnią. Znam go krótko, bardzo krótko, ale takiego przełożonego nie spotkałam. To niesamowity facet.
Tamara miała otwarte usta, słuchając tego, co mówiła „Vesta”. W głowie tłukło się sto myśli, jak nie tysiąc, ale jedna, po zdaniach operatorki, ją przeraziła.
„Ona go kocha, a tata ma być mój, tylko mój” — dziewczyna już teraz postanowiła, że po śmierci Jekateriny to ona przejmie jej obowiązki, a nie inna kobieta.
Przecież tata kochał ją najmocniej na świecie, byłby gotów oddać za nią życie. Uratował ją wtedy, tam w Biesłanie; gdyby nie on i mama, to…
„Nikt, nikt tak nie pokocha taty, jak ja, one się zestarzeją, a ją będę z tatkiem, bo on mnie kocha, zawsze to mi mówił”.
— Pani go kocha? — Tamara, sama nie wiedząc dlaczego, zadała to pytanie.
Nastała chwila ciszy. Obie patrzyły sobie w oczy.
— Nie powinnam ci odpowiadać, bo jesteś młodą siksą, ale to jest facet, z którym chciałabym spędzić resztę życia. A o akcji, co ci powiedziałam, to cicho sza. Poniała!!! — przy ostatnim wyrazie Walentina podniosła głos.
— Tak toczna — pamiętała, jak ojciec tak mówił.
Obie się uśmiechnęły i objęły ramionami.
— Tata jest mój i tylko mój — wyszeptała Tamara na koniec.
— On jest nasz, tego nie zmienisz. Twój w domu, mój w pracy, mała.
Tamara po raz pierwszy w życiu postawiła się dziadkom. Przyznała się, że nie poszła do szkoły i zdecydowała, że zostaje w rodzinnym domu z „Vestą”.
A ja…
Obudziłem się rankiem, mając w zasięgu wzroku dwie kobiety.
Tami, w samej bieliźnie i rajstopach spała tuż obok mnie, obejmując mnie czule, oraz „Vestę”, kimającą na krześle.
— Leż, zaraz kroplówka i jutro meldujesz się w jednostce, mam cię doprowadzić do ładu, byłoby pewnie inaczej, ale ona — tu wskazała na Tamarę. — Tygrysica z potomstwem przy niej to mały Miki, Wiktorze, ona cię nikomu nie odda.
Późne godziny popołudniowe. Bałaszycha. Dowództwo Wympieła.
— Panowie, wiemy, że pierdoli się w Emiracie Kaukaskim. Na dodatek ta jebana katastrofa polskiego samolotu, a tam był ich prezydent. Wszystko się sypie, burdel na łączach, a wy mnie tu…
Zastępujący dowódcę miał wiele spraw do załatwienia, naczelnego wezwali do Moskwy, bo rozpierdolił się polski „101”.
— Kurwa, przyjmuję, czy wy nie macie innych pierdół, gdy ja tu mam z Kremla sto pytań do. Tak, kurwa, Graczow przejmuje dowodzenie, dopuszczony do zadań. Spierdalać.
Decyzja o powrocie „Poliaka” do wykonywania zadań zapadła.
Jedenastego kwietnia stanąłem przed swoimi ludźmi.
— Czołem żołnierze!!!
— Czołem panie kapitanie.
Omiotłem swoich wzrokiem. Wszystkich. Dojrzałem jednego z nie swojej bandy.
— Kapitan „Pietia”, oddelegowany z grupy specjalnej „Zasłon”, chwilowo dowodziłem pod pana nieobecność, docelowo na poprzednie stanowisko kapitana „Wołka”. Przekazuje panu dowodzenie grupą i melduję się do wykonania zadań — zameldował mi ów nieznany.
Uścisnąłem mu dłoń i pochyliłem się, by szepnąć mu do ucha.
— Zmień ksywkę, mamy tu złe skojarzenia z „Pietią”. Witam w zespole.
— Tak jest.
Obstąpili mnie. Każdy chciał się przywitać, poklepać po plecach, rzucić dobre słowo. Wyściskałem się z każdym, ale z „Vestą” chyba najbardziej.
— Dziękuję ci, jesteś…
— Nic nie mów więcej, bo będziemy oboje żałować — przerwała mi i pocałowała mnie w policzek.
Podnosiłem się z dołka, po raz kolejny pragnąłem powstać i walczyć. Pomścić śmierć mojej żony i wszystkich innych, którzy wtedy zginęli.
Bez względu na cenę, jaką miałbym zapłacić.
Szlachetna wściekłość kipiała we mnie jak fala…
5 komentarzy
Hart
No to zrobiłeś mi prezent urodzinowy bo jutro będę o rok starszy, co wcale nie oznacza że będą się zapominał😉. A wracając do meritum to wydaje mi się że to się szybko nie skończy. I tu chyba oboje wiemy, że kupa roboty przed tobą. Rozwijasz skrzydła do granic wytrzymałości i w momencie kiedy się wydaje że bardziej już nie można ty dorzucasz do ognia wciąż nowe wyzwania co wróży że to się szybko nie skończy. I to akurat jest bardzo dobra informacja, bo to jest to na co zawsze warto czekać. Dzięki za to co już przeczytane i czekam na resztę jak chyba większość tu czytających
Jammer106
@Hart
Na początku najlepsze życzenia urodzinowe, dużo zdrowia i szczęścia oraz spełnienia marzeń.
Skrzydła już chyba maksymalnie rozpostarte, kocioł już wrze i mało brakuje do eksplozji. Już tak raz miałem, gdy musiałem uspokoić akcję na morzu przy 828, uśmiercając admirała i Nataszę, bo zapędziłem się za bardzo.
Tu jeszcze chyba panuje nad sytuacją, albo mi się tak wydaje.
Czekają Was teraz odcinki gdzie znów walka, krew, pot i łzy, no i info co u Klaudii, bo w tym odcinku, tylko była homeopatycznie.
Trochę Was pokatuje jeszcze, a akcje będą w Serbii, Kosowie, Dagestanie i Tadżykistanie, do walki włączy się kolejna, najbardziej tajemnicza jednostka rosyjska Zasłon.
Tyle na razie mogę zdradzić, no i Vesta, nowa kobieta zapatrzona w bohatera.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Maciek12
Wzruszające
Jammer106
@Maciek12 dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Dantei74
Brawo Kolejna część trzymająca w napięciu Czekam na dalsze losy Wiktora (Radka) Pozdrawiam
Jammer106
@Dantei74 pewnie ruszę z kolejną częścią od jutra, bo muszę chwilę odsapnac.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Monia2406
[komentarz oczekuje na moderacje]
Jammer106
@Monia2406 drażni dlatego że kibicujesz Klaudii? Czy inna jest przyczyna?
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
Monia2406
[komentarz oczekuje na moderacje]
Jammer106
@Monia2406 chyba mnie już poznałaś, nic z latwizny, wygenerowały się dwie pretendentki (prócz Klaudii) do serca Radka i żadna chyba nie ma zamiaru odpuścić, szczególnie teraz, gdy ten jest wolny i pokiereszowany przez życie.
Pozdrawiam.
Monia2406
[komentarz oczekuje na moderacje]
Jammer106
@Monia2406 robię co mogę, ale czasem nie pogonisz, proza życia albo po prostu nie ma weny.
Monia2406
[komentarz oczekuje na moderacje]
Pumciak
Znowu mieszasz jakczarownica w kotle ,opwiadanie pełne emocji czekam na jeszcze
Jammer106
@Pumciak dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie