Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

W Zaciszu Urzędu II: Rozkwit Romansu

W Zaciszu Urzędu II: Rozkwit RomansuMinął miesiąc od tamtego pierwszego upojnego momentu w gabinecie. Od tamtej chwili wszystko nabrało innego kolorytu. Każde spojrzenie Marty, każdy jej gest, dotyk dłoni, czy szept w pustym biurze stawały się dla mnie jak iskra, od której zapalało się całe moje ciało. W urzędzie pozostawałyśmy poważne, rzeczowe, wójt i zastępczyni, a jednak, gdy tylko korytarze pustoszały, a echo kroków gasło w ciemniejących salach, stawałyśmy się po prostu dwiema kobietami spragnionymi siebie.
Czułam się rozdarta, ale i szczęśliwa. Wracałam do domu, do męża i dzieci, pilnując, by niczego im nie brakowało. Żyłam jak zawsze a jednak we mnie samej kipiało coś nowego. Marta sprawiała, że odzyskiwałam młodzieńczą lekkość, radość, że na nowo czułam się pożądana, żywa. Ilekroć zamykałam oczy, widziałam jej uśmiech, jej oczy, czułam smak jej ust. Wystarczyło wspomnienie, bym drżała w środku.

Kiedy w ten piątek mąż zabrał dzieci do rodziny, zostałam sama w domu. Powiedziałam, że chcę odpocząć po ciężkim tygodniu, ale prawda była inna. W ciszy pustych pokoi czułam ekscytację, która rosła we mnie z każdą chwilą. Wolność, której dawno nie miałam, smakowała słodko jak wino. Sięgnęłam po telefon, „Przyjedź do mnie” – napisałam, wiedząc, że te słowa znaczą więcej niż zaproszenie. Wiedziałam, że ta noc będzie inna. Pierwszy raz spotkamy się nie w cieniu urzędu, lecz w moim domu, w moim świecie, i że właśnie tu otwierałam przed sobą coś, co staje się czymś więcej niż tylko chwilą skradzioną w czterech ścianach biura.

Czekałam na nią na werandzie, wciąż w stroju z pracy w żółtej bluzce, granatowej spódniczce ozdobionej delikatnym wzorem, w szpilkach, pod którymi kryły się pończochy z koronkowymi manszetami i pasem. Czułam, jak słońce zachodząc oplata mnie złotym światłem, jakby przygotowywało scenerię dla czegoś niezwykłego.

Kiedy pojawiła się Marta, serce zabiło mi szybciej. Szła powoli, w białej bluzeczce z czarnymi szwami, w czarnej spódniczce i eleganckich sandałkowych szpilkach. Miała ze sobą teczkę dla pozoru, dla niepoznaki, ale jej oczy zdradzały wszystko. To spojrzenie mówiło mi, że przychodzi tu nie jako urzędniczka, lecz jako moja Marta.
Wstałam i ruszyłam ku niej, a uśmiech sam wykwitł mi na twarzy, gdy zobaczyłam ten błysk w jej oczach. Zachodzące słońce rozświetlało nasze sylwetki i odbijało się w jej włosach, nadając im niemal ognistą poświatę. Gdy nasze dłonie się spotkały, poczułam ciepło, które przeszło przez całe moje ciało. Przeprowadziłam ją przez werandę, zamykając za nami oszklone drzwi. Od tej chwili świat zewnętrzny przestał istnieć tu, w tej przestrzeni, należałyśmy tylko do siebie. Oparłam ją lekko o drewnianą szafę stojącą przy drzwiach, a promienie słońca wpadające przez szybę tańczyły po jej twarzy i szyi. Nie mogłam już czekać.

Nasze usta spotkały się gwałtownie, a zarazem czule całowałam ją zachłannie, jakby każda sekunda oddalenia była stratą. Marta odwzajemniała pocałunek z równą namiętnością, a ja czułam, jak wszystkie tęsknoty zebrane przez ostatnie dni w jednej chwili znajdują swoje spełnienie. Wciąż stałyśmy w progu, przyciśnięte do siebie, jakbyśmy bały się choćby na moment rozdzielić. Nasze usta pochłaniały się nawzajem w namiętnych, zachłannych pocałunkach, języki splatały się w dzikim, a zarazem cudownie harmonijnym tańcu.

Czułam, jak pragnienie przyspieszało, moje gesty, a dłonie same odnajdywały guziki jej bluzki. Odpinałam je szybko, ale z naturalną gracją tak, jakby czyniła to muzyka, która od dawna grała w moim sercu. Materiał ustąpił pod palcami i ześlizgnął się na podłogę, odsłaniając biało-czarną koronkę stanika. Moje usta nie odrywały się od jej ust, nasze oddechy stapiały się ze sobą, a dłonie błądziły, jakby każda chciała nauczyć się na pamięć ciała drugiej.

Marta oplatała mnie ramionami w talii, przyciągając mocniej do siebie, a ja ujmowałam jej szyję, gładziłam ramiona, piersi, przesuwałam się wzdłuż jej talii aż do bioder. Tam nie mogłam się zatrzymać z cichym westchnieniem podwinęłam materiał jej spódniczki. W moich oczach ukazał się obraz, który sprawił, że zadrżałam pas do pończoch, cienkie koronki i bielizna idealnie dopełniająca stanik. Światło zachodu, wpadające przez oszklone drzwi, igrało na jej skórze, a ja miałam wrażenie, że czas stanął i liczyło się tylko to, że była tu, w moich ramionach, oraz że mogłam ją odkrywać kawałek po kawałku.

Zgrabnym, pewnym ruchem wsunęłam dłonie pod delikatny materiał jej bielizny i powoli zsunęłam ją w dół, wzdłuż zmysłowych linii jej ud. Wraz z tym gestem oddech Marty przyspieszył, a jej ciało odpowiedziało drżeniem, jakby każda chwila odkrywania była dla niej elektrycznym dotykiem. Obróciłam ją delikatnie, tak że stanęła plecami do mnie, twarzą ku zachodowi i szklanym drzwiom, przez które wdzierało się złote światło wieczoru. Oplotłam jej talię ramionami, przyciągając ją do siebie. Jej ciepło przylgnęło do mojego ciała, a ona, odwracając głowę, ofiarowała mi kolejny pocałunek, głęboki, zachłanny, z jękiem skrytego pragnienia.

Po chwili, gdy nasz oddech splótł się w jeden, uniosłam dłoń i przyłożyłam palce do jej ust. Marta uchyliła wargi, przyjęła je z miękkością i zmysłowym oddaniem, oplatając je swoimi ustami. Jej język wirował wokół nich w tańcu pełnym intymnej czułości i ukrytego ognia, a mnie przeszedł dreszcz rozkosznej słabości.

Światło słońca, prześwitujące przez szkło, malowało nas w blasku jak na obrazie, dwie kobiety w zatrzymanym kadrze namiętności, czerpiące z siebie tak łapczywie, a zarazem z taką uważną czułością, że czas wokół nas przestawał istnieć.

Palce, które przed chwilą błądziły po jej ustach, poprowadziłam niżej w stronę jedwabistej tajemnicy, którą osłaniała jej rozpalona kobiecość. Musnęłam ją najpierw delikatnie, jakby wstępem do melodii, by zaraz zatoczyć powolne kręgi, rozlewające się po niej falą ciepła. Marta zadrżała, jej oddech przyspieszył, stawał się coraz bardziej urywany, a jej ciało zaczęło wić się w moich ramionach niczym smukły wąż wijący się w rytmie namiętności. Plecy miała oparte o moje piersi, a biodra niespokojnie poddawały się rytmowi mojej dłoni. Wilgoć, którą poczułam pod opuszkami, nadawała gestom naturalny poślizg, czyniąc każdy ruch głębszym, bardziej pełnym. Jej ciche westchnienia stawały się muzyką, pulsującym akompaniamentem dla naszego sekretnego tańca. Czułam, jak nasze ciała zsynchronizowały się w tym niewidzialnym rytmie. Jej biodra poruszały się w odpowiedzi na moje pieszczoty, a ja poddawałam się tej harmonii, jakbyśmy wspólnie pisały jedną, płynną melodię rozkoszy.

Światło słońca przeciskało się przez szybę, oplatając nas złotym blaskiem i w tej złotej poświacie my dwie, zatrzymane w progu, stawałyśmy się własnym światem, własnym spektaklem, w którym role były proste: pragnienie i spełnienie. Marta wysunęła rękę do tyłu, szukając moich włosów. Jej palce wplotły się w nie z nagłą, łapczywą czułością. Czułam, jak przyciągała mnie lekko ku sobie, jakby chciała jeszcze mocniej przytrzymać, zatrzymać mnie w tym pocałunku, który był jednocześnie gwałtowny i miękki, rwany i kojący. Jej twarz, odchylona i wciąż zwrócona ku mnie, co chwila odnajdywała moje usta raz przywierając do nich głęboko, raz tylko muskając je w drżącym rozwarciu, z którego wydobywał się przyspieszony oddech, przecięty krótkimi, niekontrolowanymi jękami.

Ja nadawałam rytm coraz bardziej zdecydowany, coraz pełniejszy, kolistymi ruchami dłoni, która tańczyła w najwrażliwszym miejscu jej ciała. Dynamika rosła, a wraz z nią rozgrzane drżenie Marty, jej ciało coraz śmielej poddające się mojej dłoni. Byłyśmy jak dwie fale, spotykające się w jednym nurcie, jedna wybuchowa, druga prowadząca, ale obie splecione w jeden rytm. W progu, w świetle zachodzącego słońca, Marta wiła się w moich ramionach, a ja czułam, że trzymałam w dłoni puls jej pragnienia.

Marta była już o krok od granicy, jej ciało falowało w moich ramionach, lecz wtedy świadomie zatrzymałam ten rytm. Delikatnie odsunęłam dłoń i obróciłam ją bokiem ku sobie. Chciałam widzieć jej twarz, zanurzyć się w jej spojrzeniu. Jej oczy, rozświetlone blaskiem słońca i podsycone żarem chwili, wpatrywały się we mnie z niemym pytaniem.

Unosząc rękę do ust, powoli, zmysłowo oblizałam palce, które przed chwilą pieściły jej najczulsze miejsce. W oczach Marty zapłonęła iskra, błysk ekscytacji i wyzwania, jakby ten gest otworzył w niej kolejną falę pragnienia. Nie odrywając od niej spojrzenia, ponownie wsunęłam dłoń ku jej rozgrzanej kobiecości, tym razem głębiej, w jej pulsujące oddechem wnętrze. Wilgoć i gorąco przyjęły mnie natychmiast, jakby od zawsze tam czekały. Poruszałam palcami powoli, z namysłem, pozwalając, by każda chwila niosła w sobie pełnię napięcia. Czułam, jak jej biodra instynktownie odpowiadały, jak ciało wyginało się w rytm moich ruchów. Marta tuliła moją twarz, co chwila odnajdując moje usta, jej pocałunki były już urywane, niespokojne, drżące od pragnienia, jakby każde zetknięcie naszych warg miało uchronić ją przed utratą tchu. Patrzyłam na nią, w jej oczy, w których mieszały się ekstaza i czułość, wiedziałam, że prowadziłam ją ku granicy, ale tym razem chciałam być świadkiem jej całkowitego oddania. Zmysłowo prowadziłam ją coraz głębiej w wir pragnienia, aż w pewnym momencie dodałam nowy akcent, trzeci palec, który znalazł drogę do drugiego, równie czułego miejsca. Marta zadrżała cała, jakby niespodziewana fala przeszła przez jej ciało. Moje ruchy nabrały tempa, pulsowały rytmem jej oddechu. Jej biodra falowały w odpowiedzi, a każdy mój gest spotykał się z westchnieniem, które przechodziło w urywane jęki. Czułam, jak jej oddech stawał się coraz płytszy, coraz szybszy, jak jej ciało nie umiało już powstrzymać reakcji.

Objęła mnie kurczowo, wtulając się w moją szyję, jakby tylko tam mogła znaleźć oparcie w chwili, gdy ekstaza całkowicie przejęła nad nią władzę. Jej drżące ciało wiło się w moich ramionach, a ja przytrzymywałam ją mocno, prowadząc przez tę falę, aż rozbrzmiała we mnie cała w szepcie, w drżeniu, w ogniu, który wypełnił nas obie.

Blask zachodzącego słońca otulał nas jak miękki welon, gdy wciąż trwałyśmy w progu, w naszym teatrze namiętności. Nasze usta wciąż odnajdywały się łapczywie, ale w przerwach na krótkie uśmiechy rodziła się nowa czułość, ta najpiękniejsza, gdy namiętność i tkliwość splatają się w jedno.

Z gracją pozbawiałam Martę kolejnych warstw. Spódniczka opadła bezszelestnie na podłogę, a ona stanęła przede mną jak wizja spełnienia: w koronkowym staniku, pończochach z pasem i smukłych szpilkach. Czułam, że staje się dla mnie nie tylko kochanką, lecz ucieleśnieniem pragnienia.
Marta nie pozostawała mi dłużna, jej dłonie rozpinały guziki mojej bluzki z powolnym namysłem, jakby chciała zapamiętać każdą chwilę odsłaniania mojej skóry. Pomogłam jej, wysuwając się z granatowej spódniczki, którą sama zsunęłam po biodrach, aż osiadła u naszych stóp.
I tak, krok po kroku, dotyk po dotyku, pozbywałyśmy się resztek bielizny, jakby każda koronka była tylko kolejną zasłoną, którą musiałyśmy unieść, by być bliżej siebie, a gdy już zostałyśmy jedynie w pończochach z pasami i wysokich szpilkach, nasze ciała spotkały się w pełni nagie, drżące, oddane w pocałunkach, które nie znały końca.
Marta obróciła mnie z czułą stanowczością, aż plecami oparłam się o chłodne drewno szafy. W jej spojrzeniu migotał błysk, mieszanina odwagi i oddania, której nie potrafiłam się oprzeć. Zsunęła się powoli w dół, klękając przede mną, jakby w naturalnym geście hołdu.

Czułam, jak serce przyspieszało, gdy jej usta zbliżyły się do mojego najbardziej ukrytego miejsca. Pierwszy pocałunek był jak dotknięcie świętości, delikatny, a zarazem pełen nabożnej namiętności. Gdy język Marty zaczął błądzić, badając mnie z uwagą i żarem, moje ciało zareagowało natychmiast oddech rwał się z piersi krótszy, szybszy, jakby nagle zabrakło mi powietrza w płucach. Plecy wtuliłam mocniej w szafę, dłonie bezwiednie powędrowały do jej włosów, splątując się w blond kosmykach, by prowadzić, by być bliżej. Każdy ruch Marty, każdy muśnięty zakamarek sprawiał, że moje biodra drżały w odpowiedzi, a z ust wyrywały się ciche westchnienia, niby modlitwy, niby skargi, w których odbijała się czysta ekstaza. Moje ciało wiło się w rytmie, który Marta wyczarowywała językiem raz gwałtowniejszym, raz spokojniejszym, lecz zawsze przepełnionym pasją i czułym poszukiwaniem. Jej usta zdawały się grać na mnie niczym na instrumencie, a ja stawałam się melodią, którą wydobywała z najgłębszych zakamarków mojej skóry i duszy. Ręce nie potrafiły odnaleźć spokoju. Błądziły w chaotycznym uniesieniu. To obejmowałam własne piersi, czując jak twardnieją pod moimi dłońmi, to przysuwałam palce do ust, muskając je językiem, jakby próbując skosztować odrobinę tej rozkoszy, którą dawała mi Marta. Czasem znów odrzucałam włosy na plecy, szukając ulgi w tym nagłym nadmiarze pragnienia. Wargi zaciskałam na zmianę raz zagryzając je, by powstrzymać krzyk, innym razem otwierając się w jękach, które same wyrwały się z głębi gardła. Mój oddech rwał się jak płomień na wietrze, szybki, niespokojny, nieujarzmiony, a w tym wszystkim Marta trwała przy mnie, nie przestając, wirując językiem w coraz to nowych kręgach ekstazy, aż czułam, że tracę granice między sobą a nią, między ciałem a drżeniem powietrza wokół nas.

Kiedy Marta wysunęła usta, jej miejsce zajęły dwa palce, które z wprawą i czułością odnalazły drogę do mojego wnętrza. Jej spojrzenie zatrzymało się w moim, głębokie, intensywne, jakby chciała upewnić się, że każdy jej ruch odbija się we mnie echem. Odpowiadałam bez słów całym ciałem, które drżało i wiło się, a dłonie zaciskały się na moich piersiach, szukając ulgi dla tego narastającego żaru. Marta nie poprzestała, palce wypełniały mnie rytmem, a w tym samym czasie jej język powrócił, muskając spragniony koralik wilgotnym, rozpalonym dotykiem. Jej pieszczoty nabrały pasji, żywiołu, jakbyśmy obie płonęły w tym samym ogniu.

Nie wytrzymałam, objęłam jej głowę i przycisnęłam mocniej, pragnąc zatracić się w tym, co mi dawała. Wtedy fala rozkoszy uderzyła we mnie nagle, przeciągłym spazmem, który wyrwał ze mnie jęk tak głęboki, że zdawał się rozedrgać powietrze wokół nas. Całe moje ciało zatrzęsło się serią niepowstrzymanych drgawek, a ja zatraciłam się w ekstazie, która sprawiła, że na moment przestałam istnieć dla świata. Była tylko Marta i ten nieskończony, pulsujący rytm spełnienia.

Marta powoli wstała, a nasze ciała nadal szukały siebie w delikatnym, niemal bezgłośnym tańcu. Piersi stykały się w miękkim uścisku, biodra sunęły o siebie, jakby prowadziły własną, intymną rozmowę. Nasze oddechy splatały się w rytmie, którego nie trzeba było nazywać słowami. Uśmiechy przemykały między pocałunkami, dłonie wędrowały po plecach, talii, ramionach. Każda nieśmiała próba dotyku była pełna czułości i pragnienia jednocześnie.
Zatracałam się w Marcie całkowicie, pozwalając, by świat poza progiem przestał istnieć. Każde muśnięcie warg, każdy powolny obrót ciała był jak deklaracja obecności, jak obietnica bliskości, której nie trzeba wyrażać słowami. W tej subtelnej synchronii, między oddechami i spojrzeniami, odkrywałyśmy siebie nawzajem na nowo, pełne pasji i czułości, w miejscu, które było tylko naszym progiem naszego małego, rozgrzanego świata

Wzięłam krzesło stojące po drugiej stronie drzwi i przesunęłam je w stronę Marty. Zmysłowym ruchem posadziłam ją, a ona lekko rozchyliła nogi, unosząc je subtelnie, szpilki podkreślały linie nóg. Uklękłam przed nią, czując napięcie w każdej krzywiźnie swojego ciała i w jej spojrzeniu, które mówiło wszystko. Pochyliłam się ku niej, a nasze usta spotkały się w krótkim pocałunku, który był obietnicą bliskości. Moje pocałunki i delikatne dotknięcia niosły wdzięczność, pragnienie dawania rozkoszy, ale też smakowania jej obecności, subtelnego ciepła, miękkości, tego jedwabistego oddechu między nami.

Jej oddech przyspieszył, dłonie wplotły się we włosy moje, a palce drżały, chwytając moje ramiona. Czułam, jak nasze ciała poruszały się w rytmie niewypowiedzianych pragnień. Każdy gest, każdy oddech był językiem, który mówił więcej niż słowa, i pozwalał nam zanurzyć się w tej chwili całkowicie.

Skupiłam się całkowicie na Marcie, każdy mój ruch był wyrazem uwagi i oddania. Jej ciało, delikatne i pełne życia, odpowiadało na moje gesty, jakby nasze rytmy były ze sobą w pełnej harmonii. Czułam jej napięcie, oddech przyspieszony, miękkość jej skóry, a każda reakcja niosła ze sobą subtelny język pragnienia. Była dla mnie niczym boska ambrozja, słodycz, której smak chciałam odkrywać powoli i z szacunkiem. W każdym dotyku, w każdej drobnej reakcji Marty, odnajdywałam jednocześnie czułość i namiętność, jakby czas przestał istnieć, a liczyła się tylko ta wymiana bliskości, pełna elegancji i zmysłowego napięcia. Do mojego języka dołączyły palce, wnikając powoli w jej ciało, wyczuwając każdy ruch i reakcję Marty. Jej ciało reagowało natychmiast mięśnie napięły się, biodra poruszały się w rytmie naszych zmysłów, a plecy lekko falowały, jakby tańczyła z moimi dłoniami.

Marta intensyfikowała swoje gesty, odpowiadając językiem i palcami, odnajdując mój rytm, jakby nasze ciała prowadziły własną, cichą rozmowę. Jej reakcje stawały się coraz bardziej wyraźne, a gdy osiągnęła szczyt rozkoszy, drgnęła gwałtownie, unosząc i przyciągając nogi do siebie, a ja obserwowałam i czułam każdą falę jej ciała, smakując w tym pełnię naszego zmysłowego napięcia. Każdy oddech, każde drżenie był dla mnie drogowskazem, każdy gest Marty zaproszeniem do jeszcze większej bliskości. W tej wymianie czułości i pożądania odnajdywałam równocześnie wdzięk i namiętność, jakbyśmy były splecione w jednym, subtelnym rytmie.

Ucałowałam delikatnie jej łono, potem brzuch, aż dotarłam do pępka, jakby chciałam pocałunkiem zapieczętować całą tę rozkoszną podróż, którą chwilę wcześniej jej ofiarowałam. Czułam jeszcze drżenie jej ciała, jej oddech wciąż był przyspieszony, a spojrzenie błyszczało ekstazą i czułością. Powoli, niemal teatralnym, a zarazem naturalnie zmysłowym ruchem, usiadłam okrakiem na jej udach. Nasze pończochy z pasem muskały się przy każdym dotknięciu, tworząc elektryczne napięcie, które przeszywało mnie dreszczem. Nasze usta znów się spotkały w pocałunku głębokim, zachłannym, a jednocześnie miękkim, pełnym czułości. Nasze języki tańczyły ze sobą, jakby chciały zatrzeć wszelkie granice między nami, a piersi ocierały się w gorącym rytmie oddechów. Zaczęłam falować biodrami na jej udach, poruszać się w tempie, które wyłaniało się z samego pragnienia. Czułam jej dłonie na swoich plecach, raz przyciągające mnie do siebie mocniej, raz muskające wzdłuż kręgosłupa niczym płomienie.

W tym spleceniu, w plątaninie oddechów i pocałunków, nie było już żadnych pytań. Była tylko ona i ja, dwie kobiety zatracające się w rytmie wspólnego drżenia. Każde moje falowanie było jak odpowiedź na jej ciało, jak melodia, która rodziła się w nas obydwu i której nie chciałam już nigdy zatrzymać.

Jej usta nagle oderwały się od moich, zostawiając mnie na chwilę w rozkosznym niedosycie. Spojrzałyśmy na siebie w jej oczach dostrzegłam błysk psotnej odwagi, a nasze uśmiechy same się dopełniły. Marta uniosła dłoń, przyłożyła palce do ust i powoli przesunęła po nich językiem, jakby chciała pokazać mi, co za chwilę uczyni. Dreszcz przeszył mnie od karku aż po same biodra, a napięcie we mnie wzrosło jeszcze bardziej.
Nie spodziewałam się tego, gdy jej dłoń odnalazła nową drogę. Palec z odwagą i czułością odnalazł miejsce z tyłu, gdzie dotąd nikt jeszcze nie śmiał szukać. Było w tym coś zaskakującego, intymnego do granic, a jednocześnie poczułam, jak niezwykle dobrze oddaje to moje ukryte pragnienie. Westchnęłam głęboko, a głowę oparłam o jej ramię, jakby szukałam tam oparcia, gdy tymczasem w środku płonęłam.
Jej palec penetrował mnie analnie powoli, uważnie, a ja wcale nie chciałam być bierna. Zaczęłam falować biodrami coraz mocniej, wyczuwając rytm, który mogłyśmy stworzyć razem. Każdy mój ruch w górę i w dół sprawiał, że nasze piersi ocierały się o siebie coraz gwałtowniej, że nasze oddechy zlewały się w jeden.

Znów szukałam jej ust zachłannie, namiętnie, głęboko, jakby pocałunek miał być moją odpowiedzią na każdą jej pieszczotę. W jej ramionach zatracałam się całkowicie, a nowe doznanie otwierało we mnie nieznane dotąd przestrzenie przyjemności, tak intensywne, że chciałam, by ta chwila trwała bez końca.

Czułam, jak jej palec raz spowalniał, zatapiając się we mnie z czułością, a raz przyspieszał, igrając z moim ciałem jak muzyk, który zna każdą strunę swego instrumentu. Te zmiany rytmu doprowadzały mnie niemal do szaleństwa, a ja obejmowałam ją ramionami coraz mocniej, jakby chciałam zatrzymać w sobie tę chwilę, ten dreszcz, ten obłęd rozkoszy. Marta wtuliła się we mnie tak blisko, że czułam jej piersi, jej oddech, jej serce bijące w tym samym rytmie co moje. Jej wolna dłoń objęła mnie w pasie, przyciągając jeszcze bliżej, aż nasze ciała splotły się w jedną całość, ocierając się i falując zgodnie z moim napięciem.

Oparłam czoło o jej czoło, jakbyśmy chciały stopić się ze sobą nie tylko ciałem, ale i duszą. Moje usta otworzyły się bezwiednie, a z gardła wydobywały się ciche, melodyjne jęki, tak miękkie i kruche, że zdawały się bardziej pieśnią niż odgłosem namiętności. Każde westchnienie było błaganiem, a każdy dźwięk wdzięcznością. Moje biodra same znajdowały rytm, wciągając jej palec głębiej, falując raz szybciej, raz powolniej, jakby całe ciało tańczyło dla niej i z nią jednocześnie. W tej bliskości nie było już miejsca na słowa, były tylko oddechy, drżenia i coraz intensywniejsze fale, które zapowiadały nadchodzący kres napięcia. Czułam jej czoło tuż przy moim, nasze oddechy splatały się w jedno, a rozchylone usta ledwie znajdowały przestrzeń, by łapać powietrze między kolejnymi jękami. Moje spojrzenie co chwila tonęło w jej oczach, by zaraz zatracić się znów w drżeniu ciała. Śmiałam się przez dreszcze, ona odpowiadała mi uśmiechem, jakbyśmy wiedziały, że ta chwila jest spełnieniem samej obietnicy, którą składałyśmy sobie od początku. Rozkosz narastała we mnie falami, coraz krótsze i gwałtowniejsze, niczym spiętrzone morze uderzające o brzeg. Marta przyspieszyła, jej dłoń działała pewnie, a ja nie mogłam już inaczej, jak tylko poddawać się temu rytmowi. Moje biodra same odnajdywały tor, nabijałam się na nią z desperacką potrzebą, aż cała stałam się ruchem, drżeniem, jedną melodią z jej dłonią. Byłam już o krok od szczytu, kiedy nagle moje usta znalazły jej usta całowałam ją zachłannie, głęboko, ukrywając w tym pocałunku swój krzyk, tę falę, która we mnie narastała. Nasze języki splatały się, dłonie obejmowały się nawzajem, a ja czułam, jak cała rzeczywistość rozświetla się we mnie tysiącem iskier i wtedy przyszło spełnienie gwałtowne, a jednocześnie błogie, jak rozkwit światła w środku nocy. Fala przetoczyła się przeze mnie od czubków palców po szczyt głowy, sprawiając, że wtuliłam się w nią jeszcze mocniej, niemal drżąc w objęciach, które były moim azylem.

Siedziałam na niej wciąż, jakby świat na zewnątrz nie istniał. Nasze usta nie chciały się rozdzielić, każde kolejne muśnięcie prowadziło do następnego, a ja chłonęłam jej smak i ciepło, jakby mogły na nowo przywracać mi oddech po tym, co przed chwilą przeszło przez moje ciało. Marta obejmowała mnie ciasno, a ja wtulałam się w nią tak, jakby pragnienie bliskości mogło mnie pochłonąć całkowicie. W mojej głowie mieszały się tysiące myśli. Rodzina, obowiązki, cała moja codzienność, której ciężar nosiłam każdego dnia, a obok nich ona. Moja Marta. Żywa, rozpalona, obecna tu i teraz. Jak bardzo chciałam, byśmy mogły mieć dla siebie czas, przestrzeń, zwykłe chwile w normalnych miejscach, a nie tylko ukradkowe spotkania w pracy czy szybkie randki w cieniu lasu. Te ostatnie miały swój dreszcz ekscytacji, ale to… to było inne. To była prawda, której tak bardzo potrzebowałam.

Całowałyśmy się długo, aż pocałunki stawały się spokojniejsze, miększe, bardziej czułe. Zamiast napięcia pojawiło się coś lekko figlarnego. Nasze usta odrywały się na moment, by zostawić krótki uśmiech, szept, drobny żart.
– Gdyby ktoś wszedł teraz jak do gabinetu… – mruknęła Marta, muskając czubkiem nosa mój policzek.
– To pomyślałby, że trwają tu właśnie najważniejsze negocjacje w historii gminy – odpowiedziałam, a obie wybuchłyśmy cichym śmiechem, wciąż przytulone i nieprzerwanie wtapiając się w swoje usta.
Jej śmiech stał się dla mnie jak balsam, rozluźniał napięcie, a zarazem budował tę intymność, której pragnęłam bardziej niż czegokolwiek innego.
- Tak bardzo tego potrzebowałam, tak mocno byłam i jestem Ciebie spragniona – wyszeptałam, opierając czoło o jej czoło. Wciąż czułam, jak drży we mnie echo spełnienia, a jednocześnie chciałam, żeby ta bliskość trwała bez końca.
– Spragniona? – uniosła lekko brew, udając powagę. – To brzmi tak, jakbym miała Cię poić co najmniej jakimś sekretnym eliksirem.
Zaśmiałam się, muskając jej usta kolejnym pocałunkiem.  
– Może i masz w sobie coś z alchemiczki – odpowiedziałam szeptem. – Tyle że Twoja magia działa na mnie szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie.
– A ja myślałam, że to tylko kwestia chemii – mruknęła, wplatając dłonie we włosy na moim karku. – Wiesz, takie reakcje łańcuchowe… przyciąganie, wybuchy, ciepło.
– Nie udawaj mądrej – parsknęłam cicho, gryząc delikatnie jej dolną wargę. – Doskonale wiesz, że wystarczy Twój uśmiech i już jestem bezbronna.
– To źle? – spytała, a w jej oczach zatańczył ten figlarny błysk, który kochałam najbardziej.
– To cudownie – przyznałam bez zawahania. – Chcę być bezbronna przy Tobie. Zawsze.
Na chwilę zapadła cisza, którą wypełniały tylko nasze przyspieszone oddechy i miękkie muśnięcia ust. A potem Marta szepnęła:
– To wiesz… będziesz musiała mi pozwolić częściej ukraść Cię od całego świata.
– Byle tylko nie do lasu – odpowiedziałam półżartem, wtulając się w nią mocniej. – Chociaż… tam też potrafisz mnie zaskoczyć.
Obie roześmiałyśmy się cicho, ale śmiech szybko znów rozpłynął się w pocałunkach długich, smakujących jak najpiękniejsza obietnica.  
Jeszcze chwilę nasze usta błądziły w pocałunkach raz krótkich i zadziornych, raz długich, niemal medytacyjnych. Szeptane słowa przeplatały się z westchnieniami, jakbyśmy obie bały się, że przerwiemy czar chwili.
W końcu zsunęłam się z jej kolan, wciąż czując ciepło jej skóry na sobie. Podniosłam się powoli, jakby to była najtrudniejsza decyzja tego wieczoru, i podążyłam do kredensu. Sięgnęłam po butelkę wina i dwa kieliszki, a kiedy wróciłam, podałam jej dłoń z uśmiechem. Marta spojrzała pytająco, ale bez wahania wplotła palce w moje.
– Chodź ze mną – wyszeptałam.
Prowadziłam ją przez salon ku werandzie. Byłyśmy nagie, ubrane jedynie w pończochy z pasami i szpilki, jak dwa sekrety, które w końcu mogły się objawić światu.
– Nie boisz się, że ktoś nas zobaczy? – spytała półgłosem Marta, w jej oczach błysnęło zawstydzone rozbawienie.
– Nie – uśmiechnęłam się, lekko pociągając ją ku wyjściu. – Przecież widzisz, ile mam tuj i drzew. Jesteśmy tu zupełnie same.
Weranda przyjęła nas ciszą letniej nocy, otulając zapachem żywicy i odległego ogrodu. Usiadłyśmy razem na kanapie, podkulone i wtulone, splecione jak dwie połówki tej samej tajemnicy. Wino powoli rozgrzewało nasze usta i dłonie, ale to ciepło naszych ciał smakowało najpełniej. Obejmowałyśmy się, patrząc sobie w oczy tak intensywnie, że czasem musiałam je zamknąć, jakby spojrzenie Marty przenikało zbyt głęboko. Co jakiś czas składałyśmy na sobie miękkie pocałunki przerywniki rozmów, znak, że każde słowo jest tylko tłem dla naszej bliskości. Rozmawiałyśmy cicho, o wszystkim i o niczym o świecie, który zostawał gdzieś daleko, i o tej jednej chwili, która była teraz całym światem. Siedziałyśmy wtulone w siebie, kieliszki powoli opróżniały się z czerwonego wina, a ja wciąż nie mogłam się nasycić ciepłem jej ciała obok mojego.
– Tak bardzo tego potrzebowałam… – wyszeptałam, muskając jej ucho. – Tak mocno byłam i jestem ciebie spragniona.
Marta uśmiechnęła się figlarnie, jej palce błądziły po moim udzie, przesuwając się po koronce pończochy.
– A ja myślałam, że wójt zawsze ma wszystko pod kontrolą – droczyła się. – A tu proszę… bezradna wobec jednej młodszej dziewczyny.
Zaśmiałam się cicho, przytulając ją jeszcze mocniej.
– Może i mam kontrolę w pracy… ale przy tobie nie chcę jej mieć.
– Ładnie powiedziane – mruknęła, a jej usta odnalazły moje. Pocałowałyśmy się długo, miękko, aż zakręciło mi się w głowie.
Kiedy odsunęła się o centymetr, jej spojrzenie stało się poważniejsze.
– Ala… ja tak bardzo chcę z tobą być. Naprawdę, ale czasem… czasem boli mnie to, że musimy się ukrywać. Spotykać w lesie, po kryjomu…
Pogładziłam ją po włosach, potem musnęłam ustami jej skroń.
– Wiem, skarbie. Mnie też to boli. Marzę o tym, żebyśmy mogły siedzieć tak… jak teraz, w biały dzień, w kawiarni, na spacerze… i żeby nikogo to nie dziwiło.
– Albo żebyś mogła wziąć mnie za rękę, tak zwyczajnie – dodała Marta, a jej głos drżał od emocji. – Bez tego całego… kombinowania.
Chwilę milczałam, patrząc w ciemność ogrodu. Potem odwróciłam jej twarz ku sobie i uśmiechnęłam się ciepło.
– Może świat nie jest jeszcze gotowy… ale ja jestem. I wiesz co? Choćbym miała się z tobą spotykać w najbardziej absurdalnych miejscach, nawet w tym lesie, co zawsze śmiejesz się, że gubię tam buty – to i tak będę szczęśliwa. Bo najważniejsze jest to, że cię mam.
Marta roześmiała się przez łzy i szturchnęła mnie lekko w ramię.
– Gubisz tam buty, bo biegniesz do mnie jak nastolatka!
– A ty udajesz, że tego nie lubisz – odpowiedziałam, parskając śmiechem, i pocałowałam ją z nagłym, radosnym zrywem.
Tak, rozmawiałyśmy jeszcze długo pół żartem, pół serio,  a nasze słowa mieszały się z pocałunkami. Weranda stawała się naszym azylem, maleńkim kawałkiem normalności, którego tak bardzo pragnęłyśmy.

Wieczór przeszedł w noc, a noc  w długie, rozciągnięte godziny, które płynęły inaczej niż zwykle. Wciąż nagie lub tylko okryte miękkimi szlafrokami, krążyłyśmy po domu niczym dwie kobiety wykradzione z codzienności, zatracone w sobie. Prysznic zamienił się w grę mokrych dłoni i pary na lustrze, łazienka  w teatr spojrzeń i śmiechu. W sypialni ciała splatały się jak winorośle, a w kuchni poranne światło padało na nagie ramiona, kiedy zamiast śniadania wybierałyśmy kolejną dawkę czułości.

Kochałyśmy się zawsze wtedy, gdy miałyśmy w sobie siłę i pragnienie, a gdy brakowało energii leżałyśmy przytulone, wpatrując się w siebie albo w sufit, dzieląc się milczeniem, które było równie intymne, co szeptane wyznania. Wino dopełniało atmosfery, kieliszki zostawały w różnych kątach domu, niedopite, jakby czas nie pozwalał dokończyć, bo ważniejsze były pocałunki.
W mojej głowie, choć nasyconej rozkoszą i szczęściem, krążyły tysiące myśli. O niej, o rodzinie, czy aby ktoś nie zorientował się, że Marta nie wyszła z mojego domu, prawie przez weekend, o tym, że te chwile są jak zakazany ogród piękny, lecz ulotny. Czułam radość, a jednocześnie tęsknotę, że trzeba będzie znów schować nas przed światem.

Weekend minął jak sen, szybki, intensywny, nasycony wszystkim, czego pragnęłyśmy, a jednak nadszedł moment, którego obawiałyśmy się obie. Marta zaczęła się zbierać wcześniej, wiedząc, że wkrótce wrócą mój mąż i dzieci.

Stałyśmy jeszcze chwilę w przedpokoju, ubrane w pośpiechu, ale z rozpiętymi płaszczami, jakby żal było zakrywać się do końca. Zatrzymałam ją, przyciągając do siebie w długim, gorącym pocałunku, w którym chciałam zatrzymać cały ten czas.
– Dziękuję ci za ten weekend – wyszeptała, muskając moje wargi. – Było jak sen, Ala.
– Nie… – poprawiłam ją miękko, dotykając jej policzka. – To nie był sen, to było nasze i nikt nam tego nie odbierze.
Uśmiechnęła się, a ja jeszcze raz pocałowałam ją czule, próbując odsunąć moment, w którym otworzy drzwi i zniknie, ale w końcu musiała odejść. Zostałam w ciszy, w pustym domu, w którym nadal unosił się zapach jej skóry i echo naszych śmiechów.

Dodaj komentarz