
Odna na vsekh - my za tsienoy nie postoim.
Odna na vsekh - my za tsienoy nie postoim.
Nas zhdet agoń smertel'nyj,
I vse ż bezsilen on…
Fragment pieśni, Bułat Okudżawa „Dziesiąty batalion desantowy” (Десятый наш десантный батальон).
…Jednego zwycięstwa tutaj nam potrzeba,
Jeden jest cel. A cena krwi nie znaczy nic.
Jeden jest cel. A cena krwi nie znaczy nic.
Czeka nas ogień śmiertelny,
Ale bezsilny on…
(Swobodne tłumaczenie autora)
Dagestan, Federacja Rosyjska, miejscowość/wieś Terutli, obwód tsutliński.
Tkwiliśmy w nieprzyjaznym rejonie, czekając na zapadnięcie zmroku. Cała ósemka prowadziła obserwację. Ten dystrykt, podobnie jak Cumadzki, gdzie operowali ludzie „Rubina”, był uznawany za jeden z najbardziej niebezpiecznych, opanowany przez terrorystów z Emiratu Kaukaskiego.
Na szczęście nad wioską znajdowała się baza pograniczników, wspierana przez siły FSB, a tuż obok niej mieściło się niewielkie lądowisko, które mogło przyjąć śmigłowiec. To stamtąd mieliśmy się ewakuować z celami po wykonaniu zadania.
Do naszej dyspozycji na lotnisku w Groznym, oddalonym w linii prostej o jakieś 130 kilometrów zadysponowane były dwa szturmowe Ka-50 i jeden Ka-29 VPNT z Bojewaja, Udarnaja Grupa – BUG, z doświadczonymi w walkach nad Czeczenią załogami. Wszystkie trzy maszyny były szturmowe, a do tego teamu dołączono dwa Mi-17, typowo transportowe.
Nauczony doświadczeniem, nie do końca ufałem miejscowym funkcjonariuszom pogranicznej służby ani tym z FSB. Większość z nich stanowili lokalni, jedynie wyższa kadra podoficerska i oficerowie mogli być osobami godnymi zaufania. Cóż, taki miałem charakter, a doświadczenia z akcji moich odpowiedników w Czeczenii wskazywały, by nie wierzyć im bezgranicznie.
Nie dojechaliśmy do ich bazy, zlokalizowanej na wysokości tak około 2200 mnpm, nakazałem opuszczenie, pojazdów, które nas transportowały z Machaczkały, kilkanaście kilometrów wcześniej, na odludnym terenie, w dolinie, specjalnie, podając, że udajemy się do innej wioski odległej od tego punktu, parę kilometrów.
— Ale podwieziemy was tam — zaproponował kierowca busa, którym się poruszaliśmy.
— Nie, nie trzeba, damy radę — odparłem i już mi się koleś nie podobał.
Nie wierzyłem w takie dobre intencje w tak niebezpiecznym dystrykcie. Nieraz już ostrzeliwano konwoje, a w takim poruszaliśmy się, więc pchanie się na jeszcze większe zadupie wydawało się nieracjonalne.
Przecież to załoga tego posterunku mogła wykonać akcję – wjechać centralnie i aresztować figurantów, ale to jednak nam powierzono owo zadanie. Pytanie dlaczego?
Majaczące w oddali trzytysięczniki, pokryte jeszcze śniegiem, robiły wrażenie. Byliśmy w terenie wysokogórskim, choć dla doświadczonych alpinistów i zdobywców ośmiotysięczników te góry jawiły się jako niewinna igraszka. Tylko w Himalajach nie uświadczysz min, dzikiego zwierza i innych niebezpieczeństw, a my musieliśmy brać to pod uwagę.
— Dużo ich, naliczyłem blisko dwudziestu, razem z lokalnymi. Niby nie mają broni zespołowej… — zaczął mówić „Amur”.
— Chuj wie, co tam kitrają w domach — przerwałem mu.
Czterdzieści chałup, dwa meczety, cmentarz i szkoła koraniczna. Centrum wioski to zbite domy i wąskie uliczki, około dwudziestu budowli o różnej konstrukcji, większość z kamienia, ale były też te o lepszym standardzie.
„Kurwa, pod latarnią najciemniej, a do Gruzji niedaleko” — pomyślałem, analizując teren, który nie sprzyjał.
Na razie tkwiliśmy nad brzegiem potoku, a może rzeczki o nazwie Haługaicha, o silnym nurcie, lecz niezbyt głębokiej. Jej szum przeszkadzał. Atak stąd nie wchodził w rachubę – raz, że za daleko do celu, dwa, słabe pole ostrzału. Idealnym miejscem była szkoła, skąd można było przystąpić do szturmu. O tym, jednak można było pomarzyć. Wszechobecne psy, praktycznie w każdym domostwie, podniosłyby alarm. Dlatego zdecydowałem, że punktem wyjściowym do ataku będzie cmentarz znajdujący się tuż przy jedynej ulicy Ramazanowa oraz okolice meczetu, po przeciwnej stronie.
— Kurwa, jesteśmy w dolinie, wokół wysokie góry, z radiostacji nici, coś jebana skrzeczy, niby krótkofalowa, ale propagacji nie oszukasz, silne tłumienie. Tylko telefon satelitarny, ale z nim też bez szału, z komórkami działamy na minimum zasięgu, a jeżeli już, to łapiemy gruzińskiego operatora — informacja od „Prioma” nie napawała optymizmem.
— Obejdź wioskę i zaiwaniaj do góry w kierunku posterunku, sprawdzaj zasięg. Gdy znajdziesz dobre miejsce, pozostań i daj znać. Nasza wewnętrzna łączność starczy?
— Wodzu, działamy na tych naszych radiach na UKF i z małą mocą…
— Dobra, masz latarkę, i to dużej mocy, osiągniesz pozycję, dajesz dwa krótkie, dojrzysz niebezpieczeństwo, jeden cholernie długi. Obserwuj nas, sygnał do ataku dla nas to trzy krótkie. Potrzebujesz wsparcia?
Nie liczyłem, że poprosi. Za długo z nim pracowałem. Wysyłając go w tamto miejsce, pozbywałem się wyszkolonego operatora. Mniejsza siła ognia, bo łącznościowiec też walczy.
— Kurwa „Poliak”, ich jest ponad dwudziestu…
— Wiem, ale bez łączności, na dwóch niezależnych kanałach to dupa z zadania. Masz kanał do tych na górze? — Potwierdził ruchem głowy.
— Będąc tam, łatwo wezwiesz wsparcie, więc mi tu nie pierdol i do roboty — uciąłem jego dylematy.
Wezwałem „Amura” i przekazałem mu wszystkie dane, jakie przekazałem „Priomowi”.
— Zabieraj „Borysa” z kaemem i snajpera, niech ten drugi zajmie dobre miejsce w okolicach meczetu. Czekasz na mój znak, kryjecie nas, blokujecie dopływ sił od tamtej strony i w ostateczności szturmujecie, ale na mój lub „Tora” rozkaz. Gdybym zginął, obejmujesz dowodzenie.
— Dowódco…
— Kurwa, nikt nie jest wieczny. Wykonaj.
— Może ja poprowadzę…
— Wykonaj i nie melduj o trudnościach. PONIAŁ!
— Da, poniał — zauważyłem, że mu to przyszło z trudem.
Poleciłem, by wezwał do mnie pozostałych i zabierał swoich. Po chwili tkwili przy mnie „Vesta”, „Ural” i „Tor”.
— Przesuwamy się na cmentarz, w pierwszym rzucie „Tor” i „Ural”, potem ja z „Vestą”, broń w pogotowiu. Pytania?
Nie było. Zarzuciłem plecak i przeładowałem subkarabinek z tłumikiem. Pomimo faktu, że wprowadzono nam na uzbrojenie nowe AK-105, wolałem polegać na tej broni.
— Znowu razem Wiktorze — szepnęła medyczka, przeładowując swojego peema, nowiuteńkiego PP-19-01 „Witjaź”.
— Nie podniecaj się zbytnio, na to przyjdzie jeszcze czas. Jak dostaniemy się pod ogień, to delikatny nie będę. Gwarantuję, że będziesz szczytować — odpowiedziałem, a ona parsknęła śmiechem.
Karabin maszynowy i snajpera oddałem zastępcy, plus jego AK-105, bo sam sobie takiego wybrał. Pozostała mi siła ognia w postaci mojego subkarabinka, peema „Vesty”, AKS-74UB z wyciszonym granatnikiem GSG-19 „Urala” i AK-105 „Tora”. Wszytka broń z tłumikami dźwięku. Do tego każdy z „Giurzą” i odpowiednim zapasem amunicji.
Nie przerywaliśmy obserwacji. Zawsze jeden lukał na cel, gdy pozostali zajmowali kolejne pozycje.
Rozchodziliśmy się, co jasno wskazywało, że atak nastąpi niebawem. Miałem nadzieję, że u „Rubina” wszystko było w porządku i również przygotowuje swój szturm.
Bałaszycha. Dom teściów Wiktora. Pokój Tamary.
Dziewczyna była niespokojna, coś tego wieczoru nie dawało jej spokoju. Najpierw pomyślała o tej kobiecie, która była ostatnio.
„Może o nią się tak niepotrzebnie martwię, ona mówiła, że straciła męża, którego pewnie bardzo kochała, i to jeszcze przed narodzeniem dziecka” — pomyślała nastolatka, ale po chwili zdała sobie sprawę, że to nie to ją trapi.
„Tatulek, co z nim? Przecież wtedy, on tak mówił, jakby się żegnał, może jemu coś się złego dzieje?” — wpadła w panikę i szybko wyszła z pokoju, kierując się do pokoju Nadii.
Bez pukania otworzyła drzwi do pomieszczenia młodszej siostry i obudziła ją.
— Chodź do mnie, mam złe przeczucia, chodź!
— Tamara, chcę spać.
— Wstawaj, chodź! — nastolatka nie ustępowała.
Gdy obie znalazły się w pokoju najstarszej córki Wiktora, Tami uklęknęła przed ikoną Jezusa Chrystusa Panktokratora, zmuszając siostrę, by ta też zrobiła, to co ona.
— Pomódlmy się za tatulka, proszę cię, Nadia. Błagam! Pan Bóg lepiej ciebie wysłucha jako dziecka niż mnie. Pomódlmy się, by tatko wrócił do nas.
— Ale… — młodsza córka Wiktora, rozbudzona, jeszcze nie bardzo była przytomna.
— Nadia, błagam cię. Pomódlmy się tak jak kiedyś, gdy tatko nie wracał na czas, mam złe przeczucia. Proszę!
Obie dziewczynki przeżegnały się, jak to jest przyjęte w prawosławnym obrządku, i zaczęły modlitwę. Tami płakała, czując wewnętrzny niepokój. Żarliwość ich modlitwy była tak szczera, że Najwyższy nie mógł pozostać obojętny.
Pozycja bojowa grupy „Rubina” ze składu „Wympieła”. Federacja Rosyjska, Dagestan, Metrada, dystrykt Tsumada, godzinę później.
Kapitan „Rubin” za późno zdał sobie sprawę, że jego cel jest zasadzką. Pomimo faktu, że zastosował podobnie jak Wiktor pewne środki ostrożności, gdy tylko zajął pozycje wyjściowe, nastąpił kontakt ogniowy. Nawet nie zdołali zająć rubieży, a terroryści przypuścili śmiały szturm.
Metrada, niewielka wioska licząca około 700 mieszkańców, w tej chwili stała się areną walk.
— Łącz się z pogranicznikami i FSB z placówki — gdyż podobnie jak w rejonie działań grupy „Poliaka”, owa placówka istniała.
— Podaj, co potrzebujesz i jaka sytuacja — usłyszał kapitan.
— Wsparcie, dawajcie wsparcie, silny ogień broni automatycznej i kaemów. To pułapka.
— Jaka liczebność, podaj ilu?
— Ponad czterdziestu, pięciu, sześciu zlikwidowanych, cel znajduje się w kwadracie…
— Przyjąłem, przekazuję wyżej, nie dam rady, za mało sił i środków. Mam inne zadania. Trzymajcie się.
Nie na to liczył „Rubin”, ale teraz zdał sobie sprawę, że musi podjąć walkę, mając tylko pięciu ludzi plus siebie, w obliczu hordy terrorystów. Zajął, jak mu się wydawało, idealną pozycję w centrum miejscowości. Tak, w przypadku skrytych działań z użyciem wyciszonej broni, ale innej nie miał. Przebijanie się z odległej pozycji skazywało jego ludzi na śmierć.
— Kamandir, jesteśmy okrążeni, wydaje mi się, że w tamtym kierunku mamy szansę — zasugerował jego łącznościowiec.
— Wypierdalaj, wypierdalaj tam i daj cynk „Poliakowi”, oni muszą wiedzieć! Łącz z „Wołkiem”, niech ich ostrzeże! Na chuj liczysz, WYPIERDALAJ!!! — wrzasnął na podoficera.
Stracił dwóch ludzi, a pozostali przy życiu skupili się wokół niego.
— „Jakus” i „Boria”, tam, „Dusz” zostajesz ze mną — rozkazał, wskazując pierwszej dwójce miejsce. Tkwienie w jednym miejscu, przy potencjalnym ataku z RPG lub moździerza, równało się likwidacji całej grupy.
Stracili operatora z granatnikiem, ale nadal mieli „Borię” z karabinem maszynowym, a ten potrafił ostudzić zapały bojowników.
Nastąpił kolejny szturm; terroryści, jakby byli naćpani, ruszyli śmiało na ich pozycję. Odparli atak, choć jeden z operatorów dostał w twarz, a kula rozorała jego policzek. Był nadal zdolny do walki, mimo że rana wyglądała paskudnie.
— Ile mamy patronów?
— Kurwa niedużo, ja dwa magazynki.
— Tylko jeden.
— Granaty? — zapytał podwładnych.
Wyszło po cztery na łebka. Było źle, ale jeszcze nie krytycznie.
W kolejnym ataku, który odparli, stracił dwóch ludzi. Kaem się zagrzał i była potrzebna wymiana lufy. Celowniczy i amunicyjny nie sprzedali swojej skóry łatwo. Ten pierwszy, widząc szturmujące go zastępy terrorystów, chwycił za nagrzaną lufę PKM-a i cisnął nim w przeciwnika, powalając dwóch atakujących. Drugi, widząc, jak zbliżają się do niego, rozerwał się granatami, grzebiąc przy tym kilku bojowników.
Jedno ze skrzydeł zostało zdobyte. Terroryści mogli teraz dokonać ostatecznego szturmu.
— Trzymamy się, chłopaki, trzymamy się — rozkazał, zdając sobie sprawę, że amunicja jest na wykończeniu.
— „Poliak” ostrzeżony, lotnicza bojowa grupa uderzeniowa z Grozny zmierza w naszą stronę — usłyszał po chwili od swojego łącznościowca.
„Zuch, maładiec” — pomyślał o nim, zanim kolejna fala islamskich terrorystów ruszyła na nich.
Śmiertelnie trafiony padł kolejny z jego operatorów. Nawet nie zamknął mu oczu, bo coś innego było ważniejsze. Opróżnił ładownicę nieboszczyka i rozpoczął pojedynek ogniowy. Nie zauważył, kiedy został trafiony, najpierw w ramię, a potem w twarz.
Pozycja bojowa grupy „Polika”, Federacja Rosyjska, Dagestan, wieś Terultli, obwód tsutliński.
Sygnał przyszedł nagle. Oczekiwałem, że atak nastąpi o trzeciej, czwartej nad ranem, gdy sen jest najmocniejszy, a tu nagle teraz.
— Dawaj, wpieriod — krzyknąłem i ruszyliśmy do przodu.
— „Patron”, dawaj, zewnętrzne cele — rozkazałem.
Noktowizory na oczach, broń wyciągnięta przed sobą, wizja pokonania sporej odległości.
— Pierwszy spuszczony, ale mamy ruch, cholerny ruch, oni mają zamiar się ewakuować!
Coś się popierdoliło. Albo ktoś dał cynk, albo…
— Bok, idźcie na bok, konflikt — rzuciłem w radio sygnały, zdając sobie sprawę, że teraz to będzie „wolna amerykanka”.
Wszystko się pojebało. Moi ludzie tkwili w zajebiście łatwym punkcie, a bojownicy, z bronią gotową do strzału, wybiegali z trzech domostw.
Pierwszych dwóch położyłem osobiście, „Vesta” z peema dosięgła trzeciego, rozpierdalając mu czaszkę.
— Ewakuują się, kurwa, ewakuują się, na prawo od was!!! — grzmiał „Priom”, z bezpiecznej odległości, widząc wszystko.
Serie z kałasznikowów chwilowo nas przygniotły. Nagle z dwudziestu obrońców ich liczba uległa powiększeniu. Dostałem ogień ze skrzydeł, czoła i z tyłu. Śpiąca wioska ożyła.
— „Priom” wezwij wsparcie! — ryknąłem w radio.
— Pakują się do samochodów, ponad sześciu ludzi, w tym cele — dostałem informację od „Prioma”, który najwyraźniej nie poszedł zbyt wysoko, mając nas w zasięgu i zapewniając łączność z bazą.
Granat dymny, a potem mój ruch do przodu.
— „Poliak”, osłaniam, idę na prawe skrzydło — usłyszałem od „Tora”.
— Uważaj z prawej, trzech! — padło od łącznościowca.
Tam rozległ się odgłos wymiany ognia. Szybki, a zarazem krótki. Momentalnie w tamtą stronę skierowałem lufę broni.
„Tor” dostał, nie w kamizelkę, a bezpośrednio w twarz, a ta zamieniła się w krwawą miazgę, praktycznie rozwaliło ją na kawałki. Był martwy, bez dwóch zdań.
— Idę! — wrzasnęła „Vesta”, mając zamiar udać się w tamtym kierunku.
— On nie żyje, Vesta! Kryj mnie ogniem. Realizacja!!!
Wywaliłem pół magazynka jak nie więcej, w silnik terenowego Nissana. Wypadło dwóch bojowników. Nie wiem, kto ich sprzątnął. Dopadłem pojazdu.
— Wychodzić, kurwa, wychodzić, bo za chwilę rozpierdolę tę furę!!! — wrzasnąłem.
— Ale ja — odezwał się jakiś młodzieniec z tyłu i momentalnie dostał kulkę w łeb, gdyż wykonał zbyt gwałtowny ruch.
Wycia, jęki córki terrorysty i jego syna na mnie nie robiły wrażenia. Mieliśmy w swoich rękach gościa. Najważniejszy cel.
— Kurwa, ich przybywa — usłyszałem.
Spojrzałem na stareńką Ładę Samarę, zapakowaną obok.
— Dasz radę, „Ural”?
— Kurwa, bajka — odparł, i nie wiem jak ale otworzył samochód.
Podniosłem tylną klapę i władowałem się do bagażnika, wcześniej skrępowaną trójkę celów ładując na tylne siedzenia. Wszystko działo się nagle, automatyka ruchów, wyuczona wcześniej, działała bez zarzutów. Z przodu siedzieli „Ural”, który kierował, i „Vesta” na przednim siedzeniu pasażera.
— „Amur” wycofuj ludzi. Cel pojmany — rzuciłem.
— Przyjął, macie ogon, likwidujemy — usłyszałem.
Faktycznie, za nami ruszył stareńki Land Rover Freelander. Gdy tylko minęliśmy meczet, usłyszałem terkot karabinu maszynowego. Terenówka zatrzymała się, a ja dojrzałem, że do niej pakują się moi ludzie, wywalając zwłoki zabitych terrorystów. Któryś z moich wywalił pokiereszowaną przednią szybę.
Dwa kilometry do bazy, po krętej, wąskiej, gruntowej drodze, w samochodzie z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Na ostrym zakręcie niemal nie wylecieliśmy z drogi.
— Kurwa „Ural”!!! — zakląłem.
— Idą za nami? — zapytał, wrzeszcząc.
— Nie widzę, ale zatrzymali tamtych, walili chyba w szybę i wypierdalali zwłoki, to chyba dobrze.
— Walentina, łącz się z „Priomem”, niech te chuje z placówki otwierają bramę — krzyczałem, siedząc w bagażniku.
— Kurwa, tam nikt nie odbiera!
— Wodzu, brama, co robimy? — zapytał „Ural”.
— Jaka?
— Kurwa, zwykła, drewniana, nic szczególnego.
— Taranuj!!!
Przód Samary pierdyknął w konstrukcję, ciągnąc ją na masce. Kierowca zaczął hamować, wyrwane końcówki ogrodzenia utrudniały panowanie nad pojazdem. W końcu stanął w poprzek drogi, nie mogąc jechać już dalej.
— Zabierać ich, JUŻ!!! — wrzeszczałem, starając się analizować sytuację.
Światła pojazdu jeszcze świeciły, choć akumulator nie dawał nadziei, że po zgaszeniu silnika odpali. Byliśmy na terenie bazy, i to było najważniejsze.
Strzały z kierunku, z którego się nie spodziewaliśmy, nas zaskoczyły. Walili do nas pogranicznicy i ludzie z FSB. Po raz kolejny dostałem przyjacielski ogień.
— „Priom”, gdzie jesteś? Niech przerwą ogień, to my wjechaliśmy na posterunek!!! — wrzeszczałem w radio.
Pocisk musnął moje ramię, rozrywając mundur, kolejne uderzyły w maskę Łady.
— „Ural” oberwał, jeden cel spierdala, idę za nim.
— „Vesta”, kurwa, ewakuuj resztę, idę! — nie wiem, dlaczego krzyczałem.
Cele były związane, ręce mieli spętane szpagatem od tyłu. Spierdalała córka terrorysty, a w momencie, gdy operatorka ruszyła za nią, reszta towarzystwa podjęła próbę ucieczki, nie mając swoistego „Cerbera”.
Osiemnastoletni syn pojmanego biegł w kierunku staranowanej bramy. Przyłożyłem subkarabinek do oka i oddałem pojedynczy strzał. Trafiony w nogę młodzieniec, runął. „Vesta” cisnęła peema, tak, że ten uderzył w łeb uciekającej nastolatki.
— Leż, suko jebana — usłyszałem tylko jej stwierdzenie, gdy ją dopadła.
— Aaaa!!! — wył nastolatek, którego ciągnąłem po ziemi za włosy. Miał takie, długie, fajne. Nowa generacja islamskich terrorystów.
Rana „Urala” wyglądała paskudnie, choć na dobrą sprawę nie była ciężka. Pocisk rozorał mu kącik ust oraz policzek i wyszedł. Nie mógł chwilowo mówić, ale był przytomny.
Główny obiekt nie uciekł daleko, bo potknął się i upadł na ziemię kilkanaście metrów od samochodu, nie mogąc się podnieść o własnych siłach. Był jak odwrócony żółw. Nic nie mógł zrobić.
— Jeden ruch, a zajebię — ostrzegłem, a kolbą uderzyłem go w twarz.
Zalał się krwią. Chyba stracił zęba. Podniosłem typa, był kurwa najważniejszym.
Nasi koledzy z placówki szczęśliwie zaprzestali strzelać; nie wiem, czy to była zasługa „Prioma”, czy sami się zorientowali.
W naszym kierunku biegli pogranicznicy i funkcjonariusze FSB z placówki.
— „Vesta”, zabieraj „Urala” i cele, znajdź bezpieczne miejsce — krzyknąłem. — Kto tu kurwa dowodzi? — zapytałem, zwracając się do nadbiegających ludzi.
— Straszy sierżant Taraczkin z FSB — usłyszałem.
No tak, oficerowie siedzieli w bezpiecznym miejscu i wysłali grupę dowodzoną przez podoficera.
— Za chwilę wjedzie drugi pojazd, grupa „Wympieł”, nie otwierać ognia, JASNE!!! — od dawna krzyczałem. — „Amur”, gdzie jesteś? — rzuciłem w radio.
— Za zakrętem, pojazd padł, idziemy, ale za nami jadą, widzę dwa pojazdy.
— Co tu macie? Jaki sprzęt? — zapytałem podoficera.
— Tam, tam jest ZSU-23-2 i mamy RPK na wartowni.
— Prowadź do ustanowki, Bystriej!
Obłożone kamieniami stanowisko ogniowe dwukrotnie sprzężonej armaty przeciwlotniczej o kalibrze 23 milimetrów nie znajdowało się daleko. Błogosławiłem fakt, że kiedyś na szkoleniu miałem do czynienia z tym rodzajem broni i wystrzeliłem kilkanaście pocisków. To była normalka w specnazie i siłach specjalnych. Byle gówniany dywizjon to miał, a od dłuższego czasu ten rodzaj uzbrojenia królował na wysuniętych placówkach w Czeczenii i innych niebezpiecznych rejonach.
— Załadowana, gotowa? — zapytałem krótko, a funkcjonariusz nie był w stanie odpowiedzieć.
— Nie wiem, ci, których przyuczono, są na urlopie.
— Otwórz skrzynki amunicyjne, sprawdź!!!
Sam doglądnąłem reszty. Tu wszystko wydawało się OK.
— Są.
— Siadaj kurwa obok!
— „Amur”, podaj sektor, zatrzymaj się i wskaż cele smugowymi.
— Przyjąłem, nie mam smugowych, obrzucam rejon lampami podczerwieni. Dajcie wsparcie.
— Przyjął, daj cele.
Prosta, zenitnaja ustanowka nie była docelowo skonstruowana, by razić cele naziemne, ale jeżeli miała to zrobić, to masakrowała ciała pociskami o kalibrze 23 milimetrów. Tu nie ma lekko rannych, tu mamy amputacje kończyn, domniemanie, kim kto jest, bo trafienie w łeb ją rozpierdala.
Narzuciłem gogle noktowizyjne na oczy i widziałem, gdzie mam walić. Tak szybko, jak mogłem, gałując pokrętłami, skierowałem obie lufy w sektor.
— Walę, kryjcie się!!!
Nogą nacisnąłem w odpowiednie miejsce, a drugą zaparłem się. Seria mieszanych pocisków poszła we wskazane miejsce. Potem druga. Zdawałem sobie sprawę, że mam tylko pięćdziesiąt patronów na każde działko.
— Przesuń, pięć, jest dobrze.
Kolejne kilkanaście pocisków.
— Na chuj liczysz, zapierdalaj po kolejne!!! — żołnierz pobiegł, zostawiając mnie samego.
— Idą od wioski, ponad dwudziestu — usłyszałem głos „Prioma”.
— Daj smugowymi gdzie.
— Nie sięgniesz stamtąd, potrzeba kaema albo pljamli na wysuniętej pozycji.
— Nie mam kaema…
— Masz kurwa, już idę — usłyszałem głos” Urala”.
Na wyposażeniu wartowni był RPK, taki substytut karabinu maszynowego, mix kałasza z kaemem. Nie wiadomo, co to do końca, ale broń zespołowa.
Wreszcie dotarła reszta moich. Wszyscy bez plecaków, bez zapasu amunicji, ale w chwilowo bezpiecznym miejscu.
— „Amur”, trzymaj lądowisko, to najważniejsze zadanie, jak puścisz, nie wyjdziemy stąd cali — zastępca tylko mrugnął oczami na znak, że zrozumiał, i ruszył biegiem w kierunku helipadu.
— Wyjebałem lufę, nie było czasu — tyle zameldował „Borys”, dając do zrozumienia, że zmuszony był wymienić nagrzaną lufę i ją zgubił, w czasie, gdy montował zapasową.
— Znajdź sobie dobre miejsce, twój sektor to od bramy w prawo, ja walę od niej w lewo — określiłem pola ostrzału.
— „Vesta”, jak cele, zabezpieczyłaś i co do kurwy nędzy z tą amunicją do opelotki? — wrzasnąłem w radio.
— Cele zabezpieczone, ranny opatrzony, zaraz dowiem się, co z ammo.
— „Patron”, kurwa, zajmij dobrą pozycję, tam w budynku. Będziesz naszym obserwatorem i korygującym — dzieliłem ludziom zadania.
Seria głuchych wybuchów następujących jeden po drugim zaskoczyła mnie i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że terroryści odpalili „Czuszkę” lub „Dropę” – system ładunków wydłużonych, którego zadaniem jest wywalenie wolnej drogi w polu minowym. Pierdolnęły chyba cztery, a może więcej.
Tak, zbocze bezpośrednio prowadzące do wsi było zaminowane przeciwpiechotnymi minami, to było logiczne, stamtąd należało się spodziewać potencjalnego ataku. To była najkrótsza droga do nas. Teraz mieli czysty kolejny sektor, skąd mogli przypuścić atak. Co gorsza, nie mieliśmy tam żadnych dodatkowych zapór inżynieryjnych ani ukryć.
— „Priom” jak ze wsparciem?
— „Poilak”, ruszyli dupę ze wsi, kilkunastu, podjeżdżają kolejne pojazdy, idą po oczyszczonym polu — usłyszałem „Patrona”, który najwyraźniej zajął już dogodną pozycję na dachu budynku.
Nie mogłem razić ogniem atakujących stamtąd przeciwników, nawet w sytuacji, gdybym położył lufy w najniższej pozycji. Zenitnaja ustanowka była tak ulokowana, aby ogniem zatrzymać nieprzyjaciela, próbującego wedrzeć się od strony drogi. Dopiero, gdyby wyłonili się w ostatniej fazie, mogłem ich porazić.
— Tu „Ural”, gotowy, niech reflektorami z budynku oświetlą ich.
— „Vesta”, słyszałaś!!! — krzyczałem.
— Przyjęłam, realizuję.
Od zabudowań wioski do nas miel trzysta metrów na otwartej przestrzeni, gdzieniegdzie porośniętej jakimiś drobnymi krzaczorami i karłowatymi drzewami. Zbocze nie było strome, różnica wysokości między wioską a nami wynosiła nieco ponad 150 metrów. Wcale się nie dziwiłem, że chcieli zaatakować od tej strony i stamtąd należało się spodziewać uderzenia liczniejszych sił. Mogli się rozłożyć w szeroką tyralierę i poza sektorem obserwacji puścić na dalekich skrzydłach kolejnych bojowników, którzy mogli nas oskrzydlać. Odległość trzysta metrów – idealna do prowadzenia walki przy pomocy kałasznikowa, wręcz książkowa.
Reflektory, jak szybko się zaświeciły, tak szybko zgasły, ostrzelane ogniem z wioski. Waliły przynajmniej dwa PK i jeden cekaem o większym kalibrze. Podejrzewałem, że DszK albo KPWT. Podobnie potraktowali nieliczne jeszcze świecące lampy na placówce. Spowiła nas ciemność. Na szczęście „Ural” zdołał omieść ogniem zbliżających się bojowników z tamtej strony i z dumą zameldował, że zlikwidował dwóch.
— Ruch przy bramie — zameldował „Borys”.
— Likwiduję, zmieniaj stanowisko, wesprzyj „Urala” — rozkazałem, nie chcąc tego drugiego pozostawiać samego.
Mocno nacisnąłem nogą na spust, wypluwając kilkanaście pocisków w kierunku bramy. Smugowe paciorki opuściły lufę i w ich poświacie dostrzegłem zbliżające się postacie. Poprawiłem kolejnymi paroma pociskami. Nie waliłem długimi seriami, nie było jeszcze takiej potrzeby, a zdawałem sobie sprawę, że jak zagrzeję lufy, to sam ich nie będę w stanie wymienić, bo po pierwsze nie zauważyłem zapasowych tutaj, a po drugie, nigdy tego nie robiłem.
— „Vesta”, kurwa, co z tą amunicją i dlaczego pogranicznicy siedzą w budynku na dupie? — zapytałem kobiety. — „Priom”, gdzie nasze wsparcie, gdzie udarnaja grupa?
— „Poliak”, oni są posrani na całego, pokryli się po kątach, zebrałam trzech, reszta chce spierdalać — noż kurwa, miałem wsparcie. — Amunicję wysyłam, cztery skrzynki, wspieram „Urala” — miała jaja, ale nie mogłem jej na to pozwolić, musiała pilnować pojmanych.
— Zabraniam, zostajesz z celami. Zabraniam!!!
— Dwóch położonych przy lądowisku — meldował „Amur”.
Usłyszałem grzechot obu naszych karabinów maszynowych. Mieliśmy nad tamtymi przewagę – noktowizję. Terroryści odgryzali się ogniem, ale bardziej walili „na czuja”.
— BUG w Metradzie, ewakuują jednego ocalałego z grupy „Rubina”, jak zakończą, idą do nas. Mamy się trzymać. „Wołk” organizuje ekspedycję z naziemnej bazy, ale będą za kilka godzin.
— Kolejna grupa we wsi, kilku poszło na wschód, dość daleko, chcą nas zajść. Likwiduję ich, „Poliak” masz ruch na prawo od bramy, trzech, czterech — „Patron” wzorcowo wywiązywał się ze swojego zadania.
Na ślepo puściłem kilka pocisków we wskazany rejon. Smugacze rozświetliły teren, dojrzałem skurczybyków. Skorygowałem i poprawiłem kolejnymi paroma pociskami.
Coś huknęło obok mnie. Chyba chuje przywalili w bliskiej odległości z RPG albo jego pochodnej. Drobiny ziemi, kępy trawy i odłamki uderzyły w mój hełm i ciało. Przez chwilą nic nie słyszałem, a w uszach dzwoniło jak cholera. Na oślep posłałem kolejną serię, lecz po wypluciu kilku pocisków mój oręż zamilkł. Zeskoczyłem z siedziska, kryjąc się za konstrukcją ZSU-23-2, odbezpieczyłem AKU-74 i oddałem krótką serię.
— Kapitanie, kapitanie, mam — usłyszałem głos i dostrzegłem w ciemności dwie postacie zbliżające się do mnie od strony strażnicy.
— Niżej, niżej, dawajcie, kryję was — odpowiedziałem, widząc, jak wyprostowani biegną w moim kierunku.
Waliłem na oślep, w kierunku, gdzie wcześniej dostrzegłem przeciwnika, lecz tych musiało być więcej, gdyż nagle z niewielkiego zagajnika padły strzały. Sporo krótkich serii z różnych lokalizacji.
— Znalazłam race oświetlające, strzelam, dopóki się nie skończą — zameldowała „Vesta”, a po chwili oświetlający pocisk rozbłysnął, opadając na spadochronie i oświetlając teren.
Teraz zagrzmiała wszystka nasza broń, a i terroryści nie próżnowali. Zrzuciłem z oczu gogle noktowizyjne, dostrzegając cele.
Oświetlenie pola walki to działanie obosieczne. Widzisz przeciwnika, ale i on widzi ciebie. My jednak byliśmy w lepszej sytuacji, bo tkwiliśmy za osłoną, podczas gdy nieprzyjaciel na otwartym terenie był widoczny jak na dłoni.
„Ural” najprawdopodobniej wystrzelił z podwieszanego granatnika, ktoś ze strażnicy musiał ich wesprzeć, bo w tamtym rejonie waliły dodatkowo dwa karabiny.
— Wywalcie tamte skrzynki i ładujcie nowe, ty drugi, dawaj ogień tam na lewo od bramy — starałem się przekrzyczeć huk moich wystrzałów.
Szybka wymiana magazynka. Wiedziałem, że nie zostało mi ich dużo, może dwa, maksymalnie trzy. Przeładowanie i ogień. Żołnierz wymieniający skrzynki z nabojami do działka guzdrał się niesamowicie.
Pocisk z RPG pierdolnął w budynek, kolejne dwie race „Vesta” zawiesiła w powietrzu i gotowała pewnie trzecią, a te, sycząc opadały wolno na spadochronach, dając swoje 500 kandeli.
— Gotowe, panie kapitanie — zameldował, prostując się jak rekrut.
— Kryj się… — moja komenda padła za późno. Młody szeregowy z pogranicznej służby upadł, skoszony serią. Nawet nie zdołał jęknąć.
— Jezu — wydukał drugi z pograniczników, widząc, co się stało.
— Nie Jezusuj, tylko osłaniaj, wskakuję na fotel, no już, WAL!!! — wrzasnąłem na spanikowanego żołdaka, widząc jego zachowanie.
Naparzał ogniem na oślep, ale mi to wystarczyło. Jego długie serie ostudziły zapały bojowników i chwilowo przygniotły ich do ziemi. Wskoczyłem na siedzisko i gałując pokrętłem naprowadziłem lufy na dostrzeżonych terrorystów.
Kolejna raca zawisła dokładnie nad nami. „Vesta” waliła na przemian, jedną nad „Urala” z „Borysem”, a kolejną, tak by mi oświetlić teren. Musiała wystrzelić mocniejszą, o sile 1000 kandeli, bo stało się jasno jak w dzień. Miałem wszystkich kutasów, jak na patelni i żadne krzaczory nie były w stanie ich ukryć. Nacisnąłem nogą na spust, patrzyłem w celownik i delikatnie operowałem pokrętłem, przesuwając lufy w poziomie.
To nie była krótka seria, to było długie pociągnięcie. Mogłem tylko dostrzec, jak gałęzie i drzewa kładą się na ziemi, trafiane 23-milimetrowymi pociskami, a z postaci, które próbowały się ukryć, odrywały się kawałki ciała i padały jak ścięta trawa.
— Część załogi spierdala na południe, pozostało na placówce czterech z FSB i podoficer z pograniczników, co mam robić? — mogłem spodziewać się wszystkiego, ale nie takiej postawy. Nawet dowódca pograniczników, widząc, co się dzieje, zabierał nogi za pas, spierdalając w kierunku migoczących na południu trzytysięczników. W dziewicze, niezamieszkałe tereny, bo w linii prostej do najbliższej wioski było kilkanaście kilometrów.
— Chuj z nimi, jak sytuacja na skrzydłach? — miałem ich w dupie, może lepiej, że uciekali, bo nie wiadomo, czy nie skierowaliby broni w krytycznej sytuacji w naszym kierunku.
— Trzymam lądowisko, wywaliłem wszystkie bojowe granaty, mam hukowe, dam radę — nasz kolega z „Zasłona” trzymał się mocno.
— Trzech, czterech położyłem, kilku, może trzech znikło, nie mam ich w zasięgu. Wiktorze, ty masz sektor czysty, gorzej od czoła, kilku wchodzi już na wzgórze, nie wiem, co z „Borysem”, jego stanowisko milczy — kontynuował „Patron”.
— Mam tam dawać? Cele w polu rażenia?
— Tak, dawaj, położyłem jednego, silny ogień, ci, co są w budynku, nie wyjdą — transmisję przerwała eksplozja kolejnego RPG, pocisk uderzył tuż pod płaskim dachem budynku.
— „Poliak”, ostatnie dwie race, walę w kierunku wioski, sprawdzę, co z „Patronem” — ale miałem babę w swoim zespole.
Odwróciłem się do żołnierza, który tkwił przy mnie, i dostrzegłem jego wystraszoną minę. Młody, dwudziestoparoletni chłopak o europejskiej urodzie.
— Odwracam ustanowkę, osłaniaj tyły, ufam ci, wal, jak coś zobaczysz — rzuciłem mu i najszybciej, jak mogłem, zacząłem kręcić dłońmi, starając się ułożyć lufy na odpowiednim azymucie i wysokości.
Musiałem je obrócić o ponad sto stopni i położyć prawie na najniższym poziomie. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, gałując obydwoma pokrętłami. Jedna raca już rozbłysnęła w powietrzu, kolejna opuszczała ręczną wyrzutnię. Obie silne, o mocy 1000 kandeli.
Dostrzegłem kilkanaście skulonych postaci. Nie, nie były wszystkie w kupie, te skrajne odrzuciłem, pozostawiając je „Patronowi”, jeżeli ten jeszcze żył. Biegli.
— Wszyscy kryć się! Walę nad wami, na minima, po ziemi!!! — ryknąłem, robiąc to, czego się nie powinno.
Prowadzenie ognia nad głowami własnych sił to ostateczność. Nigdy nie wiesz, czy nagła kanonada od własnej strony nie spowoduje wybuchu paniki, czy dowodzący w tym czasie nie poderwie do ataku żołnierzy, a ty centralnie skosisz ich swoim ogniem. Cholerne ryzyko i odpowiedzialność.
Przypierdoliłem i waliłem do momentu, aż w skrzynkach zabrakło amunicji, przesuwając szybko lufy w poziomie. Fontanny gleby unoszące się po trafieniu pocisku w ziemię, odbijane po rykoszetach, bo na stoku nie brakowało kamieni, a smugowe pociski, odbite, szybowały w niebo i padający przeciwnicy. Te obrazy przesuwały się w celowniku, a ja byłem totalnie skupiony na tym, by ochronić moich ludzi. W dupie miałem sprzęt, z którego teraz prowadziłem ogień. Wiedziałem, że lufy są rozgrzane, bo parowało z nich już po pierwszej szaleńczej wymianie ognia. Dopóki wypluwały z siebie ładunki śmiercionośnego ołowiu i dostrzegałem, jak sylwetki przeciwnika kładą się jak kukły, koszone moim ogniem, używałem tego narzędzia śmierci.
— Wymiana!!! — od dawna nie mówiłem, tylko wrzeszczałem. — Żołnierzu wymiana!!! — krzyknąłem i obróciwszy się, zdałem sobie sprawę, że ów nie żyje.
Tkwił oparty o oponę zestawu, skrzywiony w nienaturalnej pozycji. Najwyraźniej, skupiony na swoich działaniach, nie dostrzegłem, że oberwał.
Jeden z pocisków minął mnie o centymetry i tylko dlatego, że nagle się pochyliłem, jeszcze żyłem. Potem kurwa drugi, rozerwał mundur na wysokości łokcia, lekko naruszając skórę.
— Jebany snajper — szybko oceniłem, szepcząc.
Tylko, skąd chuj walił. Na pewno nie z zagajnika, z którego kilka minut wcześniej zrobiłem sieczkę, tam nie mógł nikt przeżyć, choć?
Wyciągnąłem oba granaty dymne, jakie miałem. To dawało mi szansę. Ukryty za konstrukcją ZSU, czekałem, aż dym stanie się gęsty i mnie osłoni. Nie wierzyłem, że ma optykę termowizyjną. Mojego kamrata musiał trafić klasycznie, gdy nad rejonem walk wisiały race oświetlające. Ostatnie dwie opadały.
— „Patron”, mamy snajpera, pomóż — nadałem.
— Kurwa, mamy przynajmniej dwóch, jeden spuścił nam „Borysa”, a może to ten sam? — usłyszałem w odpowiedzi.
— Nie, jak jest na ziemi, to by mnie nie widział stamtąd, chyba że przeniknął i mamy go z bokowca, załatwił mi amunicyjnego.
— Pierdolnąłeś dymne, przechodzę na termowizję, ale nie licz za bardzo. Jeżeli jego trafiłł to siedzi na wysokości, skoś drzewa, tam chuj musi być…
— Tu „Amur”, idą na mnie, nie mam ammo, zostałem z pistoletem, dajcie wsparcie — usłyszałem błagalny głos zastępcy.
— Tu „Vesta”, ruszam ze wsparciem….
— Tu „Priom”, zabieram dwóch z placówki, jak dupy nie ruszą, rozpierdolę na miejscu, idziemy na lądowisko — wciął się łącznościowiec.
— „Vesta”, zostajesz, „Priom”, realizacja, macie utrzymać lądowisko, jak BUG?
— BUG nadchodzi, czekać dziesięć.
— Przyjęła — słyszałem w głosie kobiety żal i pewną nutkę niespełnienia.
Wiedziałem, że to wojowniczka, już wtedy w metrze to pokazała, ale nie zdawała sobie sprawy, że to ona teraz miała postawione najważniejsze zadanie. Pilnować cele, bez nich nasza robota byłaby niczym. Już straciliśmy dwóch towarzyszy broni – „Tora” i „Borysa”, a „Ural” był ranny. Dochodziła danina krwi ludzi „Rubina”, przecież z tamtej grupy ewakuowano tylko jednego, reszta zginęła w pułapce, zasadzce? Czort wie, jak to ująć.
— Wolfy, ewakuacja do sektora 01, powtarzam, ewakuacja do sektora 01. Potwierdzać. — rzuciłem w radio, zdając sobie sprawę, że walka ma się ku końcowi.
Nie miałem daleko do lądowiska, chyba najbliżej z całej grupy. Podwładni meldowali – „Patron”, „Priom”, „Vesta” „Ural” i tyle, bo wśród żywych „Tora” i „Borysa” już nie było.
Kurewska rzecz, bo zostawiasz teraz ciała poległych towarzyszy, jak nic nie znaczące truchło. Jednak zadanie najważniejsze, podświadomie wiesz, że oni, już teraz martwi, nie mają do ciebie żadnych pretensji. Przecież, gdyby żyli, zrobiliby tak samo, tak nas uczono.
Załadowałem obie skrzynki, przeciągnięcie, sprawdzenie i przeładowanie, a musisz to zrobić z obu stron, przy każdej ze skrzynek. Ponownie wskoczyłem na siedzisko. Pamiętałem słowa „Patrona”, szukaj chuja na drzewie. Niedużo ich było w okolicy, takich wysokich, gdzie można się wspiąć. Narzuciłem gogle noktowizyjne na oczy.
Głuche jebnięcie w przeciwlotniczy zestaw. Pocisk zarył w blachę, tuż obok mnie.
„A więc chuju, nie masz noktowizji i termowizji”.
Szybkie kręcenie, momentalnie skierowałem nieco już ostudzone, ale wyeksploatowane lufy w pierwsze miejsce. Naciśniecie stopy. Skosiłem pierwszą grupę drzew, tam, gdzie sam zająłbym pozycję. Długa seria, a potem znów pogałowałem w drugie podejrzane miejsce.
Padł strzał, nie z kierunku, gdzie przed chwilą położyłem kilka solidnych sosen. Pocisk uderzył kilka centymetrów od mojej głowy, trafiając w kawałek blachy, a jeden z odłamków uderzył mnie w łuk brwiowy. Momentalnie poleciała krew, zalewając lewe oko, a zawsze celowałem prawym.
— A masz, chuju! — wyrzuciłem z siebie, gdy stopa ponownie uruchomiła spust.
Poszatkowałem to drugie miejsce. Lufy zestawu rozgrzały się tak, że unosił się z nich dym. Wystrzelałem wszystkie pociski, jakie były dostępne w skrzynce.
— „Poliak” kurwa, gdzie jesteś, wiertaloty nadchodzą, opuść strefę — usłyszałem w radiu głos „Patrona”.
— Kurwa, pójdę po niego — odezwał się „Vesta”.
— NEGATIV, zameldujcie, sektor czysty, idę do was — uspokoiłem ich.
Spojrzałem na obu martwych żołnierzy, a w moim wnętrzu coś się obudziło. Dawno uśpiona bestia znów dała o sobie znać. Wiedziałem, że zanim dotrze tu karna ekspedycja, niedobitki terrorystów będą pierwsze, a ci uwielbiali robić zdjęcia i nagrywać filmy. Przecież zdobyli tę placówkę, ujebać głowę rosyjskim bandytom, pokazać to całemu światu, to było ich celem. Bez wahania wymordowali dzieci w Biesłanie, nie zważając na to, że większość z nich była wyznania islamskiego.
Pamiętałem, jak minuje się zwłoki. Miałem lekcję od ludzi, którzy walczyli w Afganistanie w latach osiemdziesiątych.
„Nie, nie, zaczepne, dawaj te obronne” — przeszło mi przez myśl, gdy pod ciałami poległych pograniczników umieszczałem granaty F-1, stareńkie, sprawdzone, te „szyszki”, pamiętające Wojnę Ojczyźnianą. Ruszysz ciało i bum. Zasięg rażenia odłamków zajebisty.
„Za Katie, za moją ukochaną”.
Dotarłem na miejsce odbioru i jako jeden z nielicznych osłaniałem lądowanie Mi-17, który nas przyjął na pokład. Wcześniej jednak dwa Ka-50 i jeden Ka-29 krążyły nad polem walki, siejąc zniszczenie.
Atak niekierowanymi pociskami rakietowymi w wykonaniu Mi-24 robił wrażenie. To tylko wyrzutnia, a nawet gówniany Mi-2 uzbrojony w ten oręż mógł zdziałać wiele. Liczyła się jednak precyzja, szybkość i zwrotność.
Trzy śmigłowce uwijały się, gdy czwarty nas podejmował, lądując na terenie, który udało nam się utrzymać.
Wszystkie trzy Kamowy najpierw chirurgicznie oczyściły bezpośredni teren, a potem, zostawiając jedną maszynę do ochrony transportowego Mi-17, poszły na łowy.
Kierowane i niekierowane środki walki, pokładowe działka, wszystko to tak spacyfikowało teren, że mogliśmy czuć się bezpieczni. Wreszcie.
— Gdzie lecimy, majorze? — zapytałem dowódcę Mi-17.
— Witamy w Groznym, wracam do bazy, kapitanie. Kurwa. Dostaliście w pizdę, z tamtych jeden przeżył.
„Ural” z cholernie przesączonym opatrunkiem na twarzy patrzył na mnie. Dotknąłem jego dłoni, czując, że tego potrzebuje.
— Daliśmy kurwa radę — rzucił, a ja zauważyłem, jak opada na podłogę śmigłowca.
Chwyciłem go razem z „Priomem”.
— „Vesta”, „Vesta”! — krzyknął mój operator, a kobieta momentalnie znalazła się przy nas.
Zerwała nasączony krwią opatrunek i nałożyła nowy.
— Oddycha, spokojnie, jest dobrze — uspokoiła nas. — Daj, opatrzę ci ranę — powiedziała, a jej delikatne dłonie dotknęły mojego łuku brwiowego.
Nie zaprotestowałem. Przemyła mi to miejsce i nałożyła opatrunek.
— Byłaś niesamowita, myliłem się co do ciebie — przyznałem.
Omiotła mnie ciekawskim wzrokiem i usiadła tuż obok.
— Obiecywałeś szczytowanie, a tu dupa — szepnęła.
— No, nieraz tak się zdarza, przepraszam. Poprawię się — odszepnąłem i roześmialiśmy się oboje.
Powstałem i przysiadłem się do jedynego uratowanego człowieka z sekcji „Rubina”. Był załamany, co było widoczne gołym okiem. Sytuacja, w której ty jako jedyny wychodzisz żywy, była mi znana. Nie, nie z Rosji, ale z Polski.
— Walczyłeś z nimi do końca, a jeżeli nawet nie, to dowódca ci tak kazał, nie zawiodłeś — zacząłem, a on podniósł wzrok, wcześniej wbity w podłogę maszyny. — Nie będę pierdolił, że jest mi przykro, bo jest, że we łbie masz tylko jedno – pomścić śmierć twoich, to tak jest. Przejdziesz psychologa, ale wiedz jedno, u mnie masz warota otwarte i moi ludzie i ja przyjmiemy cię jak brata.
Wreszcie się poruszył, jego ciało drgnęło, bo wcześniej tkwił na pokładzie jak zombie. Spojrzał mi prosto w oczy, a ja już wiedziałem, że tego chłopa chcę mieć u siebie.
— Kazał mi się wycofać, ochraniać, kurwa położyłem ich… sam nie wiem, ilu… ale oni nadchodzili, trzymałem łączność, pamiętam jego rozkaz. Przekaż „Poliakowi” i „Wołkowi”, to pułapka…
— Już, już, zrobiłeś swoje. Uratowałeś nas. Wykonałeś zadanie, każdy z nas zrobiłby to samo. Tu masz mojego radzika, pogadajcie, znajdziecie pewnie podobne tematy — przekazałem operatora swojemu łącznościowcowi, bo byli z tej samej branży.
— Boli mnie noga, postrzelono mnie — wykrzyknął synalek pojmanego terrorysty.
— I chuj mnie to interesuje, jakbyś nie spierdalał, to byś postrzału nie dostał — odparłem krótko.
— Ale to nieludzkie, ja proszę tylko…
Chwyciłem gościa za chabety i pociągnąłem za sobą. Trzymałem go mocno jedną dłonią, a drugą otworzyłem drzwi śmigłowca. Reszta pasażerów patrzyła na to, co zamierzam zrobić. Dobrze wiedziałem, że ten osiemnastolatek już był wprowadzony w arkana terroryzmu, być może maczał palce w jakimś zamachu, dowodów nie było, ale…
— Twoi ziomkowie zajebali mi żonę, straciłem w akcji dwóch ludzi, a tamten chłopak opłakuje swoich siedmiu zabitych kolegów. Puszczę cię wolno, jeżeli tylko chcesz, z tej wysokości. Chcesz?! — to mówiąc pociągnąłem go bardziej i doprowadziłem do krawędzi pokładu śmiglaka.
— Kurwa, kapitanie… — wrzasnął major.
— Majorze, przecież nic się nie dzieje, a gdyby nawet, to wyskoczyłby sam — rzuciłem, przesuwając go dalej, i tylko dlatego, że go trzymałem, nie wyleciał.
— Tatuśku, pogadamy po wylądowaniu? Bo nasz major tylko marzy o nalocie w bojowej strefie, cztery tysiące to za mało, jebniemy synka z sześciu, jak będziesz milczał.
— Nie zrobisz tego, ty ruski chuju. Gówno ci powiem.
Wypchnąłem synalka i zamknąłem drzwi. Leciał i pewnie gdzieś pierdyknął. FSB znajdzie i zapisze jako samobójczą próbę człowieka NN. Bo przecież dokumentów nie miał. Być może na tym zadupiu i w głuszy nikt nigdy go nie znajdzie, a dzika zwierzyna będzie miała pożywienie. Najstarszy z pojmanych nadal nie wierzył, że to zrobiłem, patrzył na mnie wzrokiem szaleńca. „Amur” mocniej go chwycił.
— Ja pierdolę — rzucił tylko technik.
— Kurwa, kapitanie… — pilot znów się odezwał.
— Spokojnie, majorze, odciążamy maszynę, mamy tu córeczkę, a jak wiadomo, córeczki to uwielbiane dzieciątka tatusiów. Dawaj tu kurwo — mocno chwyciłem dzierlatkę za włosy i pociągnąłem do siebie.
Starała się blokować ruchy, opierać się, lecz to niewiele dało.
— Wiktor — rzuciła „Vesta”.
— Zamknij się, Wala, wie, co robi — „Ural” ocknął się i stanął za mną.
— Tu 050, wypadł wam człowiek — byłem podłączony do interkomu i słyszałem, co meldował pilot z Ka-50.
— Próba samobójcza, nie opanowano — miałem załogę po swojej stronie, albo bardzo bali się o swoją dupę.
— Porozmawiamy teraz tatuśku? Czy mam wyjebać drugie dziecko? — pytanie było proste.
Jeszcze się chuj wahał. Jeszcze miał dylematy. Ponownie otwarłem drzwi śmigłowca.
— Pożegnaj się z tatą…
— Nie zatrzymaj!!! Powiem wszystko, co wiem!!!
Mocnym ruchem dłoni zamknąłem drzwi wiertalota.
— Słucham i liczę na konkretne dane. Gadaj.
Nim dolecieliśmy do Groźnego, wiedziałem już dużo. Nigdy jednak nie dowierzałem tym szujom. Czekało go drugie maglowanie, takie ostateczne. Gdy tylko wysiedliśmy ze śmigłowca, czekali już ludzie z wywiadu. Nim wyszedł, założyli mu na głowę kominiarkę i zabrali ze sobą.
— Spokojnie, kapitanie, jeszcze pan z nim zatańczy — usłyszałem od jednego z nich.
— No myślę.
Tadżykistan, Duszanbe, koszary rosyjskiej 201. Bazy Wojskowej, początek maja 2010 roku.
Po akcji w Dagestanie nie mieliśmy zbyt wiele czasu na odpoczynek. Trzy dni musiały wystarczyć. W sam raz pierwszy-trzeci maj. Czwartego pakowaliśmy nasze rzeczy na Wnukowie i wyruszyliśmy do Tadżykistanu. Uzupełnienie dostałem z 45 Samodzielnej Gwardyjskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia w liczbie jednego podporucznika i podoficera, dodatkowo dokooptowano mi jedynego operatora z grupy „Rubina”. Uparł się i ubłagał dowództwo, pomimo faktu, że psycholog kręcił nosem, twierdząc, że to za wcześnie. Miałem pod sobą siedmioro ludzi, ponieważ „Ural” leczył rany po postrzale.
Niedobrze tak dostać ludzi, na ostatnią chwilę, gdy nie zdołałeś ich poznać, a idziesz w kolejny bój. Jedna zajęcia na strzelnicy i torze przeszkód, dynamiczne strzelanie w ośrodku zurbanizowanym, zapoznanie się z dokumentami. To wszystko, co mogłem zrobić.
— Znowu przegiąłeś w tym śmigłowcu — przypomniałem sobie słowa Fiodora.
— Ale warto było, mamy punkt zaczepienia, i to konkretny jak się uda złapiemy gościa, z samej wierchuszki Emiratu Kaukaskiego — odparłem.
Machnął na mnie ręką, jak zawsze, a potem poklepał po ramieniu.
— Tam, była bajka, teraz naprawdę jest gorąco i poważnie. Będziesz współdziałał z „Zasłonem”, ich dwie grupy już operują w Uzbekistanie i Kirgistanie, każda po czternaście osób, dwa silne zespoły. „Amur” będzie pełnił funkcję oficera łącznikowego z nimi, zna ich procedury. Nie zawiedź, pełna współpraca, bez kozaczenia. Poniał?
„Zasłon” zawsze był owiany tajemnicą. Jeśli my mieliśmy akcje w krajach, gdzie stacjonowali rosyjscy żołnierze, to przed nimi cały świat stał otworem. Elita elit, najlepsi z najlepszych.
W Dagestanie udało nam się pojmać terrorystę, który wchodził w skład szury dowódców na poziomie wilajatu (okręgu), dlatego tak bardzo pragnęli go odbić. Patrząc na strukturę organizacyjną, mieliśmy wysoko usadowionego ptaszka na średnim szczeblu organizacji. Podobno niedługo miał objąć stanowisko w nabibie (jeden z zastępców, taki sztab) wilajatu i wiedział więcej niż pozostali z szury dowódców.
Sprzedał informację, że wysłannik od samego emira Emiratu Kaukaskiego, będący w składzie wekalatu EK za granicą, miał skontaktować się z przedstawicielami Islamskiego Ruchu Uzbekistanu (IRU), działającymi w Uzbekistanie, Kirgistanie i Tadżykistanie, celem zacieśnienia współpracy. Nie z tymi najważniejszymi na razie, bo takie sojusze zawierali emirzy i przywódcy naczelni. Miał spotkać się ze swoimi odpowiednikami.
Nie rokowało to dobrze, IRU już od dawna współpracował z Al-Kaidą. Poprzez Uzbekistan i Tadżykistan szmuglowano narkotyki z Afganistanu. Uzbeccy, Kirgizi i Tadżycy wspierali terrorystów w Afganistanie. Nie można było doprowadzić do połączenia tych organizacji, dlatego przerzucenie nas tam było w tej chwili najważniejszym zadaniem.
Odpoczywaliśmy teraz w koszarach, gdyż dopiero wczesnym rankiem mieliśmy ruszyć z konwojem do miejsca docelowego — tadżyckiej enklawy Woruch, zlokalizowanej na terenie Kirgistanu. Teren sporny obu tych państw, tygiel, gdzie oba kraje rościły sobie do niego pretensje i co chwila strony wzajemnie się oskarżały o nadgraniczne potyczki o różnej skali intensywności. Piekło i swoiste eldorado dla wszelakiego rodzaju ekstremistycznych organizacji. Łatwo tam było zniknąć, zamelinować się w niewielkich wioskach, a dominujący w tych trzech krajach islam — po prostu idealne miejsce na spotkania różnej maści watażków i elementu spod ciemnej gwiazdy.
— Kurwa, gorzej trafić nie mogliśmy — ocenił sucho „Patron”.
Rzeczywiście, rządowe wojska Kirgizji były skonfliktowane z ich tadżyckim odpowiednikiem i w tym miejscu nie można było liczyć na jakiekolwiek współdziałanie. Na dodatek terroryści atakowali obie te nacje, nie patrząc na narodowość. Tu najpierw się strzelało, a potem, ewentualnie, pytało, kim jesteś. Przecież nie tak dawno silne terrorystyczne bandy likwidowały posterunki po jednej i drugiej stronie, a raz nawet z Uzbekistanu udało się przedrzeć bojownikom IRU i utorować sobie drogę, rozwalając strażnice po obu stronach. Powiedzieć, że tu trwała wolna amerykanka, to nic nie powiedzieć.
Wojska tadżyckie były liczne, ale jakość żołnierzy pozostawiała wiele do życzenia. W większości stanowili odpowiedniki milicji, zwykłych piechocińców i licznych pograniczników. Nasi wspierali rząd w Duszanbe, ale głównie na granicy z Afganistanem. Podobnie robili Amerykanie, bo ich baza lotnicza, skąd szły transporty do Kabulu, znajdowała się właśnie w Tadżykistanie.
„Popierdolone, to tu wszystko”.
Wywiadowcy z „Zasłona” posuwali się za emisariuszem, który wyruszył z Czeczenii i powoli przesuwał się do obranego celu. Zatrzymał się na dwa dni w Kurmagazy, w Kazachstanie, by potem skierować się do Uzbekistanu. Nie spieszył się, co nam było na rękę.
Nasz rząd poinformował o akcji tylko stronę tadżycką i stamtąd mogliśmy liczyć na wsparcie. Jak nas zapewniono, wąską grupę, na najwyższych szczeblach. Gdy tylko wyładowaliśmy się w bazie, zameldowało się do mnie czterech specjalsów z ichniej „Alfy”, bo tak nazywała się owa spec grupa. Do naszej „Alfy” sporo im brakowało, ale co najważniejsze, jeden z nich znał dobrze tamten teren, a wszyscy mówili bardzo dobrze po rosyjsku i angielsku.
— Rustam, będę waszym przewodnikiem, a to Firuz, drugi z moich, pozostali dwaj to tylko eskorta do celu, potem wracają — już takie konkretne przedstawienie się faceta polubiłem.
Ten pierwszy miał około trzydziestu lat i dostrzegłem dystynkcję porucznika, drugi, nieco młodszy, był podoficerem. Obaj o typowej urodzie tej nacji — ciemne oczy i włosy, miedziany odcień skóry, wydatne rysy twarzy, mocno zarysowana szczęka i wyraźne kości policzkowe, bez zarostu. Starszy miał, jakby połączone brwi i był niewiele niższy od podoficera.
— Wiktor, „Wympieł” grupa — przedstawiłem się, ściskając ich dłonie.
Skrzyknąłem wszystkich swoich, pojawili się po chwili.
— Chłodnie, przewieziemy was w chłodniach, transport żywności dla naszych ludzi. Musicie wytrzymać te kilkadziesiąt minut, a tam będzie z minus dwadzieścia. Wasza broń pójdzie normalnie w skrzyniach, dokładnie to już wychodzi normalnymi ciężarówkami. Gdyby kirgiskie chuje chcieli otworzyć, nie zgodzę się, to transport wojskowy, nie mają prawa, ale wykluczyć nie mogę. Jest ryzyko — przedstawił swój plan.
W Libanie jechaliśmy w cysternie, tutaj mieliśmy podróżować w chłodni. Czekałem jeszcze na betoniarkę i polewaczkę do kompletu.
— Jest tam się, gdzie ukryć?
— Będzie, jagnięcina z certyfikatem, że jest halal (ubój rytualny). Zza tusz, nie będzie was widać. Ubierzcie się dobrze, do Isfary podróżujecie normalnie, tam zmiana.
Pożegnałem się z porucznikiem i spojrzałem na mój team.
— Jak to dobrze, że wzięłam ciepłe rajtki — „Vesta” naprawdę pojechała po całości, tak że wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
— A babcine majtki też, te grube — dopiekł jej „Priom”.
— Żebyś wiedział, ciekawam, jak będzie wyglądała twoja moszna po wyjściu z chłodni — odgryzła się. — Kapitan nie musi się martwić, o niego zadbam osobiście — dodała, co zaskoczyło wszystkich.
— Vesta! — syknąłem.
Musiałem mieć cholernie poważny wzrok, bo momentalnie przeprosiła. Owszem, można pożartować, ale w granicach dobrego gustu, a ona odprawiała zaloty jak napalona nastolatka.
— Spać, ruszamy z rana, chyba że są jakieś pytania — zakończyłem dzisiejszy dzień.
Czułem zmęczenie, lot był długi, od rana na nogach, bo przygotowanie wszystkiego to nie taka prosta sprawa. Na razie nocleg w komfortowych warunkach. Kolejne na gołej ziemi, w śpiworze, na wysokości blisko 2000 mnpm i w tak deszczowej porze, jak maj.
— Przepraszam, kapitanie, chciałam rozweselić… Głupio wyszło — podeszła do mnie i chwyciła mnie za dłoń, patrząc mi prosto w oczy.
— Dobrze, wypoczywaj…
— A przytulanka, obiecał dowódca?
— „Vesta”, kurwa, po powrocie kupię ci misia z naprawdę dużym… — nie dokończyłem, nie chcąc kląć.
— Świntuch, ja z pluszowym misiem.
Przyśniły mi się ostatnie dni w domu. Tami i Nadia, które dosłownie wpadły na mnie i nie chciały puścić, widząc mnie całego.
— Tato, modliłyśmy się za ciebie, Tami mnie obudziła w nocy i wróciłeś — relacjonowała mi Nadia.
Tuliłem je obie, bo Kławdia już spała. Nie rozumiałem, dlaczego teściowie też płakali, widząc mnie.
— Ona, ta Kławdia, ja nie wiem, jak to powiedzieć… — zaczął teść.
— Tato? — byłem zdziwiony, bo nigdy tak się nie zachowywał, no może wtedy, gdy był pogrzeb Katii.
— Kławdia, gdyby nie ta kobieta, którą uratowałeś, ona by pewnie nie żyła — teściowa dopowiedziała resztę.
Gdy zrelacjonowali mi wszystko, co się wydarzyło, nie byłem w stanie wydukać żadnego słowa. Wstałem tylko i udałem się do sypialni teściów, gdzie spała maleńka Kławdia. Moja ślicznotka spała sobie spokojnie, ale musiałem ją wziąć na ręce i przytulić do siebie. Tuliłem dziecko, a łzy kapały mi po policzkach. Obudziła się i uśmiechnęła do mnie.
— Tata, tata — to były najpiękniejsze słowa, jakie usłyszałem, i wziąłem ją ze sobą do pokoju.
— Przepraszam cię Wiktorze… — ojciec Katii musiał mieć naprawdę głębokie wyrzuty sumienia.
— Przecież to nie twoja wina, sam jej w nocy dawałem te chrupki z mlekiem, ona je uwielbia.
Kławdia rozbudziła się i chciała się bawić. Pomimo potwornego zmęczenia, przezwyciężyłem je i poświęciłem czas najmłodszej córce.
Usłyszałem pukanie do drzwi po kilkunastu minutach, weszła Tami.
— Tato, wezmę ją, odpocznij — zaproponowała, widząc, że jestem skonany.
— Nie, położę się z nią, chcę.
— Przygnieciesz ją, tato, odpocznij, błagam, jutro pójdziemy na spacer tak jak ostatnio, dobrze?
Ona miała rację, spasowałem. Boże, gdyby mnie nie było w Biesłanie, gdyby na moim miejscu tkwił prosty mużyk z OMON-u albo inny cywil, nawet z najlepszymi chęciami, czy zdołałby uratować to kipiące dobrocią dziecko? Przecież teraz miała piętnaście lat, w jej głowie były dyskoteki, chłopcy, pierwsze miłości, bunty. Problemy ojców i matek, bo nastolatka szaleje. A ja? Miałem córkę idealną, troskliwą, opiekuńczą. Czego można chcieć więcej? Jakimi dobrymi ludźmi byli jej rodzice, że tak ją wychowali? A może to bieda, od małego wpajane poczucie, że nie tylko ty jesteś ważna, ale i reszta.
Te dni to pełne poświęcenie dzieciom. Wiedziałem, że Katia by tak chciała. Od wczesnego ranka do zachodu słońca. Prócz córek miałem jeszcze jedną wielbicielkę, tylko taką na czterech nogach — „Biełkę”. To psisko, gdy tylko mnie zobaczyło, szalało. Ogon zaiwaniał we wszystkie możliwe strony z prędkością kosmiczną, a ja musiałem poświęcić minimum dwie minuty na pieszczoty z suką.
Wszystko, co piękne, niestety szybko się kończy.
Zadzwoniłem do Klaudii, musiałem. Nasza rozmowa trwała długo, ale miałem to wszystko w dupie. Kto o zdrowych zmysłach nagrywa rozmowy z telefonu osoby, która nie żyje? Dotarła do Polski, a trefne papiery odesłała na mój domowy adres.
— Tęsknię, kocham — usłyszałem w słuchawce.
— Też cię kocham i dziękuję za Kławdusię, Boże ty…
— Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.
— Nie.
— Kłamiesz.
Gadaliśmy jeszcze chwilę, może dłużej, kto by to zliczył.
Tęskniłem, bardzo tęskniłem, choć powinienem zachowywać się inaczej.
— Tato, ta sukienka jest ładna i mi pasuje, bo babcia mówi, że za krótka — pamiętałem pytanie Tami.
Rosła, dojrzewała, teraz to wreszcie dostrzegłem. Tak jako facet, samiec. Krągłe piersi, zgrabne nogi, długie piękne włosy, śliczna twarz i uśmiech.
— Podoba ci się, już wiem, nie okłamiesz mnie — jakże ona mnie znała.
— Ale do szkoły jej nie ubieraj, bo chłopaki z klasy nie będą mogli się skupić.
— Tatku.
Nauczyłem się, by jej nie opuszczać, nie żegnając się. Bardziej to przeżywała, gdy wstając, pytała, gdzie jestem. Kurwa, wreszcie coś się we mnie obudziło.
— Pa, Tami, jadę.
— Uważaj na siebie i wróć do nas.
— Wrócę.
Teść czekał przy drzwiach. Objął mnie mocno i serdecznie.
— Blisko jesteście, blisko tych skurwysynów, którzy zabili mi córkę… i …? — głos mu zadrżał, stał się czerwony na twarzy, ale nadal trzymał mnie w silnym uścisku.
— Znasz mnie, tato, nie odpuszczę, jesteśmy blisko — poklepałem go po plecach i wyswobodziłem się z jego ramion.
Tadżykistan, Duszanbe, koszary rosyjskiej 201. Bazy Wojskowej, dzień później, godziny wczesno ranne.
Opuszczaliśmy przyjazny teren. Konwój prowadził UZA 496, potem dwie chłodnie, „buchanka” i kolejny UAZ. Dobre, kilka, jak nie kilkanaście godzin jazdy, pod warunkiem, że pojazdy nie rozkraczą się po drodze. Długa, piekielnie długa droga. Tkwiłem ubrany w tadżycki mundur w ostatnim pojeździe z naszym nabytkiem od „Rubina” — operatorem „Dimą”, bo tak kazał się nazywać. Mieliśmy tylko krótka broń. Tym razem zwykłe pistolety na nabój Makarowa — poczciwe Stieczkiny.
Postoje, tankowania. Znów zacząłem palić. Niby w Uazie nikt mi uwagi nie zwracał, ale zawsze to jakoś głupio, bo kierowca nie palił.
Zjechaliśmy na bok wczesnopopołudniową porą.
— To ta chwila, ładujcie się i powodzenia — rzucił, rozwalając plomby nałożone przez celników.
Uchyliłem drzwi, od razu walnęło zimnem. Tam musiało być rzeczywiście z kilkanaście stopni na minusie. Na hakach tkwiły tusze baraniny, szczelnie upchane, tak że ja z „Vestą”, „Priomem” i „Dimą” ledwie się tam zmieściłem.
W drugiej tkwił „Amur”, „Patron” i dwóch z WDW, podporucznik „Zozo” i „Witja”.
Drzwi pierdolnęły, agregaty zaczęły działać, a konwój ruszył w dalszą drogę. Na początku zimno nie przeszkadzało, nawet czułem się fajnie, ale po kilku minutach był już dyskomfort.
— Ale zimno, kurwa — klęła „Vesta”, ruszając się na siłę.
Pierwszy postój. Dałem znak, by było cicho. Pies potrafi usłyszeć coś zza ścianki. Jego atutem nie tylko jest węch, słuch też ma dobry, a te myśliwskie.
Pierdolnięcie czymś w drzwi naczepy.
— Kurwa, znajdą nas — szepnęła „Vesta”, wbijając się we mnie i oplatając mnie ramionami.
— Chcesz, wypierdalaj to mięso, wypierdalaj wszystko, tylko ja taki sam jak ty, jadę już kilkanaście godzin, a ciebie to jebie serdecznie. Moi gówno zjedzą, ty się swoim pokażesz. Naruszona plomba, wszystko się idzie jebać, bo pierdolony kierownik stołówki, a tego chuja dobrze znam, powie, że Kirgizi wrzucili skurwiałe mięso, by te jebane Tadżyki jadły nieczyste. Proszę bardzo, mam otworzyć?
Cisza, nic nie nastąpiło. Było coraz zimniej, pomimo faktu, że miałem uszankę i rękawiczki, odczuwałem chłód.
— Mam rozkaz, sprawdzić…
— To kurwa sprawdzaj, rżnij plomby, wpierdalaj się do środka. Wiesz, mnie to jebie, jak i mojego kolegę, jeszcze dwa miechy i spierdalam z armii. Rób, co uważasz, tylko mi koło dupy zrobisz, będę jebał na afgańskiej granicy, bo te moje kutasy mnie tam wypierdolą.
Miał jebany dar przekonywania. Nikt nie otworzył drzwi. Ruszyliśmy. To nie był jeszcze koniec, dwa, a może trzy posterunki. Teraz krótkie, wyłącznie sprawdzanie dokumentów i nic więcej.
— Zimno mi — zapiszczała „Vesta”.
— Wytrzymaj — szepnąłem.
Upadła. Momentalnie podniosłem ją z podłogi i wtuliłem w siebie. Oddychała. Jej dłonie wsadziłem pod swoje pachy. Były zimne. Przytuliłem jej twarz do mojej. To było lodowe królestwo. Była chłodna. Zacząłem ją uderzać po policzkach.
— Wiktor, kurwa — zestrofował mnie „Priom”.
— Dobra, przestaję — to mówiąc, nadal trzymałem swoją twarz przy jej, dając jakieś poczucie ciepła.
„Nie odchodź mi tu kurwa”
Ruszyliśmy.
— Trzymaj się, Vesta, trzymaj się, jeszcze chwila — zdawałem sobie sprawę, że ma mniejszą tkankę tłuszczową i szybciej ją weźmie hipotermia.
Odpływała. Coś do mnie mówiła. Jakieś głupoty, na które nie za bardzo zwracałem uwagę. Wreszcie konwój stanął, byliśmy już na terenie enklawy, bo otworzyły się drzwi.
— Żyjecie? — zapytał porucznik z tadżyckiej „Alfy”.
— Żyjemy, „Wympieł” nie pęka — walnął mu „Priom” i pomógł mi wyprowadzić „Vestę”.
— Dlatego u nas nie ma kobiet w specjalsach — nie wiem, czym chciał błysnąć podoficer od Tadżyków.
— Jak u was, kurwa, są małżeństwa nieletnich i tolerujecie napierdalanie kobiet, to nie dziwne, o poligamii nie wspominając. Weź, gościu, przestań — wywalił z siebie „Priom”.
— Ja taki nie jestem, ja i moi ludzie — za swoim podwładnym stanął drugi z miejscowych specjalsów.
Wystarczyła chwila i „Vesta” doszła do siebie.
— Nie jestem w niebie, bo ty tu jesteś? — wszystkiego się spodziewałem, tylko nie takiego tekstu.
— Mnie przygotowano piekło — odparłem.
Ci z tadżyckich sił specjalnych nie dali nam wytchnienia. W jakiejś skrytce na końcu miasta, dobre dwa kilometry za domostwami, znaleźliśmy swoją broń, amunicję i oporządzenie.
— Jedenaście kilometrów do celu, idziemy.
Ruszyliśmy.
Baza grupy „Wympieł”, okolice opuszczonej miejscowości Cziczukailau, pogranicze Kirgistanu i Tadżykistanu. Dwa dni później.
Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy w miejsce, gdzie mieli się spotkać terroryści. Dawna opuszczona wioska, teraz praktycznie bez możliwości zaopatrzenia, bo gdyby nie tadżycki porucznik, który tu spędził młodość, bylibyśmy jak dzieci we mgle. Cudowne widoki, na południu i na zachodzie dwu- i trzytysięczniki, za naszymi plecami naprawdę wysokie góry, pięć tysięcy metrów po drugiej stronie.
Z bólem serca nakazałem łącznościowcowi wbić się na najwyższy szczyt, by nawiązać łączność. Tylko kilkaset metrów przewyższenia, po kilkunastokilometrowym marszu.
— Idą, mamy czas, ale ruszyli — zameldował skonany po powrocie.
Miałem dwóch wysokiej klasy łącznościowców. Nieważne, że jeden z nich na chwilę obecną był zwykłym operatorem. Tysiąc dziewięćset metrów nad poziomem morza. Straszna wysokość, strach się bać. Kurwa, najbliższa wioska była prawie dwanaście kilometrów marszu.
— Tu rozbijamy się wszyscy — zadecydowałem, wskazując miejsce, gdy dotarliśmy do celu. — Zmiany co dwie godziny, obserwacja z dwóch stron. Zaczyna „Vesta” i „Patron”, reszta rozkłada namioty.
Namioty, dobre sobie, minimalistyczne, lekkie ukrycia dla jednej osoby. Można było je połączyć we dwa, wtedy mogły nocować tam dwóch żołnierzy. Grubszy sprzęt opatulony pokrowcami musiał pozostać na zewnątrz. Cienka karimata i śpiwór, a pod głowę zrolowana kurtka przeciwdeszczowa.
Połączyłem swój namiot z „Priomem”. W niedużej odległości rozlokowali się dwaj Tadżycy, nieco dalej dwójka specnazowców z 45. Reszta gdzieś mi zniknęła, co nie dziwi, bo pora była późna, a w górach zmierzch zapadał szybciej.
— „Dima” i „Witja”, kolejna zmiana — wyznaczyłem kolejną dwójkę. — Potem ja i Firuz, następnie „Priom” i Rustam, zamykają „Amur” i „Zozo”. Wypoczywajcie, rano ruszamy przed świtem, musimy zorientować się w terenie i założyć kilka rzeczy.
Jak na początek maja, nie było zimno. W nocy jednak nieco pokropiło. Od północy do drugiej tkwiłem na prowizorycznym posterunku, obserwując stronę, skąd przyszliśmy, mając do dyspozycji lornetkę z noktowizją i karabin maszynowy z dwoma skrzynkami amunicji, o innych rzeczach nie wspominając. Co jakiś czas lustrowałem teren, wsparty optyką. Przegryzłem dwa batony energetyczne i popiłem wodą. W pobliżu płynęła wartko rzeczka Czimurgan, szumiąc głośno, gdyż nurt był bystry, a woda cholernie zimna. Tam, gdzie tkwiłem, był wąski pas sosen i świerków, może niezbyt rosłych, ale dający ukrycie. Po drugiej stronie szlaku, bo trudno te ścieżyny było nazwać drogą, w kierunku granicy z Kirgistanem, las był sporawy i szeroki.
Czas upłynął mi w miarę szybko, na przemyśleniach o swoim życiu. O Klaudii, dziewczynkach.
„Jak poukładać sobie to poharatane życie na nowo? Co począć?”.
Zmienił mnie „Priom”. Z noktowizorem na oczach wracałem, bo o wystające kamienie i korzenie można było sobie w ciemności wybić zęby.
— „Vesta” śpi u nas, nie było czasu rozłożyć dla niej i „Patrona” namiotu, bo zabrali ze sobą. Błąkała się, więc zrobiłem jej miejsce. Nasz snajper śpi u „Dimy”, do rana jakoś tak musimy przecipieć — pamiętałem jego słowa.
Dotarłem do ukrytego namiotu i rozpiąłem go, wsuwając się do środka.
„No tak, gdy wstawałem, nawet nie zauważyłem, że spałem z naszą medyczką”.
Zrzuciłem oporządzenie na koniec, ściągając hełm z noktowizyjnymi goglami. Spała, tak że ledwo dostrzegłem jej wystającą głowę i rozpuszczone włosy. Coś we mnie wstąpiło i delikatnie je pogłaskałem. Wsunąłem się do śpiwora i, zasuwając go, szybko zapadłem w sen.
Przed świtem, dzień następny.
„Priom” po czwartej nad ranem, tkwiąc na wysokości 2540 mnpm, na szczycie Mujak, nawiązał łączność z dwójką ludzi z „Zasłona”, którzy byli w Woruchu. Szybka transmisja mieli ustalone seanse radiowe, a radiostacja Frequency Hopping zapewniała skrytość. Wszystko szło transmisją danych, on dawał krótkie przygotowane wcześniej „Pozycja zajęta. W gotowości” oni przesyłali mu dane. Błyskawicznie, cholernie ciężko byłoby to namierzyć. Prócz tego miał jakiś odbiornik i wsłuchiwał się w sygnały nadawane o innych porach.
Przyroda budziła się do życia. Ptaki śpiewały, słońce powoli wstawało. Szturchnąłem „Vestę”, obróciła się i leniwie otworzyła oczy.
— Wstawaj, zaraz ruszamy, zostajesz w bazie razem z „Priomem”, przenieście obóz wyżej, w tamto miejsce i podzielcie na dwa sektory — powitałem ją.
— Ty, Wiktorze, jesteś chyba z innej bajki. W namiocie ze mną i nie skorzystałeś? Przecież bym nawet nie…
— Zamknij się, Wala…
— Obiecywałeś szczytowanie — przypomniała mi.
— Ja ci na Dzień Kobiet kupię wibrator, największy, jaki znajdę.
— Zboczeniec, najpierw misia z dużym chujem, a teraz wibrator. Na baterie by ci pensji zabrakło…
— „Vesta”…
— A ja też pipa jestem, taki facet obok, a ja…
—„Vesta”! — podniosłem głos, bo te jej gadki mnie już nieco drażniły.
Uspokoiła się, choć te słowne gierki ją chyba bawiły. Nie powiem, wprowadzały mnie w zakłopotanie, bo tak bezpośredniej baby to nie znałem. Nie byliśmy jednak na pikniku ani imprezie integracyjnej, ale na poważnej misji.
Reszta towarzystwa wstawała. Na pozycjach mieliśmy „Amura” i „Zozo”. Podzieliłem ludzi na dwa zespoły – pierwszy mój w składzie „Zozo”, „Dima” i Rustam. Drugi dowodzony przez „Amura” — „Patron”, „Witja” i Firuz.
Nie braliśmy sensorów, które reagowały na nacisk, nie było sensu. Ścieżki prowadzące do opuszczonego miejsca były kamieniste, a grzebanie w ziemi byłoby widoczne gołym okiem, na takim zadupiu, jak to.
— Obie grupy się posuwają, ta z Kirgistanu, połączyła się z Uzbecką, są jeszcze daleko, ale prą w naszym kierunku — zdołał mi zameldować „Priom”.
Mój team miał do pokonania blisko sześć kilometrów, bite półtorej godziny marszu w jedną stronę w sprzyjających warunkach. Rozłożenie czujników, umieszczenie nadajników i wyznaczenie pozycji, biorąc pod uwagę propagację fal radiowych w tym terenie, kolejna godzina jak nie więcej.
Grupa „Amura” miała o połowę krótszy dystans do pokonania, ale musieli wspiąć się trzysta metrów od podstawy, a potem zjechać trzysta w dół. Tuż przy granicy rozstawić swoje czujniki, i wcale im nie zazdrościłem. Mieli duży plus – większość dystansu prowadzona była lasem, ale ryzyko napotkania pograniczników wysokie, no i fakt, że czujniki mieli rozłożyć przy samej granicy.
— Skróciłbym o te dwieście metrów, tu na skraju lasu albo może nawet głębiej, ze wzgórza będziemy ich widzieć, nie ryzykuj, teren zweryfikuje. Bez zbytniego ryzyka, wiesz, o co gramy — rzuciłem ostatnie podpowiedzi swojemu zastępcy i obie grupy ruszyły w przeciwnych kierunkach.
Moc radiotelefonów osobistych ustawiliśmy na minimalną. Niby UKF, wysokie góry, ale wolałem dmuchać na zimne. W krytycznej sytuacji każda z grup miała telefon satelitarny, ale to była ostateczność.
— Powodzenia — pożegnała nas wszystkich „Vesta”, myjąc twarz wodą z manierki.
Na czoło wysłałem Tadżyka, który znał te rejony, jak sam twierdził, nieraz tu przebywał. Posuwałem się za nim, a potem „Dima”. Kolumnę zamykał podporucznik ze specnazu.
Posuwaliśmy się w dół, tracąc wysokość i idąc cały czas w dolinie wskazanej wcześniej rzeczki. Po prawej i po lewej mieliśmy góry o wysokości 2100-2200 mnpm, sami będąc na wysokości 1700.
Marsz ubezpieczony to nie to samo, co górska wyprawa. Wskazałem ludziom sektory, choć nie bardzo wierzyłem, że na tym odludziu ktoś by wspiął się na dzikie szczyty. Fakt, zrobić tu zasadzkę z obu stron, mając nawet przeważające siły wroga, no lepszego miejsca nie znajdziesz. Ci na dole nie mają szans, z góry pokryjesz ogniem spore połacie doliny. Owszem, mogą się ukryć w lesie, ale szturmować strome wzgórze, bo tu takowe królowały, życzę powodzenia.
Pierwsza krzyżówka z jakąś odchodzącą na prawo ścieżyną. Wezwałem Rustama i zapytałem, dokąd prowadzi ten szlak.
— Kapitanie, wszystkie odnogi w prawo to ślepe zaułki, prowadzą na kirgiską stronę, ten, jak i następny doprowadzą nas do rzeki Ksemysz, potem jak chcesz kontynuować, to zginiesz, gdzie nie pójdziesz, to się zagubisz, a nawet jak ci się uda, to przed tobą pięciotysięczniki. Patrz tam na naszą stronę, to Choptasz — to mówiąc, wskazał mi sporą górę. Ma prawie trzy tysiące, po drugiej stronie w Kirgizji masz Dunon, blisko 3300, a tam daleko jest Boec, ma 5400 i ten taki obok to Slalistyj, ma 5600, za nim znów Tadżykistan, moja Ojczyzna.
— Tu byś sugerował stanowisko obserwacyjne…
— Nie, za blisko, ile przeszliśmy? Mało, ewentualnie zapasowe, miniemy kolejną odnogę i dalej, tam, gdzie ci pokazałem, tam jest zwężenie, idealne miejsce, rzeka szumi, tłumi wszystko, nie wykryją nic, a i zwierzęta tam nie chodzą, idą tam, gdzie rzeka jest szersza…
— Będzie po twojemu. Wierzę ci i ufam. Idziemy — odparłem.
Po raz pierwszy spojrzał na mnie inaczej, takim innym wzrokiem. Zdałem sobie sprawę, o co chodzi. My, Rosjanie, patrzyliśmy na te jednostki specjalne z państw byłego ZSRR nieco inaczej. Kultowa „Alfa”, Zasłon”. „Wympieł”. Byli szkoleni przez nas i zawsze traktowani jako gorsi. Teraz gdy mi podpowiadał, poczuł się równym mi.
Niezgodnie z zasadami poruszałem się równolegle z nim. Nie spodziewałem się przeciwnika, a co najwyżej zwierza w postaci niedźwiedzia, sarny lub jelenia, o dzikach nie wspominając.
Wskazał mi drugie odejście w prawo, kilkaset metrów dalej. Nie, to nie była lekkomyślność, tak mi się wtedy wydawało. Chłonąłem informacje, jakie mi przekazywał — konkretne, przydatne i cenne. Starałem się jego oczami patrzeć na teren i udawało mi się to.
— Tu masz dobre miejsce, patrz z lewej i prawej dość gęste zagajniki i las, teren tu mocniej spada, ale nie za bardzo, kaem pokryje w razie czego sporą część, z jednej i drugiej strony mocno opadające zbocza, nie wejdą na nie, bo musieliby to zrobić na początku doliny…
— „Dima”, ta pozycja dobra pod względem łączności. Jak tu się ulokujemy, na te niecałe dwa kilometry nasze czujniki zadziałają? — zapytałem operatora.
— Patrząc na mapę, dostrzegłem dwa niewielkie zagięcia, ale jest przestrzał. Widzę tamten sektor, jeśli umieścimy nadajnik w dobrym miejscu…
— To szukaj tego dobrego miejsca, ja z porucznikiem idę do przodu. „Zozo” za mną — wydałem rozkazy.
Tu ścieżka nieco skręciła, ale niezbyt. Gdyby ktoś szedł po skrajni w naszym kierunku, nie zostałby zauważony.
Wysunąłem się pierwszy, a mając wzrok skierowany w kierunku tadżyckiego oficera, który dodawał swoje uwagi, zbyt późno postrzegłem dwie sylwetki w odległości dwustu metrów ode mnie.
Tamci nie krzyczeli, ale od razu otworzyli ogień. Szybko zrzuciłem swojego AKS-74UB z tłumikiem PBS-4 i granatnikiem GSN-19, zdołałem tylko przeładować, nim pierwszy pocisk, a może rykoszet, trafił mnie w okolice prawej pachwiny.
Tadżyk szedł krok, może dwa za mną, ale momentalnie padł i przeładował swojego AK-74 z tłumikiem.
Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o specjalsach z byłej WNP (Wspólnota Niepodległych Państw) źle i traktowałem ich z góry, to teraz przepraszałem w myślach i byłem gotów wystawić im jak najlepszą laurkę.
— Leż! Kryję! Dwa cele! — rzucił, a jego karabinek wypluł pociski.
Sprawnie operował ogniem i przenosił ogień. Prawie perfekcyjnie.
Położył strzelca, który mnie trafił. Zanim zdołałem zgrać oko z przyrządami celowniczymi, trafił kolejnego, który przemykał pomiędzy zagajnikiem.
— Jest kontakt, dwóch — usłyszałem w słuchawkach, jednocześnie czując ból w pachwinie.
„Kurwa mać!” — zakląłem w myślach.
— Czysto, cele zlikwidowane — usłyszałem od Tadżyka.
— „Zozo” naprzód, kryję ogniem, „Dima”, skończyłeś? — rzuciłem w eter.
Piekło mnie cholernie w tym miejscu. Chyba nie oberwałem w tętnicę pachwinową, bo bym już odpływał. Postrzał w jądro też nie wchodził w rachubę, bo pewnie straciłbym przytomność z bólu. Jakiś mix, tylko kurwa jaki?
— Wchodzimy, „Poliak” i sojusznik, kryjcie ogniem.
— Kryje… kryję — nasze komendy prawie zlały się w całość.
Posuwali się, tak jak nas uczono. Powoli, lustrując okolicę.
— Jeden ciężko ranny, nie wydoli.
— Likwiduj — wydałem prosty rozkaz.
— Po nim.
Kim byli i skąd do jasnej cholery się tu wzięli? Nie, to nie byli wypasacze owiec ani turyści, bo ci nie mają broni, a tym bardziej automatycznej.
Podniosłem się z trudem. Nogawka spodni w okolicach krocza była zakrwawiona. Runąłem na ziemię.
— Sprawdź, melduj — rzuciłem do Rustama.
Gdy ruszył, wsunąłem rękę pod spodnie. Moszna była naruszona, ale szczęśliwie tętnica pachwinowa nie oberwała. Pocisk rozorał mi część uda, tam wysoko, nie masakrując jądra, bo wymacałem oba i wydawały mi się całe.
Wyciągnąłem zakrwawioną dłoń. Czy działałem racjonalnie, nie pamiętałem? Opatrunki wsunąłem w to miejsce, nie za bardzo wiedząc, jak sobie pomóc.
Podniosłem się, ale każdy stawiany krok prawą nogą sprawiał mi problem.
— Dwóch pograniczników, chuj wie, jak się tu znaleźli, zabiliśmy dwóch Tadżyków — zameldował mi „Zozo”.
Gorzej być nie mogło, ale co mieliśmy zrobić? Walili do nas. Przecież ich pryncypały zapewniały, że nikt w najbliższych czasach dupy z placówki nie ruszy. Zachciało się chujom wyjść ponad szereg.
— Dowódco, wycofujemy się, oberwałeś, trzeba wezwać śmigło — podporucznik z 45. mówił do mnie na poważnie.
— Ochujałeś!!! — wrzasnąłem. — Chcesz spierdolić misję!!! — darłem się — dowodzi wami porucznik, bierzcie te zwłoki na garb, oni nie przyszli tu z buta, gdzieś zostawili samochód. W plecakach macie plastic, nie będę cię, „Zozo” uczył, jak się ładunki improwizowane robi. Wsadzacie zwłoki do pojazdu i wyjebało ich. PONIAŁ!
— Tak, poniał, zajmę się tym — usłyszałem głos „Dimy”. — Kamandir, a ty? — zapytał.
— Podaj mi tego kija, spierdalam do bazy. Wykonać — rozkazałem. — Rustam dowodzi, jego rozkazy równe moim. Poniali!
Zacząłem swoją powrotną drogę, objuczony karabinkiem. Czekało mnie dobre cztery kilometry marszu. Każdy ruch prawą nogą był bolesny. Jak ja kombinowałem, jak chciałem polepszyć. Dupa jest ruch nogi, jest ból. Do tego to miejsce, gdzie cholernie się pocisz. Wściekałem się na siebie, a gdy kij się złamał, to kląłem, na czym świat stoi.
Przy pierwszej ścieżynie na prawo, którą wcześniej mijałem, wywróciłem się, rozpierdalając łuk brwiowy. Krew zalała mi lewe oko. Obcierałem, powoli, posuwając się do przodu.
Te cholerne kamyrdole, jebane wystające korzenie. W końcu musiałem odpocząć. Wsunąłem dłoń pod majtki i wymacałem opatrunek, był mokry, przesiąknięty krwią.
Z polowej apteczki wyjąłem kolejne i wsadziłem je sobie tam. Miałem gorączkę, to czułem. Przez plecy przerzuciłem karabinek. Szedłem już ponad godzinę. Nie, to nie był marsz, to jakieś powłóczenie nogami.
„Został kilometr, może dwa, muszę dojść”
Przed oczami wyrosła mi Tamara i jej prośby, bym wstał, potem Klaudia, cudna, naga, jak wtedy, gdy kochaliśmy się w Syrii.
Podniosłem dupę i zrobiłem parę kroków. Szedłem do przodu. Miałem ochotę zrzucić z siebie umundurowanie, Było mi gorąco.
Z łuku brwiowego już nie leciała krew. Dłonią obtarłem oczodół, pozbywając się resztek krwi, i ruszyłem naprzód.
„Idź, nie siadaj”.
— Klaudia, idę, dam radę — gadałem, widząc ją gdzieś tam w oddali.
Potykałem się co chwilę, padając na twarz. Pokaleczone dłonie, obite kolana.
„Wiktorze, musisz, musisz” — Katia mówiła do mnie, gdy pierwszy raz umówiła się ze mną na randkę, a potem pocałowała mnie w usta.
Wjebałem się w wodę i chyba mnie to ocuciło, bo gdyby tak nie było, to utopiłbym się tam.
Pragnąłem położyć się obok i odpocząć. Wstałem i po chwili padłem na kolana. Nie miałem siły zrobić już nawet kroku. Ciało płonęło, pomimo faktu, że kilka minut wcześniej zanurzyłem się w lodowatej wodzie.
— Wolf 01, czy ktoś mnie słyszy? — rzuciłem w eter.
— Tu Wolf 07, gdzie jesteś? — to był głos „Vesty”.
— Podchodzę od… przy rzece…
„Kocham cię, Radku” — usłyszałem głos Agnieszki i zapadłem w ciemność.
— „Priom”, dawaj go do namiotu. Szybko!
Łącznościowiec zrzucił ze swoich pleców dowódcę i wciągnął we wskazane miejsce.
Dowódca był nieprzytomny, kompletnie mokry i ranny.
— Spierdalaj, ja się nim zajmuję, rób swoje.
Zrzucała z mężczyzny odzież, mokrą, lepiącą się do jego ciała, a przede wszystkim chciała dotrzeć do rany.
Od razu dostrzegła zakrwawione spodnie w okolicy pachwiny. Tam musiała trafić kula.
„Wala spokojnie, nienaruszona tętnica, jest dobrze” — uspokajała się.
Tkwił przed nią nagi. Nienaruszona tętnica pachwinowa, rozorane udo, tam w okolicach moszny i ta ostania. Cholera, rozorała kapitanowi trochę worek mosznowy.
Dłońmi chwyciła swobodnie leżącego kutasa i przesunęła w drugą stronę. Obmacała worek mosznowy, wszystko wydawało się w porządku. Oczyścić i zszyć ranę. Jedną i drugą.
Dłonią dotknęła jego czoła. Było rozpalone.
— Cholera, oby nie sepsa — mruknęła do siebie i sięgnęła do medycznego plecaka.
Powinna jak najszybciej pobrać krew na posiew. Ale gdzie ją wyśle? Przecież najbliższe laboratorium jest w mieście, a nawet nie miała, jak przechować, zgodnie z zaleceniami.
Spojrzała jeszcze raz na nagie ciało kapitana. Rana na łuku brwiowym nie wyglądała tragicznie i już nawet nie krwawiła. Nakryła górną część mężczyzny śpiworem, pozostawiając odkryte dolne partie.
Według niej kwalifikował się do ewakuacji, był nieprzytomny, rozpalony, gorączkujący.
„Nie ma na co czekać” — przeszło jej przez myśl i wydobyła z plecaka odpowiednie medykamenty.
Był nieprzytomny, więc doustne podanie meropenemu nie wchodziło w rachubę. Szybko przygotowała kroplówkę i wyciągnęła fiolki metronidazolu i gentamycyny.
— Ile on może ważyć? — szepnęła sama do siebie. — Debilko, i tak nie możesz podać więcej niż 400 miligramów — dobrze pamiętała ograniczenia dotyczące gentamycyny.
Odsunęła śpiwór i zacisnęła opaskę na jednej z jego rąk. Na szczęście żyły były dobrze widoczne. Nabrała antybiotyk do strzykawki, pozbyła się z niej powietrza, a następnie, po odkażeniu miejsca iniekcji, wbiła igłę w żyłę.
Metronidazol poszedł. Dotknęła kroplówki z płynem Ringera – była jeszcze cholernie zimna. Majowa noc nie należała do ciepłych, więc owinęła go swoim śpiworem.
Wstępnie wcześniej oczyściła ranę. Jak to bywa z mężczyznami, pewnie wsadził tam swoje brudne ręce, by wymienić zakrwawiony opatrunek, który znalazła w kieszeni spodni. On te opatrunki nie mocował, wsuwał w pachwinę i jedynie slipki jakoś podtrzymywały je przez chwile we właściwym miejscu. Jednak gdy się poruszał, opatrunki przesuwały się, odsłaniając ranę. Rozdarte spodnie, brudne ręce, zanieczyszczony pocisk, który na szczęście wytworzył styczną ranę, pot, wylądowanie w potoku — czy to była małą liczbą czynników, by zabrudzić ranę i doprowadzić do jej zakażenia. Bo że ją zakaził, to była pewna.
I jak długo szedł po tym postrzale? Dlaczego nie miał asysty? Jak do tego zranienia w ogóle doszło? Dziesiątki pytań i zero odpowiedzi.
„Zabieraj się, babo, za szycie, szkoda czasu, póki nieprzytomny będzie mi lepiej” – pomyślała.
Nie chciała podawać gentamycyny zaraz po pierwszym leku, wolała odczekać. Kroplówka ogrzewała się, okryta jej śpiworem. Spojrzała na zegarek i markerem na jego dłoni zapisała godzinę podania pierwszej dawki metronidazolu. Kolejna za osiem godzin.
Spojrzała na narządy Wiktora. Nie depilował się, intymne okolice były owłosione.
„Przynajmniej ten wąski pasek przy ranie muszę oczyścić z kłaków” – zdała sobie sprawę.
Wygrzebała z plecaka kosmetyczkę i wyciągnęła jednorazową maszynkę do golenia – jedną z tych, którymi czasem na szybko depilowała nogi. Przecież nie naniesie tu kremu do depilacji, w okolice otwartej rany.
Ujęła palcami mosznę, czując znajdujące się w jej wnętrzu jądra. Delikatnymi pociągnięciami pozbywała się włosów łonowych u swojego towarzysza. Chcąc nie chcąc, część jej palców ocierała się o odsuniętego na bok penisa.
„Całkiem, całkiem ma ten sprzęt” – oceniła przyrodzenie dowódcy.
Pozostało jej tylko kilka pociągnięć w okolicach pachwiny.
„Dobrze, przemyję i mogę zabierać się za szycie”.
Przeciągnęła go bliżej wyjścia, musiała mieć dobry widok, a namiot tego nie zapewniał. Rozpakowując zestaw do szycia, spojrzała na otoczenie.
„Priom” był zajęty pracą, przenosząc wyposażenie, które miało pozostać w bardziej niewidocznych i docelowych miejscach.
Neutralnym płynem przemyła okolice rany, a gazikami zaczęła obcierać jej okolice. Ujęła swobodnie zwisającego fallusa Wiktora i delikatnie go wycierała.
„Tam pod napletkiem to pewnie ma tyle mastki” — pomyślała i długo się nie zastanawiając, odsłoniła żołądź.
Nie myliła się – było tam sporo białawej wydzieliny. Wzięła w dłoń kolejny gazik i zaczęła ją zbierać.
Ku swojemu zaskoczeniu dostrzegła, że fallus kapitana zaczął nabierać wielkości...
2 komentarze
Maciek12
Znowu zaszalałeś to się czyta bez przerwy.
Jammer106
@Maciek12 serdecznie dziękuję za komentarz i pozdrawiam.
Pumciak
Jesteś niesamowity a twoje opowiadanie jest zachwycające czekamna jeszcze
Jammer106
@Pumciak serdecznie dziękuję za komentarz i pozdrawiam.