Marta N. - Prolog

Mam na imię Marta i chciałabym opowiedzieć czy przedstawić historię mojej pierwszej, właściwie jedynej miłości. Obecnie nie jest czymś niezwykłym, kiedy bardzo młoda dziewczyna zakochuje się w chłopaku i jeżeli on to odwzajemnia (lub przynajmniej robi czy wywołuje po prostu takie wrażenie), to w większości przypadków zamieszkują razem czy to u rodziców któregoś z nich czy też wynajmując jakieś lokum, o ile ich na to stać. W czasach mojej młodości takie sytuacje raczej nie zdarzały się, a moja pierwsza miłość dopadła mnie w okresie, kiedy nie mentalnie, ale fizycznie wyglądałam podobno na czternaście lat i trwa do dzisiaj. Ale po kolei. Mieszkałam wtedy z moją rodziną w Gdyni, miałam prawie szesnaście lat i byłam bardzo drobną dziewczyną, najmłodszą z czterech córek, wychowywanych przez samą mamę. Bardzo często takie ostatnie dziecko określano mianem 'wyskrobka', bo bywało, że najmłodsze dziecko fizycznie rozwijało się wolniej od wcześniej urodzonego rodzeństwa. Tak było też ze mną, bo mentalnie byłam normalnym dzieckiem, natomiast fizycznie wyglądałam znacznie młodziej. Ojciec odszedł od nas wkrótce po tym, kiedy się urodziłam. Podobno załamał się psychicznie na wieść, że przyjdzie mu żyć z pięcioma 'babami'. Na szczęście mama miała dobrze płatną pracę, do tego dorabiała, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość, a że była dobrą ekonomistką i nie tylko, to i pracy jej nie brakowało. Tak więc mamy praktycznie nie było w domu, ale przez to, pomimo braku ojca, nie odczuwałyśmy biedy. Odczuwałyśmy za to brak mamy i odkąd pamiętam, to nami i domem zajmowała się na początku nasza babcia, która miedzy innymi z tego powodu przeszła na wcześniejszą emeryturę, ale później opiekę nad nami praktycznie przejęła nasza najstarsza siostra Halina, która miała wtedy około dziesięciu lat. Mama pracowała w biurze jako główna księgowa, poza tym opracowywała i wykonywała dla szefa firmy wszystkie niezbędne symulacje, analizy ekonomiczne czy inne, związane z ekonomiką i działalnością firmy zadania, tak, że poza niedzielą nie było jej praktycznie w domu, ale za to mogła nam zapewnić niezbędne środki do życia, bo ojciec dawał jej jakieś pieniądze na nasze utrzymanie, ale gdyby nie zapobiegliwość, mądrość życiowa i przedsiębiorczość mamy, to pewnie byłoby z nami nieraz 'cienko'. Tak więc, pomimo, że tworzyłyśmy dość liczną 'babską' rodzinę, nie było źle. Nigdy nie byłyśmy głodne czy zaniedbane, żyłyśmy skromnie, ale na wszystko wystarczało. Mama była jeszcze stosunkowo młodą kobietą, bo wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat, będąc już w zaawansowanej ciąży z Haliną, owocem wielkiej, niemal szalonej miłości pomiędzy mamą i tatą. To były czasy, kiedy o antykoncepcji czy regulacji urodzin raczej się nie mówiło lub mówiło niewiele, a że rodzice cieszyli się dużym uczuciem do siebie i niewiele mniejszym temperamentem, więc i dzieci przybywało. Po Halinie, która urodziła się niedługo po ślubie rodziców, w niecałe półtora roku później mama urodziła następną dwójkę, bliźniaczki Sabinę i Martynę. Ojciec podobno bardzo mamę kochał, więc koniecznie chciał 'sprawdzić się' i mieć syna, a mama kochając go pewnie nie mniej, widząc jego rozczarowanie trzema córkami, też pewnie uznała, że ojciec zasługuje na syna i w wyniku tych 'poszukiwań' poczęli mnie. Podobno wszystko zapowiadało, że rzeczywiście urodzi się syn. Piękny wygląd mamy, gładka skóra, blask w oczach, błyszczące włosy, 'huśtawki' w zakresie smaków i tym podobne oznaki miały o tym świadczyć, ale wyszło jak zwykle. Tak więc znowu w niecałe dwa lata (właściwie po kolejnym półtora roku) urodziłam się ja. To pewnie przelało u ojca czarę goryczy i być może, że właśnie to spowodowało jego odejście od mamy i porzucenie nas, bo wmawiano mu, że na pewno będzie syn, a okazało się, że to kolejny 'dziurawiec'. Stało się, jak się stało i nic tego faktu nie zmieni, ale prawdą jest też to, że ojciec z następną partnerką rzeczywiście spłodził syna, co spowodowało, że o nas co prawda nie zapomniał, ale nie byłyśmy już jego ukochanymi córuniami, jak mawiał przy spotkaniach z nami po rozwodzie z mamą. Nie powiem, że nasze kontakty urwały się całkowicie, ale po urodzinach naszego przyrodniego brata, kontakty te nie były już tak serdeczne i spontaniczne jak poprzednio, podobnie jak kwoty pieniężne, które dawał na nas mamie. Należy dodać, że w sprawie alimentów to mama kierując się swoistym honorem i ambicją, nie występowała o nie oficjalnie i pieniądze, które dostawała od ojca były jego dobrowolnymi datkami, do których poczuwał się, płodząc z mamą cztery córki. Prawdopodobnie oficjalne sądowe alimenty na nas byłyby pewnie wyższe, ale to, że dawał mamie jakiekolwiek środki w dobrowolny sposób, wpływało w znaczący sposób na ciepłe relacje z nami oraz na jego przyjazne relacje z mamą. Dość długo po rozwodzie z ojcem mama nie mogła pozbierać się psychicznie, nie nawiązywała i nie utrzymywała też jakichkolwiek kontaktów z mężczyznami, częściowo pewnie w wyniku rozczarowania jakiego doznała z ojcem, którego bardzo kochała, a on ją porzucił i zostawił z czwórką dzieci, ale przede wszystkim z braku czasu. Zdarzały się co prawda takie momenty czy sytuacje, że starsze siostry naradzały się i próbowały coś w tym kierunku zrobić, rozglądając się i upatrując wśród znajomych czy wręcz nieznajomych mężczyzn potencjalnego partnera dla naszej mamy. Chcę dodać, że nasza mama była piękną i dbającą o swój wygląd kobietą, mogła podobać się mężczyznom, ale 'wianuszek' otaczających ją czterech córek, skutecznie odstręczał lub odstraszał potencjalnych kandydatów na partnera mamy. Mamie widocznie też specjalnie nie zależało za bardzo na nawiązaniu jakiegoś romansu, bo po kilku nieudanych próbach nawiązania stałego kontaktu z mężczyznami oraz związanych z tym rozczarowaniach, uznała jak sama mówiła, że swoje już przeżyła i dla niej najważniejszym priorytetem w życiu stało się wychowanie nas na porządne kobiety i zapewnienie nam do tego odpowiednich warunków. Mieszkałyśmy z mamą w ładnym, dużym trzypokojowym mieszkaniu w starym budownictwie, ale wyremontowanym i przerobionym w sposób, zapewniający w miarę komfortowe warunki mieszkaniowe dla dużej rodziny. W czasie remontu wykonanego jeszcze w czasie, kiedy ojciec był z mamą, pomieszczenie służące za garderobę i podręczny schowek, przerobiono na łazienkę, której w starych przedwojennych mieszkaniach w tej kamienicy nie było. Były tylko wspólne ubikacje na każdym poziomie, po jednej kabinie, przyporządkowanej do danego mieszkania. Teraz można się zastanawiać, jak w takich warunkach żyło się w tamtych czasach mieszkańcom, ale jakoś tam żyli i pewnie nawet nie narzekali, bo wszyscy jechali na 'na jednym wózku' i mieli takie same warunki. Tak więc przez remont i wykonanie łazienki, znacząco został podniesiony standard naszego mieszkania oraz zapewniony odpowiedni komfort czy wygoda dla jego użytkowników czyli dla nas. W ślad za rodzicami podobne przeróbki zaczęli przeprowadzać pozostali mieszkańcy kamienicy, chociaż nie u wszystkich było to łatwe, z uwagi na brak odpowiednich pionów wodnych czy kanalizacyjnych. Kiedy ojciec opuścił nas, mama zajęła ze mną jako niemowlakiem duży pokój, pozostałe dwa pokoje przeznaczając dla córek. Jeden z pokoi zajmowała sama Halina, jako najstarsza z córek, drugi pokój zajmowały bliźniaczki; Sabina i Martyna. Duży pokój zajmowany przez mamę, był jednocześnie pokojem dziennym dla wszystkich, ponieważ oprócz dużej powierzchni posiadał dodatkowo dużą wnękę na sypialny mebel, w której swobodnie mogła zmieścić się wersalka czy sofa, nie mówiąc o powszechnie używanym w tych czasach szerokim tapczanie. Wnęka odgrodzona była od pozostałej części pokoju wzdłużną belką z zamocowanym karniszem, na którym wisiała ciężka, płócienna kotara, zapewniająca śpiącym w niej osobom sporo autonomii i intymności. Wnęka posiadała ponadto dość skuteczną wentylację, zapewniającą dobrą wymianę powietrza, o mniej więcej stałej temperaturze ok. 22 stopni, tak w lecie jak i zimie. Kiedy podrosłam i zaczęłam chodzić do szkoły, mama wygospodarowała z dużego pokoju również dla mnie osobne narożne pomieszczenie z oknem, odgrodzone od pozostałej części pokoju składaną meblościanką z chowanym tapczanem, szafą na odzież i biurkiem do nauki. Ponieważ pokój był duży, to pozostało jeszcze dużo wolnej przestrzeni, w której zmieścił się jeszcze duży wieloosobowy stół z krzesłami dla sześciu osób usytuowany przy drugim, szerokim, trójdzielnym oknie oraz mały stolik kawowy z fotelem i dwoma wygodnymi pufkami do siedzenia. Oprócz pokoi i łazienki mieszkanie posiadało dużą kuchnię wraz ze stołem przy którym spożywaliśmy posiłki. Było więc to dość wygodne lokum mieszkalne, urządzone w sposób pozwalający na jaki taki komfort bytowy. Umeblowanie i urządzenie pokoi oraz kuchni i łazienki było, jak na warunki w tamtych czasach, a także dostępność tak mebli jak i urządzeń czy sprzętu, dość przyzwoite i pewnie porównywalne lub lepsze od wyposażenia mieszkań innych rodzin w naszej kamienicy. I to właściwie tyle tytułem wprowadzenia do historii, którą chcę tu opisać i przedstawić....cdn...

franek42

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i miłosne, użył 1729 słów i 9786 znaków. Tagi: #zwiastun #wstęp #rodzina #mieszkanie

2 komentarze

 
  • POKUSER

    O, coś nowego. Cieszę się, że weny Ci nie brakuje :)

  • Robert72

    Witam te szczegóły w opisie, cały ty . Fajne .