Marta N. - cz. trzydziesta pierwsza

Po udanej, wzajemnej zabawie z naszymi cipkami i nie tylko, położyłyśmy się ponownie obok siebie. Sabina w porywie czułości zagarnęła mnie ramieniem, przyciągając mnie ciasno do siebie i przytulając. Wtulone w siebie ponownie zasnęłyśmy.  
          Obudziłam się, kiedy na dworze zaczęło szarzeć. Pomimo dość burzliwych wydarzeń nocnych czułam się wypoczęta i wyspana. Ponieważ żadnej z nas nie chciało się wstawać w nocy, na nakastliku przy tapczanie nadal świeciła się lampka nocna. Zerknęłam na śpiącą obok, zwróconą w moja stronę Sabinę.  
          Przez moment zaświtała mi myśl, aby podobnie jak ona mnie, zbudzić ją pieszczotami i wyrwać ze snu. Sama przecież powiedziała, że potraktuje to jako przyjemność, beż żadnych pretensji do mnie.  
- Co się zastanawiasz Martuś? Zrób to i będziemy kwita! - usłyszałam i uśmiech wykwitł na buzi Sabiny. A ja chciałam zrobić jej niespodziankę, połączoną z brutalnością. Sabina obróciła się na wznak i wyuzdanym ruchem przeciągnęła się, wyginając swoje ciało. Wyeksponowała mi przy tym swoje sterczące cycki i cipkę.
- Jak to kwita? Przecież nie śpisz? Więc gdzie niby miałaby być ta niespodzianka czy brutalność wyrwania z głębokiego snu? - wyszczerzyłam się do niej w odpowiedzi.
- Miałabym przynajmniej przyjemność na dzień dobry - skwitowała moją wypowiedź.  
- To może później! A teraz idę do łazienki! - powiedziałam i skierowałam się do łazienki.
- Poczekaj, idę z tobą! - Sabina nie zamierzała mi odpuszczać, ale jej pęcherz też upomniał się o swoje, podobnie jak mój. Obie podeszłyśmy pod drzwi łazienki i zapukałam.  
- Już wychodzę! - dobiegł nas głos Piotrka i otworzył drzwi. Był w samych spodenkach.
- Aaa..! To wy! Dzień dobry! - odezwał się wesołym głosem. Był wyraźnie wyluzowany i wypoczęty. Wyglądał też nieźle. Obrzucił nas przeciągłym spojrzeniem i poklepał każdą z nas serdecznym gestem po ramieniu, po czym udał się do pokoju Haliny.  
- Zauważyłaś? Wyraźnie wyglądał na zadowolonego i to bardzo! - skomentowała wygląd Piotrka Sabina.  
- A ty byłabyś inna, gdybyś spędziła noc z kimś, kogo byś kochała? - odwróciłam pytanie.
- Czyżbym dała ci mało dowodów na to, że cię kocham, przynajmniej jako siostrę? - Sabina zaczęła mi coraz bardziej imponować. Była już inną dziewczyną. Sympatyczną, serdeczną, z poczuciem humoru. To, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, stało się faktem.  
- Wiesz co? Zróbmy to, co mamy zrobić i wracajmy do pokoju. Nie wiem dlaczego, ale ponownie mam chęć pobawić się twoimi cyckami i nie tylko - oświadczyłam wesołym tonem Sabinie. Uśmiechnęła się i pokiwała głową.
- Też pomyślałam to samo! Albo i nie, ale najpierw odświeżmy się, a później ci powiem, co mam na myśli - powiedziała równie pogodnym głosem. Weszłyśmy do łazienki i pierwsza usiadłam na sedesie. Sabina w tym czasie myła zęby i co chwilę gapiła się na mnie.
- Coś jest nie tak ze mną Sabinko? - zapytałam lekko speszona jej spojrzeniem.
- Nie! A dlaczego pytasz? - odparła niewyraźnie, mając usta pełne piany.     
- Bo gapisz się na mnie, jak sroka w kość! - odpaliłam bez namysłu. Sabina wypłukała buzię i uśmiechnęła się rozbrajająco do mnie.
- O co się złościsz? Sama się dziwię temu, ale podnieciłam się niesamowicie, patrząc i słuchając jak sikasz - odpowiedziała pogodnie, bez emocji.
- Sabino, czy jest coś z nami nie tak? Bo ja też odczuwam podniecenie, jak widzę, gdy ktoś sika obok mnie. Ty, mama, Halinka czy Martyna, nie mówiąc o Tomku czy Piotrku - zapytałam ot tak sobie, nie oczekując zbyt mądrej odpowiedzi od siostry. I tu się pomyliłam.
- Widocznie jesteśmy fetyszystkami lub niewyżytymi maniaczkami seksualnymi - wyjechała mi Sabina z tekstem, zadziwiając mnie przy tym użytymi terminami, na wyjaśnienie naszych wzajemnych reakcji i skojarzeń, tak wzrokowych jak i słuchowych, związanych z obserwacją czy wykonywaniem naturalnych potrzeb drugiej osoby.  
- Czyli miałam rację, że jest z nami coś nie tak! - skomentowałam wypowiedź siostry.
- Nie wiem Martuś czy jest to jakaś forma zboczenia czy nienaturalnego zachowania. Ale myślę, że dopóki nie zaburza to naszej osobowości czy normalnego funkcjonowania i sprawia nam przy tym przyjemność, to pewnie nie musimy szukać jakichś odpowiednich, fachowych czy specjalistycznych porad albo zmieniać coś w tym zakresie - jakkolwiek to zabrzmiało, sens wypowiedzi siostry wymagał ode mnie jakiegoś przemyślenia i zastanowienia się, a zamiast tego mnie dalej interesowały czy intrygowały jej sterczące cycki i chęć zabawy z jej cipką.  
- Wygląda na to, że teraz ty gapisz się na mnie, więc jesteśmy kwita - odezwała się pogodnie, rewanżując mi się za moją wypowiedź. Wstałam z sedesu, podtarłam się i po spuszczeniu wody, podeszłam do niej od tyłu. Jedną rękę oparłam na jej ramieniu, a drugą wjechałam jej w krocze i przeciągnęłam kilkakrotnie dłonią po jej sromie. Omal nie usiadła z wrażenia. Była wilgotna i napalona.        
- Martuś, odpuść, bo inaczej szybko z tej łazienki nie wyjdziemy - odezwała się wesoło.
- Pewnie nie miałabym nic przeciw temu, tylko że mamy jedną łazienkę - odpowiedziałam równie pogodnym tonem i weszłam do wanny.  
          Szybko odświeżyłam się i sięgnęłam po ręcznik. Sabina tymczasem usiadła na sedesie i ostentacyjnie siurała, aż bulgotało w muszli. Patrzyła przy tym na mnie tym swoim wyuzdanym spojrzeniem, jakby wyzywała mnie na pojedynek w sikaniu, tak naocznie jak i słuchowo. Wytarłam się i umyłam jeszcze zęby, aby nie prowokując dalej Sabiny, opuścić szybko łazienkę.  
- Nie bądź taka i poczekaj na mnie - powiedziała siostra i równie szybko dokończyła toalety.
Ponownie znalazłyśmy się w ich pokoju. Sabina ledwie zamknęła drzwi, rzuciła się wprost na mnie, popychając i przewracając na wersalkę.  
- Kurde, co ty masz takiego w sobie, że napaliłam się na ciebie, jakbyś nie była dziewczyną i do tego moją siostrą - stwierdziła i przywarła do mnie ustami, jakbym rzeczywiście była jej kochanką. Nie miałam czasu myśleć czy zastanawiać się nad jej słowami, bo sama też czułam, że mam mokro w kroczu.  
          Sabina natomiast nabuzowana estrogenami czy innymi diabolicznymi  hormonami, wprost kipiała podnieceniem. Wiedziała już, że jestem 'uczulona' na punkcie czystości rąk czy palców, wprowadzanych do cipki, ostentacyjnie wylizała je po kolei i delikatnie rozgarnęła mój srom, suwając powoli palcami wzdłuż cipki, od wzgórka poczynając, na wejściu do szparki kończąc.    
          Starała się podniecić mnie na maksa, obserwując i wczuwając się w moją reakcję. Jej podniecenie chyba udzieliło się również mnie, bo zaczęłam mruczeć i pojękiwać coraz głośniej, przyciągając jej buzię do siebie. Całowałam i lizałam ją coraz szybciej, próbując dorwać się do jej cycków.
          Wyczuła, o co mi chodzi i nasunęła się bardziej, podając mi swoje dorodne cyce do ust. Pochwyciłam je w dłonie i zaczęłam 'pracować' nad nimi ustami oraz dłońmi. Obie zatraciłyśmy się we wzajemnych pieszczotach, bo usłyszałam, że Sabina już nie jęczy, a wprost wydziera się, wyginając się i prężąc się nade mną jak baletnica.
          W pewnym momencie nie wytrzymała. Odwróciła się i okraczyła mnie, kładąc się na mnie. Potem przesunęła się w tył, podając mi swoją, ociekającą jej sokami cipkę do ust, sama sięgając ustami do mojej cipki.  
          Obie byłyśmy już blisko orgazmu, więc kiedy dotknęłam i zagłębiłam swój język w jej cipce, liżąc i ssąc łechtaczkę, wrzasnęła i znieruchomiała, opadając na moje ciało. Przeczyściłam swoje palce śliną i muśnięciami języka oraz palcami delikatnie wodziłam po jej sromie. Po chwili poczułam, że doszła do siebie i ponownie zajęła się moją cipką, starając zrewanżować mi się za moje starania.  
          Skupiłam się więc na moich doznaniach, aby i Sabina miała satysfakcję, że doprowadziła mnie do orgazmu. Słysząc moje pojękiwania, przywarła ustami do łechtaczki, ssąc ją i podgryzając leciutko zębami. Zaczęłam szybko dochodzić i kiedy wsunęła mi do szparki swoje palce, suwając nimi w głąb i w poprzek, odleciałam w niebyt, podobnie jak ona przed chwilą.  
- Było dobrze, a nawet lepiej niż dobrze Sabinko! Bawimy się dalej, czy ubieramy się i idziemy do kuchni? - zapytałam, kiedy doszłam do siebie. Czułam się świetnie, odprężona i wyluzowana, ale też niesamowicie głodna.
- Prawdę mówiąc, to zgłodniałam, więc idziemy do kuchni! - słysząc jej słowa uśmiechnęłam się. A więc nie tylko ja odczułam ubytek kalorii - pomyślałam.  
          Sabina widząc mój uśmiech, zmierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem, ale wolała nie pytać, co mnie tak rozweseliło, znając moją niewyparzoną gębę. Ogarnęłyśmy się i udały do kuchni. Nastawiłam wodę w czajniku, a Sabina wyłożyła chleb, wędlinę i dodatki.           Kiedy poczułyśmy zapach chleba, głód walnął nas jak obuchem po głowie. Nie bawiłyśmy się w krojenie chleba, tylko rwałyśmy rękami spore pajdy z bochenka i trzymając chleb w jednej ręce, sięgałyśmy drugą po wędlinę, wpychając sobie solidne kęsy do ust.  
          Wyglądało to bardziej na dzikie zaspokajanie głodu przez dwie głodomorki z epoki jaskiniowców, niż na kulturalne, domowe śniadanie dwóch młodych, zgłodniałych nieco dziewczyn. Tak to właśnie odebrała i oceniła mama, która niepostrzeżenie pojawiła się w kuchni i zszokowana przyglądała się przez chwilę, w jaki sposób jej córki zaspokajają głód.  
          Wyglądała pięknie! Wyspana i wypoczęta, zarumieniona po porannej toalecie, widząc nasze spojrzenia pełne niedowierzania,  połączonego z zachwytem, zrozumiała to na swój sposób i nieco opacznie.
- Coś wam nie pasuje w moim wyglądzie? Gapicie się czy patrzycie na mnie jak ta krowa w powiedzeniu, co to 'gapi się na malowane wrota' - wygarnęła nam żartobliwym tonem głosu.
- Mamo, jak możesz tak mówić? Po prostu pięknie wyglądasz i podobasz się swoim córkom - odezwałam się z pełnymi ustami, widząc, że Sabinę lekko 'przytkało' to, co usłyszała.  
- Taaak! Naprawdę? - zamiast aplauzu, usłyszałyśmy niedowierzanie czy lekką drwinę w głosie mamy. I bądź tu człowieku mądry. Tak źle i tak niedobrze - pomyślałam. No cóż! trudno było się temu dziwić, znając dość niską samoocenę mamy, co do swojego wyglądu.
- Myśl sobie co chcesz, mamo! I tak cię kochamy! - potwierdziłam swoje słowa.
- A to co tu uprawiacie, to jakiś konkurs prymitywizmu w zaspokajaniu głodu? Bo na śniadanie to mi nie wygląda - stwierdziła wesoło mama, widząc nasze popisy w kuchni.
- No właśnie! Masz rację mamo! Chciałyśmy sprawdzić, jakby to było, gdyby nie było noży i widelców? - odezwała się Sabina, która odzyskała głos.  
          Mama roześmiała się i… zaczęła jeść podobnie jak my, rwąc chleb rękami. Sabina dokroiła wędlin, a ja przygotowałam mamie i Sabinie kawę, a sobie herbatę do popicia. Po skończeniu przez nas śniadania i uporządkowaniu kuchni, zaczęli pojawiać się w niej pozostali domownicy i goście.  
          Najpierw Halinka z Piotrkiem, a po niedługiej chwili Martyna i Tomek. Czyżby spotkali się całą czwórką w łazience? - przebiegło mi przez myśl.      Obrzuciłam spojrzeniem tak Martynę i Tomka, jak i Halinkę z Piotrkiem.  Martyna widząc moje poważne spojrzenie, zmieszała się i zarumieniła. Widocznie czuła się nieszczególnie, sądząc, że być może roszczę pewnie jakieś pretensje do niej za Tomka.  
          A ja traktowałam to wszystko w kategoriach rodzinnych, na zasadzie; że cokolwiek się zdarzy, to wszystko pozostaje w rodzinie. Nawet przez myśl mi nie przeszło okazywanie zazdrości wobec Martyny, którą kochałam i ceniłam za jej stosunek do mnie i uczucia, które do mnie żywiła i okazywała. Takie same uczucia odczuwałam wobec Tomka.  
          Tomek chyba też tak to zrozumiał, bo zachowywał się zupełnie naturalnie, bez skrępowania tak wobec mnie jak i mamy, która w przeciwieństwie do mnie, nie wiedziała, przecież, co wydarzyło się w nocy, po naszym wyjściu od niej z dziupli.  
          A Martyna niepotrzebnie zaprzątała sobie głowę i roztrząsała sprawę, bo przecież gdybym była zazdrosna o nią i Tomka, to po pierwsze; wywaliłabym ją ze swojego pokoju, a nie zabawiałabym się razem z nią i Tomkiem,  a po drugie; nie zostawiłabym go samego z Martyną w moim pokoju.  
          Kiedy kolejno pojawili się w kuchni, przywitali się z nami i spokojnie czekali, aż zrobimy im miejsce. Mama chciała ich wyekspediować do pokoju, ale Halinka uznała, że jest ich tylko czwórka, więc spokojnie pomieszczą się w kuchni.  
          Nie pozostało nam więc nic innego, tylko wynieść się z kuchni i zrobić im miejsce na spożycie śniadania. Po wyjściu z kuchni, każde z nas poszło do siebie, ubrać się.
          Po śniadaniu mieliśmy spotkać się wszyscy w pokoju, aby ustalić, co, kto i kiedy będzie robił w ramach przygotowań do rodzinnej wieczerzy wigilijnej czy świąt. W grę wchodziły nie tylko porządki świąteczne, ale przede wszystkim zakupy niezbędnych wiktuałów i choinki oraz przygotowanie określonych potraw wigilijnych i ciasta na wigilijny stół, a także na świąteczne dni.
          Po około półgodzinie spotkaliśmy się więc w pokoju przy dużym stole i czekaliśmy, aż głos zabierze nasza najstarsza siostra. Dla wyjaśnienia dodam, że zgodnie z ustalonym i obowiązującym już w naszej rodzinie zwyczajem, sprawami zaopatrzeniowo - porządkowymi w naszym domu zajmowała się już od kilku lat Halinka.  
          Tak też było i teraz. Ani mama ani żadna z sióstr, nie mówiąc o mnie, nie zamierzała kwestionować tego wątpliwego przywileju, a bardziej chyba obowiązku naszej najstarszej siostry, który na nią scedowała mama. Tak więc, kiedy usiedliśmy przy stole, Halinka przedstawiła w skrócie swój punkt widzenia tak co do wigilii, jak i samych świąt.  
          Wspólnie z mamą i trochę przy naszej pomocy, ustaliły, co należy kupić z produktów spożywczych i nie tylko, na cały okres świąteczny oraz jakie przygotowania i porządki w mieszkaniu pozostały jeszcze do wykonania.  
          Po niej głos zabrała mama, która w pełni zgodziła się z Halinką co do jej propozycji i poprosiła, abyśmy same zdecydowały, kto z nas robi zakupy, a kto wykonuje porządki i pomaga w przygotowaniu potraw wigilijnych, które generalnie bierze na siebie.  
- Marysiu i ty Halinko! Jeżeli pozwolicie, to proszę, żebyście przestały uważać mnie tylko za gościa i włączyły do grona rodzinnego. Nie mam zamiaru bezczynnie siedzieć i biernie obserwować, jak wy pracujecie, a potem zasiadać z wami do stołu - Tomek po wysłuchaniu mamy i Halinki, uznany w pełni za gościa i pominięty przez mamę, co do przygotowań i nieco zawiedziony, w swoim stylu zaofiarował nam swoją pomoc tak przy porządkach, jak i w przygotowaniach do wigilii czy świąt..
- Do sprzątania jest nas dość, a poza tym szanujemy swoich gości, którzy mają swoje prawa. Ale żebyście obaj z Piotrkiem nie czuli się wyobcowani czy szczególnie traktowani, to proponuję, abyście razem z Martą zrobili niezbędne zakupy, których będzie dość sporo i przytargali to do domu. Obie z Halinką ustalimy, co jest do kupienia i spiszemy to na kartce - mama uznała, że chłopaki bardziej przydadzą się w zrobieniu niezbędnych zakupów i ich transporcie do domu. Aby nie czuli się wykorzystani, dodała im mnie do towarzystwa, bo znała mój pogląd na temat sprzątania i chciała mi niejako tego oszczędzić.  
- I bardzo dobrze! A co do praw gościa w domu, to proponuję do powiedzenia; że 'gość nie świnia i swoje prawa ma', dodać; że ma nie tylko prawa ale i obowiązki. A poza tym czułbym się bardzo głupio, gdybym nie mógł włączyć się do  pomocy w przygotowaniach wigilijnych czy świątecznych oraz przy porządkach w mieszkaniu - Tomek podsumował na koniec swoje stanowisko w sprawach pomagania w przygotowaniach do świąt.  
          Przy okazji palnął też niezłą mówkę, skierowaną głównie do najważniejszych osób w naszej rodzinie; mamy i Halinki. Trochę trwało, nim mama z Halinką, częściowo i z naszym udziałem, przedyskutowały i uzgodniły, co należy kupić, a ja bawiąc się w sekretarkę, zapisywałam to wszystko na kartce. Po sprawdzeniu przez Halinkę, czy wszystko zostało ujęte i zapisane, mama sięgnęła do torebki i wyciągnęła portmonetkę z pieniędzmi.  
          I wtedy zaczął się cyrk. Kiedy mama zwróciła się do Piotrka, aby wziął pieniądze, ten obruszył się i odmówił, mówiąc, że on też ma pieniądze. Tomek przeczuwając, że mama z kolei zwróci się pewnie do niego, odsunął się na bezpieczną odległość i nie chciał nawet słuchać  tego, co mówi do niego mama.      
- Dlaczego Marysiu my mamy brać i rządzić się twoimi pieniędzmi? Przecież idzie z nami Marta, twoja córka. Niech weźmie portmonetkę i to ona będzie płacić. I jeszcze jedno! Ja też chcę partycypować w kosztach i uważam, że będzie sprawiedliwie, jeżeli podzielimy koszty zakupów na cztery części i jedną z nich ja pokryję - oświadczył spokojnie Tomek.  
- Jak to jedną czwartą? Przecież jest nas siedmioro i jeżeli już, to twoja partycypacja objęłaby jedną siódmą, a nie jedną czwartą - zaperzyła się mama.  
- Powiedziałem 'sprawiedliwie', co oznacza; że z tych siedmiu osób do udziału w kosztach zaliczyłem tylko te osoby, które pracują i zarabiają, czyli ciebie Marysiu i Halinkę oraz Piotrka i mnie. Ja może nie do końca pracuję, ale posiadam pieniądze, które w postaci stypendium tak jakby zarabiam i uważam się za pełnoprawnego do partycypacji w kosztach. To tyle gwoli wyjaśnienia tej sprawy i nie traktuj tego Marysiu jako afrontu z mojej strony. Ostatnią rzeczą jaką chciałbym zrobić, to byłaby chęć obrażenia ciebie - stwierdził Tomek.
- Ja też przychylam się do tego, co powiedział Tomek - oznajmił natychmiast Piotrek, widząc, że mama chce polemizować z Tomkiem. A tak wytrącił jej argument z ręki i zamknął temat.
- A róbcie, co chcecie i jak uważacie! Widzę, że i tak nie wygram z wami! - mama machnęła ręką, rezygnując z dalszego protestu przeciw temu, co powiedział Tomek i potwierdził Piotr.  
          Po wyjaśnieniu i uzgodnieniu wszystkich spraw, ogarnęliśmy się, zamierzając  ruszyć w trójkę na miasto na zakupy. Pozostałe siostry wraz mamą miały zabrać się za porządki i przygotowania do wigilii.  
          Myślałam, że bliźniaczki, szczególnie Sabina, w jakiś tam sposób okażą mamie swoje niezadowolenie, że mnie wyekspediowała na zakupy, a one muszą pomagać w domu.           Zdziwiłam się więc, kiedy zamiast pretensji dostałam na odchodne po buziaku od każdej z nich i nie tylko ja, bo chłopaków potraktowały tak samo. Poza tym, przykazały im, że mają mnie słuchać, bo jak nie, to policzą się z nimi odpowiednio, po naszym powrocie do domu. I jak tu nie kochać rodziny? - pomyślałam.  
          To były już nie te siostry, które traktowały mnie jeszcze nie tak dawno z niejaką wyższością i dystansem, tak ze względu na wiek, jak i mentalność. Teraz uznawały mnie nie tylko za równorzędną partnerkę i przyjaciółkę, tak w sprawach sercowych jak i życiowych, ale okazywały mi niejaki szacunek, pomimo tego, że byłam przecież od nich znacznie młodsza i pewnie mniej doświadczona życiowo.  
          Jak same później przyznawały, moje zachowanie czy postępowanie wobec nich w tym okresie, świadczyło, że przejęłam w genach znacznie więcej dodatnich cech niż one, związanych z intuicją i mądrością życiową.    
- To się nam upiekło! - stwierdził po wyjściu na ulicę Piotrek, który podobnie jak ja nie przepadał za sprzątaniem czy świątecznymi przygotowaniami. Oczywiście nasza niechęć obejmowała tylko przygotowania do świąt. Ubieranie czy późniejsze zapalanie świeczek na choince,  wieczerzę wigilijną oraz same święta uwielbiałam tak ja, jak i Piotrek.  
- A ja przyznaję, że od dziecka lubię te wszystkie przygotowania do wigilii czy świąt. Nawet sprzątanie i porządkowanie, nie mówiąc o ubieraniu choinki. Wprawiało i nadal wprawia mnie to w jakiś magiczny, radosny nastrój - Tomek jakby na przekór mnie i Piotrkowi oznajmił nam, że lubi tak samo święta jak i przygotowania do nich.  
          Co mogliśmy mu odpowiedzieć oboje z Piotrkiem? Chyba tylko to, żeby nas nie zawstydzał, bo nie każdy lubi sprzątać, gotować czy przyrządzać potrawy. My należymy do tych co tego robić nie lubią, a on przeciwnie. Czy jest nas po równo, tych, co to lubią sprzątać i gotować oraz tych co tego robić nie lubią i to niezależnie od płci? Pewnie sami na tak postawione pytanie nie bylibyśmy w stanie odpowiedzieć.
- Wiecie co panowie? Przestańmy zawracać czy zaprzątać sobie głowę, co i kto z nas coś lubi robić, a co nie i zajmijmy się tym, po co nas posłano - przerwałam dyskusję, bo zrozumiałam, że przyznając teraz, że nie lubię sprzątać i gotować, wypadłabym blado przy Tomku.
- I słusznie! Oboje z Piotrkiem jesteście bardziej zorientowani co i gdzie można kupić, więc prowadźcie - zakończył Tomek niewygodną dyskusję.  
          Wymieniając się z Piotrkiem uwagami, gdzie i co możemy kupić, chodziliśmy i odwiedzaliśmy kolejne SAM'y czy sklepy, kupując poszczególne produkty spisane na kartce. Trochę nam to czasu zabrało, bo i kolejki w sklepach były niemałe.  
          Było nas troje, więc zorganizowaliśmy się tak, że szło nam to dość sprawnie i po niecałych dwóch godzinach kupiliśmy ostatni produkt z kartki oraz kilka dodatkowych poza kartką, które wymyślili Tomek i Piotr. Było w tym kilka butelek wina, które uwielbiała mama, a także cukierków, ciastek i owoców do powieszenia na choince.  
          Tomek w międzyczasie wpadł jeszcze na pomysł, aby zgodnie ze zwyczajem w jego rodzinnych stronach, kupić każdemu z domowników czy gości jakiś drobny upominek, który zostanie opisany i podłożony pod choinkę.
          Zajęło nam to trochę dodatkowego czasu, ale w końcu wylądowaliśmy na placu, na którym sprzedawano choinki. Na szczęście udało się nam zdobyć w miarę ładnego świerka i po chwili obładowani zakupami, ruszyliśmy w stronę domu.  
          Zakupów było tyle, że nie wiem, czy udałoby się nam donieść to wszystko do domu. Mieliśmy jednak trochę szczęścia, bo przechodząc w stronę placu z choinkami, Piotrek wypatrzył obok przydomowego śmietnika, dość mocno sfatygowany, ale w miarę jeszcze sprawny i jeżdżący dziecięcy wózek.  
          Ktoś musiał wystawić go niedawno, bo inaczej pewnie by go już nie było. To pozwoliło nam, na w miarę sprawne zataszczenie zakupionych produktów do domu. Kiedy umordowani, podjechaliśmy tą, załadowaną po brzegi 'bryką' pod główne wejście do naszej kamienicy, wyglądaliśmy jak prawdziwi menele, czyli zbieracze starych przedmiotów.
          Miałam zamiar udać się po pomoc do domu, ale któraś z sióstr wypatrzyła nas  przez okno i podniosła raban. Po chwili pojawiły się wszystkie przy naszym 'środku transportu'. Mama kiedy zobaczyła, czym dotachaliśmy zakupy pod dom, prawie załamała ręce. ale po chwili wybuchła śmiechem.
- Jechaliście tym czymś przez miasto? - zapytała wesołym tonem. Pokiwaliśmy głową.  
- Widział was może ktoś ze znajomych? - zapytała rzeczowo.
- Może i widział! W każdym bądź razie ludzie oglądali się za nami - powiedział Piotrek, który prowadził 'to cudo' i teraz śmiał się sam ze siebie. Musiało to rzeczywiście wyglądać ciekawie. Trójka młodych, nieźle ubranych ludzi, wlecze przez miasto zdezelowany, załadowany po brzegi, prawdopodobnie jakimiś uzbieranymi klamotami, dziecięcy wózek i to w dzień wigilijny, z choinką na wierzchu.
          Obie z Halinką ustalając spis zakupów, nawet nie zdawały sobie sprawy, że może tego być tak dużo. Co prawda obaj panowie dołożyli ze swej strony również sporo dodatkowych produktów, ale gdyby nie ten jeżdżący grat, to mielibyśmy kłopoty z dostarczeniem tych zakupów do domu. …cdn…

2 komentarze

 
  • Terpsyhora

    Terpsyhora · 23 lis 2018 · 193944882

    Gdybyś skopiował poprzednią część i wkleił, nie byłoby różnicy. Ewidentnie kończą się pomysły na fabułę, do opowiadanie powinno się skończyć jakieś 10 części temu.

  • PoProstuJa

    PoProstuJa · 21 lis 2018 · 381258553

    Nie wiem już co pisać bo przez to iż te opowiadania są tak wspaniałe zaczyna mi brakować słów. Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego oraz czekam na więcej