
Kiedy w końcu odzyskałam przytomność, byłam już gdzie indziej. W innym korytarzu podziemi... Jakieś czary? Czary starodawnych cywilizacji prekolumbijskich...
Ciemne, wilgotne korytarze starożytnej świątyni. Powietrze ciężkie od kadzidła, kurzu i czegoś metalicznego. Kamienne ściany pokryte rzeźbieniami przedstawiającymi demonicznych bogów o wyszczerzonych kłach i płonących oczach. I... monstrualnych członkach... Aż zadrżałam, bo wyobraziłam sobie, że któryś z nich zamierza mnie zaatakować... Wbić się we mnie jak jakiś bezlitosny preinkaski miecz...
W dłoni trzymałam pochodnię – jedyne źródło światła w tej mrocznej otchłani.
Suknia, którą jakimś cudem miałam na sobie, była w kolorze głębokiej oliwki – cienki, śliski materiał ciasno opinał moje ciało.
Czułam się przez to tak kobieco, wręcz ponętnie... Choć - pomyślałam - A kogóż ja tu miałabym kusić? Jakieś mumie?
Dekolt tak głęboki, że moje pełne, ciężkie piersi niemal wylewały się na zewnątrz, obramowane czarną, koronkowa koronką. Pomyślałam, że jakiś nieroztropny ruch - a wyskoczą mi ze stanika... Cóż to byłby za wstyd - zostać podejrzaną przez jakieś duchy...
Wysokie rozcięcie z boku odsłaniało całą długość uda, a czarna koronka pończochy z podwiązką delikatnie wrzynała się w skórę. Każdy krok sprawiał, że materiał szeleścił i przesuwał się po moich sutkach, które wciąż były boleśnie wrażliwe po tym, co zrobił ze mną Żywy Korzeń. Oj zrobił... moje sutki otrzymały solidną lekcję...
Serce waliło mi jak oszalałe.
Bo czułam... Nie... Wiedziałam, że nie jestem tu sama.
Z cienia za moimi plecami dobiegł niski, gardłowy pomruk. Ależ się wtedy przeraziłam. - O nie! Chyba żadnej inny stwór już nie czyha na moją cześć niewieścią... A jeśli?!
A jeśli jednak znów mam wpaść w czyjeś szpony??? Znów zostać wytarmoszoną... sponiewieraną...?
Przecież dotychczas żaden stwór nie oszczędził mojego biustu... Już tyle razy został wymacany... wymiętoszony... wygnieciony...
Przecież dotychczas żaden stwór nie oszczędził mojej piczy... Moja biedna piczka... Tyle razy już w tych podziemiach napastowana... chwytana... obłapiana... nadziewana... rozpychana...
Co jeszcze mnie spotka? Czy znów zostanę wychędożona???
Odwróciłam się gwałtownie, unosząc pochodnię.
Tam stał on.
Złoty Strażnik – prastary bożek-wojownik, o którego istnieniu mówiły tylko najbardziej zakazane inskrypcje.
Potężna, muskularna sylwetka pokryta połyskującym, jakby żywym złotem. Szerokie ramiona, potężna klatka piersiowa, wąska talia i biodra wojownika. Na głowie miał imponujący, ceremonialny pióropusz z ostrych, złotych elementów. Twarz – przerażająca i piękna jednocześnie: wyszczerzone kły, gorejące czerwone oczy i wyraz drapieżnego głodu.
Jego męskość okrywała jakaś tunika, ale wydatnie zdradzała, że pod nią kryje się potężny taran...
Aż ugięły się pode mną nogi. Jeszcze w życiu nie widziałam tak olbrzymiego fallusa. Tym bardziej - nie miałam takiego w sobie... Dlatego niemal natychmiast poczułam, jak moja myszka zaczęła pulsować... Jakby nieświadomie przygotowywała się na przyjęcie nieproszonego gościa... Jakby wyczuwała, że może nawiedzić ją niebywale potężny wojownik... Taki, który nie pozwoli jej zaznać litości...
Widok bożka zdawał się potwierdzać obawy.
W prawej ręce dzierżył grubą, drewnianą pałkę – nie za długą, ale masywną, o równomiernej grubości męskiego ramienia.
- Boże! Co on zechce mi zrobić tą pałką?! - To pytanie świdrowało mi umysł. Czy aby nie użyje jej do jakichś niecnych celów...
Czy owo "sponiewieranie mnie" na które się już przygotowywałam - nie przybierze zbyt brutalnego charakteru...???
Wskazywałoby na to, że... Na jej końcu widniały ledwo widoczne, stępione kolce.
Drugą ręką, z długimi, szponiastymi palcami, powoli sięgał w moją stronę.
- A więc chce mnie! Chce mnie dorwać... I zapewne posiąść... Czy jest dla mnie jakiś ratunek??? - myślałam gorączkowo - Czy jednak nie ma...?
– Nie zbliżaj się… – wyszeptałam, ale głos mi drżał. Jego ton nie brzmiał zbyt stanowczo. Wprost przeciwnie - mógł tylko zachęcać napastnika do czynienia swej powinności...
Moje ciało, wciąż rozgrzane i wrażliwe po poprzednim „obcowaniu”, zareagowało zdradziecko. Poczułam ciepło spływające między udami.
Stwór zrobił krok naprzód. Pałka stuknęła o kamienną posadzkę. Złote mięśnie napięły się pod skórą, a między jego mocnymi udami wyraźnie zarysował się potężny, nabrzmiały kształt – męski atrybut boga, ciężki, wręcz arcyciężki i pulsujący, pulsujący wprost niebywale. Z pierwotną, nieokiełznaną siłą — jak żywe serce starożytnego boga, uwięzione w nabrzmiałym, żylastym trzonie. Każde uderzenie gorącej, boskiej krwi sprawiało, że gruba, ciemna żyła na jego długości nabrzmiewała i opadała w hipnotycznym rytmie, jakby sam czas zwalniał w obliczu tej pradawnej żądzy. Fallus drgał i tętnił, podrygując ciężko, nabrzmiały do granic możliwości, lśniący od wilgoci i napięcia, gotowy rozerwać rzeczywistość i wypełnić ją po brzegi swoją gorącą, nieubłaganą obecnością.
Jakby już gotowy spełnić kolejną część starożytnej przepowiedni.
Cofnęłam się o krok, ale plecami uderzyłam o zimną, rzeźbioną ścianę. Pochodnia zadrżała mi w dłoni.
– Jesteś… następny? Jesteś z tej przepowiedni??? – zapytałam drżącym głosem, choć dobrze znałam odpowiedź.
Złoty Strażnik przechylił głowę, jakby rozbawiony moją naiwnością. Jego oczy powoli zjechały po moim ciele: po rozchylonym dekolcie, po koronkowym wykończeniu sukni, po odsłoniętym udzie.
Pałkę oparł sobie na ramieniu, a drugą ręką wykonał powolny, zapraszający gest.
Chodź.
Wiedziałam, że nie mam wyboru. Legenda mówiła jasno – biała kobieta o wielkich piersiach miała zostać Matką. Najpierw Żywy Korzeń miał przygotować łono… a potem przyszedł czas na Złotego Strażnika, by dokończył dzieła.
Serce waliło mi w gardle, a sutki stwardniały pod cienkim materiałem oliwkowej sukni. Między nogami czułam wilgoć.
Uniósł pałkę i delikatnie, niemal pieszczotliwie, przesunął jej gruby trzon po moim ramieniu, potem po obojczyku, aż zatrzymał się w głębokim rowku między piersiami.
Jęknęłam cicho.
Gorąca, złota dłoń złapała mnie za biodro i przyciągnęła bliżej. Poczułam, jak jego potężny, gorący członek przyciska się do mojego brzucha przez cienki materiał sukni.
– Ach... czy ta przepowiednia musi się spełnić… – wyszeptałam bezsilnie, patrząc w te płonące oczy. – Czy musisz mi to zrobić?? Czy musisz mnie posiąść…?
Złoty Strażnik wydał niski, triumfalny pomruk. Pałka z głuchym stukiem upadła na ziemię. Obie jego potężne ręce złapały mnie w pasie i uniosły, jakby nic nie ważyła.
Suknia zsunęła się z jednego ramienia, całkowicie odsłaniając pierś.
Wtedy zrozumiałam, że noc w tej świątyni, którą przepowiadała starożytna legenda, dopiero się zaczyna.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Historyczka
Jak potraktuje mnie złoty cielec? Co może się tu wydarzyć, żeby nie było przewidywalnie oraz, żeby nie było sztampy?
takisobie
Rozpędzasz się
Fantazyjny999
Złoty dopiero pokaże co to seks z bogami ….
Historyczka
@Fantazyjny999

O boski!
Fantazyjny999
@Historyczka mowisz że aż tak był dobry 😜😈
Historyczka
@Fantazyjny999
A no właśnie? Co tu powinno się wydarzyć?
Fantazyjny999
@Historyczka wielokrotne nieustanne napełnianie złotym płynem by zapłodnić zgodnie z przepowiednia ... Marta poddana wielogniowemu naratonowi...