Marta N. - cz. trzydziesta dziewiąta

Po wejściu do pokoju, obrzuciłam spojrzeniem obu chłopaków i nie widząc w ich oczach żadnych  oznak wzajemnej niechęci, uśmiechnęłam się słodko i zadowolona, dołączyłam do idących do kuchni Halinki i Martyny.  
          Sabina natomiast jak zwykle nie paliła się zbytnio do pomocy i przysiadła przy stole, lokując się bezceremonialnie pośród chłopaków. Było mi to poniekąd na rękę, bo to przecież to oni byli naszymi gośćmi i wypadało, aby im ktoś towarzyszył.  
          Kiedy mama wraz z Halinka zajęły się garnkami, my obie z Martyną rozłożyłyśmy na stole talerze i sztućce. Po chwili pojawiły się z parującymi wazami i wszyscy razem usiedliśmy do świątecznego posiłku.  
          Po spożyciu obiadu wraz z deserem, szybko uporaliśmy się z uprzątnięciem stołu i zmywaniem, po czym na stole wylądowało ciasto świąteczne, dzbanki ze świeżo zaparzoną herbatą i kawą oraz dwie butelki wina.
          Widocznie mama uznała, że jak świętować, to na całego. To były chyba pierwsze święta, które spędzałyśmy w towarzystwie dwóch mężczyzn, no może jednego mężczyzny i jednego fajnego chłopaka. I do tego odpowiednio przez nas wykorzystanych.
          Po chwili mama i Halinka przyniosły filiżanki, kubki i kielichy, siadając z nami przy stole.
- Jeżeli liczysz Tomku, że nie będziesz dzisiaj grał dla swojej kochanej cioci, to jesteś w wielkim błędzie. Są święta, a ja uwielbiam twoje muzykowanie, więc nie masz wyboru. Zresztą wydaje mi się, że nie tylko ja zachwycam się twoją grą, bo i dziewczyny słuchają cię jak urzeczone, ale i Piotrek też nie ukrywa, że podziwia twoje umiejętności.
          Mówiąc to, mama patrzyła wesoło na Tomka, uśmiechając się przy tym, tym swoim niepowtarzalnym, słodkim uśmiechem. Przebrała się jak do wyjścia na jakąś imprezę czy uroczystość i wyglądała pięknie, żeby nie powiedzieć; zachwycająco.  
          Obaj chłopaki patrzyli na nią jak urzeczeni i nie tylko oni.      Nam też sprawiał przyjemność widok naszej pięknej mamy i do tego w tak doskonałym humorze. Oznaczało to, że czuje się szczęśliwa, otoczona gronem najbliższych, życzliwych i kochających ją osób.  
          A wyrazy adoracji z naszej strony tylko pogłębiły jej zadowolenie. Piotrek słysząc słowa mamy, poderwał się natychmiast i ruszył do pokoju Halinki. Po chwili wrócił z zarzuconym na ramię akordeonem i gestem przywoływał Tomka do siebie.
- To może na początek zagraj Piotrze coś swojego, a później cię zmienię – zaproponował Tomek, bo chciał, aby Piotrek pochwalił się przed paniami swoim, poprawionym wyraźnie pod jego kierunkiem, poziomem gry na akordeonie.  
          Po prostu wykorzystywał każdą wolną chwilę i ćwiczył z Tomkiem grę w swoim mieszkaniu, w tajemnicy przed Halinką i jej rodziną. Sugerował się przy tym jego uwagami i wskazówkami, przez co wyraźnie poprawił technikę gry i  poziom swoich  umiejętności muzycznych.  
          Mama skrzywiła się nieco na propozycję Tomka, ale szybko zreflektowała się.
- Słusznie! Tomek ma rację, bo dawno już Piotruś nie słyszeliśmy twoich interpretacji znanych melodii. A przecież nauka nie idzie w las i podobno znacznie poprawiłeś swoją grę, kierując się wskazówkami Tomka, więc pochwal się i zaprezentuj nam, co potrafisz – odezwała się mama, zachęcając Piotrka do wykazania się swoimi umiejętnościami.
          Teraz dla odmiany Piotrek zrobił skrzywioną minę, ale widząc oczekujące i zachęcające spojrzenia nas wszystkich, nie miał wyboru. Założył więc akordeon i przebiegł palcami po klawiaturze i manuale basowym. Chwilę zastanowił się i zagrał nieśmiertelną ‘Czerwoną jarzębinę’ i to jak. Nie tylko poprawił technikę, ale zaczął wczuwać się w melodię.  
          Już nie przebierał nieporadnie palcami po klawiaturze jak poprzednio, ale lekkimi, szybkimi ruchami śmigał po niej, wydobywając czyste, klarowne dźwięki ze swojego instrumentu, czym wzbudził niekłamane wzruszenie przyszłej teściowej i dziewczyn.
          Widząc niejakie zaskoczenie, ale i niekłamany podziw w naszych oczach, Piotrek zaczął wspinać się na szczyty swoich umiejętności. W pewnych momentach grał jak nawiedzony, przebierając szybko palcami na klawiszach i guzikach basowych akordeonu.
          Zagrał kilka kolejnych melodii biesiadnych i kilka kolęd, po czym zdjął akordeon i odłożył instrument, wywołując u nas odruch protestu i pomruki niezadowolenia.
- Ja swoje zrobiłem, więc niech teraz Tomek pokaże, co potrafi, bo mnie już palce rozbolały - wyjaśnił Piotrek w skrócie zakończenie występu i swoje postępowanie.  
          Otrzymał więc od nas w pełni zasłużone brawa, bo zaprezentował się nam naprawdę dobrze, wydobywając ze swojego instrumentu dźwięki i brzmienia, o które dotychczas nikt z nas by go nie podejrzewał. Czyli uwagi i nauki Tomka nie poszły w las.    
          Po jego słowach i odłożeniu instrumentu, wszystkie spojrzenia skierowały się na Tomka. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. Nie miał wyboru, więc nie krygował się. Podszedł do akordeonu i założył na siebie. Przebiegł kilkakrotnie palcami po klawiaturach i spojrzał wyczekująco na mamę. Odpowiedziała mu uśmiechem.
- Graj co chcesz i co tobie pasuje! Robisz to na tyle dobrze, że z przyjemnością posłuchamy, cokolwiek nam zagrasz – usłyszał w odpowiedzi, na swoje zadane wzrokiem nieme pytanie.  
          Chwilę zastanowił się i zagrał jakąś dziwną, tęskną melodię, której nikt z nas nie znał. Co chwilę obrzucał nas spojrzeniem i widząc nasze lekkie zdziwienie, połączone z udawanym  trochę zaciekawieniem, przymykał oczy i grał swoje, wydobywając z akordeonu wręcz czarodziejskie dźwięki pełne pasji, tęsknoty i żalu czy pogoni za czymś nie do końca  odgadnionym i niezbyt możliwym do spełnienia.  
          Była to chyba jego własna interpretacja nieznanej nam nostalgicznej melodii z pogranicza fantazji czy dramatu, przedstawiona przy pomocy dźwięków akordeonu. Brzmiało to w jego wykonaniu bardzo dobrze, ale było w tym tak wiele nostalgii i smutku, że kiedy skończył, zapadła cisza, jakby za chwilę miała wybuchnąć gwałtowna burza z piorunami.
- Co to niby miało być Tomku? Nie powiem, to nawet nieźle brzmiało i w twoim wykonaniu było piękne, ale i niezrozumiałe pewnie dla nas wszystkich. Zagrałeś nam coś niesamowitego, ale jednocześnie bardzo nostalgicznego, ba, wręcz smutnego. A przecież w te święta mieliśmy  się cieszyć i weselić, tym bardziej że obaj z Piotrkiem jesteście z nami.
          Mama bez cienia emocji i zachowując neutralny ton, jako pierwsza zabrała głos, chcąc przerwać tę mimowolną, nieznośną ciszę i rozładować nieco ciężką, wręcz duszącą atmosferę, wywołaną jego muzyką.  
- Naprawdę nie wiem Marysiu, co ci odpowiedzieć na tak postawione pytanie? Faktycznie, chyba trochę przegiąłem, bo przecież te święta mają być wesołe, a nie smutne i sam nie wiem co mnie naszło, że zamiast czegoś wesołego, zaserwowałem wam taką nostalgiczną melodię. Gdzieś to pewnie we mnie siedziało i nadal siedzi, bo za chwilę te piękne święta mogą być dla mnie tylko wspomnieniem i jakieś przeczucie mówi mi, że szkoła może dość szybko upomnieć się o mnie. W każdej chwili mogę spodziewać się, że zostanę wezwany do stawienia się, kiedy tylko nasz szkolny okręt zawinie do portu. A że musiałem podać adres, pod którym będę przebywał podczas świąt, więc w szkole podałem wasz adres, jako adres mojego pobytu.  
          Tomek dość swobodnym i pogodnym tonem wyjaśnił, co nim kierowało, że zamiast cieszyć się z pobytu u nas i grać jakieś wesołe melodie, zagrał nam melodię, która nie przystawała do obecnej chwili i czasu świątecznego.
          Powszechnie uważa się, że grudniowe święta z natury powinny być wesołe i radosne. Więc słowa Tomka zamiast poprawić nam humor i rozproszyć czy oddalić nostalgię, tylko pogłębiły w nas nastrój smutku, w który wprawiła nas jego muzyka czy wyjaśnienia.      
- No to pięknie! Teraz dopiero przegiąłeś Tomeczku swoimi słowami. Przecież nawet słowem nie wspomniałeś, że możesz spodziewać się wezwania do szkoły podczas świąt. I w ten sposób, obojętnie czy chciałeś tego czy nie, zepsułeś te święta tak sobie, jak i nam, bo jak widzisz cały świąteczny nastrój prysnął w nas, jak bańka mydlana.
          Mama zabierając ponownie głos, nie kryła rozczarowania słowami Tomka.
- Tak jak powiedziałem, nie wiem, co mnie naszło i skąd to przeczucie. A co do wezwania do szkoły, to przecież nie mogłem tego powiedzieć, bo z góry popsułbym nastrój świąteczny tak sobie jak i wam. Dowodem tego jest wasza obecna reakcja. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pewnie dzisiaj nikt tu już nie przyjdzie, a jutro z rana możemy się razem przejść do portu i zobaczyć, czy okręt zawinął do niego czy nie. Komendant szkoły uprzedzając nas o takiej możliwości, też nie był do końca pewny, czy okręt przypłynie do portu w święta czy dopiero po nowym roku.  
          Widać było, że Tomek usilnie stara się usunąć z głowy myśli o wezwaniu ze szkoły i ewentualnej konieczności opuszczenia nas w czasie świąt. Dobrze wiedział, że jeśli tak się stanie, to sprawi to nam więcej przykrości, niż gdyby w ogóle się u nas nie pojawił.  
- Tomku, nie myśl już o tym. Przepraszam cię za moje słowa. Jesteś kadetem i nic na to nie poradzisz, jeżeli zostaniesz wezwany. Będzie co będzie i nie zmienimy tego ani ty ani my.
          Mama widząc smutną minę Tomka i dręczące go rozterki, ruszyła mu z pomocą. Spojrzał w jej stronę markotnym spojrzeniem, próbując uśmiechnąć się.  
- Nawet nie wiesz Marysiu, jak bardzo wdzięczny jestem ci za twoje słowa. Nie chciałem sprawiać wam kłopotu i robić zamieszania swoją osobą, ale pragnienie spędzenia świąt z wami, było silniejsze od mojej świadomości, że w każdej chwili mogę zostać wezwany do powrotu do szkoły. Chwile spędzone z wami były warte takiego ryzyka, bo znaczyły dla mnie niemal to samo, jakbym spędzał je z najbliższą rodziną w rodzinnym domu.  
          Tomek powiedział to tonem, w którym nie krył wzruszenia i zadowolenia z faktu, że traktowaliśmy go faktycznie jak bliskiego członka naszej rodziny, kochanego i pożądanego może bardziej nawet od Piotrka, pomimo tak krótkiej znajomości.
- To teraz masz szansę zrehabilitować się czymś znacznie weselszym i bardziej nam znanym, od tej melodii, którą nam zaserwowałeś – odezwała się mama, uśmiechając się zachęcająco.
          Widząc, że wszystkie oczy zwrócone są na niego, Tomek ponownie zaczął grać, ale już bardziej znane nam wszystkim weselsze melodie czy piosenki. Unikał przy tym powtarzania  melodii, granych poprzednio przez Piotrka, aby nie peszyć go porównaniami ich obu, co do techniki czy umiejętności gry na akordeonie.  
          Zaskarbił tym sobie przychylność czy sympatię nie tylko Piotrka, ale i nas wszystkich. Mama oczywiście popijając co rusz wina, nie omieszkała wymuszać tego samego i na Tomku, aby grając, dotrzymywał jej towarzystwa w piciu.  
          Robiła to z uśmiechem, więc rozbrajała tym tak Tomka, jak i nas wszystkich łącznie z Halinką, która tym razem jakby pogodziła się z tym i nie marudziła na ten temat. W ten sposób nawet nie oglądnęliśmy się, jak zleciało nam popołudnie i nadeszła pora kolacji.
          Zrobiło się dość późno, więc po kolacji i posprzątaniu tak kuchni jak i pokoju, zgodnie z przyjętym zwyczajem w naszej rodzinie, mamie jako seniorce i głowie rodziny przysługiwało prawo skorzystania z łazienki jako pierwszej. Tym bardziej, że wypite wino zrobiło swoje i mama będąc na mocnym rauszu, faktycznie potrzebowała odpoczynku.
          Widząc jej niepewne ruchy i lekko zamglony wzrok, doszłam do wniosku, że powinnam iść z nią, aby jej służyć ewentualną pomocą.  
- Chodź mamo, idziemy do łazienki! Jako najmłodsza z rodu będę ci towarzyszyć – zaoferowałam mamie swoje usługi. Ale mama miała na ten temat inne zdanie.
- To Tomuś mi pomoże! Prawda, że pomożesz kochanej cioci? Ty Martuś jesteś chucherko i jeszcze obie napytałybyśmy sobie biedy, gdybym na przykład wywaliła się w łazience - stwierdziła mama i  pewnie miała wiele racji, że zwróciła się o pomoc właśnie do Tomka.
- Oczywiście Marysiu! Przynajmniej w ten sposób spróbuję odwdzięczyć się tak tobie jak i moim kuzynkom, za tak fajne przyjęcie i miły pobyt w waszym gronie w czasie świąt.
          Tomek w swoim stylu podziękował mamie i nam wszystkim za nasze starania, aby czuł się z nami dobrze tak przed, jak i w czasie świąt. Poza tym czuł się w jakiś sposób wyróżniony, że ciocia bez wahania zwróciła się do niego, a nie na przykład do Piotrka, jak do bardzo bliskiej jej sercu osoby.
          Zdawał sobie przy tym doskonale sprawę, podobnie zresztą ja i my wszyscy, że w prośbie mamy było też wiele wyrachowania i podtekstu erotycznego. Tomek jednak nie przejmował się tym specjalnie, bo widział w mamie nie tylko ciocię, ale i piękną, wartą grzechu kobietę, która nie ukrywała, że jest nim zauroczona i zafascynowana.  
          Ponieważ oboje nie robili z tego tajemnicy, więc wszyscy bez wyjątku byliśmy doskonale zorientowani, co w trawie piszczy.
- I bardzo dobrze! Tomek faktycznie najlepiej nadaje się, aby ci pomóc, bo jak zwykle mamo, zachowanie umiaru w piciu wina, wyszło ci nie najlepiej - podsumowała z humorem całą sytuację Halinka.  
- Chodź Tomuś, zejdziemy im z oczu, bo moja najstarsza córcia niedługo zapomni, że to ja ją urodziłam i wychowałam, a nie ona mnie – skomentowała wypowiedź Halinki mama, puszczając przy okazji ‘oczko’ w naszą stronę. Omal nie parsknęliśmy śmiechem, słysząc tę swoistą, pełną humoru, wymianę zdań.
          Po tych słowach mama jakby nigdy nic, wsunęła ręką pod pachę Tomka i pociągnęła go za sobą. Nie było widać, żeby się opierał, więc oboje w najlepszej komitywie opuścili pokój, no może nie całkiem, udając się najpierw do dziupli mamy.  
          Po chwili zobaczyliśmy, jak już w samej bieliźnie przemykają do łazienki, przy tym mama jakoś nie sprawiała wrażenia, że potrzebuje pomocy, bo poruszała się dość żwawo. Kiedy drzwi łazienki zamknęły się za nimi, nam pozostała tylko wyobraźnia.
          A Marysia faktycznie, po zamknięciu drzwi łazienki, nie pozostawiła Tomkowi cienia wątpliwości, w jakim celu wyrwała go z rodzinnego grona od stołu.
- Tomuś, myśl o mnie co chcesz, ale sprawiłeś swoim muzykowaniem to, że tak moja dusza, jak i ciało wyrywają się wprost do ciebie. Wiem, że ze względu na wiek, nie powinnam, nie tylko mówić, ale i myśleć o tobie w ten sposób, ale nic na to nie poradzę. Odkąd pojawiłeś się w naszym, a właściwie w moim życiu, rzadziej myślę o tobie w kategoriach rodzinnych, a bardziej w kategoriach erotycznych, tak jak teraz i nie ukrywam, że mam na ciebie chcicę.
- Marysiu, wiesz dobrze, co o tobie myślę i jakie uczucia do ciebie żywię. Jesteś moją ciocią, ale przy tym piękną, powabną kobietą, o której marzy każdy chłopak czy mężczyzna. Mogę tylko dziękować losowi, że ktoś taki jak ty, pojawił się na mojej drodze życia. Więc może darujmy sobie te wszystkie wstępne gierki i bierzmy się do roboty, bo oboje dobrze wiemy, że chcemy tego samego. A do tego nie mamy za dużo czasu, aby zajmować łazienkę.
          Tomek zauroczony piękną ciocią i pewnie nie mniej od niej podniecony, słysząc jej wypowiedź o chcicy, która ją ogarnęła, porzucił jakiekolwiek zwyczajowe konwenanse, które go cechowały. Podjął natychmiast rzucone przez nią wyzwanie.
          Jak na typowego samca przystało, dostroił się do jej wypowiedzi i był gotów spełnić każde jej życzenie. Marysia po słowach Tomka nieco ochłonęła i odzyskała trzeźwość osądu. Zsunęła majtki i usiadła na sedesie, zastanawiając się nad swoim zachowaniem i wypowiedzianymi przed chwilą słowami,  rzuconymi pod wpływem dzikiego podniecenia.  
          Siedząc na muszli, w jej głowie pojawiły się wątpliwości i myśl, że zachowuje się jak dzierlatka, co to gotowa rżnąć się ze swoim chłopakiem w każdych okolicznościach i każdym miejscu. A może w jej wieku to już raczej nie przystoi? – przebiegło jej przez myśl.  
          Poza tym, jeśli już mają się kochać, to może bardziej wypada zrobić to w znacznie wygodniejszych warunkach, w swojej dziupli i na tapczanie, a nie w łazience? Mętlik w jej głowie pogłębiał się, ale pęcherz przypomniał jej, po co usiadła na muszli.  
          Zaczęła więc sikać, po czym podniosła głowę, patrząc Tomkowi w oczy. Zauważyła, że był bardzo podniecony. Naprężony kutas wprost rozrywał mu spodenki. Mimowolnie oblizała wargi. Widząc jej zachowanie i całkowity brak skrępowania czy pruderii wobec niego, pożerał wprost wzrokiem jej powabne kształty.  
          Wysikała się i uśmiechając się do niego, puściła mu ‘oczko’. Odczytał to jako zachętę oraz zaproszenie do zabawy we dwoje.  
- Tomuś, może odświeżymy się i przejdziemy do mnie na tapczan, będzie pewnie wygodniej – zaproponowała swojemu potencjalnemu kochankowi.
- Przykro mi Marysiu, ale nie jest to możliwe. Wywołałaś wilka z lasu i nie dam rady zrobić kroku, bo wszystko mnie boli. Albo cię natychmiast przelecę, albo urwie mi jajka. Innej opcji nie ma, bo twoja chcica, jak ją nazwałaś, jest niczym, w porównaniu z tym, co sam teraz odczuwam. A gwałcić cię też nie mam ochoty - dodał, próbując przywołać na twarz uśmiech.  
          Marysia doceniła chyba powagę sytuacji i to, że Tomek nie żartuje i nie udaje.
Podniosła się z sedesu, podtarła i podeszła do wanny. Wsparła się rękami na jej obrzeżu i wypięła powabny, goły tyłek w kierunku Tomka. Zatrzepotała pośladkami. Lśniąca od wilgoci, nabrzmiała już lekko z podniecenia cipka, zapraszała do zabawy.
- Tomuś, powiedziałeś co prawda, że nie chcesz mnie gwałcić, ale proszę, nie certol się, tylko pakuj we mnie tego zbója i rżnij to cipsko, żeby drzazgi leciały - usłyszał przytłumione nieco, gardłowe i pozbawione kurtuazji zaproszenie ze strony Marysi.
          Tak więc oboje weszli na taki poziom podniecenia, gdzie to natura w czystej, często prymitywnej postaci, dyktuje warunki i sposób kontaktowania się czy wyrażania uczuć.  
          Opuścił spodenki i z naprężonym kutasem podszedł do wypiętego tyłka kochanki.  
Ugiął nogi i kilkakrotnie przeciągnął kutasem po szczelinie, po czym poczuł, jak Marysia objęła go dłonią i nakierowała na uchyloną szparkę. Wepchnął lekko kutasa, nie chcąc sprawiać bólu ani jej ani sobie.
- Tomuś, chcę go poczuć mocno i głęboko – odezwała się gruchającym, pożądliwym głosem.  
- Jak sobie życzysz, kochanie! Mówisz i masz! – powiedział i pchnął mocno, przedzierając się przez fałdki, ciasno opatulającej jego sprzęt cipki, nie oszczędzając tak Marysi, jak i siebie.  
          Usłyszał głośny jęk i westchnienie ulgi, kiedy poczuł dno jej szparki.
- To było to! A teraz Tomku rżnij mnie mocno i szybko, tak jak to potrafisz! – poprosiła.
          Zaczęli kopulować i Tomek próbował jednak oszczędzić Marysię, suwając się w  umiarkowanym tempie i bez gwałtownych pchnięć. Ale ciotki – kochanki to nie zadowalało. Pochwyciła go za pośladki i odpychając się od wanny, sama zaczęła wbijać go w siebie szybko i mocno, zgodnie z tym, o co go prosiła.
- Tomuś, prosiłam cię o coś! Nie bój się! Nie jestem delikatną panienką, tylko kawałem baby, która potrzebuje mocnego rżnięcia. Przynajmniej moja cipka będzie pamiętać tego twojego zbója, kiedy cię nie będzie.
          Marysia nie dała wyboru Tomkowi, ani co do siły ani co do tempa kopulacji. Czuł jak brutalnie demoluje kutasem jej biedną cipkę, ale widocznie to jej przypadło do gustu, bo dyszenie, sapanie czy pojękiwanie przybierało na sile coraz bardziej.  
          Na szczęście, jej cipka produkowała dużo ‘smaru’ i dostosowała się do jego drążka na tyle, że dość łatwo ślizgał się w jej czeluści. Czując, że tak Marysia jak i on sam są blisko finału, pochwycił od spodu jej piersi, miętosząc je niemiłosiernie, ale jednocześnie mógł w ten sposób zabezpieczyć ją przed ewentualnym upadkiem na obrzeże wanny.  
          Wiedział, że Marysia lubi, jak spuszcza się w niej, bo wzmacnia to jej doznania, więc kiedy poczuł, że może dojść pierwszy, nie wstrzymywał się i trysnął w nią z dużą siłą. Poczuła uderzenie jego nasienia o wnętrze pochwy jak smagnięcie batem. Wrzasnęła i nogi ugięły się pod nią, kiedy dopadł ją jeden z mocniejszych orgazmów.
          Przez chwilę jej ciało drgało w spazmach doznań i gdyby nie podtrzymał jej rękami, niechybnie walnęłaby bezwładnie ciałem o wannę. Trochę trwało, nim doszła do siebie, po czym odwróciła się, objęła go i gorącymi całusami dziękowała za doznania.  
          W międzyczasie, kiedy my borykaliśmy się z różnymi domysłami i pomysłami związanymi z wypowiedzią Tomka, on i mama, po odbyciu wyczerpującego sam na sam w łazience i zaspokojeniu swoich seksualnych potrzeb, opłukali swoje ciała, założyli bieliznę i wrócili do dziupli.  
- Tomuś, nie zrozum mnie źle, ale nie chciałabym, aby moje córki uznały mnie za nieczułą, samolubną snobkę, co to myśli tylko o sobie. Tym bardziej, że być może jest to twoja ostatnia noc w naszym domu, przed długim rozstaniem. Jestem ci bardzo wdzięczna, za twoją ‘pomoc’ w łazience, bo jesteś młodym, ale jednocześnie wspaniałym kochankiem. Obsłużyłeś i zaspokoiłeś mnie w swoim stylu i byłoby mi niezmiernie miło spędzić z tobą całą noc. Jest jednak pewne ale, bo oprócz mnie jest jeszcze kilka innych ‘dziurawców’ w tym domu, którym marzy się pewnie, móc przytulić się do ciebie w nocy. Nie akcentuję i nie wymieniam żadnej z nich, bo jesteś bliski im wszystkim, podobnie jak mnie. Poza tym, dobrze wiesz, że jedna z nich jest na pewno zadurzona w tobie bardziej od innych. Prawdę mówiąc, tego też nie jestem do końca pewna, bo właściwie zamieszałeś w głowie wszystkim nam bez wyjątku. Więc nie traktuj czasem  tego, że wyrzucam cię od siebie, bo tak nie jest. Jeżeli zgadzasz się ze mną i moją opinią, to proszę; rozważ spędzenie nocy w pokoiku Marty, który jest również twoim pokojem. Jestem więcej niż pewna, że nie będziesz spał w nim samotnie. A poza tym, zawsze możesz wrócić do mnie, jeżeli uznasz, że jest ci tam nieco za ciasno.
          To mówiąc, objęła go w pół i czułymi pocałunkami obsypała jego twarz i ciało. Poczuła, że wzbudziła ponownie jego podniecenie i obudziła jego zbója.
- Idź już, bo rozmyślę się i nie wypuszczę cię stąd. Noc jest długa, więc potrzebujesz dużo sił, żeby pożegnać się nie tylko z Martą – powiedziała z uśmiechem, wypychając go czułymi, pieszczotliwymi gestami ze swojej dziupli.  
          Nie pozostawiła mu wyboru, tym bardziej, że przyznawał jej w pełni rację. Przytulił ją mocno do siebie, oddał kilka pocałunków i opuścił dziuplę Marysi, przemykając niepostrzeżenie do ‘swojego’, pustego jeszcze pokoju. …cdn…

3 komentarze

 
  • St.sz

    Po wpisach moich poprzedników nie wypada mi się wymądrzać.  Co do jakości, jak i tematyki poszczególnych opowiadań nie napiszę. W/g mnie są różne i każdemu coś może spasować jak i nie.  Mnie wszystkie odpowiadają, może dlatego, że są różne. Reasumując są świetne i tak niech pozostanie. Wypada życzyć autorowi długich lat zdrowia jak i ochoty do tej jego ,,zabawy piórem". Najważniejsze jest to, ze ma nadal chęci to robić i tego się trzymajmy. Pozdrówki i dobrego zdrówka dla Wszystkich w domu. ( czytelnikom także). St. szkot.

  • franco

    @St.sz Witam. Dzięki za dobre słowo i za to, że tak to odbierasz i to od zawsze. Też życzę tak tobie, jak i twojej Rodzince dużo zdrowia oraz odporności na wszelkie microby. Pozdrawiam serdecznie

  • papcio

    Milo, ze rodzinka znowu sie pojawila. Prosze tylko bys czesciej pisal.😈

  • franco

    @papcio Witam i dziękuję za zainteresowanie. Co do czasu czy częstotliwości publikowania, wszystko zależy od nastroju i wydolności moich szarych komórek. Obok grafomaństwa mam też inne zainteresowania czy pasje, więc nie chciałbym wypowiadać się jednoznacznie, ale będę się starał. Cieplutko pozdrawiam

  • emeryt

    Drogi Autorze tych wspaniałych opowiadań, nie wiem dlaczego, lecz ze wszystkich, twoich opowiadań najbardziej przypadły mi: 1) Olivia i Victoria, 2) Mogło być i tak, 3) Alan S. dopiero następne, to : Tamara i Marta N. Ja to w taki sposób odbieram, Być może że w Twoim opowiadaniu : Mogło być i tak, powróciły wspomnienia z młodości, a może coś innego. A w opowiadaniu powyższym, czytam, podziwiam i mogę powiedzieć że jest to napisane świetnie, lecz ja jakoś nie utożsamiam się emocjonalnie. Wybacz że tak walę szczerze, prosto z mostu, lecz nie lubię zbyt dużo słodzić, gdy nie widzę takiej potrzeby, a Ciebie za bardzo szanuję i podziwiam. Jednocześnie przesyłam najserdeczniejsze życzenia dużo zdrowia i tego abyś miał jak najwięcej zajęć i wokół same uśmiechnięte twarze Twoich bliskich Tobie.

  • franco

    @emeryt Witam. Dobrze wiesz, że szczere wypowiedzi czy opinie są bardziej cenne i ważniejsze dla każdego autora od zdawkowych, lukrowanych czy ot, takich sobie. Poza tym poznaliśmy się już na tyle dobrze, że obaj wiemy, czego możemy spodziewać się czy oczekiwać po sobie.  I nie miej za dużych oczekiwań w stosunku do mnie w zakresie tematu, treści czy formy tych opowiastek. Już parę razy wspominałem o tym, że nie jestem filologiem czy literatem i te opowiastki, to wytwór mojej wyobrazni, pisane at hoc bez żadnego planu czy konspektu. To tyle w tym temacie. A za opinię i dobre słowo dziękuję. Pozdrawiam i również życzę dużo zdrowia, tak tobie jak i Twojej Połóweczce i pozostałym bliskim.