Marta N. - cz. piąta

Marta N. - cz. piąta

     Szliśmy dość szybko, bo Tomek, wyższy ode mnie, narzucił dość szybkie tempo, tak że ledwo wyrabiałam w dotrzymaniu mu kroku, bo na jego jeden krok przypadały moje dwa. Ale nie chciałam, by zwolnił i raźnie dreptałam obok niego, bo dla wygody wysunęłam rękę z pod pachy i chwyciłam go normalnie za rękę. Przez całą drogę milczeliśmy, bo wiatr nie pozwalał na jakąkolwiek rozmowę. Po dwudziestu paru minutach dochodziliśmy do naszej kamienicy, a moja droga w przeciwną stronę do niego trwała prawie godzinę. Weszliśmy do wewnątrz i dotarliśmy do naszego mieszkania. Już miałam sięgać po klucz, ale Tomek nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte, więc weszliśmy oboje do przedpokoju, gdzie pojawiła się natychmiast Halina. Spojrzała na nas lekko zaskoczona.
- I co? Spotkała cię Tomku po drodze, czy szukała cię na terenie szkoły? - zapytała Tomka jak zwykle rzeczowa do bólu. To była cała Halina w tym pytaniu. W lot wydedukowała jak mogło być.
- Ważne, że dotarła i poradziła sobie. To ja zawaliłem, bo nie uprzedziłem was, że po egzaminie mogę zostać 'skoszarowany' w internacie tak jak w wojsku i nie będę mógł opuścić terenu internatu czy szkoły. A taką informację otrzymałem w wezwaniu na egzamin. Marta miała szczęście, że trafiła na kierownika internatu i ten chyba przez wzgląd na nią, wrócił do internatu, polecił dyżurnemu odszukanie mnie i pozwolił mi ją odprowadzić do domu, a nawet zostać do jutra. Nawet nie wiecie dziewczyny, kogo macie w domu? To młoda, ale przebojowa dziewczyna i trafnie ją oceniłem wczoraj, kiedy witaliśmy się, że da sobie w życiu radę - powiedział Tomek, wygłaszając wprost tyradę pochwalną na moją cześć. Zaczerwieniłam się i czułam jak mi policzki płoną, jakby mnie ktoś oblał wrzątkiem. Nie spodziewałam się takiej pochwały, bardziej pretensji i opeeru za sprawienie kłopotu i problemu.
- I co teraz zamierzasz zrobić? Wracasz do szkoły czy zostajesz? - zapytała Halina, bez entuzjazmu i okazania choćby cienia zainteresowania czy chęci, aby został. Widziałam po Tomku, że zmagał się ze sobą, ale widocznie ambicja wzięła górę, bo słowa Haliny nie zachęcały do pozostania.
- Nie chciałbym wam sprawiać niepotrzebnego kłopotu, więc wracam do szkoły - powiedział to tonem, jakby wbrew sobie i podszedł do mnie.
- Trzymaj się młoda! Miło mi było, że chciało ci się szukać mnie na terenie szkoły. Dobrej nocy wam życzę - to mówiąc, objął mnie i przytulił na chwilę, potem pocałował w nadstawione przeze mnie usta. Podszedł do Haliny i chciał pożegnać się z nią, kiedy drzwi otworzyły się i stanęła w nich mama. Zobaczyła nas i widziałam błysk radości w jej oczach, że widzi Tomka.
- Przyszedłeś jednak! - powiedziała z niekłamanym zadowoleniem. Podeszła do Tomka, objęła go ramionami i mocno przytuliła, a potem wycisnęła soczystego całusa na jego ustach.    
- Widzę, że nie rozbierasz się? Musisz iść czy możesz zostać? - zapytała serdecznie.
- Może zostać, ale nie chce sprawiać kłopotu i postanowił wrócić do szkoły - uprzedziłam odpowiedź Tomka.
- A ty skąd o tym wiesz? - zapytała mama ze sporym zaciekawieniem.
- Jak to skąd? Była przecież u niego w szkole i musiał ją odprowadzić z powrotem - Halina powiedziała to z lekkim przekąsem w głosie, ale widziałam, że chyba musiała poczuć się nie za fajnie. Pewnie zdała sobie sprawę, że to jej słowa zniechęciły Tomka do pozostania.
- No to faktycznie jest o czym rozmawiać, a poza tym musisz nam opowiedzieć o egzaminie, wrażeniach, więc rozbieraj się. Nigdzie nie idziesz! - zdecydowała mama. Tomek zmieszał się lekko, bo widział, że Halina z jakichś sobie tylko znanych względów czy powodów była za tym, aby wrócił do szkoły, a mama wprost przeciwnie, chciała, żeby pozostał.  
- Ciociu, nie ma sprawy! Wpadnę kiedy indziej, bo w soboty i niedziele nie mamy zajęć - powiedział. Ale mamy to nie zadowalało, bo skoro już jest i może zostać, to powinien zostać.
     Dla naświetlenia i wyjaśnienia pewnych rzeczy, dotyczących naszej rodziny, wypada przytoczyć  kilka  słów o Halinie i pozostałych siostrach. Tak jak wspomniałam poprzednio, pomiędzy Haliną, a Tomkiem już podczas pierwszego spotkania w dniu wczorajszym nieźle zaiskrzyło, kiedy skrzyżowali pierwsze spojrzenia, ale Halina zachowała pewien pozór obojętności ze względu na swojego chłopaka Piotra. Byli z Tomkiem prawie rówieśnikami, więc trudno się dziwić, że Tomek tak zareagował, bo Halina była naprawdę śliczną dziewczyną o urodzie kandydatki jeżeli nie na miss Polski, to Trójmiasta na pewno. Nie piszę tego dlatego, że to moja siostra, ale nieraz obserwowałam, jak na jej widok reagowali mężczyźni, młodzi i starsi, zresztą urodę wzięła po mamie, która dobiegała czterdziestki, a pod względem wyglądu, figury i urody wyglądała lepiej niż niektóre gwiazdy pokazywane w telewizji.  
     Do dziś zastanawiam się, co spowodowało, że tata odszedł od mamy i związał się z kobietą może trochę młodszą od mamy, może niebrzydką, ale jej uroda raczej nie 'powalała na kolana', gdy tymczasem mama z wyglądu i urody przypominała wtedy obecne kobiety, o których mówi się, że jest to 'laska nebeska' jak mówią Czesi, albo 'kobieta warta grzechu' jak mówią Polacy.  
     Ale wracam do Haliny i przyczyny, z powodu której Halina dawała Tomkowi do zrozumienia, że nie jest nim specjalnie zainteresowana. Otóż moja najstarsza siostra o nie banalnej czy nieprzeciętnej urodzie była związana od kilku lat ze starszym od niej o dziewięć lat chłopakiem czy facetem, kierowcą o imieniu Piotr, pracującym w regionalnej firmie PKS, obsługującej również dalekobieżne trasy krajowe, ale głównie międzynarodowe. Piotr pracował w tzw. turnusie, czyli 20 dni w wyjazdach i 10 dni wolnego. Osobiście tak ja, jak i pozostałe siostry lubiłyśmy Piotra, bo odwiedzając nas czy spotykając się z Haliną, obdarowywał ją przywiezionymi prezentami, ale nie zapominał również o nas.  
     Zauważyłam jednak, że wizyta Tomka, jego pobyt w naszym domu, a także zachowanie, bezpośredniość, serdeczność i otwartość, a przede wszystkim jego wysportowana męska sylwetka i uroda dały Halinie wiele do myślenia. Poza tym, Tomek posiadał podobnie jak Halina wykształcenie średnie i teraz zamierzał uczyć się w szkole morskiej, po ukończeniu której może  pływać w polskiej flocie handlowej. Zawód oficera w marynarce handlowej był dość wysoko oceniany tutaj na Wybrzeżu, więc Halina zaczęła mieć naprawdę duży problem, bo Tomek bardzo jej się spodobał. Nic dziwnego, był naprawdę przystojny, wyczuwała w nim bratnią duszę i w porównaniu z Piotrem górował nad nim wszystkim; urodą, wykształceniem, elokwencją, a nawet tym jak na nią nieraz patrzył. Czuł się onieśmielony jej urodą, ale jego oczy mówiły wprost; 'podobasz mi się i będę walczył o ciebie'.  
     Tomek spodobał się nie tylko Halinie czy mnie, bo i starsze siostry bliźniaczki Sabina i Martyna nie spuszczały oka z Tomka, kiedy pojawiał się w ich polu widzenia. Zresztą nie tylko siostry, bo przecież widziałam jakim spojrzeniem patrzyła czy wodziła oczami za Tomkiem nasza mama. Jego spojrzenia rzucane w stronę mamy, też mówiły same za siebie. Byłam młodą nastolatką, ale myślałam nieco poważniej niż przystoi szesnastoletniej  dziewczynie i dlatego nie jest mi teraz dziwne, że myśli o Tomku nie dawały mi spokoju. I przyznaję teraz, że już wtedy nie były to myśli dziewczynki ale starszej nastolatki, marzącej o pięknym księciu (chłopaku).  
     Oczywiście nie były to też marzenia z podtekstem erotycznym, bo w porównaniu do obecnych dziewczyn w moim wieku, wtedy moja wiedza o sprawach damsko-męskich była więcej niż uboga. Przypuszczam, że moja mentalność w zakresie spraw erotycznych do pewnego stopnia pokrywała się z rozwojem fizycznym i myślałam nie jako szesnastolatka ale czternastolatka. Zresztą swój pierwszy 'okres' dostałam dopiero w czternastym roku, przygotowana odpowiednio przez Halinę.  
     Myśląc o tym z perspektywy tamtych lat, widzę jak to wszystko zmieniło się. Teraz już  dziewczynka w wieku dwunastu - czternastu lat jako tako rozgarnięta, interesująca się 'tymi' sprawami, posiadająca tablet, komputer czy smartfon z dostępem do sieci, wrzuci w Google jakiekolwiek hasło i otrzyma tyle odpowiedzi słownych czy obrazowych, że nie musi podpytywać o pewne rzeczy rodziców, sióstr czy starszych koleżanek, o ile oczywiście roztropny rodzic nie zablokuje jej dostępu do stron, które nie są przeznaczone dla dzieci. Ale i w takim przypadku uczynny kolega 'informatyk', który zna się na komputerach znacznie lepiej niż niejeden rodziciel czy rodzicielka, poinformuje ją w jaki sposób obejść zakazy i blokady rodziców. Ale do rzeczy.  
     Byłam przez mamę i siostry traktowana jako dziecko, ale niektóre sprawy stawały się dla mnie coraz bardziej zrozumiałe, niż można było sądzić w odniesieniu do mojego wieku. Wpłynęło na to chyba to, że wychowywałyśmy się bez ojca i musiałyśmy szybciej niż inne dzieci dorośleć. To być może było powodem, że moje marzenia nastolatki dojrzewały i stawały się realnym uczuciem, bo z chwilą pojawienia się Tomka w naszym domu, coraz częściej zaczęłam myśleć i marzyć właśnie o Tomku, który stawał się powoli moim idolem, zajmującym realnie moje myśli i marzenia.  
     Ale wracając do tematu. Kiedy mama zdecydowała, że Tomek może zostać, a on widząc, że Halina jest temu wprost przeciwna, chciał wracać do szkoły, mama w końcu nie wytrzymała.  
- Tomek! Popatrz na mnie! Możesz powiedzieć, dlaczego się upierasz i chcesz wracać? Źle się czujesz u nas? - drążyła, patrząc mu prosto w oczy.
A Tomek przyciśnięty przez ciocię do przysłowiowego 'muru' wił się jak piskorz, bo nie chciał urazić ani mamy ani Haliny, z czego chyba obie zdały sobie sprawę.
- Tomek, przepraszam cię! Przyznaję, że zapytałam cię czy idziesz czy zostajesz, w sposób, który mogłeś zinterpretować jako 'idź sobie'. Głupio mi, że tak to wyszło! Zostań, bo zrobisz przykrość mamie, Marcie i mnie też. Możesz przespać się w moim pokoju, tak jak dziś w nocy, a ja prześpię się z mamą - powiedziała i podeszła do Tomka, objęła go i wycisnęła całusa na jego ustach.
- A to na przeprosiny! I nie wydziwiaj już, dobrze? - dodała z uśmiechem na ustach.
- A mnie jest trochę głupio, że zajmuję twój pokój, ale nie mam zamiaru krygować się, kiedy jest mi dobrze i miło być z wami - powiedział i zrewanżował się jej całusem w usta, czego się nie spodziewała.
- To niech ci nie będzie głupio Tomku, bo prześpisz się ze mną, a nie w pokoju Haliny - powiedziała nagle mama i chyba piorun, który by wpadł do pokoju (podobno są takie pioruny), nie zrobiłby takiego wrażenia, jakie zrobiły słowa mamy na Tomku, Halinie czy na mnie.  
- No co robicie takie miny? Mój tapczan jest dość szeroki, tak że zmieścimy się oboje, a Halina nie musi czuć się 'wyrzucana' ze swojego pokoju. Ja z przyjemnością przytulę się do takiego przystojnego kuzyna i przypomnę sobie, jak to śpi się z chłopem w jednym łóżku, a ty co sądzisz o tym Tomku? - odezwała się mama wesołym głosem, jakby opowiedziała jakiś fajny,  niebanalny dowcip.
- Ciociu, co mam powiedzieć? Mnie też będzie miło leżeć, spać czy przytulać się do takiej
pięknej kobiety, a do tego cioci - odpowiedział z humorem, dostrajając się do wypowiedzi mamy.
- A ty też nie patrz na mnie takim zgorszonym wzrokiem. Nie bój się, nie będę gwałcić Tomka. Tapczan jest na tyle szeroki, że na przyzwoitkę zaprosimy Martę - mama powiedziała to lekkim, swobodnym tonem, zwracając się do Haliny, a ja chętnie uściskałabym ją za te słowa.
      A jednak opłaciła się wędrówka i ściągnięcie Tomka do naszego domu, chociaż zagadką była dla mnie zagrywka mamy ze spaniem w trójkę na jednym tapczanie. Doszłam jednak do wniosku, że było to pewnie wynikiem naszej porannej rozmowy, kiedy Tomek wyszedł do łazienki i moje słowa, że chcemy, żeby 'adorowana' czy 'bzykana' przez Tomka mama poczuła się ponownie kobietą, taką jaką była, piękną i pożądaną, odniosły właściwy skutek. Uznała więc, że nie ma co robić tajemnicy przed nami, że lubi Tomka i widząc, że mu się podoba jako kobieta, chce to wykorzystać.  
- Ciociu, zostanę pod jednym jeszcze warunkiem. Pójdziemy z Martą do sklepu i kupimy niezbędne wiktuały na kolację oraz śniadanie, bo pieniędzy pewnie byś ode mnie nie przyjęła - powiedział to tak zdecydowanym głosem, że ani mama ani Halina nie zaprotestowała.  
     Ustaliłam więc z mamą i Haliną co potrzeba kupić, a potem wraz z Tomkiem, trzymając się  za ręce, udaliśmy się na zakupy do pobliskiego sklepu, w którym pracowała Halina. Było mi tak lekko i radośnie, że ani wiatr, ani zapadający zmrok, nie robił na mnie wrażenia. A myśl, że będę spać z Tomkiem i mamą w jednym łóżku, dodawała mi wprost skrzydeł.  
     Szybko zrobiliśmy zakupy, gdzie Tomek na każdy produkt wkładany przeze mnie do koszyka, dokładał następny, a ja nie mogłam nic z tym zrobić, bo to on trzymał koszyk w ręku, a na koniec wrzucił jeszcze butelkę wina, takiego jakie pili w dniu wczorajszym, a dla nas kilka soków z owoców cytrusowych. Przy kasie Tomek dorzucił jeszcze dwie torby zakupowe i zapłacił sporo kasy za wszystko. Wracając do domu, wręcz chciało mi się tańczyć i krzyczeć z radości, że idę obok Tomka i mogę trzymać go za rękę. Widziałam, że Tomkowi też było miło, że tak chętnie z nim przebywam i wprost kleję się do niego. Chyba już wtedy mnie polubił i to nie tylko jako kuzynkę.  
     W powrotnej drodze Tomek zapytał mnie, czy jest tu gdzieś w pobliżu kwiaciarnia, która by była jeszcze czynna o tej porze. Była i to niedaleko od miejsca w którym byliśmy. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i zobaczyliśmy budkę, podobną do kiosku z gazetami tylko znacznie większą, a wewnątrz jeszcze ktoś się kręcił. Weszliśmy.
- Dobry wieczór! Ma pani może jeszcze jakieś kwiaty, które można by było wręczyć pięknej kobiecie, mojej cioci, podobnej trochę do pani - zagadał Tomek głosem, którym udobruchał by każdego, a nie tylko kobietę w średnim wieku, prawdopodobnie właścicielkę kwiaciarni. Widziałam, jak momentalnie wypogodziła się, bo chyba zakończyła handlowanie i szykowała się, aby nas wyrzucić.  
- Zostało mi jeszcze kilka róż pąsowych i herbacianych. Mam też jeszcze gerbery i goździki - odpowiedziała nadzwyczaj uprzejmie, kompletnie rozbrojona przez Tomka.
- Poproszę bukiecik z pięciu pąsowych róż i pięć luzem ze wstążeczkami  - poprosił Tomek.  
- Już panu przygotuję, ale mam tylko dwie gałązki zielonego - powiedziała, zwinnymi ruchami przygotowując bukiet z pięciu róż. Tomek kiwnął głową, że wystarczy. Przewiązała bukiet i luźne róże wstążeczkami, zamierzając owinąć całość papierem.
- Jedną proszę nie zawijać. Wezmę luzem - poprosił Tomek. Kwiaciarka wręczyła mu kwiaty.  
- A ta dla pani, za uprzejmość i życzliwe nas potraktowanie - powiedział, wręczając jej tę nie zawiniętą różę. Kobieta z wrażenia o mało nie usiadła.
- Ależ, proszę pana! Na prawdę nie potrzeba! Jest pan nadzwyczaj miły i uprzejmy - rozpływała się w podziękowaniach. Tym jednym gestem Tomek 'rozsmarował' ją jak masło na kromce chleba.
- Ile się należy? - zapytał Tomek, podtrzymując swój uwodzicielski ton głosu.  
- Nawet nie wiem czy panu coś liczyć? - zastanawiała się na głos. Tomek wyciągnął wiec pięćdziesiąt złotych i położył na ladzie.
- Ależ, co pan? Wystarczy dwadzieścia, jeżeli już - powiedziała i wydała mu resztę.  
No, no...- pomyślałam. Dziesięć róż za dwadzieścia złotych, kiedy jedna kosztowała przynajmniej pięć, ma chłop głowę do interesów, uwzględniając do tego późną porę i minę kwiaciarki, kiedy nas zobaczyła. Tomek podziękował i ruszyliśmy do domu.
- No kuzynie, potrafisz czarować! - powiedziałam z nieukrywanym podziwem.  
- Jednym słowem, a później gestem sprawiłeś, że kobieta, która pewnie zamierzała nas opieprzyć i wyrzucić, gotowa była za darmo oddać kwiaty warte pięćdziesiąt, jeśli nie więcej złotych - powiedziałam, bo po raz pierwszy zobaczyłam, jak łatwo mu przychodzi czarować kobiety.
     Wróciliśmy do domu. Po wejściu do przedpokoju Tomek szybko zdjął kurtkę i buty, a następnie oboje przeszliśmy do kuchni, w której krzątała się mama. Tomek odłożył siatki z zakupami, odwinął papier z kwiatów i podszedł do mamy.  
- Pozwolisz ciociu, że wręczę ci ten bukiecik, którego wczoraj nie mogłem nigdzie dostać, w podziękowaniu za miłe powitanie, życzliwość, pobyt i nocleg - powiedział tym swoim 'czarusiowym' głosem. Mamę wprost zatkało, kiedy wręczył jej bukiecik. Oczy jej zaszkliły się, objęła Tomka i wpiła się ustami w jego usta pocałunkiem, który mówił sam za siebie, aż i mnie samej łzy napłynęły do oczu.  
     A mama wprost promieniała szczęściem i radością. Poczuła się kobietą, która może jeszcze podobać się i która została doceniona i adorowana przez młodego mężczyznę. Kolejna kobieta, którą Tomuś 'rozsmarował' na 'chlebie' - pomyślałam. Kiedy w końcu mama pozwoliła Tomkowi na oderwanie się od niej, ten odwrócił się do mnie.
- Martuś, a to dla ciebie, za twoje serduszko, życzliwość i uganianie się za mną - powiedział żartobliwie i ze swoim uśmiechem na ustach wręczając mi pąsową różę. Uwiesiłam mu się na szyi i tak jak mama wpiłam mu się ustami w jego wargi.  
     Siostry jakby wyczuły, że w kuchni coś się dzieje, pojawiły się jak na zawołanie. A Tomek po kolei wręczał im pąsowe różyczki, tak jak się pojawiały, dziękując za uprzejmość, życzliwe powitanie i przyjęcie jego osoby oraz wesołość, bezpośredniość i bezpruderyjność; Martynie, Halinie i Sabinie. O dziwo, ta ostatnia widząc, że siostry bez problemu obejmują Tomka i soczystymi całusami dziękują mu za kwiatek oraz za jego słowa, zrobiła to samo już bez krygowania się czy wahania.  
     Po chwilowym zamieszaniu wywołanym przez Tomka podziękowaniami i buziakami za kwiaty, bliźniaczki zapytały Tomka czy mógłby im pomóc uporać się z jakimś problemem z fizyki. Tomek oczywiście zgodził się i został przez nie uprowadzony do ich pokoju.
     Nadeszła pora kolacji i mama wraz z Haliną przygotowały kolację z produktów, które przynieśliśmy ze sklepu i oczywiście mnie oberwało się za zakup takiej ilości jedzenia. Nie pomagały moje tłumaczenia, że nic nie mogłam zrobić, bo przecież to Tomek decydował i ładował do koszyka to, co uważał.  
- To mogłyście iść same z nim, a nie mieć teraz do mnie pretensji - otwarłam w końcu i ja buzię, bo miałam dość biadolenia i wyżywania się na mnie, za coś, co było poza mną i wyszłam rozżalona z kuchni do swojego kącika.  
W końcu mama wraz z Haliną przeniosły to wszystko, co przygotowały na kolację na duży stół do pokoju i poprosiły mnie, abym doprowadziła do stołu Tomka i bliźniaczki. Niezbyt chętnie, ale zapukałam do pokoju bliźniaczek. Nic, żadnego odzewu, więc zatłukłam się głośniej. Drzwi otworzyła Sabina.
- Co się dzieje? - zapytała krótko.
- Nic! Kolacja na stole w pokoju! - odparłam, jeszcze nie do końca wyluzowana po sprzeczce.
- Dobrze! Zaraz będziemy - oznajmiła i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.
     Wkurzyła mnie tym, więc nie pukając, otworzyłam drzwi do ich pokoju. Wbrew temu co powiedziała Sabina, widać było, że Tomek tłumaczy coś Martynie i wcale nie zamierza wychodzić. Weszłam więc do pokoju. Martyna, która wprost wisiała na Tomku, odsunęła się trochę od niego i popatrzyła na mnie takim trochę nie fajnym spojrzeniem, ale nie widziałam w tym złości na mnie.
- Tomku, mama z Haliną proszą wszystkich do stołu na kolację - zwróciłam się bezpośrednio do Tomka, zanim Sabina zdążyła mi przeszkodzić. Tomek odwrócił się do mnie i uśmiechnął w sposób, że miałam ochotę go uściskać.
- Spokojnie Martuś, już idziemy. Dziewczyny, nie możemy pozwolić, aby ciocia czekała. Martyno, mam nadzieję, że w jakiś sposób rozjaśniłem ci problem - powiedział i podniósł się z krzesła.
- Tomku, gdyby nasz nauczyciel chociaż trochę przybliżył nam ten problem w taki sposób, jak to ty zrobiłeś, nie musiałbyś nam teraz pomagać. Obie z Sabiną dziękujemy ci - podsumowała Martyna i podziękowała mu soczystym całusem w usta.  
- A ty Sabina, na co czekasz? - zwróciła się do siostry. Sabina wywołana przez Martynę podeszła do Tomka i mucknęła go w usta buziakiem, wywołując lekki uśmiech Tomka.
- Dziękujemy Tomku! A możemy zwrócić się do ciebie jeszcze, jak coś podobnego nam się przytrafi? - zapytała Tomka prawie nieśmiałym głosem.
- Pewnie! Jeżeli tylko będę w pobliżu, możecie na mnie liczyć - powiedział wesołym głosem.  
     A ja pomyślałam w tej chwili, jak spowodować, żeby Tomek mógł gościć w naszym domu tak często, jak tylko będzie mógł i czuł się potrzebny.  A póki co, zagarnęłam go ramieniem i razem podeszliśmy do stołu, gdzie usiadłam koło niego, odgradzając go od pozostałych sióstr. Kiedy pojawiła się mama, natychmiast zwróciła się do Tomka.
- Tomku, siadaj proszę na swoim miejscu. To miejsce na szczycie stołu od wczoraj należy do ciebie - powiedziała mama. Tomek chcąc, nie chcąc zajął miejsce na szczycie, a ja zaraz przy nim, po jego lewej stronie. Mama usiadła po jego prawej stronie. Nikt nie sprzeciwił się, że siedzę przy Tomku, co stało się od tej chwili, niejako moim przywilejem, żeby nie powiedzieć prawem. Zjedliśmy kolację i ja oraz mama z Haliną zajęłyśmy się sprzątaniem oraz myciem naczyń po kolacji, a Tomek jako pierwszy poszedł do łazienki. Nie miał swojej szczoteczki, a  ja miałam zapasową, więc zapukałam do łazienki. Uchylił drzwi.
- Mam dla ciebie nową szczoteczkę - powiedziałam, wręczając mu ją. Wziął i podziękował. Po chwili wyszedł z łazienki w szlafroku mamy, z wypranymi przez siebie skarpetami w ręku. Zobaczyłam, że rozgląda się, gdzie może je powiesić, więc zabrałam je i powiesiłam na kaloryferze w przedpokoju. Musiał je mocno wykręcić, bo były prawie suche. Po nim do łazienki poszła mama.
      A Tomek stanął w pokoju niezdecydowany, gdzie ma się położyć, jakby chciał ponownego potwierdzenia od mamy. Podeszłam więc do niego.
- Tomku, co z tobą? Chyba nie sądzisz, że mama żartowała, mówiąc, że będziesz spał z nami na jej tapczanie? - powiedziałam, widząc jak zmaga się sam ze sobą.  
- Już sam nie wiem! Trochę mi głupio - powiedział. Mama w łazience, więc wzięłam go za rękę i prawie siłą doprowadziłam do tapczanu.
- Ściągaj szlafrok i kładź się! - zwróciłam się do niego stanowczym głosem, bo przecież nie mogłam dopuścić, aby Tomek czy mama zmienili zdanie. A ja to co? - pomyślałam.
Pomogłam mu zdjąć szlafrok i prawie popchnęłam na tapczan. Zachwiał się, ale usiadł na tapczanie, a potem przełamał się wewnętrznie i zdecydowanym ruchem położył się i przykrył kołdrą.  
- Nie martw się Tomku! Zaraz do ciebie dołączymy - powiedziałam z pewnością w głosie, jakbym była starsza, a nie młodsza od niego.  Wzięłam szlafrok i podeszłam do drzwi łazienki.
- Mamo, to ja! Mogę wejść? - zapytałam.
- Możesz, wejdź! - usłyszałam. Weszłam i powiesiłam na wieszaku szlafrok. Mama właśnie wycierała się, stojąc obok wanny. Naga, wyglądała pięknie.  
- Co tak na mnie patrzysz? Coś nie tak? - zapytała niespokojnie, widząc mój wzrok.
- Mamo, jesteś piękna! A te twoje cycki wprost powalają - powiedziałam, uśmiechając się do mamy.  
- Dobrze, dobrze pochlebco! A co do moich cycków, które tak ci się podobają, to jesteś moją córką i pewnie tobie też wyrosną takie same, albo i ładniejsze  - odpowiedziała z uśmiechem.
- Widzę, że przyniosłaś szlafrok, to mam rozumieć, że Tomek położył się już, tak? - zapytała.
- Tak, położył się! Musiałam go wręcz zaciągnąć do tapczanu, bo zaczął zachowywać się jak panienka co to 'chciałaby, a boi się' - odpowiedziałam mamie.
- Co, wystraszyłaś się, że okazja spania z Tomkiem może ci przepaść, tak? - zapytała mnie mama wprost, jakby znała moje myśli.
- Mamo, wiesz, jak bardzo cię kocham i za to, że pozwalasz mi spać ze sobą i Tomkiem, nie ma rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobiła - odpowiedziałam, nie ukrywając przed mamą, że zależy mi na niej, ale również na Tomku.        
- A co będzie, jak Tomkowi coś się przyśni i będzie chciał kochać się ze mną? - drążyła mama.  
- Mamo, jeżeli to miałoby krępować ciebie czy Tomka, to wyjdę na tę chwilę, ale później powrócę, dobrze? - zwróciłam się wprost do mamy, dając jej do zrozumienia, jak bardzo chcę móc przytulić się do Tomka i spać obok niego.
- Nie będzie takiej potrzeby, a nawet jeśli, to jesteś już dużą dziewczyną i nie mam zamiaru trzymać cię w hermetycznym boksie i odizolowywać od realnego życia - powiedziała mama.
- Jak sądzisz, najlepiej położymy go w środku i obie będziemy czuć chłopa koło siebie? - zapytała mama żartobliwie, za co miałam chęć ją uściskać.  
- Ale tak zastanawiam się, co będzie, jak mu przyjdzie ochota na 'co nieco' i we śnie pomyli nas, a potem zamiast do mnie, zacznie dobierać się do ciebie, co wtedy? - wyraziła znowu na głos swoje wątpliwości.  
- Mamo, nie sądzę, żeby Tomek pomylił nas, nawet we śnie, ale gdyby tak stało się, to powiem mu, że to ja, a nie ty - próbowałam uspokoić mamę, myśląc przy tym, że nawet gdyby mnie Tomek trochę podotykał, a nawet popieścił, to przecież nic wielkiego by się nie stało.  
- Też tak myślę, bo mamy przecież trochę inne gabaryty, ale zanim się zorientuje, może cię gdzieś tam dotknąć, więc nie panikuj od razu - mama przyjęła za dobrą monetę moje tłumaczenie, a przynajmniej udała, że je w ten sposób odbiera.  
- Myślę więc, że wyjaśniłyśmy wszystko. Ja śpię z kraja, a ty od ściany, mam też nadzieję, że jedna kołdra nam wystarczy. Ja śpię bez majtek, ale ty raczej załóż, bo inaczej gotów nas nie poznać, a nie chciałabym, aby cię podziurawił przez przypadek, tak jak mi to przedstawiłaś rano, o ile pamiętasz, co mówiłaś? - dodała mama, zakładając kusą koszulkę, która nie zakrywała nawet połowy jej pośladków.
      Ale to była cała nasza mama. Przecież Tomek kiedy ją dotknie, zorientuje się i będzie wiedział dokładnie, dlaczego nie ubrała majtek i czego od niego oczekuje. I chyba o to jej chodziło, a ja nie odczuwałam nawet cienia zazdrości o mamę.  Prawdę mówiąc, to teraz sama żałowałam, że nie pozbawiłam się wcześniej 'cnoty' nawet sama, bo Tomek miałby mnie teraz na 'talerzu', tak jak mamę, a ja pewnie też nie miałabym nic przeciw temu, gdyby zanurzył we mnie tego swojego 'ptaka'.  
- Ty też pospiesz się, bo dziewczyny będą chciały skorzystać z łazienki - przypomniała mi mama, opuszczając łazienkę. Szybko więc załatwiłam się i zrobiłam wieczorową toaletę, a potem założyłam majtki i koszulkę, zgodnie z tym, co powiedziała mama.  
     Podeszłam do kotary przesłaniającej tapczan i usłyszałam odgłosy, świadczące, że mama dość głośno i intensywnie 'kontaktuje się' czy 'rozmawia fizycznie' z Tomkiem, więc na wszelki wypadek wycofałam się i położyłam na swoim tapczanie, starając się nie zasnąć, bo nie mogłam przecież nie skorzystać z okazji spania obok Tomka. ...cdn...

6 komentarzy

 
  • Xxxxxxyyyyyyyy

    Zajebiste ????????????

  • franek42

    @Xxxxxxyyyyyyyy Witam.  Aleś podsumował! No, ale jak się przyjęło taki nick, to trudno oszczędzać na innych znakach. Dziękuję za post i pozdrawiam

  • Gaba

    Wejdź w końcu do "erotycznych" i podkręć trochę emocje, dobra? Fajnie napisane, dobrze się czyta. Pozdrawiam

  • franek42

    @Gaba Witam. Kurcze, klucz mi się urwał, czym podkręcę? Ale spokojnie, spróbuję cie zadowolić, chociaż nie wiem czy ci się spodoba? A tak poza tym dziękuję za post i pozdrawiam.

  • santa

    Witam. Sorki że dopiero się pojawiłam, ale musiałam szybko pojechać do Niemiec i dopiero dziś wróciłam. Jestem wykończona po przejechaniu tylko tysiąca kilometrów w jedną stronę, no chyba jestem słabym kierowcą. Ale wracając do opowiadania, nie będę się rozpisywać, powiem tylko jak zawsze SUPER. Pisałam ostatnio o filmie, czy obejrzałeś? No i pytanie co wywnioskowałeś z treści? Buziaki dla wszystkich. Santa.  :)

  • franco

    @santa Witam. Ja też przepraszam, że nie odpisałem na twój post, ale zadałaś mi zadanie w postaci filmu i chciałem ci odpisać po jego obejrzeniu. Niestety nie udało się, ale na pewno obejrzę go, kiedy tylko znajdę czas i podzielę się z tobą moimi spostrzeżeniami. Teraz miałem mnóstwo wyjazdów, a chciałem napisać i opublikować opowiadania. W nawiązaniu do twojego wyjazdu do Niemiec, to chciałbym ci opowiedzieć moją historię, związaną z jazdą i Niemcami. Była to połowa lat dziewięćdziesiątych. Byłem wtedy koordynatorem kontraktów i przedstawicielem firmy na terenie zjednoczonych już Niemiec. Nadzorowałem wtedy kilkanaście kontraktów i w okresie przed Świętami uzgodniłem ze stroną niemiecką i kierownikami kontraktów, że dajemy wolne pracownikom od jednego do dwóch tygodni, tak, aby zdążyli dotrzeć na wigilię do swoich rodzin w Polsce. W okolicach Essen pracowała wtedy 12 osobowa grupa ludzi, która pracując w tzw. układzie godzinowym mogła wyjechać tylko bezpośrednio przed Wigilią, która przypadała bodajże na sobotę. Będąc już w Polsce, około godz. 14.00 we czwartek otrzymuję wręcz błagalną prośbę przez telefon od brygadzisty tej grupy, żebym pomógł im, bo samochód, który miał po nich przyjechać, gdzieś tam popsuł się czy miał wypadek i nie mają jak i czym dojechać do domu w Polsce. Podjąłem interwencję w firmie, zero empatii i chęci pomocy tym ludziom. Rozmawiam z prezesem firmy, odpowiedział, że to moja sprawa i mam mu nie zawracać głowy głupotami. Obdzwoniłem kilka firm, które mogły pomóc, nie widzieli takiej możliwości, tłumacząc okresem przedświątecznym i brakiem tak ludzi, jak i samochodów. Wiedziałem, że w firmie jest samochód Ford Transit, w wersji wydłużonej jako bus z 14- stoma miejscami, który notabene sam zakupiłem w Niemczech. Pojechałem więc do firmy, niestety kierowca tego samochodu miał urlop i był poza Krakowem, bez możliwości kontaktu. Ja miałem co prawda prawo jazdy zawodowe ale na ten samochód potrzebne było prawo jazdy na autobus. Nie miałem wyjścia. Podjąłem decyzję, że sam pojadę po tych ludzi, tym bardziej, że często jezdziłem tym samochodem   na terenie Niemiec, kiedy kierowca zjeżdżał do Polski na wolne. Jakoś udawało mi się podczas kontroli i nie poniosłem z tego tytułu żadnych konsekwencji. Niemcy przymykali oko i przyjmowali moje argumenty, że kierowca musiał zjechać do Polski. Zaryzykowałem więc i podpisałem oświadczenie, że biorę pełną odpowiedzialność za wszystko, co się zdarzy w czasie tej jazdy. Wyjechałem gdzieś około osiemnastej we czwartek i po niecałych 14 godzinach jazdy prawie non-stop i przejechaniu prawie 1200 km, dojechałem do miejscowości w okolicach Essen, gdzie oczekiwała ta nieszczęsna, pozostawiona sama sobie grupa. Proponowali mi przespanie kilku godzin na ich kwaterze, ale chyba intuicyjnie czy wiedziony przeczuciem, po zapakowaniu się ludzi, ruszyłem w powrotną drogę. Nie wiem, co spowodowało, że nie odczuwałem ani znużenia ani senności. Było w tej grupie kilku kierowców i chcieli mnie zastąpić, ale nie zgodziłem się, wierząc w swoje szczęście, a żaden z nich nie był kierowcą z autobusowym prawem jazdy. Około północy z piątku na sobotę przekraczaliśmy granicę niemiecką, a po piątej rano dojeżdżałem w okolice Krakowa, po rozwiezieniu jadących ludzi do ich domów rodzinnych. O piątej w wiadomościach usłyszałem, że na terenie Niemiec nastąpił kataklizm w postaci marznącego deszczu, powodującego tzw. lodowicę na drogach niemieckich. Doszło do kilkutysięcznej liczby kolizji na drogach niemieckich, w których zginęło ponad 40 osób, co było niespotykaną rzeczą w Niemczech. Czyli moja intuicja mnie nie zawiodła. Dojechałem szczęśliwie do domu, a moja nieżyjąca pierwsza żona, która też słyszała te wiadomości, trzymała mnie w objęciach chyba kilkanaście minut, płacząc ze szczęścia, że wróciłem cały i zdrowy po trzydziestu paru godzinach jazdy i pokonaniu prawie dwa i pół tysiąca km. Dlaczego to zrobiłem? Bo musiałem pomóc tym ludziom. Dla nich pobyt z rodziną w Wigilię i w okresie Świąt był znacznie ważniejszy, niż dużo większy zarobek na terenie Niemiec. A brygadzistą tej grupy fachowców - instalatorów był człowiek, który przepracował ze mną wiele lat, kiedy byłem kierownikiem budowy. a następnie kierownikiem kontraktów zagranicznych w różnych krajach. Pomimo pracy na budowach zagranicznych zdołał spłodzić z żoną 14-ścioro dzieci, w tym troje niepełnosprawnych. Podziwiałem tego chłopaka szczerze. Jemu nigdy nie działa się krzywda i nigdy nie narzekał na los. Przepraszam Santo, jeżeli cię przynudziłem, ale chciałem po prostu podzielić się z tobą wspomnieniami, które mimowolnie we mnie wywołałaś. Buziaczki i pozdrowienia dla ciebie i twojej rodzinki

  • POKUSER

    :bravo: Świetne, ale szkoda, że w takiej chwili przerwałeś

  • franco

    @POKUSER Witam. A ty ...nie powiem kto. Pewnie i ty nie mogłeś zasnąć? Dziękuję i pozdrawiam

  • xek

    Ciekawie się rozwinęła historia ;)

  • franco

    @xek Witam. Ty to oceniasz! Dziękuję i pozdrawiam

  • Robert72

    Jedno Ś W I E T N E !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  • franco

    @Robert72 Witam. I...dobrze....a..co!!!!!!! Dziękuję za post i pozdrawiam