
Pamiętała, jak próbowała się z nim skontaktować, nerwowo wybierając numer, z którego dzwonił, ale on nie odbierał. W końcu się poddała – nie miało to sensu.
Maleńki Wiktor spał w łóżeczku. Pochyliła się nad nim. Dziecko oddychało spokojnie. Czy był podobny do Radka, i tak, i nie, matka widzi to, czego nie dostrzegają inni? Przecież była pewna, po badaniach genetycznych, że to Radek jest ojcem.
„Boże, co on teraz czuje, co przeżywa?”
Co innego, gdy dziecko nigdy nie poznało swojego ojca czy matki, a ten umiera, a co innego, gdy pięcioletnie dziecko lub młodsze musi zmierzyć się z faktem, że mamy już nie ma.
— Nie, muszę, jestem to mu winna, muszę. Kurwa muszę! — szepnęła do siebie.
Nie spała spokojnie, budziła się co chwila i ponownie wybierała ten numer. Nie odpowiadał. Już wcześniej podjęła decyzję.
— Mamo, jadę do Gdańska, proszę, zaopiekujcie się Radkiem i Wiktorem — rzuciła, gdy o siódmej rano wstała z łóżka.
— A co ty, dziecko…
— Muszę, mamo, i może na parę dni wyjadę — przerwała matczyne gadki.
— Klaudia…
— Mamo, muszę, możesz przestać — zgasiła rodzicielkę, która spojrzała na nią dziwnie.
— Dobrze, już nic nie pytam.
Wiedziała, że matka jest ciekawa, kto jest ojcem jej drugiego dziecka. Niby ojciec gasił swoją żonę, nie pozwalał na bezpośrednie pytania, ale czuła, że matka jest zaintrygowana. Przykro jej się zrobiło, gdy przez ścianę, przykładając szklankę do ucha, usłyszała kilka tygodni wcześniej jej pytanie:
— A może ją tam zgwałcili, ci dzikusy, i dlatego?
— Przestań! — przerwał ojciec głupie domysły matki.
Miała wtedy zamiar kolejnego dnia wziąć matkę na słowny sparing, powiedzieć, co myśli o jej słowach, ale spasowała. Taka matula miała charakter, taka się z nim urodziła, a jej potrzebny był spokój i zapewnienie opieki nad dziećmi. Była na macierzyńskim, jeszcze kilka miesięcy.
Gdy przyznała się, że jest w ciąży, nie było łatwo. Ojciec musiał strofować matkę. Bo jak to tak, w małej mieścinie, a właściwie w wiosce, taki afront.
— Niech mama powie tym swoim koleżankom, że Radek zamroził swoje nasienie i zapragnęłam mieć z nim kolejne dziecko! — wykrzyczała w nerwach, po kolejnym pytaniu, kto jest ojcem.
Wtedy ojciec ratowniczki po raz kolejny postawił sprawę na ostrzu noża.
— Została nam tylko ona, nadal masz zamiar ją za wszystko opieprzać? Nie masz sobie nic do zarzucenia?! Czy jej dzieci nie są naszą radością? Uspokój się, kobieto, daj Klaudii żyć tak, jak chce, i przestań wreszcie przejmować się zdaniem innych!!! — tu ojciec wrzeszczał. — Nie przeżyłaś tego, co ona, nie masz o tym pojęcia! — kontynuował, a Klaudia błogosławiła, że Radek i Wiktor już spali. — Myślisz, że nie wiem, że po naszym ślubie pieprzyłaś się z Kamilem, twoją pierwszą miłością?
Teraz dowiadywała się o kolejnych tajemnicach, jakie skrywali rodzice. Na pierwszy rzut oka, katolicka, pobożna rodzina.
— Jesteś podły, dawno to sobie wyjaśniliśmy, wiesz, dlaczego — matka broniła się, jak mogła, ale Klaudii było trudno to zrozumieć.
— Jeżeli mam wybierać pomiędzy tobą a Klaudią, to wybór jest prosty…
— Przestańcie!!! — wrzasnęła Klaudia. — Przestańcie, kocham was — dodała i objęła ojca ramionami.
— Przytulcie się do siebie. Proszę tato. Jeżeli mnie kochasz, przytul mamę i wybacz — poprosiła, prawie płacząc.
To wszystko już dawno minęło. Zapomniała o tym. Ojciec przy porannej kawie wziął Wiktorka w swoje ręce.
— Pobawisz się z dziadkiem? — rzucił do dzieciaka.
— Dada — odpowiedział szkrab, a dziadek ledwo powstrzymał łzy.
9 kwietnia 2010 roku. Konsulat Federacji Rosyjskiej w Gdańsku. Trzy godziny później.
Gdy dowiedziała się, że na rozpatrzenie wniosku trzeba czekać ponad dwa tygodnie, załamała się. Postanowiła zagrać ostro, wszak była odznaczona rosyjskim medalem, który wręczał jej sam przedstawiciel konsulatu.
— Mogłabym prosić z attache wojskowym, współdziałałam z waszymi siłami zbrojnymi. Proszę.
Sekretarka prawie się podniosła z krzesła. Momentalnie wybrała numer. Znany jej człowiek pojawił się po chwili.
— Chcę pojechać do Rosji, chcę odwiedzić grób mojego przyjaciela, z którym służyłam w Libanie, a przy okazji odwiedzić waszą stolicę.
— Jest pani żołnierzem polskich sił zbrojnych…
— A wasz kraj dał mi medal, Proszę! — zaskoczyła oficera.
— Była pani w USA, jest pani…
— Tuliłam w ramionach waszego człowieka, współdziałałam z „Wympiełem”. Czy to za mało?
Nastała cisza. Podpułkownik nie wiedział, co powiedzieć. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
— Postaram się przyspieszyć procedurę — usłyszała.
— Dziękuję, czekam, tu jest mój numer telefonu, czekam.
Wszystko pierdolnęło, dzień później. Katastrofa smoleńska, wszyscy mają mieć priorytet, jej wniosek spadł na najniższy szczebel. Jebani politycy mieli pierwszeństwo. Oni i jakieś bubki z kancelarii prezydenta, premiera. Wtedy zadzwoniła na ten numer. Radek odebrał. Był trzeźwy.
— Chcę się z tobą spotkać, chcę, z tobą być, chcę przytulić i mieć cię w ramionach. Już załatwiam wizę i musimy się spotkać.
Zadzwoniła do konsulatu, ale nie dostała jasnej odpowiedzi. Proszę czekać, uzbroić się w cierpliwość i nas zrozumieć. Wszystko się porąbało przez tę jebaną katastrofę.
Polacy zarzucili Rosjanom zamach, a media podawały niepotwierdzone tezy.
„Putin spuścił polski samolot”. „Rosjanie winni” — pomimo faktu, że korespondencje radiowe mówiły co innego. Polski pilot, nie mając nalotu i doświadczenia, nie powinien był wystartować z Okęcia.
— Kochanie, posłuchaj mnie, załatwiaj wizę na Kaliningrad, tylko tam, prostsza procedura — podpowiedział jej Radek.
— A co dalej?
— Przejdź na grę, tam powiem, co dalej.
Sprowadziłem we wszystkich bazach danych. Zabrany wtedy w Tartus paszport był aktywny. Nie figurował jako zagubiony, trefny, podrobiony. Podobnie książeczka wojskowa. Najwyraźniej wtedy w tym pierdolniku, gdy eksplodowały pociski moździerzowe w bazie, ktoś o tym zapomniał.
Pragnąłem się z nią spotkać. Po tym wszystkim, co się wydarzyło. Z kobiet, które kochałem pozostała mi tylko ona. Matka moich synów, którzy o moim istnieniu nie mieli pojęcia. Ona i córki trzymały mnie przy życiu… i jeszcze jedno — żądza zemsty.
Rozmawialiśmy, grając w debilne gry według kodu. Tak, aby i tam nie wzbudzać podejrzeń. Dowiedziałem się jednak o problemach. Nawet na Kaliningradzką obłast procedura się przedłużała.
Nie mogłem nic przyspieszyć, by się nie odsłonić. Pozostawało pokornie czekać na decyzję konsulatu.
Codziennie wracałem do domu teściów i napawałem się widokiem córek. Te, gdy mnie tylko widziały, szalały z radości. Zdawałem sobie jednak sprawę, że ta sielanka nie potrwa długo. Po zamachach w Moskwie i Kizjlaku zaczęły się rozłamy w Emiracie Kaukaskim. Cały cywilizowany świat potępiał ich za to, co zrobili. Czym innym jest zamach na funkcjonariuszy resortów siłowych, a czym innym na niewinnych ludzi.
Agenci donosili, że ów Emirat podzielił się na dwie frakcje, a obecny przywódca tracił zwolenników. Kwestia czasu, kiedy rozbita organizacja zacznie się wzajemnie zwalczać, by wyłonić nowego.
Na razie zamachy chwilowo ustały. Był co prawda jeden atak na linię kolejową łączącą Moskwę z Baku, którego celem był pociąg dalekobieżny relacji Tiumień — Baku, ale terroryści błędnie ocenili czas i wykoleili towarowy skład. Nikt nie zginął, nikt nawet nie był ranny, a zniszczone 300 metrów torów naprawiono w niedługim czasie.
W piękną kwietniową niedzielę wybrałem się z córeczkami do lasu. „Biełka” szalała, wreszcie mogła się wybiegać do woli. Nadia co chwila rzucała jej znalezione patyki, a piesek przynosił je dziewczynce w pysku.
Trzymałem Kławdię w dłoniach, a obok szła Tamara, popychając spacerówkę. Mała maszerowała, ile mogła, ale w końcu zmęczyła się i wyciągnęła rączki, domagając się, bym ją wziął na ręce.
Usadziłem ją na szyi, trzymając za drobne rączęta, co wybitnie przypadło Kławdii do gustu.
— Tato, ale ty się już nie ożenisz? — zapytała Tamara, gdy Nadia pobiegła za psem.
Zatrzymałem się zaskoczony. Przecież nie minął jeszcze miesiąc od pogrzebu Jekateriny, a tu takie pytanie.
— Dlaczego pytasz kochanie? Co ci przyszło do głowy? — zapytałem po chwili, bacznie lustrując nastolatkę.
Dostrzegłem, że po moim pijackim maratonie zmieniło się jej zachowanie. Zwracała większą uwagę na swój wygląd, często przeglądała się w lustrze, a na jej twarzy pojawił się delikatny makijaż, co osobiście mi się nie podobało. W tym wieku atrybutem nastolatki powinna być naturalność i niewspierana niczym uroda. Brałem to jednak za normalne w okresie dojrzewania. Czyż nie jest tak, że dziewczynki w wieku kilkunastu lat chcą się stylizować, by wyglądać dojrzalej, podczas gdy niektóre panie w wieku czterdziestu plus pragną wyglądać jak lolitki?
Zdawałem sobie sprawę, że i mnie dopadnie kryzys wieku średniego i być może zakupię kabrioleta, a włosy postawię na żel, strojąc się na podstarzałego „playboya”.
— Bo ty tato nie potrzebujesz już innej kobiety, masz mnie, ja zastąpię Nadii i Kławdii mamę, przecież tyle pomagałam, sama z nimi zostawałam, po co nam ktoś obcy? Ty mnie kochasz, a ja ciebie też. To nam wystarczy — mówiła to na poważnie.
Przeraziłem się, bo dopiero teraz zdałem sobie sprawę, o co chodzi Tamarze. Zbyt dużo czułości jej przekazałem, za dużo sobie zarzucałem i przez to stała się „córeczką tatusia”. Przypomniałem sobie słowa Jekateriny, która mówiła mi, że Tami jest we mnie zapatrzona jak w obrazek i nie widzi żadnych innych facetów poza mną. To, co dostrzegła moja nieżyjąca żona, ja bagatelizowałem, wierząc, że jej to przejdzie. Nie przeszło, a co gorsza, teraz gdy zabrakło Katii, Tamara chciała przejąć jej rolę.
Powstrzymałem się, bo mógłbym rzucić jej jakieś przykre stwierdzenia, a tego nie chciałem. To, co mówiła, było niedorzeczne. Nie mogła przejąć roli Katii i wcale nie chodziło mi o kwestie łóżkowe. Mogła być starszą, pomocną siostrą, zaopiekować się chwilowo młodszymi siostrami, być dla nich wzorcem, ale nie mogła zastąpić matki. W jej dziecięcej głowie wydawało się to proste, ale przerosłoby ją, skrzywiłoby psychikę, która już dostała tak silne bodźce.
Ściągnąłem Kławdię z barków i postawiłem na ziemi.
— Leć do Nadii i pobawcie się z pieskiem — rzuciłem do najmłodszej pociechy, a ta z radością pobiegła do starszej siostry, która dokazywała z „Biełką”.
Dotknąłem lewej dłoni Tamary, a ta spojrzała mi prosto w oczy.
— Nikt, Tami, nikt na świecie nie zastąpi wam mamy, a mnie żony. Bądź dla Nadii i Kławdii najlepszą siostrą na świecie, przyjaciółką, do której będą mogły przyjść, a ona im pomoże, doradzi, przytuli. Nie staraj się być ich mamą. Kiedyś zostaniesz nią, ale teraz jesteś na to za mała. Kocham cię, ale inną miłością niż mamę, nie możesz mi jej zastąpić, gdybym na to się zgodził, co prawnie jest niemożliwe, a moralnie naganne, wolałbym umrzeć, niż zrobić ci taką krzywdę — nie wiem, jak mi się te słowa ułożyły, ale każdy wyraz wymawiałem wolno i z pietyzmem.
— Ale, tato, ty i ja, przecież ja cię kocham jak nikt na świecie, bylibyśmy…
Przyłożyłem jej palec do ust, by nie padł stamtąd kolejny wyraz.
— Nie bylibyśmy, skrzywdziłbym ciebie i siebie, i nigdy sobie tego nie wybaczył. Chciałabyś, bym cierpiał? — chyba zagrałem ostatnim zdaniem nieco za ostro, ale ta rozmowa zmierzała do takich zachowań z mojej strony.
— Nie — wydukała z siebie i objęła mnie ramionami, wtulając się mocno.
Płakała, a jej ciało targały spazmy. Głaskałem ją po głowie, w duszy błogosławiąc siebie, że to powiedziałem.
— Będę najszczęśliwszym ojcem na świecie, widząc twoje szczęście, gdy staniesz się mamą i dasz mi w te stare dłonie swoje dziecko, będąc szczęśliwa z fajnym facetem — rozryczałem się, mówiąc to.
— Kocham cię tatulku, kocham bardzo. Ale ta Wala, ona się w tobie kocha.
— Tak się tobie wydaje, nic do niej nie czuję. Jest fajna, tylko tyle.
Chyba nikt w życiu nie tulił mnie tak mocno, jak Tami teraz. Płakaliśmy obydwoje i dopiero gdy przybiegły Nadia z Kławdia i suczką, przestaliśmy, szybko ocierając łzy.
— Płakaliście? — zapytała Nadia.
— Nie, to brzoza pyli i mamy alergię — jakże ja błysnąłem.
— No ja też, mam to po tacie — dodała Tamara i wsadziła najmłodszą córkę do wózeczka.
— Wracamy — zadecydowałem, będąc, jakiś lżejszy na duszy.
Dwa dni później. Siedziba „Wympieła”. Bałaszycha. Federacja Rosyjska.
Odprawa o trzynastej została zwołana nagle. Zebrałem szybko swoich ludzi, ściągając w trybie alarmowym tych, którzy odbierali nadgodziny i dni wolne.
Fiodor z „Wołkiem” już czekali w sali konferencyjnej. Zaciągnięto rolety w oknach. „Vesta”, „Priom”, „Patron”, „Tor”, „Borys”, „Ural” i „Amur”. Ten ostatni to „Pietia2”, bo taki sobie nowy pseudonim przyjął. Moja siódemka i ja ósmy. Komplet.
— Tak jak przewidywaliśmy, Emirat Kaukaski podzielił się i mamy pierwsze dane na ten temat — mocniej wbiłem się w fotel, witając się ze swoim zastępcą.
— Nasze uderzenia, przeprowadzone wspólnie z „Alfą” i „Zasłonem”, osłabiły potencjał tej organizacji. Przejęliśmy sporo broni, zlikwidowaliśmy szeregowych terrorystów, osłabiliśmy siatkę wywiadowczą organizacji, choć często uderzaliśmy w martwe cele. Teraz, panowie i panie, mamy progres. Organizacja rozpada się, a nikt z nich nie chce bezpośrednio podjąć się likwidacji lub pojmania tych, którzy ostro stoją przy Umarowie.
— Twoi coś wykryli? — zapytałem „Amura”.
— Nie, nic o tym nie wiem, kamandir — odparł, a ja i tak mu do końca nie wierzyłem, bo nie wiadomo, w jakim celu się tu przeniósł.
Sralis, pierda lis. W kwestii wywiadu to Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej miała najlepszych agentów i najbardziej rozbudowaną agenturę. Potem było GRU, a ostatnie miejsce na pudle zajmowało FSB. Musiał coś wiedzieć, ale nie miał zamiaru się odkryć. Zastanawiałem się, po co go do nas skierowano.
— Agenci przejęli informację o miejscu przebywania jednego bojownika, średniego szczebla Emiratu, zaufanego człowieka Umarowa, który może nas zaprowadzić do samego przywódcy. Wskazano dwie lokalizacje — miejscowość Terierki, niedaleko granicy z Gruzją w Dagestanie, i drugą Metrada, też w Dagestanie. Uderzymy w obie, dwie sekcje, jednocześnie prócz tego „Alfa” w Mahaczkale w tym samym czasie zniszczy spory magazyn ich środków wybuchowych. Na razie czekamy na potwierdzenie danych, na najbliższe 72 godziny zero wyjazdów, czekacie w domach, czas stawiennictwa dwie godziny, wylot z Bałaszychy lub Moskwy. Jasne!
Sprzedali tego człowieka ludzie z przeciwnego obozu albo to była pułapka na nas. Takie rzeczy albo się łapie przy przypadkowym aresztowaniu, albo jest to podpucha, by obcymi rękoma wyeliminować zbędnych gości.
— Zostaje kapitan „Poliak” i kapitan „Rubin”, reszta wolna — Fiodor zakończył odprawę.
„Rubin” był moim odpowiednikiem w jednej z siedmiu sekcji. Był specjalistą w działaniach powietrznych. Spadochrony, desanty, loty HALO, HAHO, to był jego żywioł. W każdej z grup miał łebka od naprowadzania lotnictwa, nie tylko gościa, co podświetla cel. Inna specyfika, ale wspólny cel. Typowi „Forward Air Controller” i zabijaki jak my.
— Sztama „Poliak”, przepraszam, że nie byłem, ale robota. Przyjmij moje kondolencje i …
— Dziękuję — przerwałem mu.
— Rozjebiemy skurwysynów, którzy to zrobili. Moi zagięli parol. Dobrze, że wróciłeś — twardo po męsku mnie uściskał, a te proste, żołnierskie słowa dały mi otuchę.
— Panowie, już bez czułości — przerwał nam Fiodor. — Słuchajcie.
Obaj zamieniliśmy się w słuch. Przekazywał nam dane dostarczone przez wywiad i agentów. Na razie ogólnikowe, proste, ale mieliśmy zdjęcie sukinsyna, zrobione gdzieś z ukrycia.
— Terierki bierze „Poliak”, ty Metradę, atak skorelowany z buforem błędu dwóch minut. Nie wpierdolimy tam pastawienia pomiech (zakłóceń radiowych), to wysokie góry. Obaj działacie w bliskości przeciwnika. Gruzja nie będzie się pierdolić po ostatniej wojnie. Czekacie, ludzie w gotowości, sprzęt przygotowany, jakbyście mieli wylecieć już teraz. WAP rosy?
— WAP Rosów niet, tawariszcz padpałkownik — odpowiedzieliśmy prawie razem.
— Wiktor zostań, ty Iwan jesteś wolny.
— Proszę cię, ale powinienem rozkazać, a przede wszystkim nie dopuścić cię do zadania, co kurwa zastępcy „Wympieła” powiedziałem, ale on miał to w dupie, bo ludzi mało — zaczął, gdy „Rubin” odszedł. — Tak Wiktorze, byłem przeciwny, ale „Wołk” i twoi ludzie stanęli za tobą, ba „Priom” i „Patron” mnie błagali, bym zmienił zdanie, ale ja chuj jestem i nadal twierdzę, że nie powinieneś brać udziału w walce. Masz dzieci…
— Fiodorze…
— Kurwa, nie przerywaj, o dwa poziomy wyżej jestem i tylko ty przez swoje debilne zagrania, nie jesteś na miejscu „Wołka” i kurwa jeszcze mnie samego przymusiłeś, bym go tam wstawił. Mam dług wobec ciebie, nie zapomnę do końca życia, że to twoi ludzie, na twoją komendę poszli mnie ratować — przerwał w tym momencie, nabierając powietrza w usta. — Ale nie szarżuj, bo ja wiem, że swoich na śmierć nie wyślesz, szybciej sam zginiesz — miał poważny wyraz twarzy i cedził słowa powoli.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Mówił tak przekonująco i ze względu na łączącą nas sympatię i różnice stopni nie ważyłem się przerwać.
— Masz kurwa wrócić, to rozkaz. Do swoich córek i do mnie, do jasnej cholery — tu puściły mu nerwy i objął mnie, niczym brata, którego nigdy nie miał.
— Tak toczna, tawariszcz…
— Przestań pierdolić, przysięgnij mi.
— Ja klan jus — wyszeptałem, co po rosyjsku znaczyło „przysięgam”.
Staliśmy tak chwilę, on i ja w rogu sali konferencyjnej.
— A teraz spierdalaj, wolny jesteś, kapitanie.
Wróciłem do teściów i ucałowałem wszystkie córki. Nadia pokazała mi piękny rysunek, Kławdia roześmiała się na mój widok i rozpostarła rączki, a Tamara, cała ubabrana w mące, tkwiła z teściową, robiąc pierogi.
— Cześć, mączna panno — rzuciłem, całując ją w policzek.
— Tatku, trochę mi nie wyszły, ale spróbujesz?
— A z czym?
— Zgadnij, dziadek już zrobił cebulkę.
Nie chciałem wracać do pustego domu, a nie czułem się na siłach, by wziąć dziewczynki do siebie. Gdy po osiemnastej pojawił się brat Katii z żoną, zdziwiłem się nieco.
— Wiktorze, możemy porozmawiać — usłyszałem ciepły ton głosu teściowej.
— Tak, oczywiście — odparłem.
— Tami, zabierz siostry, idźcie się pobawić — odprawiłem córki.
Gdy dzieciaki zniknęły, szwagier nabrał powietrza w usta, a jego żona zacisnęła dłoń na jego prawicy.
— Słuchaj, Wiktorze, może już czas, byś zakończył służbę. Nie obraź się, ale teraz, kiedy nie ma Katii… — na razie na tyle wystarczyło mu powietrza, co mnie nieco zdziwiło. On, właściciel firmy montującej okna niemal w całej Rosji, facet o ugruntowanej pozycji, zarabiający więcej niż ja, tak się zachowywał.
— Słucham.
— Proponuje ci wejście w spółkę, nie wiem, ile masz pieniędzy na koncie, mnie to nie interesuje, daj sobie spokój z wojaczką, bierz pod uwagę dzieci — wyrzucił z siebie i widziałem, że mu to przyszło z trudnością.
Nie ten fakt, że chciał mnie wziąć na wspólnika, ale to, że tak przejął się losem moich dzieci, mnie poruszył.
— Wiktorze, one na to nie zasługują. Bierz je pod uwagę — odezwała się Tania, żona mojego szwagra, mierząc mnie wzrokiem.
Byli małżeństwem kilka lat i nie mieli dzieci. Od Katii słyszałem tylko, że Tania roniła za każdym razem. Przekleństwo. Ja, facet, który nie nadawał się na ojca, miałem piątkę potomstwa, oni zero. Idealna rodzina, super warunki, stabilna praca.
— Synu — tak zawsze mówiła do mnie teściowa. — Zrób to dla dzieci, odpuść. Wiem, że jesteś twardy, mocny i nie idziesz na skróty w życiu, ale Katia…
— Skąd mama wie, że Katia by tego chciała? Mówiła to mamie? Szwagrze, nie straciłeś żony, wrogowi tego nie życzę, nawet najgorszemu. Obyś tego nigdy nie doświadczył. Taniu, moje dzieci, ale ja muszę, muszę pomścić śmierć mojej żony, ich matki. Dlatego, by one wiedziały, że za złe występki musi być kara, choćby po to — podsumowałem ich stwierdzenia.
Teść nic nie powiedział, ale po tych słowach polał każdemu w kieliszki. Miałem zamiar wylać zawartość na dywan, ale z szacunku dla niego i sytuacji tego nie zrobiłem.
— Wypijmy — rzucił tylko, a wszyscy skonsumowali alkohol.
— Mamo, tato, szwagrze i szwagierko… — teraz ja zacząłem swoją przemowę.
Spojrzeli na mnie, może nieco zaskoczeni. Każde z nich miało chyba nadzieję, że przyjmę ofertę.
— Niedługo wyjadę, tak jak zawsze, a Katia to tolerowała. Teraz jednak jadę, by pomścić jej śmierć, zabić tych, którzy jej to zrobili. Jej i czterdziestu innym ludziom. Nie powinienem wam tego mówić, ale mamy ich, przynajmniej pośredników. Złapię każdego z nich, przesłucham, zabiję i upierdolę łeb przywódcy, by już nigdy nie zabił niewinnych ludzi.
Widziałem ich otwarte usta, przerażony wzrok. Nie wiem, czy to mówiąc, wyglądałem na bestię, ale pewnie mnie tak teraz odbierali.
— W jednostce pozostawiłem swój list, taki testament. Dziękuję wam bardzo za to, co robiliście i robicie, ale nie mogę inaczej. Zaopiekujcie się moimi dziećmi, dom i wszystko z wyjątkiem moich oszczędności zapisałem na was, gdybym nie wrócił, to przysięgnijcie mi, że wychowacie wnuki na dobrych ludzi, ja nie odpuszczę. Za dużo straciłem w życiu, by tak to zostawić…
— Tatulku, błagam, nie rób tego, zostań z nami!!! — krzyk Tami był przeraźliwy i szalony.
Otwarła drzwi i zdałem sobie sprawę, że podsłuchiwała naszą rozmowę. No debil, był ze mnie, nie przewidziałem, że nastolatka może tkwić za drzwiami i podsłuchiwać naszą rozmowę.
Ona nie krzyczała, to były jakieś spazmy, nie do opanowania. Wszyscy podnieśli się, a nikt prócz mnie nie wiedział, co zrobić. W nocnej koszuli, tej niebieskiej, którą uwielbiałem, wskoczyła na mnie i mocno objęła mnie lewym ramieniem.
— Nie jedź!!! Błagam!!! Nie jedź!!! — wrzeszczała wniebogłosy, chcąc, bym pozostał.
— Jezu! — wydobyła z siebie Tania.
— Idźcie już, zostawcie nas samych — rzuciłem i towarzystwo szybko się rozeszło.
— Już spokojnie Tami, już spokojnie. Tata powiedział, ale wróci, bo bardzo kocha swoje córeczki, Musi wrócić, bo przecież ci obiecał, że chcę zobaczyć twoje dziecko, a tata nie kłamie. Prawda? Pragnie być dziadkiem twoich dzieci, dzieci Nadii i Kławdi, i Bóg ma mnie w swojej opiece. Chcę zobaczyć, jak jesteście szczęśliwe. Tak będzie kochanie, tak będzie. Przysięgam! — wyrzucałem z siebie, nie do końca, wierząc, że te zdania to prawda.
Ująłem ją w ramiona i podniosłem. Zaplotła swe dłonie na moim karku.
— Obiecujesz?
— Przysięgam. Położę cię do łóżka.
— Położysz się obok mnie. Proszę.
Nie mogłem odmówić. Nie teraz. Całowałem ją po włosach, czując się winny.
Utuliłem ją ramionami i usnęliśmy razem. Gdy obudziłem się w połowie nocy, poszedłem do swojego pokoju.
Klaudia odezwała się dzień później. Po dwóch tygodniach walki dostała wizę na siedem dni i tylko na Kaliningrad. Ktoś powie spoko, nie w Federacji Rosyjskiej. Siedem dni jest traktowane, do godziny, do godziny. Przekroczyłeś granicę o 06;00, o tej samej porze siedem dni później opuszczasz. Co do minuty.
Prawie codziennie dawała mi informację, gdy dostała zgodę, kazałem jej zaczekać. Nie wszystko naraz, nie dałbym rady tak nagle swojego planu wrzucić do realizacji.
— Poczekaj, poczekaj, dam ci cynk — tak jej przekazałem, choć oboje mieliśmy ochotę na dłuższą rozmowę.
Wszystko dograne. Nadałem niewielką paczkę w placówce kurierskiej firmy, a tam spakowany telefon Katii z ładowarką, dokumenty zabrane z Tartus, pieniądze i krótki liścik.
Granica polsko – rosyjska, Gronowo-Mamonowo. Kilka dni później.
Siedziała w autobusie do Kaliningradu. Ubrana spódnicę, czarne rajstopy, sweter i bluzkę, a na to lekką kurtkę. Tak jak większość kobiet i pasażerów tego autobusu. Najpierw kontrola przez Polaków, potem przez Rosjan. Miała wizę turystyczną, na krótkie pytania rosyjskiego pogranicznika odarła prosto, ukazują rosyjskie odznaczenie.
— Chcę odwiedzić grób waszego żołnierza, tego, z którym służyłam.
Nie było kontroli jej bagażu. Autokar ruszył w kierunku stolicy obwodu.
Czy to dla niej był inny świat? Nie. Podobny, może bardziej tu było na wsiach gorzej niż w Polsce, ale widziała w swoim życiu już dużo.
Autobus zatrzymał się na dworcu. Nie musiała znajdywać taryfiarza, to on spotkał ją.
„Starszy gość, nie bierz młodego ogona” — pamiętała podpowiedź Radka.
Tak, podszedł do niej 50-letni gość. Podała mu adres, a on rzucił kwotę.
— Euro, jeśli można albo dolary — dorzucił, gdy wsiedli do jego Audi.
— Nie widzę problemu — rzuciła.
Podała adres hotelu, w którym miała być zameldowana. Sprawnie i szybko wypełniła niezbędne papierzyska i zapytała się, czy nie ma dla niej przesyłki.
— Ależ tak oczywiście, czeka od wczoraj na panią — usłyszała od recepcjonistki, która po chwili wręczyła jej niewielki pakunek.
Podziękowała i udała się do pokoju. Gdy tylko zamknęła drzwi, drżącymi dłońmi rozdarła opakowanie i wydobyła zawartość paczki. Prócz dokumentów i telefonu, Radek wrzucił spory zastrzyk miejscowej waluty i krótki liścik.
Usiadła na łóżku i zaczęła czytać.
Kochana Klaudio,
Bilet lotniczy do Moskwy i z powrotem kup w kasie za gotówkę. Zanim wyruszysz na lotnisko, odwiedź centrum handlowe i zaopatrz się w lokalne rosyjskie ubrania, kosmetyki, a nawet chusteczki do nosa – na wszelki wypadek, aby nie wyróżniać się z tłumu. Wszystko, co może kojarzyć się z Polską, zostaw w pokoju. Gdy będziesz wyjeżdżać, poinformuj recepcjonistkę, że nie będzie cię przez dzień dwa, bo z biurem podróży, tu Radek podawał nazwę, wykupiłaś objazdową wycieczkę po obwodzie i chcesz też odwiedzić grób Denisa, który jest pochowany w Gusiewie i tam możesz się u jego rodziny zatrzymać na noc. Oto ich adres. Nie rzucaj się w oczy, zachowuj się naturalnie. Poruszaj się taksówkami. Książeczka wojskowa i paszport wystarczą. Gdyby ktoś pytał, dlaczego masz ze sobą paszport, powiedz, że wybierasz się do Serbii na spotkanie z koleżanką z misji.
Kup sobie wszystko, co tylko przyjdzie ci do głowy, dla siebie i dla naszych synków. Gdy tylko wylądujesz w Moskwie, daj mi znać telefonicznie. Pokieruje Cię dalej. Polskie dokumenty zdeponuj w sejfie w pokoju – hotel, który ci wskazałem, i rodzaj pokoju to gwarantują.
Uważaj na siebie.
Kocham Cię. Radek.
Oczy Klaudii stały się wilgotne, a coś ścisnęło ją w gardle, gdy przeczytała to wyznanie: „Kocham Cię”.
Nie namyślając się długo, podniosła słuchawkę telefonu i połączyła się z recepcją.
— Czy mogłabym prosić o zamówienie taksówki? — zwróciła się do recepcjonistki, grając nieobyta w rosyjskich realiach Polkę.
— Już teraz?
— Nie, za godzinę, jeżeli to nie sprawi problemu — odpowiedziała w mieszanym języku polsko-rosyjsko-angielskim.
Nie chciała ujawniać, że w dobrym stopniu zna rosyjski. Nawet kwity meldunkowe poprosiła w wersji anglojęzycznej.
— Oczywiście.
Spojrzała na zegarek i zdała sobie sprawę, że dzisiaj nie ma co ryzykować wylotu do Moskwy. Tak jej podpowiedział Radek. Spokojnie, bez pośpiechu. Z Kaliningradu latały trzy linie lotnicze do Moskwy.
Walnęła się na łóżko i patrząc w sufit, zastanawiała się, co robi.
„Agentka, kurwa, za pięć złotych”.
Odświeżyła się po podróży i gdy zadzwonił telefon, była gotowa pojechać na zakupy, a potem na lotnisko.
Z duszą na ramieniu chowała do niewielkiego sejfu swoje prawdziwe dokumenty. Fałszywe dane nauczyła się na pamięć. Radek wcześniej jej je podesłał.
— Poproszę do dobrego centrum handlowego. Muszę zaszaleć — kalecząc rosyjski, rzuciła do taksówkarza. — A poczeka pan na mnie? Zapłacę w euro — dodała, testując gościa.
— Oczywiście, królowo — odparł, gdy dała mu banknot o nominale pięćdziesięciu euro.
Obkupiła się jak nigdy. Mijając Rosjanki, zwracała uwagę na wygląd tych w jej wieku. Moda, jak to moda, nie odbiegała zbytnio od europejskich standardów. Przecież nie była w jakiejś odległej azjatyckiej części tego kraju, lecz w kaliningradzkiej obłasti. Postawiła na prostotę i przeciętność. Ważne było, by ciuchy miały rosyjskie metki. Dwie sukienki, dwie spódnice, trzy bluzki, trzy pary butów, golf, kurtkę, bo nie było jeszcze zbyt ciepło, no i zapas bielizny i rajstop. Nawet kupiła jedną parę spodni, tak na wszelki wypadek, lecz Radkowi nie chciała się pokazać w portkach. Pragnęła wyglądać kobieco.
Do tego zapas kosmetyków, paczkę podpasek, chusteczki i inne drobiazgi. Kupiła nawet zbyt dużo, jakby przyjechała do Rosji bez bagażu. Nawet torbę podróżną, kupiła nową.
Część rzeczy od razu narzuciła na siebie, pozbywając się metek. Gdy wróciła do taksówki, w pierwszej chwili kierowca jej nie poznał.
— Zajęta — burknął.
— Ale to ja.
— Przepraszam, nie poznałem.
Uśmiechnęła się i poprosiła, by zawiózł ją z powrotem do hotelu. Pamiętała słowa Radka. Pojedyncze kursy, różne taksówki.
Na jej szczęście obsługa recepcji też się zmieniła i wychodząc po pół godziny z pokoju, zauważyła nową recepcjonistkę, która nie zwróciła na nią zbytniej uwagi, gdy zdawała klucz.
Była baczną obserwatorką, dwie przecznice dalej, gdy wracała z zakupów, dostrzegła postój taksówek i teraz tam zmierzała.
„No teraz Mato Hari, zgrywaj Rosjankę” — pomyślała, otwierając drzwi Łady „Priory”.
— Aeroport Khrabrowo — rzuciła krótko do starszego kierowcy.
— Pażałujsta, padażditie mienia — poprosiła, aby kierowca poczekał, dając mu zachętę w miejscowej walucie.
— Niet probliema — odparł tamten.
Szybko omiotła rozkład lotów. Radek sugerował jej linie lotnicze S7 jako najlepsze, co ją nieco zdziwiło, bo zawsze myślała, że to Aerofłot jest najlepszy. Znalazła ich placówkę na lotnisku i bez najmniejszych problemów kupiła bilet na najbliższy lot w dniu następnym. Upewniła się tylko, czy aby nie będzie leciała Tupolewem Tu-154.
— Niet, Airbus A320-200 — odparła nieco zaskoczona kobieta, a Klaudia zaklęła w myślach.
— Nie było mnie w kraju dwa lata, dużo się zmieniło — rzuciła, tłumacząc się.
„Już ty, głupia pizdo, nic się nie pytaj” — wściekała się na siebie.
Kupiła bilety, dając sobie czas na pobyt w Moskwie wynoszący 72 godziny. To powinno wystarczyć. Tak jej się przynajmniej wydawało.
Wracała do hotelu, lecz zanim tam weszła, zadzwoniła do Radka. Obawiała się, czy pokoje nie mają podsłuchów, a na dworze mogła rozmawiać swobodnie.
Jakże pragnęła usłyszeć jego głos, ale on nie odbierał. Telefon był wyczyszczony z innych kontaktów i wiadomości tekstowych. Zdenerwowała się nieco.
„Dlaczego nie odbiera?”
Odpowiedź przyszła po chwili SMS-em: „Oddzwonię później, odprawa”.
Postanowiła zaczekać na dworze. Nad Kaliningradem zachodziło słońce. Zapragnęła przejść się po tym mieście. Przynajmniej w ten sposób chciała zabić czas.
Bałaszycha. Mieszkanie teściów Jekateriny
Ściągnęli mnie, gdy właśnie jadłem obiad. Przepyszną soliankę, a na drugie miała być kaczka.
— BARS 01, potwierdź kodem — ten sygnał mówił jasno, co miałem zrobić.
Niezbyt dobrze pamiętałem nowy. Szybko go sobie przypominałem.
— 710 26 — wreszcie wpadł mi do głowy.
— Potwierdzam, kod zgodny.
— Potwierdzam BARS 01 — odparłem i wstałem zza stołu jak prostak, rękawem ocierając wąsy i brodę, którą na nowo zapuściłem. Nie była jeszcze tak duża, jak w Libanie.
— Tatku… — głos Tami stał się dziwny, a buzia poszła w podkówkę. Oczy córki stały się szkliste, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy.
— To pewnie ćwiczebny alarm, niedługo wrócę — grałem, ale dziecko widziało, że marny ze mnie aktor.
— Mamo… — szepnąłem do teściowej.
— Jedź, jedź, jak musisz, nic się nie martw, daj nam tylko znać — matka Katii była kochana.
Ubierałem się szybko. Tamara i Nadia stały obok, Kławdia spała sobie smacznie w pokoju obok. Starałem się nie patrzeć im w oczy, ale nie mogłem tak po prostu wyjść, nie pożegnawszy się z nimi.
— Wrócę, wrócę niedługo, bo was kocham, a jeżeli ktoś kogoś bardzo kocha, to musi wrócić. Pa. — wyprzedziłem te wszystkie łzy, szlochy, smutne spojrzenia. Nadia rozumiała już coraz więcej, Tamara była nastolatką, ale rozumiała jak dorosły człowiek.
Podniosłem Nadię i pocałowałem w czoło i policzek, głaszcząc ją po włosach, potem mocno objąłem Tami, a ta mnie.
— Przysięgam, że wrócę — szepnąłem jej w ucho.
Teść z teściową czekali, aż wrócę z pokoju, gdzie spała Kławdia. Tę musnąłem wargami po czole i pogłaskałem po rączce.
— Trzymaj się, Wiktorze, trzymaj — ojciec Katiuszy mocno uścisnął moją dłoń, a jego żona tylko pocałowała mnie w policzek.
Wyszedłem na dwór, a za mną wybiegła „Biełka”. Kusą uderzyła mnie w nogę.
— Zostań, zostań i opiekuj się nimi — szepnąłem do czworonoga, wskakując do Uaza „Patriota”.
Pół godziny później. Bałaszycha. Federacja Rosyjska. Siedziba jednostki „Wympieł”.
— Pakować sprzęt, wylot jutro rano, wszyscy pozostają na miejscu. Mamy cynk, że nasz ptaszek pojawił się ze swoją świtą w Terutii, ale i w drugiej lokalizacji mamy jego rodzinę i ochronę. Nie jest wykluczone, że tam pojedzie w przeciągu paru godzin albo zostanie na miejscu, a tamci dojadą. Odprawa za pół godziny. Wywiad, rozpoznawczaki i logistyka się zjeżdża, mamy noc, by zaplanować atak — Fiodor, był cholernie pobudzony, a „Wołk” już na SD zbierał dla nas niezbędne dane.
Współczułem temu drugiemu. Jana leżała w szpitalu, czekając na rozwiązanie, a on był tu teraz z nami i zamiast wybierać śpioszki i skręcać łóżeczko dla potomka, załatwiał nam wszystko.
— Standard, czy bierzemy jakieś specjały? — jakże mi było łatwo zadać takie pytanie, gdzie wszystko mogło się zmienić w przeciągu godziny.
— Pakujecie wszystko, co potrzeba: sprzęt wysokogórski, telefony satelitarne, racje na dwie, trzy doby. Morskie rzeczy możecie zostawić — usłyszałem w odpowiedzi.
— A moi Fiodorze, naprowadzamy coś, znaczniki laserowe, zestawy do naprowadzania lotnictwa? — „Rubin” również zadawał pytania.
— Ochujałeś, przy granicy z Gruzją, lotnictwo?! Nie myśl nawet o śmigłowcach. Dowiozą was co najwyżej pięćdziesiąt kilometrów od celu i koniec. Pojazdy, nic więcej.
— Kurwa, prócz cywilnych śmigłowców na Szeremietiewie, Domadiewie, Wnukowie i Żukowskim, nie mamy żadnego wiertalota — wtrącił „Wołk” z niezbyt optymistyczną informacją.
— Ściągaj kurwa z Kubinki, Tuły, Tweru lub z kiego chuja — wrzeszczał Fiodor.
— Fiodor, Kubinka zabezpiecza ćwiczenia WDW, nic stamtąd nie ściągnę! — Klin, Klokowo albo Wiaźma, stamtąd może coś się uda — „Wołk” już podrzucał pomysły, wprowadzony w sytuację.
— Działaj — nerwy udzielały się każdemu.
— „Poliak”, zapasy medyczne, na ile i co? — mnie molestowała Vesta.
— Obszar Dagestanu, standard. Daruj sobie surowice na węże i malarię. Kobieto, pierwszy raz działasz! Pakuj to, co najpotrzebniejsze.
Niby wszystko gotowe, niby wszystko wiemy, a jednak nie do końca byłem pewien, czy czegoś nie zapomnieliśmy. Może byłem niemiły, bo mogliśmy trafić na dagestańskie węże, ale od czego są ludzie? Nie będę przecież podpowiadał wszystkim, a co ja sam robiłem — Fiodorowi zawracałem głowę pytaniami, podobnymi do tych, które dostawałem od swoich podwładnych.
— Gotowe!!! — wrzasnąłem po dwóch godzinach intensywnej pracy, gdzie można było już dogadać się ze ściągniętymi ludźmi z innych służb.
Meldowali po kolei. Każdy z moich ludzi miał przydzielony kawałek „tortu”, którym miał się opiekować.
— Broń i amunicja na trzy doby walki — to było zadanie „Amura”.
— Łączność, środki sygnalizacyjne i dymne, elektronika gotowa — to broszka „Prioma”.
— Medycznie gotowi — Vesta.
— Kwaterunek i żywność zabezpieczona — zameldował „Tor”.
— Kartografia i administracja, wszelakie kwity w realizacji — jeszcze tu do końca zgrywał to, czego nigdy nie lubiłem realizować, „Borys”.
— Saperskie gotowe, znaczniki podczerwieni załadowane, optyka OK — to „Patron”.
— Kwestie techniczne i inne zabezpieczone — zawsze podziwiałem „Urala” i nigdy się na nim nie zawiodłem. Mówił to tak spokojnie, z pewną flegmą w głosie.
— Odprawa, idziemy, macie jeszcze czas, by przemyśleć, czy czegoś nie zapomnieliśmy — zawsze rzucałem ten slogan.
Gdy dotarliśmy, sala była już pełna. Przy komputerach piętrzyli się ludzie z logistyki, wywiadu, rozpoznania i operacyjni. Zdałem sobie sprawę, że co chwila spływają dane, a oni nanoszą poprawki.
Docenialiśmy ich zawsze. Od wywiadowców po kucharzy. Bez nich, my operatorzy, ludzie od czarnej, niewdzięcznej roboty, bylibyśmy jak dzieci we mgle. Zapewniali wsparcie na każdym szczeblu naszych działań. Jedna wielka rodzina i każdemu w Rosji i pewnie na całym świecie ten specjals, jawi się jako operator od likwidacji. Heros. Tylko ten superman, bez wsparcia, mógłby tyle, co Żyd za okupacji.
„Rubin” przywitał się ze mną, bo wcześniej jakoś nie było na to czasu. On swoje, ja swoje.
— Panowie i panie, przemieszczenie na Domadiewo rzutem kołowym. Nie mamy śmigłowców, przerzut naszym Iłem 76 do Machaczkały, a potem w kombinowany sposób w rejon działań. Resztę przedstawią nasi specjaliści — rozpoczął po chwili zastępca dowódcy jednostki, dając głos innym.
Zamieniłem się w słuch, choć nie było mi łatwo. Jutro miała przylecieć Klaudia, a pamiętałem też pożegnanie w domu. Na bok rzuciłem chwilowo te myśli.
Oddzwoniłem po odprawie, bo widziałem, że Klaudia próbowała się ze mną skontaktować, gdy pędziłem na złamanie karku do jednostki.
— Radek, już się bałam, że coś ci się stało — usłyszałem jej ciepły głos.
— Nie spotkamy się, kochana, nie dam rady, jutro wylatuję, akcja — wyrzuciłem z siebie.
Z drugiej strony nastała cisza. Długa i niezwiastująca nic dobrego. Przecież nie tak planowałem nasze spotkanie, a nawet gdyby chciała przyspieszyć i ekstra zapłacić za przelot wcześniejszym samolotem, to takowego już nie było, a podróż pociągiem nie miała sensu, i tak nie dotarłaby wcześniej.
— Nie możesz tego zmienić, zachorować? Każdy może czuć się gorzej, być chorym.
— To ludzie, którzy zabili Katie, nie mogę. Wybacz — rzuciłem, mając nadzieję, że mnie zrozumie.
Znów cisza w słuchawce. Jakbym w tle usłyszałem, że łka. Czy mnie jeszcze po ostatnich gongach mogło coś bardziej zdołować, już sam nie wiedziałem? Z jednej strony pragnąłem się z nią spotkać, dotknąć, przytulić, a być może zrobić coś więcej, a z drugiej dopaść zleceniodawców śmierci mojej żony i czterdziestu niewinnych ludzi.
Niestety, waga przechyliła się już dawno, gdy nie wycofałem się z walki, ryzykując tym, że moje córki mogą zostać sierotami. Takim się urodziłem i pewnie takim umrę.
— Co ja mam teraz zrobić? — zapytała, a w jej głosie poczułem smutek i rozczarowanie.
— Masz mój adres, zadzwonię do Tamary, ona wpada, żeby podlać kwiatki, które wyhodowała Katia, spotkacie się. Poznasz ją. Ja jej powiem, że jesteś rosyjską ratowniczką, którą uratowałem w Libanie. Porozmawiaj z nią jak matka z córką, bo ona jest zagubiona, zakochała się we mnie i nie widzi poza mną żadnego faceta, a to kochana dziewczynka — jakie ja androny plotłem.
Zagubiony ojciec. Ojciec! Kurwa, nawet nie byłem namiastką tego wyrazu. Nigdy nie powinienem mieć dzieci, bo bardziej do głowy brałem sobie dobro innych, niż bliskich, nie patrząc, jak pociechy to przeżywają.
Bohater, kurwa, takich jak ja powinno się kastrować albo dopuszczać tylko do kurew, i to tych ze spiralą lub bezpłodnych. Zero rodzin, zero dzieci, bo tylko im szkodę robisz.
— Radek…
— Nie chcesz, nie leć, zrozumiem, ale wierz, że to samo zrobiłbym, gdyby to ciebie spotkało — sam nie wiem, dlaczego tak pierdolnąłem.
— Przylecę — gdy to usłyszałem, prawie miałem łzy w oczach.
Podałem jej, jak ma się dostać do Bałaszychy. Miałem nikłą nadzieję, że może coś się zmieni, że jednak nie wylecimy jutro. Byłem jak małe dziecko. Chciałem uwierzyć, zdając sobie sprawę, że machina, niezależna ode mnie, ruszyła.
— Ale ja nie mam córki, nie wiem, czy potrafię…
— Potrafisz — przerwałem rozmowę, bo na zewnątrz wyszła „Vesta”.
— Kamandir, co z tobą? — zapytała, patrząc na mnie ciepłym wzrokiem.
— Nic, może trochę tęsknię za żoną — odparłem, nie chcąc, by się do mnie za bardzo zbliżyła.
— Okej, już mnie nie ma, ale gdybyś potrzebował z kimś pogadać…
— Kładź się spać. Już! To rozkaz!
— Sama? — zapytała zadziornie.
— Mam ci kupić przytulankę?
Lotnisko Moskwa – Domadiewo. Godziny poranne. Dzień później.
Airbus A-320-200 lokalnych linii lotniczych S7 relacji Kaliningrad — Moskwa podchodził do lądowania, a na drugim pasie grzał silniki Ił-76 w barwach rosyjskich sił zbrojnych.
— Kapitanie „Wołk”, gotowi do startu, jak siądzie tylko ten rejsowy z Kaliningradu, startujemy — usłyszałem.
Był z nami, bo sam powiedział, że musi kontrolować naszą akcję. Siedziałem w maszynie ze swoimi ludźmi i sekcją „Rubina”.
— Pojebało cię — zwróciłem się do swojego, bezpośredniego przełożonego, gdy dojrzałem, jak on wsiada na pokład.
— Tak, pojebany jestem, bo miałem dobrego nauczyciela — odgryzł się.
Nie było już Fiodora, jak zawsze, teraz jego zadanie przejął „Wołk”, a może bardziej, on nas nie żegnał, on z nami leciał.
Iljuszyn odbił się od pasa startowego, a ja dobrze wiedziałem, że na pokładzie wcześniej lądującej maszyny wylądowała Klaudia. Minęliśmy się. Miałem nadzieję, że ostatni raz.
Wyciągnąłem telefon komórkowy, gdy samolot wzniósł się już daleko za płytę lotniska, obierając kierunek na Machaczkałę.
Jeszcze nie odbierała…
Ponowiłem po kolejnych kilkudziesięciu minutach. Nadal cisza.
Lotnisko Moskwa – Domadiewo, pół godziny później. Terminal.
— Ja nie wiem, jak to się stało, że pani bagaż gdzież zaginął w Kaliningradzie, przecież według tego, co tu mam… — tłumaczył się niewinny człowiek, niemal klękając przed Klaudią.
— Dobrze, ale gdzie on jest? — zapytała, zadając proste pytanie.
— Nie wiem, proszę pani, popierdolili w Kaliningradzie, nie moja wina może pani zgłosić to… — nagle obok nich pojawił się pogranicznik w stopniu sierżanta, przejmując sprawę.
— Dokumenty!!! — wrzasnął na Klaudię.
Drżącymi dłońmi, zestresowana, zaczęła przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu papierów.
— Szybciej!!! — ponaglił ją.
Dała mu to, co miała, będąc cholernie zestresowana. Zerknął na książeczkę wojskową, a potem na paszport.
— Gdzie jedziesz?
— Do Serbii.
— Podejrzanie mi wyglądasz, sprawdzę cię.
Zestrachała się na dobre, ale pamiętała, jak Radek załatwił tę babę, wtedy tam w Libanie. Postanowiła grać tak jak on, nie mając nic do stracenia.
— A kim ty kurwa jesteś? Równym mi stopniem pograniczniku, by do mnie się tak odzywać, wyluzuj, mam medal, o którym ty możesz pomarzyć, a teraz kurwa dzwonię do mojego dowódcy i spróbuj mnie tylko dotknąć — odezwała się w niej wojowniczka.
Chciał chwycić jej telefon, ale zrobiła krok do tyłu. Nie zdołał, a jej wyciągnięta dłoń ostudziła jego zamiary.
„Odbierz Radek, odbierz. Błagam”.
Odebrał.
— Przekazuje ci tu sierżanta z Domadiewa, wjebało mi bagaż, a on się dopierdala.
Dobrze wiedziała, że Radek z takimi się nie patyczkuje.
— Jeżeli nie wiesz z kim rozmawiasz to zerknij matole na przedstawione plany lotu i zobacz kto zadysponował Iła – 76 i nie zdziw się że lista pasażerów tego lotu ma klauzulę „Siekretno”. Startowaliśmy zaraz po tym jak wylądował „rozkładowy” z Kaliningradu i z pokładu Iljuszyna dzwonie do ciebie chuju jebany — Klaudia dobrze słyszała rozmowę i dostrzegła jak pogranicznik drżącymi rękoma przegląda, papierzyska, które miał z sobą. Po formacie druków dostrzegła że są to plany lotów.
Buta pogranicznika uciekła momentalnie. Zaczął się jąkać, gadać niewyraźnie i chaotycznie.
— Dzidziusiu, możemy to zakończyć, zakończyć polubownie, bo szepnę słowo chuju, a lądujesz na chińskiej granicy albo gorzej. Jak cię tam wilki wpierdolą, to czuj się wyróżniony. Zrozumiałeś skurwysynu, bo do Czeczeni teraz lecę i nie mam zamiaru z taką męską dziwką rozmawiać. PONIAŁ!!! — to dało się słyszeć, bo Radek wrzeszczał w słuchawkę.
— Poniał, da poniał.
— To zawieźć panią sierżant, tam, gdzie chcę, a zapomnę. I to, co ona powie, to święte. PONIAŁ! — poleciało.
— Poniał.
— O której kończysz?
— Za pół godziny.
— Jak za pół godziny, pani Kławdia nie zamelduje, że ruszyłeś, to popatrzę na mapę i wybiorę ci placówkę, chuju pierdolony.
Pogranicznik już prawie płakał, nie wiedząc, co robić. Kajał się i przepraszał Radka i ją.
— Poproszę panią na bok i bardzo przepraszam — zwrócił się do Klaudii — A ty szukaj chuju bagażu! — wrzasnął na człowieka.
— Szanuj go, on nie jest niczemu winny. My ze służb specjalnych damy sobie radę bez takich pierdół. Jedziemy kurwa czy nie!
— Chwila, proszę — zawył.
— Czekam, pół godziny ani minuty dłużej, wiem, o której się zmieniacie — zagrała va banque.
— Tu będzie dobrze? — zapytał przerażony sierżant, zatrzymując się na krzyżówce przed domem Radka.
— Wypierdalaj teraz, jeszcze raz cię spotkam — nie dokończyła, a stara Łada 2107 odjechała w siną dal.
Połączyła się z ukochanym. Boże, to był niewielki, uroczy domek na peryferiach miasta. Taki, o jakim marzyła, niby podobny do jej rodzinnego domu, ale inny.
Zadbany ogródek, donice z kwiatami przed wejściem. Tu czuć było damską rękę, to coś, co nadaje domostwu ciepło, piękno i harmonię.
„Sielanka” — oceniła.
Zaraz będzie Tami — otrzymała informację.
„On tu musiał być naprawdę szczęśliwy” — łzy zaczęły spływać jej po policzkach.
Usłyszała z tyłu szum. Jakaś dziewczyna zatrzymała się niedaleko niej. Przyjechała na rowerze. Poznała ją z fotografii. To była Tamara.
— Pani jest panią Klaudią, tą, o której mi dzisiaj powiedział mój tata? — zapytała.
Dresowe spodnie i bluza, ubrana jak większość nastolatek w Polsce.
— Tak, ratowniczka… podała imię i nazwisko, przydział służbowy, jednostkę, przyporządkowanie — wszystko, by zdobyć zaufanie.
Popatrzyła na dziewczynę. Bardzo ładną, naturalną brunetkę o gruzińskich rysach i długich włosach. To dla niej Radek, nauczył się pleść warkocze.
— Tata mnie prosił, mówił, że panią uratował…
— Wszedł, będąc prawie pewny, że mi nic nie grozi. Ja krzyknęłam, bo widziałam, że terrorysta żyje. On ruszył do niego, a ja nie mogłam nic zrobić, a potem wpadł „Demon”, wasz pies, powalił terrorystę, a wasz tata go zlikwidował.
— Ale „Demon” zginął?
— Twój tata mnie ewakuował, a tamci strzelali. Objął mnie i przytulił do siebie, bym nie dostała kul, a na plechach miał psa. Sobaka dostała, chroniąc nas. Widziałam, jak „Demon” kona. Zemdlałam, widząc, jak umiera.
— Pani ma dziwny akcent…
— Urodziłam się w ZSRR, ale potem mój ojciec był wojskowym i stacjonował w Polsce, w Bagiczu, w ramach Północnej Grupy Armii Radzieckiej. Polski to mój drugi język, miałam tam koleżanki z Polski, gdy byłam mała — przypomniała sobie, co Radek pisał jej w wiadomościach tekstowych, gdy jechała z pogranicznikiem.
— O, to tak jak tatulek, jego babcia była Polką.
Boże! Jak to dziecko musiało go bardzo kochać, a on ją. Przecież wtedy, gdy ostatnio się spotkali, przyjechał, by wymierzyć sprawiedliwość za krzywdę, jaką doznała ta nastolatka.
Klaudia przypomniała sobie, co mówił jej Radek, że Tamara nazywa go „tatkiem” lub „tatulkiem”.
— Przepraszam, chciałam przyjechać wcześniej, jak tylko się dowiedziałam, ale mój mały synek się rozchorował, nie dałam rady być na… — Klaudia sama nie wiedziała, czy chce wypowiedzieć ten wyraz, czy to nie spowoduje u Tamary wybuchu płaczu i nawrotu przykrych wspomnień.
— Pogrzebie — dziewczyna powiedziała to za nią.
Coś ścisnęło ratowniczkę w gardle, nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. Co innego rozmawiać przez telefon z Radkiem, a co innego zobaczyć jego córkę i rozmawiać z nią na żywo.
— Pani ma dzieci?
— Tak, dwóch synków, starszy ma niecałe dziesięć lat, młodszy nieco ponad roczek — wreszcie zdołała z siebie wydobyć zdanie.
— Fajnie mieć brata, ale ja mam dwie siostry, ale pewnie to pani wie.
Klaudia tylko skinęła głową. Nie była przygotowana na taką rozmowę. Jakże by chciała się otworzyć przed tą małą, powiedzieć jej o wszystkim. Poczuła do niej sympatię, ta nastolatka była szczera w tym, co mówiła, i taka naturalna.
— Chciałabym odwiedzić grób twojej mamy, zaprowadzisz mnie jak to daleko, to zostaw rower, weźmiemy taksówkę.
Tamara popatrzyła na nią, najwyraźniej ta propozycja zaskoczyła dziewczynę.
— Jeżeli nie chcesz, to nie, jeżeli to sprawi ci…
— To tu niedaleko, chodźmy — odpowiedziała Tami, wstawiając rower na posesję.
Klaudia w oczach nastolatki dostrzegła łzy.
Pół godziny później, miejsce pochówku Jekateriny, Bałaszycha, Federacja Rosyjska.
Klaudia położyła na grobowcu wiązankę czerwonych róż, które kupiła na stoisku przy cmentarzu. Miejsce pochówku było już uprzątnięte z wieńców i wiązanek składanych podczas ceremonii. Widać było jednak, że ludzie pamiętali o żonie Wiktora, o czym świadczyły liczne znicze.
Stały obok siebie, modląc się nad grobem. Z oczu Klaudii kapały łzy, gdy patrzyła na zdjęcie Jekateriny. Nigdy tego nie analizowała, ale wydawało się, że były równolatkami, a może Jekaterina była młodsza.
„Zginęła śmiercią tragiczną” — „Czy Radek nie widział już za dużo takich napisów na grobach?” — tłukło się w głowie starszej z kobiet.
Po skończonej modlitwie Klaudia przeżegnała się, a wtedy dziewczyna lewą dłonią dotknęła jej dłoni. Momentalnie spojrzała jej w oczy.
— Przepraszam, że nie prawą, ale tam mam protezę, ludzie nie lubią — zaczęła się niepotrzebnie tłumaczyć Tami.
To było silniejsze. Klaudia objęła ją i mocno wtuliła w siebie. Nieco zaskoczona nastolatka, po chwili objęła Klaudię ramionami. Tkwiły tak przez chwilę. Tkwiły tak przez chwilę, w milczeniu, obie mocno pociągając nosami.
Gdy wyszły z cmentarza, Klaudia chciała pożegnać się z dziewczyną i zapytać o postój taksówek.
— Miło było cię poznać, mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Pokaż mi, gdzie jest postój…
— Nigdzie panią nie puszczę, babcia napisała, że ma pani u nas się zatrzymać. Tata dzwonił. Może on jutro wróci? — zaskoczyło Klaudię to zaproszenie.
— Ale naprawdę…
— Tatulek się pogniewa, ja też i nie powiem pani, gdzie jest postój — ależ to dziewczę było teraz rezolutne. Tamara mówiła to tak poważnie, że Klaudia nie mogła odmówić.
Z jednej strony załatwiało to jej nocleg. Planowała powrót do Moskwy lub poszukiwanie miejsca tu w mieście. Był internat garnizonowy, ale obawiała się, że ktoś z „Wympieła” może ją poznać. Bardziej skłaniała się ku szukaniu noclegu w podrzędnym hoteliku na peryferiach Moskwy.
Biła się z myślami. Kolejne starcie z bliskimi Radka. Jak to przeżyje, jak się zachowa? Czy nie pęknie, widząc jego dzieci? Banały, jakie wstawiała Tamarze, mogły nie wystarczyć podczas rozmowy z teściami Wiktora/Radka. Strach, obawy, no i fakt, że była bez bagażu. Co ci ludzie sobie o niej pomyślą.
— Pani Kławdiu, idziemy. Wie pani, że moja najmłodsza siostra ma tak samo na imię — usłyszała od Tamary i poczuła, jak ta, chwyciwszy ją za dłoń, ciągnie w swoją stronę.
Poddała się i poszła za dziewczyną, w głowie układając, co ma począć dalej.
Dom teściów Radka/Wiktora, Bałaszycha, Federacja Rosyjska, godzinę później.
— Ależ to żaden problem, pani Kławdiu, miejsc u nas sporo. Wiktora nie ma, jest wolny pokój, tam panią ułożymy. Może to nie moskiewskie standardy, ale przecież każdy rubel się liczy — teściowa Wiktora nie dawała za wygraną, gdy ratowniczka stwierdziła, że nie chce stwarzać problemu.
— Ale mi jest bardzo głupio, nie mogę, a na dodatek mój bagaż zagubił się na Domadiewie i czort wie, gdzie jest. Nie mam nawet szczoteczki do zębów. Po prostu wstyd mi.
— Przecież to nie pani wina. Och, te linie lotnicze. Jak był tylko Aerofłot, to był porządek. Tamarko, jeszcze sklep będzie otwarty, leć no kup pani… — tu starsza kobieta popatrzyła na Klaudię — Co pani potrzebuje oprócz tej szczoteczki? Szczotkę do włosów, te nasze babskie rzeczy. Koszulę nocną pani dam, może nie jakąś nie wiadomo jaką. Bieliznę szybko pani wypierze, do rana wyschnie, rajstopy też, albo Tamarko kup pani rajstopy… — to była kobieta-petarda. Zarządzała tak, że Klaudia nie mogła jej przerwać.
— To ja Tamarze powiem i dam pieniądze — w końcu zdobyła się na odwagę Klaudia.
Spotkała się z najstarszą córką Radka w korytarzu. Dziewczyna była spokojna, Klaudia zestresowana i spanikowana.
Najciszej, jak mogła, podawała, co ma kupić, lustrując, co ma w torebce i niewielkim plecaczku podręcznego bagażu.
Była wściekła na siebie, że nie spakowała saszetki z kosmetykami do podręcznego bagażu. Przecież leciała samolotem cztery razy. Do Bejrutu, potem z Bari do Rammstein i do Stanów tam i z powrotem. Jeden z tych lotów był militarny, więc nie musiała się obawiać, że coś się zgubi.
— Kochanie, czy polędwiczki już gotowe, spojrzyj no — usłyszała ponownie głos teściowej Wiktora, a pytanie było skierowane do męża pani domu.
— Jestem, jestem, pięć minut i będą.
Dopiero teraz Klaudia dostrzegła dziewczynkę, wyglądającą na pięć, sześć lat.
„Boże, wykapana matka”.
— Dzień dobry pani, jestem Nadia — przedstawiła się, śmiało wyciągając dłoń na przywitanie.
— Kławdia, miło mi — delikatnie uścisnęła dłoń dziecka.
— Pani Klaudio, zapraszamy — usłyszała głos teścia Wiktora i weszła do salonu, trzymając Nadię za rękę.
— Nadiu! Przepraszam panią, ona jeszcze nie chce zrozumieć, że mama…
— Rozumiem. Straciłam męża, nim urodziłam pierwszego syna. Zginął.
Ugryzła się w język, bo nie powinna tak mówić, ale to dziecko… Jakże jej krajało się serce. Teraz mogła sobie wyobrazić, jaka tragedia spotkała tę rodzinę. Jej Radek żył. Ona żyła. Jej ból po jego stracie był niczym w porównaniu do tego, co oni przeszli. Najpierw Agnieszka, teraz Katia. Dzieci, które znały matkę, były z nią, a nagle jej nie ma.
— Siadajmy do stołu, pani z drogi, pewnie głodna. Proszę się częstować, polędwiczki z dzika. Ot, tam takie. Wiktor uwielbia dziczyznę i zawsze ją tak obrabia…
„Cudowni ludzie” — pomyślała, kosztując przygotowanej potrawy.
Tylko ten wyraz „obrabia”. Wiktor potrafił obrabiać też ludzi. Dosłownie i w przenośni.
Wróciła Tamara i tylko kiwnęła głową znacząco, że kupiła wszystko. Zniknęła na chwilę, a po chwili wróciła, trzymając w rękach małą Kławdię.
— Płakała, babciu, wzięłam ją.
Coś w Klaudii pękło, gdy dostrzegła tę istotkę, żeńską wersję Radka. Rysy twarzy dziecka, włosy. Wykapany ojciec.
— Przepraszam, przepraszam — szepnęła cicho i rozpłakała się.
— Pani Klaudio, co się stało? — teściowa Wiktora momentalnie znalazła się przy niej.
— Przepraszam, ale to wróciło. Gdy ona się urodziła, siedziałam obok niego… Byłam już wtedy wolna… Słyszałam głos państwa córki.
— Wypijmy — przerwał teść Wiktora, nalewając jakiejś nalewki do kieliszków.
Radek opowiadał jej o Tamarze, nawet więcej niż o żonie, i Klaudia była zdziwiona jego fascynacją nastolatką, ale teraz zrozumiała, widząc, jak ta zajmuje się młodszą siostrą. Oczka małej Kławdi śmiały się do starszej siostry, a na jej rękach dziecko uspokoiło się. Gdyby nie wiedziała, że to są siostry, byłaby skłonna pomyśleć, że Tami jest matką małej.
Czuła się nieco zmęczona, a kieliszek nalewki wzmógł tylko zmęczenie. Afera z pogranicznikiem, ciągły stres, by nie wpaść przez jakąś głupotę, poznanie Tami, a teraz rodziny Radka, no i wizyta na cmentarzu. Takiej kumulacji chyba jeszcze naraz nie przeżyła. Miała jednak siłę, by poprosić Tamarę.
— Czy dorosła Kławdia może wziąć na ręce małą Kławdię? — zapytała, nieco nieśmiałym tonem. — Nie obawiaj się, mam synka, młodszego od niej.
Tamara rozejrzała się po dziadkach, siostrze i, nie widząc gestu sprzeciwu, podeszła do Klaudii i podała jej dziecko.
— Dziękuję, wiem, że nie powinnam, przepraszam — tłumaczyła się, trzymając dwulatkę w dłoniach.
Obie przypatrywały się sobie z ciekawością. Klaudia uśmiechnęła się do najmłodszej córki Radka, a dziewczynka palcem wskazującym dotknęła jej nosa.
— Jest śliczna, masz ją, Tamaro — oddała nastolatce dziecko.
Dokończyła posiłek i pochłonęła jeszcze jeden kieliszek nalewki.
— Dziękuję bardzo, chętnie bym jeszcze posiedziała, ale zmęczenie…
— To my przepraszamy, pani z drogi. Już zaprowadzę panią do pokoju. Wszystko jest przygotowane — teściowa Wiktora zareagowała natychmiast.
Pożegnała się ze wszystkimi domownikami i podreptała za starszą panią. Ta otworzyła jej niewielki pokój na piętrze.
— To pokój gościnny, ostatnio spał tu Wiktor, ale pościel przebrana, ręczniki ma pani świeże…
— Kławdia, proszę mówić do mnie Kławdia, pani zięć uratował mi życie…
— Wiem, dziecko, dzwonił do nas, on teraz gdzieś w świecie, znów kogoś ratuje. Kiedy był ten zamach, on działał w Moskwie i nie wiedział… — starsza kobieta rozpłakała się, a Klaudia mimowolnie przytuliła ją do siebie.
— Nasza Katiusza miała tyle planów — seniorka domu rozkleiła się na dobre. — Ale i ty mówiłaś, że straciłaś męża. Przepraszam.
— To ja przepraszam, niepotrzebnie…
— Potrzebnie, to dla nas bardzo dużo, widzieć uratowaną osobę przez Wiktora, nawet nie wiesz, jak nam to było potrzebne, porozmawiać z tobą. On nic nam nie może powiedzieć, taka służba.
Klaudia nie mogła z siebie wydobyć słowa. Łzy lały się z oczu obu kobietom. Matka Jekateriny, pierwsza, po dłuższej chwili ciszy odezwała się.
— Łazienkę masz tu, naprzeciwko. Jakbyś chciała coś zjeść, napić się, to kuchnia jest na parterze, widziałaś, gdzie. Nie krępuj się, mój mąż często wstaje i podjada, to się nie przestrasz — po tym ostatnim stwierdzeniu obie wybuchły śmiechem. — Po lewej masz pokoik Nadii, po prawej śpi Tamara. Najmłodsza wnusia śpi razem z nami na dole.
— Nie wiem, jak się państwu odwdzięczę…
Starsza pani tylko klepnęła ją w ramię i pozostawiła samą. Klaudia zamknęła drzwi. Marzyła o tym, by walnąć się spać i najchętniej zrobiłaby to bez wieczornej toalety, ale zdawała sobie sprawę, że nie ma bielizny na zmianę. Położona na łóżku nocna koszula nie była aż tak staromodna, jak twierdziła gospodyni domu. Bawełniana, w kwiatki, sięgająca Klaudii gdzieś daleko poniżej linii kolan. Fakt, może bardziej pasowała kobiecie 50+, ale bez przesady.
Zabrała rajstopy, figi i biustonosz, i udała się do łazienki. Na dole słychać było jeszcze gwar rozmów dziewczynek i dziadków, choć ci ostatni uciszali te pierwsze, by zachowywały się ciszej.
Uprała swoją bieliznę i rozwiesiła ją na łazienkowym grzejniku, podłączonym do centralnego ogrzewania. Wskoczyła pod prysznic, a potem wróciła do pokoju.
„A więc tu teraz mieszkasz, Radku” — pomyślała, rozglądając się, czy znajdzie jakiś jego ślad.
Był, położone na półce albumy ze zdjęciami. Gdy zaczęła je oglądać, zmęczenie ustąpiło. Na początku fotografie ich dwojga.
„Była ładniejsza niż ja” — oceniła się krytycznie.
Zdjęcia Katii w ciąży z Nadią, a wcześniej zdjęcia z Tami. Klaudii w głowie utkwiło to jedno, jakaś mała klitka, pewnie służbowe mieszkanie, przystrojone balonami i girlandami, i ten napis na drzwiach prowadzących pewnie do jej pokoju po rosyjsku: „Kochamy Cię, Tamaro, Tata i Mama”.
Poczuła wilgotność w kącikach oczu. Czy ona potrafiłaby się zdobyć na coś takiego? Przygarnąć obce, kalekie dziecko i otoczyć je taką miłością? Ba, mając potem własne i nie dając odczuć, że to przysposobione jest gorsze?
Nie znała Katii, ale wiedziała, co zrobił Radek dla Tamary. Pomścić krzywdę, nie wierzyła, że żona nie wiedziała, po co jedzie do Polski, a jeżeli nawet nie powiedział, to mogła się tego spodziewać. O tym, co zrobił klecha, wiedzieli oboje, tak powiedział jej Radek.
Jej facet, w którym zakochała się na kursie i z którym przeżyła cudowny okres, a potem szalone dni w Syrii, nigdy, ale to nigdy nie powiedział złego słowa swojej żonie.
„On ja kochał, naprawdę kochał”.
Jakże klęła na siebie za te słowa, jakie mu rzuciła, gdy przeczytała jego list do rodziny. To, że nienawidzi jej, że zabrała mu jego. Przecież on, gdyby nie Jekaterina, uschnąłby w tym militarnym świecie. Tu, w Rosji, ona Radka ocaliła. Jeżeli on był „Rybakiem Bałtyku" — mistyczną istotą, jaką ona zapamiętała, to Jekaterina była strażniczką, opiekunką, tym wszystkim, czym Klaudia chciała być. Przechowała Radosława/Wiktora dla niej.
„Tylko, dlaczego takim kosztem?”.
Za dużo przemyśleń, za dużo znaków zapytania bez odpowiedzi. Z polskiej perspektywy Klaudii wydawało się to wszystko proste, teraz gdy poznała jego bliskich, to było skomplikowane jak cholera. Poznała nastolatkę, która w tych czasach była bardziej dojrzała niż ona ponad piętnaście lat temu, gdy realia były całkiem inne. Pytanie — czy prostsze.
„Niekoniecznie”.
Przeżyła swoją traumę po śmierci brata i przyjaciółek. Podniosła się i walczyła. Otrząsnęła się, gdy poznała Radka — człowieka, który ją pociągnął za sobą. Nie wyglądem, bajerami, cukrową gadką. Czynem i zachowaniem. Był taki… inny niż wszyscy.
Miłość, wspólne plany, motyle w brzuchu i bezlitosne życie. Toż, by wtedy skoczyła, zanurzyła się w Bałtyku, by go ocalić…
Oczy Klaudii się kleiły, odpływała powoli, nadal nie wierząc, że przebywa w tym miejscu. Zapadła w ciemną otchłań.
— Zrób coś, ona nie oddycha, coś się stało!!! — wrzask z dołu postawił Klaudię na równe nogi.
Nie bacząc na nic, poderwała się z łóżka i otworzywszy drzwi, po schodach, w samej nocnej koszuli zbiegła na parter domu. Za nią zbiegła Tamara i Nadia.
— Ona tylko chciała zjeść swoje ulubione chrupki, prosiła mnie. Zrobiłem je z mlekiem, czasami się budziła, Wiktor potwierdzi — starszy pan był tak zestresowany, że nie był w stanie zrobić żadnego kroku, patrząc, jak maleńka Kławdia, położona na małżeńskim łożu teściów Wiktora, staje się sina i nie może oddychać.
— Co ty zrobiłeś, co ty zrobiłeś?! — jęczała starsza pani, kręcąc się wokół dziecka.
— Co się stało, jestem ratowniczką, proszę się odsunąć — Klaudia od razu pokazała, kto tu dowodzi.
Dziecko się dusiło, to było dla niej jasne. Nawyki, wpojone przez lata, zadziałały. Procedury, które wryły się w pamięć, nie umknęły. Zabrała malucha z łóżka i położyła na podłodze. Odwiodła twarz, jednocześnie wsuwając palec w usta dziecka. Nic nie zagarnęła.
— Latarkę, potrzebuję latarkę! — krzyknęła.
Nie da się przewidzieć, jak zareagują ludzie. Teściowa Wiktora darła się na swojego męża, a on, czując się winny, nie potrafił się ruszyć, nie mówiąc już o tym, by poszukać źródła światła.
Rozejrzała się wokół. Zauważyła Tamarę, przestraszoną jak reszta domowników, ale dla Klaudii wydawała się najbardziej kompetentną osobą.
— Gdzie masz komórkę i czy ta ma opcję latarki? Słuchasz mnie, Tami?
— Mam u góry.
— Dawaj tam i ją przynieś. Już dziewczyno!!!
Nadia stała i patrzyła się.
— Niech państwo ją zabiorą i dzwońcie na pogotowie! — Już, dajcie mi działać.
Skupiła się na dziecku, które stawało się coraz bardziej sine. To był prosty znak, że drogi oddechowe były zablokowane.
— Mam, mam, już zaświeciłam — Tamara, na złamanie karku zbiegała z komórką.
— Świeć tutaj! — Klaudia już nieświadomie krzyczała. W tej chwili najważniejsze było ratowanie życia dziecka.
Dostrzegła, że spory kawałek zatoru tkwił tam, gdzie nie mogła sięgnąć palcami. Jakby się teraz przydały szczypczyki, ale na to nie było czasu. Dziecko straciło przytomność.
— Dwa noże o długich i wąskich ostrzach albo długa pęseta — oceniła, rzucając to do Tamary, która stała obok. — Dawaj!!! — wrzasnęła Klaudia.
Nastolatka natychmiast ruszyła do kuchni i przyniosła zestaw noży, które znalazła. Klaudia wybrała dwa odpowiednie.
— Trzymaj, Tami, jej buzię, nie może jej zamknąć, a pan niech podświetla mi wnętrze telefonem, muszę to zrobić precyzyjnie — zaangażowała starszego pana w akcję ratunkową.
— Nie ruszaj językiem, mała, nie ruszaj — prawie się modliła, choć w sytuacji, gdy ktoś jest nieprzytomny, było to niemożliwe.
To była prowizorka; w szpitalu zrobiliby tracheotomię na dzień dobry, a potem zajęliby się usuwaniem ciała obcego. Ona nie miała żadnych dylematów.
Gdy tylko ruszyła blokujący kanał oddechowy zator, a ten wpadł w wargę dziewczynki, wyciągnęła go i rozpoczęła reanimację.
— Odsuń się, Tami, i bądź w gotowości. Działamy. Ty wdychasz powietrze, ja masuję jej serduszko.
Nie na darmo Klaudia tak rozdzieliła role. Reanimacja dwuletniego dziecka to nie to samo, co szesnastolatka. Nie uciskasz pełną dłonią, robisz to dwoma palcami, delikatnie, z wyczuciem.
— Wracaj, dziecko, wracaj — mówiła Klaudia sama do siebie. — Wdechy, dawaj! — krzyczała na Tami.
— Ona umarła — stwierdziła Tamara, patrząc na siostrzyczkę.
— Dawaj, wdechy! — Klaudia nie starała się być delikatna.
— Nie pieprz, jedziemy dalej, ona żyje!!!
— Stop!!! — wrzasnęła Klaudia, gdy jej mała odpowiedniczka otworzyła oczy.
— Ona żyje, ona żyje! — Tamara prawie zwariowała, wybuchając wodospadem łez.
Klaudia przytuliła dziecko do siebie. Dotknęła czoła, sprawdziła odruchy. Płacz dziewczynki był normalnym zjawiskiem.
Do drzwi pukali medycy z pogotowia ratunkowego. Ratowniczka wycofała się na piętro, nie chcąc im przeszkadzać. Kolejna uratowana istota, kolejne życie zapisane na plus, i to jakie życie.
Słyszała na dole rozmowy, ale była tak wyczerpana, że po chwili zapadła w głęboki sen. Wydawało jej się, że ktoś puka do drzwi.
Kaliningrad, dwa dni później, port lotniczy Chrabrowo, hala przylotów.
Odebrała odzyskany dzień wcześniej bagaż i powoli zbliżała się do postoju taksówek. Ostatnie dni dały jej dużo do myślenia. Po akcji ratunkowej stała się bohaterką w domu rodziców Jekateriny.
Już następnego dnia po reanimacji, od porannych godzin, gdy zeszła na śniadanie, nie odstępowali jej teść i teściowa Wiktora, a że była to sobota, Tamara tkwiła przy niej jak cielątko przy krowie.
— Lekarz z pogotowia powiedział, że gdyby nie pani… — te słowa wciąż brzmiały jej w głowie, a wzrok teściowej był pełen wdzięczności.
Zbyła je wtedy jakimś prostym stwierdzeniem. Błogosławiła fakt, że dostała informację, iż odnaleziono jej bagaż i jest do odbioru na lotnisku.
— Nigdzie pani sama nie pojedzie, Aleksiej, zawieziesz panią do Moskwy — matka Katii zarządzała domem z pełnym przekonaniem.
— Dziadku, mogę jechać z wami? — poprosiła Tamara, robiąc taką minę, że diabeł by nie odmówił.
Zastanawiała się, czy po odebraniu bagażu nie zakwaterować się w Moskwie i następnego dnia odlecieć, ale teść Wiktora skwitował to następująco:
— Nie ma mowy. Chyba że chce mnie pani mieć na sumieniu, bo żona wyśle mnie na Kamczatkę.
Roześmiała się na te słowa i nie miała sumienia robić im przykrości. Skoro jednak przyjechała do Moskwy, w głowie miała marzenie: pójść na Plac Czerwony, zobaczyć zabytki tego miasta, te najważniejsze, bo zdawała sobie sprawę, że z Radkiem się teraz nie spotka.
— Wracamy? — zapytał starszy pan, gdy do bagażnika Łady Granty wrzuciła odzyskany bagaż.
— A mogłabym mieć prośbę?
Kłamała jak z nut, że w Moskwie ostatni raz była dawno temu.
— Pani Kławdiu, ja po tym, co pani zrobiła, to bym panią do Władywostoku zawiózł — usłyszała.
— Ja pani wszystko pokażę, niedawno byłam z tatulkiem i ze szkołą. Dziadku, mogę? — Tamara znów zrobiła słodką minkę do Aleksieja, wiedząc, jak go podejść.
— Tylko musimy wrócić do domu na obiad — postawił warunek mężczyzna.
Boże! Jaka ta nastolatka była rezolutna, jak starała się za wszelką cenę odpłacić jej za to, co wczoraj zrobiła. Ta dziewczyna to był istny wulkan dobroci. Prowadziła ją, opowiadała, jakby w ten sposób, chcąc podziękować jej za wczorajsze działanie, a Klaudia. Klaudia podziwiała to miasto. Jego zabytki, Kreml, rejs statkiem po rzece. Czasu było za mało.
— Dziękuję pani, dziękuję, że pani uratowała…
— Uratowałyśmy — poprawiła ją Klaudia, dotykając sztucznej dłoni nastolatki.
Potem nastał czas pożegnania, rankiem kolejnego dnia. Obcałowali ją wszyscy, a gdy ratowniczka wzięła na ręce swoją imienniczkę, rozpłakała się.
— Nigdy pani tego nie zapomnimy, nigdy. My to powiemy Wiktorowi, on musi wiedzieć. Jest pani mile widzianym gościem, prawie członkiem rodziny — to ostatnie zdanie na długo utkwiło jej w pamięci.
Teść Wiktora i Tamara odprowadzili ją do hali odlotów na Domadiewie i z pewnością patrzyli, jak Airbus linii lotniczej S7 unosił się z pasa startowego. Może nawet machali na pożegnanie.
— Jesteś fantastyczną dziewczyną, chciałabym mieć taką córkę — powiedziała Tamarze, a ta o mało się nie rozpłakała.
Te wspomnienia towarzyszyły jej w taksówce, która zmierzała do hotelu w Kaliningradzie. Pomimo faktu, że nie spotkała się z ukochanym, ten wyjazd traktowała jako kolejne doświadczenie w swoim życiu. Dużo ją to nauczyło, patrzyła teraz inaczej i rozumiała decyzję Radka. On nie mógł inaczej postąpić.
„Wróć dla nas, dla nich i dla mnie”.
Zamówiła do pokoju butelkę szampana. Nie miała nic w planach, a wydawało się jej, że wcześniejszy powrót do Polski u rosyjskich pograniczników może wywołać podejrzenia. Telefon Radka milczał.
„Pewnie nie może, realizuje zadanie” — pamiętała, jak nazywał zadania bojowe.
Napuściła wody do wanny, tworząc pianę. Nalała sobie do wysmukłego kieliszka mocno schłodzonego szampana i zanurzyła się w wodzie.
Tęskniła za nim, cholernie tęskniła. Pragnęła, by teraz otworzył drzwi łazienki i stanął przed nią, a po rozebraniu się zajął miejsce obok. Całowaliby się namiętnie, a potem…
Nalała sobie znowu i, wypiwszy, zmoczyła głowę. Po zakończonej kąpieli, przebrana w świeżą bieliznę, skierowała swe kroki do łóżka.
Szampan szumiał w głowie Klaudii, ale to nie alkohol sprawił, że jej palce zaczęły powoli błądzić po szyi, a potem po dekolcie. Każdy dotyk był jak iskra, a w jej ciele narastała fala, której nie potrafiła zatrzymać.
Usiadła na łóżku, a następnie położyła się wygodnie i zamknęła oczy. Czuła się rozpalona. Chłodna faktura prześcieradła kontrastowała z jej rozgrzanym ciałem, a lekki zawrót głowy tylko potęgował to uczucie.
Wypielęgnowane dłonie przesuwały się leniwie, a miękkie opuszki palców muskały wewnętrzną stronę ud. Powoli przesuwała je ku górze, zatrzymując na chwilę na wysokości bioder.
Westchnęła, a w jej wyobraźni zagościł Radek. Już wcześniej, gdy tylko zamknęła oczy, wyobrażała sobie, jak jego dłonie delikatnie muskają jej ciało. Tkwił obok niej, rozebrany do połowy, milczący, rozpoczynając ten sensualny wstęp.
Palce powoli przesuwały się po gładkiej skórze, zatrzymując się pod piersią. Materiał biustonosza był miły w dotyku, a ona przez chwilę dotykała półkuli poprzez niego, w końcu wsuwając paliczki pod miseczkę biustonosza, delikatnie muskając pierś.
Przesunęła materiał ku górze, uwalniając obie piersi z okowów biustonosza. Dotyk własnych rąk był przyjemny. Palce uchwyciły napięte sutki, stymulując je w sposób, który przynosił największą przyjemność. Co chwila przerywała, wykonując koliste ruchy, masując piersi, czasami lekko je ugniatając. Każdy ruch, każda pieszczota tej erogennej strefy była zamierzona i potęgowała podniecenie Klaudii.
Znała potrzeby swojego ciała i wiedziała, jak je zaspokoić. Jednak w wyobraźni pragnęła, by to Radek ją dotykał, stymulował, słyszał jej oddech i gesty.
Fantazjowała, że pochyla się nad nią, a ona czuje jego oddech na skórze, muśnięcia męskich warg, napawając się samczym zapachem i ciepłem skóry ukochanego.
Ciało Klaudii powoli zaczynało pulsować. Biodra uniosły się delikatnie, a dłonie z piersi przemieściły się na brzuch, a następnie powoli zaczęły wsuwać się pod cienki materiał fig. Wilgotność tego miejsca jasno oznajmiała, że libido rosło.
Ponownie westchnęła, teraz może nieco głośniej niż wcześniej, gdy opuszki palców musnęły łechtaczkę. Zrobiła to delikatnie, jakby od niechcenia, badając, czy może sobie pozwolić na więcej.
Zaczęła wykonywać wolne, delikatne koliste ruchy, czując ciepło promieniujące z tamtej okolicy. Skupiła się na tych czynnościach, a palce zaczęły krążyć szybciej i odważniej.
Drażniony organ sam, jakby szukał kontaktu z paliczkami dłoni, a wilgotność narastała, ciepło emanowało aż po sam żołądek. Nie mogła już dłużej się ograniczać; drugi palec sprawnie wsunął się do rozgrzanego wnętrza, głębiej, a biodra same, mimowolnie uniosły się.
Stymulacja wewnętrzna i zewnętrzna sprawiły, że ciało Klaudii drżało, a oddech stawał się coraz cięższy. Zdawała sobie sprawę, że pędzi w kierunku czegoś nieuniknionego.
Boże! Ile by dała, by to dłonie i palce Radka ją stymulowały, by po tym wstępie poczuć w rozgrzanym wnętrzu jego fallusa. Jęknąć w momencie, gdy ów zagłębia się w wilgotnej pochwie, objąć go rękoma, opleść nogami i dociskać, by wsuwał się głębiej i energiczniej.
Naturalnym było w tym stanie, że nie ma drogi odwrotu. Przekroczyła wiadomy moment i teraz mogła tylko pragnąć więcej i więcej.
Wsunęła kolejny palec, już teraz bez żadnej delikatności, od razu, głęboko. Ruchy stały się szybsze, bardziej zdecydowane, a palce sprawnie drażniły znane miejsca.
Oddech stał się płytki, nieregularny, a biodra same, pchane jakby magiczną siłą, unosiły się, współdziałając z dłonią kobiety. Nagromadzone, wewnętrzne napięcie osiągało top, wszystko znajdowało się poza kontrolą Klaudii. Mięśnie drgały, puls szalał, a jęki opuszczające usta stawały się coraz bardziej urywane. Wnętrze pulsowało, skurcze stawały się coraz silniejsze, a ciało pragnęło zbliżającego się finału.
Fala przyjemności przeszyła ciało. Klaudia, całkowicie zanurzona w ekstazie, wyłączyła się prawie całkowicie. Wygięta w łuk, szarpana uczuciem przyjemności i błogości, eksplodowała, całkowicie zanurzona w ekstazie, jaka ją dosięgnęła.
W jednej chwili palce zaprzestały stymulować erogenne strefy, oddech opadł, jęki rozkoszy zostały ucięte, a wygięte ciało opadło na pościel.
Przez chwilę pozostawała jeszcze w tym błogim stanie, do czasu, aż ostatnie spazmy orgazmu, już spokojniejsze, jakby były harmonicznymi tych poprzednich, przeszły.
Nadal miała zamknięte oczy. Po tej chwilowej utracie kontaktu z czasem i miejscem, gdy płonęła z podniecenia, pragnęła jeszcze chwili odpoczynku. Chciała jeszcze, choćby przez ułamek sekundy, pozostać w ciemności po tak głębokim i mocnym doznaniu.
W końcu otworzyła oczy i omiotła wzrokiem swoje ciało. Dojrzała na nim, delikatne kropelki potu, a tam na dole, w okolicach wewnętrznej strony ud, gdyż figi tkwiły zsunięte do kolan, lepki śluz, niemy świadek podniecenia. Czuła zapach, jakby lilii, a może piżma i ambry. Sama nie wiedziała, ale zdawała sobie sprawę, że to był zapach z pochwy, taki, gdy kobieta jest mocno podniecona. Z jednej strony czuła się zawstydzona, z drugiej zaś, to przecież poeci tak opisywali ten zapach.
Zsunęła ramiączka biustonosza i pozbyła się go, a następnie zgrabnym ruchem dłoni zsunęła figi i rzuciła je na podłogę, pozostając całkowicie nagą.
Leżała, wyrównując oddech i odpoczywając przez kilka minut. Zmęczone dłonie nie miały siły podnieść się, tkwiąc wzdłuż ciała. Oddychała spokojnie, przez lekko rozchylone usta, a na policzkach czuła coś w rodzaju rumieńców, tylko takich innych niż te, gdy się zawstydziła.
Podciągnęła na siebie kołdrę, która miała w sobie jeszcze namiastkę chłodu. Owa chłodna tkanina działała kojąco na jej ciało, chłodząc stygnące ciało. Poczuła przez chwilę gęsią skórkę, a brodawki, otrzymawszy zimny bodziec, stały się sterczące. Rozpalone ciało wracało do normalności, ale dusza Klaudii marzyła o tym, by kolejnym razem to Radka dłonie, a nie jej własne pieściły spragnione pieszczot ciało.
Spełniona, zapadła w głęboki sen. Była spokojniejsza, odstresowana, lżejsza i co najważniejsze, nie odczuwała żadnych wyrzutów sumienia ani moralnych rozterek.
Tysiące kilometrów dalej, moja grupa osiągnęła wyznaczone miejsce i rozpoczęła obserwację celu. Mieliśmy za sobą kilkunastokilometrowy marsz, nieraz przerywany, gdy dostrzegliśmy zbliżające się pojazdy. Objuczeni sprzętem, z ciężkimi plecakami, wreszcie dotarliśmy do celu.
— Wolfy na pozycjach, zaczynamy obserwację celu — usłyszałem od zastępcy.
Niewielkie miasteczko, a tak naprawdę dagestańska wioska licząca niespełna trzystu mieszkańców, powoli kładła się do snu.
Spojrzałem na tkwiącego obok mnie „Prioma”, a ten zrozumiał mnie bez słów. Radiostacja w tym wysokogórskim terenie nie dawała gwarancji łączności, więc łącznościowiec wyciągnął telefon satelitarny.
— Melduj gotowość i czekamy na sygnał, atak zgrany z „Rubinem”.
Kiwnął głową na znak, że zrozumiał, i połączył się z „Wołkiem”.
— Dwa cele zlokalizowane — zameldował „Patron”.
Meldowali kolejni. Teren nie sprzyjał, a celów było sporo. Pozostawało nam czekać na sygnał.
Pomyślałem o Klaudii.
„Gdzie teraz jest? Co robi?”
A, chwilę później o córeczkach.
„Muszę do nich wszystkich wrócić. MUSZĘ…”.
1 komentarz
Pumciak
Coś mi się wydaje że to się dobrze nie skończy , ale opowiadanie bardzo mi się podoba serdecznie pozdrawiam