Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Dwa serca, dwa smutki (XII) "Za wszelką cenę'

Dwa  serca, dwa smutki (XII) "Za wszelką cenę'Zdałem sobie sprawę, jak mało wiemy i jak trudno będzie grupie osiągnąć cel. Udało mi się dotrzeć samemu, ale musiałem spodziewać się przynajmniej sześciu osób. Nie wyobrażałem sobie, że po przepłynięciu kilku kilometrów od serbskiej strony będą w stanie od razu zaangażować się w walkę. Musiałem ich jakoś zapoznać z sytuacją taktyczną, przeprowadzić odprawę, wyjaśnić, co, gdzie i jak, a to musiało zająć czas.
Przewidywałem, że nielegalnie granicę przepłyną w nocy, a od potencjalnego miejsca, które znalazłem jako spełniające wymogi maskowania i skrytego wejścia do wody, do naszej willi było blisko siedem kilometrów, czyli lekko przed nimi był przy sprzyjających warunkach cztery godziny nurkowania w nieznanym akwenie, a nasze profesjonalne rebreathery typu CCR, o zamkniętym obiegu, które dawał skrytość podejścia, eliminując pęcherzyki powietrza na powierzchni, wystarczały dokładnie na cztery godziny. Wszystko na granicy ryzyka. Podzieliłem się z „Vestą” swoimi obawami.
— Dadzą radę, to bojowi nurkowie… — odparła, czule głaszcząc mnie po policzku.
— „Vesta”, kiedy ostatni raz działałaś bojowo pod wodą? Nie licząc misji ćwiczebnych, gdzie zawsze, gdy coś się spieprzy, możesz się wynurzyć? — zapytałem, zdając sobie sprawę, że sam nie pamiętałem, kiedy to było. Ostatnio walczyliśmy na lądzie.
— Nie pamiętam, chyba na Morzu Barentsa, jak ratowałam rozbitków — odparła, zdając sobie chyba sprawę, o czym mówię.
— Muszę po nich wypłynąć, ale potrzebuję butli i aparatu na minimum dwie godziny pracy pod wodą. Mniej więcej wyliczę, ile czasu zajmie im dopłynięcie do tego miejsca. Stamtąd nic nie widać od przejścia granicznego, więc doprowadzę ich tutaj — konkretne myśli zaczęły się formować w mojej głowie.
— Jak ich doprowadzisz, przecież nurkowałeś tu tylko dwa razy, sam nie znasz za dobrze akwenu — słusznie stwierdziła.
— Lampy podczerwieni, będą mieli noktowizory. Wiem, że podczerwień słabo widać pod wodą, ale jest widoczna, tylko muszą być te o krótszej fali, trochę dostrzegalne gołym okiem, ale głębokość zamaskuje ich widzialność. Nie to pasmo co użytkujemy na lądzie — odparłem.
— Skąd je weźmiesz?
— Muszę skontaktować się z naszym człowiekiem tutaj, niech załatwia. Pomyśl, co jeszcze nam potrzeba — poprosiłem.
Czułem, że chce mnie pocałować, przytulić, zaciągnąć do łóżka, byśmy zatopili się w miłosnych uniesieniach, ale musiała dostrzec, że moja głowa zaprzątnięta była czymś innym. Tak już miałem, że gdy się za coś zabierałem, angażowałem się całkowicie. Wyłączałem uczucia, bywałem nawet niemiły dla bliskich. Pamiętałem, jak zachowywałem się, gdy w głowie królowała zemsta na klesze, za to, co zrobił Tamarze i co powiedziałem Katii, i jak się tego potem wstydziłem. Miałem przed oczami jej wyraz twarzy, a w głowie tłukły się słowa mojej zmarłej żony.
— Kompresor do ładowania butli, pianka dla mnie i butla z maską, nie wiem, jak z bronią i amunicją, tymi pistoletami to nic nie zwojujemy — starała się podpowiedzieć i z kompresorem jej wyszło, broń i ammo, miałem nadzieję, że przyciągną nasi, bo stareńki 7,62 mm Tokariew był już u nas dawno wycofany.
Przypomniałem sobie, że miałem numer do taksówkarza po serbskiej stronie, który pracował dla nas. Dzwonienie stąd bezpośrednio do „Wołka” czy Fiodora byłoby skrajną głupotą, zwłaszcza przez kosowskiego operatora. Skoro Serbowie namierzyli telefon tej panny, to bubki z Kosowa mogły zrobić to samo.
Zadzwoniłem do naszego agenta po tej stronie i przedstawiłem mu swoje potrzeby. Czułem, że żądałem zbyt wiele, ale obiecał załatwić wszystko. Dwie butle i piankę miał od ręki, najgorzej było ze specjalistycznym sprzętem i kompresorem.
— Masz możliwość wyjazdu do Serbii i zakupu tam? — zapytałem.
— Tak.
— Czekaj, zadzwonię do kolegi w Serbii, on powinien załatwić, tylko musisz przewieźć — odparłem.
— Nie ma problemu, mojemu znajomemu, który prowadzi szkółkę nurkowania, przyda się nowy kompresor. Te czerwone diodowe lampki też da radę załatwić, one również by mu się przydały — dobrze odgrywał rolę, nie mówiąc bezpośrednio o sprzęcie na podczerwień, ale i ja nie mówiłem otwartym tekstem, wspominając coś o diodach do pracy pod wodą.
— Postara się, pewnie załatwi — zapewniłem, nie mając jednak takiej pewności.
Czułem, że czas uciekał, a informacja o tym, że nasz cel jest w tym miejscu, z pewnością dotarła już do naszych, bo ten meldował to nam i Serbom, a ci od razu przekazywali dane do SZ FR.
— Jadę, muszę się połączyć z tym taksówkarzem, a nie chcę przez kosowskiego operatora, muszę złapać serbską sieć — oznajmiłem Walentynie i podniosłem się z wiklinowego fotela, na którym tkwiłem na tarasie.
— Jadę z tobą — powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, podnosząc się z siedziska. — I nie ma gadania, działamy razem, para nie będzie podejrzana. Wezmę tylko koc i pooglądamy sobie zachód słońca w romantycznym miejscu — dodała, wytrącając mi wszelkie argumenty.
— Ja cię, kiedyś… — rzuciłem, przystając na jej sugestię.
— Pokocham. Mam nadzieję, że to chciałeś powiedzieć — przerwała, udając się do salonu.

Godzinę później, odosobnione miejsce przy granicy serbsko-kosowskiej, leśna ścieżka górska na wysokości około 800 mnpm, po tej stronie jeziora.

To miejsce wydawało się idealne na mapie i nie pomyliłem się. Chwyciłem zasięg serbskiej sieci na dwie kreski i siedząc na polanie, na rozłożonym kocu razem z piękną kobietą wybierałem numer do taksówkarza, który dowiózł nas z Belgradu do przejścia granicznego. Jawa dała radę, a gdyby właściciel tego motocykla rozważał jego sprzedaż, kupiłbym ten okaz bez mrugnięcia okiem.
Obejmowała mnie, siedząc z tyłu w białej, letniej, zwiewnej sukience, co mnie zdziwiło, gdyż pewnie pęd powietrza podnosił jej kiecunię nieco ku górze, ale to był jej wybór. Było ciepło, nawet bardzo, a dzień powoli się kończył, więc mogliśmy podziwiać przecudny zachód słońca, które majestatycznie odbijało się w tafli jeziora pod nami.
— Mirko, słucham.
— Wiózł mnie pan do granicy, nie wiem, czy pan pamięta, miał być kurs do Kosowskiej Mitrovicy, miał pan czapkę z logiem mojej ulubionej kapeli.
— Mitrovicy, ona nigdy nie będzie kosowska — wiedziałem, że rozmawiam z właściwym człowiekiem.
Przedstawiłem swoje żądania, a po drugiej stronie słuchawki słyszałem westchnięcia. Podświadomie zdawałem sobie sprawę, że będzie to trudny temat do ogarnięcia. Szybciej pewnie załatwiłby mi karabin maszynowy, z dwiema skrzynkami amunicji, niż lampy podczerwieni, w nietypowym militarnym paśmie, bo w kwestii sprężarki poszło gładko.
— Ekstra płatna dostawa, ale dopiero jutro po południu, bliżej wieczora, i nic nie obiecuję. Przyjedzie kurier, adres aktualny, czy zmieniony?
— Aktualny, koszty pokryje moja firma, bardzo mi zależy. A czy firma wie o naszym nurkowaniu? — zapytałem.
— Tak, obiecali, że na to konto, co ma końcówkę cztery, osiem, opłacą wasz kurs i podobno ma trwać siedem dni — odparł.
Rozłączyłem się, czując, że coś mi nie pasuje, a „Vesta” lustrowała mnie ciekawskim wzrokiem, nie zwracając uwagi na to, że kraniec sukienki przesunął się tak daleko, że praktycznie mogłem dostrzec jej figi.
— Co się stało? — zapytała, gdy zakończyłem rozmowę.
— Liczba operatorów, którzy mają przybyć, mi nie pasuje. Podał siedmiu, a naszych jest sześciu.
— Może kogoś dokooptowali, z „Zasłona” albo „Alfy”, a może „Wołk” jest tym siódmym? — próbowała mi wytłumaczyć.
„Wołka” odrzucałem, Fiodor nie poszedłby na taki układ. Ostatnio mieliśmy deficyt doświadczonych operatorów. Nie odbudowano sekcji po „Rubinie” i błogosławiłem swoją decyzję, by przechwycić z niej „Dime”. Odstawał w kwestii nurkowania od reszty, ale był wysokiej klasy łącznościowcem i doświadczonym skoczkiem spadochronowym, który wykonywał skoki we wszelkich możliwych konfiguracjach. „Zasłon” też lizał rany po ostatnich stratach, a tam poprzeczka była ustawiona jeszcze wyżej niż u nas. Pewnie z przyjemnością widzieliby w swoich szeregach „Amura”, ale ten już się „zwympielił”, a „Alfa” miała w chuj roboty w Rosji i też traciła ludzi.
Coraz trudniej było pozyskać godny narybek z brygad specnazu. Coraz częściej do jednostek specjalnych trafiali ludzie z przypadku, którym wydawało się, że to lekki kawałek chleba. Najlepiej wpaść na krótko, mieć w CV epizod w grupie bojowej, a potem myk wyżej.
Moi ludzie jawili się jako dinozaury, może z wyjątkiem „Witji”, ale ten miał przynajmniej chęć i chciał dorównać tym mamutom. „Ural” wziął go pod swoje skrzydła, chcąc zrobić z niego drugiego „Burana”, i muszę przyznać, że szło mu to nieźle.
— Martwisz się, widzę to — usłyszałem i dostrzegłem jej przenikliwy wzrok.
— Tak — nie miałem zamiaru kłamać.
— Damy radę, nieraz daliśmy radę. Pamiętasz ostatnią akcję? — rzuciła.
— Nie bardzo rozumiem, dowodził „Amur” — odparłem, nieco zaskoczony jej stwierdzeniem.
Omiotła mnie dziwnym wzrokiem, jakby nie wiedziała, co powiedziałem.
— Jesteś nazbyt krytyczny w stosunku do siebie, nie dostrzegasz tego, co robisz. Wiktorze! — tu podniosła głos, a ja zgłupiałem, słuchając jej w skupieniu.
— Co? — bąknąłem.
— To, że siebie nie doceniasz. Wiktor! Ty nie widzisz tego, że tam wtedy w tym piekle zostałeś ty, a nie on, że ty podałeś koordynaty na siebie i odciągnąłeś tych skurwysynów od naszego odwrotu. Naprawdę tego nie widzisz, czy taki skromny jesteś? — wyrzuciła mi, a ja nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.
— Byłem ranny, to normalne, by osłaniać swoich, tak mnie szkolono… — wyrzuciłem z siebie.
— Przestań pieprzyć, a jeżeli masz kogoś pieprzyć, to mnie. No, na co czekasz? — rzuciła, ściągając z siebie rzeczy, a ja patrzyłem na to z niedowierzaniem.
Pchnęła mnie na koc i zabrała się za pozbawianie mnie odzieży.
— Kocham cię Wiktorze, kocham — mówiła, siedząc na mnie, z takim wyrazem wzroku, jaki nigdy u niej nie widziałem.
Odciągnęła mi ręce za głowę i wbiła się naga na moje ciało. Usta „Vesty” łapczywie i gwałtownie wpiły się w moje i unosząc biodra, sprawnie nakierowała cipkę na fallusa, który dopiero zaczął rosnąć.
Posiadła mnie, a ja wcale nie miałem zamiaru tego przerwać. Biodra „Vesty” zaczęły swój szaleńczy taniec, poruszając się coraz szybciej i szybciej, a wnętrze kobiety szczelnie objęło członka. Nie było w tym nic z sensualności, to był seks ludzi dzikich. Szybki, szalony i nie do określenia. Ledwo łapałem powietrze, całując ją namiętnie, a ona jak dzika amazonka ujeżdżała rumaka. Starego rumaka, bo tak siebie definiowałem.
— Tak, chcę, tak — wyła, gdy wreszcie oderwała usta od moich i wyprostowała się, zwalniając również moje dłonie, które momentalnie powędrowały na jej piersi. Falujące, cudne, krągłe.
Cudem byłoby, gdybym nie doszedł pierwszy. Trysnąłem w jej wnętrze ładunkiem spermy, a ona nie przestawała, będąc nienasyconą. Przyśpieszała ruchy miednicą i wydawała z siebie jęki i odgłosy nadchodzącego orgazmu.
— Taaaak, ajjjjj — wtedy szalała, przyśpieszając do takiej amplitudy, że nie dałbym rady się zgrać.
Opadła na mnie, jęcząc i przez chwilę czułem, jak spazmy orgazmu przeszywają jej ciało. Czułem jej oddech i szybkie bicie serca, jej pot mieszał się z moim, a słońce zachodziło za górami, oświetlając nasze zmęczone ciała.
— Kocham cię — usłyszałem z jej ust po raz kolejny.
— Kocham cię — po raz pierwszy zdobyłem się na to wyznanie, choć nie byłem pewien, czy dobrze robię.
— Jezu, ty to powiedziałeś — nigdy w moim życiu, żadna kobieta, nie doszła tak szybko do świadomości, po odbytym stosunku.
Ten jej wyraz wzroku, jakim na mnie spojrzała, a po chwili ponownie wbiła się ustami w moje wargi, Drżała, płonęła? Sam nie wiedziałem.
— Naprawdę, naprawdę? — szeptała, obejmując mnie ramionami, gdy zakończyła pocałunki.
Słońce schowało się za szczytami i musieliśmy wracać. Ubrawszy się, zeszliśmy w miejsce, gdzie pozostawiłem Jawę i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Zatrzymał nas patrol holenderskiej żandarmerii z UN, dosłownie kilometr przed domem. Zatrzymałem motocykl.
— ID, drive licence, motorcycle documents, insurance — zażądał sierżant żandarmerii.
Wręczyłem mu dokumenty, jakich żądał. Omiótł nas wzrokiem.
— Poland? — zapytał.
— Yes Poland. You have, a problem? — zapytałem.
— This bike isn't yours. Where did you get it? — padło pytanie.
— I have the documents. May I ask you why the Srebrenica massacre occurred? I was on, a mission at the time. A veteran. We have, a problem, the Polish contingent — zagrałem brutalnie, uderzając w holenderskie miękkie podbrzusze i przedstawiając się jako weteran misji w czasie masakry w Srebrenicy, gdzie ich kontyngent temu nie zapobiegł.
Grałem ostro — albo mnie spacyfikuje za chwilę, co brałem pod uwagę, albo puści.
— Go — usłyszałem i pomknęliśmy w kierunku willi.
— Ty kiedyś się doigrasz — oceniła moje zachowanie „Vesta”.
Po kąpieli położyliśmy się w łóżku.
— Czeka nas ciężki dzień, nie rozpraszaj mnie — rzuciłem.
— Obejmij mnie. Proszę. Jutro jest jutro, a dzisiaj to dzisiaj.
Zasnąłem w jej ramionach.

Obudził mnie zapach jajecznicy i dostrzegłem ją w mojej koszuli krzątającą się po kuchni. Przeciągnąłem się i przetarłem oczy. Stała do mnie tyłem, bosa, śliczna i chyba kochana. Sam nie wiedziałem, czy mówiąc jej wczoraj „Kocham cię”, naprawdę czułem to do niej, czy tylko mi się wydawało. Było nam ze sobą dobrze, czuliśmy seksualny pociąg, rozumieliśmy się i pragnęliśmy obecności drugiej osoby.
Dostrzegła, że się obudziłem i odwróciła się. Spod niezapiętej koszuli wysunęły się obie półkule piersi — cudne, krągłe i jędrne. Uśmiechnęła się.
— Śniadanie gotowe, jajecznica z kiełbasą — powiedziała, gestem, zapraszając mnie do stołu.
Promieniała, bacznie mi się przyglądając i przeczuwałem, co było tego przyczyną. W ciszy zjedliśmy posiłek. Poszedłem się umyć, a ona, w tym czasie zaparzyła kawę.
— Jesteś wielka, o tym właśnie myślałem — pochwaliłem, czując aromat czarnego napoju.
— A nie o tym? — odpowiedziała i zsunąwszy z siebie koszulę, siadła naga na moich kolanach, obejmując dłońmi moją głowę.
Była nienasycona, istna kobieta modliszka, której tylko seks w głowie. Starałem się to zrozumieć, była wyposzczona podobnie jak ja, przecież mówiła mi, że od czasu tego wypadku nie spotykała się z mężczyznami, zaspokajając się sama. Potrzebowała ciepła, czułości i całej tej otoczki psychologiczno-fizycznej, jakiej nie daje najlepszy wibrator, czy onanistyczne praktyki.
— O tym też, ale najpierw kawa. Dobrze? — szepnąłem jej do ucha, dłońmi, gładząc jej nagie ciało.
Dochodziła ósma i nie spodziewałem się, że nasz kontakt zadzwoni tak wcześnie. Nie zeszła mi z kolan. Zsunęła jedną z dłoni na szyję, obejmując mnie czule.
— Odmieniłeś mnie Wiktorze, odmieniłeś na lepszą. Wiesz, chce mi się żyć — przyznała się i odłożyła kubek z kawą na stół.
— Też mi jest z tobą dobrze, cudownie — odpowiedziałem, odkładając swój i poprawiając penisa w luźnych bokserkach, bo ten budził się do życia.
— Ściągnij je, niech ma przestrzeń, bo rozerwie ci majtki — poprosiła, czując organ na swoim udzie i podniosła się nieco, a ja zsunąłem jedyną część garderoby, jaką miałem na sobie.
Obawiałem się i wcale nie chodziło, o to, że nasz romans ujrzy światło dzienne. Miałem ciche przyzwolenie przełożonych, nawet rozkaz i nie ten fakt zaprzątał mi głowę. Nie jest dobrze, jak na akcję idziesz z osobą związaną emocjonalnie, podświadomie dbasz o nią, odsuwasz od tego, do czego została przeznaczona, chcąc za wszelką cenę ją uchronić, a przez to nie patrzysz na zmieniające się warunki walki w sposób obiektywny. Prosta droga do popełnienia błędu, niepotrzebnego szafowania życiem pozostałych. Powinienem ją pozostawić, wyłączyć z akcji, ale nie mogłem. Była medykiem, bardzo dobrym, takim jak jej poprzednik, a innego nie miałem w zapasie. Obejdziesz się bez jednego operatora broni zespołowej, bez dowódcy sekcji. Medyk, łącznościowiec i dowódca, to szkielet sekcji.
Upiła kawę i ponownie, odłożywszy kubek, zsunęła dłoń, palcami, drażniąc sterczące prącie i mosznę. Ocierała się delikatnie, dając mi wyraźne bodźce, bym zajął się nią.
— Walentyna — szepnąłem cicho, bo stymulacja zaczynała być coraz odważniejsza. Zsunęła napletek i opuszkami kciuka drażniła odsłonięta główkę organu, pozostałymi palcami, obmacując jądra.
— Klaudia, przypominam ci, że jestem Klaudia — odszepnęła lubieżnie i wziąwszy moją dłoń, skierowała ją pomiędzy swe uda.
Była wilgotna, gotowa na pieszczoty i przyjęcie fallusa. Musnąłem koniuszkiem łechtaczkę, a ona tylko westchnęła i przestawszy stymulować mosznę, dłoń zacisnęła na penisie i zaczęła wykonywać, powolne, delikatne ruchy.
— Chcę jego, wsadź go — szepnęła i podniosła się chwilowo, by po chwili usiąść na mnie okrakiem, po wcześniejszym wprowadzeniu prącia w ciepłe pulsujące wnętrze.
Objęliśmy się wzajemnie ramionami, dociskając ciała do siebie. Oparłem brodę o jej lewe ramie, ona swoją o moje prawe i zaczęła powoli i rytmicznie ruszać biodrami. Delikatnie, powoli, jakby chciała delektować się stosunkiem. Nie było w niej nic z poprzedniej drapieżności i dzikości. Kręciła tyłkiem, dając mi nieziemskie doznania.
— Tak, trzymaj mnie mocno. Tak, tak chcę — szeptała, a kobiece dłonie dociskały mnie jeszcze silniej, palce prawie wbijały się w skórę. — Powiedz to jeszcze raz. Błagam. Powiedz — mówiła to takim tonem, że nie mogłem odmówić, dobrze, wiedząc, co chce usłyszeć.
— Kocham cię — wyszeptałem, a potem moje usta poczęły całować jej szyję.
— Kocham cię — odpowiedziała głośniej i zaczęła delikatnie pogryzać mój płatek ucha.
Ruchy jej ciała stawały się coraz szybsze. Spleceni, w miłosnym uścisku kopulowaliśmy niczym para nienasyconych kochanków, szepcząc sobie nawzajem czułe słówka. Kąsałem delikatnie jej szyję, płatek ucha, liżąc językiem wszystkie kawałki skóry, które miałem w zasięgu, a ona odpłacała się tym samym.
Nasze usta spotkały się w końcu i nie mogliśmy się nasycić pocałunkami. Języki spotkały się i zaczęły swoje passo Doble. Przez ułamek sekundy widziałem jej wyraz oczu i błogość na twarzy, ale to ja pierwszy doszedłem, wyrzucając z siebie:
— Tak, taaa, ojch.
— Wiktor, kocham cię, Koch… — po minucie, może dwóch, usłyszałem to, zdając sobie sprawę, że za chwilę osiągnie szczyt.
Wpompowywałem w nią kolejne porcje nasienia, a penis utrzymywał erekcję, co mnie nieco przyjemnie zaskoczyło. Fale niezdefiniowanej przyjemności targały moim ciałem i jęczałem z rozkoszy.
— … am cię — szczytowała w tej chwili, bo ciało przeszyły spazmy orgazmu, ruchy miednicą stały się szybkie, a wnętrze kobiety wykonywało skurcze i pulsowało.
— Ooo, aaaaa, jaaa — wyrzucała z siebie, a po chwili opadła na moje ramię.
Szybkie oddechy, mocne kołatanie serca — wszystko to powoli wracało do normy. Oboje, uśmiechając się, dotknęliśmy się czołami, patrząc sobie w oczy. Widziałem w niej radość, szczęście i spełnienie. Nie mrugnęła nawet powiekami, a jej cudne niebieskie oczy patrzyły na mnie z miłością. Zwolniłem ucisk dłoni, podobnie jak ona.
— Dziękuję, byłaś cudowna.
— Nie, to ty byłeś — zaczęła się przekomarzać.
Jakby na rozkaz, równocześnie objęliśmy się dłońmi za policzki, wzajemnie głaszcząc się po nich.
— Jak wrócimy, odejdę do zespołu wsparcia medycznego…
— I przez to zginę na następnej misji, bo w zamian dostanę jakiegoś konowała, który nic nie będzie umiał — przerwałem.
Ona dopiero zaczynała w „Wympiele” i widziałem, że ta robota dawała jej satysfakcję, a ja? Swoje już odbębniłem, miałem trzy córki i dwóch synów, o których ona nie wiedziała. Czas najwyższy, by pomyśleć o swoich dzieciach. Miałem wysługę, na niepełną emeryturę, mogłem odejść lub w ostateczności przenieść się do innej komórki. Nie brałem pod uwagę, że przez amory pozbawię sekcję medyka, doświadczonego i zaangażowanego w swoją pracę, przecież zdawałem sobie sprawę, jaki ma bagaż doświadczeń.
— Dokończymy razem to, co zaczęliśmy, a potem ja poproszę o przeniesienie — oznajmiłem, a „Vesta” omiotła mnie dziwnym spojrzeniem.
— I za ciebie dostaniemy jakiegoś dupka, który prochu nie wąchał. Zobacz, co z sekcją „Rubina”, do dzisiaj jej nie odbudowali, został tylko jakiś szkielet, nic niewart. Nawet „Dima” nie chce tam wracać, a proponowali mu dowództwo sekcji — zaskoczyła mnie, najwyraźniej nie o wszystkich posunięciach kadrowych wiedziałem. — Zadecydujemy, jak złapiemy tego najważniejszego — dodała, a ja zdałem sobie sprawę, że wiąże ze mną ogromne nadzieje, bo stwierdzenie, że zrobimy to razem, było jasnym tego dowodem. Nie wiedziałem, czy jestem na to gotowy.
Dałem jej do zrozumienia, by podniosła się, gdyż fallus był w stanie spoczynkowym, a gdy to tylko zrobiła, wstając ze mnie, ująłem ja pod kolana i uniosłem, trzymając mocno w dłoniach. Zaplotła ramiona na mojej szyi, przytulając głowę do barku.
— Ej, co jest? — zapytałem po kilku krokach, dostrzegając spływające łzy po jej policzkach.
— Nic… jestem szczęśliwa… nikt mnie nie nosił na rękach od dawna. Ostatnim razem to był mój tata — odparła, tłumiąc emocje.
Przeniosłem ją do sypialni i ułożyłem na łóżku, kładąc się obok niej. Usnęliśmy po chwili, wtuleni w siebie.

Telefon, tkwiący na przyłóżkowej szafce, wybudził mnie ze snu. Odebrałem.
— Kurier Milosz, mam dla pana przesyłkę międzynarodową, jest pan w domu? — usłyszałem.
— To ta, przekierowana z Mitrovicy? — pamiętałem hasło, nikt go nie zmienił, nazwa miasta musiała paść w czasie konwersacji.
— Tak, to ta z Kosowskiej Mitrovicy — odzew był właściwy.
— Gdzie pan jest?
— Będę za jakiś kwadrans.
— Czekam.
Rozłączyłem się i spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwunasta. „Vesta” spała słodko, nieco odkryta, tak że znów mogłem podziwiać jej kształty. Nie miałem sumienia budzić kobiety.
Narzuciłem na siebie ubrania i obmyłem twarz zimną wodą. Pomogło. Dopiłem zimną już, pozostawioną wcześniej na stole kawę i oczekiwałem na kuriera. Przyjechał po dwudziestu minutach, wjeżdżając „Transitem” na posesję.
— Pan podpisze tutaj — zwrócił się do mnie krępy szatyn w moim wieku, ubrany w ciuchy „Fedexu”, po czym wyciągnął z paki pojazdu spory ładunek. — Niech pan sprawdzi zawartość, tak dla lipy, jest wszystko, mam do przekazania informację — dodał szeptem, dyskretnie podając mi wysuwany nożyk.
Guzdrałem się niemiłosiernie, słuchając, co ma do przekazania.
— Wasi właśnie wystartowali, należy ich się spodziewać późnym popołudniem na granicy. Miejsce desantu ma pan zakodowane w instrukcji do kompresora, standardowy kod. Siedmioro osób, lekkie uzbrojenie. Po naszej stronie macie wsparcie, ale tylko tam, do Kosowa nikt nie wejdzie. Dwanaście lamp i trzynasty silny znacznik dla ciebie. Poinformuj właściciela, że pojutrze zwalniasz rano kwaterę. Dokumenty zniszczyć, bagaże też. Pozostawcie coś dla siebie lekkiego, wielozadaniowego, oni za dużo nie przytaszczą, sam rozumiesz — naparzał z prędkością karabinu maszynowego.
Gestykulowałem, jakbym miał jakieś uwagi do przesyłki, pochylił się.
— Wiesz, kogo dokompletowali? — szepnąłem. Dał jasny znak, że nie ma pojęcia.
— Obserwatorzy zameldowali, że cel ochrania różna liczba ochroniarzy. Od czternastu do dwudziestu. Wczoraj było siedemnastu. Mają dwa posterunki obserwacyjne, po trzy osoby na każdym, po jednej i po drugiej stronie jeziora. Wasz cel tam nadal jest. W przesyłce masz kosowską komórkę, zarejestrowaną na gościa, co wczoraj zeszedł z tego świata. Na najbliższe 24 godziny powinna wystarczyć. Na nią odezwą się twoi, jak osiągną miejsce. Kod masz wpisany przy baterii. Kontakt po tej stronie dorzucił swoje, masz wszystko, o co prosiłeś.
— Uzbrojenie, lokacja posterunków? — nie miałem zamiaru go puścić, nie wiedząc wszystkiego, dlatego pociągnąłem go za rękaw, gdy rozpakowałem piankę dla „Vesty”, gestami sugerując, że tam jest coś nie tak.
— Bez zmian, uzbrojenie miks, nie jesteśmy w stanie określić.
Upakowywałem te dane w głowie. Dał mnóstwo informacji, ale do ideału brakowało sporo. Nie mogłem go trzymać w nieskończoność, bo byłoby to nienaturalne. Po gestykulowałem, niby go opierdoliłem i odjechał.
— Dlaczego mnie nie obudziłeś? — usłyszałem za plecami.
— Tak słodko spałaś, nie miałem sumienia — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo ten widok zabronił mi tego.
Nie pamiętałem widoku śpiącej Agnieszki, ale pamiętałem Klaudię, Katie, tak samo cudne, zmysłowe i piękne.
— Mamy wszystko? — zapytała, będąc w samym „willowym” szlafroku frotté.
— Mamy, nawet butle przyszły i kompresor — rzuciłem, rozpakowując w domu przesyłkę.

Port lotniczy Moskwa-Wnukowo, Rosja, w tym samym czasie.

— Kurwa „Wołk”, jak się tylko wmieszasz w tę akcję, to lecisz ze stanowiska — Fiodor jak zwykle żegnał wylatujących ludzi.
— Obiecuję, kamandir, będę czekał po serbskiej stronie na nich razem z tym wsparciem, które ładujemy — usłyszał pułkownik w odpowiedzi.
— Już ja was wszystkich od „Poliaka” znam, kamikadze jebani — odparł i zbliżył się do żołnierzy sekcji.
Uściskał każdego z tej szóstki. Potężny Ił-76 zapuścił silniki, a technik załadunku tylko czekał, by zamknąć rampę.
We wnętrzu transportowego kolosa tkwiła stacja zakłóceń „Zytiel”, zajmując dobre ¾ powierzchni. Obsługa aparatowni, razem z wysłaną grupą wsparcia medycznego i operatorami bojowymi zajmowała resztę przestrzeni.
— Pułkowniku, musimy stratować, mamy zgodę z wieży — przerwał męskie czułości technik załadunku.
— Powodzenia chłopaki, wracajcie wszyscy — rzucił Fiodor, nie będąc pewien, czy usłyszeli, gdyż silniki pracowały już na wysokich obrotach.
Patrzył, jak transportowa maszyna wzniosła się w powietrze, obierając kurs na Nisz. Tak jak wtedy, gdy żegnał ich, gdy lecieli na akcję w Libanie, tylko teraz stawką była o wiele wyższa.
Choć w Boga nie wierzył, w duszy mu grała jedna myśl — „Niech Bóg ma was w swojej opiece”.
Nigdy, ale to nigdy nie wysłał tak słabo wyposażonej i uzbrojonej grupy. Dlatego na „pierwszym” wymusił wysłanie zespołu medycznego, bo że WRE, miało tam swoje palce maczać, było dla niego naturalne.
„Wracajcie wszyscy” — myśląc, cofnął się do akcji w Biesłanie i przed oczami przeleciały mu twarze poległych towarzyszy oraz ten głos Wiktora: „Idę, ewakuujcie kapitana”, a potem, gdy Graczowa, podwładny, chciał osłaniać swojego dowódcę, a on poszedł ratować swoją przyszłą córkę, jasno brutalnie wypowiedziana komenda: „Ewakuuj jego i dziecko”, stopująca zapędy podoficera.
Już wtedy wiedział, że chce go mieć u siebie, i nie tylko dlatego, że ten uratował jego życie. Ten facet miał to coś.
Podniósł prawą pięść i zacisnął ją mocno, jakby im wszystkim chciałby dać siłę i moc. Samolot zginął mu z pola widzenia.

Kosowo, wynajmowana willa, parę godzin później.

Wypłynęliśmy razem, chcąc po raz ostatni zlustrować teren. Ona w kwiecistej, przecudnej sukience i białych adidasach, ja w krótkich spodenkach i białym T-shircie.
— Jak wrócimy, kupię sobie taki zestaw bielizny z Victoria's Secret w burgundowym kolorze. Wreszcie mam dla kogo. Wiesz? — rzuciła, sterując łodzią.
Skrzywiłem się, a ona momentalnie to dostrzegła. Jej mina stała się poważna, wzrok badawczy.
— No co? — zapytała, oczekując na szybką odpowiedź.
— Operatorka „Wympieła”, medyczka, a nie zna gustu swojego kamandira — dałem dziewczynie sporo do myślenia.
— A skąd ja mam to wiedzieć? Nie siedzę w twojej głowie — próbowała się bronić.
— Nie siedzi, nie zna, nic nie wie, ale z Tami sztamę zawarłaś?
— No i co z tego?
— To, że córki czasami lepiej wiedzą, co się ojcu podoba, bo takie rzeczy im kupują, nie pytałaś? — Zrobiła wielkie oczy i otworzyła usta. — Niebieski, błękitny, to jest mój kolor — odkryłem się.
— Kupię dla ciebie bieliznę w indygo, granacie…
— Przestań, najpiękniejsza jesteś nago, nie potrzebuję cię w opakowaniu.
Skupiliśmy się na obserwacji terenu. Starałem się zapamiętać wszystkie znaczące punkty, ale teraz sobie wbijesz do głowy, a po paru godzinach zapominasz.
— Tu oznaczymy rejon, sześć nie więcej, siódmą będę miał na sobie — wybrałem miejsce, gdzie miałem odbierać naszych.
Popłynęliśmy w kierunku zapory. Zostało mi sześć znaczników, za mało, by pokryć całą szerokość jeziora. Planowałem bardziej przy naszym brzegu.
Wróciliśmy.
— Mogą być syrniki? — zapytała.
— Potrafisz? Naprawdę? — nie wierzyłem, bo to były w miarę proste, a zarazem zapomniane smakołyki. Uśmiechnęła się.
— Kamandir i nie wie, co jego podwładna potrafi zrobić. Wstyd — odbiła piłeczkę.
— Wiesz co? — dopadłem ją i chwyciwszy mocno jej dłonie, podniosłem nad głowę.
— Nie wiem, ale kapituluję — odparła.
Zsunąłem w dół jej bieliznę i natarłem ciałem. Teraz ona była bezbronna i wcale nie chciała się uwolnić. Posiadłem ją w pozycji na stojąco i doszła pierwsza.

— Uważaj na siebie, błagam, uważaj — usłyszałem, nim zanurzyłem się w jeziorze. Krótki sygnał telefoniczny, gdy zapadł zmrok, dawał jasny sygnał — nasi ruszyli.
Przetarłem okulary, sprawdziłem maskę i, obciążony sześcioma lampami UV, ruszyłem chłopakom na spotkanie. Wskaźniki działały dość długo, nawet ponad dwie godziny, a dotarłszy w wyznaczone miejsce, rozrzuciłem je na dnie, uruchamiając. Miałem czas, wyszedłem na powierzchnię i zdjąłem maskę.
Kolejny piękny letni dzień był za nami. Woda nabierała temperatury. Wynurzony, podziwiałem nieboskłon i setki gwiazd.
„Gdzie jesteś Katiu? Która gwiazda to ty?” — Nadia zawsze mi mówiła, że mama zamieniła się tylko w jedną z gwiazd na niebie i jak skończy świecić, to wróci do nas, a ja jej tego z głowy nie wybijałem. Miała dryg do tańca towarzyskiego, czuła rytm, i to musiała mieć po Katii, bo ja… wstyd się przyznać, byłem nogą.
Była trzecią w mistrzostwach Rosji juniorek. Tamara ją wspierała, nawet razem tworzyły jakiś scenariusz występów. Byłem dumny.
Utrzymywałem się na powierzchni, spoglądając na zegarek.
„Czy Klaudia nadal jest sama? Może znalazła sobie partnera, który pokochał ją wielką miłością, a ja to tylko zrujnuje? A może czeka, czeka na cud?” Te myśli przelatywały z prędkością światła i nie znajdywałem na nie odpowiedzi.
Milion myśli przeleciało przez czerep. Mądrych, głupich, złych. Setki kadrów pojawiło się w psychice. Delikatnie, ruszając ramionami, tkwiłem na powierzchni. Rzut oka na zegarek i nur pod wodę. To był ten czas.
„Ogarnij się, zadanie przed tobą”.

Dojrzałem ich, a przede wszystkim idącego na czele lidera, który sporo wyprzedził grupę. Dałem znak ręką i poszli za mną. Prowadziłem.
— Porucznik „Zoltar”, 82 kompania nurów bojowych, Serbskie Siły Specjalne — przedstawił się z trudem po wynurzeniu pod pomostem pierwszy z nurków i zdjął maskę.
„A więc to ten dodatkowy gość” — zrozumiałem i podałem swój stopień oraz ksywę.
Ledwo zmieścili się pod pomostem — cała siódemka. Byli zmęczeni, to dało się dostrzec, oddychali ciężko, nawet nie mieli siły się przywitać.
— Poczekajcie i odpocznijcie, zaraz wrócę po was — szepnąłem i pozbyłem się butli oraz płetw, kładąc je na brzegu.
Sam czułem zmęczenie, a przebyłem połowę tego, co oni, jak nie mniej. Z trudnością doczołgałem się do willi i, opierając się o drzwi, zapukałem cztery razy.
Otworzyła momentalnie, tak, że wpadłem do środka.
— Są, nie zapalaj światła, musisz im pomóc się tu dostać, dołączę do ciebie za chwilę — wyszeptałem, podnosząc się z podłogi.
Skinęła głową i, pochyliwszy się nade mną, pocałowała mnie w usta. Sprawnie się podniosła i ruszyła w stronę pomostu.
Wróciła, nim ja zdołałem ściągnąć piankę i narzucić na siebie cywilne łachy oraz obuwie. Nie przyprowadziła żadnego, taszcząc trzy hermetyczne zasobniki.
— Weź „Urala”, bo ja go nie dźwignę, a ja zabiorę „Witję”, bo jest najlżejszy, ale tak spompowany, że głowa mała — powiedziała.
— Poczekaj, nie razem. Spokojnie — ostudziłem jej zapały i ruszyłem pierwszy, gdy się ubrałem.
— „Ural”, gdzie jesteś? — zapytałem szeptem, a ten minął swoich towarzyszy i na czworaka zbliżył się do mnie.
Pozbywali się rebreatherów, masek, płetw i wszystkiego, co było im zbędne. Każdy z nich miał osobisty zasobnik, a dodatkowo ciągnęli ze sobą jeden spory kontener.
„Ural”, siłacz, najbardziej wydolny z nas, ledwo dotarł do mnie. Chwyciłem go pod pachy i ciągnąłem po piasku. Starał się mi pomagać, jak tylko mógł. Holując go dostrzegłem, że miał ze sobą specjalistyczny karabinek. Wielozadaniowego ASM-DT, przystosowanego do montażu tłumika dźwięku.
Dociągnąłem naszego mięśniaka do drzwi i wciągnąłem na korytarz.
— Gdzie z nim? — zapytałem „Vesty”.
— Tu, do tego małego pokoju, przygotowałam tam trzy miejsca, na razie połóż go na podłodze, bo musisz mieć siłę — odparła, glow-stickiem, oświetlając mi drogę. — Idę — dodała, znikając, gdy ułożyłem na podłodze operatora.
Obracaliśmy przez dobrą godzinę, dopóki nie zabraliśmy wszystkich i pozostałego sprzętu. Ta część operacji się udała, ale czekała nas jej najniebezpieczniejsza część.
Z kocy, kap i prześcieradeł przygotowała im posłania na podłodze i łóżkach, zabierając nawet najmniejsze poduszki, by tylko im było wygodnie. Zadbała o wszystko, kładąc przy każdym posłaniu butelki z wodą.
„Amur” chciał mi coś powiedzieć, lecz, widząc, jaki jest skonany wyrzuciłem tylko:
— Później, później mi powiesz. Teraz odpoczywaj — i udałem się z „Vestą” do sypialni na piętrze.
Leżeliśmy na gołym materacu, wpatrzeni w sufit, oddychając głęboko.
— Widziałeś, same specjalistyczne ASM-DT i „Wał” „Patrona”, a do tego „Woły” — pierwsza się odezwała.
„Wołem” nazywany bezdźwiękowy pistolet samopowtarzalny systemu Stieczkina, na specjalną amunicję 7,62 x 41 SP-4. Huk wystrzału był porównywalny z wiatrówką, a niewielkie gabaryty i brak osobnego tłumika czyniły go poręczną bronią. Wadą była pojemność magazynka wynosząca sześć naboi i nietypowa amunicja.
— Kamizelek też nie ma, wcale się nie dziwię, tyle tego taszczyli, że by spuchli — dodałem, zdając sobie sprawę, że tak słabego uzbrojenia i wyposażenia nie mieliśmy nigdy.
— Przytul mnie i kochajmy się ten ostatni raz — poprosiła, sunąc dłońmi w okolice mojego krocza.
— Przestań, nie mów tak. Wypluj to słowo — fuknąłem, bo takie gadanie tylko przyciąga śmierć. — „Vesta”, jestem skonany, żaden ze mnie pożytek — dodałem, chwytając jej dłonie.
— To popieśćmy się. Proszę — powiedziała cichym, błagalnym głosem, nie dając za wygraną.
Masturbowaliśmy się dłońmi nawzajem, teraz w ciszy, bez żadnych jęków i dzikich odgłosów. Zwarliśmy się tylko ustami, całując się namiętnie. Tylko na tyle mnie było stać, ten krótki dystans i stres dały mi w kość. Coraz bardziej uzmysławiałem sobie, że odstaję od moich podwładnych w kwestii kondycji.
Padliśmy po spełnieniu, jak muchy, i zasnęliśmy momentalnie, zdążywszy wcześniej na siebie nasunąć bieliznę. Wtuliłem się w jej bok, czując się dziwnie bezpieczny, a ona objęła moją czuprynę jedną z dłoni.

Obudziła mnie soczystym całusem w policzek. Przeciągnąłem się i przetarłem oczy.
— Odpocząłeś? — zapytała, uśmiechając się serdecznie. Skinąłem głową i spojrzałem na zegarek. Spałem bite siedem godzin, wystarczająco dużo, by się zregenerować, ale z drugiej strony byłem wściekły, gdyż zegar tykał, a ja od naszych nie dowiedziałem się nic.
— Jak oni? Wstali? — zapytałem.
— Jeszcze nie, śpią jak zabici…
— Kurwa, Walentyna…
— Klaudia — poprawiła mnie.
— Klaudia, kurwa. Jeszcze raz cię proszę, nie przywołuj kostuchy na nas — wybuchnąłem, ale powinna wiedzieć, że takie stwierdzenia przyciągają śmierć. Może głupi przesąd, ale żaden z nas nigdy tak nie mówił na „robocie”.
— Teraz mogę umrzeć, bo ty dałeś mi… — nie wytrzymałem, gwałtownie poderwałem się z łóżka i dłonią chwyciłem ją za podbródek, patrząc kobiecie prosto w oczy.
— Nie mów tak…
— Boże, czy ty mnie kochasz? — Łzy stanęły jej w oczach, a wzrok stał się dziwny, wpatrzony we mnie, żądający natychmiastowej odpowiedzi. — Powiedz to po raz drugi, wyduś to z siebie wreszcie, a będę najszczęśliwszą istotą na świecie — ostatnie słowa wypowiedziała, płacząc i nie przerywając obserwacji.
— Vesta… — Kurwa, gdy chodziło o konkretne sprawy, zawsze kluczyłem, motałem, mając nadzieję, że dana osoba da sobie spokój.
— Tak czy nie? — Te oczy świdrowały mnie, prześwietlały na wylot, błagalnie czekając na moją odpowiedź, mając nadzieję, że…
— Tak — wyszeptałem, będąc chyba niespełna rozumu, a z jej oczu trysnęła fontanna łez.
Przycisnęła mnie mocno do siebie, jak tylko Tamara potrafiła. Czułem, jak drży, jak spazmy targają jej ciałem.
— Kochany, kochany — szeptała, całując mnie łapczywie po twarzy, włosach, karku, a ja stałem jak kołek w płocie, nie wiedząc, co zrobić.
— Już, już, nie płacz — szepnąłem, delikatnie zbierając z jej twarzy krople, które spływały po policzkach, jednocześnie je głaszcząc.
— Ale ja chcę płakać, chcę krzyczeć, Wiktorze, chcę, by cały świat wiedział, jaka jestem szczęśliwa — nie zdawałem sobie sprawy, co wywołałem, a to mnie przeraziło. — Zrobię wszystko… — i zaczęły się deklaracje.
— Na razie zrób śniadanie dla nas, jeśli masz z czego, a jeśli nie, to pojadę…
— Już byłam, wszystko jest w lodówce — zdębiałem, nie wierząc w to, co słyszę.
— Czym i gdzie? — wyrwało mi się bez zastanowienia, zdając sobie sprawę, że jeśli zrobiła zakupy dla nas wszystkich, to musiało to być podejrzane.
— Uspokój się, uspokój się, kochanie — z pewnością dostrzegła moją minę. — Pojechałam Jawą, na trzy razy, do trzech sklepów, i tam mamy dwóch obserwatorów, niedaleko tego zakrętu, wiesz, zgrywają niby leśników, ale bacznie obserwują — dodała, nieco mnie uspokajając.
Poprosiłem, by poszła zrobić śniadanie i zostałem sam.
„Co ja najlepszego zrobiłem?” — pulsowało w mojej głowie.

Jedliśmy śniadanie przy zaciągniętych zasłonach w salonie, a dzień wcale nie zapowiadał się słonecznie, wręcz przeciwnie, zanosiło się na opady. Przybysze doszli do siebie i pochłaniali posiłek przygotowany przez „Vestę” w zastraszającym tempie.
Jasno dałem do zrozumienia, że o konkretach porozmawiamy po posiłku, zdając sobie sprawę, że gdybym tak nie uczynił, śniadanie by wystygło, a pyszne kanapki by się zeschły.
— Mów — zwróciłem się do „Amura”, a każdy to zrozumiał, bo to on był do wczorajszej nocy ich dowódcą, a komandir rozmawia z komandirem.
— Mamy wsparcie WRE, „Żytiel” stoi w gotowości, by nas wesprzeć, siedem kilometrów zaplanowanym punktem przekroczenia granicy mamy „Wołka” z sekcją medyczną, sam o to walczył i trzema ludźmi od nas z sekcji lotnej. Wsparcie ostatniej szansy. Poszedł nasz BSL (bezpilotowy środek rozpoznawczy), od serbskiej strony z aparaturą foto i termo, ale jak sam wiesz, termo nie przejdzie przez ściany, a w mojej głowie mam obraz, jak wygląda w nocy ich ochrona na zewnątrz, ale środek to pizda. Nic nie wiemy — siorbnął kawy, którą przygotowała każdemu „Vesta”. — Zlokalizowane zostały dwa posterunki rozpoznawcze, podejrzewany, że z sił byłych UCK. Pewnie broń automatyczna, nic więcej, ci w budynku też typowo kałasze i jakaś mieszanka zachodniej broni, ale w mniejszości. Porucznik „Zoltar” przedstawi ci resztę — miałem nadzieję, że tylko chwilowo zakończył, oddając głos przystojnemu, szpakowatemu trzydziestolatkowi z bratniej armii.
— Słucham pana — rzuciłem.
— Wychowałem się tutaj, dokładnie kilkanaście kilometrów dalej, nurkowałem często w tym akwenie, znam go dobrze. Moje kuzynostwo zostało, gdy zaczęło się tu dziać źle — miałem zamiar mu przerwać, ale się powstrzymałem. — Zostali zamordowani, a ich dom spalony, a dwójka dzieci zabrana i ślad po nich zaginął. — Teraz on napił się kawy z kubka. — Mamy dwa posterunki obserwacyjne, oba uzbrojone i tym się kapitanie nie przejmuj, ten co luka na zatokę zostanie ściągnięty przez naszych agentów po tej stronie. Wasze bagaże odbierze nasz człowiek, którego znasz, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to odzyskacie pozostawiony sprzęt nurkowy, już nasza w tym głowa. Posterunek w miejscu przekroczenia granicy powiadomiony i zmiana będzie nasza. Tak, będą strzelać, tylko nie celując w nas. Pan zrozumie, pozory. — Tu wstrzymał głos.
Dałem mu znak, że wszystko dla mnie jest logiczne.
— Likwidujemy ochronę, przejmujemy cel i ich motorówkami przebijamy się w to miejsce — teraz głos ponownie zabrał „Amur”, wskazując miejsce na mapie. Tam, przy drodze — znów wskazał punkt, czekać będzie transport podstawiony przez naszych serbskich przyjaciół. Jeden van na dziewięć osób i jeden pojazd na cztery. Starczy i grzejemy do granicy, w razie komplikacji mamy tutaj łódź motorową…
— Druga droga ewakuacji, na tamie mamy posterunki UN — przerwałem.
— Druga droga jest tędy, ale tam stoi posterunek UN i kosowskiej policji i na dodatek obserwatorzy, którzy na szczęście nie widzą, co dzieje się w zatoczce. Ich zadaniem jest lustrowanie ruchu drogowego, ci nie zostaną zlikwidowani — zdałem sobie sprawę, że tam może dojść do ostrej jatki.
— Wiktorze, jeszcze jedno — i już mnie zmroziło. — Zero kontaktu ogniowego z siłami ONZ, nie strzelamy do nich, mamy kategoryczny zakaz — wypalił. — Nikt nie chce tu zaogniać sprawy — dodał.
Zamiast wszystko się wyjaśnić, dostawałem coraz więcej zakazów i ograniczeń. Nie, nigdy bym nie skrzyżował oręża z UN, ale gdyby oni do mnie strzelali. Sprawa jasna, odpowiadam ołowiem.
— Zaporę trzymają Belgowie, ale QRF to Polacy, żandarmeria trzymająca posterunki to Holendrzy.
Holenderskiego żandarma poznałem, Belgowie to nie był problem, byłem ciekaw Polaków. Zadałem pytanie:
— Wymieli się dwa dni temu, danych brak, wcześniej trzymał ich 1 PSK, teraz chuj wie. Nie zdołamy rozpoznać. Jedno jest pewne, to nie zmechole, to specjalsi w liczbie sześciu sztuk.
Po kawie nastąpiła przerwa i wtedy mogliśmy się wreszcie mocno uściskać. Oni mnie nie klepali, to były męskie pocałunki w policzek, uściski dłoni, a „Vesta”:
Dwanaście silnych męskich ramion uchwyciło to dziewczę i w salonie podrzucało do góry, aż pod sufit, starając się zachować ciszę. Patrzyłem na ich roześmiane twarze, zdając sobie sprawę, że część z nich może nie wrócić. Niechże się teraz nacieszą, niech przez tę chwilę czują się radośni, bo mi, patrząc na uzbrojenie i wyposażenie, wcale do śmiechu nie było.
Nie było kamizelek kuloodpornych i hełmów, co już napawało mnie przerażeniem — każdy, nawet gówniany pocisk z kieszonkowego pistoletu 6,35 mm, mógł być śmiertelnym.
Broń — o ile nasze specjalistyczne „Morskie Lwy”, bo tak nazywano specjalistyczne karabinki ASM — DT o kalibrze 5,45 mm, spełniały w obu spektrach działania swoją rolę (pod wodą i na lądzie) i „Wał” snajpera, prezentowały wysoką wartość, to zapas amunicji do nich był mikroskopijny, cztery magazynki z poddźwiękową amunicją do pracy na lądzie i jeden do działań podwodnych. Dwa z nich, z podwieszonymi granatnikami GP-25 z zapasem po dwie sztuki granatów na kbk. Pistolety — poręczne, małe, sprytne, tylko do każdego po 12 sztuk ammo. Jeden granat dymny na operatora, dwie race oświetlające na grupę plus na każdego po jednym granacie zaczepnym. Na tym koniec. Oczywiście do każdego karabinka niezbędne oprzyrządowanie i tłumik dźwięku.
Standardowe radia, ale bez radiostacji do łączności z dowództwem, minimalistyczne kamizelki taktyczne, zwykłe czarne komplety umundurowania i lekkie buty. Optyka, noktowizja była standardowa, jak na każdej akcji. Przytaszczyli „Vesty” hermetyczny plecak medyczny, okrojony do minimum, telefony komórkowe odporne na wodę.
Przynajmniej sprzęt nurkowy był wysokiej klasy, ale nie dziwiłem się, przecież działaliśmy w tym obszarze i mój „recon” parę dni wcześniej, to była taka prowizorka, że łeb pękał.
Nie mogłem się jednak zbytnio dziwić. Każdy kilogram ciągnięty za sobą, czy też na sobie, to wysiłek, piekielny wysiłek, a do przepłynięcia mieliśmy sporo. Woda stawia opór, pieroński opór i poruszam się w niej wolno.
Podziwiałem ich, bo musieli oporządzenie i broń przyciągnąć dla nas dwojga.
„Vesta” obcałowała naszych chłopaków, a na koniec podszedł do niej „Zoltar”.
— Dziękuję, to pani mnie przyciągnęła — rzucił i chwyciwszy jej dłoń, złożył na niej pocałunek.
Zaskoczona, zalała się lekkim rumieńcem i spojrzała na mnie. Zrobiłem tylko głupią minę.
— Takie moje zadanie — odparła, zabierając rękę i cały czas patrząc na mnie, pewnie ciekawa, jak się zachowam. Nic nie dałem po sobie poznać.
— Operacja ma kryptonim „Żeriech” (boleń) i takie mamy kryptonimy. Po przekroczeniu granicy kierujemy się do punktu „Wydra”, do „Wołka” i stamtąd na lądowisko przy Nowym Pazarze — zakończył „Amur”. — A i prosił mnie, byś nie odpierdolił jakiegoś numeru — dodał, uśmiechając się.
Pokiwałem tylko głową, przedstawiając im, co dzisiaj mamy do roboty. Przybysze mieli się zająć uzupełnieniem mieszanki w rebreatherach i doprowadzeniem domu do normalnego stanu, z zastrzeżeniem, by nie wychodzili na zewnątrz. Niby willa była na uboczu, ale licho nie spało.
— A wy? — zapytał „Zoltar”.
— Wypływamy, musimy oznaczyć miejsce zwrotu lampami podczerwieni, nie zostało ich dużo, ale pomogą — odpowiedziałem, przyglądając się przystojnemu brunetowi. Był może nieco starszy niż „Vesta”, a może niekoniecznie. Szczupły, wysoki, przystojny mężczyzna, który urodą z pewnością mnie przebijał.
— Może popłynę z wami, wskażę miejsca…
— Nie, nowa twarz, wzbudzisz podejrzenia — wybiłem mu z głowy.
„Vesta” gdzieś zniknęła, a ja po wymianie paru zdań z chłopakami udałem się na piętro i tam ją zastałem. Siedziała, malując sobie paznokcie u stóp.
— „Vesta”, co ty robisz? — byłem zaskoczony.
— Pięknie się dla ciebie, nie widzisz? — odparła zdziwiona, nie przerywając czynności.
— Walentyna…
— Klaudia — poprawiła mnie, chwilowo podnosząc wzrok i patrząc na mnie ciepłym, kochającym spojrzeniem.
Niepotrzebnie powiedziałem to jedno zdanie za dużo, i to dwa razy, dając jej nadzieję, podczas gdy sam nie byłem pewny swoich uczuć. Te ostatnie dni nas bardzo zbliżyły, nie widziałem szans, na ułożenie sobie życia z matką moich synów, to wydawało mi się niewykonalne, bo i jak? Walentyna była blisko, na wyciągnięcie ręki, a ten rozkaz dawał nam nieograniczoną wolność. Potrzebowałem czułości, seksu, bliskości – wszystkiego, czego zabrakło po odejściu Jekateriny, a ona mi to dawała.
Nie mogłem jej się dziwić, poraniona przez życie kobieta, bez szans na macierzyństwo, znalazła faceta, który też już nie pragnął kolejnego potomstwa, bo jakimże ja byłem ojcem dla córek? Gdyby nie Katia… kto by je wychował, kto by o nie zadbał?
— Wypływamy za godzinę, a ty…
— Mam wyglądać jak kocmołuch? — zbiła mnie tym stwierdzeniem, a widząc moją, pewnie głupawą minę, miała ubaw.
Spasowałem i machnąłem ręką, wychodząc z pokoju. Musiałem z nią porozmawiać po akcji, wytłumaczyć się, naprostować to, co nabroiłem. Teraz, przed akcją, nie chciałem wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.
Przybysze zajęli się sortowaniem swoich rzeczy, które w nocy wrzuciliśmy do jednego z pomieszczeń bez ładu i składu. „Ural” w garażu zapoznawał się z instrukcją kompresora. Podszedł do mnie „Priom”.
— Co ty z nią zrobiłeś? — zapytał, patrząc na mnie szelmowskim wzrokiem.
— „Priom”, o co ci chodzi? — zapytałem zaskoczony pytaniem.
— Wiktor, ona przecież cała jest w skowronkach, błyszczy, patrzy na ciebie…
— Przestań, wydaje ci się — uciąłem jego stwierdzenie.
Zamilkł, ale wiedziałem, że to prawda. Nasza medyczka się zmieniła, oj, zmieniała się po ostatniej akcji, i sam dobrze wiedziałem dlaczego.
Wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papierosa.

Łódź pruła spokojną toń jeziora, a „Vesta”, ubrana w biały T-shirt i postrzępione krótkie spodenki, z elegancko dopasowanymi, delikatnymi sandałkami, które eksponowały jej zadbane stopy i czerwony lakier na paznokciach, siedziała na dziobie łajby.
— Chcę ci się podobać, czy to takie dziwne? Nie pamiętam, kiedy przykładałam do wyglądu tak wielką wagę. Czy to dziwne? Czy nienormalne jest, że to robię? — zadała mi pytanie, bo przez długi czas tkwiliśmy w ciszy.
Weź tu odpowiedz, chłopie, wytłumacz, że nie jest ważna dla ciebie powłoka zewnętrzna, wygląd, te wszystkie tusze, róże na policzkach, szminki, błyszczyki, kolory na paznokciach, bo tylko czekać, a umaluje je na niebiesko, bo ja ten kolor lubię.
Tak, jesteśmy wzrokowcami — długie, zgrabne nogi, krągłe piersi i pośladki, czerwona szminka na ustach, seksowna koronkowa bielizna i setki innych bodźców działających na nas, ale to tylko dodatek. Bo cóż warta jest najpiękniejsza platynowa blondynka lub kruczoczarna piękność, kiedy nie widzimy w niej partnerki, porozumienia serc i duszy? Nie pracujemy na tych samych częstotliwościach, nie widzimy tego czegoś, psychicznie trudnego do określenia. Nie mamy wspólnych pasji, nie mamy o czym rozmawiać. My, faceci, też patrzymy sercem, umysłem, a nie tylko „głazami”. Próżna piękność, w której brak wymienionych wcześniej rzeczy, powiem brutalnie — to kwiat jednej nocy. Zalicz i spierdalaj, odpalasz chuja jak pocisk klasy „odpal i zapomnij”. Zaliczona, zniszczona, szukam bardziej ambitnego celu.
A „Vesta” taka nie była.
Mądra, czuła, zaangażowana, ciepła, opiekuńcza i… kochana.
„Czego ja kurwa jeszcze chcę? Masz chuju prawie ideał” — wkurwiało się moje jedno ja, a drugie nakazywało, by wycofać się, nie dawać tej cudownej istocie płonnych nadziei.
„Zranisz ją kutasie, zranisz, a sam dobrze wiesz jak rany bolą. Chciałbyś znów to przejść sam?” — drugie ja było bezlitosne.
Musiałem się skupić, musiałem zabić chwilowo wszystkie uczucia i skoncentrować się na zadaniu, a to było cholernie trudne.
— To normalne, ale mamy zadanie do wykonania. Przepraszam, to zajmuje mi głowę — w walce z przeciwnikiem gieroj sawietskowa sajuza, a w rozmowie z kobietą, lawirant, kombinator, bo być może coś się zmieni. Może nastąpi cud.
Zawiązała w węzeł luźny podkoszulek, ukazując mi swój brzuch i pępek, który uwielbiałem całować, a do tego te sandałki i zadbane stopy, które mógłbym całować bez opamiętania. Była kusicielką, jej gesty i działania… Dobrze wiedziała, jak mnie podejść, a ja… przepadałem. Lustrowałem wzrokiem jej ciało, dostrzegając, że pod bawełnianym podkoszulkiem nie miała stanika, a sutki wyraźnie odznaczały się na materiale. Kutas rósł, mózg produkował lubieżne obrazy.
— Zatrzymuję, dawaj pierwszy znacznik — z trudem opanowałem narastające podniecenie i chęć szybkiego pettingu na łodzi.
Postawiliśmy pozostałe znaczniki, nie wzbudzając chyba niczyjej uwagi. Posterunek z zapory, widząc nas po raz kolejny po kilku minutach, zaprzestał obserwacji.
— Smutny jakiś jesteś — zauważyła, dotykając dłonią mojego policzka, a ja otarłem się o jej palce, bo ten gest był bardzo przyjemny.
— Zadanie przed nami, nie wiem, czy nie najtrudniejsze, jakie realizowałem — odpowiedziałem, podchodząc do pomostu.
— Dasz radę, kochanie, a ja ci pomogę — odparła, cumując łódź do pomostu i omiotła mnie ciepłym wzrokiem, jakby chciała mi dodać siły.
Bałem się o nią, w myślach ustawiałem „Vestę” w najbardziej bezpiecznych pozycjach, a najchętniej zostawiłbym ją tutaj, nakazując, by po wszystkim łodzią przedostała się na drugi brzeg. Ale nie mogłem.
Miałem tylko nadzieję, że chwilowo tracę osąd. Przecież lata praktyki i przeprowadzone akcje mówiły co innego. Działałem z Klaudią i nie straciłem wtedy głowy. Wtedy…

Godziny późnowieczorne, tego samego dnia. Willa po kosowskiej stronie.

— Otwiera „Zoltar”, zamykam ja, płyniemy w ustalonym szyku. Po osiągnięciu punktu oznaczonego znacznikami wychodzę na czoło, bo ja wiem, gdzie są zapory, a „Zoltar” idzie na tyły. Usterki sprzętu w strefie bezpiecznej, ten nurek się wycofuje i wraca. Mamy dwa spławiki z GPS-em, na przodzie i z tyłu. Sprzęt z tego miejsca zabierają nasi serbscy przyjaciele. Właściciel powiadomiony, że wyjeżdżam jutro rano. Ktoś nie czuje się na siłach? — musiało paść to sakramentalne pytanie i dobrze przewidziałem, że nikt się nie odezwie.
Zawsze po tym pytaniu nastawała cisza. Ostatnie chwile w bezpiecznym terenie. Kompletnie przygotowani, z załadowanymi do broni magazynkami z amunicją do walki pod wodą. Bezbronny był tylko „Patron”, bo jego „Wał” został schowany w hermetyczny zasobnik.
— Wpieriod, według kolejności i pamiętajcie, zadanie najważniejsze, bez względu na straty.
Poszli i tylko patrzyłem, jak po kolei ubywa ludzi. Pamiętałem te poważne wyrazy twarzy, zaciśnięte usta i skupiony wzrok. Wydawało mi się, że „Witja”, najmłodszy z nas i mający najmniej doświadczenia, miał jakiś strachliwy wyraz wzroku, ale każdy z nas się kiedyś bał, każdy miał ten pierwszy raz.
Cofnąłem się dwie godziny wstecz, gdy pisałem list podobny do tego, który napisałem podczas akcji w Libanie. Miałem dylemat, do kogo zaadresować, i napisałem dwa. Jeden do Tamary, bo teściów nie chciałem w to mieszać, prosząc najstarszą córkę, by ten drugi wysłała do Polski. Nie, nie było ryzyka, że w przypadku „zaginiony” i innych postępujących za tym stwierdzeń, on dojdzie do niej, a potem ja zostanę przykładowo wymieniony za jakiegoś szpiega. W przypadku opcji „prawdopodobnie zabity” był bufor czasu 5 lat. Żona „Koli” nie dostała go do dzisiaj.
— A ty napisałaś? Tak się u nas robi, musisz sklecić nawet kilka słów — zapytałem „Vesty”.
Nie chciała, ale przymusiłem ją. Przegadałem do rozumu, że rodzice mają prawo wiedzieć, że to im się należy. Powołałem się na swoje córki, i to chyba ją przekonało.
Ile razy ja to już pisałem i na szczęście list nigdy nie doszedł do adresata, a bywałem o tyli, tyli od śmierci. Czeczenia, Dagestan, Liban, Gruzja i znów obarot. Za każdym razem inny, a od dłuższego czasu, gdy została zamordowana Katia, bo to był mord, to nie wiedziałem, do kogo zaadresować.
Zdałem sobie sprawę, że zostałem sam. Poprawiłem karabinek i sprawdziłem, czy magazynki są szczelnie opatulone. Wszystko było w porządku. Ruszyłem.

„Zoltar” prowadził nas jak po sznurku. Sprawnie omijał zakola jeziora, widać było, że nurkował tu często. Nałożone na maskę gogle noktowizyjne pomagały, ale z każdą minutą baterie siadały. Każdy z nas ciągnął za sobą niewielki hermetyczny zasobnik, a ja i Serb musieliśmy tak operować głębokością, by spławik z umocowanym GPS-em nie poszedł pod wodę.
Teraz to ja przewodziłem. Szli za mną, jeden za drugim, posuwając się w głąb zatoczki. Czułem zmęczenie, ale nie dawałem po sobie tego poznać.
Na szczęście nikt nie dostrzegł dziur, które zrobiłem w prowizorycznych blokadach. Nurkowałem tu wcześniej, mając butlę na plecach, a teraz rebrathera na klatce piersiowej. To łatwiejsze, bo masz zestaw w zasięgu wzroku. Prawie, szorując po dnie, uderzyłem głową o jedną z motorówek. Woda była płytka, ale to idealne miejsce, by się wynurzyć. Kadłuby łodzi zasłaniały nas przed wzrokiem wartownika tkwiącego na przystani.
Wynurzenie zawsze wiąże się z ryzykiem, chyba że na płyciźnie, gdzieś w oddali, a potem idziesz dalej. Najpierw wystawiłem swój karabinek uzbrojony jeszcze w amunicję do walki pod wodą, a potem wynurzyłem tylko twarz. Był tam skurwysyn, siedział na pomoście, paląc papierosa. Było dobrze, nie mógł nas widzieć z tej pozycji. Nur i sygnał do moich, że można się wynurzać.
Tu nie ma słów, są gesty, wyuczone, dla każdego jasne i mówiące więcej niż kilkanaście słów. „Skin to skin”, wyszliśmy razem, a bez komend każdy z nas, z wyjątkiem „Patrona”, pozbył się magazynka mieszczącego 26 naboi MATS, pocisków-strzałek o długości około 53 mm, które stabilizują się hydrodynamicznie za pomocą tzw. kawitacji, a teraz na lądzie były zupełnie niepotrzebne.
Chwila, gdy stado jest bezbronne? Nie. Nie i jeszcze raz nie. Pierwszy wywaliłem magazynek, podpinając ten do walki na lądzie i przesuwając zatrzask do przodu, by uzyskać właściwe położenie, potem reszta, sukcesywnie. Gdy ¾ miało broń gotową do walki, dałem gestem sygnał, by ruszyli na wartownika.
— Preferuję żywego — szepnąłem, gdy „Witja” i „Amur” ruszyli do boju. — „Priom”, odciągnij go — to było zbyteczne, bo razem z „Uralem” odczytali moje zadanie.
Mocniejsze uderzenie, o powierzchnię, tak jakby duży drapieżnik nagle wynurzył się i poszedł pod wodę ruszyło ochroniarza z miejsca, i to wystarczyło. Odwrócił się tyłem, poszedł w tamto miejsce i był nasz.
— Jeden kurwa ruch, jeden wyraz i po tobie — „Witja” miał dobrych nauczycieli, trzymając szturmowy nóż przy jego szyi.
— Kiedy zmiana? — zadałem pytanie, pozbywając się zbędnego balastu i tkwiąc tylko w czarnym uniformie i sportowych butach.
Nie rozumiał, podbiegł „Zoltar” i zadał mu to samo pytanie.
— Jeb się… — nie zdążył dokończyć, a „Witja”, zacisnąwszy mu usta, przywalił w brzuch.
— W dół, rozbierać go — zdołałem cichcem podać komendę. — „Ural”, obrabiaj, tylko mu coś wsadź w gębę — dodałem.
— Lëvore, zmiana za kwadrans.
— Ilu i gdzie?
Kilka mocnych uderzeń.
— Dwunastu, zmiana o szóstej, reszta śpi przy ośrodku, ale jest jeden gość — „Ural” się naprawdę nie pierdolił.
Popatrzył na mnie, a mój wzrok mówił wszystko, podciął mu gardło. Jednego mniej.
— Stanę, nie znacie języka i hasła — rzucił „Zoltar”.
— Stawaj.
Drugiego ściągnęliśmy bez najmniejszych problemów, a gdy wyśpiewał nam, gdzie, co i jak… Ruszyła sfora wściekłych psów.
Padali jak muchy, a my szliśmy do przodu, czyszcząc każde pomieszczenie. W końcu, wraz z Serbem, dotarłem do sypialni panny. Wpadł pierwszy, zastając ją w dość intymnej sytuacji, i stanął jak wryty.
Wchodziłem jako drugi, ubezpieczając go, i dostrzegłem kopulującego nastolatka poniżej wieku zgody z pełnoletnią panną.
— Uważaj!!! — ryknąłem, wchodząc ostro i podcinając mu nogi. Huk wystrzału przeszył ciszę. Nie trafiła, ale teraz przyłożyła dziecku broń do skroni.
— Ty jesteś ważna i tak go zajebię — odparłem, gdy tkwiliśmy naprzeciw siebie.
— Nie, nie zrobisz… — stwierdziła, a ja wystrzeliłem kilka pocisków, równocześnie przesuwając się do przodu. Poleciały pierza z poduszki, jakieś inne rzeczy, a ona, przerażona, puściła broń. Zadałem silny cios kolbą w twarz, zalała się krwią.
— Jesteś kurwa, czy dochodzisz do siebie jebany Serbie?
— Jestem, kryje, ruski jebańcu — usłyszałem.
— Zawijaj kurwę, ma być żywa.
Wziąłem nagie dziecko na ręce. Miał mniej lat niż Tamara.
— Nic ci już nie grozi, wszystko będzie dobrze — powiedziałem, a dziecko objęło mnie mocno, nie chcąc puścić.
— Tu „szósta”, wchodzimy do piwnic…
— Tu „czwarty”, wchodzę.
— Drugi obiekt opanowany, tu ja „trzeci”.
— Podziemie obiektu nasze, pierwszy mamy problem — meldowano w korespondencji radiowej.
— Tu „trzeci”, mamy problem w drugim budynku.
Nie to chciałem usłyszeć. Dochodziły jakieś problemy, a z pewnością były poważne, bo nie meldowaliby mi o drobnostkach.
— Tu „drugi”, oba obiekty opanowane — to nieco mnie uspokoiło. Budynek był nasz, o stratach nikt nie meldował.
„Witja” pozostał na pomoście, ochraniając nas z zewnątrz. Pierwsze piętro wyczyściłem razem z „dziewiątym”, czyli „Zoltarem”, parterem i piwnicami zajęła się „Vesta” z „Dimą”, a drugim piętrem „Amur” z „Uralem”. Drugim parterowym budynkiem zajęli się „Priom” z „Patronem”.
— Meldować, jak obiekty — poleciłem, chcąc wiedzieć, ilu terrorystów zneutralizowano, a ilu pojmano żywcem. „Witja” nie musiał meldować, tam sytuacja była jasna — dwóch gagatków dawno już wyzionęło ducha.
— Tu „czwarty”, dwa na jeden, ale mamy problem, duży problem — padło enigmatyczne stwierdzenie od „Patrona”.
— Tu „szósta”, dwa na jeden i jeden cel ekstra — kolejny niejasny meldunek.
— „Drugi” melduje, dwa na zero.
Razem z „Zoltarem” położyliśmy dwóch, zaraz po wejściu na piętro. Suma się zgadzała – dwunastu.
— „Drugi” do mnie — wydałem komendę, zdając sobie sprawę, że w dwóch miejscach naraz się nie pojawię, a czas nas gonił. — Masz ją „dziewiąty”? — padło pytanie do „Zoltara”.
— Zabezpieczona, gotowa — odparł krótko.
Mój zastępca pojawił się błyskawicznie. Rozpoznawałem swoich ludzi perfekcyjnie, mimo że każdy miał na twarzy kominiarkę.
— Sprawdź piwnicę, meldują o kłopocie, ja idę do drugiego budynku, bo tam coś nie gra — rozkazałem i obaj ruszyliśmy z kopyta.
Biegłem w kierunku oddalonego budynku, ile sił w nogach. Każda zwłoka działała na naszą niekorzyść. Po opanowaniu mola wysłałem do naszych po serbskiej stronie sygnał przez telefon komórkowy, a ci z pewnością odpalili „Żytieła”, który siał zakłócenia na wyznaczonych pasmach. Równało się to z tym, że nie miałem już z nimi łączności, bo pasmo telefonii komórkowej było jednym z tych porażonych.
— Co jest, kurwa? — rzuciłem do „Patrona”, gdy tylko znalazłem się we wnętrzu domu.
— Sam zobacz — odparł enigmatycznie, prowadząc mnie za rękę.
— Wiktor, ja pierdolę, co my zrobimy? — dodał „Priom”, ciągnąc jednego z zabitych terrorystów za nogi w kierunku ogólnodostępnego kibla.
W rogu leżał fachowo spętany jeden z ochroniarzy, a obok niego jugolski kałasznikow. Gębę zatkali mu jakąś szmatą.
Otworzył pierwszy z pokoi i zapalił światło. W rogu tkwiła skulona dwójka chłopców w wieku dziewięciu, może jedenastu lat. W kolejnym pokoju — trzy dziewczynki mające może po dwanaście lat, potem kolejny i kolejny. Dziesięcioro dzieci w wieku od siedmiu do piętnastu lat i jedna młoda kobieta z niemowlęciem. Zdębiałem.
— Kurwa, o co tu chodzi? — zapytałem zaskoczony, choć podejrzewałem, w jakim celu są tu przetrzymywane.
Część dzieci było narodowości romskiej, podobnie jak ta kobieta. Wszystkie wystraszone, skulone, patrzyły na nas przerażonym wzrokiem, niczym zaszczute zwierzęta.
— Zmień Serba, niech tu zapierdala na biegu, może któreś z nich zrozumie go. Przejmujesz obiekt i odpowiadasz głową. Uważaj, to ostra suka — rozkazałem „Priomowi”.
Pomknął niczym strzała, a ja zacząłem mówić do romskiej kobiety. Niby kiwała głową, coś do mnie mówiła, ale nie rozumiałem jej. Nie znałem serbskiego w stopniu komunikatywnym, mimo że był trochę podobny do rosyjskiego. Starałem się mieszać polskie stwierdzenia, wymieszane z rosyjskim, arabskim, i angielskim.
— Help, please help me — usłyszałem od niej i dostrzegłem, jak mocniej tuli zapłakane niemowlę w ramionach.
Dziesięcioro dzieci plus tamten chłopiec, którego ta pizda wykorzystywała, i ona z maleńkim oseskiem. Patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem, jakby czując, że jesteśmy ich wybawicielami, a mnie cały misterny plan misji runął jak domek z kart.
— OK, OK — powtarzałem jak mantrę. — „Czwarty”, korytarz wysprzątany z celów? — zadałem „Patronowi” pytanie, nie chcąc, by nieletni widzieli zwłoki swych katów, bo dobrze zdawałem sobie sprawę, po co one tu były.
„Zoltar” wpadł zdyszany i stanął jak wryty, a snajper zameldował, że uprzątnął zwłoki.
— Wypytaj się ich, dowiedz się wszystkiego. Poniał!!! — zwróciłem się do specjalsa z bratniej armii. — Zostajesz tutaj, a ty „Patron”, wyprowadź dzieci na korytarz i niech się ubiorą, tylko szybko, jak potrzeba, to pomóż im.
— Pierwszy tu drugi, dawaj, mamy poważny problem — kurwa, nie to chciałem usłyszeć.
— Działajcie, tylko szybko, a ja zabieram tego chuja — dodałem i pochyliłem się nad skrępowanym mężczyzną, szturmowym nożem przecinając więzy.
Chwyciłem szubrawca za kark i prowadziłem przed sobą. Nie opierał się, szedł potulnie przodem. Gdy tylko uszliśmy kilkanaście kroków bez żadnych oporów, chwyciłem go mocno za czoło, przyciągnąłem do siebie i poderżnąłem gardło. Odwróciłem go, tak by widzieć jego wzrok. Chwycił się za szyję i po chwili opadł na kolana, a potem na ziemię, starając się w ostatnich tchnieniach chwycić mnie za nogi. Dostał tylko potężnego kopniaka i po kilkunastu sekundach leżał martwy. Splunąłem na niego i teraz, już nieobciążony jego obecnością, biegiem ruszyłem do głównego budynku.
Traciliśmy cenne minuty, a ja nie wiedziałem, co począć. W głowie tłukły się słowa dowódcy „Wympieła”, że ta pizda jest najważniejsza, a serce podpowiadało co innego. Zbiegłem do piwnicy.
— Uspokój „Vestę”, ona go zajebie za chwilę, już go spacyfikowała — rzucił „Amur”, wprowadzając mnie do dużego pomieszczenia.
Stała z wycelowaną bronią w kierunku leżącego na ogromnym małżeńskim łożu jegomościa, za swoimi plecami skrywając dziewczynkę młodszą niż Tamara, może dwunastolatkę, a ta ubrana była w seksowne ciuchy, rodem z filmów porno i umalowana jak dorosła kobieta. Tęgawy facet miał rozjebany łuk brwiowy i limo pod okiem.
— Vesta, przejmuję, zabierz dziecko, kto to? — starałem się mówić spokojnie, ale złość we mnie buzowała. Nie, to nie była złość, ja kipiałem wściekłością tak jak wtedy… — Czemu go nie zajebałaś? — zapytałem, będąc pewny, że to któryś z ochroniarzy.
— Zapal światło, zobaczysz — wycedziła przez zęby, trzymając karabinek przy oku.
Pomieszczenie stało się jasne i dostrzegłem rzucony na krześle mundur oficera holenderskiej armii. W tematach państw armii obcych byłem obcykany. Epolety wskazywały na podpułkownika, a emblemat na jednym z rękawów jasno wskazywał, że był z personelu UN.
Jeżeli dzieci w tamtym budynku pokrzyżowały moje plany, to ten bubek wywrócił je do góry nogami. Miałem ochotę zabić gościa na miejscu, bez mrugnięcia okiem, tylko teraz słowa „Amura” powróciły, te o zakazie likwidacji personelu ONZ.
Miały te siły dużo za kołnierzem, wszak były oskarżenia w stosunku do nich o handel organami, że przymykali oczy, słynny żółty dom w Albanii, zniknięcie blisko pięciuset obywateli serbskich i romskich z Kosowa, nerki sprzedawane na czarnym rynku, handel żywym towarem i dziećmi, prostytucja. Myślałem, że to się skończyło, że kolejne misje coś zmienią. Przecież w ten proceder był umoczony pierwszy prezydent lub premier Kosowa, dobrze nie pamiętałem, który i co… Dalej to trwało. Ten kraj stał się szambem Europy, tu krzyżowały się szlaki przemytu narkotyków, broni, organów, handlu ludźmi i prostej adopcji.
— Szósta zabierz dziecko i dawaj mi tu drugiego…
— Zostaję…
— Kurwa!!! Nie zrozumiałaś, zabierz dziecko i drugi do mnie!!! — wrzasnąłem i zbliżyłem się do leżącego na łóżku nagiego, zakrwawionego grubasa.
— Rank, name and surname, official function? — wyrzuciłem z siebie, gdy „Vesta” wyszła.
— Who am I dealing with? Who are you? I'm a UN staff member — odparł, ocierając krew z twarzy i nakrywając się pościelą.
— Answer. I won't repeat myself!— Przyjebałem mu składaną kolbą karabinka w nalany ryj, pokazując, kto tu teraz rządzi. — Fucking pedophile — dodałem i zamachnąłem się ponownie.
Spękał, był zastępcą dowódcy holenderskiego kontyngentu. Co jeszcze bardziej skomplikowało sprawę.
— Russian? — zapytał, chyba rozpoznając mój akcent.
— No. North Korea special forces — odparłem, zdając sobie sprawę, w jakie gówno weszliśmy.
Spętałem znalezionym sznurkiem od rolet gościa, nim pojawił się „Amur”. Mógł wrzeszczeć, to pomieszczenie było wyciszone i dostrzegłem stojące na statywach kamery video, a w otwartych szafach lubieżne stroje. Wszystko stało się jasne. Pedofilski raj, panowie za odpowiednią kwotę zaspokajali swoje chore chucie, a przy okazji mieliśmy wytwórnie filmów z wiadomym tagiem i to dość ostrym i niedopuszczalnym. To było mini studio filmowe.
— Co robimy? Wiktorze, kurwa, jesteśmy tu już za długo. Czas ewakuacji…
— Daj mi pięć minut, to gruba sprawa. Masz kluczyki od motorówek?
— Mamy…
— Niech „Witja” ładuje nasz sprzęt na jedną z nich…
— Wiktor, zadanie…
— Poruczniku, ja tu dowodzę!!! — na szczęście rozmawialiśmy na zewnątrz, tak że nikt obcy nas nie słyszał.
— Tak toczna — odparł karnie, widząc, że nic nie wskóra.
— Ósmy jak sytuacja? — zadałem pytanie „Witji”.
— OK — odebrałem po chwili krótki komunikat.
— Zawijaj chuja na piętro do tej cipy, tu jest grubo, za bardzo grubo, muszę wiedzieć wszystko do końca. PONIAŁ!!! — wyrzuciłem z siebie, widząc jego minę.
— Da, poniał.
— Dziewiąty, zabieraj stado do głównego budynku — rozkazałem serbskiemu towarzyszowi, a ten skwitował to szybko prostym „Przyjąłem”.
Znów bieg, teraz na piętro. „Vesta” okryła dziewczynkę swoją bluzą, zostając tylko w białym cieniutkim sweterku, spod którego widać było biustonosz. Wzrok przestraszonej dzieciny i wyraz oczu operatorki mówiły mi tylko jedno — „Nie zostawisz tych istot w tym piekle?”.
— Wiktorze… — powiedziała, gdy tylko się pojawiłem, a ja omiotłem ją chłodnym spojrzeniem, tak, że zamilkła.
— „Ural”, „Priom” do mnie, reszta, przygotowanie do ewakuacji, dawaj mi „Amur tego chuja. Poruczniku, do roboty, nie ma czasu!!! — rozdzieliłem zadania i pogoniłem zastępcę.
Momentalnie zajął się tym, co mu zleciłem, jasno stawiając polecenia. Tkwiłem z wyznaczonymi ludźmi w sypialni tej panny.
— Co tu się kurwa dzieje! Mów albo popamiętasz — zwróciłem się do kobiety.
— Gówno ci powiem, moi ludzie już tu jadą ruski śmieciu — odparła hardo.
— Wniesiemy skargę, jesteś skończony — dorzucił spasiony podpułkownik.
Przerzuciłem karabinek przez plecy i zbliżyłem się do kreatury. Jeden, drugi, trzeci cios w twarz. Łepetyna kanalii odskakiwała po każdym z nich.
— Kurwa, kurwa, kurwa! — kląłem, z lubością, zadając ciosy i patrząc, jak zalewa się krwią. — „Priom”, idź do łazienki i znajdź lokówkę do włosów, nasza miss, jak widzę kłaki sobie kręci, jak nie będziesz wiedział, jak to wygląda, spytaj „Vestę” — poleciłem.
— Przestań, zapłacę, ile kurwa chcecie?!!! — wykrzyczała.
— Ile masz? — zagrałem.
— Dwadzieścia tysięcy euro i czterdzieści tysięcy dolarów — jęknęła.
—„Priom”, dawaj! Na plewy nas kurwo bierzesz, na drobne? — kontynuowałem.
Łącznościowiec wyszedł. Skinąłem na „Urala”, a ten zaczął obrabiać na jej oczach podpułkownika. Potężne ciosy spadały na  pedofila i mój człowiek robił to z nieukrywaną lubością.
— Stracił przytomność — zameldował.
— Mam dwa kilo czystej heroiny — rzuciła.
— Gdzie? — zadałem pytanie.
— Tam za obrazem jest sejf…
— Kod.
Wrócił „Priom” z lokówką. Wziąłem ją z jego rąk i podłączyłem do sieci, czekając, aż się rozgrzeje.
— Podaj kod kurwo — ponowiłem pytanie.
— Nie, nie podam, ty jesteś…
— Słuchaj, mnie, słuchaj dobrze, bo nie mam czasu. Mam cię dostarczyć, ale nikt nie powiedział, w jakim stanie. Chcę wiedzieć i mieć wszystko o tym, co tu się działo. Gdzie trafiały te dzieci i ta kobieta z niemowlęciem, po co tu jest? Twój tatulek jest w naszych rękach i ci nie pomoże…
— Nic ci nie powiem — przerwała mi.
— Najpierw przyłożę tę prostownicę do piersi, dokładnie do sutka, jednego i drugiego. Zawyjesz jak gwałcone dziecko, które tu tym skurwysynom serwowałaś. Potem sparzę ci pośladki, najpierw jeden, a potem drugi. Uwierz mi, wyjawisz wszystko, ale gdybyś się okazała twardzielką, to wsadzę ci to w cipę, a takiej, co by to przeszła, nie znałem, a dużo widziałem w życiu.
— Nie zrobisz tego…
— „Ural” bierz ją i dawaj tu do mnie, bo ten jebany kabel jest krótki i nie dostanę — wydałem polecenie.
Wierzgała nogami, starała się bronić, ale gdy rozgrzane urządzenie zbliżyło się do jej pośladków, jasne było, że się podda.
— Sześć, siedem, jeden, zero. NIE — na nic zdały się kody, przyłożyłem rozgrzane urządzenie do lewego półdupka. Operator walnął ją w twarz, by zamilkła.
— Tu „drugi”, gotowi do ewakuacji — usłyszałem w słuchawce.
— Czekać
— Kurwa pierwszy.
— Czekać. PONIAŁ!!!
— „Dziewiąty” gotowy — zameldował Serb.
— „Priom”, otwieraj sejf, a tobie kurwo nie radzę kłamać, bo zrobię to, co mówiłem. Co z tymi dziećmi, co z tą Romką z niemowlęciem, no powiesz kurwa czy nie? — nie czekałem na odpowiedź i przyłożyłem prostownicę do drugiego pośladka.
— Nie!!! — wyła, ale „Ural” zatkał jej gębę.
— Czas na cipę co? — byłem, nie wiem kim, ale musiałem to z niej wydobyć.
— Nie, nie!!! — wyła, próbując się jakoś bronić i dostrzegając, że prostownicę kieruję pomiędzy jej uda. — Tam, na dole, w piwnicy jest drugi sejf, tam masz wszystko. Kod jeden, jeden, trzy, osiem — wyrzuciła z siebie w ostatniej chwili.
— Kamandir, tu jest kasa i dragi, co robimy? — zameldował łącznościowiec.
— Zabieramy. Zostaw otwarty, leć na dół. Pamiętasz kod? — wyrzuciłem.
— Jeden, jeden, trzy, osiem — powtórzył.
Do świadomości doszedł nasz holenderski oficer. Wystarczył mój prosty gest, a „Ural” znów mu przywalił konkretnie.
— Mam tu dyski, bo tu jest coś jakby… zabieram to, fotki zostawiam, potwierdź — usłyszałem.
On lepiej się na tym znał. Skoro znalazł coś lepszego, nie negowałem. Straciliśmy dobry kwadrans jak nie więcej. Każda minuta działała na naszą niekorzyść.
— Likwidacja celów — dałem jasną komendę, by pojmanych ochroniarzy zlikwidować i nikt tego nie kwitował. — Pierwsza lokalizacja,  wszyscy zbiórka — dodałem.
— A co nim? — zapytał „Ural”, patrząc na Holendra.
— „Vesta go załatwi, zabieraj kurwę — rzuciłem.

— Zwariowałeś kamadir, zwariowałeś — tak moją decyzję skwitował „Amur”, a w oczach „Zoltara” widziałem podziw.
— Nie dyskutuj, wykonuj zadanie, a w tobie nadzieja — odpowiedziałem, choć gdybym nie miał dzieci, postąpiłbym, jak on sugerował.
Była szansa, na niewielkim parkingu stała terenówka Holendra i niewielka ciężarówka marki TAM, chyba z demobilu serbskiej armii albo pozostawiona tutaj. Było gdzie załadować dzieci.
Nie, pytanie, kto chce podjąć się tego, co zamierzałem, nie wchodziło w rachubę, bo znając swoich ludzi, każdy zostałby ze mną. To ja kurwa musiałem wybrać, byłem dowódcą.
„Zoltar” jasno się określił i nam to przekazał. Powiedział, że tu zostaje, choćby je miał sam ewakuować To były serbskie i romskie dzieci. Kobieta miała być przemycona do niemieckiego burdelu w Hanowerze, niemowlę sprzedane do luksemburskiej rodziny, a te dzieci… Większość już zaznała…
Pamiętałem ból Tami. Przeżywałem to z nią. Jakbym miał teraz zostawić te pokrzywdzone dzieciątka na pastwę losu innych? Czy mógłbym sobie spojrzeć prosto w twarz, mówiąc, że wykonałem zadanie, a z drugiej strony, wiedząc, że pozostawiałem je w paszczy lwa? Nigdy!!!
„Vesta” zaaplikowała holenderskiej kurwie dobrą działkę narkotyku, a dodatkowo wstrzyknęła m u coś w mosznę, a może w jądra.
— Dzielimy się na dwie grupy. Pierwsza „Amur”, „Vesta” „Priom” i „Witja” z celem i przebijacie się łodziami zgodnie z planem, reszta ze mną i z tymi sierotami. JASNE!!!
— Jak? Gdzie? Nie zostawię cię — wywalił „Amur”.
— Nie zostawię cię Wiktorze, nie ja, ty masz większe prawdopodobieństwo, że będą ranni — mocno uderzyła „Vesta”, świdrując mnie wzrokiem.
— Ma rację — rzucił „Priom”.
— Bierz ją — dodał „Patron”.
Skoro tak mówili, przychyliłem się do ich sugestii.
— Damy radę — stwierdziła, patrząc na mnie kochającym wzrokiem.
— „Patron”, zajmujesz jej miejsce. „Amur” cel najważniejszy PONIAŁ!!!
— Poniał, wpirod, bystriej! — krzyknął na swoich ludzi i udał się z nimi na molo.
Serb popatrzył na mnie.
— Kurwa ty jesteś…
— Ojcem, tak jak i ty, ładuj dzieciaki na ciężarówkę i wracaj, pojedziemy tego buca Freelanderem Serbie. Dawaj!!!

Zapora wodna na jeziorze Gozivode. Kilkanaście minut później. Polski posterunek obserwacyjny, siły QRF (szybkiego reagowania).

Tak, wypadł jej dyżur. Od północy do drugiej. Monice, szczupłej brunetce mającej 170 cm wzrostu, teraz operatorce elitarnej jednostki „Formoza”. Drugie podejście, bo za pierwszym razem poległa na jakiejś końcówce testu. Ona najlepsza snajperka w polskiej policji, dziewczę, które potrafiło trafić w pudełko zapałek… ze sporej odległości.
Na zawodach służb mundurowych w strzelaniu precyzyjnym była trzecia, po gościach z „Gromu” i właśnie „Formozy”, ale pierwsza z policyjnej formacji. Funkcjonariuszka śląskiego SPAT-u. Wtedy wypatrzył ją szkoleniowiec z morskich komandosów i rzucił propozycję, by dołączyła do nich. Nie wahała się ani chwili i od dwóch miesięcy mogła nosić z dumą na ramieniu emblemat „paskudy”. To była jej pierwsza zagraniczna misja i nie grymasiła, że trafiła do Kosowa, gdzie nie było dodatku wojennego.
„Powolutku, Monia, na wszystko przyjdzie czas” — powtarzała sobie w myślach.
Jej dwugodzinna warta na wieżyczce zapory powoli dobiegała końca. W oddali dał się słyszeć pojedynczy, przytłumiony strzał, ale nie zwracała na to zbytniej uwagi. Owszem, zameldowała o tym, ale belgijski kapitan pełniący służbę oficera dyżurnego na zaporze nie przejął tym się zbytnio. Strzały tutaj słychać było często, po konflikcie w każdej chacie z pewnością skitrany był kałasznikow lub przynajmniej pistolet i dopóki nie kierowano oręża w ich stronę, albo ludności cywilnej olewano to. Siły ONZ miały związane ręce i nie mogły zaangażować się po żadnej ze stron konfliktu.
Razem z pięcioma kolegami była w QRF (Siły Szybkiego Reagowania) i pracowali w trójkach, obstawiając obserwacyjny posterunek. Dowodził nimi świeżo upieczony podporucznik, ale z doświadczeniem w „Formozie”, w której spędził już kilka lat i miał za sobą akcje w różnych częściach świata.
Pogłaskała swojego wyborowego AWM-a, powtarzalną broń kal. 8,6 × 70 w wersji AWM-F (z kolbą składaną na bok). Lubiła ten model i szybko zapałała miłością do tej broni. To był mercedes wśród broni precyzyjnej, jej cichy kochanek.
Przez otwarte okno usłyszała cichy szum. Wytężyła słuch i była już pewna — to był warkot silnika łodzi motorowej. Przyłożyła do oczu lornetkę noktowizyjną, nerwowo lustrując połacie jeziora. W godzinach nocnych obowiązywał zakaz pływania po Gazivode, a większość mieszkańców przestrzegała tego ograniczenia.
„Albo kłusownicy, albo przemytnicy” — przemknęło jej przez myśl, ale nic nie dostrzegła. — „Spokojnie, Monia, spokojnie, jeszcze raz” — uspokajała się, bardziej metodycznie lustrując taflę akwenu.
Wzdrygnęła się, gdy nagle z zupełnie innej strony dały się słyszeć serie z broni automatycznej.
— Tu 2406, wymiana ognia. Prawdopodobnie w okolicach Kovace, mam podejrzenie ruchu obiektów na wodzie — zameldowała, odkładając lornetkę i schylając się, by przyłożyć karabin do ramienia.
— Przyjął, słyszymy — odpowiedział jej głos towarzysza o nicku „Ask”, świeżego operatora, który z 1 PSK przyszedł do „Formozy” razem z nią.
Teraz poprzez przystawkę noktowizyjną AN/PVS-27 Magnum Universal Night Sight (UNS) zamontowana przed lunetą celowniczą i umożliwiająca prowadzenie precyzyjnego ognia w warunkach nocnych przeczesywała teren. Urządzenie dawało lepszy obraz, choć w nieco zawężonym sektorze.
— Jest — syknęła, dostrzegając dwie niewielkie łódki wychodzące z zatoki.
— Dwie łodzie od strony Kovace, wychodzą z zatoki — zameldowała, podkręcając ostrość przystawki do granic możliwości. Na początku nie wierzyła, ale wzrok nie mógł się aż tak pomylić; cała czwórka postaci, po dwóch na każdej z łodzi, była uzbrojona, wyraźnie widziała zarysy karabinków. Poruszali się w ciemności z niewielką prędkością, zmierzając prawdopodobnie w kierunku drugiego brzegu.
— Czterech uzbrojonych, po dwóch w łodziach, oświetlam teren! — krzyknęła, odkładając karabin i sięgając po oświetlającą racę HLZ-1000. Wystawiwszy dłoń przez okno, odpaliła ją.
Pocisk szybko poszybował w powietrze i osiągnąwszy odpowiednią wysokość, rozbłysnął, oświetlając spokojną toń jeziora. Opadał wolno na spadochronie, a ona teraz dokładnie widziała obie nawodne jednostki — niewielkie łodzie motorowe.
Przyłożyła leżący na stoliku dalmierz do oczu i dokonała pomiaru. Cel znajdował się w odległości 1300 metrów.
— Dawaj, „Monia”, dawaj do RIB-a!!! — usłyszała głos swojego dowódcy i stukot butów na metalowych schodkach prowadzących na wieżyczkę.
Podniosła karabin i narzuciła na siebie hełm.
— Ilu i gdzie? — zapytał.
— Tam, dwie łodzie — odparła, mijając go w drzwiach.
Pędzili w kierunku RIB-a (Rigid Inflatable Boat), hybrydowej łodzi motorowej łączącej cechy sztywnej łodzi i pontonu. Konstrukcji niezwykle szybkiej, bezpiecznej i odpornej na trudne warunki. Istniała spora szansa, że dorwą tamtych, nim ci zdołają dotrzeć do przeciwległego brzegu. Ich cudo potrafiło sunąć z prędkością ponad 70 km/h, podczas gdy łodzie bandytów mogły osiągać co najwyżej połowę tej prędkości.
Wskoczyła, zajmując pozycję na dziobie, i ułożyła karabin tak, by w razie konieczności móc go użyć.
— „Ask”, „Pumciak”, dawajcie, odbijamy!!! — ponaglił pozostałych „Hart”.
— Co się tam dzieje? — padło pytanie od „Aska”.
— Grubo, naparzają się chyba gangi, ostra wymiana ognia w Kovace, pchnęli tam holenderski patrol, a nasi pozostali obsadzili posterunek przy drodze na zaporę.
RIB ruszył ostro, na pełnej mocy, z włączonym mocnym szperaczem na dziobie. Z zapory cały czas strzelano, a oświetlające race rozświetlały nocne niebo.
Miała swoje pierwsze bojowe zadanie…

+++++

Miałem płonną nadzieję, że przemieszczając się tymi pojazdami, nie wzbudzimy zainteresowania ze strony obserwatorów, którzy po tej stronie nie zostali zlikwidowani przez serbskich „pomocników”. Poruszaliśmy się przecież znanymi im pojazdami, bo podejrzewałem, że holenderski podpułkownik nie gościł w tym podłym przybytku po raz pierwszy. Siedziałem obok prowadzącego Freelandera „Zoltara” i sam zdecydowałem, że to on poprowadzi pojazd, zdając sobie sprawę, że lepiej zna topografię terenu, bo się tu wychował.
Prowadziliśmy kolumnę składającą się z naszej terenówki i ciężarowego TAM-a 150, za którego kierownicą siedział „Ural”, a obok niego „Dima”. Na pace ładunkowej zarządzała „Vesta”, przejmując na siebie obowiązki ochrony nieletnich oraz kobiety z noworodkiem.
Cała podległa mi czwórka była dozbrojona; nakazałem zabranie ze sobą uzbrojenia pozyskanego od zabitych ochroniarzy, zwracając uwagę, by wziąć klasyczne jugosłowiańskie wersje kbk AK, a nie zachodnie trofea, choć korciło mnie, by dozbroić się w fajnego HK 416.
Sprawnie opuściliśmy zabudowania i ruszyliśmy w kierunku zapory. Co chwila zerkałem w lusterko wsteczne, by nie zgubić ciężarówki. Do Gorni Jasiennik, gdzie znajdował się posterunek obserwacyjny, wszystko szło zgodnie z planem, ale potem…
Gdyby pojawił się tylko nasz Freelander, pewnie przemknęlibyśmy niezatrzymywani przez dwóch bojowników stojących na poboczu drogi. Ich uwagę zwrócił pędzący za nami TAM, a jeden z nich momentalnie ruszył na środek wąskiej drogi, starając się nas zastopować.
— Dawaj „Zoltar”, bierz go na maskę — krzyknąłem, a on i bez mojej zachęty miał zamiar to zrobić.
Uzbrojony drab nie zdołał odskoczyć na czas i maską pojazdu uderzyliśmy w niego, odrzucając delikwenta na bok.
— „Ural”, pizda, przechodź!!! — wrzasnąłem w radio. — „Vesta”, uważaj, wiedzą, że to nie swoi — dodałem, przeładowując zdobyczną wersję AKMS-a.
Momentalnie poszła seria od drugiego z ochroniarzy, ale musiała być niecelna, bo przemknęliśmy na pełnym gazie i nikt nie meldował o problemach. Stało się jednak jasne, że teraz przeciwnik wie, że pojazdami nie podróżują swoi.
— Dawaj, tylko tak, bym ich widział — rzuciłem do Serba, a ten tylko kiwnął głową na znak, że zrozumiał. — „Vesta”, melduj!!! — wrzasnąłem w radio.
— Bez strat, ale chyba rusza za nami jakaś terenówka, tam musiało być trzech — usłyszałem jej głos.
— Likwiduj, masz zezwolenie, nie pozwól, by się zbliżyli za bardzo. PONIAŁA!!!
— Da, poniała.
Kręta droga nie pozwalała na rozwinięcie dużych prędkości. W myślach prosiłem, by z naprzeciwka nie pojawił się żaden pojazd ani pieszy. Było jednak późno i ryzyko spotkania się z autami było niskie.
Po chwili dało się słyszeć wymianę ognia. Walentyna z pewnością nie pozwoliła nieprzyjacielowi zbliżyć się zbyt blisko i odgryzała się ogniem.
— „Drugi”, jak u ciebie? — rzuciłem w radiotelefon, mając nadzieję, że złapie zasięg z „Amurem”.
Na darmo, najprawdopodobniej „Żytiel” swoimi harmonicznymi zakłócił moją korespondencję. Nie usłyszałem nic, poza specyficznym szumem.
Walka elektroniczna jest bronią obosieczną, szczególnie gdy zakłócenia są siane w szerokim paśmie, a tak pewnie było. Przy dużej mocy nadajnika zakłócasz nie tylko zadane częstotliwości, ale także walisz w harmoniczne.
„Kurwa” — zakląłem w myślach.
— Podchodzą, gotuję i rzucam granat — wyrwał mnie z przemyśleń głos „Vesty”. Jebnęło z tyłu po paru sekundach. — Terenówka zlikwidowana, mam tyły wolne — usłyszałem jej triumfujące stwierdzenie.
— Kurwa, zobacz — krzyknął „Zoltar”, gdy dotarliśmy do Kovace.
Przed nami stał stareńki Opel Corsa postawiony w poprzek drogi i kilku bubków z bronią wycelowaną w naszym kierunku.
— Taranuj, kurwa, taranuj!!! — krzyknąłem i wychyliłem się z bronią przez boczne okno, waląc na oślep ze zdobycznej „Zastawy”.
— Przechodzimy, uważajcie, blokada!!! — krzyczałem, nie przerywając ostrzału.
Bojownicy z mojej prawej strony zniknęli, kryjąc się chyba w rowach, z lewej dostaliśmy ogień. Na przedniej szybie wykwitły pajączki i powoli stawała się matowa. Głuche uderzenie w przeszkodę sprawiło, że ta poleciała na lewą stronę. Serbski towarzysz nie był palcem robiony, wiedział, gdzie i jak uderzyć.
Huk gniecionych blach, szczęśliwie zredukował bieg, dając maszynie większą moc. Przerzuciłem ogień na przednią szybę naszego wozu, a potem pięścią uderzyłem w nią. Nie puściła. Byłem na tyle sprawny, by prawą nogą jebnąć w nią z całym impetem. Udało się, wyleciała, a my przeszliśmy przez blokadę. Pęd powietrza walił w nasze twarze.
— „Szósta”, melduj! — krzyknąłem w radio.
— Bez strat, idziemy dalej — Jakże mnie to ucieszyło. — Jebnęłam dymny, zapierdalajcie — dodała.
Spojrzałem na „Zoltara”, a on przez chwilę na mnie.
— Dawaj, idzie dobrze. Damy radę — rzuciłem, choć nie byłem tego pewien. Kierowaliśmy się w stronę zapory, a tam z pewnością w gotowości czekały siły z ONZ.
— Damy radę, nie spasuję — odparł.

W tym samym czasie. Jezioro Gozivode, w połowie dystansu do przeciwległego brzegu.

— „Drugi”. Idzie szybka łódź motorowa w naszym kierunku — krzyknął w radio „Priom”, widząc zbliżającego się RIB-a od strony zapory.
— Melduj dystans, może damy radę — usłyszał od „Amura”.
Snajper sprawnie przyłożył oko do optyki i dalmierzem określił cel. Było jasne, że dorwą obie ich wolne łodzie tuż przed desantem na brzeg, gdzie tkwiły dwa pojazdy do dalszej ewakuacji.
— Dojdą nas tuż przy brzegu, odciągamy ich — odparł i spojrzał na „Patrona”.
Zrozumieli się bez słów. Pamiętali, że cel jest najważniejszy. Musieli przejąć pościg na siebie.
— Idziemy na nich — padło z ust snajpera. — Zamelduj, że bierzemy ich na siebie. Odbijam — dodał „Patron”.
— „Drugi” powodzenia, bierzemy ich na siebie. Paka.
— Paka.
Odbili w przeciwnym kierunku i skierowali się w kierunku zbliżającego się z oddali RIB-a.
— Kto, ty czy ja? — zadał pytanie łącznościowiec.
— Ja, steruję tą krypą, na tobie skupią uwagę, tylko nie kozacz za bardzo, nie chcę widzieć twojej śmierci, zrobimy to razem — odparł „Patron” i wyciągnął ręczny granat.
Obaj zdawali sobie sprawę, że w ich kierunku płynie UN-owski patrol QRF.
— Daj mi tylko parę minut, pomeandruj, klucz. Podłączam te dyski pod naszą bezpieczną transmisję danych. Pójdzie łączem satelitarnym do naszych. Kurwa, głupio byłoby ginąć na darmo.
— Dobra, odciągam ich w tamtą stronę. Wiesz kurwa, lubię cię.
— I ja ciebie też. Słyszysz? Nasz kamandir też nie ma lekko. Kurwa, tylko żeby on wyszedł z tego cało — powiedział „Priom”, podłączając kabelkami zabrane dyski do swojego ustrojstwa. Zawsze nosił ze sobą setki tego oprzyrządowania.
Obaj dobrze słyszeli wymianę ognia na lądzie. Odetchnęli, gdy RIB skierował się w ich stronę.
— Spokojnie, transmisja leci do naszych, odbij lekko, daj mi jeszcze czas, bo kurwa nasz „Żytiel” sieje po całości i wolno to idzie. Zrywa, pierdoli się.
— Jak sobie życzysz — odparł „Patron” i odbił łodzią.

Polski patrol QRF w tym sektorze, w tym samym czasie.

— Rozbili się na dwie lokalizacje, tamci idą z boku, teraz zrobiła zwrot w innym kierunku. „Monia”, dasz radę? — krzyknął dowodzący patrolem QRF.
— Co mam dać radę? O co chodzi? — zapytała snajperka.
— Mamy dwie łodzie, muszę podjąć decyzję. Dasz radę pierdolnąć w silnik jednej z nich? Wtedy je zatrzymamy. Masz kurwa chyba termowizję. Nie strzelaj w ludzi, tylko w silnik. Melduj do kurwy nędzy!!! — „Hart”, świeży podporucznik, wydawał jasne i proste komendy. Był zawodowcem.
— Mam zatrzymać łódź, nie dam rady inaczej — odparła kobieta, składając się do strzału.
— „Ask” nadawaj po angielsku i po ichniemu przez głośnik, że strzelamy. No już kurwa! — padłom polecenie, a „Pumciak” momentalnie wyłączył silnik łodzi, by ułatwić Monice wzięcie celu w okular.
— Wezmę tę bliższą łódź, większe prawdopodobieństwo, tamtą nie trafię, oni kluczą, zasłaniają cel, nie chcę… — tu głos dziewczyny zadrżał, miała trafić w silnik, a nie w człowieka.
— Wal w silnik, masz mój rozkaz.
Nie byli daleko od pierwszego celu; na dalmierzu widniało niecałe pół kilometra. Dla niej to była bajka, zwłaszcza przy tej optyce i wsparciu urządzeń. Gdy tylko RIB spokojnie usiadł na wodzie, a „Ask” przez megafony wrzasnął ostrzeżenie, że są siłami pokojowymi i żądają zatrzymania oraz poddania się kontroli, odczekała chwilę.
Nie podporządkowali się tym wydanym komendom. Nadal płynęli.
— Proszę o zgodę na otwarcie ognia — rzuciła i momentalnie ją dostała.
Dwa oddechy, zgranie się z niewielkimi falami, które jeszcze były, i wreszcie pewność, gdy w okularze dostrzegła cel.
„Już” — padł strzał, potem drugi, dla pewności.
— This is UN peacekeeping forces. Put down your weapons — nadał przez głośnik „Ask”.
RIB ruszył powoli, zbliżając się do unieruchomionej jednostki.
Omietli pokład mocnym szperaczem, delikatnie podchodząc od lewej burty. Jeden z załogantów mający na sobie kominiarkę, dał znak, że się poddaje, mając ręce za karkiem i przewieszony karabinek przez plecy. Drugi wciąż siedział przy sterze. „Ask” wymierzył w nich swój karabinek, podobnie jak dowodzący. Monika miała na celowniku sterującego łodzią.
— Hart? — padło pytanie z tamtej strony. — Ściągam kominiarkę, spokojnie.
— „Patron”, to ty.
— Tak ja, ja i „” Priom”.
— Co jest?
— Nie pytaj, jedź do tamtej zatoki i zobacz.
— Muszę was aresztować.
— Naprawdę, po tym, co przeszliśmy w Libanie i Syrii? Jeżeli masz to zamiar zrobić, to odpłyń i zabieraj kurwa swoich ludzi. Daj nam zginąć z honorem.
— Tam masz fotki i to ci wystarczy, zobaczysz, jakie gówno kryjesz.
— Wszyscy opuścić broń, opuścić broń — padła prosta komenda z ust „Harta”.

W tym samym czasie. Okolice zapory wodnej Gozivode. Kosowo.

Za nami podążał patrol ONZ oraz kilka pojazdów. Znów doszło do wymiany ognia i wyeliminowania Toyoty z ONZ. Nie wiem, jak „Vesta” to zrobiła, ale udało jej się.
— Pierwszy, tu szósta, nie mam ammo, walę z naszych.
Ominęliśmy zaporę i podążaliśmy dalej, zmierzając do celu. Kolejne zakręty, wąskie drogi. Poszedł silny ogień w naszym kierunku. Celny, pociski omiotły w terenówkę. Serb zawył, trafiony w ramię. Nieprowadzony pojazd zjechał na bok, wywracając się. Wylądowaliśmy w rowie…

Jammer106

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda i erotyczne, użył 16332 słów i 97093 znaków, zaktualizował 10 cze o 10:07.

3 komentarze

 
  • Użytkownik Maciek12

    Znowu w takim momencie przerywasz no cóż rozumiem trzeba nas trzymać w napięciu...rewelacja

    4 godz. temu

  • Użytkownik Jammer106

    @Maciek12  
    Staram się by każdy odcinek nie przekroczył 100k znaków (co nie zawsze się udaje), a i zatrzymanie w takim momencie daje Czytelnikom owe napięcie i niepewność co będzie dalej. Już widzę, że co niektórzy kreślą swoją wizję jak akcja potoczy się dalej i to jest dla mnie budujące i miłe. Czy skończy się to tak jak przewiduje Hart? Nie zdradzę tej tajemnicy jeszcze w tej chwili.
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.

    4 godz. temu

  • Użytkownik Hart

    I jak zwykle zamiast rozwiązać problem zakręciłeś jeszcze bardziej. I ja to rozumiem ale chyba będziesz musiał wydłużyć cykl o kolejne części bo magiczna liczba 12 już pękła. Nie żeby mnie to specjalnie martwiło. Wątek z Polakami w tle zaczyna rysować obraz jak chcesz rozwiązać sprawę połączenia tego w całość z powrotem do polskiego toru akcji. Ale zostaje sprawa Walentyny. Bo strasznie tu namotałeś z tym wątkiem. Wiem wszystko w swoim czasie się wyjaśni . Tak czy siak w napięciu i skupieniu czekam na cdn. Miło że wróciłeś do wcześniejszych znanych postaci. Pozdrawiam 👍🏻

    9 godz. temu

  • Użytkownik Jammer106

    @Hart  
    No tak, miało być12 odcinków i dupa. Klaruje się jeszcze kilka (pewnie z pięć, tylko jak ja pisze pięć to wychodzi z tego osiem).
    Sprawa Walentyny rozwiąże się w kolejnym odcinku, a powrót do znanych postaci z poprzednich odcinków, no trzeba Was jakoś docenić, choćby małym epizodem. Tylko jak zachowa się podporucznik "Hart"? Ma chłopina zagwozdkę. Co Ty byś zrobił?
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuje za komentarz.

    6 godz. temu

  • Użytkownik Pumciak

    Akurat w takim momęcie musiał ci się atrament wpórze skończyć

    10 godz. temu

  • Użytkownik Jammer106

    @Pumciak  
    Zawsze mi się w takiej chwili kończy. Musze coś z tym zrobić.
    Pozdrawiam i dziękuje serdecznie za komentarz.

    6 godz. temu