Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Dwa serca, dwa smutki (XI) "Bałkański zwiad"

Dwa serca, dwa smutki (XI) "Bałkański zwiad"…Romantycznie wierzę w to
Że Ty wybierzesz mnie
Zdobędę wreszcie to co chcę
To co chcę…
(Musical Metro, „Chcę być Kopciuszkiem”)


Dwa pododdziały „Zasłona” ruszyły jak wygłodniałe psy, gdy tylko opadły ostatnie kasetowe pociski wystrzelone z „Toczek-U”.
Najpierw bezpardonowo zlikwidowali tkwiące na zawczasu wyznaczonych pozycjach siły ariergardy, w liczbie kilku wojowników, a potem przesuwając się w rejon porażenia, dobijali, tych, którzy przeżyli.
Strzał w głowę – tu nie było miejsca na rycerską walkę, bo przeciwnik nie miał honoru. Dwie grupy, z dwóch stron, posuwały się naprzód, eliminując wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Bomby kasetowe, umieszczone w głowicach, to bardzo efektywny środek walki. Nic dziwnego, że ich użycie jest potępiane, a niektóre kraje wycofały je ze swojego arsenału. Pokrywają spory obszar, w przeciwieństwie do głowic penetrujących, ale jak każda broń, mają swoje wady.
Około 10% owych podpocisków, to niewybuchy, i to z różnych przyczyn. Niedbałe składowanie, okres „przydatności”, technologia wykonania. Te trzy czynniki można wymienić, a lista innych jest długa. Cyfra 10% odnosi się do państw NATO, a Federacja Rosyjska to zupełnie inna historia. Zakładając bufor 15%, byłbym optymistą, biorąc pod uwagę wiek głowic; wrzucenie 20% nie jest wygórowaną oceną.
Na ponad sto podpocisków, należało założyć, że co piąty jest niewybuchem, zagrożeniem dla obu sekcji, które wchodziły w porażony rejon.
— Odinnadcatyj pogibł — zameldował „Orionowi”, dowódcy całości „Zasłona” dowodzący jedną z sekcji.
— Dawaj wpieriod, samają, vazhnaja zadachia — posłał podwładnemu rozkaz, co oznaczało, że zadanie jest najważniejsze. Musieli posuwać się dalej, nie zważając na niebezpieczeństwo.
Przejąć cele, ewakuować je i siebie — to był bezwzględny priorytet.
— Czietyrnastyj sieżeinno ranień. Szto diełat? — usłyszał w radiotelefonie i zdał sobie sprawę, że powoli traci ludzi.
— Ubij — padła krótka komenda.
— Poniał.
Parli do celu, nie zważając na straty.


Operatorzy „Wympieła” dostrzegli, że zbliżają się swoi. Po pierwsze, działali na tym samym kanale co „Zasłon”, po drugie, znaczniki na mundurach to sugerowały.
— Wympieł.
— Zasłon — wymienili się hasłami.
Tamci odebrali cele, zabrali delikwentów i poszli w swoją stronę.
— Idziemy po ich — pierwsza odezwała się „Vesta”.
— Tak, idziemy po swoich — potwierdził „Amur”, zbierając ludzi wokół siebie. — Dwie grupy po dwie osoby, nie mogę ryzykować waszym życiem, tak jest…
— Dowodzę pierwszą, ja plus mój podoficer — przerwał tadżycki porucznik.
— Biorę drugą, kto na ochotnika — „Vesta”  jasno zadeklarowała się, omiatając operatorów wzrokiem.
Łącznościowiec od „Rubina” zrobił krok w przód i dołączył do niej. „Amur” zdębiał, patrząc na pozostałych. Krok wykonał „Patron”, a po nim „Zozo”. W ułamku sekundy dowodzący zdał sobie sprawę, że do Vesty i tadżyckiego porucznika dołączyli wszyscy.
— Idziemy po naszych — wywalił „Zozo”, a „Amur” stał jak zaczarowany. — Idziesz kurwa? — snajper wybudził dowodzącego z letargu.
Ruszyli, a on za nimi.
„Nie zostawia się swoich” — dotarło do głowy dowódcy grupy.

„Vesta” pamiętała, gdzie pozostawiła Wiktora. Miała najlepszy ogląd topograficzny, bo przecież cały czas była z nim. Tadżyk strofował ją, gdy chciała wyjść przed utworzony szyk. Całość grupy posuwała się marszem ubezpieczonym, kryjąc się nawzajem, bo „Zasłon” tylko oczyścił teren dla siebie, tam, gdzie szli, nie zagłębiając się w miejsce, gdzie potencjalnie tkwili pobratymcy terrorystów.
Modliła się w duchu, by on żył, pamiętając ich rozmowy, jego dotyk, pocałunki i całą resztę. „Prioma” zbiła na dalszy plan i gdyby nawet Wiktor był w stanie lepszym, niż ów i miałaby wybierać, kogo ewakuować, to wybrałaby dowódcę.
— Tu, szukajcie go tu, on dalej niż dwieście metrów nie uszedł. Tam były stanowiska… — rzucała.
Rozeszli się, zaczynając poszukiwania. Gleba była przeorana, mnóstwo większych lub mniejszych lejów po eksplozjach.
— Tu jest pekaśka! — wrzasnął „Zozo”, podnosząc częściowo pokrytą ziemią broń.
— Poszedł dalej, na pewno poszedł dalej — mówiąc to, była wściekła na siebie, że nie może go znaleźć.
— Mamy „Prioma” — usłyszała i momentalnie znalazła się przy rannym.
Nie było z nim tragicznie – odrapania, drobne rany na szyi i twarzy. Był  nieprzytomny. Sprawdziła puls i zaczęła go uderzać po twarzy. Odzyskał przytomność.
— Gdzie Wiktor! — krzyknęła, a on patrzył na nią mętnym wzrokiem. — Gdzie dowódca!!! — wrzeszczała.
Podniósł dłoń i wskazał palcem miejsce, a potem stracił przytomność. Teraz dostrzegła, że prawa stopa łącznościowca jest nienaturalnie wygięta.
„Skręcenie, zwichnięcie lub złamanie” — oceniła i zaczęła unieruchamiać kończynę.
— Tam, tam go szukajcie! — krzyknęła do towarzyszy.

Czyjeś dłonie ściągnęły ze mnie narzucone po eksplozji ciało i zwały ziemi. Pamiętałem, że walczyłem, że „Patron” mnie wspierał, a potem… Tabula rasa. Nic. Zdałem sobie sprawę, że mnie nakryły czyjeś zwłoki i nic poza tym.
— Kurwa, jest, żyje — te słowa do mnie dotarły.
Zrzucili ze mnie ludzki balast.
— Nie rób mi tego nigdy więcej, nie rób!!! — Vesta wyła, widząc mnie żywego. — Nosze, dawaj nosze! — krzyczała.
— Jak… zadanie — wreszcie byłem w stanie coś powiedzieć.
To nie były normalne pocałunki z jej strony; nie zważając na obecność innych, wbiła się w moje usta i, obejmując moją głowę, całowała z całych sił, wpychając język do mojego otworu gębowego.
— Żyjesz! Żyjesz! — mówiąc to, a bardziej krzycząc, płakała i jak szalona całowała mnie w czoło i policzki.
— Dobrze cię widzieć — przywitał mnie tadżycki porucznik, a ja mocno uścisnąłem mu dłoń.
— Wyprowadzisz nas z tego gówna? — zapytałem, gdy doszedłem do siebie.
— Po to mnie masz — odparł, uśmiechając się delikatnie.
Reszta dopadła mnie i Prioma. Tyle uścisków i wyrazów czułości nie odebrałem dawno.
— Cele przekazane „Zasłonowi”, musimy dotrzeć do punktu Raswiet (Zorza), stamtąd ewakuacja — przekazał mi „Amur”.
— Gdzie „Priom”? — zapytałem.
— Kurwa, a gdzie może być, tu za tobą, nogę mam zepsutą — usłyszałem znajomy głos.
Nie było dwóch par noszy. Nie pozwoliłem, by mnie niesiono jak w lektyce, gdy on ze skręconą lub złamaną nogą w kostce miałby maszerować.
— Oberwałeś w udo — „Vesta” znów była w żywiole i bezpardonowo zaczęła mi rozpinać spodnie.
— A nie prościej je rozciąć? — zapytałem i szturmowym nożem rozorałem materiał.
Straciłem subkarabinek, pistolet. Pozostał mi tylko ten oręż.
Jakże ona na mnie patrzyła! Szczęście w oczach, radość na licach. Miała ogniki w  swoich głazach, i gdybym zapragnął to ona…
Z pałatek utworzono dla mnie prowizoryczne nosze, docinając wcześniej konary z powalonych sosen i świerków.
— Broń, muszę mieć broń — zażądałem, nim ruszyliśmy.
„Zozo” znalazł AKM-a, wywalił z niego trzy pociski i wręczył mi oruże oraz jeden pełny magazynek, zabrany od martwego terrorysty.
— Ubezpieczaj Tadżyków, bo wiem, że pójdą na przedzie — poprosiłem go.
— Tak toczna! — odparł i ruszył biegiem w kierunku czoła kolumny, uśmiechając się do mnie.
Przebiegł kilkanaście kroków, mijając utworzony szyk, i gdy mijał ostatnich, nastąpiła eksplozja.
Podmuch poderwał ciało mężczyzny, unosząc je na metr, może dwa w powietrze, a potem cisnął na glebę. Upadł, a w tym momencie opuszczono mnie na ziemię. „Vesta”, niczym pocisk wystrzelony z broni, pobiegła do niego.
— Już, będzie dobrze! Patrz na mnie, kurwa! Patrz na mnie! — krzyczała, rozpinając medyczny plecak.
Pokuśtykałem w tamtym kierunku. Mój podwładny nie miał obu nóg, a z pokiereszowanego brzucha wystawały flaki. Patrzył na mnie, jeszcze żyjąc jakimś cudem, ale zdałem sobie sprawę, że to była agonia.
— Do… bij — wyszeptał.
— Będzie dobrze, wszystko będzie dobrze, wyjdziesz z tego — „Vesta” nie ustępowała, zakładając mu na kikuty stazę.
— Masz — rzucił „Patron”, wciskając mi pistolet w dłoń.
— Odsuń ją — poprosiłem, a on chwycił kobietę pod ramiona i odsunął.
„Zozo” patrzył na mnie błagalnym wzrokiem, zdając sobie sprawę z tego, w jakim jest stanie.
— Tak — szepnął, a ja przyłożyłem mu broń do skroni i mocno ująłem jego dłoń.
Gdy mrugnął oczami, zaciskając rękę, nacisnąłem na spust. Krew i masa mózgowa rozprysły się na mojej twarzy. Nie pierwszy raz.
„Vesta” ryczała, wpatrując się we mnie. Gdy rozpoczęliśmy marsz, pozostawiając zwłoki w tamtym miejscu, nie odezwała się do mnie aż do końca zadania.

Trzy tygodnie później. Szpital Bałaszycha, Federacja Rosyjska.

Przy szpitalnym łóżku stały moje dwie córki, przyprowadzone przez teściową.
— Tatusiu, tatusiu — płakała Nadia, a Tamara głaskała jej włosy.
Cały proces ewakuacji pamiętałem jak urwany film: wrzucenie na ciężarówkę, potem lot śmigłowcem i samolotem. Wszystko zlało się w jedno, jakby to był tylko jeden dzień.
Objąłem Nadię, jak najmocniej potrafiłem.
Teściowa pogłaskała mnie po twarzy i zabrała młodszą córkę. Zostałem z Tamarą sam.
— Tatulku — teraz emocje, które w niej tkwiły, znalazły ujście, objęła moją twarz dłońmi — Tatulku kochany…
— Tami, żyję, nic mi nie jest, pojutrze wychodzę ze szpitala.
— Nie rób nam tego nigdy, my tego nie przeżyjemy — mówiła w imieniu wszystkich moich córek.
— Nie płacz, Tami, nie płacz, błagam, ale nie odpuszczę za śmierć mamy i twoich…
— Ty jesteś moim tatą. TY!!! — wykrzyczała i zaniosła się płaczem.
Podniosłem się z łóżka i objąłem ramionami, wtulając mocno w siebie.
— Jestem twoim tatą i zawsze będę, ale nigdy nie pozwolę, by ci, którzy zabili twoich rodziców, rodzeństwo i Katie, pozostali bezkarni.
— Tatulku, nie, nie trzeba…
— Trzeba — odparłem, całując jej usta.
Płakała, a ja, grubymi palcami, ocierałem te łzy. Gdy się uspokoiła, wiedziałem, że ma mi coś jeszcze do przekazania.
— Tami, coś się stało? Coś mi chcesz jeszcze powiedzieć? — zapytałem, widząc, jak zbiera się do wyjścia.
— Skąd wiesz? — padło pytanie nastolatki.
— Widzę po tobie. No mów.
Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zablokowała się, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, patrząc na mnie jak na jakiegoś boga.
— Zakochałaś się? — wypaliłem.
Zalała się takim rumieńcem, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem i spuściła wzrok, a ja dobrze wiedziałem, że trafiłem.
Jakże ucieszyło się moje serce! Ona, po niedawnych przejściach, zapałała do kogoś miłością, taka pierwszą, dziewiczą, piękną. Nie pamiętałem, jak ja się czułem, przez tę cholerną amnezję, i nikt nie mógł mi szczenięcych lat przypomnieć, ale pewnie, miałem tak samo, tylko w męskiej wersji.
— Tak, tato — powiedziała cicho, drżącym głosem, aż się nieco przestraszyłem.
— Mów kochanie, opowiadaj — poprosiłem, delikatnie ujmując sztuczną dłoń. Nigdy nie miałem oporu, by dotknąć protezy.
Podniosła zawstydzony wzrok i spojrzała mi w oczy. Przewidywałem, że nie przyjdzie jej to łatwo, pomimo faktu, że zwierzała mi się z wielu rzeczy. Nakryła moją dłoń swoją.
— To Wołodymir… — szepnęła. — Powiedział mi, że… — głos dziewczynie ugrzązł w gardle na chwilę.
Nie przerywałem, nie poganiałem, zdajać sobie sprawę, że jest to dla niej kłopotliwe wyznanie. Patrzyłem na zawstydzone lico, pokryte rumieńcem. Przeżywała to, tego nie dało się ukryć. Głaskałem protezę, czując ciepło dłoni, którą mnie nakryła.
—… że mu się podobam i jestem fajna i w ogóle… no wiesz tato… — speszyła się.
— Cudownie Tami, bardzo się cieszę kochanie. Mama mi opowiadała, że ten chłopak jest naprawdę w porządku — dobierać słownictwa to ja nigdy nie umiałem. W porządku mógł być model karabinka, a nie sympatia mojej córki.
To był emocjonalny gest z jej strony, którego się nie spodziewałem. Pochyliła się i pocałowała mnie w usta, długo trzymając swe wargi przy moich.
„Boże, gdzie ona nauczyła się tak całować?” — przeszło przez czerep, bo całus naprawdę był na swój sposób namiętny i poczułem smak pomadki. Musiał być neutralna kolorystycznie, bo nie zauważyłem, by miała bardziej czerwone usta, niż zwykle.
— Kocham cię tatulku, ty jesteś taki dobry — szepnęła, a buzia zrobiła się w podkówkę i zaczęła płakać.
Głaskałem jej włosy i przytuliłem. Gdy stłumiła emocje i otarła łzy, dostrzegłem, że chyba jej jest lżej na duszy. Znała mnie i miałem nadzieję, że nigdy nie dowie się, że moje służbowe ja, nie jest tak idealne, jak sobie wyobrażała. A może wiedziała, tylko nie dawała po sobie poznać?
— Coś jeszcze chcesz mi Tami powiedzieć? — zdawałem sobie sprawę, że nie wyjawiła wszystkiego. Najbardziej obawiałem się, że chłopak będzie chciał… i gdyby tak się okazało, to wybiłbym jej inicjację w tym wieku z głowy.
— No… byliśmy razem w kinie, a potem w pizzerii, i wiesz tatku, on za wszystko zapłacił i odprowadził mnie do domu. Babcia widziała — przyznała się.
Naszą rozmowę przerwała pielęgniarka, która dała delikatnie Tamarze do zrozumienia, że czas kończyć, gdyż nastawał czas popołudniowego obchodu.
— Pa tatulku.
— Tami — rzuciłem.
— Tak — odparła, stając w drzwiach.
— Pocałował cię, gdy cię odprowadził. Prawda? — musiałem, no musiałem o to zapytać.
Znów rumieńce na twarzy, wzrok wbity w podłogę i chwila ciszy.
— Skąd wiedziałeś? — zapytała wstydliwym tonem, przez chwilę żałowałem, że zadałem to pytanie.
— Ja na jego miejscu zrobiłbym tak samo. Myślisz, że nigdy nie byłem w twoim wieku? — pewnie byłem, ale nic nie pamiętałem. — A pewnie ty też go pocałowałaś — dodałem, wprowadzając ją w takie zakłopotanie, że zdołała jedynie odpowiedzieć cichutko.
— Tato.
Gdy zniknęła, ogarnęła mnie radość, taki nagły jej przypływ. Bałem się, cholernie się bałem, że po tym, co zrobił jej ten smażący się teraz w piekle klecha, zamknie się w relacjach z płcią przeciwną, że pozostanie uraz niczym kolec w i tak już nadmiernie pokiereszowanej psychice.
„Nadajesz się na ojca” — po raz pierwszy tak siebie określiłem.


Dzień później. Szpital w Bałaszycha, Federacja Rosyjska.

— No to kapitanie, wszystko wydaje się w porządku. Szwy z pachwiny i moszny ściągnęliśmy, rany pozostałe były powierzchowne, styczne i się zagoiły. Blizny pozostaną, ale jak widzę, to nie pierwsze, jakie pan ma. Nie widzę potrzeby kierowania na komisję, więc taki zapis w dokumentacji czynię. Wraca pan do służby — lekarz wręczył mi plik dokumentów i uścisnął dłoń.
— Mam pytanie.
— Tak, słucham.
— Sepsa, czy miałem sepsę?
Popatrzył na mnie, podrapał się po głowie, a przez chwilę nastała cisza.
— Została zbita w początkowym stadium, nim zdołała się rozwinąć. Zrobiliśmy komplet badań, bo gdy pana przywieziono, wasza medyczka przekazała nam cholernie, powtarzam, cholernie dokładne dane, łącznie z objawami, jakie pana dopadły, i podanymi środkami. Ona nawet pamiętała dawki i wspominała o jakimś specyfiku, który dostała od tadżyckiego porucznika. Szczerze? — tu na chwilę zawiesił głos.
— Szczerze — poprosiłem.
— Ona uratowała panu życie. To moje zdanie i mogę się mylić, ale rodzaj środków, ich częstotliwość podawania, to jak momentalnie modyfikowała dawki. Chylę czoła, a jeśli się jej znudzi u was, to z otwartymi ramionami widzę ją na intensywnej terapii.
Te słowa wbiły mnie w krzesło, mocno, bardzo mocno. Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.
— Czy zna pan dobrego chirurga plastycznego? Przepraszam, że zabieram czas…
— Nie, nie zabiera pan. Jest pan z Wympieła, pana żona pracowała tu z nami. Byłbym niewdzięcznikiem, zbywając pana i traktując jak zwykłego pacjenta. Wiem, co przeszliście, będąc razem, i staram sobie wyobrazić, co pan przechodzi teraz. Chodzi o pana blizny?
— Nie, blizny po oparzeniu paliwem lotniczym, dodatkowo w tych miejscach rany po drobnych odłamkach. Większa część łopatki…
— Głębokie te rany po odłamkach?
— Trudno mi określić, rany się zabliźniły, ale wyglądają…
— Wiem, wiem. Oparzenie substancją chemiczną to paskudna sprawa goi się długo i blizny pozostają szkaradne — pamiętałem, że Katia bardzo ceniła tego ordynatora z chirurgii, a wydawało mi się, że spotkałem go wcześniej na jakiejś szpitalnej imprezie.
— Mam znajomego w Centrum Oparzeń Uniwersytetu Medycznego Wołgi w Wołgogradzie, tam są najlepsi specjaliści, ale czas oczekiwania… Priorytet mają ofiary po wypadkach.
— Prywatnie, cena nie gra roli.
Popatrzył na mnie, głęboko lustrując wzrokiem.
— To ktoś bliski albo z pańskich ludzi — stwierdził po chwili, nie myląc się.
Skinąłem głową, a on napisał na karteczce swój numer telefonu i wręczył mi skrawek papieru.
— Proszę zadzwonić, ale nawet prywatnie czas oczekiwania jest długi. Dzisiaj chirurgia plastyczna to głównie powiększanie piersi, korekta uszu i inne pierdoły. Na tym zarabia się najwięcej, a nakład pracy jest niski. Zrobię, co tylko będę mógł.
Podziękowałem i schowałem karteczkę do kieszeni. Gdy otwierałem drzwi od gabinetu, usłyszałem:
— Nawet pan nie wie, jak nam tu brakuje Katii, była… — tu głos mu się załamał.

Wyszedłem we wtorek i do czwartku miałem wolne. Teściowie i córki na mój powrót wyprawili małe przyjęcie, zapraszając najbliższą rodzinę, Fiodora i Wołka. Przywitali mnie w rodzinnym domu, o który teściowa dbała, nie gorzej niż o swój.
Balony, girlandy, tort i… jak to w męskim świecie bywa, hektolitry ognistego trunku.
— Wiem, że przeciwwskazań nie ma — Fiodor od razu przeszedł do sedna sprawy, polewając kolejkę, a potem musiałem wypić dwa karniaki, za to, że „stresa im dałem”.
Gdy dziewczynki zabrali teściowie, a zostało tylko „wympiełowe stado”, mogliśmy porozmawiać konkretniej.
— Możecie zadzwonić po „Vestę”, ona uratowała mi życie — rzuciłem.
— Nie, Wiktorze, właśnie ujmują jednego z tych skurwysynów, co maczał palce w zamachu na metro. Watażka, ale chyba speniał, bo sam podał lokalizację naszym. Nikt już nie chce współdziałać z ich przywódcą, sami się podpierdalają. Żądał tylko gwarancji, że nikt nie zobaczy, że wystawił swoich ludzi — „Wołk” wywalił prosto z mostu.
— A „Zozo”? — zadałem pytanie.
— Ewakuowany, pochowany, dwa tygodnie temu…
— Dlaczego? — wyrzuciłem z siebie, bo zawsze byłem przy pochówku moich ludzi.
— Mało ci dołów? Tamara, Katia, akcja w Dagestanie, gdzie straciłeś ludzi, wcześniej Gruzja? Czy ty myślisz, że nie mamy serca? — Fiodor potrafił walnąć prosto z mostu i za to go szanowałem.
— Z honorami poszedł na wieczną wartę, twoi go na barkach w tej ostatniej drodze nieśli, a ja wdowie sztandar do rąk dawałem — dodał „Wołk”.
— Przepraszam, przepraszam, wiem… — rozkleiłem się, podlany alkoholem, a oni objęli mnie ramionami i klepiąc po plecach, starali się zrozumieć.
Rozpłakałem się.

Dagestan, w tym samym czasie.

Cała sekcja weszła na umówiony sygnał. Boss, tego, którego mieli podjąć, w burdelu właśnie korzystał z cielesnych uciech, zabawiając się z dwiema nastoletnimi kurewkami.
Typowe blokowisko, czteropiętrowa konstrukcja. Dopięli się do wyglądających na solidne kominów i powoli schodzili w dół, dokładnie głowami w dół…
— Dwa cele na widoku — zameldował „Ural”, który powrócił do teamu.
— Miał trzech z ochrony, ktoś widzi trzeciego? — padło pytanie od „Amura”.
— Niet — usłyszał komendy od pozostałych.
Dowodzący grupa zaklął pod nosem. Pomimo faktu, że cel wystawił mu swoich ludzi i miało to wyglądać na przypadkowe podjęcie, nie widział trzeciego z ochroniarzy, a ten mógł sporo namieszać, łącznie z likwidacją delikwenta.
Operatorzy tkwili na linach, gotowi do uderzenia, na dachu pozostał snajper i „Vesta”.
Nie można było wykluczyć, że jeden z ochroniarzy mógł być obecny przy kamandirze, a pokój, gdzie miała odbywać się orgia, był po innej stronie bloku.
— „Patron”, schodź i melduj, co zobaczysz od swojej strony.
— Przyjął — rzucił snajper i odłożył precyzyjny karabinek.
— Ja pójdę, mam subkarabinek, czym go kurwa zdejmiesz? Snajperką? Na linie? — rzuciła, dłonią powstrzymując „Patrona”. — Ja twoim sprzętem nie dam rady, ty moim jak najbardziej — dodała, podpinając się do liny i wprowadzając pocisk do komory zamkowej.
— Szósta zeszła — zameldowała. — Mam trzeci cel, w zasięgu — dodała, tkwiąc w nienaturalnej pozycji, głową w dół. — Gotowa.
— Wpieriod — padła komenda i mając cel na muszce, oddała pierwszy strzał.
Nie był precyzyjny, nigdy, wisząc na linie, nie oddasz takiego, albo cię wiatr poruszy w najmniej odpowiednim momencie, a i szyba robi swoje, modyfikując lot pocisku.
Wystrzeliła trzy pojedyncze strzały, mimo że przełącznik rodzaju ognia miała ustawiony na ciągły.
Rozbiła szybę i znalazła się w środku. Wrzask prostytutek przerwała krótką serią nad ich głowami. Nim zdążyli wkroczyć operatorzy, spętała nagiego bosa.
Subkarabinki mieli wyciszone, tak że tylko głuche pyknięcia było słychać, więcej hałasu narobiły pękające szyby.
— Cele zlikwidowane, obiekt przejęty — zameldowała. — Co z kurewkami? — zadała pytanie.
— Spętać, pozostawić razem z martwymi, czyściciele zajmą się resztą — usłyszała odpowiedź, i zdała sobie sprawę, że po nich wejdzie ekipa, która zajmie się utylizacją ciał, a panienki lekkich obyczajów zostaną zabrane w miejsce odosobnienia, gdzie spędzą kilka dni, jeśli nie tygodni.
— Teren czysty, możecie rozpocząć ewakuację — usłyszeli komunikat od „Patrona”.
Pojmany cel, okryty jedynie szlafrokiem, boso podążał za nimi. Szybko i sprawnie cała grupa dotarła do „Buchanki”, a gdy ruszyli, minęła ich Łada Niva, która gwałtownie zatrzymała się kawałek dalej. „Czyściciele” wchodzili do akcji.

Cudowne kilka dni spędzone w domu z córkami i teściami. Spacery po lesie, kino, lunapark i wszystko, co wymyśliły moje skarby. Starałem się dać z siebie wszystko, zdając sobie sprawę, że niedługo znów ruszymy w pole.
Ostatniego dnia dostrzegłem Wołodymyra odprowadzającego Tamarę. Wyszedłem przed dom, a chłopak, gdy mnie zobaczył, chyba się przestraszył, bo jego mina była nietęga. Rzucił cichutko „Dzień dobry” i szybko pożegnał się z Tami.
— Poczekaj, Wołodymyrze, chcę poznać sympatię mojej córki — rzuciłem, wyciągając dłoń na przywitanie.
Tamara spojrzała na mnie wzrokiem, który gdyby mógł, zabiłby mnie na miejscu, a chłopak podał swoją prawicę.
Szczupły szatyn z krótkimi włosami i piwnymi oczami był obiektem westchnień najstarszej córki. Stał biedaczek, wystraszony, nie wiedząc co powiedzieć, z rozbieganym wzrokiem.
— Nie wiem, co Tami o mnie powiedziała, ale nie zjadam chłopaków mojej córki na obiad… — zacząłem, chcąc rozładować atmosferę.
— Tato — syknęła Tamara, ponownie omiatając mnie bazyliszkowym spojrzeniem.
— Chodźcie do domu, babcia zrobi czaj, upiekła pyszne drożdżowe ciasto — kontynuowałem, nie dając nastolatkom zbyt dużego pola manewru.
Dopiero teraz zauważyłem, że Tami miała delikatny makijaż, i wcale nie byłem z tego powodu zły; wręcz przeciwnie, cieszyłem się, że wszystko wraca w jej życiu do normy.
Na początku atmosfera była sztywna, jak to zwykle bywa, gdy stary wapniak zasiada z młodymi i zadurzonymi w sobie ludźmi. Po kilku minutach chłopak przestał się denerwować i zaczął opowiadać o sobie. Tamara patrzyła to na niego, to na mnie, obawiając się, chyba że powiem coś głupiego i Wołodymyr się wystraszy.
— Pan jest ze specnazu? — zapytał, a ten fakt nie był owiany jakąś wielką tajemnicą. Pół Bałaszychy wiedziało, że stacjonuje tutaj „Wympieł”, a ci mniej rozgarnięci, klasyfikowali go jako specnaz.
— Tak, z „Wympieła”, ale więcej nie mogę ci powiedzieć, bo…
— Tatulku, proszę — przerwała Tami, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem.
Nie dokończyłem, choć końcówka miała brzmieć, że to tajemnica wojskowa. Moja córunia pewnie dośpiewała sobie finał mojego zdania jako „bo musiałbym cię zlikwidować”.
— Też tak chciałbym, marzę o tym… — zaczął, a ja, patrząc na niego, z perspektywy swoich działań, wiedząc, jak trudny i stresujący to kawałek chleba, miałem zamiar mu przerwać i wykrzyczeć, żeby w przyszłości został księgowym, lekarzem, kimkolwiek innym, ale nie…
— Oglądałem serial „Grozowyje Warota”, tam był major Jegorow, on był ze specnazu, walczył w Czeczenii, chciałbym być takim jak on — kontynuował.
Pamiętałem ten serial z 2006 roku; nie był taki zły, ale czuć było w nim patos i z pewnością miał wydźwięk propagandowy, choć realia czeczeńskiej wojny, co trzeba przyznać, były w miarę realistycznie odzwierciedlone. Dające się lubić postacie głównych bohaterów, patos, heroizm, poświęcenie, braterstwo broni. Większe wrażenie zrobiła na mnie „9 rota”, tam realizm i brutalność wojny zostały pokazane znacznie lepiej.
— Pan, to pewnie strzelał ze wszystkiego. Zazdroszczę, bo ja to tylko z wiatrówki…
— Chciałbyś postrzelać? — Tami, gdyby mogła, to zabiłaby mnie wzrokiem, a młodzieńcowi, na to pytanie, aż się oczy śmiały.
— No pewnie — wypalił. — Proszę pana — dodał po chwili.
— Poczekajcie — poprosiłem, zabierając ze stołu telefon komórkowy, i wyszedłem przed dom.
— Jeżeli chcesz, to możemy jechać na strzelnicę już teraz, tylko twoi rodzice muszą wyrazić zgodę — powiedziałem, gdy po rozmowie z szefem wyszkolenia ogniowego wróciłem do pokoju.
— Naprawdę? — zapytał z niedowierzaniem, a w jego oczach ujrzałem błysk, taki, gdy oznajmiasz komuś, że jego marzenie zostanie zrealizowane.
— Tato — Tami znów syknęła, widząc, jak Wołodymyr wyciąga telefon komórkowy.
Porozmawiał chwilę z ojcem i przekazał mi aparat. Miły męski głos zadał mi kilka konkretnych pytań, na które odpowiedziałem prosto, bez ogródek.
— Dziękuję, zgadzam się, przecież to jego marzenie, będę pana dłużnikiem — usłyszałem na koniec i oddałem nastolatkowi telefon.
— Tami, jedziesz z nami? — zapytałem, a jej mina mówiła sama za siebie. — No to porywam ci chłopaka — dodałem, podświadomie wiedząc, że jest z takiego obrotu sprawy zadowolona.
Pocałował ją w policzek na pożegnanie, a ja dostrzegłem coś niezdefiniowanego, cudownego, co tylko w takiej szczenięcej miłości można zobaczyć. Naturalność odruchu, brak póz, wykreowanych scenariuszy. Musnął ją subtelnie, delikatnie, ale na swój sposób czule, a ona — patrzyła na niego, z żarem w oczach, takim prawdziwym, jakby chciała nimi wykrzyczeć „To mój chłopak. Patrzcie!”.

Rzadko widać taki zapał i chęć poznawania, przy jednoczesnym skupieniu się na wykonywaniu, co by tu nie mówić, komend i rozkazów. Gdy po szybkim przeszkoleniu i instruktażu dostał pistolet, cały drżał, trzymając broń w dłoni. Wyraz jego wzroku, mowa ciała, mówiły same za siebie. Tak, to było spełnienie chłopięcych marzeń, a gdyby obok stanowiska strzeleckiego stała naga platynowa blondynka rodem z „Playboya”, to wzrok i dłoń Wołodymira skupiłby na tym, by zgrać muszkę ze szczerbinką.
Z ośmiu wystrzelonych pocisków trafił w cel dwoma, ale radość nastolatka była ogromna. Potem strzelanie z AK-74 z trzech różnych pozycji, do celów nieruchomych i poruszających się, a na koniec kilkanaście pocisków z PKM-a. Już po tym był wniebowzięty.
Towarzyszyli nam szkoleniowiec i lejtnantka z działu społeczno-wychowawczego.
— Wiktorze, robisz lepszą robotę niż ja, zwolnią mnie. Musisz mi sprzedać swój patent — szepnęła mi ta druga do ucha.
Na rzutni granatem cisnął dwoma skorupami z ładunkiem błysk-dym. Zasiadł w bojowych wozach piechoty i pozwolono mu nawiązać łączność z drugim transporterem. Popatrzył przez noktowizor w ciemni, nałożył na siebie spadochron, z pistoletu sygnałowego wystrzelił dzienne race dymne.
— Pani lejtnant zabierze cię teraz do sali tradycji i opowie o jednostce, a ja skoczę do swoich — poinformowałem go, zdając sobie sprawę, że Wiera zajmie mu dobre 45 minut.
On płonął ze szczęścia. Policzki miał rumiane i łaknął więcej, będąc żarłoczny wiedzy niczym wygłodniały pies.


Na swoim piętrze, na korytarzu spotkałem „Vestę”. Rozpromieniła się na mój widok i szybkim krokiem ruszyła ku mnie.
— Wiktorze — rzuciła, a po chwili zatopiła swe usta w moich.
— Słuchaj, co robisz pojutrze? — zapytałem, gdy skończyła.
— Wróciliśmy z akcji w Dagestanie. Pojmaliśmy, a tak po prawdzie to sam nam się wystawił jeden z tych, co był zaangażowany w zamachy w metrze. Chłopaki z wywiadu go dosiedli i maglują. A pojutrze mam wolne, no chyba, że coś wyjdzie nagle. Ty wracasz jutro, prawda?
— Tak, i skoro masz wolne, to zaraz idę do „Wołka” i biorę dwa dni zaległego urlopu — przyglądała mi się badawczym wzrokiem. — Chciałem cię zaprosić na kolację, w niewielkim, klimatycznym miejscu pod Moskwą…
— Ta kolacja, to ze śniadaniem w pakiecie, bo nie wiem, czy brać nocną koszulę? — przerwała.
— Nie, bez nocnej koszuli.
— Wiedziałam — odparła skrzywiona, nie odbierając mojego stwierdzenia właściwie.
— Piękne kobiety kładą się spać okryte tylko zapachem Chanel numer pięć, a taką kobietę mam przed sobą. Przecież okrywałaś mnie swoim nagim ciałem, dlatego koszula nocna jest zbędna — wyprowadziłem „Vestę” z błędu.
Zabłyszczały jej oczy, a wyraz twarzy mówił sam za siebie. Powstrzymałem ją przed kolejnym namiętnym pocałunkiem, gdyż z kancelarii obok wyszedł „Wołk” i szeroko, rozłożywszy ramiona, uśmiechnął się na mój widok.
— Jutro dogadamy szczegóły — szepnąłem do Walentiny i ruszyłem w kierunku przełożonego.

Gdy odwoziłem Wołodymyra, napakowanego emocjami, nadal chłonnego wiedzy i informacji pod dom, widziałem radość w oczach nastolatka. Radość i coś jeszcze. Gadał jak najęty, zasypując mnie setkami pytań, na które starałem się odpowiadać.
— Masz, to dla ciebie — powiedziałem, wyciągając z kieszeni emblemat jednostki i wręczając mu go.
— Jest pan… — głos mu się załamał, tak że nie był w stanie wydobyć z siebie słowa, a w jego oczach dostrzegłem łzy.
— Ojcem twojej dziewczyny, tylko obiecaj mi, że jej nie skrzywdzisz — powiedziałem, wciskając mu logo w dłoń.
— Nigdy! Nigdy! Nigdy! — wyrzucił z siebie, szczerym tonem, zaciskając dłoń po odebraniu emblematu. — Jest pan… — dodał, znów nie znajdując wyrazu, i zamknął drzwi od „Patriota”.

Peryferie Moskwy, niewielka, klimatyczna restauracja z pokojami gościnnymi, dwa dni później.

W domu skłamałem, mówiąc, że jadę do Tuły, celem przetestowania nowego rodzaju broni, wcześniej z „Vestą”, dogrywając nasze spotkanie.
Mieliśmy dojechać osobno. Nie chciałem głupich pytań ze strony podwładnych i przełożonych, choć ci pierwsi pewnie zauważyli, że po ostatniej akcji między nami coś zaiskrzyło.
Tamara była rozanielona i trajkotała tylko o tym, jakie wrażenie zrobiłem na Wołodymyrze, całując mnie po każdym powrocie ze szkoły w policzek i usta. Dziewczyna promieniała ze szczęścia, co dla mnie było ambrozją, widząc radość córy.
Maleńka Kławdia rosła jak na drożdżach, a ja dostrzegałem podobieństwa do mojej osoby. Nadia zakochała się w tańcu, i nie mogłem jej tego zabronić, widząc, jaką radość to dziewczynce sprawia.
Mieszkaliśmy u teściów, i z przerażeniem obserwowałem, jak nasz rodzinny dom staje się pustym budynkiem. Najpierw ogród, potem obejście, stawały się coraz mniej zadbane, a ja nie chciałem tam przebywać, gdyż każdy element, każde miejsce przypominało mi Katie.
Gdy tylko mogłem, samotnie udawałem się na grób żony i tam w ciszy relacjonowałem jej wszystko, patrząc na nagrobkową fotografię. Mogiła była zadbana, a prawie zawsze świeciły się znicze i dostrzegałem świeże kwiaty.
„Po co ja ci pozwoliłem samej jechać, mogłem cię odwieźć na miejsce rano” — tłukło się we łbie i sam siebie przeklinałem, że tak nie zrobiłem.

Wparowałem do lokalu i rozejrzałem się po niewielkiej sali, nie dostrzegając „Vesty”. Dwóch facetów, jakaś kobieta w czarnej wieczorowej sukience z włosami upiętymi w kok, elegancka poza zasięgiem takiego starucha jak ja, oraz para w wieku około trzydziestu lat, trzymająca się za ręce.
„Wystawiła mnie cholera jedna. Nie darowała dobicia „Zoza” — pamiętałem jej wyraz twarzy i to, jak się wtedy zachowywała.
Podszedłem do barmana i poprosiłem o kieliszek wódki. Wracanie do domu byłoby błędem. Zapłaciłem za nocleg, a że zostałem wystawiony? No cóż, zdarza się.
Wyciągnąłem telefon komórkowy i wybrałem jej numer, wcale nie czując się dobrze. Miałem „Veście” tyle rzeczy do przekazania, a ta najwyraźniej pograła sobie ze mną. Nikt nie odebrał, co jeszcze bardziej mnie wkurzyło.
„Miałaby przynajmniej odwagę powiedzieć mi, że dupa z tego” — pomyślałem, wlewając w siebie alkohol.
— Polej pan drugą — poprosiłem, nieco załamany, a barman spełnił prośbę.
Miałem zamiar pójść do pokoju, walnąć się spać i ewentualnie czekać na jej wyjaśnienia. Zdołowany, smutny i zły, walnąłem drugą kolejkę.
— Czy to pan zapraszał mnie na kolację? — usłyszałem za plecami aksamitny głos i momentalnie się odwróciłem.
Stała w czarnej, połyskującej wieczorowej sukni, z rozcięciem do uda po jednej stronie, w cienkich jak mgiełka czarnych rajstopach i szpilkach na wysokim obcasie. Wymalowana, z ustami w kolorze czerwieni, paznokciami w tym samym kolorze, włosami upiętymi w kok i delikatnymi kręconymi kosmykami okalającymi owal twarzy. „Vesta”, jakże inna, niż ją pamiętałem.
— Jezu… — wyrwało mi się, a ona pociągnęła mnie za rękaw garnituru. — Może nie Jezu. Maria bardziej pasuje — dodała.
Rezerwując, pamiętam, że zamawiałem przepiórki w jakimś pysznym sosie i te w takowym były. Czy przepyszne, pewnie tak, ale wzroku od niej odciągnąć nie mogłem. To nie była Walentina, jaką znałem z pracy. Kobieta w mundurze, w tej kreacji, jaką miała, była wampem, obrazem, którego nigdy nie widziałem.
Lampka wina, a resztę butelki wzięliśmy do pokoju. Penis tkwił w pozycji na baczność, poziom podniecenia osiągnął masę krytyczną.
Gdy tylko zamknąłem drzwi od pokoju, usadziła mnie na drewnianym krześle w aneksie kuchennym i rozszerzywszy nogi, objęła moje uda swoimi.
— Zróbmy to — szepnęła i podniósłszy biodra zaczęła majstrować przy spodniach, które po chwili zjechały do kolan wraz ze slipkami.
Ujęła sterczącego penisa palcami i nakierowała na wilgotne, ciepłe gniazdko. Ciche jęknięcia, gdy ów znalazł się w pulsującym wnętrzu, a potem jej ruchy. Dowodziła, będąc niższa stopniem.
— Tak, tak, tak — powtarzała, przyspieszając tempo.
To był „fully clothed sex”, jak to nazywają Anglicy i Amerykanie. Oboje całkowicie ubrani, z odsłoniętymi, bo wtedy zorientowałem się, że nie ma rajstop, a samonośne pończochy, narządami płciowymi uprawialiśmy seks.
Sama odsunęła na bok wąskie stringi, dając penisowi wolną drogę, a ja bezpretensjonalnie wsunąłem obie dłonie, tak jakoś od góry, gdzie dojrzałem wolne miejsce, na piersi, ugniatając je i pieszcząc z całych sił.
— Całuj mnie! Całuj mnie! — mówiła błagalnym głosem, gdy nasze usta na chwilę odsunęły się od siebie.
Sukienka miała długie rękawy i szerokie ramiączka, tak że mogłem całować jej przecudną szyję, kawałek wycięcia w kierunku biustu i twarz, przyjmując w swoją stronę pocałunki składane na szyję, kark i twarz.
— Wiktor, o tak, tak — wyrzucała z siebie, coraz szybciej operując biodrami.
Doszedłem pierwszy, ejakulując w środku. Jeszcze penis był sztywny, jeszcze tryskał kolejnymi dawkami nasienia, ale zdawałem sobie sprawę, że za chwilę będzie finał i fallus stanie się wiotki.
Wstałem z krzesła, unosząc ją razem ze sobą i rzuciłem na łóżko. Przejąłem dowodzenie po wytrysku. Cipka była wilgotna, pulsująca, łechtaczka nabrzmiała, pragnąca pieszczot.
Wylizywanie własnego nasienia po spuście średnio mi leżało, dlatego wsadziłem palce i patrzyłem na jej reakcje. Łechtaczka, to pamiętałem z seksu z Katią i Kławdią, ona była kluczem do sukcesu.
Pierwszy raz widziałem w życiu kobiecy wytrysk, bo na początku myślałem, że będąc podniecona, popuściła mocz. Nie, to sikami nie śmierdziało, to było co innego, a następnie, obraz wijącego się w rozkoszy ciała, jej jęki i głośne krzyki.
— Tak, tak chcę, daj! — wyrzucała pojedyncze wyrazy, a ja patrzyłem, jak wije się jej ciało, jak dreszcze rozkoszy przechodzą, jak nagle spina się, by potem odpuścić, z wyrazem orgazmu na twarzy.
Padła skonana tuż obok mnie i przyglądałem się, jak dochodzi do siebie, jak końcowe dreszcze przeszywają ciało, jak drży, jak próbuje to wszystko ogarnąć, ale to za wcześnie, bo przeżyty stosunek nie pozwala się uspokoić.
— Byłeś cudowny.

— Dzień dobry, kochany — usłyszałem, gdy tylko się obudziłem i poczułem, jak ustami muska moje sutki.
— Dzień dobry, Walentyna…
— Proszę „Vesta” — przerwała.
Oboje nadzy tkwiliśmy, pod atłasową pościelą, a ona po zakończeniu całowania brodawek położyła twarz na mojej klatce piersiowej.
— Jesteś cudowny Wiktorze.
— Nie znasz mnie, a dużo widziałaś, potrafię zabić.
— Jak każdy z nas, ja też zabiłam.
— Dobiłem rannego, niejednego w swoim życiu.
— Musiałeś, ratowałam wtedy przypadek beznadziejny, nie przeżyłby.
Nastała długa chwila ciszy. Wzajemnie lustrowaliśmy się i nikt z nas nie miał zamiaru kontynuować, ale ktoś musiał.
— Wiem, że mnie nie kochasz i ciężko mi będzie zdobyć twoje serce, ale proszę cię, zostańmy takimi przyjaciółmi od łóżka.
Zadzwonił telefon, spojrzałem na numer.
— Tak słucham. Graczow — rzuciłem w słuchawkę.
Gdy skończyłem, siedziała naprzeciwko mnie, mając na sobie narzuconą moją białą koszulę, która sięgała jej do ud.
— Na grudzień masz planowany zabieg, jak nie dasz rady wysupłać urlopu, sam ci nagrodowy dam — rzuciłem, a „Vesta” patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem.
— Jaki zabieg, o co chodzi? — prawie krzyczała.
— Prywatna klinika w Wołgogradzie, tam pracują najlepsi w branży chirurgii plastycznej. Pozbędziesz się tej rany. Pokaż mi ją. Proszę.
— Zwariowałeś — zdołała z siebie wyrzucić, nim moje usta poczęły muskać ów zakazany rejon.
Płakała, poddając mi się, a ja ustami dotykałem tych według niej wstrętnych części ciała.
— Masz ochotę na jeszcze? — zapytałem, patrząc w jej zapłakane oczęta.
Spletliśmy się w miłosnym uścisku. Ja dowodziłem.

Tydzień później, Siedziba „Wympieła”.

— Nasz przyjaciel ostatnio pojmany puścił farbę, a nasi serbscy przyjaciele pomogli. Córka naszego milczącego i nieprzekupnego łącznika przebywa na Bałkanach. Mamy zdjęcie, na którym ma piętnaście lat, i tylko to. Musimy ją przejąć za wszelką cenę. Możesz stracić, Wiktorze, wszystkich, ale ona musi być żywa. Nasz łącznik, który milczy, mimo że przesłuchiwali go najlepsi, przekazuje jedynie mało znaczące informacje. To jego jedyne dziecko, podobno jest z nią silnie związany emocjonalnie. Będziemy mieć ją, złamiemy jego — „Wołk” przedstawiał świeże informacje.
Nie dostaliśmy uzupełnienia za „Zoza”. Delikwenta, którego mi przedstawiono, skreśliłem od razu. Gość z zacięciem sztabowym, dobry do planowania, ale nie do dowodzenia. Nie mogłem ryzykować życiem grupy; wolałem mieć wakat niż niepewnego dowódcę sekcji, a tą chwilowo dowodził „Priom”.
— Mamy dwie potencjalne lokalizacje, gdzie może przebywać córka łącznika, a Serbowie są pewni, że kieruję, albo jest kimś ważnym w światku przestępczym — kontynuował.
— To, dlaczego jej nie zawiną, przecież mają swoje siły specjalne, szkoliliśmy ich tutaj, a i nasi doradcy tam są — przerwałem mu.
— Bo to Kosowo „Poliak”. Wojskowe i policyjne siły z mandatem ONZ. Póki my byliśmy w Prisztinie, był spokój, ale odeszliśmy, a potem uznano niepodległość tej części Serbii i pojawiły się kłopoty. Sami wiecie, jaki jest problem z Mitrovicą, a co wyprawiało UÇK wcześniej, znamy wszyscy. Póki tam byliśmy, był spokój, ale i Serbowie nie są bez winy.
— Kiedy wylatujemy? — „Amur” lubił konkrety.
— Spokojnie, wszystko o swoim czasie, zostaje kapitan Graczow i Walentyna — dostrzegłem, że na to imię się skrzywiła, a pozostali opuścili kancelarię „Wołka”, w drzwiach, mijając się z Fiodorem.
Miałem obawy, że nasz romans wyszedł na jaw, i byłem gotów ponieść tego konsekwencje. To ja powinienem go zakończyć, a tego nie zrobiłem, ale gdy po chwili dołączył kierownik sekcji wywiadu, zdałem sobie sprawę, że chodzi o coś innego.
— Powiem prosto. Jedziecie na rozpoznanie, oboje jako polskie małżeństwo. Ty, Wiktorze, znasz polski perfekcyjnie, Walentyna będzie twoją żoną ukraińskiego pochodzenia, bo ona też mówi po polsku, lecz nie tak dobrze jak ty. Lecicie do Lwowa, na lewych rosyjskich paszportach, tam dostaniecie ukraińskie, a w ramach małego ruchu granicznego dostaniecie się do Przemyśla, a w nim otrzymacie docelowe polskie — rozpoczął Fiodor.
— Dlatego na polskich, bo w Kosowie stacjonuje polski kontyngent, bez problemu was wpuszczą. Rosjan nie trawią, a z Ukraińcami to różnie bywa, raz tak, raz owak. Wy, kapitanie Graczow, znacie polski na poziomie tłumacza przysięgłego, delikatne naleciałości rosyjskie łatwo wytłumaczycie tym, że masz żonę ukraińskiego pochodzenia. Ty, „Vesta”, możesz wtrącić coś nawet po rosyjsku, dupki z Kosowa nie rozpoznają różnic, dla nich rosyjski, ukraiński i białoruski to jeden czort — kontynuował kierownik wywiadu.
Zdębiałem i omiotłem wzrokiem „Vestę”, która miała otwarte usta, słuchając wszystkiego w skupieniu.
— Serbowie wskazali dwie lokalizacje, bo ich wywiad namierzył komórki, które łączyły się z telefonem łącznika. Tu macie obie, ale zacznijcie od tej — mówiąc to, wyciągnął mapę i wskazał miejsce. — Tu telefon logował się częściej, i to niejednokrotnie. Na szczęście połączeń z Kosowa do miejsca, gdzie ostatnio przebywał nasz „niezłomny łącznik”, nie było wiele, więc mamy je wszystkie — kontynuował, a ja byłem pełen podziwu dla ich pracy. Naszych i Serbów.
— Kiedy wylot do Lwowa? — zapytałem.
— Jutro rano z Moskwy, na pokład wsiadacie osobno. Ty odbierasz swoje dokumenty w jednym miejscu, ona w drugim. Nie znacie się do momentu, aż w Przemyślu odbierzesz polskie dokumenty, od tej chwili jesteście małżeństwem. Wszystkie dane dotyczące celu będą w umówionym miejscu już w Kosowie, podobnie jak pozostałe instrukcje i wyposażenie. Na miejscu będziecie mieli serbskiego agenta, ale z nim ostrożnie. Wytrzebili nam i Serbom ci z UCK siatkę wywiadowczą w tym rejonie — nie wiedziałem, czy zakończył, czy jeszcze ma zamiar coś dodać.
Nastała chwila ciszy, a wzrok Fiodora i kierownika sekcji wywiadu spoczął na nas. Popatrzyłem na „Vestę”, a ona na mnie.
— Mamy być małżeństwem, takim prawdziwym? — zapytała.
— Tak, jak trzeba, to macie… — tu Fiodor przerwał i łypnął wzrokiem na mnie. — … zgodę na, no wiecie… nawet to — zaczął się jąkać.
— Kurwa, Walentina, macie spać w jednym łóżku, trzymać się za ręce, całować, a jak trzeba, to i pierdolić. Nie możecie wpaść na tym, że ty śpisz osobno, bo co to za małżeństwo? Wiktor ma zgrywać ukrytego pedała, co to żonę ma jako przykrywkę? Przestań — kierownik wywiadu, nigdy nie szczypał się w język tak jak i jego ludzie. Pamiętałem słowa w Syrii, kiedy dostałem jasne polecenie, co mam zrobić z Klaudią, by wydobyć od niej dane na temat „bossa” i przekonać do współpracy z nami.
Zamilkła, ale wyczułem w jej pytaniu furtkę. Perfekcyjnie zagrała oburzoną tym, co usłyszała, a wewnętrznie, z pewnością jej to pasowało.
Padło sakramentalne „Czy są pytania?”, a tych nie było. Nakazano mi pozostać.
— Kurwa, nie spierdol tego, Wiktor, nie spierdol. Choć ja wiem, że nie spierdolisz, ale podskórnie czuję, że na koniec odjebiesz jakiś numer… — rzucił Fiodor, gdy „Vesta” wyszła z pomieszczenia.
— Nie odjebię…
— Yhm, już ja cię znam. Wyjebiesz kogoś za burtę albo ze śmigłowca, pobijesz, albo… — tu machnął ręką, nie wierząc w moje zapewnienie.
Wszedł dowódca jednostki i wszyscy momentalnie podnieśliśmy się. Dał gestem dłoni znak, byśmy spoczęli.
— Wszystko przekazane? — zadał pytanie i jego wzrok utknął na mnie.
— Kapitanie, dacie radę? Widzicie jakieś problemy, przeszkody w realizacji? — zapytał, stając za mną i kładąc obie dłonie na moich barkach.
— Nie widzę żadnych przeszkód, a jeżeli one będą, to cel jest najważniejszy i je pokonam — odpowiedziałem, na swój sposób zmodyfikowanym mottem specnazu. — Muszę to zrobić dla mojej żony — dodałem.
Zacisnął palce, mocno, jakby to ostatnie zdanie było czymś ważniejszym niż przysięga.
— Powodzenia, Graczow, i o nic się nie martw — usłyszałem, gdy zwolnił ucisk. — Pamiętaj, zadanie najważniejsze, najważniejsze, bez względu na cenę — dodał i gestem dał znać, że odprawa się zakończyła.

— Tatulku, zrobiłam murzynka, babcia mówi, że mi wyszedł — już w drzwiach usłyszałem głos Tami i poczułem zapach ciasta.
Nie wiedziałem, czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie, ale podejrzewałem, co za tym się kryje.
— Pochwal, bo naprawdę jest pyszny — szepnęła teściowa, widząc mnie w korytarzu.
Najpierw dwie minuty pieszczot z „Biełką”, potem całuski z Nadią, rzut oka na śpiącą Kławdię i złożenie pocałunku na jej czole, a na sam koniec Tamara. Stała ubrana jeszcze w kuchenny fartuch, cała rozpromieniona.
Skrzywiłem się, a zaskoczona dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Zamarkowałem, że z trudem przełknąłem kawałek i zrobiłem nieciekawą minę.
— Co? — wyrwało jej się mimowolnie z ust.
— Chyba zakalec? — walnąłem, ledwo tłumiąc w sobie śmiech i czujnie lustrując zachowanie Tamary.
— Sam jesteś zakalec, sumienia nie masz. Dziewczyna po przyjściu ze szkoły się przyłożyła, sama takiego dobrego nie zrobiłam, a ty… — teściowa delikatnie uderzyła mnie w tył głowy, a ja wybuchnąłem śmiechem, widząc minę Tami.
— Żartowałem, niebo w gębie, kochanie, nawet mama… — tu przerwałem, pamiętając pierwsze ciasto, jakie upiekła Katia. To był właśnie murzynek.
— Tatku, ja cię uduszę kiedyś — usłyszałem i wpadła mi w ramiona.
Gdy się posiliłem, zajadając się naprawdę smacznym ciastem i nieco odpocząłem, zabrałem Tami ze sobą na dwór.
— Wyjeżdżam jutro — zacząłem przekazywać niemiłą wiadomość. Znów buzia najstarszej córki zrobiła się w podkówkę, a do oczu napłynęły łzy.
— Musisz? — zapytała płaczącym głosem, a ja skinąłem głową.
— Jesteśmy coraz bliżej, to już nie potrwa długo.
— Tatku — chlipnęła i rozryczała się na dobre.
Objąłem ją ramionami i przytuliłem, czując, jak jej ciało targają spazmy. Serce mi się kroiło. Przeklinałem się w duchu, ale musiałem to zrobić. Tak samo, jak wtedy, gdy pojechałem, by zlikwidować jej oprawcę. Musiałem, no kurwa, musiałem to zrobić, i to nie dlatego, że taki dostałem rozkaz. Ktoś te mordy zaplanował z zimną krwią, nie bacząc na to, że zginą niewinni cywile, Bogu ducha winni ludzie. Jeżeli zasiał wiatr, tu musiał zebrać burzę, a ja chciałem, pragnąłem być tej burzy sternikiem.
— Wrócę, Tami, wrócę. Przysięgam — ledwo mi to przeszło przez gardło, bo emocje buzowały. — A jak Wołodymyr? — zapytałem, chcąc rozładować sytuację.
Odsunęła swą twarz od mojej i spojrzała na mnie rozbrajającym wzrokiem.
— To, co zrobiłeś, to było… on o nikim innym nie mówi, tylko o tobie i on… — tu jej głos się zawiesił.
— Co?
— On chce być taki jak ty i mi się to… podoba.
Gdy położyła się spać, zapukałem do sypialni teściów. Nie musiałem nic mówić, zrozumieli mnie bez słów.
— Zaopiekujemy się, nie pytaj — szepnęła teściowa, poprawiając głowę na poduszce.
— Jedź i zrób swoje, i o nic się nie martw — dodał teść.
— Dziękuję — szepnąłem, nie chcąc im już zawracać głowy.
Wyszedłem.

Dzień później, wczesne godziny poranne. Port lotniczy Moskwa — Szeremietiewo.

Czekaliśmy w kolejce do odprawy paszportowej. Walentyna stała z przodu, a ja znajdowałem się kilkanaście osób za nią, z niewielkimi bagażami, jak większość podróżujących, by nie wyróżniać się w tłumie. Oboje przyjechaliśmy na lotnisko dwoma osobnymi taksówkami, ostatni raz rozmawiając ze sobą w Ładzie Niwie, która wysadziła nas w różnych miejscach.
Maszyna „Aerofłotu” podkołowała pod rękaw i zaczął się załadunek ludzi i bagażu. Zająłem swoje miejsce, zdając sobie sprawę, że „Vesta” będzie siedzieć kilkanaście foteli dalej. Rozpoczynała się nasza rozpoznawcza misja, pierwsza tak specyficzna, bo typową razwiedkę robiłem już nieraz. Stres, czy nie spapram zadania, gdyż działałem w bojówce, a nie w wywiadzie. Obawy, podszyte tym, jakie to zadanie było ważne.
Gdy samolot wzbił się w powietrze, miałem chwilę na przemyślenia. Pierwsze co przyszło do głowy to Klaudia, czy jej nie zdradzam, kopulując z „Vestą” i znów rozbiłem się na dwie części.
Pierwsza część to Radosław Gancarz, który przeklinał mnie, dołował, jasno mówiąc, że zachowuję się podle, że Klaudia jest tą najważniejszą, matką moich dwóch synów.
Druga to Wiktor — jako ten, też znałem Klaudię, też wiedziałem o istnieniu dwóch potomków płci męskiej, spłodzonych przeze mnie. Tylko czy w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę, gdzie się znajdowałem, ta miłość miała szansę na realizację? Od dłuższego czasu, odkąd zdradziłem Katie, nie widziałem wizji szczęśliwego zakończenia. Oficer specjalnej jednostki antyterrorystycznej SZ FR i polska ratowniczka morska. Zero szans, żadnej nadziei, przynajmniej teraz, gdy byłem w czynnej służbie. Wszystko z założenia skazane na niepowodzenie, co powiedziałem Klaudii w Syrii. Nigdy, przenigdy nie pozwoliłbym na poniewierkę moich córek. Ryzyko likwidacji mnie, Klaudii, moich synów po tym, jakbym zdezerterował, było zbyt wielkie.
Czy w Polsce czekałaby mnie świetlana przyszłość? To nie USA, gdzie dostajesz nową tożsamość, lądujesz w jakiejś małej mieścinie lub dużym mieście. Kuklińskiego synów zlikwidowano, a ja nie wierzyłem, że to był przypadek. Macierewicz zrujnował cały wywiad Polaków, wystawił ludzi, co nie mieściło mi się w głowie. My, Rosjanie, gdy było gorąco i trzeba było zmykać, zabieraliśmy ze sobą agentów. Żona „Wołka” była tego najlepszym przykładem, choć nie zawsze tak bywało.
„Vesta”? Kim dla mnie była? A może, kim dla siebie byliśmy? Dwa zagubione światy, które spotkały się i po czasie znalazły wspólną platformę. Żadne z nas nie zadeklarowało miłości, tylko seks bez zobowiązań. Tylko, to primo w naszej profesji było całkowicie zakazane, a wyjątek od tego mieliśmy przerobić sami, a potem wrócić do normalności, a secundo każde z nas potrzebowało czułości, ciepła, bliskości i seksu, bo tylko ludźmi byliśmy, nie terminatorami.
Dobrze zdawałem sobie sprawę, że ona poczeka, że ma nadzieję, że ją pokocham, idąc w taki układ.
— Wiesz, że od paru lat nie wydałam tyle, żeby się komuś podobać, że dzięki tobie… — wtedy zamknąłem jej usta pocałunkiem i kochaliśmy się po raz drugi nad ranem.
Nie chciałem tego słyszeć, ale musiałem dostrzec, jak się wystroiła, jak była podniecona, jak zmieniło się jej zachowanie.
— Prosimy zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania na lotnisku… — głos stewardessy wyrwał mnie z przemyśleń. Zapiąłem.

W zatęchniętej kamienicy w centrum Lwowa odebrałem dokumenty ze skrzynki pocztowej. Rzuciłem okiem — teraz miałem na imię Mykoła. Oprócz dokumentów znalazłem pewną kwotę hrywien, telefon komórkowy nie najnowszej generacji i dalsze instrukcje. Chwyciłem taksówkę i nakazałem kurs na dworzec autobusowy, pozostawiając w tamtej skrzynce fałszywe rosyjskie dokumenty i rzeczy. Od tej chwili nie miałem już łączności z moją rodziną.
Gdy wsiadaliśmy do autokaru z napisem „Przemyśl”, dostrzegłem „Vestę”. Delikatnie skinęła głową, że jest OK i wsiedliśmy do autobusu.

Godzina po przekroczeniu granicy polsko-ukraińskiej w Medyce.

Wysiadłem pierwszy, mając dane, gdzie odebrać dokumenty. Tym razem musiałem pokonać dobre dwa kilometry do jakiegoś paśnika w lesie. „Vesta” miała wysiąść na następnym przystanku.
Oprócz dokumentów miałem dwa telefony komórkowe, sporą kwotę pieniędzy, bilety lotnicze i dwa toboły z ciuchami. Teraz zrozumiałem — żadnych rosyjskich metek, nic, co wskazywałoby na to, że jestem ze wschodu.
Rozglądnąłem się dookoła — nie było żywego ducha. Sprawnie pozbyłem się rosyjskich ubrań, zakładając na siebie te z dużego plecaka. Najgorsze były buty — cholera, nieco za małe i nowe. Spakowałem wszystko do podróżnej torby, wraz z dokumentami i ukraińską walutą, i schowałem do paśnika.
„Vesta” dotarła po dwudziestu minutach. Zmęczona, ale radosna. Wręczyłem jej dokumenty. Spojrzała i kiwnęła głową ze zrozumieniem.
— No, i to mi się podoba, mam na imię tak jak twoja najmłodsza córka, łatwo będzie zapamiętać — powiedziała.
„Dobrze, bo jak znów palnę, "o tak Klaudia", to pomyśli, że się wczułem w rolę” — przeszło przez myśl, choć i tak Walentyna wiedziała, że spółkowałem z ratowniczką z Polski.
Na szczęście nie zmienili mi imienia, nadal byłem Wiktorem, tylko nasze nazwisko brzmiało „Szykuła”.
Przebierała się przy mnie, i znów mogłem lustrować piękne nagie ciało. Zaklęła, że kupili za małe biustonosze, a i obuwie jakoś nie przypadło Walentynie do gustu.
Wróciliśmy do głównej drogi. Według informacji na leśnym parkingu miał stać Fiat Punto. Mieliśmy komplet dokumentów — paszporty, dowody osobiste, prawa jazdy, a ja nawet książeczkę wojskową.
— Nie pocałujesz swojej żony, mężu? — zapytała, gdy zajęliśmy miejsce w zielonym fiaciku.
Musnąłem ją w policzek, ale to nie wystarczyło. Wbiła się ustami w moje i tkwiliśmy przez chwilę w namiętnym pocałunku.
Musieliśmy dotrzeć do Grójca, gdzie zarezerwowany był nocleg w jakimś hoteliku, a potem rano stawić się na odprawę na Okęcie. Lot „Malevem” do Belgradu, z przesiadką w Budapeszcie.
— Poprowadzę pierwsza — poprosiła, i chętnie na to przystałem.
— Słuchaj, jak zobaczysz gdzieś obuwniczy, to się zatrzymaj, bo w tych butach nie wytrzymam — rzuciłem, ściągając obuwie ze stóp.
— Staniemy przy jakimś centrum handlowym, bo te majtki i biustonosze średnio mi pasują, a i o wkładkach higienicznych zapomnieli, nie mówiąc, że dezodoranty i kosmetyki to lipa — dodała i ruszyliśmy.
Czekało nas dobre kilka godzin jazdy.

Zajazd, motel „Stadion”, Grójec, Polska.

Po pięciu godzinach jazdy dotarliśmy do obskurnego zajazdu, pamiętającego jeszcze czasy komuny. Pokoje z umywalką, prysznic ogólnodostępny. „Vesta” skrzywiła się na ten widok, ale cóż było począć. Dwa tapczany, które miały za sobą już lata świetności, szafa z pewnością osiągnęła pełnoletność. Stolik, dwa krzesła, szafeczki przy łóżkach, odrapane ściany i jakiś obraz, który pasował tu jak świni kamizela. Ojczyzna Rossija mogła naprawdę lepiej nas ulokować, bo w towarzystwie licznych budowlanych pracowników, często ze wschodu, wyglądaliśmy jak odmieńcy. Jedynym plusem była lokalizacja — kilkaset metrów od dworca autobusowego.
— Nie będzie problemu, jak auto postoi tu dwa, trzy dni po naszym wyjeździe, bo lecimy za granicę i dopiero pojutrze znajomy odbierze punciaka? — zapytałem, gdy się meldowaliśmy.
— Panie, żaden problem — odparł z flegmą w głosie recepcjonista, a ja poinformowałem go, że ów kolega będzie miał swoje kluczyki do wozu.
Szybki prysznic — najpierw ona, a potem ja — następnie wypad na pizzę do znajdującej się niedaleko pizzerii.
— Oddam ci pieniądze za zabieg, to nie może tak być — usłyszałem, gdy się posililiśmy.
— Obrazisz mnie, urazisz męskie ego starszego pana — zaprotestowałem, a ona uśmiechnęła się ślicznie.
— Dobrze, odpłacę w naturze, mężu — przystała z filuternym wyrazem twarzy i musnęła mnie ustami w policzek.
Promieniała, widziałem to. Gdy wracaliśmy już po zmierzchu, objęła mnie ramieniem w pasie. Odwzajemniłem się tym samym, dociskając do siebie jej kibić.
Nie pamiętałem, kiedy tak chodziliśmy z Katią — chyba w narzeczeństwie i w początkowym okresie małżeństwa, gdy nie mieszkała z nami Tamara.
Niestety, w hoteliku trwała pijacka impreza, dosłownie przez ścianę i z naszych planów, by zatopić się w miłosnych harcach, wyszło wielkie nic. Nie chciałem uciszać nawalonych robotników, niepotrzebne nam były kłopoty z policją lub strażą miejską. Grzecznie, jak brat z siostrą położyliśmy się spać, zdając sobie sprawę, że pierwszym kursem, tuż przed piątą musimy dostać się na Okęcie.

Port lotniczy Warszawa — Okęcie, dzień następny, wczesne godziny poranne.

Bez problemu przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa, pokazując jedynie dowody osobiste. Jako obywatele Unii Europejskiej mogliśmy lecieć do Budapesztu na ten dokument.
— Chcesz siedzieć przy oknie, Klaudio? — zapytałem, wchodząc w rolę męża.
— Tak, kochanie, chętnie — odpowiedziała, zajmując miejsce.
Węgierski Boeing 737 powoli kołował na pas startowy i po kilku minutach wzniósł się w powietrze. Lot przebiegł bez problemów. Po przesiadce w Budapeszcie, po kilku godzinach wylądowaliśmy w Belgradzie, gdzie miał nas przejąć taksówkarz w czapce z umówionym logo.
— Wiesz, nie mogę się już doczekać, aż dojedziemy na miejsce, Wiktorze — mówiła sprawnie po polsku, choć dało się wyczuć wschodni akcent.
— Ja też, naprawdę — odpowiedziałem, całując ją w usta, nie kłamiąc, mając nadzieję, że standard kosowskiej kwatery będzie o niebo lepszy niż hoteliku „Stadion”.
Nasz taksówkarz się pojawił. Starszy mężczyzna, dobiegający sześćdziesiątki, z niewielkim brzuszkiem, łysawy, w szarej czapce z logo zespołu „Iron Maiden”.
— Dokąd, dokąd, zapraszam do siebie, cena promocyjna, a i doradzę, co kupić tanio i gdzie — dobrze grał swoją rolę, bo dało się zauważyć, że taryfiarze w tym miejscu działali podobnie, wychodząc do pasażerów i zachwalając swoje usługi, skłonni do negocjacji cenowych, ale tylko w przypadku płatności twardą walutą.
— Do Kosowskiej Mitrowicy — rzuciłem umówione hasło, jako drugie zabezpieczenie, gdyby okazało się, że ten jegomość nie jest „nasz”.
— Do Mitrowicy, ona nigdy nie będzie kosowska — odpowiedział, jak powinien. — Zapraszam, cenę dogadamy, a będziecie państwo zadowoleni — dodał, zabierając bagaże i pakując je do bagażnika.
Wsiedliśmy do czarnej Renault Laguny, ja z przodu, a Walentyna na tylne siedzenie.
— Mirko, mówcie mi Mirko, dowiozę was do granicy, dalej nie wjeżdżam, bo mi samochód zniszczą. Przejdziecie na piechotę, transport złapiecie bez problemu, jak pokażecie polskie paszporty — zaczął po rosyjsku, gdy ruszyliśmy.
— Coś więcej wiesz? — zapytałem, wyciągając z portfela banknot o nominale stu euro.
— Nie obrażaj mnie, mam zapłacone — fuknął, i cofnąłem dłoń. — Ta druga lokalizacja to lipa, pusty budynek. Tu masz adres kwatery. Opłacona willa, tylko dla was, macie do swojej dyspozycji łódź motorową, a przy znaku drogowym na tym kilometrze w kierunku rozpoznawanej lokalizacji znajdziesz broń i amunicję. Bez obaw, czysta, jeszcze z dobrych czasów, z magazynów JNA (Jugosławska Narodna Armija), żaden cud techniki, nasza Zastava — kontynuował.
— Jak teren? — starałem się wyciągnąć z niego maksimum informacji.
— Ciężko, ale dla takich szumowin to idealne miejsce. Strefa sporna, granica blisko, siły ONZ niby neutralne, ale wspierające jebanych albańskich pomiotów. Nasi uciekają. Co wyście, kurwa, zrobili? Tak pięknie poszło wtedy z Prisztiną, zagraliście tym dupkom z NATO na nosie, a potem? Zostawiliście nas, Serbów, braci. Ufaliśmy wam, a cały świat wyrwał nam Serbom serce, bo bitwa na Kosowskim Polu to nasza historia. Nasza, serbska — te ostatnie zdania mówił bardzo emocjonalnym tonem i wcale mu się nie dziwiłem.
Kilometry mijały. Zatrzymaliśmy się trzy razy, a to na tankowanie, a to na posiłek.
— Jest pani bardzo podobna do mojej kuzynki, Branki, miała dwadzieścia sześć lat, całe życie przed sobą, mieszkała w wiosce, gdzie teraz jest Kosowo. Zabili na jej oczach męża, potem, nie patrząc, że jest w zaawansowanej ciąży, zgwałcili, a na koniec zabili ją, wcześniej rozcinając brzuch i wyciągając dziecko. Chałupę spalili. To są ludzie? — powiedział na ostatnim postoju, a w „Vestę” z pewnością uderzyły mocno te słowa. Mnie nie ruszyło, widziałem nie takie obrazy, na wojnie w Czeczenii.
Wysadził nas przy serbskim posterunku granicznym.
— Udari ich u pičku — pożegnał nas, a jego słowa znaczyły, aby dać im w pizdę. — Srećno — dodał, życząc nam powodzenia.
Na piechotę doszliśmy do przejścia granicznego. Spasiony serbski pogranicznik zatrzymał nas ruchem dłoni. Podałem mu paszporty.
— Poljaci — rzucił, patrząc na dokumenty, i kiwnął na kompana stojącego w budce. — Lični ček — dodał, dając do zrozumienia, że czeka nas kontrola osobista.
— Gde je žena — zapytałem, widząc, że grubas bierze „Vestę” do osobnego pomieszczenia, a kobiety, która miałaby przeprowadzić ową kontrolę nie dostrzegłem.
— Nema i šta ćeš mi uraditi? — odparł pewnie, uśmiechając się lubieżnie, będąc pewny, że pozwolę, by tamten oglądał Walentynę nagą, bo do tego to dążyło.
— Chert, pridurok, ya byl v UNPROFOR, ubiraysya otsyuda nakhuy! Ya znayu protsedury. Idi ty na chuj! — wrzasnąłem, mocno zaciskając pięści, dając jasno do zrozumienia, że znam procedury. — Ya pol'skiy veteran, idite nakhuy. — zakląłem, nie pasując.
Byłem na fali wznoszącej, jeżeli nie tu, to kilkanaście kilometrów dalej był posterunek, gdzie siedzieli goście z UN. Grałem ostro.
— Ona je moja žena, za to odjebi. Razumeš! — szedłem ostro po bandzie. — Daj mi telefon, zovem ambasadu. — zagroziłem, pokazując mu książeczkę wojskową, ale w taki sposób, by nie dostrzegł za dużo. Wszak w niej byłem kapralem, niczym więcej. — Daj mi telefon. Poniał!!! — prawie krzyczałem, a „Vesta” patrzyła na to z otwartymi ustami.
Spasowali, zesrali się obaj, tak jak przewidywałem. Przeprosili i puścili dalej, wbijając stemple w paszporty.
— Wiktor, ty mnie broniłeś jak siostrę, która jest dziewicą, dałabym sobie radę — rzuciła do mnie na ziemi niczyjej.
Kosowscy pogranicznicy i celnicy wpuścili nas bez żadnych problemów. Sprawdzili paszporty, wbili stempel i doradzili, by opuszczać kraj przez FYROM lub Albanię, bo Serbowie nie uznają tego kraju i możemy mieć problemy.
— Zagadaj z tą celniczką, potrzebujemy transportu, nie wierzę, że nikogo tu nie zna — poprosiłem „Vestę”, a ta udała się do kobiety.

Może transport nie był luksusowy, bo siedzieliśmy na pace jakiegoś przedpotopowego dostawczaka, który śmierdział niesamowicie, ale te kilkanaście kilometrów, nie było jakimś kosmicznym dystansem.
Podziwialiśmy taflę spokojnego jeziora Gozivode, utworzonego ze spiętrzenia rzeki Ibar, którego większa część znajdowała się w granicach Kosowa.
Poczciwy kierowca wysadził nas przed samą willą, gdzie czekał na nas już właściciel, powiadomiony przeze mnie telefonicznie, gdy tylko przekroczyliśmy ostatnią granicę. Trzydziestoparoletni mężczyzna na szczęście mówił po angielsku, co znacznie ułatwiło komunikację.
Zgodnie z obietnicami mieliśmy do swojej dyspozycji niewielką motorową łódź, a w niewielkim garażu tkwiła poczciwa Jawa 350 Twin Sport, kultowy motocykl z lat osiemdziesiątych, plus dwa kaski. Na pytanie, czy ów działa, właściciel odpalił maszynę, która na pierwszy rzut oka pracowała bez zarzutu.
Miała być willa, lecz chyba na standardy kosowskie, gdyż mój rodzinny dom jawił się przy niej niczym zamek. Zwykły piętrowy dom, gdzieniegdzie podrapany i noszący powojenne rany, ale dało się wytrzymać. Zapłaciłem facetowi, a ten oprowadził nas po domostwie, pokazując, co i gdzie się znajduje.
W środku budynek wyglądał o wiele lepiej, pokoje odmalowane i przytulne, salon, bo tak nazywał gospodarz największy z pokoi urządzony z gustem, spory z taras, wyposażona kuchnia, łazienka z kabiną prysznicową i wanną, i dwie sypialnie, w tym jedna przestronna z małżeńskim łożem i baldachimem. Całość miała może sto metrów kwadratowych.
Posesja nie była ogrodzona i miała bezpośredni dostęp do jeziora z niewielkim pomostem i tam zacumowaną łodzią.
— Na tydzień, z możliwością przedłużenia — upewniłem się, bo nie wiedziałem, ile nam zajmie dokonanie rozpoznania.
— Tak, tylko proszę, dwa dni wcześniej mnie powiadomić, a i zapomniałbym, wędki są w piwnicy, bo pan coś wspominał o wędkowaniu. Licencją na połów proszę się nie martwić, proszę podać moje nazwisko, nikt się nie przyczepi — odpowiedział, wręczając mi klucze i wskazując wejście do piwnicy.
Rozstaliśmy się po chwili, a na pożegnanie życzył nam miłego wypoczynku i wskazał miejsca, gdzie można zakupić dobrą rakiję, wspominając, że w barku znajdziemy prezent od niego.
Było już późne popołudnie i robotę rozpoznawczą mieliśmy zacząć od jutra. „Vesta” rozpakowała nasze bagaże i jak przewidywałem ułożyła w sypialni nasze rzeczy.
— Chodź, wykąpiemy się razem, mężu — usłyszałem i dostrzegłem w jej oczach ogniki pożądania.
Szybko przeszedłem żałobę po żonie, w iście w ekspresowym tempie. Z jednej strony byłem na siebie wściekły, z drugiej, żyjąc jak mnich, chyba bym zwariował. Wewnętrznie czułem, że Katia nie chciała, bym do końca żywota pozostał sam. Kiedyś, gdy po raz pierwszy po naszym ślubie otarłem się o śmierć, powiedziałem jej, że gdybym zginął, ma sobie ułożyć życie z innym mężczyzną. Rozpłakała się wtedy i tłukła mnie po torsie swoimi piąstkami, błagając, bym wypluł to słowo.
Kuriozum – ja obawiałem się, że zginę, dając swoisty testament, a ona odeszła wcześniej.
Dom bez męża może nie być tak zadbany, może gdzieś jest krzywo wbity gwóźdź, może nie tak skoszony trawnik. Bez żony traci ciepło, to ognisko domowe, które ona pielęgnuje. Nie na darmo mówi się, że wdowiec z czasem „dziadzieje”, damskiego odpowiednika tego stwierdzenia nigdy nie uświadczyłem. Tak, według mnie kobiety są silniejsze niż my, faceci, lepiej radzą sobie w takich sytuacjach.
— Mam coś do załatwienia — odpowiedziałem, gestem dając jej do zrozumienia, że nie wykluczam możliwości podsłuchu. — Przygotuj kąpiel, kochanie, niedługo wrócę — dodałem, uśmiechając się.
Wyprowadziłem motocykl, odpaliłem, założyłem kask i ruszyłem w kierunku miejsca, które wcześniej wskazał taksówkarz.
Wąską, krętą drogą pokonywałem kolejne kilometry, starając się zapamiętać jak najwięcej. Byłem pełen podziwu, że ta czechosłowacka maszyna działa bez zarzutów, a 28 koni mechanicznych daje radę. Zatrzymałem się w małej wiosce Rezala, kilka kilometrów od celu naszego rozpoznania, gdzie w sklepie zakupiłem podstawowe produkty spożywcze i wino. Na pytanie, skąd jestem, przedstawiłem się jako Polak wypoczywający tu na urlopie, co spotkało się z miłym przyjęciem i braterskim poklepaniem po plecach.
— Polacy, dobrze, wasi ludzie tu są, u nas w Kosowie, Polacy, dobry naród — usłyszałem i pożegnałem się.
Szarzało, gdy zatrzymałem się przy drogowym znaku, który wskazał mi taksówkarz. Nie gasząc silnika, spostrzegłem miejsce, gdzie mogła znajdować się broń — niewielką stertę śmieci i kamieni. Rozejrzałem się dookoła i, markując, że oddaję mocz, nogą rozsunąłem te rzeczy.
Były tam. Dwa zawiniątka w plastikowych reklamówkach. Przykucnąłem i, udając, że załatwiam swoje potrzeby, ściągnąłem spodnie, rozglądając się dookoła. Nie dostrzegłem nikogo; jadąc w tamtą stronę, nie minąłem nawet jednego pojazdu.
Operowałem dłonią pod sobą i sprawnie udało mi się wydobyć oba pakunki. Grzebiąc się niemiłosiernie, wciągałem po kilku minutach spodnie na tyłek i niepostrzeżenie za pasek spodni wsunąłem oba pistolety. Mogłem wracać.

Czekała na mnie w wannie napełnionej gorącą wodą, a pomieszczenie pachniało lawendą. Gdy tylko wszedłem, omiotła mnie pełnym ciepła spojrzeniem, a oczy Walentyny błyszczały, gdy pozbywałem się odzienia.
Stał mi, gdy wchodziłem do wanny i usadawiałem się pomiędzy jej udami, delektując się kąpielą, a następnie dotykiem kobiecej dłoni. Objęła mnie nogami, zaplatając je, i kazała wygodnie położyć się na jej ciele.
Oparłem głowę o bark, tak że mogła mnie musnąć wargami w szyję, a dłonie „Vesty” poczęły dotykać mojej klatki piersiowej i zsuwały się w kierunku brzucha.
Przymknąłem oczy, gdy palce objęły penisa, delikatnie go dotykając, a druga dłoń spoczęła na mosznie.
— Nie boli cię już? — zapytała, obmacując miejsce, gdzie wcześniej miałem założone szwy.
— Nie — odparłem, poprawiając się.
Delikatnie obmacywała jądra, przesuwając je delikatnie, a palcami drugiej dłoni subtelnie dotykała członka jak dziewczyna, która pierwszy raz widzi męskie narządy, badając je niczym lekarz.
Czułem się błogo i dłońmi zacząłem głaskać jej nogi, robiąc to najdelikatniej, jak umiałem. Przesuwałem palce od ud, aż po kostki, wykonując koliste ruchy.
— Klaudia, wiesz, że… — pamiętałem, że muszę wczuć się w rolę.
— Nic nie mów, kochany, jest dobrze i niech tak będzie — szepnęła, przegryzając mi płatek ucha, a ja wyciągnąłem się niczym głaskany kocur.
Poleniuchowaliśmy jeszcze kilka minut w wannie, a potem wzajemnie sobie pomagając, umyliśmy włosy i spłukaliśmy rozgrzane ciała.
Stała przede mną naga, piękna, patrząc na mnie takim wzrokiem…
Pochwyciłem ją, chwytając pod kolana, uniosłem, mocno trzymając w dłoniach, a ona objęła mnie ramionami za szyję, opierając głowę na moim barku. Mokre włosy Walentyny opadły częściowo na moją klatkę piersiową, a reszta na plecy.
Ułożyłem ją delikatnie na pościeli i pochyliłem się nad nią.
— Chodź — szepnęła i docisnęła mnie do siebie.
Kochaliśmy się namiętnie, nie szczędząc pocałunków i czułości. Gdy penetrowałem  wnętrze, nasze usta prawie nie odrywały się od siebie. Jęki rozkoszy, głośne westchnienia, kropelki potu na splecionych ciałach. Była nienasycona, pragnąca więcej i jeszcze więcej, gdy ja już opadałem z sił. Jej wyraz twarzy, wzrok i mowa ciała mówiły mi wszystko. Była demonem seksu, diabłem, którego obudziłem.
Przeżyłem dwa orgazmy i nie, nie, to nie był jeden za drugim. Miałem swoje lata i penis potrzebował czasu, by znów stanąć na baczność. „Vestę”, zaspokajałem oralnie i palcami, dobrze wiedząc, gdzie stymulować, drażnić, pieścić.
Patrzyłem, jak się pręży, wygina, jak jej ciało składa się w łuk. Dostrzegałem dreszcze przeszywające kobiece ciało, wyraz twarzy, wzrok, jakim na mnie patrzyła, napraszając się jeszcze i jeszcze. Klasyk, od tyłu, na jeźdźca i coś tam jeszcze, nie licząc moich oralnych póz, jakie przyjmowałem, lądując twarzą między zgrabnymi udami i palcówek, jakie jej serwowałem.
Jęczeliśmy, wyliśmy z rozkoszy, przy czym procent jej odgłosów był o wiele większy niż mój. Spoceni, skonani, padliśmy w końcu obok siebie, patrząc sobie w oczy.
— Dlaczego? — zapytała mnie szeptem.
— Nie pytaj. Nie wiem. Tak się ułożyło — odparłem cicho, głaszcząc ją po spoconej twarzy.
— Obejmij mnie mocno — poprosiła, wtulając się, a ja, byłem w rozterce.
Usnęła wcześniej, śpiąc snem spokojnym. Przepadłem w objęcia Morfeusza chwilę po niej.


Obudziła mnie stymulacja prącia, a gdy otworzyłem oczy, dostrzegłem, jak ustami ma zamiar objąć penisa. Językiem drażniła odkrytą główkę narządu.
— Nie, nie chcę tak — rzuciłem.
— Coś nie tak kochanie? Źle to robię? — zapytała, mając zaskoczoną minę.
Pomimo jej zapewnień, że mamy być przyjaciółmi od łóżka, czułem, że coraz bardziej się angażuje, a ja nie daję żadnych znaków ostrzegawczych. Seks, seksem, tylko to kochanie… ale przecież ja też odgrywałem swoją rolę, nie szczędząc czułych słów i zwracając się do niej tak samo.
— Po prostu nigdy… i ja nigdy tak nie traktowałem… — wyrzucałem z siebie, a ona uśmiechnęła się delikatnie.
— Ja chcę tak, i to nie jest dla mnie upokarzające — jakże mnie rozkminiła. — Mogę?
— Ale ja też chcę mieć ciebie — przystałem, dając do zrozumienia, byśmy przyjęli pozycję 69.
Momentalnie podniosła się, a biodra znalazły się nad moją twarzą. Miałem przed sobą cudowne płateczki warg sromowych i różowiutką cipkę. Językiem musnąłem, raz, potem drugi, a następnie wsunąłem go w ciepłe wnętrze, a palec wskazujący prawej dłoni począł szukać łechtaczki.
Była wilgotna w środku, może nie tak bardzo jak wczoraj, ale dało się to wyczuć, a gdy począłem ją stymulować, pochwa poczęła produkować naturalny lubrykant.
Po raz drugi w życiu, jakim pamiętałem byłem zaspokajany oralnie i było to nad wyraz przyjemne uczucie. Penis wniknął w usta partnerki, a ja delikatnie, poruszając biodrami, starałem się nie być zbyt agresywnym w ruchach; ona naprowadzała biodra, tak by mieć jak największą przyjemność ze stymulacji, jaką jej serwowałem.
Jeżeli była tu ukryta kamera jakiegokolwiek wywiadu, to rolę małżeństwa odgrywaliśmy koncertowo, czerpiąc z tego cholerną przyjemność.
— Dochodzę, „Vesta”, dochodzę — wyrzuciłem z siebie, nie chcąc ejakulować w buzi kobiety.
Nie dosłyszała, nie zrozumiała lub była tak podniecona moim oralem, że przepadła w rozkoszy. Trysnąłem i, mimowolnie, począłem podnosić biodra, chcąc wycofać penisa z ust. Uchwyciła go i dłonią masturbowała jeszcze przez chwilę, a kolejne porcje nasienia lądowały na przecudnej twarzyczce.
Nie przestawałem zaspokajać ją oralnie. Język pracowicie operował we wnętrzu, palce drażniły, nabrzmiała łechtaczkę. Dochodziła, jęcząc z rozkoszy.
— Oj, ja, ooo taaaa — wydawała z siebie te i podobne zgłoski oraz bliżej niezdefiniowane pojękiwania.
Cipka pulsowała, ciało stawało się coraz bardziej sztywne, by po chwili stać się wiotkie i opaść na mnie.
— Nawet nie wiesz, co ze mną zrobiłeś, co wtedy te słowa… te pocałunki mojej rany… ty jesteś — rozpłakała się, patrząc tym kochającym wyrazem oczu, gdy tkwiliśmy po zmianie pozycji face to face.
— Nie płacz, proszę — tyle mogłem powiedzieć, ocierając jej łzy z oczu.
— Kocham cię i choć wiem, że ty nie, to wiedz…
— Nie mów nic więcej. Proszę — przerwałem, bo to, co usłyszałem, mnie przeraziło.
— Wiem, ale wiedz…
Spojrzałem na zegarek, dochodziła siódma. Wtuliła się we mnie, jeszcze nieco łkając, a ja głaskałem jej ciało. Pocałowała mnie w usta.
— Śpij, Klaudia, śpij — szepnąłem, obejmując ją mocno ramionami.

Wypłynęliśmy łodzią około dziewiątej, po śniadaniu, które przygotowała Walentyna. Gdyby mogła, nie wypuściłaby mnie z łóżka, ale mieliśmy zadanie do wykonania.
Dwa pistolety, jugolska modyfikacja poczciwej TT wz. 33 plus osiemnaście naboi na każdy. Jugosłowianie jakoś zdołali w klasycznym magazynku umieścić dziewięć naboi, a nie osiem jak w oryginale. Staroć, ale niezawodna, choć trochę ciężka i nieporęczna. Zostały w piwnicy, w domu.
W białym T-shircie, krótkich spodenkach i z włosami upiętymi w kok wyglądała ślicznie, a do tego ten uśmiech. Nie pozwoliłem jej się umalować; naturalnie wyglądała o wiele lepiej.
Jezioro było długie i w paru miejscach wcinało się w górzysty teren mniej lub bardziej szerokimi jęzorami.  
Silnik łodzi pracował przyjemnie, a my sunęliśmy po spokojnej tafli jeziora. Siedząc na rufie, operowałem sterem, a gdy dotarliśmy na środek, skierowałem łódź w prawo. W niewielkiej torbie mieliśmy wszystko, co potrzebne: mały aparat fotograficzny z niezłym zoomem, kamerę, dalmierz laserowy i odbiornik GPS. Na dnie łodzi leżały dwie wędki, zestaw blach spinningowych, haczyki i inne akcesoria wędkarskie.
Wędkowałem od czasu do czasu, ale nie byłem zapalonym wędkarzem. Lubiłem spędzać czas nad wodą, wszak to mój ulubiony żywioł.
„Vesta” co chwilę rozglądała się, robiąc zdjęcia istotnym punktom, które mogły pomóc w nawigacji.
— Wąska ta droga po tej stronie, łatwo ją zablokować — zauważyła, uśmiechając się do mnie.
— Obserwuj, każdy szczegół może być ważny — odpowiedziałem, koncentrując się na sterowaniu, bo jezioro miało kilka zakoli i zwężeń.
Byłem po tej wspólnej spędzonej nocy, jakiś inny, szczęśliwy i pełen energii, choć penis wyeksploatowany wczoraj i dziś rano nie budził się tak żwawo do życia. Nie miałem wyrzutów sumienia jak wcześniej, ale w głowie krążyły obawy, czy Walentyna z czasem nie zaangażuje się bardziej. Przewidywałem, że nasza przyjaźń może przerodzić się w coś poważniejszego, co mnie nieco przerażało.
W końcu dotarliśmy do wyznaczonego punktu. Nie był to nasz cel, który znajdował się około kilometra dalej, ale nie chciałem się tam pchać od razu, obawiając się, że wywołamy niepotrzebne zainteresowanie. Niech obserwatorzy, bo przewidywałem, że tacy są, oswoją się z naszym widokiem. Pospiech mógłby zniweczyć całą operację, a tego nikt z nas nie chciał.
Zgasiłem silnik i wziąłem spinningową wędkę w dłoń. Zarzuciłem i po chwili zacząłem ściągać „blachę”.
— Czyżby dzisiaj rybka na obiad? — zapytała, uśmiechając się promiennie i eksponując swoje białe, równe uzębienie.
— Wiesz, że jestem raczej niedzielnym wędkarzem — odparłem, odwzajemniając jej uśmiech.
Nie widzieliśmy celu, który znajdował się w jęzorze odchodzącym w prawo, a potem nieco zakręcającym. Zauważyli nas żołnierze UN z zapory, bacznie lustrując lornetkami.
Podeszła do mnie i pocałowała mnie w usta. Tkwiliśmy tak przez dłuższą chwilę, obejmując się wzajemnie ramionami.
— A co, niech nam zazdroszczą — szepnęła, gdy nasze usta się rozłączyły. Pochyliła się nieco, wydobywając z torby aparat fotograficzny i szybko zrobiła kilka zdjęć.
Po około dwudziestu minutach żołnierze przestali nas obserwować. Do miejsca, w którym tkwiliśmy, od willi było sześć i pół kilometra, a do celu jeszcze półtora, co sumarycznie dawało osiem kilometrów. Licząc dość optymistycznie prędkość poruszania się nurka bojowego na 1,5 km/h, a w porywach do dwóch, czas dotarcia do miejsca desantowania wynosił od czterech do pięciu godzin. Należało dodać wszystkie meandry jeziora oraz konieczność wynurzenia się na chwilę, by zorientować się w terenie, bo pod wodą nie odbierzesz sygnału GPS.  
Sześć godzin, przy sprzyjających okolicznościach. Dużo, cholernie dużo, a chłopaki musieli się do nas dostać od strony serbskiej, i to nie przy moście, tylko kilometr lub dwa dalej, by nie wzbudzać podejrzeń. Butle na tyle nie starczały, sytuacja się komplikowała.
Pokręciłem parę kółek łodzią, zarzuciłem parę razy spinningiem i o dziwo udało mi się złowić sporego szczupaka.
— Ej, mężu, będzie rybka — pochwaliła mnie, wyciągając drapieżnika podbierakiem.
Zachęcony, znów machnąłem wędką, tylko w innym miejscu, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Za czwartym razem poczułem branie, zaciąłem. Bestia walczyła ze mną chwilę, zmuszony byłem popuszczać i ściągać żyłkę.
— Brawo, a mówiłeś, że weekendowy z ciebie rybak — rzuciła, operując podbierakiem. — Jest większy niż tamten — dodała.
Nie było sensu dłużej tu tkwić. Skierowałem łódź w kierunku willi.

Siedzieliśmy przy przenośnym grillu, tuż obok pomostu, prawie przy samej linii brzegowej. Wypatroszyłem szczupaki, usunąłem łuski i pokroiłem je w filety, resztę pozostawiając „Veście”.
Zajadaliśmy się, siedząc na kocu i popijając białe wino.
— Pyszne, nie wiedziałem, że masz takie talenty kulinarne — pochwaliłem.
— Przestań. Sól, pieprz cytrynowy, trochę masła, pietruszka i folia aluminiowa. To ty odwaliłeś najgorszą robotę, sprawiając je. Ja nie mam do tego… — przerwałem jej, całując w usta.
Było już ciemno, a delikatna poświata z tlących się kawałków węgla drzewnego oraz światło subtelnych ledowych lampek wskazujących drogę do pomostu cudnie oświetlało jej twarz. W tym blasku wydawała mi się jeszcze piękniejsza, a aura, jaka z niej biła… Nie mogłem się powstrzymać. Pocałowałem ponownie.
Obiema dłońmi głaskała mnie po policzkach, a ja przyjmowałem to z lubością.
— Wymyśliłeś coś? — szepnęła, gdy moje wargi odsunęły się od jej ust.
— Nie wiem, ciężko cholera, długi dystans od granicy serbskiej dla naszych jak na jeden raz. Mam za mało danych, muszę wiedzieć coś bliżej o podejściu od wody do celu. No i najważniejsze, czy ta córa tam jest?
— Dasz radę. Wymyślisz coś, tylko musisz być wypoczęty i… — w tym momencie przerwała, wstała z koca, a ja patrzyłem, jak pozbywa się odzienia i staje przede mną naga. — zaspokojony — dodała, pochylając się nade mną, chwytając dolny brzeg mego podkoszulka.
— Zwariowałaś — bąknąłem, ale karnie podniosłem ręce w górę, pozwalając  ściągnąć T-shirta.
— Da, ja saszła z uma, dzięki tobie kochany. Wstawaj i rozbieraj się, idziemy popływać — wypaliła, wprowadzając mnie w zakłopotanie.
Zaskoczony, podniosłem się i tkwiłem niczym kołek w płocie, a „Vesta”, widząc to, bezceremonialnie zsunęła ze mnie krótkie spodenki wraz ze slipkami.
— No chodź! — ponagliła, chwytając za nabierającego erekcji penisa i pociągnęła za sobą.
— Ał! — jęknąłem, nie nadążając za nią.
— Mam go i nikomu go nie oddam — ona naprawdę zwariowała, bo nie wierzyłem, że trzy lampki wina wyzwoliły u niej takie perwersyjne zachowanie.
Ciągnięty za fiuta, który w ułamku sekundy stał się sztywny niczym pal, podążałem za nagą kobietą do jeziora.
— Wolniej — poprosiłem, w biegu gubiąc laczki.
Woda była chłodna, lecz nie na tyle, by ugasić podniecenie. Gdy tylko dotarliśmy w miejsce, gdzie sięgała nam do poziomu sutków, zaczęliśmy się całować. Mocno, ostro, łapczywie.
Pragnąłem tego, mocno dociskając wargi do jej ust i wpychając język do środka. Objęła dłońmi moją głowę, mierzwiąc czuprynę i odchylając na bok swoją przecudną szyję. Momentalnie przeniosłem tam muśnięcia, a dłonie skierowałem pod jej kolana i po chwili uniosłem boskie ciało, a ona oplotła mnie nogami.
— Tak, tak — szepnęła mi do ucha, gdy nakierowałem fallusa w wiadome miejsce i wsunąłem go do wnętrza.
Objęła mnie mocno ramionami za szyję, a usta całowały jedną z moich małżowin usznych. Poddała się moim działaniom całkowicie.
Woda pomagała w uniesieniu kobiecego ciała, a to, że tłumiła częstotliwość moich ruchów, pozytywnie wpływało na stosunek. Wszystko się wydłużało i przypomniałem sobie miłość z Klaudią w Syrii. Różnica była jedna, tam były fale.
— Wiktorze, o tak, tak — szeptała mi do ucha, gdy przyspieszyłem ruchy biodrami.
Wtulona, cudna kobieta, poddana, zalewająca pocałunkami moją szyję. Czego czterdziestolatek mógłby chcieć więcej?
Doszła wcześniej, czułem to po skurczach pochwy, po tym, jak się zachowywała, sama zaczynając ruszać biodrami, w taki sposób, by zgrać się ze mną, tworząc efekt synergii.
Nieartykułowane dźwięki, pojedyncze zgłoski, maksymalne odgięcie szyi w tył. Szczytowała, a ja przeżyłem ekstazę, minutę, może dwie później, skonany, zwalniając trzymanie i pozwalając partnerce stanąć na nogi.
Tkwiliśmy w wodzie jeszcze chwilę, a potem, jak Adam i Ewa w raju, wróciliśmy na koc. „Vesta” drżała, bo temperatura powietrza nie była zbyt wysoka. Podniosłem koc i okryłem ją.
— Wiktor ty jesteś… — zdziwiło mnie jej zachowanie, bo zaczęła płakać.
— No co, no co? — dopytywałem, nie widząc w swoim zachowaniu niczego sentymentalnego lub niestosownego. Wycierałem ją tylko, chcąc w ten sposób ogrzać jej ciało.
— Ty masz gęsią skórkę, chodź…
— Idź, zagaszę grilla i wracam.
Gdy pojawiłem się w sypialni, czekała na mnie z rozpuszczonymi, mokrymi włosami, naga i gotowa na deser.
Zatopiliśmy się w sobie, przepadliśmy w szaleńczym akcie. Nawet nie wiedziałem, o której usnąłem. Spełniony, zmęczony i szczęśliwy.

Kolejny dzień zajęła nam rzeczna wyprawa w drugą stronę, aż po serbsko-kosowską granicę, by określić odległość. Nie mogłem jej przekroczyć. Primo, byłoby to podejrzane, sekundo, gdybym to zrobił, problemy po stronie serbskiej byłyby gwarantowane.
W kolejnym dniu obudziłem się wcześniej, odchylając głowę „Vesty” z mojej klatki piersiowej i pocałowałem ranę na jej barku. Przeciągnęła się tylko i przerzuciła na drugi bok.
Miałem wstępnie wypracowaną koncepcję, dlatego wysłałem do agenta po tej stronie wiadomość. Odpowiedział natychmiast i dograliśmy szczegóły. Zrobiłem jajecznicę na maśle z ich miejscową kiełbasą.
Usiadłem na łóżku i pocałowałem „Vestę” w usta. Otworzyła swoje piękne oczy i zaspanym wzrokiem spojrzała na mnie.
— Śniadanie do łóżka, staram się być jak najlepszym mężem — szepnąłem, uśmiechając się.
— Jajecznica, uwielbiam, skąd wiedziałeś? — zapytała, przetarłszy oczy.
— Jestem twoim mężem — jakże zabłysnąłem.
— Wiktor, Wiktor…
— Nic nie mów, jedz, ja już zjadłem — przerwałem, spodziewając się, co powie dalej. — Za chwilę jadę na spotkanie — dodałem.
— A ja? — zapytała, nim włożyła pierwszy kęs przygotowanej potrawy do ust.
— Masz superważne zadanie, wbijasz się pod cel. Samotna kobieta w łódce, nie powinnaś zwrócić uwagi, ale klamkę bierzesz, to rozkaz. Na wszelki wypadek… I nie za daleko, nie pod samą posesję.
— Wiem, wezmę. Standardowo, co zawsze? — zapytała.
— To, co zawsze, i maksymalnie więcej, wszystko, co się może przydać.
Po śniadaniu rozstaliśmy się, a ona, w samych majtkach i biustonoszu, wpadła, by pocałować mnie na pożegnanie.
— Uważaj na siebie — rzuciła, gdy odpaliłem silnik Jawy.
— Ty też — odparłem i pomknąłem na spotkanie.

Nigdy nie powinienem bać się o swojego partnera. Nigdy. Jeśli zginie lub zostanie pojmany, to modyfikacja zadania. Bałem się o nią, naprawdę się bałem, a jeszcze bardziej o to, co miałem zrobić póżniej i jak na to zareaguje.
Wróciła, cała i zdrowa, i za to Bogu dziękowałem.
— Mam wszystko, byłam pod samą posesją — pochwaliła się.
— Jak to zrobiłaś? Wpłynęłaś tam? Przecież te chuje mają swoje posterunki. Sam widziałem — Byłem pełen podziwu.
— Byłam topless na łodzi, popatrzyli na moje cycki i tyle. Wpłynęłam. Patrz — mówiąc to, podała mi aparat. — Nie złapałam żadnej ryby, one lubią ciebie.
— W nocy mnie nieco podholujesz, to polecenie centrali, płynę tam — oznajmiłem.
— Nie, nie, nie pozwalam ci! Słyszysz! Nie pozwalam ci! — krzyczała, jakby nie była sobą.
Objąłem jej twarz dłońmi i przyłożyłem swoją, tak że nasze nosy się dotknęły. Widziałem przerażenie w jej wzroku.
— Muszę, to rozkaz. Nasz łącznik przekazał informację, że ten telefon znów się tu logował. Od dzisiaj obserwują to miejsce z dwóch lokalizacji. Muszę wiedzieć, ile czasu nam to zajmie, gdzie jest miejsce na postój i czy nie ma tam jakichś niespodzianek. Rozumiesz? — mówiłem nad wyraz spokojnym tonem.
Uspokoiła się i zaczęła dłońmi głaskać po policzkach. Miała niewyraźny wyraz twarzy i zdawałem sobie sprawę, że z trudem stłumiła emocje.
— Potrzebuje cię spokojną, opanowaną, taką jak zawsze, emocje tylko utrudnią nam zadanie — dodałem i pocałowałem ją w policzek.
— Co mam zrobić? — zapytała cicho.
— Dociągniesz mnie tutaj, do tego miejsca, gdzie jest ten cypel, i będziesz czekać w tej zatoce, po skosie, po drugiej stronie — wskazałem punkty na mapie. — Będziesz miała odbiornik GPS, a ja wezmę nadajnik ze sobą…
— Przecież GPS nie działa pod wodą — przerwała.
— Tak, nadajnik będzie umieszczony na spławiku, który będę ciągnął ze sobą, niewielkim, niewidocznym w nocy. Do fajki mam dołożoną giętką rurę, więc spokojnie mogę zejść metr pod wodę, a ta ma blokadę przed zalaniem. Spokojnie, będę płynął tuż pod powierzchnią, z zapasem — wytłumaczyłem.
Poszedłem do domu i przyniosłem wszystkie rzeczy, jakie dostałem od naszego kontaktu. Pianka do nurkowania, nóż ratunkowy, bagnet od kbk AK z pochwą, maskę do nurkowania, płetwy, fajkę z rurą przedłużającą, spławik z nadajnikiem GPS i mocną grubą żyłką, kompas na rękę i gogle noktowizyjne do pracy pod wodą z reflektorem podczerwieni, gdyż woda załamuje i rozprasza światło inaczej niż powietrze, co sprawia, że obrazy rejestrowane przez noktowizory są rozmazane lub zniekształcone, a reflektor promieniowania podczerwonego, generuje widmo, które następnie odbija się od obiektów. Odbita energia może zostać przechwycona przez noktowizor, umożliwiając wygenerowanie obrazu.
Niby w założeniu nie miałem głęboko nurkować, a w płytszych wodach często nadal występuje światło widzialne i podczerwone. W rezultacie to naturalne światło może czasami przenikać przez wodę, co pozwala goglom je uchwycić i wzmocnić.
Nie wykluczałem, że będę zmuszony zejść głębiej, dlatego te, które teraz miałem, zapewniały przyzwoitą widoczność do dziesięciu metrów pod wodą.
Wróciliśmy do domu, musiałem odczekać, aż się dobrze ściemni, by nie być widocznym, gdybym musiał chwilowo się wynurzyć.
— Chcesz coś zjeść? — zapytała, najwyraźniej nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
— Nie, dziękuję.
— Nie rób głupot, obiecaj — powiedziała to tak stanowczym tonem, że głębiej spojrzałem jej w oczy.
— Obiecuję.
— Co mam ze sobą zabrać? — usłyszałem pytanie.
— Odbiornik GPS, wędki i wszystkie wędkarskie gadżety, komórkę, dokumenty, latarkę…
— Broń — przerwała.
— Nie, pod żadnym pozorem. Wypłynęłaś na nocny połów, niby nie wolno, ale przypalisz głupa. Gdyby ktoś dopływał do ciebie, nadajnik wyrzucasz dyskretnie do wody, a latarkę używaj w ostateczności. Niby tam zadupie, ale będzie ją widać z daleka — poinstruowałem. — A teraz chodź do mnie i przytul mnie — dodałem, chcąc ją jakoś uspokoić.
Nie musiałem mówić dwa razy. Wskoczyła na mnie, oplotła ramionami i nogami, wbijając usta w moje. Uchwyciłem pośladki „Vesty” dłońmi i trzymałem mocno, czując ciepło kobiecego ciała.
— Gdybym nie wrócił do… — zacząłem, stawiając ją na ziemi.
— Nie! — ucięła krótko.
— Gdybym nie wrócił do rana, to w mojej szczotce do włosów masz namiar do naszego człowieka. Pakujesz rzeczy, a on poda ci miejsce spotkania. Ewakuacja przez Albanię — ponownie rozpocząłem, dostrzegając w jej oczach łzy. — Ale podobno złych diabli nie biorą — dodałem.
— Nie mów tak, jesteś dobry.
— Czasami — odparłem i spojrzałem w okno, zdając sobie sprawę, że czas najwyższy się zbierać.
— A może wsiądziesz do łodzi?
— Tak wyposażony? Przy kontroli wtopa gwarantowana — obawiałem się o nią, nie myślała racjonalnie. — Nie płyń szybko, lina ma trzy metry, trzymaj ją w ręce. Gdybym o coś zaczepił, pociągnę mocna trzy razy, zdążysz puścić, będę dwa metry za łodzią, to nasz jedyny system komunikacji.
Wyszedłem pierwszy i niepostrzeżenie wszedłem do wody. Nie grzeszyła temperaturą, ale pianka dawała jakąś ochronę termiczną. Zmoczyłem maskę i nałożyłem ją na głowę, a potem umocowałem na głowie opaskę noktowizora, podnosząc jego okulary do góry. Na samym końcu nałożyłem płetwy.
„Wrócę, muszę wrócić” — postanowiłem sobie w duchu, zanurzając się w jeziorze.

Kontrolowałem czas i wydawało mi się, że płynę cholernie wolno. Na jednym nadgarstku wodoodporna busola, na drugim zegarek. Pokonywałem kolejne metry, nie forsując się zbytnio. To nie były wyścigi, nie liczyłem, że dostaniemy podwodne pojazdy wsparcia, gdyż te miały priorytet użycia w typowych operacjach morskich, gdzie była duża szansa, by je odzyskać. Tutaj ta opcja nie wchodziła w rachubę.
Doholowała mnie we wskazany punkt, a ja, pociągnąwszy za linę, puściłem ją, dając „Veście” do zrozumienia, że teraz mogę liczyć tylko na siebie. Musiałem pokonać coś w rodzaju litery „S” tego jeziora, by potem wejść w dość szeroki odcinek.
Było głębokie, dlatego odpadły mi problemy z potencjalnymi łachami, zatopionymi samochodami, śmieciami i innymi przeszkodami. Spławik sprawnie utrzymywał nadajnik GPS na powierzchni, a ja w miarę poprawnie płynąc, nie miałem problemów z oddychaniem przez konfigurację fajki z dodatkową rurą.
Prawdę powiedziawszy, szedłem tuż pod powierzchnią, w spokojnym, miarowym tempie. Zerkałem na zegarek i kusiło mnie, by się na chwilę wynurzyć, aby zorientować się, gdzie jestem.
Rozświetlona zapora znacznie ułatwiała orientację, a lampy przy drodze M-2, po przeciwnym brzegu jeziora, gdzie mieszkaliśmy, dawały ogląd topograficzny.
Szczególnym znakiem rozpoznawczym był dobrze oświetlony most przy szerokiej drodze. Gdybym znalazł się na jego wysokości, musiałem skręcić w prawo i kierować się w ujście rzeki, w stronę zwężającej się zatoki. Tam znajdował się cel, a z każdą chwilą musiałem się spodziewać, że w miarę zbliżania się do zatoki woda stanie się coraz płytsza.
Nie odczuwałem zbytniego zmęczenia, nie musiałem zmagać się z jakimiś prądami, nie napotkałem wirów. Ruch, wdech, wydech — powtarzalne działania, niemal identyczne w narzuconym sobie spokojnym tempie.
„Już” — pomyślałem i powoli wynurzyłem głowę na powierzchnię.
Dostrzegłem rozświetlony most, ale do wyznaczonego punktu brakowało mi jeszcze kilkuset metrów.
„Za wolno płyniesz, stary dziadu” — skomentowałem, ale nie miałem zamiaru przyspieszać.
Nie chciałem płynąć zbyt blisko brzegu, gdzie istniało ryzyko zaplątania się w jakieś przeszkody, co tylko skomplikowałoby misję. Lepiej nadłożyć te kilkaset metrów, trzymając bezpieczną odległość.
Na chwilę ułożyłem się na plecach, wpatrując w gwiaździste niebo. Musiałem chwilowo odsapnąć, a ta pozycja była najlepsza, by to uczynić.
„Nie ma czasu, dawaj” — pomyślałem i zanurzyłem się, gdy doszedłem do wniosku, że wystarczy.
Miałem jeszcze siłę; podobne dystanse pokonywałem na ćwiczeniach, bo nie pamiętałem, kiedy ostatni raz działałem w tym spektrum. Musiałem dać radę, musiałem to zrobić dla mojej zmarłej żony i tych, którzy wtedy zginęli.

Gdy tylko wpłynąłem w zatokę, nałożyłem na maskę noktowizyjne gogle. Bateria nie zapewniała długiego czasu pracy, więc wolałem używać tego wsparcia z umiarem.
Za drugim odchodzącym na prawo jęzorem zatoki, na metr przed sobą dostrzegłem rozciągnięte na całej długości sieci rybackie o dość szerokich oczkach, jak się później okazało.
Nie były to sieci postawione przez rybaków; to była plątanina, w żaden sposób nieprzystająca do standardowych metod ich stawiania. Ktoś celowo je tak umieścił, a ja błogosławiłem fakt, że miałem noktowizor.
Zwolniłem fajkę i zanurkowałem głębiej. Uczono nas, że takie zapory to pierwsza przeszkoda na drodze do portu. Z metalowymi lub plastykowymi  siatkami, dasz sobie radę, w sieci się zaplątasz, omotasz ciało i zginiesz, nawet mając butle tlenową, gdyż w tej życiodajny pierwiastek, też się kiedyś skończy, a ty spanikowany, z bagażem mieszanki na plecach, będziesz mieszankę zużywał szybciej.
Zlustrowałem całość od jednego brzegu do drugiego, szukając jakichkolwiek czujników i kabli, a tych ostatnich w szczególności. Pod wodą nie ma Wi-Fi, tylko po kablu, a potem z nadajnika masz sygnał o naruszeniu systemu ochrony. Kabel miedziany czy aluminiowy to podstawa, bo samo przecięcie sieci nic nie da; ta nie przewodzi sygnału elektrycznego, chyba że czujniki ruchu, ale te i tak potrzebują nadajnika na zewnątrz, a do niego sygnał przekazuje…
Góra, dół, góra, dół. Miałem przez chwilę robotę, tworząc otwór o szerokości pozwalającej swobodnie przejść nurkowi z wyposażeniem. Musiałem się spieszyć, bo czas uciekał. Nieraz wychodziłem na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza, zawsze jednak powoli, bez pośpiechu.
Ruszyłem dalej, kilkaset metrów i natknąłem się na siatkę, metalową. Sięgnąłem po bagnet z kbk AKM; w połączeniu z pochwą owego oręża tworzył duet idealny do niszczenia tego rodzaju zapór. Znów góra, dół, a to zajęło dłużej, bo metalowa siatka to nie to samo, co sieć rybacka.
Czułem zmęczenie i chłód, ale miałem w głowie zadanie. Byłem już tak blisko, bardzo blisko. Dotarłem do pomostu, przy którym tkwiły dwie motorówki.
Woda miała tu dwa metry głębokości, może dwa i pół. Powoli wynurzyłem głowę. Byłem na miejscu. Zdjąłem płetwy i ruszyłem dalej.

Skonany, na resztkach sił dotarłem w miejsce, gdzie miała odebrać mnie „Vesta”.
— Trzymam się łódki, holuj, nie dam już rady — rzuciłem, chwytając się burty.
Odpaliła silnik i ruszyliśmy w powrotną drogę. W głowie miałem tylko myśl, by trzymać się tego kawałka. Dotarliśmy do naszego pomostu. Chwyciła mnie pod ramiona i wyciągnęła z wody.
— Jest dobrze, mamy…
— Chodź, chodź — szeptała, ciągnąc mnie po ziemi.
Rozebrała mnie i ułożyła w łóżku, zostawiając samego.
— Jutro ci nie daruję — rzuciła, kładąc mnie nad ranem do snu.
Momentalnie usnąłem, nie czując, gdy pocałowała mnie w czoło.

Obudziło mnie delikatne głaskanie po twarzy. Zmęczony powoli otworzyłem oczy, czując cholerny ból wszystkich mięśni.
— Kochanie, obudź się, twój telefon dzwoni już trzeci raz — usłyszałem, przecierając zaspane ślepia.
Podała mi go, a ja ledwo przytomny odebrałem rozmowę. Momentalnie doszedłem do świadomości słysząc głos naszego agenta po tej stronie.
— W skrzynce na listy masz przesyłkę i odbieraj telefon do jasnej cholery!
Rozłączył się, a „Vesta” stała patrząc na mnie badawczym wzrokiem.
— Podejdź do skrzynki na listy i odbierz przesyłkę — poprosiłem ją, ledwo wstając z łóżka.
Wiek robił swoje, nie byłem już młokosem, pomimo faktu, że dbałem o kondycję. Przepłynąłem ponad dwanaście kilometrów, kwas mlekowy robił swoje.
Gdy wróciłem z toalety stała z dużą bąbelkowa kopertą w dłoni. Poprosiłem ją, by otworzyła.
— O, kurwa — zaklęła podając mi pierwszą z fotografii. — Mają jej zdjęcia, ona tam jest — dodała i oboje zdaliśmy sobie sprawę że sielanka się skończyła.
W przeciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin należało się spodziewać akcji.
Poprosiłem ją by się ubrała, bo paradowała w samej bieliźnie.
— Ty widziałaś budynek i okolice w dzień, ja byłem tam w nocy, musisz mi pomóc — stwierdziłem, gdy razem usiedliśmy na tarasie, a Walentyna narzuciła na siebie seledynowy T-shirt i postrzępione dżinsowe krótkie spodenki.
Rozpoczęliśmy burzę mózgów…

Jammer106

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i przygodowe, użył 17679 słów i 102921 znaków. Tagi: #akcja #wojsko #walka

7 komentarzy

 
  • Użytkownik Ask

    Jammer, to jest naprawdę dobre. Po kolei.  
    Akcja w Kirgizji. Bardzo dobry opis. Okrutny. To w spec służbach normalne, że ciężko rannych się dobija. Ale raczej nie w USA, tam zawsze ratują swoich, choćby stu stracić, ale jednego uratować. W Rosji - tam jeden ratuje kilku innych, walczy i - z założenia - ginie. Bliżej mi do Amerykanów.
    Tamara - i jej miłość, pierwsza w życiu. Piękny opis, to coś czystego. Wiktor jest naprawdę kochającym ojcem. Zawojował chłopaka córki - to jest mistrzowskie zagranie. Ale to, że Tamara chciałaby, żeby Wołodia był podobny do jej ojca - w moim świecie nieprawdopodobne. Ale w Rosji? może.
    Zwiad w Kosowie. Problem Kosowski jest mi bliski. Nieszczęśliwy kraj. Mieszkańcy walczyli o wolność od wielu lat. To w większości Albańczycy, muzułmanie. A Serbia - to taka Rosja Bałkanów, chce narzucać wszystkim narodom swoją władzę. Mieszkańcy Kosowa lubili  Polaków, bo ci ich rozumieli, bo Polacy też wiele lat walczyli o wolność. Tu starła się narodowość, język i religia. A wydaje mi się, że prawosławie jest raczej mało tolerancyjną religią, islam zresztą też. Często terroryzm jest jedyną bronią słabszych. Nie usprawiedliwiam, oczywiście, terroryzm jest ślepy, trafia w niewinnych, wręcz w najbardziej niewinnych i przypadkowych. Jest to najgorsza forma walki. Nie usprawiedliwiam, potępiam, ale rozumiem.  
    Czekam niecierpliwie na kolejne części. I na Klaudię, którą - jak widzę - nie tylko ja pokochałem.

    PS. ciężko ranny - серьезно ранены (sieriezno ranieny).

    Pozdrawiam  

    Ask

    19 godz. temu

  • Użytkownik Jammer106

    @Ask  
    Serdecznie dziekuję za komentarz, jak zawsze rozbudowany i merytoryczny. Cieszy mnie że udaje mi się utrzymywać poziom opowiastek tej serii na stałym poziomie.
    Czy Tamara do końca wie, jakim zimnym likwidatorem jest jej ojciec, może sie domyslać, bo ów oddziela sferę służbową od rodzinnej, choć coraz ciężej mu to przychodzi, ze względu na to kto zabił Katie. Tamarze może odpowiadać silny charakter ojca i jego dobroć w stosunku do rodziny, troskliwość. Może dlatego podoba jej się że jej sympatia chce być taki jak jej ojciec.
    Kosowo - temat rzeka, podobnie jak cały Bałkański kocioł po rozpadzie Jugosławii. Tam Serbia starała się być najważniejszym graczem w tym rejonie, a Milosewicz pragnął by była "Wielikom Serbią" Stosunki Rosja/Serbia zawsze były dobre, zdobycie lotniska w Prisztinie przez mirotwierców z FR, było bardzo dobrze przyjete przez społeczność serbską w Kosowie, gdyż zaczęli tam za bardzo wtrącać się Albańczycy z UCK na czele. Mordy były z dwóch stron. Zauważ że niepodległości Kosowa nie uznaje 5 państw Unii Europejskiej (Hiszpania, Grecja, Cypr, Rumunia i Słowacja. Ponadto suwerenności nie uznają m.in. Rosja, Chiny, Indie, Bośnia i Hercegowina oraz wiele państw Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Chodzi o ruchy seperatystyczne ( Katalonia w Hiszpanii). Utworzenie Abchazji i Osetii było właśnie pokłosiem niepodległego Kosowa, serca Serbii jak to mówią rodowici Serbowie.
    Dwa - Kosowo w tych latach było eldoradem w kwestii handlu kobietami, organami, pralnia brudnych pieniędzy, nielegalnym handlem bronią i narkotykami. Idealne miejsce by ukryć córeczke łącznika, a czym ona się tam zajmuje, o tym w kolejnym odcinku.
    Jak widzisz, na razie wątek Klaudii przepadł chwilowo, skupiłem się na zemście Wiktora i jego rozterkach w kwestii on - Vesta, bo tę kobietę ma przy sobie i broni się za wszelką cenę przed głębszym uczuciem.
    Pozdrawiam

    7 godz. temu

  • Użytkownik Ask

    @Jammer106 W sprawę Kosowa była trochę zaangażowana moja żona, jeszcze za Jugosławii,  przed naszym ślubem, jej pierwszy narzeczony był z Prisztiny i coś tam działał w kwestii wolnego Kosowa. Temat rzeka, oczywiście, tam każdy miał swoje interesy, narodowość i wiara - można to porównać tylko z Palestyną i Izraelem. Ja jestem zwolennikiem samostanowienia narodów, Katalonia, Kurdystan, Palestyna - mają prawo do swojego państwa. I nikt nie ma prawa do ataków terrorystycznych. Ale one i tak będą, niezależnie, czy powstaną te państwa, czy nie. Zawsze ktoś będzie wiedział lepiej, jak powinno być.  
    Pozdrawiam

    7 godz. temu

  • Użytkownik Maciek12

    Rewelacja...I co teraz znowu długa przerwa

    21 godz. temu

  • Użytkownik Jammer106

    @Maciek12  
    Mam nadzieję , że nie tak długa jak teraz. Na tapecie jest II cześć Corpodicka ( napisana w blisko 75%) i pewnie jak ją skończę to pójdzie XII część 2s2s.
    Pozdrawiam i dziekuje za komentarz.

    8 godz. temu

  • Użytkownik Hart

    Chyba cię dzisiaj ściągnąłem myślami , bo myślałem o tym że coś powinieneś ruszyć z tematem. Co mogę powiedzieć o tej odsłonie jest mocna i wciągająca. Już kiedyś co napisałem , że jeżeli dojdzie do rozwodu to podam ciebie jako przyczynę😉😊. A tak na poważnie to faktycznie zrobiło się i ciekawie i poważnie. Mam nadzieję że Wiktor(Radek) w końcu zadba o siebie w następnej odsłonie. Bo teraz chyba bardziej kluczy w poszukiwaniu swojej prawdziwej tożsamości. Wiem że tu wiesz jak to się rozwinie i mam nadzieję, że nie zawiedziesz tej grupy twoich wiernych czytelników i nie dołożysz do już i tak rozgrzanego pieca coś łatwopalnego. Poczekam na ciąg dalszy z nadzieją, że będzie to nieco krótszy okres oczekiwania. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego że nie samym pisaniem człowiek żyje. Dzięki za lekturę i podziwiam serdecznie 👍🏻

    22 godz. temu

  • Użytkownik Pumciak

    Super opowiadanie czekam na kolejne pozdrawiam

    Wczoraj 17:46

  • Użytkownik Jammer106

    @Pumciak  
    Pewnie niedługo coś dorzucę.
    Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

    8 godz. temu

  • Użytkownik Czytelnik3

    Jak zwykle. Warto było czekać.

    Wczoraj 16:14

  • Użytkownik Jammer106

    @Czytelnik3  
    Dziekuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.

    8 godz. temu

  • Użytkownik andkor

    Kolejny raz muszę cię pochwalić. Chociaż krew mnie zalewa że główny bohater w takim durnym kraju żyje.  
    Pozdrawiam Andrzej

    Wczoraj 16:11

  • Użytkownik Jammer106

    @andkor  
    No cóż, Ojczyzny się nie wybiera ( choć można zmienić obywatelstwo), gdyby bohater żył w Mongolii, jakie mógłby mieć tam przygody, no bo na pewno nie związane z terroryzmem.
    Pozdrawiam i dziekuję za komentarz.

    8 godz. temu

  • Użytkownik Wombat

    A Klaudia? Gdzie ich miłość?

    Wczoraj 13:13

  • Użytkownik Jammer106

    @Wombat  
    Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas.
    Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

    8 godz. temu