Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

W Zaciszu Urzędu III: Poza Granice Protokołu

W Zaciszu Urzędu III: Poza Granice Protokołu
Minione tygodnie były jak stąpanie po cienkiej lince zawieszonej nad przepaścią, niebezpieczne, przyprawiające o zawrót głowy, a jednocześnie uzależniające bardziej niż cokolwiek, czego doświadczyłam w życiu. W świetle biurowych jarzeniówek pozostawałyśmy nienagannymi profesjonalistkami. Oficjalne pisma, srogie miny podczas komisji, chłodny dystans „Pani Wójt” i „Pani Zastępczyni”. Jednak pod tym pancerzem z urzędowej etykiety tętnił żywy ogień.

Nasza gra toczyła się w drobnych gestach. Wystarczyło, że Marta podawała mi segregatory, a jej palec „przypadkiem” musnął moją dłoń, by prąd przeszył mnie aż do czubków palców ukrytych w szpilkach. Czasem, podczas nudnych narad, zsuwałam but i czubkiem stopy w pończosze odnajdywałam jej łydkę pod stołem, obserwując z sadystyczną satysfakcją, jak na jej szyi wykwitał rumieniec, a głos lekko drżał, gdy referowała budżet na remont dróg.

Kochałyśmy się wszędzie tam, gdzie świat o nas zapominał. W leśnych gęstwinach, gdzie zapach mchu mieszał się z aromatem naszych perfum, a jedynymi świadkami naszych jęków były drzewa, ale najwięcej żaru płonęło w samym sercu gminy.

Pewnego późnego wieczoru, gdy urząd wydawał się już martwy, namiętność uderzyła w nas z siłą taranu. Marta siedziała na biurku, jej biała koszula była rozpięta, a ja, klęcząc między jej rozchylonymi udami, wciąż w pełnym makijażu i garsonce, zatracałam się w smaku jej skóry. Właśnie wtedy usłyszałyśmy to chrzęst klucza w zamku głównych drzwi. Serce podeszło mi do gardła. Paraliżujący strach. W pośpiechu, drżącymi dłońmi, poprawiałyśmy ubrania. Marta wstrzymała oddech, ja gorączkowo zapinałam guziki, modląc się, by światło w gabinecie nie zdradziło naszej obecności. Kroki ochrony niosły się echem po pustym korytarzu, coraz bliżej i bliżej... Snop latarki przesunął się pod drzwiami, zamarł na sekundę, po czym ruszył dalej. Gdy dźwięk kroków ostatecznie ucichł, obie osunęłyśmy się na dywan, oddychając ciężko. To był moment grozy, który uświadomił nam, jak wiele ryzykujemy, ale zamiast nas przestraszyć, sprawił, że kolejna fala namiętności, która w nas wybuchła chwilę później, była niemal bolesna w swojej intensywności.

Wiedziałam jednak, że potrzebujemy czegoś więcej. Przestrzeni, w której nie będziemy musiały nasłuchiwać kroków ochrony ani zerkać na zegarek przed powrotem do domu.
– Marta – szepnęłam pewnego dnia, podpisując stos dokumentów, nie podnosząc wzroku znad biurka. – Wyjazd do Zakopanego na kongres samorządowy... Jedziemy we dwie. Jako oficjalna delegacja.
Podniosłam na nią wzrok. Widziałam, jak jej oczy rozbłyskiwały zrozumieniem. To nie była tylko delegacja. To miała być nasza pierwsza, prawdziwa celebracja namiętności bez cienia strachu. Dwa dni w górskim mieście, gdzie nikt nas nie znał, i wspólny pokój w hotelu, który miał stać się naszym prywatnym sanktuarium.
***
Zakopane przywitało nas chłodnym, górskim powietrzem i widokiem Giewontu tonącego w ostatnich promieniach popołudniowego słońca. Gdy tylko przekroczyłyśmy próg luksusowego hotelu, poczułam, jak z moich ramion opadał gigantyczny, niewidzialny ciężar. Ponad trzysta kilometrów, tyle dzieliło mnie od domu, od męża i dzieci, od wiecznego udawania i pilnowania każdego gestu. Przez te najbliższe dwa dni nie byłam uwięziona między rolą idealnej matki, a surowej Pani Wójt. Byłam po prostu Alą. Wolną, spragnioną i niesamowicie ożywioną bliskością kobiety, która szła tuż obok mnie.

Marta odebrała kartę magnetyczną z recepcji, rzucając mi szybkie, ukradkowe spojrzenie spod długich rzęs. W windzie milczałyśmy, ale napięcie między nami było tak gęste, że niemal słyszałam bicie naszych serc. Gdy tylko zamek w drzwiach pokoju 304 kliknął cicho, a ciężkie, drewniane skrzydło odcięło nas od hotelowego korytarza, czas po prostu stanął w miejscu. Nie było pośpiechu. Nie było nerwowego zerkania na zegarek, które tak bardzo zatruwało nasze chwile w urzędzie czy w lesie. Marta puściła rączkę swojej walizki, która z głuchym stukotem opadła na miękką wykładzinę. Obróciłam się w jej stronę, a ona już tam była. Wbiła się w moje usta z gwałtownością, która natychmiast pozbawiła mnie tchu, ale tym razem ten głód nie podszyty był strachem, to była czysta, radosna celebracja wolności.
– Jedno łóżko, Pani Wójt – wyszeptała Marta prosto w moje wargi, a jej dłonie, wciąż chłodne od górskiego powietrza, wślizgnęły się pod moją marynarkę, szukając ciepła mojego ciała. – Logistyczne planowanie, Pani Zastępczyni – odpowiedziałam z cichym mruknięciem, splatając palce na jej karku. – Oszczędność funduszy gminy.
Zatraciłyśmy się w tym pierwszym powitaniu na dobre kilkanaście minut, bezwiednie cofając się w stronę wielkiego, małżeńskiego łoża z białą, nieskazitelną pościelą. Upadłyśmy na nie razem, wciąż w podróżnych ubraniach, śmiejąc się cicho między kolejnymi, głębokimi pocałunkami. Smak jej ust, tak znajomy, a jednak w tym nowym miejscu smakujący zupełnie inaczej, uderzył mi do głowy mocniej niż jakikolwiek alkohol.
***
Czas na przygotowania do oficjalnej kolacji minął nam w atmosferze słodkiego lenistwa przerywanego falami pożądania. Stojąc przed wielkim lustrem w łazience, dopracowywałam swój wizerunek, wiedząc, że każdy element mojej garderoby ma dziś jedno zadanie: rozpalić Martę do granic możliwości. Włożyłam żółtą, bawełnianą sukienkę ołówkową mini. Była prosta, bez rękawków, ale opinała moje biodra i piersi jak druga skóra, a wąski, czarny paseczek w talii idealnie podkreślał moje kobiece kształty. Pod spód wybrałam najbardziej drapieżny komplet: czarną, koronkową bieliznę stanik podtrzymujący zmysłowo piersi, skąpe stringi oraz pas, do którego przypięłam ciemne pończochy zwieńczone, koronkowymi manszetami. Gdy na nogi wciągnęłam zamszowe, sznurowane botki na niebotycznie wysokiej szpilce, moja sylwetka nabrała drapieżnego, pewnego siebie charakteru. Narzuciłam na ramiona granatową marynarkę, która miała stanowić oficjalny parawan dla tego, co kryło się pod spodem. Władza i seksapil w najczystszej postaci.

Marta wyszła z garderoby chwilę po mnie i na jej widok dosłownie zamarłam z pomadką w dłoni. Wyglądała obłędnie. Jej ołówkowa mini bez rękawów w klasyczną pepitkę, w kolorze khaki, z paskiem w talii, z pozoru mogła uchodzić za elegancki, biznesowy strój. Jednak długość sukienki nie pozostawiała złudzeń. Kremowe, zamszowe kozaki na szpilkach sięgały niemal do połowy jej ud, a skórzana ramoneska dodawała jej młodzieńczej, drapieżnej zadziorności. Wiedziałam, co kryje pod tym materiałem, ten sam szelest czarnych koronek i pończoch, który doprowadzał mnie do szaleństwa.
– Wyglądasz... niebezpiecznie, Alu – mruknęła, podchodząc do mnie od tyłu. Jej dłonie oparły się na moich biodrach, a wzrok w lustrze spotkał się z moim. – Ty również, moja droga. Pamiętaj, że reprezentujemy gminę – zażartowałam, choć mój oddech już stał się krótszy, gdy poczułam, jak Marta delikatnie ocierała się swoim łonem o moje pośladki. – O tak. Będę niezwykle merytoryczna – wyszeptała, po czym musnęła ustami mój kark, zostawiając na skórze palący ślad.

***
Hotelowa restauracja pękała w szwach. Wokół długiego, suto zastawionego stołu siedzieli radni, wójtowie sąsiednich gmin i przedstawiciele urzędów marszałkowskich. W powietrzu unosił się gwar męskich głosów, brzęk sztućców i ciężki zapach pieczonych mięs przeplatany aromatami drogich alkoholi. Rozmowy kręciły się wokół dotacji unijnych, przetargów i budowy nowych dróg krajowych.

Siedziałam naprzeciwko Marty. Po mojej prawej stronie starszy, wąsaty wójt z sąsiedniego powiatu właśnie perorował z ożywieniem o problemach z kanalizacją, gestykulując przy tym zamaszyście. Słuchałam go, potakując z profesjonalnym uśmiechem, ale cała moja uwaga była skupiona wyłącznie na kobiecie siedzącej vis-à-vis.
Marta rozmawiała z jakąś radną, zmyślnie operując urzędowymi terminami, ale jej oczy co chwilę uciekały w moją stronę. Wykorzystałam moment, gdy kelner dolewał nam czerwonego wina. Pod osłoną długiego, ciężkiego obrusu, który sięgał niemal do samej podłogi, zsunęłam lekko stopę z jednego ze sznurowanych botków. Moja noga, obleczona w gładki, ciemny nylon pończochy, powoli, centymetr po centymetrze, ruszyła pod stołem w stronę Marty. Znalazłam jej nogę. Najpierw delikatnie musnęłam zamszową cholewkę jej kremowego kozaka, a potem, przesuwając się wyżej, wsunęłam stopę bezpośrednio między jej uda, tam gdzie kończyła się sukienka w pepitkę. Poczułam, jak Marta w ułamku sekundy sztywniała. Jej głos na moment załamał się w połowie zdania o funduszach celowych. Złapała za kieliszek i wzięła głęboki, pospieszny łyk wina, próbując maskować nagłą zmianie rytmu serca.
Nacisnęłam mocniej. Czubkiem stopy, palcami uwięzionymi w cienkim nylonie, zaczęłam powoli zataczać małe, bezwstydne kręgi na jej udzie, przesuwając się w górę, aż poczułam pod palcami szorstkość koronkowej manszety jej pończochy. Marta oparła lewą dłoń na stole, a jej palce tak mocno zacisnęły się na serwetce, że aż pobielały jej kłykcie. Spojrzała na mnie. W jej oczach, podsyconych żarem tej publicznej prowokacji, malowało się czyste, nieskrępowane pożądanie wymieszane z nutą błagalnego wyzwania.

Gdy radna siedząca obok niej zadała jej kolejne pytanie, Marta zmusiła się do uśmiechu. Odpowiedziała płynnie, choć widziałam, jak na jej dekolcie pojawiały się drobne plamki ekscytacji, a jej oddech stawał się tak głęboki, że jej piersi niemal rozsadzały pepitowy materiał sukienki. Ja tymczasem, nie przerywając konwersacji z wąsatym wójtem o planach zagospodarowania przestrzennego, wsunęłam stopę jeszcze wyżej, docierając do samego skraju jej rozpalonej kobiecości, ukrytej pod czarną koronką stringów. Moje palce zaczęły miarowo, zmysłowo naciskać to najbardziej czułe miejsce. Marta cicho, niemal niesłyszalnie westchnęła, natychmiast maskując ten dźwięk lekkim chrząknięciem i ponownym sięgnięciem po wino.
Żeby spotęgować to szaleństwo, bezczelnie założyłam nogę na nogę. Moja żółta mini uniosła się wysoko, bezwstydnie odsłaniając nad brzegiem stołu fragment ciemnej pończochy i misterną, czarną koronkę manszety. Marta spojrzała na moje udo i zobaczyłam, jak jej źrenice rozszerzyły się do granic możliwości. Gra pod stołem trwała, a ryzyko, że ktoś z biesiadników upuści widelec lub spojrzy pod obrus, potęgowało podniecenie do stopnia, w którym obie ledwo byłyśmy w stanie usiedzieć na miejscach.
***
Gdy oficjalna część wreszcie dobiegła końca, pożegnałyśmy się z delegatami z nienaganną, urzędową uprzejmością, choć w środku obie aż płonęłyśmy. Droga do pokoju była ciągiem rwanych pocałunków w ciemnym rogu korytarza, w windzie, gdzie Marta przycisnęła mnie do ściany, a jej dłonie bezwzględnie wbiły się w moje pośladki, unosząc moją żółtą sukienkę.  

Gdy tylko zamknęłyśmy drzwi pokoju 304, ramoneska Marty i moja granatowa marynarka wylądowały na podłodze. Adrenalina z całego wieczoru potrzebowała ujścia. Nie było tu jednak dzikości z biurowego gabinetu, była głęboka, potężna potrzeba pełnego zatracenia się w sobie.
– Do wanny – szepnęłam, chwytając ją za dłoń.
Łazienka w hotelu była ogromna, z wielką, marmurową wanną, którą wcześniej napełniłyśmy gorącą wodą z obfitą ilością pachnącej puszystej piany. Pozbywałyśmy się ubrań z nabożną wręcz czułością. Najpierw moja żółta sukienka opadła na ziemię, potem pepitka Marty. Zostałyśmy tylko w czarnych, koronkowych kompletach, pasach i pończochach. Marta uklękła przede mną na puszystym dywaniku, powoli rozsznurowując moje zamszowe botki, a jej usta co chwilę lądowały na moich stopach i łydkach, muskając ciemny nylon. Kiedy obie byłyśmy już całkowicie nagie, wsunęłyśmy się w gorącą wodę.

Piana otuliła nasze ciała. Marta usiadła tyłem do mnie, opierając się swoimi plecami o moje piersi, a ja oplotłam ją ramionami. Moje dłonie, mokre i śliskie od kąpielowego płynu, zaczęły wędrować po jej brzuchu, schodząc coraz niżej, ku jej jedwabistej tajemnicy. Słońce na zewnątrz już dawno zaszło, ustępując miejsca tatrzańskiej nocy, a w łazience paliło się tylko jedno, małe, intymne światełko.
– Tak bardzo tęskniłam za tym, żeby mieć cię tylko dla siebie, bez tego strachu... – wyznała Marta, odchylając głowę do tyłu, by odnaleźć moje usta.
Całowałam ją czule, powoli, podczas gdy moje palce zanurzyły się między jej udami pod wodą. Moja dłoń odnalazła jej rozgrzaną, niesamowicie mokrą kobiecość. Pieszczota była niespieszna, precyzyjna, celebracyjna. Moje palce wykonywały pod wodą koliste, głębokie ruchy, badając każdy fałdek, każdy zakamarek jej ciała, a Marta wiła się w moich ramionach, mącąc wodę w wannie, a jej ciche, przeciągłe jęki odbijały się echem od marmurowych kafelków.  

Woda w wannie powoli stygła, a my, otulone puszystymi, białymi ręcznikami, wróciłyśmy do przestrzeni apartamentu. W powietrzu wciąż unosił się zapach luksusowych olejków kąpielowych i rozgrzanej skóry. Zamiast jednak od razu rzucić się w pościel, wkradła się między nas niespieszna, niesamowicie zmysłowa gra. Krzątałyśmy się po pokoju, niby osobno, a jednak każdy nasz krok, każdy szelest otwieranej walizki był reżyserowany pod czujnym okiem tej drugiej. To była świadoma prowokacja, podtrzymywanie żaru, który rósł w nas od samej kolacji.

Z uśmiechem błąkającym się na ustach zaczęłam niespiesznie przygotowywać swoją „nową” kreację. Zrzuciłam ręcznik, pozwalając Marcie tak po prostu na mnie patrzeć, po czym z precyzją zaczęłam kusić bielizną. Wybrałam nieskazitelnie biały, koronkowy komplet. Cienkie sznureczki stringów idealnie podkreśliły moje biodra, a miękka koronka stanika zmysłowo uniosła piersi. Do tego dobrałam beżowy, koronkowy pas i pończochy z, koronkową manszetą, które stapiały się z odcieniem mojej skóry. Na koniec, dla przełamania tej jasności, narzuciłam na ramiona granatową koszulę, pozostawiając ją całkowicie rozpiętą. Swoje ciemne włosy zebrałam z tyłu i spięłam luźno dużą klamrą, odsłaniając kark, na którym wciąż pulsowało wspomnienie jej ust.

Marta nie pozostawała mi dłużna. Obserwowałam ją z boku, czując, jak moje serce przyspieszało rytm. Ona postawiła na absolutny kontrast. Jej ciało oplotły czarne jak noc koronki, drapieżny stanik, skąpe stringi oraz czarny pas, który idealnie odcinał się na tle jej jasnej skóry. Cienkie, czarne pończochy zmysłowo opinały jej zgrabne uda, kończąc się koronkową manszetą. Na to wszystko narzuciła białą, gładką koszulę, również pozostawiając ją swobodnie rozpiętą. Jej blond włosy, w przeciwieństwie do moich, rozsypały się kaskadą na ramionach, lśniąc w ciepłym, stłumionym świetle lamp.

Nasz spektakl doprowadził nas do punktu wspólnego. Spotkałyśmy się dokładnie we framudze szerokim, drewnianym łączniku między częścią sypialnianą a czymś w rodzaju przedpokoju naszego luksusowego apartamentu.

Stanęłyśmy naprzeciwko siebie. Ja oparłam się o jedną stronę framugi, Marta o drugą. Mierzyłyśmy się wzrokiem pełnym nieskrywanych zmysłów, chłonąc nawzajem swój widok. Napięcie w powietrzu stało się tak gęste, że niemal fizycznie nas do siebie przyciągało. Podziwiałyśmy się bez słów. Moje oczy błądziły po kontraście czarnej koronki i białej koszuli na jej ciele, a ona wodziła wzrokiem po moich beżach i granacie.

Chcąc podbić tę elektryzującą atmosferę, uniosłam dłoń i z miną absolutnej pewności siebie zaczęłam powoli, leniwie bawić się małym sznureczkiem mojego białego stanika, przeciągając go między palcami. Marta w odpowiedzi zagryzła delikatnie dolną wargę, a jej dłoń powędrowała na jej własną talię, gładząc aksamitną skórę tuż nad czarnym paskiem pończoch.

Nie wytrzymałam tego dystansu. Wykonałam jeden płynny, zdecydowany krok do przodu i przechyliłam się, bezwzględnie przypierając Martę plecami do drewnianej framugi. Nasze oddechy natychmiast przyspieszyły, mieszając się ze sobą. Na moje usta wpłynął wyraz lekkiej, uwodzicielskiej władczości, którą tak bardzo lubiłam przy niej rano i wieczorem.
– Za dużo tych ubrań, Pani Zastępczyni – szepnęłam, a mój głos stał się niski, chropowaty od pożądania.
Pewnym, powolnym ruchem wsunęłam dłonie pod materiał jej białej koszuli i zsunęłam ją z jej gładkich ramion. Materiał osunął się bezszelestnie po jej rękach. Marta uśmiechnęła się szelmowsko, a w jej oczach błysnęły prowokacyjne iskry. Nie czekając na moją kolej, ujęła brzegi mojej granatowej koszuli i z identyczną, zmysłową zuchwałością zsunęła ją z moich ramion.

Obie koszule, biała i granatowa, wylądowały na podłodze u naszych stóp, tworząc małe, eleganckie kłębowisko. Marta spojrzała na nie, a potem przeniosła wzrok na moje oczy, śmiejąc się cicho i gardłowo.
– No właśnie... Po co my się w ogóle ubierałyśmy, Pani Wójt? – rzuciła z rozbawieniem, unosząc lekko brew. – Żeby protokół stał się zadość, moja droga – odpowiedziałam półżartem, zbliżając swoją twarz do jej twarzy tak blisko, że czułam bicie jej tętna na szyi. – Poza tym, rozpakowywanie prezentów to najlepsza część każdej delegacji. – Ach tak? To może czas sprawdzić, co jest w środku... – mruknęła, a jej wzrok zjechał na moje usta.

To był koniec słów i przekomarzania się. Dopadłam do jej warg z namiętnością, która zbierała się we mnie przez ostatnie godziny. Pocałunek był głęboki, zachłanny, pełen wilgoci i gorąca. Nasze języki natychmiast splotły się w dzikim tańcu, a Marta, tracąc resztki swojej urzędowej powściągliwości, wsunęła dłonie pod moją białą koronkę. Jej palce mocno, zdecydowanie objęły moje pośladki, wręcz wbijając się w ciało, i z całą siłą przyciągnęła mnie do swojego rozgrzanego łona. Poczułam twardość framugi za jej plecami i miękkość jej piersi napierających na moje...Gdy dłonie Marty zacisnęły się na moich pośladkach, brutalnie i zarazem z taką bezbronną tęsknotą, poczułam, jak całe moje ciało odpowiadało potężnym, elektrycznym skurczem. To nie był już tylko dotyk, to był impuls, który wymazał z mojej głowy resztki racjonalnego świata. Moje serce tłukło się o żebra jak oszalałe, a w podbrzuszu eksplodowała fala tak czystego, gęstego żaru, że niemal zakręciło mi się w głowie. Zalała mnie fala absolutnej dumy i wdzięczności. Ta piękna, młoda kobieta, tak niedostępna i chłodna w blasku biurowych lamp, teraz drżała pod moimi palcami, oddana mi całkowicie.

Nasze ciała natychmiast znalazły wspólny, podświadomy rytm. Zaczęłyśmy falować, ocierając się o siebie w ciasnym uścisku framugi, jakby materiał koronek i pasów był jedyną barierą dzielącą nas od całkowitego stopienia się w jedno. Każdy ruch bioder Marty, każde jej mocniejsze szarpnięcie ku sobie sprawiało, że z moich ust wyrywało się ciche, bezwiedne mruknięcie, które natychmiast gubiło się w jej gardle. Pocałunki stawały się coraz głębsze, bardziej zachłanne, wręcz bolesne w swojej intensywności. Piłyśmy siebie nawzajem, mieszając ślinę, oddechy i ciche, urywane jęki.

Wsunęłam dłonie głęboko w jej rozpuszczone, blond włosy, rezygnując z jakiejkolwiek delikatności. Wplatałam palce w te jasne pasma, ciągnąc je lekko ku tyłowi, by jeszcze mocniej otworzyć jej usta na mój język. Druga moja dłoń, drżąca i wilgotna od emocji, powędrowała na jej ramię. Szorstkim, zdecydowanym ruchem odsunęłam ramiączko jej czarnego stanika. Delikatna czarna koronka ustąpiła, zsuwając się w dół i odsłaniając jej pełną, idealnie krągłą pierś. Zadrżałam na ten widok. Sutek Marty natychmiast stwardniał pod wpływem chłodniejszego powietrza pokoju i mojego palącego spojrzenia.

Nasze dłonie błądziły teraz w absolutnym, chaotycznym amoku. Nie było w tym układu, nie było planu, był tylko czysty głód skóry. Gładziłam jej odsłoniętą pierś, ściskając ją zaborczo, podczas gdy dłonie Marty wędrowały wzdłuż mojego kręgosłupa, wplatały się w pas do pończoch, szarpały białe sznureczki stringów i z powrotem wracały do moich łopatek, jakby próbowała wepchnąć mnie w głąb siebie. Byłyśmy jak wulkan, w którym przez tygodnie zbierała się lawa urzędowych tajemnic, niedomówień i ukradkowych spojrzeń, a ten hotelowy apartament stał się miejscem jego ostatecznej, niszczycielskiej eksplozji.

Żeby spotęgować to szaleństwo, uniosłam lekko biodro i zdecydowanym, bezwstydnym ruchem wsunęłam swoją nogę ubraną w beżową pończochę głęboko między rozchylone uda Marty. Moje udo wbiło się bezpośrednio w jej skąpane w żarze łono. Ruchy naszych ciał zyskały nowy, brutalnie zmysłowy punkt podparcia. Zaczęłyśmy trzeć się o siebie z furią, która odbierała zmysły. Szelest nylonu ocierającego się o czarną koronkę jej bielizny mieszał się z naszymi świszczącymi oddechami.

Marta odchyliła głowę opierając ją o framugę, a z jej ust wyrwał się głośny, rwany jęk, gdy moja noga idealnie docisnęła jej najczulsze miejsce. Jej oczy były półprzymknięte, zamglone rozkoszą, a całe jej ciało napięło się jak struna, szukając ratunku i jeszcze większego zatracenia w moim ciele...

Nasze usta były jak w transie, połączone w zachłannym, wilgotnym uścisku, z którego żadna z nas nie chciała się uwolnić. Języki splatały się w dzikim, gorącym tańcu, a rwana próba złapania tchu tylko podsycała ten obłęd. Moje zmysły eksplodowały. Czułam każdą jedwabistość jej ciała, szorstkość koronek, gładkość nylonu i to niesamowite, pulsujące gorąco, które biło od niej falami. Ręce błądziły coraz bardziej chaotycznie, szukając nagości, szarpiąc pasy i ramiączka, aż we mnie, w samej głębi mojej kobiecości, obudziła się pierwotna, zaborcza wręcz potrzeba dominacji. Chciałam posiąść ten moment całkowicie.

Zdecydowanym, władczym ruchem, który nie znosił sprzeciwu, pochwyciłam nadgarstki Marty. Cofnęłam jej ręce do tyłu, za drewnianą framugę, uniemożliwiając jej dalsze błądzenie po moim ciele. Marta drgnęła, a w jej zamglonych rozkoszą oczach błysnęła czysta, podniecająca zgoda na tę grę. Oderwałam usta od jej warg, zostawiając je nabrzmiałe i wilgotne, i zaczęłam schodzić pocałunkami niżej. Najpierw moja twarz zanurzyła się w jej szyi, gdzie ostro, łapczywie chłonęłam zapach jej skóry zmieszany z nutą perfum. Marta odchyliła głowę jeszcze mocniej, wydając z siebie cichy, gardłowy pomruk, gdy mój język kreślił mokre ścieżki wzdłuż jej obojczyków. Nie zatrzymywałam się. Moje usta dotarły do jej piersi. Zaczęłam pieścić je z nabożną uwagą, najpierw tę odsłoniętą, a zaraz potem zsuwając drugie ramiączko stanika, by uwolnić kolejną. Językiem zataczałam powolne, drażniące kręgi wokół jej nabrzmiałych, twardych sutków, by po chwili zacząć je czule, zmysłowo ssać. Marta zaszlochała cicho z nadmiaru rozkoszy, a jej biodra instynktownie uniosły się, szukając mocniejszego tarcia o moje udo.  

Zmierzałam coraz niżej, metr po metrze odbierając jej zmysły. Mój oddech parzył jej brzuch, gdy powoli osuwałam się na kolana. Uklękłam przed nią na puszystej wykładzinie apartamentu, mając przed oczami widok, który zapierał dech w piersiach: Marta, oparta o framugę, z rączkami uwięzionymi z tyłu, z piersiach unoszącymi się w rytm rwanego oddechu i w czarnej bieliźnie, która ledwo skrywała jej tajemnicę. Pochyliłam się ku niej i z niesamowitą nabożnością złożyłam pierwszy, głęboki pocałunek bezpośrednio na materiale jej czarnych stringów, dokładnie tam, gdzie tętniło jej rozpalone centrum. Zaczęłam się z nią droczyć. Moje usta i czubek języka drażniły ją przez cienką, koronkową barierę, muskając jej najczulszy punkt, ale nie dając pełnego spełnienia. Ciało Marty reagowało natychmiastowo, niemal spazmatycznie. Jej uda zadrżały, z głębi piersi wyrywały się rwane, przerywane mruki, a gdy otworzyła oczy i spojrzała na mnie w dół, zobaczyłam w nich bezbronne, palące błaganie.

Więcej jej nie dręczyłam. Złapałam za boki czarnych sznureczków i zgrabnym, płynnym ruchem osunęłam stringi w dół, wzdłuż jej gładkich, obleczonych w pończochy ud. Teraz była przede mną całkowicie otwarta, bezbronna i idealna. Zbliżyłam twarz do jej łona, całując najpierw delikatnie wewnętrzną stronę jej ud, a potem całe jej ciepłe, pachnące wzgórze. Wilgoć, która tam czekała, była najwspanialszym dowodem jej pożądania. Otworzyłam usta i zanurzyłam swój język prosto w jej piękną, rozgrzaną do czerwoności kobiecość.

Marta wyprężyła się, a z jej gardła wyrwał się głośny, nieskrępowany jęk, który przeciął ciszę hotelowego pokoju. Mój język pracował metodycznie, z namiętnością i głębokim uwielbieniem. Piłam jej soki, zataczałam szybkie, mokre kręgi wokół jej nabrzmiałego koralika, a potem wnikałam głębiej, sprawiając, że całe jej ciało zaczęło falować i drżeć w moich ramionach, niesione potężną falą nadchodzącej ekstazy...

Wiedziałam, że do ostatecznej ekstazy jest jeszcze kawałek, i ta świadomość rozpalała mnie od środka. Chciałam dawkować tę przyjemność, przeciągać każdą sekundę, aż urzędowa powściągliwość Marty rozsypie się w drobny pył. Mój język pracował idealnie w rytm reakcji jej ciała, które z każdym moim ruchem falowało coraz odważniej, coraz bardziej niespokojnie.

Marta, czując, że nie puszczę jej nadgarstków, sama uniosła ręce wysoko nad siebie, mocno zapierając się dłońmi o gładkie drewno framugi. Ten gest sprawił, że jej nagie piersi wyprężyła dumnie, a oddech stał się tak szybki i płytki, że jej żebra unosiły się gwałtownie przy każdym haustu powietrza. Szelmowskie mruki z początku naszej zabawy teraz bezpowrotnie zamieniały się w ciche, przeciągłe jęki, a jej biodra zaczęły zataczać instynktowne, zmysłowe kręgi.

Żeby okiełznać ten jej taniec i mieć nad nim pełną kontrolę, mocno chwyciłam Martę za udo, dokładnie na wysokości szerokiej, czarnej manszety pończochy. Kontrast mojej dłoni na gładkim nylonie i jej rozgrzanej skóry był obłędny. Raz na jakiś czas, z pełną premedytacją, przerywałam mokrą pieszczotę ustami. Unosiłam głowę tylko o centymetr, pozwalając, by chłodniejsze powietrze na moment ostudziło jej rozpalone ciało, i wtedy do gry wchodziła moja wolna dłoń. Opuszkami palców, a czasem całą wewnętrzną stroną dłoni, gładziłam jej nabrzmiałą, ociekającą wilgocią kobiecość Marta reagowała na te zmiany z rozkosznym szaleństwem wypinała biodra mocno do przodu, niemal wciskając się w moją twarz, gdy tylko wracałam do niej z gorącym językiem i ustami. Mój język wirował bez wytchnienia, spijając jej słodkie soki, a ja chłonęłam ten spektakl wszystkimi zmysłami.  
Wpatrywałam się w dół, w jej drżące uda w pończochach, słuchałam, jak moje własne imię mieszało się z jej urwanym oddechem, i czułam, jak pod moimi palcami napinają się jej mięśnie.

Napięcie sięgnęło zenitu. Czułam, jak całe ciało Marty sztywniało, jak jej biodra zaczęło drżeć w przyspieszonym, desperackim rytmie – znak, że była już na samym skraju, o jeden ruch języka od upragnionej ekstazy. Dokładnie wtedy, z bezczelnym uśmiechem na ustach, gwałtownie przerwałam. Odsunęłam twarz, zostawiając jej łono rozpalone i lśniące od wilgoci. Marta otworzyła szeroko zamglone, niemal zszokowane oczy, a z jej gardła wyrwał się jęk zawodu, zmieszany z niemym pytaniem. Nie dałam jej jednak czasu na protest. Błyskawicznie podniosłam się z kolan, pozwalając, by białe stringi i beżowy pas z pończochami na moich biodrach zatańczyły przed jej oczami. Przyparłam do niej piersiami, chwytając jej twarz w dłonie, i z nową, niszczycielską siłą kontynuowałam naszą namiętność, wbijając się głęboko w jej rozchylone, spragnione usta...

Marta natychmiast podchwyciła tę zmianę ról. W jej oczach, dotąd bezbronnych i zamglonych, błysnęła nagła, zaborcza drapieżność, która sprawiła, że krew w moich żyłach zabiła mocniej. Zaskoczyła mnie siłą swojego ruchu, jednym zdecydowanym szarpnięciem odwróciła nas, z impetem dociskając moje plecy do chłodnego drewna framugi. Wbiła się w moje usta łapczywie, bezwstydnie, jakby chciała odebrać mi całe powietrze i ukarać za to nagłe zatrzymanie przed szczytem. Jej język wkradł się głęboko, dyktując dziki, dominujący rytm, a ja poddałam się temu z cichym, drżącym jękiem zachwytu. Jej dłonie, dotąd uwięzione w górze, teraz zjechały w dół po moich bokach, parząc skórę, aż zatrzymały się na elastycznych sznureczkach moich białych stringów. Szarpnęła je niecierpliwie. Doskonale wiedziałam, czego Marta pragnęła, co lada moment stanie się moim udziałem. Moje serce tłukło się w piersi jak szalone. Sama, bez słowa, pomogłam jej, zsuwając materiał bielizny w dół wzdłuż moich bioder, pozwalając, by biała koronka opadła bezszelestnie na leżące na podłodze koszule. Zostałam jedynie w beżowym pasie, pończochach i rozpiętym staniku.

Marta nie czekała ani sekundy. Zsunęła się na kolana, a jej rozpuszczone blond włosy musnęły mój brzuch, wywołując na mojej skórze falę gęsiej skórki. Od razu, bez żadnego wstępu, jej gorący, mokry język odnalazł drogę do samego centrum mojej kobiecości.
– Ahh... – z moich ust wyrwał się głośny, przeciągły syk rozkoszy, gdy pierwsze, pewne pociągnięcie jej języka trafiło w najbardziej czułe, pulsujące miejsce.
Moje ciało zareagowało natychmiastowo, jakby rażone prądem. Wygięłam się w łuk, a biodra instynktownie drgnęły do przodu ,żeby nie upaść, bo nogi w ułamku sekundy stały się niepokojąco miękkie i uginały się pode mną pod wpływem tej nienasyconej pieszczoty, gorączkowo poszukałam oparcia. Jedną ręką zaparłam się o drewnianą framugę wysoko nad sobą, drugą mocno zaparłam się z boku, szukając jakiejkolwiek stabilności w świecie, który właśnie wirował i kurczył się tylko do tego jednego, hotelowego łącznika.

Marta była genialna. Jej język operował z niesamowitym wyczuciem, zmysłowo, namiętnie, a zarazem z taką czułością, która rozlewała się po moim ciele falą czystego, błogiego oszołomienia. Każde jej głębokie, mokre liznięcie, każdy drobny ruch wokół mojego nabrzmiałego koralika sprawiał, że traciłam kontakt z rzeczywistością. W mojej głowie pulsowała tylko jedna, obłędna myśl: nikt nas tu nie usłyszy, jesteśmy tu zupełnie same. Ta absolutna wolność od strachu dodawała mi skrzydeł.

Mój oddech przyspieszał z każdą sekundą, stając się rwanym, głośnym świstem. Moje reakcje były coraz bardziej żywe, niespokojne; nie potrafiłam już kontrolować własnego ciała, które po prostu poddawało się rytmowi narzuconemu przez Martę. Z moich rozchylonych, wilgotnych ust zaczęły wydobywać się ciche, melodyjne jęki, które z każdym jej głębszym pchnięciem języka stawały się coraz bardziej przeciągłe i bezbronne. Czułam, jak wewnątrz mnie zbierała się potężna, niszczycielska fala, a Marta, czując moje drżenie, tylko przyspieszyła ruchy, doprowadzając mnie do obłędu...Język Marty dalej operował zmysłowo, z niesamowitą, gorącą precyzją, a moje ciało wiło się na tej drewnianej framudze jak w głębokim transie. Każde muśnięcie, każde głębokie pociągnięcie sprawiało, że traciłam grunt pod nogami. Byłam już tak blisko, czułam ten charakterystyczny, ostry skurcz w podbrzuszu zwiastujący nadchodzącą eksplozję. Jednak mimo tej potężnej, napierającej fali ekstazy, jakaś zuchwała część mojej natury przejęła kontrolę. Chciałam, żeby ten spektakl przeniósł się na naszą główną scenę.

Z głośnym westchnieniem, siłą woli zatrzymałam swoje biodra. Wyciągnęłam drżącą dłoń w dół i delikatnie, ale stanowczo chwyciłam Martę palcem za podbródek, unosząc jej twarz do góry. Gdy tylko wstała, wbiłam się w jej usta, całując ją łapczywie, głęboko, mieszając na naszych wargach smak mojego własnego pożądania. Nie przerywając tego wilgotnego uścisku, powoli skierowałam nas w stronę ogromnego łóżka.

Zrobiłam jeden krok naprzód i czule, a zarazem zdecydowanie pchnęłam Martę na miękką, śnieżnobiałą pościel. Upadła na plecy, a jej blond włosy rozsypały się na poduszkach. Spojrzałam na nią z góry, leżała przede mną w czarnym pasie i pończochach, a na jej twarzy malował się mix czystego ciepła i szelmowskiego, pełnego ekscytacji uśmiechu. Ta gra bez zasad doprowadzała nas obie do szaleństwa.

Nadszedł czas na mój rewanż. Pochyliłam się nad nią, zawisając nad jej idealnym ciałem. Moje ciemne włosy, spięte klamrą, lekko poluzowały się, opadając mi na policzki, gdy zaczęłam ustami i językiem pieścić jej piękne piersi. Skupiłam się na twardych, nabrzmiałych sutkach, zataczając wokół nich szybkie, wilgotne kręgi, by po chwili lekko przygryzać je i ssać. Marta zareagowała natychmiastowo, głośno westchnęła, uniosła dłonie, by wpleść je w moje ramiona, i mocno wypinała piersi do góry, poddając się mojej dominacji. Jej oddech przyspieszał z każdym moim tchnieniem, a usta rozwierały się w cichych, bezbronnych jękach.

Zaczęłam schodzić pocałunkami niżej, wzdłuż linii jej żeber i gładkiego brzucha. Każdy dotyk moich warg zostawiał na jej ciele palący ślad. Zatrzymałam się na dłuższą chwilę przy jej pępku, drażniąc go czubkiem języka, co wywołało u Marty głębokie, rozkoszne drżenie. Zniżałam się dalej, centymetr po centymetrze, aż moje usta zahaczyły o czarną, szorstką koronkę pasa do pończoch. Moje dłonie powędrowały na jej biodra, delikatnie je rozszerzając, aż w końcu dotarłam tam, gdzie obie pragnęłyśmy znaleźć się najbardziej ku jej jedwabistej, ociekającej gorącym żarem kobiecości, która pulsowała w rytm naszego wspólnego, przyspieszonego bicia serc...

Moje usta zatonęły w niej bez pamięci. Pieściłam ją gorącym językiem, miarowo i zaborczo lizałam to najczulsze, pulsujące miejsce, chcąc za wszelką cenę sprawić Marcie rozkosz, jakiej jeszcze nigdy ode mnie nie dostała. Byłam jak wytrawny muzyk, jej urwany oddech, głuche mruki i nagłe spięcia mięśni ud naprowadzały mnie na właściwy, idealny rytm. Jednak nie byłam w tym bierna. Mieszałam jej bezbronny głos ze swoim własnym, głębokim mruknięciem satysfakcji, które wibrowało prosto w jej rozgrzaną skórę. Czerpałam z tej pieszczoty niewyobrażalną, wręcz pierwotną przyjemność. Smak jej kobiecości był dla mnie niczym mityczna ambrozja, najczystsza, intymna słodycz, której nie potrafiłam i nie chciałam odmówić. Każda kropla wilgoci, którą spijałam z jej aksamitnych warg, smakowała jak nektar, upajając mnie bardziej niż całe wino wypite tego wieczoru na kolacji.

W pewnym momencie Marta odchyliła lekko głowę i nasze spojrzenia spotkały się w tym stłumionym świetle sypialni. W jej oczach, wielkich i zamglonych potężnym pożądaniem, widziałam absolutne oddanie. Każdy głośniejszy jęk, który wyrywał się z jej gardła, gdy mój język mocniej dociskał jej rozpalony koralik, był dla moich uszu najwspanialszą, najbardziej podniecającą melodią. To była pieśń o naszej wolności, o tym dalekim Zakopanem, gdzie w końcu nikt nie stał za drzwiami. Marta zaczęła reagować coraz energiczniej, tracąc resztki jakiejkolwiek kontroli nad własnym ciałem. Jej biodra unosiły się z pościeli desperacko, szukając głębszego kontaktu z moimi ustami. W przypływie dzikiej, nieskrępowanej ekstazy, uniosła obie dłonie i ujęła swoje piersi oburącz. Zaczęła je mocno ściskać i gładzić, pociągając za twarde sutki na moich oczach, a ten bezwstydny, niesamowicie zmysłowy widok sprawił, że wewnątrz mnie wszystko aż zakipiało z pożądania...

Ten widok, Marta ściskająca własne piersi w przypływie bezwstydnej rozkoszy, z biodrami rwącymi się do góry uderzył we mnie tak mocno, że sama ledwo mogłam złapać tchu. Na moment przerwałam ten akt rozkoszy, nie chcąc, by ta chwila uciekła nam zbyt szybko. Odsunęłam usta od jej ociekającego nektarem łona, na co Marta odpowiedziała głośnym, zawiedzionym skomleniem, wyginając się na pościeli.  Zanim zdążyła jakkolwiek zaprotestować, zdecydowanym ruchem chwyciłam ją za uda, tuż pod koronkowymi manszetami pończoch, i zaborczo przyciągnęłam jej biodra jeszcze bliżej siebie, niemal wciskając je w głąb materaca. W ułamku sekundy przesunęłam się w górę, kładąc się na niej całym swoim ciężarem. Nasze nagie, rozgrzane ciała zderzyły się z głośnym, mokrym mlaśnięciem skóry o skórę. Wbiłam się w jej usta, oddając nas bez pamięci kolejnym namiętnym, nienasyconym pocałunkom. Nasze języki zderzyły się natychmiast, walcząc o dominację w tym gorącym uścisku. Marta, oszołomiona tą nagłą zmianą pozycji i bliskością mego ciała, całkowicie straciła głowę. Jej dłonie zaczęły błądzić po mnie w absolutnym, dzikim chaosie. Drapała moje plecy, wbijała palce w pośladki, by po chwili wędrować w górę, szarpać ramiączka mojego białego stanika i rozpaczliwie wplatać się w moje ciemne włosy, ciągnąc mnie ku sobie z siłą, o jaką jej nie podejrzewałam.

Żeby być jeszcze bliżej, żeby wymazać jakąkolwiek przestrzeń między nami, Marta uniosła swoje zgrabne nogi i oplotła nimi moje biodra. Ciemne nylonowe pończochy musnęły moją skórę, a jej kremowe uda zacisnęły się na mnie w mocnym, zaborczym uścisku. Byłyśmy splecione jak winorośle na tym wielkim łóżku, a każde falowanie naszych ciał sprawiało, że tarcie między naszymi rozpalonymi łonami doprowadzało nas na sam skraj szaleństwa...

Po chwili, zgrabnym ruchem i z gracją dzikiej kotki, przesunęłam się wyżej nad jej ciałem. Moje biodra, ubrane wciąż w beżowy pas i pończochy, zawisły bezpośrednio nad twarzą Marty, by po sekundzie miękko przysiąść nad jej rozchylonymi ustami. Marta nie potrzebowała żadnego zaproszenia. Zrozumiała moją intencję w ułamku sekundy, a w jej oczach błysnął dziki, zmysłowy triumf. Od razu rozchyliła wargi i zaczęła mnie pieścić z taką zachłannością, jakby całe jej dotychczasowe życie zależało od tego jednego momentu. Jej język operował z niesamowitą, wręcz niszczycielską pasją, wbijając się głęboko w moje ociekające gorącem wnętrze i miarowo, twardo muskając mój najbardziej pulsujący punkt.

Moja głowa bezwładnie opadła w tył, na poduszki, a dłonie kurczowo zacisnęły się na jej udach, tuż przy czarnych manszetach jej pończoch. Reagowałam całym ciałem zaczęłam miarowo, zmysłowo falować biodrami na jej twarzy, dociskając się do jej mokrych ust, podczas gdy moje ciało od stóp do głów zaczynało niekontrolowanie drżeć. Błogi, obłędny stan przepełniał każdą komórkę mojego organizmu; czułam się tak, jakby grawitacja przestała istnieć, a hotelowy pokój w Zakopanem zapadł się w nicość.

Moje jęki, dotąd tłumione i ciche, teraz stawały się coraz bardziej dźwięczne, głośne i przeciągłe, swobodnie niosąc się po sypialni. Wolność od strachu, bliskość Marty i ta bezwstydna, dominująca pozycja doprowadziły mnie do ostatecznej granicy. Ruchy jej języka stały się szybsze, bardziej zdecydowane, aż nagle potężne drgawki osiągnęły swoje apogeum. Moje uda napięły się jak struny, a w samym centrum mojej kobiecości nastąpiła gwałtowna, upragniona ekstaza, pełna głębokich, rozkosznych spazmów. Wyprężyłam się w łuk, krzycząc jej imię prosto w sufit, podczas gdy moje ciało drżało w niepowstrzymanej serii skurczów, a Marta trwała pode mną, spijając każdą kroplę mojej rozkoszy i nie przerywając tej genialnej pieszczoty ani na sekundę...

Gdy fala ostatnich spazmów wreszcie zaczęła opadać, z głośnym, bezbronnym westchnieniem bezwładnie opadłam na bok, na chłodną pościel. Moje serce tłukło się w piersi jak oszalałe, a całe ciało było tak bezwładne, jakby uleciały z niego wszelkie siły. Marta natychmiast przytuliła się do mojego boku. Oplotła mnie ramieniem, przyciągając blisko do siebie, i zaczęła z niesamowitą, czułą uwagą całować mój policzek, skronie i wilgotne od potu czoło.
– Byłaś niesamowita, Alu… – wyszeptała prosto w moje ucho, a jej głos wciąż drżał z emocji. – To Twoja zasługa, moja mała alchemiczko – mruknęłam, wtulając twarz w jej ciepłą szyję. – Doprowadzasz mnie do absolutnego szaleństwa. Szczególnie tutaj, kiedy nikt nas nie goni. – Marzyłam o tym od momentu, gdy wsiadłyśmy do samochodu – przyznała z cichym, urzekającym śmiechem, muskając moje usta krótkim, miękkim pocałunkiem. – Tylko Ty i ja. Bez protokołów.

Leżałyśmy tak przez dłuższą chwilę, ładując baterie, podczas gdy nasze oddechy powoli wracały do normalnego rytmu. Jednak żar, który w nas płonął, nie wygasł, jedynie zmienił swoją formę na bardziej subtelną, a zarazem potężną. Niezwykle płynnie, jakby nasze ciała od zawsze znały ten scenariusz, ułożyłyśmy się w nowej pozycji.

Marta odwróciła się do mnie tyłem, kładąc się na boku. Jedną nogę, tę obleczoną w czarną pończochę, zmysłowo podciągnęła do siebie. Ten jeden ruch wystarczył, by w stłumionym świetle sypialni odsłonić w całej okazałości jej idealną, kształtną linię bioder oraz najpiękniejszą, wciąż lśniącą od niedawnej pieszczoty kobiecość.

Natychmiast przylgnęłam do niej od tyłu na tak zwaną łyżeczkę. Oplotłam jej talię ramieniem, a swoją nogę w beżowej pończosze przerzuciłam nad jej udem, całkowicie zamykając ją w swoim zaborczym, a zarazem czułym uścisku. Zaczęłam powoli, leniwie całować jej odsłonięty kark i ramię, wsłuchując się w to, jak jej oddech w ułamku sekundy znów zaczyna przyspieszać.
– Widzę, Pani Wójt, że nie tracisz czasu – mruknęła Marta, odchylając lekko głowę, by dać moim ustom lepszy dostęp do swojej szyi. – W mojej gminie nie ma miejsca na przestoje, Pani Zastępczyni – szepnęłam prosto w jej rozgrzaną skórę, wywołując u niej cichy dreszcz rozkoszy. – A ten widok… ten widok po prostu wymaga natychmiastowej interwencji.
Moja wolna dłoń powędrowała w dół, czule i stanowczo gładząc jej krągły, aksamitny pośladek, na co Marta odpowiedziała identycznym ruchem, przesuwając swoją dłonią wzdłuż mojego uda. Napięcie znów zaczęło gwałtownie gęstnieć. Nie spieszyłam się jednak. Moje palce powoli, centymetr po centymetrze, zaczęły schodzić niżej, badając zmysłowe krzywizny jej ciała, aż w końcu odnalazły drogę do samego centrum jej kobiecości.

Bez wahania, z namysłem, zanurzyłam dwa palce w jej wnętrzu.
– Mmm… Alu… – z ust Marty wyrwało się głębokie, gardłowe westchnienie, a jej ciało mocniej naparło plecami na moje piersi.
Jej wnętrze było niewiarygodnie wilgotne, śliskie i rozżarzone do granic możliwości, jakby od godzin czekało na ten jeden, konkretny dotyk. Moje palce zaczęły poruszać się w niej powoli, badając tę pulsującą, gorącą głębię, a każdy mój ruch spotykał się z natychmiastową, zmysłową odpowiedzią jej bioder… Ciało Marty natychmiast podchwyciło ten miarowy, głęboki rytm. Oparta plecami o moje piersi, zaczęła ponownie falować biodrami, szukając idealnego docisku. Z jej rozchylonych ust wydobywały się niskie, gardłowe mruki, w których bezbronną rozkosz mieszała się z rodzącą się na nowo żarliwością.

Chciałam doprowadzić ją do absolutnego kresu zmysłów. Pogłębiałam tę intymną pieszczotę, nie dając jej ani sekundy wytchnienia. Moje usta błądziły po jej gładkiej szyi, schodziły ku obojczykom, by za chwilę muskać wrażliwe uszko, a gdy Marta odwracała lekko głowę, spijałam z jej warg rwane, gorące oddechy. Moje palce we wnętrzu jej rozżarzonej kobiecości odnajdywały coraz bardziej pewny, drapieżny rytm, sprawiając, że pod moimi dłońmi napinał się każdy mięsień jej pośladków i ud.
Marta, oszołomiona narastającą falami przyjemnością, nie chciała pozostawać mi dłużna. Mimowolnie, szukając kontaktu z moją skórą, wysunęła rękę do tyłu, wślizgując się dłonią między nasze złączone ciasno uda. Jej palce z niesamowitą, instynktowną intuicją odnalazły drogę do mojego łona. Gdy tylko dotknęła mojej ociekającej nektarem kobiecości, zaczynając ją pociągać i pocierać miarowymi, kolistymi ruchami, przez mój kręgosłup przeszedł potężny paraliżujący dreszcz. Ta nagła, wzajemna pieszczota w pozycji na łyżeczkę odnowiła we mnie tak dziką i gwałtowną falę pragnienia, że mój własny oddech załamał się w głębokim syku.
– Ahh… Marta… tak… – szepnęłam prosto w jej włosy, tracąc resztki chłodnej powściągliwości.
To nas napędziło. Moje palce w jej wnętrzu zaczęły operować coraz bardziej dynamicznie, a tempo naszych ruchów rosło z sekundy na sekundę. Drugą ręką mocno, zaborczo objęłam Martę od przodu,  moja dłoń wędrowała wzdłuż jej gładkiej szyi, by zaraz zacisnąć się na jej pełnej, uniesionej piersi, czując, jak jej serce biło w identycznym, szaleńczym rytmie jak moje. Byłam mocno wtulona w jej plecy, chłonąc całym swoim ciałem każde drżenie jej skóry. Obserwowałam z góry profil jej twarzy, zaciśnięte powieki, wilgotne wargi i te niesamowite, pełne pasji reakcje, które z każdym głębszym pchnięciem moich palców stawały się głośniejsze, przechodząc z rwanych mruków w melodyjne, rozkoszne jęki. Tarcie beżowego nylonu moich pończoch o czarną manszetę Marty potęgowało elektryzujące napięcie pod pościelą. Penetrowałam ją coraz głębiej, mocniej i szybciej, wsłuchując się w wilgotny odgłos naszych ciał i czując, że zbliżałyśmy się do momentu, w którym ten zakopiański apartament za chwilę zapłonie…
Z premedytacją bawiłam się tym momentem, chcąc wyciągnąć z Marty każdą kroplę zmysłowego szaleństwa. Na chwilę zwalniałam, zmieniając rytm moich palców we wnętrzu na wolniejszy, niemal leniwy, i celowo płytszy, co wywoływało u niej urwane, pełne frustracji westchnienie. Po to tylko, by za chwilę, bez uprzedzenia, powrócić do głębokiego, mocnego i szybkiego pchnięcia. Trzymałam ją w tym zawieszeniu, aż w końcu, czując jak jej ciało niemal błagało o uwolnienie, przybrałam ponownie ten ostateczny, szaleńczo szybki rytm.

Ciało Marty wiło się bezwładnie na pościeli, kompletnie poddane fali, którą w niej rozpętałam. Jej pośladki mocno napierały na moje łono, szukając ratunku, a jęki stawały się coraz głośniejsze, czystsze i bardziej bezbronne, odbijając się od ścian sypialni. Napięcie stało się tak potężne, że Marta straciła panowanie nad własnymi ruchami. Jej ręka, która jeszcze przed chwilą zmysłowo pieściła moją kobiecość, gwałtownie uciekła z tej pozycji. Przesunęła dłoń w górę, wplatając palce w moje ciemne włosy z tyłu głowy i mocno ją przyciągając, jakby w tym uścisku szukała jedynego stałego punktu w świecie, który właśnie rozpadał się na kawałki. Wtedy nadszedł ten moment. Marta nagle rozwarła usta w niemym, a po sekundzie niesamowicie głośnym, przeciągłym krzyku rozkoszy, gdy przeszyła ją ostateczna, niszczycielska ekstaza. Jej całe ciało od napiętych stóp w czarnych pończochach, aż po drżące ramiona zaczęło spazmatycznie drgać w moich ramionach.

Wbiłam się w nią jeszcze raz, głęboko, i z zapartym tchem czułam, jak zmysłowe, gorące wnętrze jej kobiecości z niewiarygodną siłą, miarowo i ciasno zaciskało się na moich palcach w serii pulsujących skurczów. Spijałam zmysłowy pot z jej karku, mocno trzymając ją przy sobie, podczas gdy ta gigantyczna fala rozkoszy przetaczała się przez nią, zostawiając nas obie całkowicie spełnione i bez tchu w wielkim hotelowym łóżku...

Marta powoli dochodziła do siebie, a jej oddech, dotąd rwany i niespokojny, zaczął stopniowo cichnąć w gęstym powietrzu sypialni. Trzymałam ją mocno, nie pozwalając, by choć na moment poczuła chłód nocy. Obejmowałam jej bezwładne, wciąż lekko drżące ciało, czule gładząc aksamitną skórę ud, bioder i pleców. Moje palce, wcześniej tak bezwzględne, teraz leniwie błądziły wzdłuż jej kręgosłupa, od czasu do czasu delikatnie, zmysłowo drapiąc ją paznokciami, co wywoływało u niej ciche, przepełnione absolutnym bezpieczeństwem mruknięcia.

Kontrast naszych ciał, mojej białej koronki i beżowych pończoch z jej czarnymi, drapieżnymi dodatkami wciąż wyglądał obłędnie na pogniecionej, białej pościeli. Byłyśmy jak dwa pasujące do siebie elementy układanki, które po miesiącach szukania wreszcie znalazły swoje miejsce.

Po kilku minutach tego słodkiego letargu Marta poruszyła się leniwie. Z cichym westchnieniem przekręciła się na drugi bok, twarzą do mnie. Jej zamglone, pociemniałe z rozkoszy oczy natychmiast odnalazły moje spojrzenie. Nie potrzebowałyśmy słów. Wszystko, co miało zostać powiedziane, działo się między nami bez użycia ani jednego urzędowego sformułowania. Uniosła drżącą dłoń, gładząc mój policzek i kciukiem odszukując dolną wargę, po czym przyciągnęła mnie do siebie. Obie oddałyśmy się łapczywym, niesamowicie namiętnym, a zarazem przepełnionym bezgraniczną czułością pocałunkom. Nie było już w nich tego niszczycielskiego głodu, który palił nas przy framudze drzwi, to była celebracja. Nasze języki leniwie i miękko splatały się ze sobą, spijając resztki emocji tej nocy. Smakowałyśmy siebie nawzajem z nabożną uwagą, wiedząc, że ta noc w Zakopanem należy tylko do nas i nikt, absolutnie nikt, nie ma do niej prawa dostępu.

W tych ciepłych, leniwych pocałunkach powoli zaczął kiełkować zupełnie nowy rytm. Choć nasze ciała były rozleniwione niedawnym spełnieniem, w oczach Marty dostrzegłam nagle ten charakterystyczny, drapieżny błysk. To była wyraźna chęć na małą dogrywkę. Czułam, jak bije od niej magnetyczna potrzeba odwdzięczenia się, dokończenia tego pożaru, który tak bezwstydnie podsycała swoimi dłońmi i biodrami, gdy sama przyjmowała ode mnie rozkosz.
– Widzę to w Twoich oczach, moja droga – szepnęłam z uśmiechem, muskając jej nabrzmiałe usta. – Nie masz jeszcze dość? – Ani trochę... – mruknęła gardłowo Marta, a jej dłonie już wędrowały na moje biodra, zsuwając mnie z siebie, by przejąć inicjatywę. – Teraz moja kolej, Pani Wójt. Muszę dokończyć to, co zaczęłam.

Zmieniłyśmy pozycję na wielkim hotelowym łóżku, sprawnie i bezbłędnie, jakbyśmy pisały kolejny, idealny aneks do naszej tajnej umowy. Marta przesunęła się wyżej i oparła plecami o duże, pikowane, welurowe oparcie łóżka. Jej blond włosy rozsypały się na ciemnym materiale, a czarny stanik i pas do pończoch idealnie kontrastowały z jasną pościelą. Ja z kolei, z gracją, na którą stać było tylko całkowicie rozbudzoną kobietę, usiadłam na niej. Splotłam nasze ciała tak, że moje uda w beżowych pończochach znalazły się po bokach jej bioder. Wychyliłam się lekko w bok, tworząc z nas zmysłowe, intymne krzesełko. Pozycja, która dawała Marcie pełen dostęp do mojego ciała, a mnie stawiała w roli absolutnej bogini tego momentu.
Marta nie zwlekała ani sekundy. Uniosła swoją drżącą z ekscytacji dłoń i bez żadnego ostrzeżenia, pewnie i zaborczo dotknęła palcami mojej jedwabistej, ociekającej gorącym nektarem kobiecości.
– Ahhh...! – z moich ust wyrwał się głośny, ostry syk, który natychmiast przeciął ciszę zakopiańskiego apartamentu.
To uderzenie czystej rozkoszy było tak nagłe i intensywne, że straciłam równowagę. Moje ciało automatycznie wygięło się w łuk, żeby nie upaść na nią całym ciężarem, gorączkowo uniosłam ręce i mocno, kurczowo złapałam się welurowego oparcia łóżka tuż za jej plecami. Moje ramiona napięły się, biała koronka stanika zaryzykowała pęknięcie, a ja zamknęłam oczy, całkowicie bezbronna wobec dotyku jej palców, które natychmiast zaczęły odnajdywać swój pierwszy, drapieżny rytm na moim rozpalonym koraliku...
Marta doskonale wiedziała, jak uderzyć w moje najczulsze struny. Jej zwinne palce, lśniące od mojej własnej wilgoci, bezbłędnie odnalazły ten mały, nabrzmiały koralik, skarb rozkoszy, który pulsował pod jej dotykiem. Zaczęła go pieścić powolnymi, zmysłowymi, kolistymi ruchami, idealnie dawkując nacisk. Przez moje ciało natychmiast przeszła fala obezwładniającego gorąca. Z mojego gardła wydobyło się ciche, przeciągłe mruknięcie, a moje biodra, uwięzione w tej intymnej pozycji krzesełka, zaczęły się delikatnie, instynktownie wić. W ruchach Marty było coś magnetycznego  niesamowita, czuła pasja, która mieszała się z bezwzględną namiętnością. Widziałam, jak bardzo zależy jej na moim spełnieniu. Żeby całkowicie przejąć kontrolę nad moim ciałem, swoją drugą dłoń wsunęła pod rozpięty z przodu mój biały, koronkowy stanik, mocno i zaborczo obejmując moją pierś. Ściskała ją w rytm ruchów dolnej dłoni, co doprowadzało mnie do obłędu.

Nagle, gdy byłam już całkowicie bezbronna i zatopiona w tym powolnym pocieraniu, Marta zmieniła taktykę. Jej dwa palce z niesamowitą pewnością zanurzyły się głęboko w moim wilgotnym, maksymalnie rozpalonym wnętrzu.
– Ahhh... Marta! – moje ciche mruki w ułamku sekundy przerodziły się w głośne, rwane stęki rozkoszy.
Moje dłonie jeszcze mocniej zacisnęły się na welurowym oparciu łóżka za jej plecami, a zarysowane napięciem ścięgna moich ramion wyraźnie pokazywały, jak silny był to bodziec. Marta zaczęła miarowo, dynamicznie penetrować moją kobiecość, nie rezygnując z jednoczesnego drażnienia kciukiem mojej łechtaczki. To było za dużo szczęścia naraz. Gwałtownie opuściłam głowę w dół, szukając jej ust, by zagłuszyć te niekontrolowane dźwięki. Nasze usta zderzyły się w dzikim uścisku – moje głośne stęki były teraz przerywane głębokimi, mokrymi pocałunkami, w których oddawałam jej całe swoje podniecenie, podczas gdy jej palce wewnątrz mnie pracowały coraz szybciej i głębiej...

Marta bawiła się mną z absolutnym, bezwstydnym mistrzostwem, czerpiąc wyraźną satysfakcję z każdej fali dreszczy, która wstrząsała moim ciałem. Jej palce co chwilę zmieniały taktykę. Droczyły się ze mną, zwalniały, wysuwały się z mojego rozgrzanego wnętrza, by po sekundzie uderzyć ze zdwojoną siłą i potęgować ten obłędny, błogi stan. Marta penetrowała mnie głęboko, dyktując szybkie tempo, by nagle zastygnąć i skupić się wyłącznie na kolistych, precyzyjnych ruchach wokół mojego pulsującego koralika. Zrobiła tak dwa, trzy razy ta genialna, naprzemienna forma stymulacji sprawiała, że traciłam zmysły, zawieszona gdzieś między rozkosznym wyczekiwaniem a czystym szaleństwem. W końcu, widząc, że doprowadziła mnie już na sam skraj przepaści, Marta wróciła na stałe do mojej łechtaczki, pieszcząc ją niezwykle dynamicznie, mokrymi, szybkimi pociągnięciami palców. Moje ciało reagowało już całkowicie bezwiednie. Wiłam się i falowałam na niej w tej pozycji krzesełka, dosłownie wciskając swoje łono w jej dłoń. Z moich rozchylonych ust wydobywały się głośne, melodyjne jęki, których nie byłam już w stanie kontrolować. Moje palce wbijały się w welurowe oparcie łóżka z taką siłą, że aż bielały mi kłykcie, a nylon beżowych pończoch szorował o czarną satynę pościeli w rytm moich niespokojnych bioder.

W tym ostatecznym uniesieniu nasze spojrzenia nagle się spotkały. Marta patrzyła na mnie z dołu, z góry opierając głowę o wezgłowie, w jej oczach malowała się absolutna błogość, naga namiętność, palący żar i ta niesamowita, intymna czułość, która znaczyła mocniej niż cokolwiek innego. Widziała, jak bardzo mnie posiada.

Nagle przez moje podbrzusze przetoczyła się potężna, paraliżująca fala. Świat wokół nas eksplodował milionem iskier, gdy osiągnęłam ten upragniony, głęboki szczyt. Moje ciało wyprężyło się spazmatycznie, a z gardła wyrwał się głośny krzyk rozkoszy. W ułamku sekundy oderwałam jedną rękę od oparcia łóżka, opuściłam ją w dół i mocno, zdecydowanie chwyciłam Martę za nadgarstek, fizycznie hamując dalsze ruchy jej palców. Nie byłam w stanie znieść już ani jednego bodźca więcej. Moje wnętrze pulsowało w rytm opadających skurczów, a ja osunęłam się na jej piersi, całkowicie spełniona, wolna i bezpieczna w jej ramionach.

Oszołomiona i bezwładna, z głośnym wydechem osunęłam się z niej na bok, prosto na miękkie poduszki. Nie potrafiłam jednak zerwać tego kontaktu od razu rzuciłam ramię na jej piersi, czule obejmując jej szyję i gładząc rozgrzaną twarz. Nasze oddechy, dotąd rwane i głośne, powoli wracały do zbawiennej równowagi, wypełniając ciszę pokoju miarowym, spokojnym rytmem. Marta patrzyła na mnie z dołu, a na jej ustach malował się najpiękniejszy, pełen satysfakcji i ciepła uśmiech.

Z cichym mruknięciem obkręciłam się na bok, przytulając się do niej całym ciałem. Zupełnie naturalnie zarzuciłam swoją nogę w beżowej pończosze wysoko na jej biodro, wsuwając udo głęboko między jej wciąż rozwarte, rozgrzane nogi. Marta zareagowała natychmiast, oplotła mnie ramionami, zamykając w szczelnym, bezpiecznym kokonie. Rozkoszowałyśmy się każdym milimetrem tego dotyku, chłonąc fakt, że ten moment należy wyłącznie do nas. Nasze usta spotkały się ponownie, ale tym razem te pocałunki były zupełnie inne czułe, niespieszne i kojące, będące pięknym podziękowaniem za to całe szaleństwo. Choć najsilniejsze spazmy minęły, wciąż czułam pod skórą przyjemną, ciepłą falę spełnienia. Marta doskonale to wyczuwała. Zaczęła mnie powoli wygaszać, przesuwając otwartą dłonią po moim ciele w zmysłowym, błądzącym tańcu. Jej palce gładziły mnie delikatnie od rozpiętego stanika na piersi, przez talię, aż po udo, które wciąż na niej spoczywało.
Gdy jej dłoń znów znalazła się wyżej, ujęłam ją delikatnie. Wsunęłam swoje palce między jej, mocno je splatając, po czym uniosłam naszą złączoną dłoń do ust i ucałowałam jej kostki z głębokim, dziękczynnym uwielbieniem.

Leżałyśmy tak, trzymając się mocno za ręce i wymieniając leniwe, miękkie pocałunki. Całe napięcie, dziki żar i drapieżność tej nocy powoli opadały, niczym kurz po wielkiej burzy, zamieniając się po prostu w najczystszą, głęboką czułość, która otuliła nas mocniej niż hotelowa pościel...

Wyciszone i splecione ramionami, leżałyśmy w półmroku zakopiańskiej sypialni. Bliskość naszych ciał wciąż niosła ze sobą echo niedawnych uniesień, ale zmysłowy szał powoli ustępował miejsca głębokiej, intymnej potrzebie rozmowy.
Marta pierwsza przerwała ciszę, gładząc kciukiem moje złączone z jej palce.
— Muszę przyznać, Pani Wójt... — zaczęła, a w jej głosie, wciąż lekko zachrypniętym od jęków, zabrzmiała nuta udawanej powagi. — Twój program rozwoju infrastruktury miłosnej w tej gminie przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Inwestycja zwróciła się z nawiązką.
Uśmiechnęłam się szeroko, całując ją w czubek nosa.
— Staram się jak mogę, Pani Zastępczyni. Dofinansowanie z funduszy czystej namiętności zostało w pełni wykorzystane, ale tak zupełnie szczerze... — Mój głos spoważniał, a ja mocniej wtuliłam się w jej ramię. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak wolna. Ta noc... to, jak na mnie reagujesz, jak potrafisz mnie przejąć na własność... to jest obłędne, Martuś.
— Ja też to czułam — szepnęła Marta, przytulając twarz do moich ciemnych włosów. Jej uśmiech jednak powoli wygasł, ustępując miejsca głębokiemu westchnieniu. — I właśnie to zaczyna mnie przerażać, że to jest tak dobre, tak czyste... a jednocześnie tak bardzo niemoralne...

Ciepły nastrój minionych chwil nagle skurczył się, ustępując miejsca znajomemu, bolesnemu ciężarowi. Żal, który obie tak starannie spychałyśmy na margines codzienności, wlał się między nas do łóżka.
— Dlaczego nie możemy tak na co dzień? — zapytała Marta, a w jej oczach, dotąd błyszczących rozkoszą, wezbrały smutne iskry. — Dlaczego musimy kraść te minuty, chować się po hotelach na drugim końcu Polski, zamykać drzwi na trzy spusty i sprawdzać, czy nikt nie patrzy na parkingu? Żyjemy w pieprzonym cieniu, Alu. Ta cała nasza namiętność, to wszystko, co nas łączy... dla świata po prostu nie istnieje. Musimy udawać urzędowy chłód, podczas gdy ja na każdym zebraniu rady mam ochotę po prostu podejść i Cię dotknąć.
Patrzyłam na nią, a moje serce ścisnęło się z bólu. Doskonale znałam to uczucie duszności.
— Wiem, kochanie. Wiem, jak to boli — odpowiedziałam cicho, gładząc jej odsłonięty pośladek, starając się przelać w ten gest całe swoje wsparcie. — To jest cena za to, gdzie jesteśmy i kim jesteśmy w oczach tych wszystkich ludzi. Nasza namiętność nie może ujrzeć światła dziennego, bo to światło natychmiast by nas spaliło. Małe miasteczko, plotki, stanowiska oraz nasze rodziny, mój mąż, dzieci i Twoi rodzice... wiesz, jak jest.
Marta pokiwała głową, ale jej myśli powędrowały jeszcze dalej, w stronę tematów, które od dawna budziły w niej największy lęk.
— A co z rodziną, Alu? — zapytała z wyraźną troską i drżeniem w głosie. — Przecież obie mamy bliskich, mamy jakieś zobowiązania, oczekiwania społeczne. Czasem patrzę na moich rodziców, na to, jak pytają o moją przyszłość, o stabilizację... i czuję potworne wyrzuty sumienia. Boję się, że ich zawiodę. Boję się, że to wszystko runie, jeśli prawda wyjdzie na jaw. A co, jeśli Ty też w końcu uznasz, że koszty są zbyt duże? Że rodzina i spokój są ważniejsze niż my?
Usiadłam lekko, opierając się na łokciu, by spojrzeć jej prosto w oczy. Te same wątpliwości gnębiły mnie każdego dnia, ale teraz, widząc jej bezbronność, musiałam znaleźć siłę za nas obie.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedziałam, uspokajając jej rozedrgane dłonie we własnych. — Też mam te myśli. Też budzę się w nocy i zastanawiam się, „co jeśli”, ale lęk nie może rządzić naszym życiem. Moja rodzina, Twoja rodzina... oni nas kochają, ale nie przeżyją za nas życia. Uczę się uspokajać ten głos w mojej głowie, który mówi mi, że robię coś złego. Nie robię nic złego. Kocham Cię i to jest jedyna prawda, której jestem pewna.

Marta spojrzała na mnie, a w jej oczach strach powoli zaczął ustępować miejsca determinacji.
— Więc nie zamierzasz odpuścić? — zapytała, chwytając mój podbródek, dokładnie tak, jak ja zrobiłam to kilka godzin wcześniej.
— Nigdy w życiu — odpowiedziałam bez wahania, z pełną powagą i żarem w głosie. — Nie mam zamiaru tego kończyć. To, co mamy, jest zbyt cenne, żeby oddać to walkowerem z powodu strachu przed ludzkim gadaniem. Będziemy walczyć o każdą sekundę, o każdy taki wyjazd jak ten do Zakopanego.
Marta uśmiechnęła się przez łzy, a jej dłoń splatała się z moją jeszcze mocniej, mocno dociskając nasze nagie ciała do siebie.
— Masz rację — szepnęła, a w jej głosie znów pojawiła się ta ciepła, szelmowska nuta. — Cieszę się z każdą chwilą spędzoną z Tobą. Choćby to miało być tylko w cieniu, to i tak ten cień przy Tobie jest jaśniejszy niż jakikolwiek dzień bez Ciebie.
Zbliżyłyśmy się do siebie, pieczętując te deklaracje długim, spokojnym pocałunkiem, w którym żal i lęk ostatecznie rozpuściły się w czystej, niezłomnej miłości.

Po tej długiej, oczyszczającej rozmowie, z której zeszły wszystkie najtrudniejsze emocje, nadeszła pora na zasłużony odpoczynek. Naciągnęłam na nas puszystą, ciepłą kołdrę, odcinając nas ostatecznie od chłodu zakopiańskiej nocy i od całego zewnętrznego świata.
Zanim jednak zamknęłam oczy, przez moją głowę przemknęła jeszcze ostatnia fala myśli. Moje emocje powoli układały się w sercu w głębokie poczucie wdzięczności i spokoju. Patrzyłam na profil Marty w księżycowym świetle i czułam, że mimo wszystkich trudności, ryzyka i życia w cieniu, warto trwać przy tym, co nas łączyło. Strach przed przyszłością ostatecznie rozpłynął się w cieple jej bliskości.

Obie, skrajnie wyczerpane fizycznym uniesieniem i emocjonalnym rollercoasterem, zaczęłyśmy powoli odpływać. Nasze ciała pozostały idealnie splecione. Marta wtuliła się we mnie mocno, chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi, i zmysłowym, leniwym ruchem zarzuciła swoją nogę na moje biodra, jakby nawet przez sen chciała upewnić się, że nigdzie nie zniknę. Przytuliłam ją mocniej, całując delikatnie w czubek głowy. W tak bezpiecznym, szczelnym uścisku, przy miarowym biciu naszych serc, obie ostatecznie odpłynęłyśmy w głębokie, spokojne objęcia Morfeusza, zostawiając wszystkie urzędowe troski daleko za drzwiami tego pokoju.
***
Promienie porannego, zakopiańskiego słońca nieśmiało przebiły się przez zasłony, budząc nas do życia. Obie otworzyłyśmy oczy dokładnie w tym samym stanie, w jakim zasnęłyśmy lekko rozczochrane, wciąż ubrane w bieliźniane paski i pończochy, które po nocnych szaleństwach lekko się poprzesuwały.
Marta mruknęła cicho, mocniej wtulając się w mój bok, a jej dłoń leniwie powędrowała na moje udo.
— Dzień dobry, Pani Wójt — szepnęła zaspaspana, a na jej twarzy od razu pojawił się ten sam figlarny, szelmowski uśmiech. — Jak tam samopoczucie na porannym raporcie?  
— Raport wykazuje absolutne zadowolenie, Pani Zastępczyni — zaśmiałam się cicho, odwracając się do niej i kradnąc jej szybki, poranny pocałunek. — Choć muszę przyznać, że niektóre procedury z nocy zostawiły we mnie spore zakwasy.  
— Oho, czyżby oficjalna reklamacja? Mogę powtórzyć proces, jeśli audyt wypadł niejasno — mruknęła, przesuwając palcami niebezpiecznie blisko mojego podbrzusza.  
— Żadnych audytów przed kawą! — pisnęłam, łaskocząc ją pod burtą, na co Marta zareagowała głośnym śmiechem, uciekając pod kołdrę.
Te poranne czułości, pełne lekkiego, przekornego dialogu, przeciągnęły się o dobre pół godziny, aż w końcu, wspólnie, wciąż złączone uściskami, powędrowałyśmy pod gorący prysznic. Ciepła woda zmywała z nas resztki nocnego potu, ale nie zmyła tego magnetycznego napięcia skończyło się na długich, namiętnych pocałunkach pod strumieniami wody, które ostatecznie postawiły nas na nogi.
***
Czas jednak naglił. Powrót do rzeczywistości i naszych oficjalnych ról zbliżał się nieubłaganie. Po wyjściu z łazienki zaczęłyśmy pakować walizki, a potem przyszedł czas na ubranie się. Postawiłyśmy na nieco luźniejsze, ale wciąż niezwykle zmysłowe i eleganckie zestawy.
Moja stylizacja tego poranka była mixem drapieżności i weekendowego luzu. Jako bazę wybrałam nową, granatową bieliznę koronkową oraz ciemne pończochy samonośne, które idealnie opięły moje uda. Na wierzch założyłam skórzaną spódniczkę mini, eksponującą nogi, klasyczny, czarny t-shirt,, miękki, kremowy sweterek z kapturem, który nadawał całości swobodnego charakteru. Na nogi wsunęłam zamszowe, sznurowane botki na wysokiej szpilce, które optycznie wydłużyły moją sylwetkę.
Marta postawiła na sprawdzoną klasykę z nutą nowoczesności. Zostawiła na sobie kozaki na szpilkach, które miała poprzedniego dnia, oraz dopasowane dżinsy. Do tego dobrała białą koszulę z podwiniętymi rękawami oraz elegancką, biurową kamizelkę, która doskonale podkreślała jej talię i profesjonalny, a zarazem szalenie pociągający look.

Śniadanie i powrót do domu
Gdy spakowane walizki wylądowały w bagażniku samochodu, zeszłyśmy do hotelowej restauracji na śniadanie. Przy stoliku w rogu sali, pijąc mocne espresso i jedząc chrupiące croissanty, znowu byłyśmy „oficjalne”. Rozmawiałyśmy o zbliżających się sesjach rady gminy, o budżecie i sprawach bieżących, ale pod stołem moja stopa w zamszowym botku co chwilę ocierała się o kozak Marty. Te ukradkowe spojrzenia, te drobne uśmiechy znad filiżanek były naszym małym, słodkim sekretem.

W końcu ruszyłyśmy w drogę powrotną. Krajobraz Tatr powoli niknął we wstecznym lusterku, ustępując miejsca dobrze znanym nam terenom naszej gminy. Marta skupiła się na prowadzeniu auta, a w samochodzie cicho grała muzyka.  

Usiadłam głębiej w fotelu pasażera, patrząc na przesuwające się za oknem drzewa. Moje myśli i emocje pulsowały niesamowitą intensywnością. Czułam ogromne spełnienie, spokój, ale też rodzącą się na nowo tęsknotę. Ta noc w Zakopanem udowodniła mi, że to, co jest między mną a Martą, to nie jest chwilowe zauroczenie. To potężne, głębokie uczucie, dla którego byłam w stanie zaryzykować naprawdę wiele.
Wiedziałam, że gdy tylko przekroczymy próg urzędu, znów założymy maski. Znów będę „Panią Wójt”, a ona moją „Zastępczynią”, ale świadomość tego, co kryje się pod moją skórzaną mini i jej biurową kamizelką, sprawiała, że na samą myśl o powrocie do biura i kolejnych, wspólnych dniach, po moim ciele przechodził przyjemny dreszcz wyczekiwania na kolejną część naszej tajemnicy...

3 komentarze

 
  • Użytkownik gosiak89

    opisujesz barwnie, zmysłowo i pięknie relację na pograniczu ;) malując słowem sprawiasz, że z każdym przeczytanym słowem, z każdą przeczytana przygodą, człowiek zaczyna coraz bardziej kibicować bohaterkom i zdarza mi się wielokrotnie uśmiechnąć, gdy wszystko się układa :*

    13 godz. temu

  • Użytkownik iskra957

    @gosiak89 O to też chodzi :*

    4 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Pięknie namalowałaś.. tyle obrazów zmysłowych scen.. dziekuje

    Wczoraj 10:25

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub Napalowałam? Xddd

    Wczoraj 10:27

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub A proszę Cię bardzo :p Ciesze się, że sie podobało :*

    Wczoraj 10:29

  • Użytkownik Jakub

    @iskra957 jak to mówią wulgarnie wybolcowałaś.. na pal sztywny.. a poważnie litrówka, wybacz już poprawiłem..

    Wczoraj 10:29

  • Użytkownik iskra957

    @Leif, trzymałeś kciuki za ten cykl, dlatego tę część dedykuję Tobie :p

    Wczoraj 8:06