
Daj zatopić się
W twoich oczu mgle
Czy zbyt głośny śmiech
Bogów nie oburzy
Prośbę jedną mam
Całuj mnie i….
(Musical Piloci)
Gdy odzyskałem świadomość, poczułem, że jakąś ciepła drobna dłoń majstruje przy penisie, który łasy na te bodźce powoli osiągał erekcję. Nim zdołałem otworzyć oczy, zdałem sobie sprawę, że jestem kompletnie nagi, nakryty czymś od pasa w górę.
— „Vesta”, kurwa, co ty robisz? — zapytałem, widząc, że to ona zsunęła mi napletek i jakimś wacikiem operowała na odsłoniętej żołędzi.
— Leż, nie ruszaj się, dbam o higienę twojego prącia, jakbyś nie wiedział, masz tu tego serka tyle… — odpowiedziała, jakby zbieranie mastki u chłopaków z „Wympieła” było dla niej normalną czynnością. — No, no, świntuch z pana kapitanie, co to ma znaczyć? — dodała, wprowadzając mnie w niezłe zakłopotanie, bo fujara stała na baczność.
Mówiąc to, lubieżnie patrzyła mi w oczy i nie przerywała czynności. Zmieszany, zaskoczony i zawstydzony, nie wiedziałem, co przez chwilę odpowiedzieć.
Pomimo faktu, że czułem ból w prawej pachwinie, nie mogłem powstrzymać niekontrolowanego podniecenia. Przecież od śmierci Katii nie współżyłem z żadną kobietą, nie doświadczałem czułych dotyków, pettingu.
„A teraz ci faja stanęła jak małolatowi, a ta głupia się cieszy i ma ubaw”.
— Dobra, skończyłam, teraz muszę ci zszyć mosznę i ranę w pachwinie. Nie za bardzo mogę dać ci znieczulenie. Wytrzymasz trochę, będzie boleć? — zapytała i puściła wzwiedzionego fallusa.
Mrugnąłem oczami na znak, że przystaję. Gorsze rany miałem i dawałem radę.
— Przepraszam, głupio mi… — bąknąłem.
— To mi schlebia, że kogoś jeszcze podniecam — zamiast jakoś odpowiedzieć inaczej, wywaliła takie zdanie, jeszcze bardziej wprowadzając mnie w zakłopotanie.
— Jak chłopaki, która godzina, ile byłem nieprzytomny? — zarzuciłem ją po chwili pytaniami.
— Spokojnie, wszystko dobrze, działają — zaczęła odpowiadać i poczułem ból w okolicach moszny. Jej dłonie dotykały ją, a palce przesuwały jedno z jąder.
Kolejne stymulujące bodźce. Wolałbym stracić przytomność i zapaść w sen, bo wtedy pewnie erekcja by ustąpiła.
— Jądra masz całe, nic nie jest tam naruszone, nadal sprawny, a i penis stoi, jak należy — ale się na mnie odgrywała i po przeciągnięciu nici chirurgicznej spojrzała na sztywnego członka.
— „Vesta”, przestań — syknąłem.
— No co przestań, szczytowania nie było, sprzęt nieco chwilowo uszkodzony, to choć się napatrzę, tyle mojego — dolewała oliwy do ognia, wiedząc, że w tej sytuacji jestem bezradny i zdany na nią.
Miałem ochotę wrzasnąć na kobietę i postawić ją do pionu, ale zdałem sobie sprawę, że gdy „Priom” usłyszy mój głos, to zaraz tu się pojawi… a wtedy to bym się chyba ze wstydu spalił.
Jeszcze dwa, może trzy ukłucia. Zawsze, gdy przeciągała nić, to niby niechcący trącała wzwiedzionego kutasa, a ten nie miał zamiaru opaść.
— Dobra, tu skończyłam, może nie jest to robota artystyczna…
— Szyj, nie gadaj, jak skończysz, muszę…
— Nic nie musisz, masz podejrzenie sepsy. Gorączkujesz, rana była zabrudzona, na dobrą sprawę kwalifikujesz się do ewakuacji. Dostałeś antybiotyk, zaraz dam ci drugi i kroplówkę — przerwała i popatrzyła na mnie poważnym wzrokiem.
Odłożyła zestaw do szycia i przygotowała strzykawkę z igłą. Z fiolki nabrała gentamycynę. Nałożyła opaskę na moją rękę i po chwili poczułem ukłucie.
— „Vesta”, jak „Poliak”? — usłyszałem z oddali głos „Prioma”.
Jak oparzony podniosłem się i narzuciłem śpiwór, tak, by zakrył genitalia. Medyczka uśmiechnęła się, ją to naprawdę bawiło.
— Powrócił do nas — krzyknęła i po chwili zobaczyłem rozpromienioną twarz łącznościowca.
Wywalił z siebie multum pytań, a ja starałem się na nie odpowiedzieć, choć czułem zmęczenie i tę cholerną ciepłotę ciała. Ona miała rację, gorączkowałem, a tak naprawdę na zewnątrz nie było ciepło. Normalne majowe temperatury, i to taki niższe, bo byliśmy w górach.
— Mam z nimi przewidziany seans łączności na takie sytuacje — rzucił i spojrzał na zegarek. — Za półtorej godziny…
— Jakie sytuacje, nic mi nie jest. Nie łącz się! Zabraniam! Lekko oberwałem, wydolę. Nie położymy akcji przez moją ranę — ostro zaprotestowałem.
— Dacie mi skończyć? „Priom”, rób swoje, bo ja mam jego pachwinę do zszycia, cud, że pocisk nie rozorał tętnicy, niewiele brakowało — wcięła się, przerywając naszą rozmowę.
Gdy zniknął, odsłoniła moją dolną część.
— Odsuń delikatnie prawą nogę, nie za daleko, tu zejdzie mi dłużej — poprosiła, a ja zrobiłem, to co poleciła.
Nie mogłem opanować erekcji. Szyjąc, dłonią ocierała się o mosznę, a przede wszystkim zerkała tam od czasu do czasu, jakby, chcąc się upewnić, że kutas mi stoi.
Gdy skończyła, poprosiłem, by przyniosła mi odzież z namiotu. Nie miałem zamiaru być nadal na golasa. Przecież już powinny wracać obie grupy. Przytaszczyła po chwili mój plecak.
— Wystarczyło tylko grzebnąć i zabrać bieliznę alarmową i termoaktywne rzeczy.
Zmierzyła mnie dziwnym wzrokiem, jakbym palnął jakieś głupstwo. Musiałem zrobić głupią minę, bo po chwili wyjaśniła mi:
— Co osiem godzin, mam ci dać metronidazol, jesteś rozpalony, osłabiony. Zszyłam rany, ale one delikatnie jeszcze krwawią, więc muszę wymieniać opatrunki. Wiktorze, śpisz tutaj, jesteś ranny, czy to ci się podoba, czy nie.
— „Vesta”, to tylko…
— Tak, zaraz zaczniesz łazić, znów rozwalisz łeb o kamień, szwy puszczą, łapska wsadzisz tam i ponownie zakazisz ranę i cała moja robota w pizdu. Antybiotyk cię osłabi, a dostałeś dwa. Czy ty nie rozumiesz, że kwalifikujesz się do ewakuacji — wsiadła na mnie.
Miała rację. Czułem się podle. Łeb naparzała po tym, jak wyrżnąłem nią, idąc tutaj, ciało się pociło, co było wyraźnym objawem, że gorączkuję. Tak, byłem osłabiony, ale wiedziałem, jak ważne jest zadanie. Przylot śmigłowca tutaj, nawet ewakuacja na prowizorycznych noszach, po tym, jak zlikwidowaliśmy dwóch tadżyckich pograniczników, kładła całą akcję. Wszystko, co do tej pory nam się udało, szło do kosza. Obie grupy terrorystów, z pewnością by zawróciły.
— Dobrze, zostanę tutaj, ale żadnej ewakuacji, nawet gdybym stracił przytomność. Nie wyrażam zgody, za dużo ludzi zginęło, by teraz przez taką pierdołę odpuścić — postawiłem warunek.
Pamiętałem naszą dwójkę zabitych w Dagestanie. Tak jak przewidywałem, terrorystyczne pomioty nie omieszkały na swoim kanale wysłać filmiki. Dla nich nie było żadnej świętości. Zamaskowany skurwysyn paradował z odciętą głową „Tora”, drugie ciało naszego towarzysza pozostawili w spokoju. Podobno wystraszyli się, gdy ruszając swoich poległych, natknęli się na pułapkę.
„Niewierne psy Putina, nie uznają żadnej świętości, minują ciała naszych poległych wojowników” — gdzieś tam przeleciało w ich mediach. A jeżeli to podali, to moje pozostawione F-1 zebrały krwawe żniwo.
Nie poznawałem siebie już od dawna. Zadawanie śmierci zaczęło mi sprawiać przyjemność i radość. Nawet w taki sposób, niegodny, niehumanitarny. Bestia żyła i pasła się kolejnymi ofiarami.
„Dobrze tak skurwysynom” — zawsze sobie wtedy tak mówiłem, mając przed oczami Katie i Tamarę.
I to przynosiło ukojenie i rozgrzeszenie, a że trafię do piekła — przecież swoiste miałem tutaj, na ziemi.
Nie pozwoliła mi łazić, ba przekonywała, że mam paradować bez dolnej odzieży, z fujarą i dupą na wierzchu, by nie zapocić rany. Po długich namowach zgodziła się, bym zarzucił termoaktywne spodnie, a może legginsy, pod warunkiem, że po odprawie je zdejmę.
— Rana musi oddychać, nie przywierać, opatrunek nie może być przyklejony ściśle do rany — tłumaczyła, a ja słuchałem.
— Dobrze, na godzinę, potem jak mówisz, obiecuję — przystałem.
— No dobrze, bo nie napatrzyłam się jeszcze, a jest, na co… — dopiekła mi z uśmiechem na ustach i dobrze cholera wiedziała, że mnie to wprowadza w zakłopotanie, bo już wcześniej stwierdziła, że czerwienię się jak panna, gdy pierwszy raz kutasa w pełnej krasie widzi.
— Nie daruję ci tego, jeszcze mnie…
— Mam nadzieję, że przeżyje wtedy coś, czego nigdy — no dalej sobie ze mnie dworowała.
Jej zachowanie było wyzywające kuszące, bezpośrednie. Pewnie inny, nie zastanawiałby się i po takich słowach, zdarłby z niej ubranie i zrobił, to o czym ona mówiła. Była inna, niż kobiety, które znałem wcześniej. Czy to była jej poza, gra? Nie wiedziałem, ale w głębokich pokładach swojej ciekawości, pragnąłem poznać. Prowadziła ze mną gierkę, bez zawoalowań, niedomówień. Waliła prosto z mostu.
Agnieszka — którą słabo pamiętałem, głównie z opowiadań Klaudii, a ta też jej osobiście nie znała, potem Katia chodzące dobro ideał, Klaudia, ukochana istota i teraz Wala. Ich charaktery, zachowania to było jak wzrastająca fala. Dwie straciłem, dwie żyły, tylko czy ja chciałem z Walentiną?
Z jednej strony tak, bo nie musisz się starać, nie walczysz, nie obawiasz się porażki w podchodach. Pozostaje jednak pytanie — czy w tym wieku i z takim doświadczeniem podołasz temu huraganowi erotyzmu. Z drugiej zaś, my faceci lubimy, gdy nie wszystko idzie tak łatwo, gdy trzeba powalczyć, pokazać się, przyjąć margines odrzucenia. Gdy wtedy się uda, to jesteśmy wytrawnymi łowcami. Coś, co przychodzi łatwo, nie cieszy tak samo, jak zdobycz, gdzie musieliśmy dać z siebie dużo.
Odprawa odbyła się przy namiocie medyczki. „Priom” dołożył mój sprzęt, więc teraz miałem wszystko na miejscu.
— Czujniki rozłożone, miałeś rację, tam na otwartej przestrzeni byłoby je widać, a przy ścianie lasu dobrze je zamaskowaliśmy. Z naszej pozycji mamy dobrą widoczność, a zasięg nadajników wynosi trzy na pięć kresek. Pozycje główne i zapasowe ustalone — zameldował „Amur”.
— Uaz pograniczników wysadzony, wygląda, jakby wjechali na ładunek improwizowany, ich broń amunicja została na miejscu. Jechali, wjebali się i finito. Mamy piątek, do poniedziałku sekcji nie zrobią, więc kul nie znajdą. Pierdolnęło mocno, ci ze strażnicy musieli usłyszeć, ale miejscowi też doniosą. Czujniki założone, twój człowiek zameldował, że jest zasięg — złożył meldunek tadżycki porucznik.
Czekaliśmy na „Prioma”, który udał się na pobliski szczyt, by nawiązać łączność. Nim dotarł, padły pytania o to, jak się czuję, co dalej ze mną i tym podobne.
— Zero ewakuacji, zero. Nie po to nasi ludzie zginęli w Dagestanie, by teraz spierdolić akcję. Jak trzeba, to skonam tutaj, ale nie pozwalam. „Amur”, PONIAŁ! — jasno określiłem, co mają robić.
— Kamandir — wyrzuciła z siebie medyczka.
Omiotłem ją takim spojrzeniem, że zamilkła.
— „Vesta”, melduj stan „Poliaka” — jednak „Amur” miał jeszcze jakieś obiekcje.
— Podaję antybiotyki, musi pozostać tutaj, sugeruję ewakuację. Sam daleko nie dojdzie, antybiotyki osłabią go. Mam podejrzenie sepsy, może się mylę, ale zadziałałam w tym kierunku. Dlaczego puściliście go samego, on ledwo dotarł…
— To był mój rozkaz — przerwałem jej.
Dostrzegliśmy wracającego łącznościowca, który po kilku minutach znalazł się przy nas.
— Kontynuować misję. Brak możliwości ewakuacji rannego. Obie grupy przyśpieszyły, cel prawdopodobnie osiągną pojutrze. Pełna gotowość na pozycjach wyjściowych od północy. Incydent wygaszony, atak terrorystów na pograniczników. Siły tadżyckie skierowane w rejon… (tu były podane koordynaty wioski po drugiej stronie wąwozu, w całkiem innym kierunku niż nasz) — przedstawił sytuację „Priom”.
Odetchnąłem z ulgą, choć czułem się słabo. Znów uderzyły we mnie poty. Delikatnie kręciło się w głowie. Pragnąłem się położyć, odpocząć, choć przecież niczym się nie zmęczyłem.
— Jak rozłożenie tutaj? — zapytałem „Prioma”.
— Wsio w pariadkie, granatniki ukryte, amunicja też, swoje namioty zwijamy, wasz ukryty perfekcyjnie. Macie żywność na trzy doby, „Vesta” wie gdzie. Nasze stanowiska wyjściowe przygotowane w tym rejonie jak nic nie…
— Nie kracz — przerwałem mu. — „Amur”, dowodzisz całością, ja zostaję tutaj. Dowódca pierwszej grupy — Rustam, zastępca „Zozo”. Drugą grupą dowodzi „Amur”, zastępca „Patron” — rozkazałem.
Dostrzegłem, że „Zozo” się skrzywił. Dobrze zdawałem sobie sprawę dlaczego.
— Do zadań, bo słońce się nam powoli kładzie, a od północy macie być na pozycjach, chcecie tam iść po ciemku? — pogoniłem ludzi. — „Zozo” zostań.
Poprosiłem, by „Vesta” odeszła, wydając polecenie, by sprawdziła wyposażenie sanitarne wszystkich. Zostaliśmy sami.
— Boli cię, że Tadżyka wyznaczyłem? No przyznaj się, bo widzę, że cię chuj pali — czasami trzeba walnąć prosto z mostu, a my żołnierze to chyba najlepiej rozumiemy.
— Tak — wydukał po chwili.
— On ma obcykaną topografię tego terenu, wie, gdzie i jak spierdalać. Jeżeli przyjmiesz na siebie odpowiedzialność za ludzi i czujesz, że dasz radę lepiej niż on, to mów.
Nic nie odpowiedział. Opuścił wzrok i nie patrzył na mnie. Był ze specnazu, z elitarnej 45., gdzie i ja służyłem. Młody, pełen energii i werwy, gotowy do poświęceń. Tylko ja poświęceń nie chciałem. Za dużo już ludzi straciłem, za bardzo napatrzyłem się na zwłoki, pogrzeby swoich towarzyszy.
— Cofnę rozkaz, ale jeżeli stracisz choćby jednego…
— Tak toczna kapitan, masz rację — usłyszałem, gdy mi przerwał.
— Jak masz na imię? — zapytałem, widząc, że ma zamiar odejść.
— Jurij.
— A ja Wiktor, dawaj grabę.
Mocny męski uścisk. Klepnąłem go w ramię. Odszedł.
Ułożyłem się na karimacie. Po kilku minutach wróciła „Vesta”. Cmoknęła tylko.
— Co?
— Niedobrze, wyglądasz źle, powinnam ci od razu dać kroplówkę. Pokaż czoło — rzuciła, nie dotykając go dłonią, a ustami. — Przecież ty gorączkujesz jak cholera i jesteś cały spocony.
Rzeczywiście, policzki paliły, a nałożona odzież stawała się wilgotna. Szybko termometrem bezdotykowym określiła temperaturę.
— Trzydzieści dziewięć, ściągaj te przepocone ubrania, no już — poleciła i, rozpiąwszy swój śpiwór, położyła go na karimatach.
— Co robisz?
— Izoluję nas dodatkowo od podłoża, śpisz razem ze mną, pod jednym śpiworem, bo się w nocy rozkopiesz, rozepniesz i jeszcze mi grypy brakuje. Cholera, oby nie sepsa — usłyszałem i poczułem, jak ściąga ze mnie przepocone ubranie.
Byłem tak słaby, że nie mogłem zareagować. Znów byłem nagi, ale szczęśliwie teraz kutas mi nie stał. Okryła mnie i spojrzała na zegarek.
— Cholera, powinno działać — mruknęła.
Wszystko mi się rozjeżdżało. Byłem jakiś taki nijaki. Patrzyłem, co się dzieje, ale nie byłem w stanie nic zrobić. Zdawałem sobie sprawę, że powoli tracę świadomość. Pamiętałem, jak zapaliła w namiocie jakąś lampkę, na szczycie stelaża ułożyła kroplówkę i manipulując przy tych rurkach, ustawiła przepływ, wcześniej strzykawką wbijając w plastikowe opakowanie jakiś specyfik.
Odpłynąłem.
— Nie odjedź mi tu, kapitanie, nie odjedź — szeptała sama do siebie, ustawiając przepływ w kroplówce.
Zaryzykowała. Podała kolejną dawkę antybiotyku do roztworu Ringera. Dała wolne dawkowanie. Przy stelażu umieściła glow-sticka. To było najlepsze wyjście. Nie raził zbyt mocno, a dawał delikatne światło.
— Co z nim? — usłyszała i dojrzała twarz tadżyckiego porucznika.
— Niedobrze, mam podejrzenie sepsy, ma gorączkę, ale nie mów ludziom. Dobrze — sama nie wiedziała, dlaczego tak się zachowała. Przecież to był obcy facet. Taki nikt.
— Jak nic nie da rady, daj mu to. Ja wiem, to zabobony, głupota, ale mnie babcia uratowała, gdy miałem prawie czterdzieści stopni, a byłem dzieckiem. Rozpuść w wodzie, tak w szklance. Obiecaj mi, on nie może zginąć.
Popatrzyła na porucznika i dostrzegła w jego wyrazie twarzy oraz wzroku, że to, co mówi, jest szczere. Moskwa położyła na Wiktora lachę, bo zadanie najważniejsze. On również, nie zważając na to, że osieroci trzy córki. W tym momencie chyba tylko ona i ten porucznik…
— Dzięki, tak zrobię — zapewniła Rustama.
— Opiekuj się nim, wyjdziemy z tego — powiedział to tak pewnie, że uwierzyła.
Nim odszedł, pogłaskał nieprzytomnego kapitana po twarzy. Jego, a potem ją.
Dom rodzinny Klaudii, w tym samym czasie.
Obudziła się, mając koszmary. Śniło jej się, że Radek jest ranny, że kona gdzieś tam w świecie. Zlana potem podniosła się z łóżka. Maleńki Wiktor spał w najlepsze. Zapaliła lampkę w rogu pokoju i sięgnęła po telefon.
„Boże, nie, proszę” — błagała Najwyższego w myślach, choć do praktykującej chrześcijanki było jej daleko.
Znalazła numer. Abonent jest niedostępny lub poza zasięgiem. Ponowiła połączenie. Nic z tego. Miała numer do Tamary, ta dziewczyna dała go jej na lotnisku, gdy wylatywała do Kaliningradu.
— Debilko, dzwonisz przecież z Polski, opanuj się — szepnęła sama do siebie, ale i tak po chwili wybrała numer do najstarszej córki Wiktora. Przez tę chwilę, szybko w głowie wygenerował się scenariusz.
— Tamara, słucham.
— Jest tata, tu dzwoni Klaudia, jestem teraz w Polsce, bo mam przesiadkę na Okęciu.
— Tatulek nie ma, był na prazdnik maja, ale czwartego wyjechał — usłyszała.
— A odzywał się wczoraj albo dziś?
— Nie, czy coś się stało?
— Nie, tak dzwonię, bo miał się odezwać. To nie przeszkadzam. Pa, Tami — zakończyła, nawet nie czekając na odpowiedź nastolatki.
Była wściekła na siebie. Nie dość, że sama była niespokojna, to zasiała pewnie podobne ziarno w sercu tej dziewczyny, a nie to było jej celem.
„Ty stara, głupia babo. Pomyśl, a potem działaj” — skarciła się w myślach i wzięła do łóżka najmłodszego syna.
— Z tatą wszystko będzie dobrze, będzie dobrze — szeptała, głaskając dziecko.
Noc, tego samego dnia, okolice opuszczonej miejscowości Cziczukailau, pogranicze Kirgistanu i Tadżykistanu.
Gdy reszta opuściła bazę i udała się na wysunięte placówki, pozostawiając ich samych, gdy jeszcze było widno, poszła w dół po wodę. Mieli żywność, ale wody ze sobą nie ciągniesz, a bez tego życiodajnego płynu daleko nie zajedziesz. Za widoku, nabrała z potoku trzy manierki wody i kolejne 1,5 litra w plastikową butelkę.
— Kurwa mać — zaklęła, będąc wściekłą na siebie, że zostawiła go samego.
Rozkopał się i tkwił całkowicie odkryty, a jego ciało przeszywały dreszcze. Musiał się mocno przewalać, bo zwalił na ziemię kroplówkę i przygniótł ją. Momentalnie odrzuciła na bok wodę i zajęła się nim.
Drżał, widać było gęsią skórkę, a jednocześnie dostrzegła kropelki potu. Nakryła górne części i skierowała wzrok na dolne partie. Tak, pomimo opatrunków i zszycia, rana delikatnie krwawiła. Nie zastanawiając się, zerwała oba opatrunki. Przyłożyła nos do intymnych części Wiktora.
„Wszystko okej, nie śmierdzi, nie widać ropy, szwy nie puściły”.
Pomimo nakrycia ciała śpiworem, drżenie nie ustawało. W głowie miała najgorsze scenariusze. Przecież podała leki, kroplówkę, zrobiła wszystko, co w jej mocy.
„Głupia pizdo, ogrzej go”.
Nie zastanawiała się długo, pozbywając się ubrań. Zasunęła wejście do namiotu i kompletnie naga objęła go swoim ciałem. Nogami oplotła biodra mężczyzny, ramionami objęła tors, swoją głowę przytuliła do jego.
Oddawała mu swoje ciepło, trzymając go tak silnie, jak nigdy w życiu innego faceta, których tak naprawdę nie miała zbyt wielu.
— Nie odchodź mi, nie odchodź mi tu kurwa teraz, nie teraz — szeptała, nie mając zamiaru oddać go śmierci.
Jej kończyny objęły Wiktora tak mocno, jakby pragnęła kopulacji, tylko teraz penis kapitana leżał swobodnie. Czuła faceta, czuła jego ciało. Coś, czego pragnęła bardzo, od tego cholernego wypadku w 2008 roku.
Powróciły wspomnienia. Pieprzony lot, na samym początku gruzińskiej wojny. Jakaś grupa o nazwie „Barma 06”, ona w CSAR jako asysta. Przepierdolili się przez linię walk, potem podejście i zaczęło się piekło.
— Jebnęło im w tylny wirnik, spadają — usłyszała, siedząc obok technika, że inny helikopter został trafiony.
Pilot chyba był czarodziejem, ale fakt, nie było wysoko. „Ósemka” pierdolnęła bokiem o ziemię, ale nie stanęła w ogniu. Młócona łopatami ziemia. Była nadzieja, że są żywi i byli.
— Jebnęli, podchodź, gotowa — krzyknęła na pilota, podpinając się do wyciągarki.
— Czekaj, niech Hind zrobi porządek — usłyszała, a szturmowy Mi-24D wywalił niekierowane pociski rakietowe i krążąc, pluł ze swojego pokładowego kaema.
Pilot coś meldował do nadrzędnego stanowiska dowodzenia, a ona w interkomie słyszała tylko:
„Ewakuować zestrzeloną załogę”.
— Wala, podchodzimy od dziesiątej, „dwudziestka czwórka” nas osłania, zbieraj żywych — dotarło do niej.
Wiertalot przyziemił, nawet nie dotykając podwoziem ziemi. Wyskoczyła. Nikt nie strzelał, bo szturmowy „Hind” zrobił porządek. Dotarła do poszkodowanych.
Desant liczył siedmiu ludzi, wszystkich przebranych w polowe mundury gruzińskiej armii. Dwóch jeszcze żyło, jeden konał. Piloci śmigłowca i załoga zginęli na miejscu.
Chwyciła pierwszego i ciągnęła po ziemi za sobą. Wpakowała gościa na pokład wiertalota.
— Ilu? — zapytał technik.
— Jeden, góra dwóch — odparła.
— Idziemy, gościu — rzuciła, chwytając kolejnego z poszkodowanych i narzucając jego ramię na swoje.
Tkwiący w przyziemieniu Mi-8 dostał chyba z RPG albo innego granatnika. Wszystko jej zawirowało i pamiętała tylko, jak drugi śmigłowiec pierdolnął o ziemię i eksplodował. Ogromna kula ognia i dymu. Podmuch cisnął ją do tyłu, nie wiadomo, dlaczego obracając, a resztki paliwa i odłamki uderzyły w plecy Walentyny.
Ocknęła się po chwili, a nad jej głową krążył Mi-24 z osłony, prażąc ze wszystkiego, co tylko miał na pokładzie. Plecy cholernie piekły, ale była przytomna.
— Tu Fiedia 07, czy ktoś mnie słyszy? — wrzasnęła w radio.
— Tu Olin 34, gdzie jesteś?
— Odpalam racę, obserwuj.
— Widzę racę, likwidacja załogi Barmy, masz rozkaz likwidacji załogi Barmy. Potwierdź.
— Nie wiem… nie wiem.
— Brak zada czi, odchodzę — usłyszała.
Miała poranione plecy, ale się podniosła. Dotarła do wraku śmigłowca. Ten wzrok człowieka, który marzy, że przyszedłeś go uratować, a ty strzelasz mu między oczy.
— „Barma” zlikwidowana, podchodź — zameldowała wykonanie zadania.
Dostała szybki awans, bo na to zasługiwała, ale lewa łopatka to była jedna wielka rana. Oparzenie plus odłamki.
Wtedy przestała spotykać się z facetami. Traktowała siebie jako szpetną. Bo przecież te plecy i kawałek barku.
Jakże pragnęła tego, co teraz robiła. Mieć przy sobie męskie ciało, objąć je, a gdyby jeszcze ten facet ją przytulił, a potem…
„Nawet by ciebie nie dotknął, gdyby zobaczył to szkaradztwo” — szybko odgoniła marzenie.
Brakowało jej seksu, bo temperament miała spory. Pozostawały jej erotyczne zabawki i masturbacja, ale to nie było to, o czym śniła.
Głaskała plecy Wiktora, ustami całowała jego klatkę piersiową. Jak najlepiej umiała, oddawała mu swoje ciepło. Kuriozum — miał gorączkę, a trząsł się, jakby był przemarznięty.
Dreszcze ustąpiły po kilkunastu minutach. Już nie dociskała go nogami tak mocno, dłonie też nie przyciskały ciała jak wcześniej. Tkwiła blisko, bardzo blisko, tak że słyszała jego płytki oddech. Organizm mężczyzny walczył i miała nadzieję, że nie ma zamiaru się poddać. Najwyraźniej podany antybiotyk w kroplówce działał.
Uspokoiła się nieco. Palcami dotknęła moszny i nie mogła się oprzeć, by nie trącić penisa. Nie poczuła na palcach wilgoci, rana nie krwawiła. Objęła Wiktora i zasnęła płytkim snem.
Obudził ją nastawiony w zegarku budzik, Szybko poderwała się i założyła na siebie bieliznę i podkoszulek. Przez tę parę godzin, gdy spałą, nawiedziły ją kosmate sny. Tam na dole była wilgotna, podniecona faktem, że spała przy nagim facecie. Zimnu materiał biustonosza otarł się o brodawki, które natychmiast zareagowały, stając się twarde i sterczące.
„Co się ze mną dzieje?” — zadała sobie pytanie, mocując na figach wkładkę higieniczną.
Świtało. Przygotowała zastrzyk z antybiotykiem i po chwili dokonała dożylnej iniekcji. Termometrem zmierzyła temperaturę i z radością przyjęła fakt, że ta spadła do trzydziestu ośmiu. To dobrze rokowało. Nie namyślając się długo, wyciągnęła opatrunki, mając zamiar nimi zakryć rany. Gdy tylko odsłoniła śpiwór, dostrzegła penisa we wzwodzie.
„Męska poranna erekcja, dobrze z nim” — patrzyła, nie mogąc odwrócić wzroku.
Rozsunęła namiot i wyjrzawszy na zewnątrz, omiotła wzrokiem najbliższe otoczenie. Nie było żywej duszy. Znów spojrzała na fallusa.
„Boże, co ja robię, jestem zboczona” — przeszło jej przez głowę, gdy delikatnie zaczęła dotykać sterczącego kutasa.
Zsunęła napletek i delikatnie dotknęła odsłoniętej główki. Nie namyślając się długo, pochyliła się i językiem dotknęła końcówki członka. Jedna z jej dłoni, powędrowała pod figi, drugą zaś delikatnie dotykała moszny.
Ustami musnęła niżej, potem jeszcze niżej, masturbując się. Jej palce sprawnie operowały w wilgotnym wnętrzu cipki. Dobrze wiedziała, jak to robić, by dojść najszybciej.
Ten męski zapach, działał na nią niczym afrodyzjak. Gdyby nie fakt, że on miał tam ranę, to wpakowałaby…
Pochylona, z dupą zadarta do góry i palcami w napraszającym się pieszczot wnętrzu, składała kolejne muśnięcia warg na męskim przyrodzeniu. Gdy całowała mosznę, naszło spełnienie. Jęknęła cichutko, gdy ciało przeszedł przyjemny dreszcz, a potem jego harmoniczne. Mięśnie, wcześniej zwarte, teraz odpuszczały. Czy dostała to, co chciała? Tak, zaspokoiła się, ale pragnęła, by to on ją pieścił, by jego dłonie ugniatały piersi, pieściły wilgotne wnętrze. W myślach, robiąc to, miała obraz, jak nachyla się nad nią, wchodzi w pulsującą cipkę i razem przeżywają miłosne uniesienie.
Podniosła się, nadal patrząc na fallusa. Ten nadal, był we wzwodzie. Wydawało jej się, że dostrzegła preejekulat, a może to jej ślina z pocałunków? Ujęła w dłoń, członka i delikatnie poczęła wykonywać wiadome ruchy.
„Nie, przestań, tak nie można!” — skarciła się w myślach.
Cofnęła ją. Powoli, nakładając mundur, wyszła na zewnątrz rozbita wewnętrznie.
Ocknąłem się, gdy „Vesta” podawała mi kolejną dawkę metronidazolu. Byłem skonany, oczy kleiły się, ciało było rozpalone. Nie miałem nawet siły wstać. Patrząc na nią, zmusiłem się na uśmiech.
— Musisz coś zjeść i druga sprawa, nie chce ci się sikać? — usłyszałem. Czułem parcie na pęcherz. — Dostałeś dwie kroplówki, dziwne byłoby, gdyby…
— Tak, chce mi się, i to drugie też — przyznałem się.
Ucieszyła się po tych słowach, sam nie wiedziałem dlaczego.
— Chodź, pomogę ci, bo jesteś bardzo słaby.
Nawet nie miałem siły zaprotestować. Pomogła mi wstać i narzucając na mnie śpiwór, wyprowadziła poza namiot. Uszliśmy kilkadziesiąt kroków, w jakiś zagajnik. Tam dostrzegłem wykopaną dziurę.
— Rób tutaj. Przytrzymam cię.
Popatrzyłem na nią jak na osobę niespełna rozumu. Miałem srać przy niej. Znów byłem kompletnie nagi, nie licząc nałożonych w kroczu opatrunków.
— Nie dam rady przy tobie — przyznałem się.
— Nie zostawię cię samego, wpadniesz w gówno, zabrudzisz kałem rany, ty ledwo się ruszasz — oceniła mój stan. — Nie będę patrzeć, obiecuję — dodała.
Kucnęła obok mnie, podtrzymując moje ciało. Patrzyła mi w oczy, gdyż i ja kucałem.
Zamknąłem powieki i spiąłem odpowiednie mięśnie. Udało mi się wypróżnić, ale ku swojemu przerażeniu zdałem sobie sprawę, że nie zabrałem ze sobą papieru toaletowego.
— Mam, daj, wytrę cię — uprzedziła moje zapytanie, czy ów wzięła i wprowadziła mnie w kolejne zakłopotanie.
— Ja sam… — bąknąłem, ale, nim zdołałem zareagować w jakikolwiek sposób, jedna z jej dłoni znalazła się pod moim kroczem i poczułem jak faktura szorstkiego papieru do dupy, obciera mi odbyt.
— Jestem gorszy, niż niemowlę — stwierdziłem zażenowany tą sytuacją.
— Nie, niemowlak nie ma takiego organu, jak twój, który teraz znów się budzi do życia, ale lubi possać pierś, a ty chyba tego nie potrzebujesz, choć gdybyś chciał…
— Wala, ja już jestem zawstydzony, możesz przestać? — poprosiłem. — Nie patrz, chcę się wysikać — dodałem, zdając sobie sprawę, że przy wzwodzie nie będzie to takie łatwe.
Udało się mi to w końcu. Wróciliśmy do namiotu. Rozpakowała jedną z racji żywnościowych i ją podgrzała. Nabrała na łyżkę strawę i sprawdziła, czy nie jest za gorąca.
— Jedz, musisz jeść, musisz mieć siłę — to mówiąc, podmuchała na nabraną porcję i skierowała w moje usta.
„Boże, ona karmi mnie, jakbym był małym dzieckiem” — stwierdziłem, ale przełknąłem strawę.
Miałem jeszcze na tyle siły, by się samemu ubrać. Znów miałem na sobie zestaw termoaktywnej bielizny.
— Ty mnie rozebrałaś? Dlaczego? — zadałem pytania.
— Byłeś nieprzytomny, dostałeś drgawek, ogrzewałam cię, miałeś przepocone ubrania, musiałam — odparła i uciekła wzrokiem, jakby coś ukrywając.
— „Vesta”, powiedz, bo widzę, że coś ukrywasz.
— Nie, nic — ucięła rozmowę.
Jeszcze nigdy mnie tak nie powaliło. Miałem ochotę z niej wyciągnąć to, co ukrywała, ale pojawił się na horyzoncie „Patron”.
Szybko zdał relację. Ludzie z „Zasłona” przewidywali, że pojutrze obie grupy dotrą w to miejsce. Miałem czterdzieści osiem godzin, by dojść do siebie. Nie wyobrażałem sobie, że nie będę dowodził. Zameldował i ruszył do swoich. „Vesta” zmusiła mnie, bym zjadł batona energetycznego i ponownie podłączyła pod kroplówkę.
— Jesteś kochana, wiesz? Nigdy ci tego… — i nastała ciemność. Ponownie straciłem przytomność.
Znów przyszły drgawki, a ciało płonęło ogniem. Mówiąc do niej, Wiktor nagle stracił przytomność. Doskoczyła do niego i przyłożyła usta do jego czoła. Było rozpalone.
„Jeszcze nie wygrałam. Ale muszę” — postanowiła to sobie w duchu już dawno, a teraz musiała działać.
Powoli zmierzchało. Odpaliła kolejnego glow-sticka. W głowie miała miliony myśli. Czy coś podała nie tak, czy to jakieś działania niepożądane? Przecież działała zgodnie z procedurami, niejedno uratowane życie miał w swoim portfolio.
„Wczoraj pomogło, dzisiaj musi” — stwierdziła, rozbierając się do naga i wskakując pod śpiwór.
Teraz wydawało się, że z nim gorzej. Drgawki były silniejsze, bardziej drżał i szczękał zębami. Objęła go wszystkimi kończynami i wtuliła w siebie. Całowała gorące czoło. W końcu przewaliła się na niego i od góry nakryła ciałem.
— Musisz, musisz walczyć, dla córeczek i dla mnie — wyszeptała, czując na swoim brzuchu penisa.
Szczelnie okryci leżeli w zamkniętym namiocie. Dłońmi głaskała jego włosy i twarz. W końcu zdecydowała się i pocałowała go w spieczone usta. Pocił się, gorączkował, to czuła. Miała zamiar nie usnąć, ale organizm zadecydował. Nim usnęła, zdołała ustawić budzik w telefonie na dłoni.
Obudził ją jego krzyk.
— Katia, nie, kochanie proszę — usłyszała.
Rzucał głową na prawo i lewo, cały spocony. Spojrzała na zegarek, kolejna dawka za godzinę. Organizm mężczyzny walczył.
— Nie poddawaj się, nie poddawaj — wyszeptała, odpalając chemiczne źródło światła.
Leżała obok niego, najwidoczniej, gdy zasnęła, zsunęła się z ciała Wiktora. Objęła dłońmi jego twarz.
— Tak, proszę — usłyszała szept z jego spieczonych ust i poczuła jak dłoń dowódcy dotyka jej twarzy.
Robił to delikatnie, subtelnie. Przesunął palce po twarzy i zatrzymał je na ustach kobiety. Zadrżała, to było takie przyjemne, sensualne.
Zdawała sobie sprawę, że bredzi, że jest w malignie, nieświadom tego, co mówi i robi.
— Klaudia, zostań — wyszeptał, gdy cofnęła obie dłonie, przypominając sobie o specyfiku, który zostawił jej tadżycki porucznik.
Zastanowiła się przez chwilę.
„O jakiej Klaudii on mówi? O córce?”.
Przesunęła się i znalazła specyfik. Zawahała się przez moment, czy podać to, co teraz dzierżyła w dłoniach. Miksturę o nieznanej specyfikacji, rodem z bajek o czarownicach.
„Boże, co ja robię, co ja robię?” — ganiła się w myślach, wlewając zawartość do kubka z wodą.
Podjęła ryzyko, choć nie było jej łatwo. Wiktor jej imponował, podobał się, był inny niż wszyscy mężczyźni, jakich znała i pomimo faktu, że na początku współpraca nie ułożyła się między nimi dobrze, darzyła go uczuciem. Od pewnego czasu zrozumiała, że to ten jedyny, wymarzony.
Wsadziła dłoń pod kark rannego i uniosła jego głowę.
— Kochanie — dał się słyszeć szept z popękanych ust.
— Już, kochany, spokojnie, wypij to — powiedziała cicho i drugą dłonią, skierowała kubek w kierunku warg. — Nic nie mów, pij, to lekarstwo — dodała, nie do końca, będąc pewna, czy ostatni wyraz dobrała właściwie.
Pił łapczywie, trochę mu się ulało, ale większość wylądowała w jego ustach. Tkwiła w kuckach, mając pośladki oparte o pięty i gdy skończył ułożyła jego głowę na udach, tuż przy łonie, podtrzymując ją dłońmi. Z trudem podniósł jedną z dłoni i przesunął ją po jej ciele, zatrzymując się na piersi.
— Jesteś kochana, jesteś, jak dobrze — wyszeptał, a „Veście” łzy polały się z oczu.
Nie była w stanie wydobyć z siebie ni zgłoski. Głaskała czuprynę Wiktora, czule i delikatnie. Pochyliła się i poczęła całować rozpalone policzki towarzysza.
Przekręcił się w kierunku jej ciała, tak że nosem dotknął wzgórka łonowego. Poczuła ciepły, przyjemny oddech tam na dole. Było jej siedząc w kucki cholernie niewygodnie, ale nie chciała się ruszyć. Te ciepłe podmuchy, wydychane przez niego, sprawiały kobiecie przyjemność. Rozszerzyła mimowolnie uda, dając mu przestrzeń, by mógł zaczerpnąć powietrza, a jednocześnie ciepłe wydechy omiatały wargi sromowe i rozchylone wnętrze. Podnieciła się, nawet bardzo. Mężczyzna oparty o jej uda, z twarzą skierowaną w kierunku…
Odsunęła go z bólem serca, ale tylko dlatego, że ból pięt dokuczał i nie mogła dłużej wytrzymać. Wilgotniała na dole, a jej rozbudzone ciało prosiło o więcej.
Nakryła ich wygodnie przepoconym śpiworem i ułożyła się obok niego, tak że byli do siebie skierowani twarzami. Ujęła ramiona Wiktora i ołożyła je wokół swojego ciała, oplatając swoimi korpus mężczyzny. Zbliżyła twarz do jego lica.
— Jak dobrze — szepnął.
Pocałowała go, a on przestał bredzić i usnął.
Nie usnęła, nie kalkulowało się to, skoro za niecałą godzinę, miała mu podać kolejną dawkę leku. Gdy dłonie Wiktora zsunęły się z ciała kobiety, jedną ze swoich skierowała na krocze mężczyzny, obmacując je. Gdy zakończyła, przysunęła palce do nosa i obejrzała oraz powąchała ją.
Nie było widocznej krwi lub co gorsza, ropy, zapach, prócz wiadomego zapachu potu i moczu, też był w porządku. Spał spokojnie, oddychając miarowo. Nie było drgawek, może się pocił, ale nie tak, jak wcześniej.
„Czyżby cud tadżyckiego specyfiku?” — pomyślała, przygotowując kroplówkę i kolejny zastrzyk.
Sprawdziła wenflon, nie dostrzegając tam niczego niepokojącego. Z ciekawości zmierzyła mu temperaturę i tu było pełne zaskoczenie, bo ta spadła do trzydziestu ośmiu stopni.
„Zadziałało, to naprawdę zadziałało” — sama nie wierzyła.
Była skonana, a powoli świtało. Gdy zrobiła swoje, naga wyszła z namiotu. Jeszcze nigdy tak o nikogo nie walczyła jak o niego. Udała się w ustronne miejsce za potrzebą.
Przebudziłem się wtulony w nagie ciało „Vesty”. Czułem się o wiele lepiej, ale nie na tyle, by wstać, ubrać się i dołączyć do swoich ludzi. Odwróciła się do mnie plecami i gdy delikatnie odsłoniłem śpiwór, dostrzegłem na jej łopatce paskudną bliznę. Najwyraźniej po oparzeniu i ranie po odłamkach.
Spała, oddychając miarowo. Pomimo zmęczenia, poczułem jak penis zaczyna rosnąć. Nie chciałem tego, ale bliskość jej nagiego ciała, zapach i widok zadziałały. Byłem przecież normalnym facetem, teraz tkwiącym w namiocie z nagą kobietą. Co tu tłumaczyć. To nie była moja córka, matka, teściowa, choć w przypadku tej ostatniej i Tami, to sam nie wiem czy zdołałbym w takich okolicznościach powstrzymać erekcję.
„Odbiło mi totalnie” — to było jedno z najbardziej delikatnych stwierdzeń, na wcześniejsze przemyślenia.
Bo nie wyobrażałem sobie spać nago z którąś z córek, a w szczególności z Tami, o teściowej już nie wspominając.
„Popierdolone myśli po lekach” — tak się rozgrzeszyłem.
Byłem pojebany, pociągając śpiwór nas okrywający w dół. Oczom ukazywały się plecy, a potem pośladki „Vesty”. Te ostatnie, cudne, takie jak u Katii i Klaudii. Jak najdelikatniej mogłem odsunąłem się nieco od niej, by wzwiedziony penis nie dotknął pupy medyczki.
Nakryłem nas, pozostawiając tylko odkrytą łopatkę z blizną. Przybliżyłem tam usta i pocałowałem to miejsce.
Zerwała się momentalnie i przerzuciła ciało, tak że tkwiła teraz twarzą do mnie. Nasze spojrzenia się skrzyżowały.
— Co robisz, nie patrz tam, to jest…
— To jest rana, nic takiego, mam parę swoich, widziałaś je przecież — przerwałem, widząc w jej oczach przerażenie.
— To nie rana, to paskudztwo, żaden facet ze mną…
— Jesteś tego pewna? — przerwałem, patrząc jej prosto w oczy. — Na pewno, bo masz tu przed sobą….
Teraz to ja nie skończyłem, gdyż zamknęła mi usta pocałunkiem. Wsunęła język, dając jasno do zrozumienia, czego pragnie.
Nie działałem racjonalnie, obejmując ją i odwzajemniając go. Musiała dostrzec penisa we wzwodzie, a to był jasny znak.
— Dasz radę, poprowadzę, żeby cię nie bolało — usłyszałem, gdy nasze wargi się rozłączyły.
Brzmiało to tak komicznie, jakbym był dziewicą, którą rozprawiczyć ma zamiar doświadczony partner.
— Od tyłu, weź mnie od tyłu, tak będzie dobrze — to mówiąc, ułożyła się na czworaka, unosząc w moim kierunku zadek.
Klęczałem za nią. Palcami dotknąłem warg sromowych, które były wilgotne. Czy ja wykrzesałem z siebie jakieś ukryte siły? Nie wiem. Dłonią naprowadziłem penisa, a ten zagłębił się we wnętrzu.
— Ach — jęknęła tylko.
Nie byłem w stanie wykonywać szybkich ruchów, ba, oparłem się o jej plecy, będąc cholernie zmęczony. To były powolne ruchy, starego dziada, bez szaleństw i porównań zbliżonych do króliczego samca.
Dłonie dotykały piersi, ale pieściły je tak na pięćdziesiąt procent. Wykrzesałem z siebie tylko delikatne ugniatanie objętych od dołu półkul. Jędrnych, ponętnych i pragnących pieszczot, co wyczułem po sterczących brodawkach.
Pchnięcia były wolne, ale głębokie. Moszna uderzała o pośladki „Vesty”, a ta pojękiwała coraz głośniej.
Przed finałem, przyśpieszyłem ruchy, co spowodowało ból, bo jednak pokiereszowaną mosznę i szwy w pachwinie odczuwałem. Chęć orgazmu była jednak silniejsza.
To nie było spełnienie, jakie przeżywałem wcześniej, i dobrze zdawałem sobie z tego sprawę. Byłem osłabiony po lekach, wyczerpany. Przyjemność była stłumiona, a dodatkowo przesunięta, bo gdybym kochał się z „Vestą” w pełni sił, szczytowałbym wcześniej.
Opadłem na nią, a ona na barłóg w namiocie. Ledwo łapałem powietrze przez usta i nos. Byłem słaby, z trudem przewróciłem się na bok.
— Dziękuję, dziękuję — usłyszałem, czując, jak układa mnie na legowisku.
— Dziękuję, dziękuję za… — i film mi się urwał.
2457. Baza Lotnicza Ivanovo-Severnyj, Rosja, parę godzin później.
Potężny czterosilnikowy A-50, samolot wczesnego ostrzegania i dowodzenia (AWACS), stworzony na bazie transportowca Ił-76, wyposażony w radar o zasięgu do 650 km, służący do wykrywania celów powietrznych i kierowania myśliwcami, właśnie wystartował i kierował się w stronę Tadżykistanu. Nie miał zamiaru wchodzić w ich strefę powietrzną; pozostawał na terytorium Federacji Rosyjskiej. W gotowości trzymano załogi powietrznych tankowców.
— Grubo chyba będzie? — stwierdził operator środków rozpoznania, gdy osiągnęli pułap operacyjny.
— Ano będzie — odparł pilot. — To nie zabawa, panowie, działamy na ostro — dodał.
Maszyna pokonywała kolejne kilometry, zgłaszając się do poszczególnych ośrodków kierowania ruchem lotniczym.
Czekało ich bojowe zadanie, a załoga zdawała sobie z tego sprawę.
Koszary rosyjskiej 201. Bazy Wojskowej w Tadżykistanie, w tym samym czasie.
Dwa zestawy rakiet balistycznych krótkiego zasięgu o kodowej nazwie NATO SS-21 „Scarab”, po rosyjsku znane jako 9K79 Toczka, w zmodyfikowanej wersji „Toczka-U”, opuściły rejon bazy. Kolumna wozów, składająca się z wyrzutni 9P129, pojazdów transportowo-załadowczych 9T218, wozów przewożących pociski rakietowe 9M79 oraz stacji kontrolno-pomiarowych i wyposażenia pomocniczego, ruszyła w sobie znanym kierunku. Transport odbywał się w nocy, a całością przebazowania dowodził zastępca bazy.
Żołnierzom podano do wiadomości, że to ćwiczenia, bo takie zaplanowano. Przebazowanie, przygotowanie, a potem powrót do koszar — standard. Dowódcy wręczono zalakowaną kopertę z poleceniem: — Otworzyć po przybyciu w wyznaczony rejon.
Ciąg pojazdów poruszał się bez większych problemów i o określonym czasie osiągnął wyznaczone miejsce. Załogi przygotowały sprzęt i czekały na rozkaz.
Nie pamiętam, jak długo spałem, ale obudziłem się w porze popołudniowej. Czułem się zdecydowanie lepiej, choć do ideału wciąż było daleko. Przez uchyloną połę namiotu dostrzegłem „Vestę”, która podgrzewała porcję MRE. Wyglądała cudnie z rozpuszczonymi włosami, skulona i skupiona na tym, co robi.
Sięgnąłem po manierkę, która leżała w pobliżu, i łapczywie piłem. Moje usta były spierzchnięte i popękane od gorączki. Śmierdziałem potem i nieświeżością, co nie było dziwne, bo od kąpieli w rzecze, gdy wracałem sam do obozowiska, moje ciało nie miało kontaktu z wodą.
— Obudziłeś się, kochany, to dobrze — powitała mnie, a jej niebieskie oczy omiotły mnie wzrokiem. Widziałem w nich radość i zadowolenie.
Pamiętałem, że kochałem się z nią, może nie wszystko, ale zdawałem sobie sprawę, że odbyliśmy stosunek i każde z nas tego chciało. Mogłem udawać, że nic nie pamiętam, ale źle bym się z tym czuł. Jednak to „kochanie” nieco mnie zaskoczyło; wydawało mi się, że na takie wyznanie jest jeszcze za wcześnie.
Czy łamałem zasady, że operatorzy nie powinni ze sobą być w związku emocjonalnym — Nie? Oprócz fizycznego pociągu nie traktowałem jej jako szczególnie bliskiej osoby. Ot, partnerka. To była chwila słabości, oboje tego chcieliśmy i stało się.
Czy mogło to zostać zakwalifikowane jako wykorzystanie podległości w celu osiągnięcia korzyści seksualnej — I tak, i nie? Wszystko zależałoby od tego, jakie ona złożyłaby zeznania. Nic jej w zamian nie obiecywałem, nie szantażowałem, nie groziłem. Jednak kobiety, a w szczególności zranione, których uczucie się odrzuci, potrafią być wyjątkowo perfidne i zrobić z siebie takie męczennice, że…
Ona jednak nie pasowała do tego drugiego typu. Owszem, upatrywała szansy po śmierci mojej żony, ale dawałem jej wyraźne znaki, że nie jestem nią zainteresowany, i wydawało mi się, że to rozumie.
Uśmiechnęła się i podeszła do mnie z podgrzaną racją żywnościową. Oddałbym wszystko, co mam, by zajadać się pielmieniami robionymi przez Katie, a nie tą papką, w której liczba konserwantów wywracała żołądek na lewą stronę i mumifikowała człowieka za życia.
— Jedz, musisz się wzmocnić, musisz jeść — powiedziała czule, nabierając makaron na łyżkę i zaczynając mnie karmić.
— Sam, dam radę sam — odpowiedziałem, nie chcąc wyglądać na kalekę, który nie potrafi utrzymać łyżki w ręku.
— Ale ja chcę, bardzo chcę.
Pozwoliłem jej na to. Dmuchała i delikatnie kierowała łyżkę w moje usta, a ja zmuszałem się, by napełnić żołądek strawą. Smakowała paskudnie, ale była podana na ciepło, a podstawą było skonsumowanie choć jednego gorącego posiłku. Na konserwach i batonach energetycznych daleko się nie zajedzie.
Na koniec swoim palcem otarła moje usta. Zrobiła to tak delikatnie i zmysłowo, a potem oblizała palec.
— Teraz antybiotyk, leki osłonowe i wypoczywaj, no, chyba że masz potrzebę, to mów — stwierdziła, jakby znalazła sobie dzidziusia do opieki. Takiego jednak z wyrośniętym penisem, który wie, jak go używać, i niekoniecznie do sikania.
Jej ciepła dłoń dotknęła mojego czoła, a potem pocałowała mnie w to miejsce.
— Mniej gorączkujesz, mikstura Tadżyka zadziałała — szepnęła, a ja nie bardzo wiedziałem, o co chodzi.
Chciałem zabrać głos, lecz zbyła mnie krótkim „później” i nabrała z fiolki antybiotyk. Po chwili poczułem, jak wprowadza lek w wenflon, a potem podłączyła kroplówkę.
— Postawi cię na nogi, ten koktajl czyni cuda — mówiła do mnie, a ja milczałem, przyglądając się jej działaniom.
Odkryłem się i sięgnąłem wolną dłonią po spodnie. Nie miałem zamiaru paradować na golasa.
— Poczekaj, sprawdzę tam i zmienię opatrunek — usłyszałem, a dłoń medyczki powędrowała na moje krocze.
Zdjęła z ran stary opatrunek i przybliżyła głowę do genitaliów. Palcami dotknęła moszny, co spowodowało u mnie oczywistą reakcję.
— Ej, dobrze z tobą, reagujesz właściwie — stwierdziła, podnosząc wzrok i patrząc mi prosto w oczy. Wyraz jej twarzy mówił sam za siebie, a mnie ogarnęło zawstydzenie. — Kapitanie? — ten wyraz wypowiedziała tak lubieżnie, że poczułem się cholernie zakłopotany.
Dłoń Wali przesunęła się na penisa, który stawał się coraz większy. Objęła go.
— Chcesz? — zapytała.
Pokiwałem głową. Nie chciałem, nie to mi było w głowie. Bardziej zależało mi na rozmowie niż na fizycznym kontakcie.
— Vesta, wiem, co pomiędzy nami zaszło… — zacząłem, zebrawszy się wreszcie w sobie, gdy zmieniła mi opatrunek w kroczu.
Momentalnie podniosła wzrok i spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłem zainteresowanie. Świdrowała mnie nimi.
— Chciałam tego, bardzo chciałam, nawet nie wiesz, jak długo nie miałam…
— Oboje tego chcieliśmy, ale…
Przerywaliśmy sobie nawzajem i jakoś dziwnie nas to nie denerwowało. Pomogła mi naciągnąć spodnie na dupsko i złożyła pocałunek na moim policzku.
— Dziękuję, nawet nie wiesz… — rzuciła, a ja, dostrzegłszy w jej kącikach oczu łzę, otarłem ją palcem wskazującym. Podejrzewałem, o co chodzi. — To, co wtedy powiedziałeś, to było…
— Prawdą, jesteś piękną kobietą, a ta rana na barku…
— Jest szkaradna, nigdy nie myślałam, wycofałam się, no wiesz…
Rozmawialiśmy, mając twarze blisko siebie i patrząc sobie prosto w oczy. Nie wiem, kiedy ująłem jej dłonie, delikatnie, subtelnie. Sam nie wiedziałem, dlaczego wykonałem ten ruch, po prostu tak chciałem.
— To tylko rana, nic więcej. Kocha się sercem — mówiąc to, położyłem jej dłoń w okolicy mojej klatki piersiowej. — A nie oczami — moja dłoń skierowała jej prawicę na swoją twarz, tak, by dotknęła moich oczu.
— Wiktorze — nie wytrzymała i łapczywie wbiła się w moje usta. Całowaliśmy się przez chwilę.
Sam odsunąłem jej twarz od mojej, ale nie za daleko.
— Koch… — tego się najbardziej obawiałem, dlatego położyłem palec wskazujący na ustach medyczki, by nie dokończyła tego wyrazu.
— Za wcześnie, Wala, za wcześnie na takie wyznania, nie znasz mnie. Jesteś…
— Znam. Ja wiem, ale…
— Jesteśmy tu w grupie jak jedna rodzina. Wiesz, że ty i ja, to koniec jednego z nas w teamie…
— Odejdę, jeżeli…
— Nie o to chodzi. Zaufanie jest podstawą. Jak mam ci zaufać, skoro nie wiem, gdzie odniosłaś ranę i dlaczego twoje akta z wojny w Gruzji są utajnione, tak że nawet „Wołk” nie ma do nich dostępu? Wala, powiem jasno, nie mam pewności, czy twoje uczucie wobec mnie nie jest zadaniem, czy nie jesteś wtyczką z KGB lub chuj wie, czego — potrafiłem, kilkoma zdaniami, zburzyć w sekundę erotyczną atmosferę.
— Jak możesz, po tym…
— Mogę, ja dowodzę zespołem, a życie moich ludzi jest najważniejsze…
— Wiktor — rozpłakała się.
Dobrze przygotowany agent lub wtyczka innych, rodzimych służb potrafi odegrać taki spektakl. Pragnąłem w to nie wierzyć, ale do niej i do tego gościa z „Zasłona” nie miałem zaufania, pomimo faktu, że walczyliśmy razem i przelewaliśmy krew.
Byłem osłabiony, skonany, ale nie na tyle, by nie analizować jej zachowania. Coś w niej tłukło się, coś walczyło. Nie naciskałem, nie ponaglałem. Czekałem na to, co uczyni.
Ocierała spływające łzy z policzków, siorbała nosem i od czasu do czasu rzucała na mnie spojrzenia, jakby nie wierząc w to, co usłyszała. Mogłem wyobrazić sobie, co teraz działo się w jej wnętrzu. Walczyła z tym, czy wyznać mi prawdę lub półprawdę, czy zachować to dla siebie i jednocześnie stracić… no właśnie co?
— Dobrze, powiem ci, to co mogę, ale ty powiesz mi, kim jest Klaudia, bo na pewno majacząc, nie mówiłeś o swojej córce — usłyszałem, i to stwierdzenie jeszcze mocniej wbiło mnie w karimatę.
Jednak stało się to, czego obawiałem się w małżeństwie. Już kiedyś we śnie wypowiedziałem imię Klaudii, ale Katia pomyślała, że myślę o naszej najmłodszej córce. Kiedy wypowiedziałem imię niedoszłej polskiej żony i w jakich okolicznościach, tylko mogłem się domyślać. Vesta zagrała ze mną odważnie — coś za coś.
Przytępiony lekami, miałem nieco ograniczone myślenie, ale nie na tyle, by nie podjąć gry. Byłem jej niezmiernie wdzięczny, być może uratowała mi życie, ale prócz niej miałem jeszcze innych pod sobą. Pragnąłem wiedzieć, czy jest w stu procentach w naszym stadzie, czy tylko wykonuje operacyjną robotę zleconą przez innych. Seks z przełożonym, agentki potrafiły więcej, biorąc udział w orgiach i dobrze o tym wiedziałem.
— Kto zaczyna? — zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
Uciekła wzrokiem i nic nie odpowiedziała. Nie pozostało nic innego jak zacząć.
— Klaudia to Polka, była zakładniczką porwaną w Libanie razem z dwójką naszych ludzi, w tym jednym ze specnazu. Załoga śmigłowca SAR z UNIFIL-u. Ratowniczką śmigłowcową, podobnie jak ty. Odbiliśmy ją, razem z uprowadzonym lekarzem, gość ze specnazu nie przeżył, zatłukli go na śmierć, nim zaczęliśmy akcję, ale ciało odzyskaliśmy. W tej akcji „Wołk” został ranny, straciłem dwa służbowe psy, a potem… — przerwałem, lustrując ją wzrokiem. Słuchała w skupieniu. — Jako jedyna, będąc w niewoli, widziała przywódcę i zdecydowała się zostać, by nam pomóc. Dostałem rozkaz przekonać ją do współpracy i przekonałem, dobrze wiesz jak, a potem ona chyba się w mnie zakochała — kontynuowałem. — Tak, będąc żonaty, wielokrotnie zdradziłem żonę, ale dzięki temu i jej pomocy zlikwidowaliśmy trzech przywódców w tamtym rejonie, a seks z nią…
— Był lepszy niż ze mną — stwierdziła.
— Tak, ale tylko dlatego, że z tobą kochałem się na wpół świadomy, wypluty i chory — odparłem szczerze. — I marny ze mnie kochanek — dodałem, widząc na jej twarzy delikatny uśmiech.
— I co z nią? — zapytała, jakby to było ważne.
— Nic, polecieliśmy razem nad polski okręt, a ja desantowałem ją na pokład. Z kurewskimi wyrzutami sumienia wróciłem do domu i jak to chłop, kupiłem żonie bukiet róż i pierścionek z brylantem, bo będąc w Syrii, a kurwa, gdy zawsze tam jestem, to rodzi mi się dziecko, żyłem dalej. Do czasu…
— Nie, nie przypominaj mi tego — objęła mnie ramionami i wtuliła się we mnie, mało co nie wyrywając kroplówki z wenflona.
Drżała i łkała, a tego się nie nauczysz, nawet na najlepszym kursie. Oparłszy głowę o moje ramię, nie mogła powstrzymać płaczu. Pogłaskałem jej długie, rozpuszczone włosy.
— To wszystko, teraz widzisz, jakim jestem skurwysynem.
Podniosła twarz, a jej wzrok mówił sam za siebie. Był szczery, prosty.
— Realizowałam zadania tam wtedy… — zaczęła swoją opowieść, a ja słuchałem w pełnym skupieniu.
Gdy skończyła, zapadł zmierzch. Czy powiedziała całą prawdę, mówiąc o jakiejś specjalnej grupie nazwanej „Barma GE”? Tego nie wiedziałem, ale wyglądało to składnie i trzymało się kupy.
Zdałem sobie sprawę, że jeżeli mówi prawdę, to źle ją oceniałem. Nie była kretem, nie miała zamiaru przekazywać informacji do GRU lub innych podobnych formacji.
— Muszę wyjść — poinformowałem ją i podniosłem się z wyra, ale nim dotarłem do krańca namiotu, zatoczyłem się.
— Nie puszczę cię samego, chodź ze mną. Jesteś jeszcze za słaby — usłyszałem, czując, jak chwyta mnie pod pachy.
Zrobiłem z jej pomocą, co swoje, i wróciliśmy do namiotu. Ułożyła mnie na posłaniu i pocałowała w usta.
— Wiesz, że jesteś mężczyzną moich marzeń?
Przestań, starym dziadem jestem — odparłem.
— Więc połóż się tu, stary dziadu, i śpij. Dobranoc i ściągaj te gacie, rana ma oddychać — usłyszałem, czując, jak zsuwa ze mnie spodnie.
Nie byłem w stanie zaprotestować, poddałem się jej działaniom. Objęła mnie ramionami i przytuliła do siebie.
— Za osiem godzin znów antybiotyk, śpij, wypoczywaj. Jutro te chuje tu będą, a na razie to ja jestem z tobą.
Ciepłe, delikatne dłonie Vesty pogłaskały mnie po twarzy, poczułem, jak usta kobiety całują moje czoło, układając mnie do snu.
Odpłynąłem.
Zbudziła mnie, w wenflon, pakując kolejną dawkę leku.
— Zaraz zgaszę to światło — rzuciła, widząc, że się obudziłem.
— Nie gaś, zostań taka, jaka jesteś — poprosiłem, widząc jej nagie ciało.
Nie wiem, dlaczego, ale spała ze mną na golasa.
— Odwróć się tyłem do mnie — poprosiłem.
— Nie, nie, nie patrz tam — jęknęła.
— Odwróć się, proszę.
Zrobiła to, co chciałem. Tkwiła nagusieńka w kuckach, tyłem do mnie.
Całowałem te blizny, przesuwając usta w każde miejsce, a dodatkowo dotykałem je palcami, starając się robić to, jak najbardziej delikatnie.
— Przestań, to jest…
— Twoje ciało, piękne ciało, takie samo jak gdzie indziej.
— Nieprawda.
— Popatrz na mnie, mam rozorany półdupek, ranę na barku, teraz w kroczu i chuj wie, gdzie jeszcze i co?
— Jesteś facetem, to inaczej działa.
— Mało? Nie wystarczy? Kurwa, na ramieniu mam sznyty — chwyciłem ją mocno za ramiona. — Kobieto, opanuj się. Jesteś piękna. Przestań się pieścić swoją boleścią, zobacz w sobie piękno, którego nie dostrzegasz — no teraz to siebie nie poznałem.
Zatkało ją, nie wiedziała, co odpowiedzieć, a odwróciwszy głowę, patrzyła na mnie tak dziwnie, jak żadna kobieta. W kącikach oczu zebrały jej się łzy, usta ułożyły się w podkówkę.
Odgarnąłem jej długie, rozpuszczone włosy i zacząłem całować szyję. Czułem zapach jej włosów, delikatnie muskając skórę. Dostrzegłem, że ma gęsią skórkę. Delikatnie poruszała głową.
— Jesteś naprawdę piękna — szepnąłem jej do ucha, przygryzając delikatnie płatek jednego z nich.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Pragnąłem ją pieścić tak delikatnie, subtelnie, zmysłowo. Widzieć, jak przeciąga się niczym kotka, jak przymyka oczy i otwiera delikatnie usta. Usłyszeć westchnienia i spłycony oddech.
I tak się stało. Poddawała się moim działaniom i najwyraźniej sprawiało jej to przyjemność. Czułem, składając pocałunki, jak delikatnie drży, jak jej ciało pragnie kolejnych porcji.
— Zróbmy to. Proszę — wyszeptała, przyjmując pozycję na czworaka.
Klęknąłem i palcem przejechałem po sromie.
— Och — dało się słyszeć.
Była gotowa, wilgotna tam na dole. Klęknąłem za nią i, nakierowawszy fallusa, wsunąłem go do ciepłego gniazdka. Wzdrygnęła się i jęknęła.
Powoli operowałem biodrami, wykonując na początku płytkie pchnięcia. Ułożone na biodrach dłonie trzymały ją z taką siłą, na jaką pozwalał mój stan zdrowia.
Przyśpieszyłem, a penis począł bardziej zagłębiać się w cipkę medyczki. Pojękiwała i od czasu do czasu przerzucała głowę z prawej na lewą i odwrotnie.
— Tak, tak, dobrze, możesz głębiej — wyrwało się jej.
Skoro chciała, nie pozostało mi nic innego jak zastosować się do wskazań partnerki. Prącie zagłębiało się całe, ruchy stały się jeszcze szybsze i zdecydowane. Czułem pulsujące wnętrze Wali. W pewnej chwili opadła na łokcie, lekko unosząc miednicę.
Szczytowała, wydając z siebie głośne jęki i pomruki. Głowę ułożyła na śpiworze, opierając się czołem o podłoże.
— Ja juuuuuż, ooo — wydobyło się z jej gardła, a ciało kobiety wiło się w ekstazie orgazmu. — Nie, taaak — dawała mi sprzeczne informacje.
Leki stępiły moje libido, dochodziłem później niż zwykle. Kilka może kilkanaście pchnięć i poczułem, że ejakuluje. Orgazm ponownie był jakby przytłumiony, niepełny, nie tak intensywny, jak z Katią czy Klaudią.
Skonany, opadłem na jej ciało i tkwiliśmy w tej dziwnej pozycji przez dłuższy czas. Ona na czworaka, z wypiętą ku górze pupą, a ja okalający jej ciało od tyłu, wtulony w jej plecy. Na dobrą sprawę to mnie podtrzymywała.
W końcu wysunąłem penisa i zwaliłem się na bok. Gdy Walentyna tylko doszła do siebie, momentalnie ułożyła się obok mnie i, głaszcząc moją twarz, złożyła pocałunek w usta.
Nie wiem, jak ona, ale ja czułem się, jakbym przerzucił wagon węgla. Patrzyła na mnie szczęśliwym wzrokiem, nie przestając głaskać zarośniętego policzka.
— Nawet nie wiesz, co zrobiłeś… — zaczęła.
— Dziecko? — przeraziłem się na dobre.
Uśmiechnęła się, dostrzegając moją poważną minę. Miałem podstawę do obaw. Wszak ostatnimi czasy każde zbliżenie, wcześniej czy później, kończyło się ciążą partnerki. Brakowało mi, by ona zaszła, a etykietka „dziecioroba” była gwarantowana.
— Zabezpieczyłaś się, wiedziałaś… — wypaliłem.
Pokiwała głową na boki i nagle stała się jakaś smutna. Zniknął ten specyficzny wyraz twarzy, który po spełnieniu oznajmiał zadowolenie i szczęście. Trudno było tego nie zauważyć, więc albo palnąłem jakieś głupstwo, albo…
— Przepraszam, nie chciałem.
— Nie, to nie tak — wreszcie się odezwała.
— Mów, powiedz mi — nalegałem.
Znów coś w sobie tłamsiła, nie chcąc mi tego wyjawić. Bardzo osobistego i skrywanego — tak sobie to tłumaczyłem. Nie lubiłem niedomówień, niedokończonych stwierdzeń, nawet jeśli miałyby mnie obrazić lub zranić. Chłopaki wiedzieli, że należy walić do mnie prosto z mostu, nie owijając w bawełnę.
Łzy napłynęły jej do oczu, a ja, wkurwiony na siebie, nie wiedziałem, co takiego powiedziałem, że wywołałem u niej ten stan. Nieraz przeklinałem siebie w myślach za to, że palnę coś bez zastanowienia, ale teraz, analizując sytuację, nie dostrzegłem tego czegoś.
— Vesta, jeżeli cię uraziłem, to przepraszam, ale zwariuję, jeśli mi nie powiesz.
— Jestem bezpłodna i gdybym zaszła w ciążę, byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie — zdobyła się wreszcie na wyznanie, a łzy popłynęły jej po policzkach.
To był odruch, Wyciągnąłem dłoń i otarłem je z jej twarzy. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że traktowałem ją zbyt ostro, ale przecież to wojsko, a nie kółko wzajemnej adoracji. Pododdział antyterrorystyczny, nie tyłowa jednostka ani wojenna komnata. Tu gramy twardo, czasami bez reguł i zasad. Gdyby pas szahida miała na sobie ciężarna terrorystka, zlikwidowałbym ją bez mrugnięcia okiem.
— Vesta, kochanie — wymknął mi się ten drugi wyraz, a ja czułem, że daję jej płonne nadzieje. — Przecież jest in vitro, medycyna idzie do przodu, sama wiesz najlepiej — tylko takie słowa pocieszenia miałem w głowie.
— Sama sobie jestem winna. Gdy miałam siedemnaście lat, zaszłam w ciążę. Całe moje plany legły w gruzach, a chłopak okazał się dupkiem. Źle wykonana aborcja, komplikacje po zabiegu — kontynuowała, a mnie się serce krajało. — Wtedy, na pogrzebie Katii, gdy przez chwilę miałam Kławdię na rękach, cierpiałam razy dwa, ale z drugiej strony patrzyłam na faceta, który… — tu głos jej się załamał.
Teraz powoli zaczynałem kojarzyć fakty, jej zachowanie, to, że wtedy nie doniosła, że najebany leżałem w domu po śmierci żony, za nic, mając swoją rodzinę.
— I wtedy zdałam sobie sprawę, że gdyby mi się nawet udało, gdybyś mnie chciał i po jakimś czasie się we mnie zakochał, nie mogłabym ci tego zrobić, skłamać przed Bogiem i tobą, bo ten sakrament byłby nieważny, a ty jesteś…
Zamknąłem usta medyczki pocałunkiem. Wbiłem się w nie najmocniej, jak umiałem, i całowałem namiętnie. Objęliśmy dłońmi swoje głowy i dopóki starczyło nam tchu, złączone wargi nie chciały się od siebie odsunąć.
— Ty płaczesz? — zapytała, gdy głowy odsunęły się od siebie.
Tak, z oczu leciały mi łzy, bo gdyby nie Klaudia, pomimo zmęczenia uniósłbym Walentynę na rękach i powiedział…
Rozmawialiśmy jeszcze przez dobrą godzinę, a potem zapadliśmy w sen. Wszak za kilkanaście godzin czekało nas starcie.
Obudziła mnie „Vesta” w porannych godzinach. Zarówno jedna, jak i druga grupa moich ludzi cofała się z wysuniętych rubieży, gdyż do nich zbliżała się awangarda terrorystów. Byli cwani, nie szli na żywioł, puszczali przodem małe grupki.
Zjadłem coś, na przepocone i śmierdzące ciało założyłem mundur, wypróżniłem się, tym razem bez jej pomocy, i byłem gotów, by, gdy moi dotrą, odebrać meldunki i stworzyć ostateczny plan działania, bo z grubsza mieliśmy wszystko obcykane.
Dochodziłem do siebie, ale nadal temperatura i osłabienie organizmu dawały mi się we znaki. Może nie męczyłem się tak szybko, jak wcześniej, ale do pełnej formy była daleka droga. Nie miałem apetytu i na siłę wciskałem do ust posiłki. Układ pokarmowy, pomimo faktu, że medyczka podawała mi probiotyk, był wyjałowiony. Szczęśliwie rany się nie otworzyły, nie wdało się zakażenie, a o sepsie pozostało wspomnienie. Organizm wsparty farmakologią zwalczył zakażenie. Nie było ze mną aż tak źle.
Zdawałem sobie jednak sprawę, że w tej chwili jestem najsłabszym elementem grupy, tym, którego według kanonów specnazu w przypadku wycofania należy zostawić, zapewniając owemu zapas amunicji i środków bojowych, by powstrzymał przeciwnika.
Gdy się posiliłem, a Vesta przyniosła mi kubek kawy, zagotowanej na bezpłomieniowym ogrzewaczu, spojrzałem na kobietę innymi oczyma. Niby nie powinienem, ale poprzednie noce nas bardzo zbliżyły i byłbym chujem bez uczuć, gdybym postąpił inaczej.
Stała przed namiotem i grzebieniem rozczesywała włosy, a ja siorbałem czarny napój.
— Chodź, zaplotę ci warkocz — zaproponowałem, a ona omiotła mnie dziwnym spojrzeniem.
— Poważnie? Umiesz pleść warkocze? — zapytała z niedowierzaniem.
— Tylko cztery rodzaje, ale jak stąd wyjdziemy, nauczę się kolejnych — odpowiedziałem, a kobieta usiadła tuż obok mnie, odkładając grzebień na bok.
— Wiedziałam, że jesteś człowiekiem wielu talentów, ale plecenie warkoczy? Gdzie się tego nauczyłeś? — zadała kolejne pytania, gdy ująłem jej brązowe włosy.
— Tamara, sam się nauczyłem, z Internetu, dla niej, sama nie dałaby rady. Musiałem — odpowiedziałem.
— Boże, ja ostatni raz miałam warkocze, jak byłam nastolatką, teraz to kok i do widzenia.
W sam raz, gdy skończyłem z włosami Wali, pojawili się ludzie z grupy Rustama. Tadżycki porucznik gnał do mnie jako pierwszy.
— Dałaś? Pomogło? — rzucił pytanie, niezbyt dla mnie zrozumiałe.
— Tak — krótko odparła mu Vesta, a spojrzawszy na mnie, wyjaśniła — Zostawił mi jakiś ich specyfik na sepsę lub temperaturę. Gdy było z tobą krucho, prawie na granicy życia, podałam ci go i żyjesz.
Objął mnie ramionami i poklepał po plecach. Silnie, tak po męsku.
— Melduj — rozkazałem, bo nie było teraz czasu na tulenie, pytania, jak się czuję, i inne pierdoły.
— Nie mi zawdzięczaj te dane, ten twój „Zozo” to super gość, pełna współpraca, mamy ich ponad pięćdziesięciu, kałasze, dwie pekaśki, dwa granatniki. Ja wycofałem ludzi, jak nadszedł ich zwiad, on jebaniec pozostał na szczycie i ich liczył, potem do nas dołączył. Tam zanocowali — to mówiąc, wskazał mi miejsce na mapie. — Sprytnie, w najwęższym miejscu, górą nie przejdziemy, wjebali tam po kilku, no może przy dobrych wiatrach, ale nie z „celami” — zdała mi relację.
Nie spodziewałem się takiego zachowania po „Zozo”. Zaskoczył mnie pozytywnie. Nie dość, że ściśle współpracował z Tadżykiem, to jeszcze podjął się najbardziej ryzykownej roboty. To dzięki niemu mieliśmy z tamtego sektora tak dokładne dane.
— Jak zadziałają? Co przewidujesz? — zadałem mu pytania i dostrzegłem na jego twarzy uśmiech.
Domyślałem się, co to znaczy — ten kapitan mi ufa, bierze moje zdanie pod uwagę, jestem mu potrzebny, współpracujemy jak partnerzy. Gdy czujesz się przydatny, gdy twoje uwagi są wysłuchane, a propozycje rozpatrzone pozytywnie, jesteś cały w skowronkach. Nie odczuwasz, że jesteś przystawką, niechcianym dodatkiem.
— Zblokują tamten rejon większością sił, to najlepsze miejsce. Pokryją ogniem potencjalne wsparcie od strony miasta i nas, gdybyśmy chcieli po wykonaniu zadania wycofać się w tym kierunku.
— Zajmijcie stanowiska i to ostatnia szansa, by nabrać wody. Dawaj mi tu „Zozo”.
Nim odszedł, zadał mi pytanie.
— Jak się czujesz, lek pomógł?
— Jeszcze kurwa żyję — odparłem, dając mu do zrozumienia, by zmykał.
„Zozo” pojawił się po chwili. Podniosłem się i objąłem go ramionami. Był chyba zdziwiony moim zachowaniem, bo takowych pieszczot nigdy ode mnie nie doświadczył.
— Oby tak dalej, dziękuję, działamy, przygotujcie stanowiska — rozkazałem i podziękowałem, dostrzegając w jego wyrazie twarzy zadowolenie.
— Tak toczna.
Po niecałej godzinie wrócił „Amur” ze swoimi. Jego relacja nie napawała mnie optymizmem.
— Grubo ponad sześćdziesięciu, opcjowałbym na siedemdziesięciu. Podejrzewam, że przycupną tu na przełęczy i obserwatorów wyślą tu i tu — to mówiąc, wskazywał mi palcem miejsca na mapie. — Stamtąd będą mieli ogląd na jedną i drugą stronę — dodał, widząc moją minę.
— Damy radę zlikwidować tych obserwatorów?
— Zapomnij, tam nie ma nawet grama drzewa, może w nocy, przy dobrych warunkach, ale też nie rokuję powodzenia — ocenił. — Prioma wysłałem na najwyższy bezpieczny szczyt. Polecenie z góry. Mam telefon satelitarny, mamy jeszcze drugi. No i radiostację tam wywlókł. Jednego mniej.
Dwie hordy terrorystów zamknęły nas jak w butelce. Można było się wycofać w kierunku miasta, najkrótszą drogą poprzez blisko czterotysięczniki, tylko w teorii to wygląda prosto, a w praktyce…
Druga droga odwrotu była jeszcze gorsza, po kilku kilometrach kończyła się po kirgiskiej stronie, a potem pokonanie pięciotysięczników w kierunku Tadżykistanu. Gdzie byś się nie odwrócił, dupa z tyłu?
— Kurwa, jesteś łącznikowym z „Zasłonem”, przekazujesz im dane. Mów do kurwy nędzy!
Przemógł się i przekazał, jaki był plan Centrali, a powiem szczerze, to rozwiązanie nie napawało mnie optymizmem. Jedna rzecz nie tak, jedno głupie potknięcie, coś, co nie zagra, i misterny plan mógł runąć.
Byliśmy w centrum wydarzeń, podczas gdy „Zasłon” miał inne zadanie i nie mogliśmy liczyć na ich wsparcie – może jedynie po głównej części akcji.
Plan ewakuacji po pojmaniu również pozostawiał wiele do życzenia. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak działać i liczyć na żołnierskie szczęście.
Weszli, najpierw przeprowadzając rekonesans, potem zapewniając ochronę, a na końcu przyszli oni. Nie, nie naraz. To byłoby za piękne. Kamienna budowla, stojąca w centrum wioski, stała się ich miejscem spotkania. Była bez okien, taka ruina, ale maskowała przed rozpoznaniem fotograficznym.
Ponad piętnastu ochraniało to spotkanie, kilku na wzgórzach, reszta na dole.
Zwiadowcy minęli zamaskowanego „Patrona” i udali się w głąb. Mnie przeniesiono na wyższy poziom, powyżej linii działań moich ludzi, ale tak bym mógł przez lornetkę obserwować działania.
Niby lustrowali teren, niby zabezpieczali rejon spotkania, ale i tak nie wykryli snajpera, który potrafił zdziałać cuda swoją bronią.
Było dobrze, więc należało czekać do zmierzchu, kiedy to my mieliśmy przeprowadzić atak.
— Mam cel — usłyszałem, gdy szarzało.
Najlepszy czas by dokonać realizacji. Jeszcze widać cele bez noktowizji, ale tamci, odlegli obserwatorzy przeciwnika, już nie dostrzegą co się dzieje.
— Realizacja — nie zastanawiałem się długo, wydając ten rozkaz.
Dima i Witja wydobyli z ukrycia dwa rewolwerowe granatniki RG-6, oba załadowane granatami „gwóźdź”. Te wypełnione były gazem CS, silnym wojskowym środkiem drażniącym. Mieszanka lakrymatorów i sternitów, silnie oddziałująca na drogi oddechowe.
Działanie CS polega na intensywnym drażnieniu błon śluzowych oczu oraz górnych dróg oddechowych, co prowadzi do silnego łzawienia, kaszlu, nadmiernego ślinienia się oraz kichania. Substancja działa również przez skórę, zwłaszcza w miejscach wilgotnych od potu i łez, wywołując dotkliwe pieczenie. Przy dużych stężeniach może powodować podrażnienia oraz pęcherze na skórze. Efekty działania tego środka chemicznego mogą być odczuwalne przez poszkodowanych nawet przez kilka godzin, a w terenie zachowuje zdolność rażenia przez ponad 14 dni.
— Pierwszy położony — zameldował Patron. — Drugi martwy, doleciało po chwili.
Kładł ich jak cele na strzelnicy, używając swojej wyciszonej snajperki. Obaj operatorzy z granatnikami gotowymi do użycia czekali na mój sygnał, opuszczając bezpieczne miejsca.
— Trzeci położony.
— Obserwatorzy na wzgórzach, spokój, nic nie dostrzegli — meldował „Zozo”.
Na razie wszystko szło dobrze. Obserwatorzy sił głównych z jednego kierunku nie zauważyli trzech leżących na dole.
— Czwarty położony, reszta poza sektorem ognia.
— Granatamioty wpieriod! — wydałem rozkaz, zdając sobie sprawę, że obaj operatorzy muszą zbliżyć się przynajmniej na czterysta metrów, by oddać strzały.
Ruszyli, starając się jak najszybciej dotrzeć do wyznaczonej wcześniej rubieży. W okularach lornetki widziałem, jak pędzą na złamanie karku. Znajdowali się chwilowo na otwartym terenie, a miejsce, które wybrano — niewielki zagajnik — było ostatnią osłoną przed kamiennym budynkiem, oddalonym o 250 metrów. Dostać się tam i z tej lokalizacji porazić cel, to było ich zadanie.
— Przechodzę na noktowizję — zameldował snajper.
Akcja się rozpoczęła, a zakaz komunikacji radiowej przestał obowiązywać. Nie wierzyłem, że przeciwnik ma ustawione radia na naszą częstotliwość, a jeśli nawet, to transmisja była kodowana.
— Granatomioty na pozycji, dajcie chwilę, zameldujemy.
Odetchnąłem z ulgą, sam, przechodząc na lornetce, na noktowizję. Obraz był zamazany, niewyraźny. Byłem za daleko.
— Gatowi.
— Agoń — padło z moich ust i wiedziałem, że teraz odwrotu już nie ma.
Zlane w jedną całość odgłosy wystrzałów, bo sprzęt nie był wyciszony. Granatnik RG-6, zwany w slangu „małym gradem”, miał teoretyczną szybkostrzelność 12 strzałów na minutę. Teoretyczną, ponieważ pojemność rewolwerowego magazynka wynosiła sześć granatów, co wymagało ponownego załadowania.
— Amur, zaczynaj — wydałem kolejny rozkaz.
— Przyjął — padło krótko i zwięźle, a wszyscy, z wyjątkiem mnie, Prioma i Patrona, ruszyli do przodu.
Posuwali się w dół, w luźnej tyralierze, pędząc co sił w nogach, a ja tkwiłem tu jak kaleka, mogąc się tylko temu przyglądać. Wkurzony, wściekły, bezsilny.
„Przynajmniej dowodzisz, a mogłeś leżeć nieprzytomny w namiocie” — tłukło się w głowie.
Było pewne, że nie wszystkie granaty wpadną przez okienne otwory do wnętrza, wszak granatnik nie jest bronią precyzyjną; coś zawsze pójdzie nie tak. Dlatego operatorzy tego sprzętu wystrzeliwali kolejną dawkę chemicznej substancji. Kolejne dwanaście pocisków, wystrzeliwanych w szalonym tempie, leciało w kierunku nieprzyjaciela.
Nigdy, ale to nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by terroryści na takie spotkanie zabierali ze sobą maski przeciwgazowe. Gdy atakowali budynek, posterunek czy szkołę, istniało prawdopodobieństwo, że mogą je mieć. Jednak nawet porażony drażniącym środkiem bojowy żołnierz jest w stanie oddać serię, mając załzawione oczy i smarkając okrutnie. Tak też się stało — poszła w powietrze długa seria z kałasza, potem druga.
— Strefa, maski, wchodzimy, realizacja — poznałem głos Amura.
— Mamy ruch obserwatorów od Sierra, wiedzą, że atakujemy — zameldował Priom. — Przekazuję sygnał, pierwszy potwierdź — usłyszałem.
— Potwierdzam.
Pozycja bojowa dwóch zestawów Toczka-U, kilka minut wcześniej. Tadżykistan, około stu kilometrów w linii prostej do strefy działań Wympieła.
Szeregowy z grupy zabezpieczenia wracał z ustronnego miejsca na krańcu poligonu. Od dzieciństwa miał problemy żołądkowe, gdy ktoś za mocno przyprawił strawę, a ich naprędce wyznaczony kucharczyk po prostu nie miał umiaru w doprawianiu owych, to reagował tak jak teraz.
Klął na owego, na czym świat stoi, a po wypróżnieniu wracał na swoje miejsce. Dzień chylił się ku końcowi, powoli ciemniało, a on, nie patrząc pod nogi, stawiał kolejne kroki.
— Dobra, już ją widać — szepnął do siebie, dostrzegając aparatownię, a po chwili runął na piach, potknąwszy się o coś.
— Job twoju mać — zaklął, podnosząc się i kopiąc, że wściekłością o kabel, który teraz dostrzegł i znajdującą się obok skrzynkę teletechniczną.
Ta druga, mająca już dawno za sobą lata świetności, nie trzymała tak, jak potrzeba, mufy dopiętego kabla, który po tak mocnym uderzeniu wysunął się z niej.
Wstał, otrzepał się i ruszył w swoją stronę, nie zdając sobie sprawy, że ta linia była jedną z ważniejszych. Sterowała wyrzutniami z urządzenia wynośnego.
Rosyjska przestrzeń powietrzna, niedaleko granicy z Tadżykistanem, załoga A-50 Sił Zbrojnych FR.
— Mamy sygnał, przejęli cele, ale wsparcie „celów” już wie o ataku. Podali sygnał „Duma”. Mamy potwierdzenie z „Zasłona”. Tamten sektor czysty — zameldował radiooperator będący na nasłuchu częstotliwości współdziałania.
— Witja, jak radar, wszystko OK? — zapytał dowódca statku powietrznego.
— Radiolokacyjnie czysto, nic nie operuje — odparł operator radaru.
— Nadawaj sygnał Thor — nakazał pilot radiooperatorowi.
— Przyjął, Thor — skwitował tamten i momentalnie przekazał informację do dowódcy zestawu Toczek.
— Pełna koncentracja, tam nic nie może wlecieć, jasne! — usłyszeli wszyscy od dowódcy A-50.
— Tak toczna.
Pozycja bojowa grupy Wympieł, w tym samym czasie.
— Cele przejęte, co z ochroną? — usłyszałem w zestawie nadawczo-odbiorczym.
— Neutralizacja, powtarzam, neutralizacja — jakże łatwo wydawałem wyroki śmierci.
Tylko, na kogo? Na jebanych wojowników, ludzi? Kurwa, nie ludzi, bo nazwanie ich tak byłoby ujmą. Nie miałem wyrzutów sumienia, szczególnie po tym, co zrobili mojej rodzinie.
Mieliśmy skurwysynów. Zgodnie z planem wraz z pojmanymi, moi ludzie mieli się cofnąć na wyznaczoną rubież i tam oczekiwać na uderzenie rakiet balistycznych. Miały jebnąć dwie, w oba zgrupowania. Nakazano czekać tam, a sekcje „Zasłona”, posprzątawszy po „rakietówce” zobligowane były dać nam sygnał, że z pojmanymi mamy ruszać w wybranym kierunku.
Wrócili, wrócili wszyscy. „Firuz” delikatnie draśnięty, a reszta w stanie, w jakim się tu znaleźliśmy.
— Uderzyli? Powinniśmy słyszeć i widzieć. Tamci ruszyli, pewnie z dwóch stron — „Amur” zadał pytanie, na które nie byłem w stanie odpowiedzieć.
— Kurwa, coś jest nie tak, powinni jebnąć — zgodziłem się z nim i jak na zbawienie oczekiwałem eksplozji.
— Tu „Priom”. Idą — padło suche stwierdzenie.
— Tamci pewnie też ruszyli — „Zozo” dodał swoje.
Miałem dylemat, cholerny problem, co zrobić.
Pozycja bojowa dwóch zestawów „Toczka-U”, kilka minut wcześniej. Tadżykistan, około stu kilometrów w linii prostej do strefy działań „Wympieła”.
— Dawać — padł nieregulaminowy rozkaz z ust majora do obu wyrzutni.
Załogi ich się bały. To były starocie, niby zmodyfikowane rakiety, niby wydłużony zasięg, ale cykor był. Nikt w tych latach, o zdrowych zmysłach, nie odpaliłby tego zestawu bezpośrednio z kabiny. Tylko „wynos” — dla bezpieczeństwa swojego i ludzi, bo co mogło się stać…
— Przyjąłem, realizuję Thor — zameldował dowódca pierwszej „Toczki”, a po chwili drugi uczynił to samo.
— Wykonać — padło i obaj operatorzy nacisnęli odpowiednie przyciski na swych zestawach.
I dupa, jak rakiety tkwiły ustawione w pionie na wyrzutniach, tak tam spoczywały nadal. Nic nie zadziałało i nie miało zamiaru.
— Kuuuurwa, sprawdziliście wszystko? Wy jebane wypierdki dzikiej świni. Wypierdalać i szukać!!!! — dowódca wrzeszczał, rzucając gromy z oczu na wszystkich.
Rozbiegli się, szukając przyczyny, a czas leciał…
Pozycja bojowa grupy „Wympieł”, w tym samym czasie.
— Kurwa, zabieraj ludzi i spierdalaj stąd, coś się pojebało. Natychmiast! — wrzasnąłem na „Amura”.
— Gdzie? — zapytał.
— Na kirgiską stronę, tam łaził ich porucznik, mam doświadczenie, skitracie się tam. Nie przejdziecie, ale poczekacie — waliłem ostro i on musiał to dostrzec. — „Amur”, towar najważniejszy, słuchaj się kirgiza, on zna teren. Poniał!
— Da, poniał — odpowiedział — A ty? — zadał pytanie. — Mam dawać ludzi do ewakuacji.
Popatrzyłem na niego, przecież dowodził od czasu mojego postrzelenia i teraz miał taki dylemat. Każdy w specnazie to wiedział. Pozostawić.
— Zdobyliście coś na nich? — zapytałem.
— Tak, pekaśkę i jakieś gówna, ten Tadżyk, podoficer, to przywlókł — odpowiedział.
— Dawaj ją na tamto stanowisko.
— Co ty chcesz kurwa zrobić?
— Ktoś tu kurwa musi zostać, żeby do bazy podać koordynaty, nowe koordynaty — zrozumiał, wręczając mi dwa obronne granaty.
— Kurwa, Wiktor — głos mu się załamał.
— Zabieraj ludzi i spierdalaj, i nie chcę tu widzieć Vesty — pogoniłem go.
— Kurwa — wyszedł z moim imieniem na ustach i usłyszałem, jak zbiera ludzi.
Wyczołgałem się z kryjówki i dotarłem do zdobycznej pekaśki. Przeładowałem i skierowałem ją w kierunku, gdzie spodziewałem się wroga.
Skurwysyny schodziły, przez noktowizor widać to było. Jak wszy na kołnierzu, ich ilość rosła. Jeszcze byli za daleko, ale mając karabin maszynowy w dłoniach, czułem się pewniej.
— Odchodzimy, ja po ciebie wrócę — usłyszałem głos „Rustama” w eterze.
— Wiktor, wrócimy — to był płaczliwy głos „Vesty”, na radiowych falach.
Przypierdoliłem pierwszą krótką serię w tamtym kierunku. Kontrolną, by wyczuć kaema. Poprawiłem. Polubiliśmy się, a przynajmniej ja jego.
Zdałem sobie sprawę, że nastała ta chwila, gdy stałem się najsłabszym ogniwem teamu. Opóźniałbym tylko marsz, angażując minimalnie jedną osobę, a tak mogłem ściągnąć na siebie uwagę przeciwnika i umożliwić moim ludziom wycofanie się, bo zdołali opuścić rejon, nim tamci się pojawią.
— Wychodzą z drugiej strony, wesprzeć cię — usłyszałem „Prioma”.
Nie, nie mogłem na to pozwolić. Miał nawiązać łączność z przełożonymi i podać nowe „gridy”.
— Nie, podawaj im koordynaty. Kwadrat… — zacząłem.
— Kurwa Wiktor, to twój kwadrat, co odpierdalasz?
— Podawaj, idą w moim kierunku, nim rakiety dolecą, będą dokładnie tutaj. To rozkaz.
Przypierdoliłem kolejną długą serię, a tamci odpowiedzieli ogniem. Byli w zasięgu skutecznego rażenia. Rozśrodkowali się, nacierając szeroką tyralierą.
Rosyjska przestrzeń powietrzna, niedaleko granicy z Tadżykistanem, załoga A-50 Sił Zbrojnych FR.
— Wympieł podaje nowe koordynaty, tylko kurwa mi coś tu nie gra albo oni… — wyrzucił z siebie radiooperator.
— Co ci kurwa nie gra? — zapytał pierwszy pilot.
— Oni podają kwadrat, gdzie przebywają, przynajmniej ci, co pozostali.
— Pierdolisz? — pilot nie dowierzał.
— Co robić?
— Przekazuj, oni wiedzą, co robią, zadanie najważniejsze.
Zakodowane koordynaty trafiły do stanowiska dowodzenia wyrzutni „Toczka-U”.
Pozycja bojowa dwóch zestawów „Toczka-U”, Tadżykistan.
— Ruchy kurwa ruchy, Jewgienij wprowadzaj nowe koordynaty. Szybciej — poganiał swoich ludzi dowodzący zgrupowaniem.
Udało im się znaleźć uszkodzenie, jebany kabel sygnalizacyjny wysunął się ze skrzynki teletechnicznej. Naprawili, ale zajęło to nieco czasu. Wprowadzali kombinację cyfr, tak szybko, jak tylko potrafili.
— Pierwsza gotowa!
— Druga gotowa!
— Agoń!!! — wrzasnął dowodzący.
Ważące ponad dwie tony rakiety wzbijały się w powietrze z wyrzutni zamocowanych na pojazdach BAZ-592. Wznosiły potężny tuman kurzu, zakrywając całkowicie pojazdy-amfibie, na których były zamontowane. Ogromne jęzory ognia silników rakietowych obu śmiercionośnych pocisków rozświetliły teren poligonu.
— Radzik, nadawaj do naszych, że poszły obie — usłyszał rozkaz operator łączności i natychmiast połączył się z załogą A-50.
Najgorszy okres minął, gdyż czasami zdarzało się, że rakieta, wzbiwszy się, po kilku sekundach wariowała lub eksplodowała w powietrzu, a wtedy kasetowe głowice, mogące pokryć rejon 7000 metrów kwadratowych, opadłyby na nich, siejąc spustoszenie i śmierć.
Teraz te mierzące blisko 6,5 metra cielska pędziły z prędkością 1100 m/s w kierunku wyznaczonego celu. Po modernizacji wydłużono ich zasięg do 120 kilometrów, a dokładność trafienia w cel oscylowała w granicach 160-250 metrów.
— Przekazano, informacja przyjęta — usłyszał major i odetchnął z ulgą, nalewając sobie sporą porcję wódki do metalowego kubka.
„Współczuję tym, co tam są, ale do chuja to terroryści” — przeszło mu przez myśl.
Nie zdawał sobie jednak sprawy, że w potencjalnym sektorze rażenia pozostawało dwóch ludzi z „Wympieła”. Reszta spec-grupy zdołała wymknąć się i przekraczała właśnie granicę tadżycko-kirgiską wraz z pojmanymi watażkami.
Rejon walki Wiktora, kilka minut wcześniej.
Napierdalałem z PKM, jak tylko mogłem, i o ile wcześniej waliłem krótkimi seriami, to teraz, gdy coraz wyraźniej majaczyły mi sylwetki terrorystów, tłukłem jak wściekły. Nie miałem zapasowej lufy, ale błogosławiłem fakt, że przygotowane były dwie zapasowe pozycje ogniowe, niezbyt dalekie od siebie. Zmieniłem już jedną, bo poprzednią odkryli i starali się mnie nakryć ogniem.
— Przekazano, czekam na sygnał, że Toczki poszły, schodzę do ciebie — usłyszałem w słuchawkach głos „Prioma”.
— Zabraniam, bierz radio i wypierdalaj z nim w górę.
— Nie zostawię cię kurwa!
— Wypierdalaj, to rozkaz.
Nie odpowiedział. Odsunąłem kolbę PKM i ująłem subkarabinek z granatnikiem. Posłałem w kierunku atakujących 40-milimetrowy granat WOG-25P, ten, który po upadku jest wyrzucany na wysokość jednego metra i tam eksploduje. Nie miałem ich dużo, ale starałem się walić nimi nawet na oślep w kierunku domniemanego przeciwnika, gdyż to z pewnością studziło jego zapały.
Pociski latały nad głową. Już dwukrotnie otarły się o hełm. Cudem było, że do tej pory jeszcze nie oberwałem, ale nieprzyjaciel miał tylko w swoim arsenale broń automatyczną i najprawdopodobniej nie posiadał noktowizji ani termowizji.
Nie dziwiłem się. Kto by przypuszczał, że na takim zadupiu spotkają się z elitarną jednostką rosyjską, a po drugie — tachaj ciężki sprzęt przez parę dni w górzystym terenie. To miało być normalne spotkanie, a że ciągnęli spore siły, oj, nie takie hordy operowały w Dagestanie i Czeczenii. Tam bandy liczyły po tysiąc chłopa.
— Toczki poszły — zameldował „Priom”.
— Gdzie jesteś? Daleko uszedłeś? — rzuciłem i puściłem znów cholernie długą serię.
Znów cisza w eterze. Miałem kurewsko złe przeczucia, że nie wykonał rozkazu i tkwił na swoim miejscu.
— Czterech z boku cię zachodzi, walę z granatnika, schowaj się! — jednak kurwa miałem rację.
PKM zamilkł po kolejnej długiej serii, a niedaleko mnie eksplodował pocisk z granatnika, a potem dało się słyszeć terkot kałasznikowa za moimi plecami.
„Koniec amunicji, zmieniaj pozycję” — wyrobione nawyki działały.
Chwyciłem AKU-74UB i przeskoczyłem do ostatniego stanowiska ogniowego. Poczułem tylko cholerne pieczenie w okolicy prawego uda. Oberwałem stycznie. Mogłem się poruszać. No kurwa, przecież nie byłem typem, którego kule się nie imają.
Na ślepo walnąłem z granatnika, gdy tylko znalazłem się w nowym miejscu. Seria z AKU, krótka, bo dostrzegłem chyba z dwie postacie.
— Okrążają cię, schodzę.
— Zabraniam.
— Nie pierdol.
Pocisk otarł się o hełm. Ta skorupa, nie po raz pierwszy, uratowała mi życie.
„Ile kurwa mogą lecieć te rakiety?” — pomyślałem, dostrzegając kilka metrów od siebie sylwetkę terrorysty.
Wiedziałem, że to on. Mieliśmy markery widoczne w podczerwieni, dzięki którym rozpoznawaliśmy swoich od obcych. Wyprułem w delikwenta serię. Subkarabinek zamilkł z prozaicznej przyczyny — w magazynku skończyła się amunicja.
Sięgnąłem do ładownicy i w tej chwili wpadł na mnie niezauważony szubrawiec z bojowym okrzykiem i przywalił ciało. Zwarliśmy się w walce, ale to on był na górze, w lepszej pozycji. Zamachnął się ręką, chcąc zadać mi cios, lecz zdołałem mu ją zablokować, unosząc swoją.
Stękał, jęczał i prychał, próbując złamać moją blokadę. Uniósł drugą…
W takiej chwili nie myślisz, nie kombinujesz, co zrobić. Masz wpojone nawyki, trenowane latami, i działasz jak zaprogramowana maszyna.
Prawą ręką go blokowałem, nie mogąc sięgnąć do kabury udowej po pistolet, ale lewa sięgnęła po szturmowy nóż. Nim nie uderzasz centralnie w korpus, bo gość może mieć kamizelkę, a ostrze ześlizgnie się po nim. Walisz orężem w bok delikwenta, szybko, głęboko i w różne miejsca, bo tam jest sznurowanie taktyczne, a kuloodporna nie chroni tego miejsca.
Zadawałem ciosy jak w amoku, czując, jak traci siły. Z góry ktoś wściekle walił z karabinka, a tuż obok mnie padła jedna postać. Gdy nie był już w stanie nic zrobić, zadałem mu ostatni cios nożem w oko, zrzucając go z siebie i sięgając po pistolet.
— Uważaj! — usłyszałem i dostrzegłem kolejnego napastnika, który wskakiwał do pozycji.
Zamachnął się AKM-em, ale tym razem byłem szybszy. Wystrzeliłem w delikwenta dwa, może trzy pociski, a on zwalił się na mnie martwy.
W tej chwili usłyszałem gwizd. Nie mogło być inaczej — kasetowe ładunki i rój uwolnionych odłamków z każdej z głowic leciały ku celom.
— Priom, wskakuj, nakrywaj się nim! — wrzasnąłem, zdając sobie sprawę, że kasetowe głowice obu rakiet eksplodowały.
Obie rakiety potrzebowały od momentu startu ponad sto sekund, by dotrzeć do celu. Głowica każdej z nich była wypełniona ładunkami kasetowymi.
Na wysokości 2250 metrów nad ziemią następuje automatyczne otwarcie kasety, po czym pociski spadają swobodnie i detonują w kontakcie z ziemią (celami), pokrywając obszar do 7000 metrów kwadratowych.
Nie na darmo wybrano taki typ głowicy, gdyż jest przeznaczona do niszczenia siły żywej oraz nieopancerzonych lub lekko opancerzonych pojazdów/wozów bojowych znajdujących się na otwartych przestrzeniach, a tak tutaj było.
Jebnąć w spory obszar, wyeliminować nieprzyjaciela, a tych, co przeżyją, miał załatwić „Zasłon”.
Ponad sto kasetowych bomb, każda mająca w sobie półtora kilograma TNT, spadało na nas, a jakby było mało, to jeszcze ponad 700 sporych odłamków raziło teren. Jeżeli powiem, że mina przeciwpiechotna PMD-6 z czasów II wojny światowej miała w sobie 200 gramów trotylu i potrafiła po eksplozji urwać dolną kończynę, to teraz można sobie uzmysłowić, co potrafiło półtora kilograma. Uderzenie obu rakiet można przeliczyć na jednorazową salwę stu granatów moździerzowych kalibru 81/82 mm, a to cholerna siła. O chmarze odłamków już nie wspomnę.
Bomby uderzyły. Czułem tylko huk i drżenie ziemi. Wszystko wokół się kotłowało, a eksplozje okalały nas ze wszystkich stron.
Jebnęło gdzieś blisko. Raz, potem drugi. Podmuch cisnął ciałem, które mnie nakrywało. Potem kolejna eksplozja. Nie słyszałem już nic, a drobiny ziemi uderzyły w twarz. Potem huk i straciłem przytomność…
Koniec ścieżki prowadzącej w kierunku pięciotysięczników. Kirgistan, kilkanaście minut później.
— Pierwszy tu piąta, odezwij się odbiór…
— Czwarty tu piąty, odezwij się, odbiór…
„Vesta”, jak w amoku, krzyczała w radio, a stamtąd nie dochodził żaden sygnał. Ryczała, płakała jak baba i nadal wywoływała obu towarzyszy, którzy tam pozostali. W tym piekle, bo tkwiąc tutaj, słyszeli huki eksplozji i to, co tam się działo.
— Przeżyli, obaj przeżyli, ja to wiem — tadżycki porucznik objął ją ramieniem i przytulił do siebie.
— Powinnam zostać przy rannym, jaki ze mnie medyk? — rzuciła i znów wywołała ich przez radio.
Wziął jej dłoń i na bok odłożył radio. Spojrzał prosto w oczy medyczki i zapytał:
— Kochasz go?
Ruchem głowy potwierdziła, nie mając ochoty kłamać. Nie teraz, nie w takiej sytuacji.
— Widziałem to, to jak się nim opiekowałaś, tak tylko działa kobieta z wielkim sercem, zakochana. Wrócimy po niego, przysięgam, choćbym sam miał tam iść — docisnął ją mocniej do siebie i pogłaskał po karku.
Wzięła radio z jego rąk, ale on zabrał je.
— Propagacja, to UKF, jesteśmy za daleko, nie usłyszą. Bądź cierpliwa.
— A jeżeli on…
Przyłożył jej palec do ust.
— Nie mów tak, nie wywołuj…
Dwa lata po uratowaniu Radka. Meldunek dotyczący postępów w tworzeniu sekcji w ramach „Barma” GRU Rosja. Klauzula dokumentu „Tajne Specjalnego Przeznaczenia”.
Obiekt w pełni sprawny. Po testach do specnazu. Skierowany do 45. gwardyjskiej dywizji celem stwierdzenia przydatności. Pełna amnezja. Przedstawione mu fakty przyjął jako pewnik. Podstawione osoby jako sąsiedzi uwiarygodniły wykreowaną wersję. Poziom sprawności fizycznej powyżej normy. Wskazany jako lider grupy „Barma POL”. Po praktyce w w/w jednostce i kolejnych testach w hipnozie, serum prawdy, w przypadku pozytywnych ocen skierować do GRU.
Podpisał pułkownik Koryszkin, koordynator projektu „Barma”.
4 komentarze
Shadow1893
Z odsłony na odsłonę zaskakujesz mnie coraz bardziej i dziękuję Ci za to. Nie ma nudy, jest: co jeszcze wymyśli?. Brawo!
Gazda
Ho Ho Ho, ale dajesz czasu.
Mam nadzieję, że następna część będzie równie dobra👍
Pumciak
No i zaszalałeś to jest chyba najlepszy odcinek serdecznie pozdrawiam .
Wombat
A gdzie tu szczęście Klaudii?
Jammer106
@Wombat
Na wszystko przyjdzie czas i pora. Spokojnie.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.