Opowiadanie nieco inne niż dotychczasowe. Z dłuższym wstępem, opisem bohaterki, jej przemyśleniami. Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu.
Miłej lektury!
---
Przekręciłam klucz w zamku, pchnęłam drzwi i wmaszerowałam do przedpokoju, rzucając torbę z notatkami prosto na wiklinowy fotel.
– Yes, yes, yes! – rzuciłam na cały głos, a echo mojego triumfu odbiło się od wysokiego sufitu.
Miałam ochotę zatańczyć na drewnianym parkiecie, co zresztą po chwili zrobiłam. To był cholernie dobry dzień. Kolokwium z fonetyki opisowej, które spędzało mi sen z powiek przez ostatnie dwa tygodnie, okazało się formalnością. Profesor spojrzał na moje dotychczasowe wyniki, zadał trzy, banalne pytania, po czym z tym specyficznym, pełnym uznania uśmiechem wpisał mi piękną piątkę.
Jak tu nie zatańczyć z radości?
Dla studentki drugiego roku filologii angielskiej fonetyka to była rzeźnia – a przynajmniej tak było u nas na uczelni. Prowadzący byli pomocni i naprawdę dobrze przygotowani, lecz jednocześnie cholernie wymagający. Wiele koleżanek i kolegów poległo na zaliczeniu. A ja ot tak miałam piątkę.
Zsunęłam z nóg niskie koturny i ruszyłam w głąb mojego królestwa. Mieszkanie dostałam w spadku po babci i dziadku, którzy stwierdzili, że pora wrócić na wieś. Równe czterdzieści pięć metrów kwadratowych na warszawskiej Ochocie. Włożyłam sporo energii oraz pracy ze starszym bratem i ojcem w jego remont tak, żeby nie zabić duszy tego miejsca.
Efekt? Idealne połączenie starego z nowoczesnym. Odsłoniliśmy fragmenty surowej, czerwonej cegły na ścianach, a klasyczny parkiet wycyklinowaliśmy na błysk, zostawiając jego naturalny, ciepły odcień. Kuchnię urządziłam w minimalistycznym, loftowym stylu z czarnymi frontami, a w przedpokoju wciąż stała wielka, odrestaurowana szafa z mosiężnymi uchwytami, która pamiętała pewnie lata pięćdziesiąte. Kochałam ten specyficzny „smak” kamienicy – wysokie okna, dębowe parapety i przestrzeń, w której w końcu mogłam swobodnie oddychać.
Weszłam do łazienki, rozpinając dwa górne guziki białej koszuli. Podeszłam do lustra, oparłam się dłońmi o umywalkę i przyjrzałam się sobie z satysfakcją. Mam dwadzieścia jeden lat i dokładnie sto sześćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Z odbicia spojrzały na mnie moje największe atuty: duże, intensywnie niebieskie oczy i burza włosów. Ciężkie, gęste pasma, regularnie traktowane indyjską henną, rozsypały się na moje ramiona – w słońcu mieniły się głębokim, ognistym odcieniem rudości.
Lubiłam swoje ciało. Miałam wyraźnie zarysowane, krągłe biodra, wąską talię i pełny, jędrny biust o miseczce E. Byłam pewna siebie, świadoma swojej kobiecości i potrafiłam czerpać z życia czystą przyjemność. Moje dotychczasowe randki i okazjonalne relacje intymne zawsze były udane. Znałam swoje potrzeby, faceci dawali z siebie wszystko i nawet jak nam coś nie wychodziło, to dalej pozostawaliśmy w serdecznych stosunkach.
Opłukałam dłonie oraz twarz pod ciepłą wodą. Moje krótkie, zadbane paznokcie były dziś pomalowane na chłodny, błękitny kolor. Zawsze wybierałam takie barwy – biele, błękity, jasne szarości. Czyste, wyraziste, idealnie pasujące pod moje oczy i włosy.
Zrzuciłam z siebie uczelniane ciuchy i naciągnęłam luźne, krótkie, domowe spodenki oraz miękki, szary t-shirt, który bezwstydnie opadł na mój biust. Miałam zamiar zrobić sobie wielki kubek Earl Greya i przesiedzieć całe popołudnie na parapecie z książką w dłoniach.
W tym samym momencie zza ściany dobiegł głośny, głuchy łomot, a potem metaliczny brzęk. Zaraz potem powtórzyło się to raz jeszcze. Pewnie bym to zignorowała, gdyby nie fakt, że ściany mieszkania naprawdę dobrze tłumiły dźwięki. A to oznaczało, że coś musiało się dziać na samej klatce.
Wyjrzałam przez wizjer na lokal naprzeciwko. Mieszkanie numer trzynaście – dokładnie naprzeciwko moich drzwi, po drugiej stronie wąskiego korytarza. Od trzech miesięcy stało puste. Wyglądało na to, że w końcu wprowadził się tam ktoś nowy.
Zamiast chować się za drzwiami, od razu poczułam przypływ energii. Pchnęłam klamkę, otworzyłam drzwi na oścież i dziarskim krokiem wyszła na korytarz.
– Może pomóc z tym jakoś? – zawołałam od razu, rozglądając się zdziwiona dookoła.
Korytarz, przez który przechodziłam dosłownie kilka minut wcześniej, teraz wyglądał jak pole bitwy – dwie, spore walizki, parę wielkich, tekturowych pudeł oraz luźno porozrzucane torby. Drzwi z trzynastką były otwarte. W ich futrynie stał facet, który właśnie odkładał na podłogę ciężką skrzynkę z narzędziami.
Na mój głos uniósł głowę, a jego ciemne, bystre oczy zatrzymały się na mojej twarzy. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Był wysoki, barczysty, o mocno zarysowanej szczęce pokrytej kilkudniowym zarostem. Prosta, grafitowa koszulka opinała jego szeroką klatkę piersiową i ramiona, a spod podwiniętych rękawów widać było silne przedramiona, na których pod wpływem wysiłku odznaczała się siatka wyraźnych żył.
Miał w sobie surowy, magnetyczny spokój. Emanował energią mężczyzny, który wie, kim jest i nie musi tego nikomu udowadniać. Kiedy do niego zagadałam, wycierał właśnie dłonie w ciemną szmatę, a na jego twarzy pojawił się lekki, niezwykle swobodny uśmiech.
– Cześć. Przepraszam najmocniej za ten bałagan, myślałem, że o tej godzinie przeprowadzka nikomu nie będzie przeszkadzała – odpowiedział, a jego głos był niski, głęboki i niesamowicie męski.
– Spokojnie, nie przeszkadza – odparłam śmiało. – Nowy sąsiad, jak rozumiem?
– Tak jest. Tomasz, miło poznać.
Zrobił krok w przód i wyciągnął dłoń w moją stronę. Była spora, naznaczona paroma odciskami, a przy tym zadbana. Uśmiechnęłam się i też podeszłam bliżej.
– Natalia, mi też miło.
Wsunęłam swoje palce w jego uścisk. Jego dłoń była ciepła, szorstka od pracy i tak potężna, że moja dosłownie w niej zniknęła. To był krótki, delikatny uścisk, ale czuć było w nim ogromną, naturalną siłę.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział z lekkim uśmiechem, patrząc mi prosto w oczy z pewnością siebie. – Obiecuję, że do wieczora korytarz będzie czysty.
– Trzymam za słowo, sąsiedzie – rzuciłam z błyskiem w oku, powoli cofając dłoń, choć moja skóra wciąż pulsowała ciepłem jego skóry.
Odwróciłam się na pięcie, kołysząc biodrami, i wróciłam do swojego mieszkania, czując na plecach jego uważne spojrzenie. Gdy zamknęłam drzwi, oparłam się o nie, a na moich ustach wciąż błąkał się szeroki uśmiech. Moje serce biło odrobinę szybciej, a dłoń delikatnie mrowiła. Spojrzałam w lustro w przedpokoju – moje policzki miały wyraźny rumieniec, a sutki lekko odznaczały się na materiale koszulki.
Czyżby…?
Prychnęłam cicho do własnego odbicia w lustrze, kręcąc z niedowierzaniem głową. Natalia, weź na wstrzymanie – skarciłam samą siebie, choć uśmiech ani na moment nie znikał mi z twarzy. Odsunęłam się od drzwi i energicznym krokiem ruszyłam do kuchni. Moje bose stopy wydawały cichy, znajomy odgłos na gładkim parkiecie.
Wiem, że brzmi to głupio, ale lubiłam ten dźwięk. Był taki… domowy.
Napełniłam czajnik wodą, a gdy ten zaczął miarowo szumieć, wyciągnęłam mój ulubiony, wielki kubek. Wrzuciłam do środka solidną porcję liściastej Earl Grey. Czekając, aż napar nabierze głębokiego, ciemnego koloru, oparłam się o dębowy blat i pozwoliłam sobie na dłuższą chwilę bezruchu. Zza grubych ścian kamienicy od czasu do czasu wciąż dobiegały stłumione, głuche dźwięki przesuwania mebli, ale były już dalekie, jakby odfiltrowane przez przestrzeń.
Moja skóra na dłoni wciąż nosiła dziwne, ciepłe mrowienie. Tomek był przystojny, to na pewno, ale nie wyróżniał się samym wyglądem aż tak bardzo. Rzadko jednak spotyka się ludzi, którzy emanują taką nienachalną, naturalną pewnością siebie.
Zalałam herbatę wrzątkiem, dolałam odrobinę mleka, a gdy kubek parował już w moich dłoniach, zgarnęłam z komody książkę. Skierowałam się prosto do mojego ulubionego miejsca w całym mieszkaniu.
Wielki, szeroki dębowy parapet w salonie był na tyle niski i głęboki, że po rzuceniu na niego stosu przeróżnych poduszek stawał się idealnym miejscem do zatracenia się w lekturze. Wskoczyłam na niego, podciągając kolana pod samą brodę i położyłam kubek na stoliczku obok.
Za oknem popołudniowe słońce zaczynało powoli chować się za dachy sąsiednich kamienic Ochoty, rzucając długie, ciepłe, pomarańczowe smugi światła na odsłoniętą, czerwoną cegłę na ścianie.
Tekst zaczął mnie pochłaniać linijka po linijce, strona po stronie. Uwielbiam czytać coś, co sama sobie wybieram, a powrót do czystej, niczym nieskrępowanej literatury był jak haust świeżego powietrza. Zapomniałam o całym świecie, wędrując wzrokiem za rządkami liter, zupełnie tracąc poczucie czasu po paru stronach.
Upiłam łyk herbaty, która zdążyła już idealnie przestygnąć. Ciepło kubka przyjemnie rozgrzewało moje dłonie, a błękitny lakier na paznokciach idealnie odcinał się od bieli kartek. Powietrze w pokoju stawało się gęstsze, przesycone zapachem papieru, aromatem bergamotki i tym specyficznym, majowym chłodem, który sączył się przez lekko uchylone skrzydło okna.
W którymś momencie poczułam, jak moje ciało przyjemnie się rozluźnia po tych dwóch tygodniach pełnych stresu. Przesunęłam palcami po krawędzi strony, wsłuchując się w szorstki szelest. Cienki, szary t-shirt opadał swobodnie na pełny biust, a brak stanika sprawiał, że przy każdym głębszym, spokojnym wdechu delikatny materiał subtelnie drażnił skórę. Wiosenny powiew zza okna co chwilę muskał moje ramiona i uda, sprawiając, że moje sutki nagle stały się twarde, reagując na minimalną zmianę temperatury.
Gdzieś w dole brzucha, tam, gdzie jeszcze kilkadziesiąt minut temu poczułam ten krótki, niespodziewany impuls na korytarzu, tliło się teraz ciche, pulsujące ciepło. Z początku to zignorowałam, w pełni zanurzona w lekturze. Jednak w końcu pomarańczowe smugi światła na ceglanej ścianie zaczęły blednąć, ustępując miejsca głębokiemu, fioletowemu półmrokowi wieczoru. Litery zlały się w jedną ciemną masę. Zamknęłam książkę z cichym westchnieniem, odłożyłam ją na stoliczek obok pustego kubka i przeciągnęłam się leniwie, czując, jak każdy mięsień mojego ciała domaga się ruchu.
Zsunęłam się z parapetu. Moje bose stopy znowu dotknęły przyjemnie ciepłego, gładkiego parkietu, a ja skierowałam się prosto do łazienki. Potrzebowałam zmyć z siebie resztki tego długiego dnia, zresetować głowę i po prostu poddać się wieczornej, kojącej rutynie. W łazience zapaliłam tylko małe, ciepłe światło nad blatem, zostawiając resztę pomieszczenia w bezpiecznym cieniu. Zrzuciłam t-shirt i krótkie spodenki, po czym podeszłam do szklanej kabiny i odkręciłam wodę.
Czekałam chwilę, opierając się dłońmi o umywalkę i przyglądając się swojemu odbiciu w parującym lustrze. Moje niebieskie oczy wydawały się teraz ciemniejsze, niemal granatowe, a hennowane, miedziane włosy w tym oświetleniu straciły swoją jaskrawość na rzecz głębokiego, zmysłowego mahoniu. Gdy łazienka wypełniła się gęstą mgłą, pchnęłam szklane drzwi i weszłam pod prysznic.
Gorący strumień z deszczownicy uderzył w moje ramiona z przyjemnym, ciężkim masażem. Zamknęłam oczy, odchylając głowę do tyłu i pozwalając, by woda obmywała moją twarz, szyję i spływała wartkimi kaskadami po moich pełnych piersiach, brzuchu, aż do stóp. Moje włosy natychmiast nasiąkły wilgocią, stając się ciężkie, ciemne i oblepiając mi plecy niczym chłodny jedwab.
Oparłam się jedną dłonią o mokrą, śliską ścianę kabiny. Woda była idealnie ciepła, na granicy gorąca, co sprawiało, że cała moja skóra stała się niesamowicie tkliwa, wręcz nadwrażliwa. Przesunęłam wolną dłonią po dekolcie, rozprowadzając gorące krople po krągłościach moich piersi. Ciało zareagowało szybko same. Sutki stwardniały w ułamku sekundy, a para wodna i sam „deszcz” sprawiały, że były jeszcze bardziej wrażliwe.
Gładziłam się powoli, badawczo, wsłuchana jedynie w monotonny, głośny szum wody, który całkowicie odcinał mnie od świata zewnętrznego, oraz własne myśli. Potrzebowałam tej chwili wyzwolenia.
W tej absolutnej izolacji, gdzie liczyło się tylko odczuwanie własnego ciała, pod moimi powiekami nie pojawił się żaden wyraźny obraz. Moja dłoń, prowadzona czystym, biologicznym instynktem, zsunęła się niżej. Minęła wąską talię, wgłębienie brzucha i wślizgnęła się bezpośrednio między moje rozgrzane, mokre uda.
Moja cipka była niesamowicie nabrzmiała, pulsująca i tak gorąca, że sam dotyk własnych palców wywołał u mnie ciche, przeciągłe westchnienie, które natychmiast zginęło w huku deszczownicy. Rozsunęłam delikatnie wargi sromowe, czując, jak moja naturalna, gęsta wilgoć miesza się ze spływającą po moim ciele wodą.
Nie spieszyłam się ani trochę. Leniwie pieściłam się po łechtaczce, drugą dłonią szczypiąc się po sutkach. Raz, drugi, trzeci… Woda cały czas przytulała moje ciało, a unosząca się para cudownie nakręcała atmosferę. Zadrżałam w którymś momencie i przygryzłam wargę.
Było mi przyjemnie, ale chciałam więcej. Potrzebowałam więcej.
Dwa palce wsunęły się do ciasnego, chciwego wnętrza, a kciuk zaczął powoli, z precyzją zataczać małe kręgi wokół twardej łechtaczki. Ugięłam lekko nogi, kiedy fala przyjemności rozlała się leniwie po całym ciele.
– Och… – mruknęłam zadowolona.
Z początku ruchy moich palców były powolne, zmysłowe, idealnie zestrojone z pulsem, który rozchodził się z podbrzusza na całe ciało. Zaczęłam instynktownie, podświadomie kręcić kółka biodrami w rytm swoich własnych pieszczot.
Czułam się, jakbym tańczyła sama ze sobą w seksualnym akcie. Ta intymna zabawa z własną cielesnością była inna niż zwykła masturbacja, którą kiedyś uprawiałam. Nie chodziło po prostu o to, żeby dojść – ta zabawa była „gęstsza zmysłowo”, podszyta głębokim głodem, potrzebą poczucia siebie samej.
Ile się tak pieściłam – nie mam pojęcia. Raz przyspieszyłam rytm, czując, jak fala gorąca wzbiera we mnie z każdą sekundą, doprowadzając moje zmysły do szaleństwa, aby zaraz zwolnić i dać sobie odpocząć. Drażniłam się sama ze sobą, pieściłam tak, jakby świat dookoła nie istniał.
Orgazm przyszedł stopniowo. To nie był nagły wybuch – to była narastająca przyjemność, która zaczęła pulsować rozkosznym ciepłem w podbrzuszu. Nogi zadrżały mi lekko, z ust wydobyło się kilka głośniejszych jęków. Przestałam się pieścić po piersi i oparłam przedramieniem o ścianę. Wiedziałam, co zaraz nadejdzie i potrzebowałam oparcia, skoro nie było tutaj ze mną nikogo, kto mógłby mnie przytrzymać.
A szkoda – przeszło mi przez myśl. Zaraz jednak przestałam być w stanie trzeźwo myśleć.
Orgazm narastał jeszcze przez chwilę, aż w końcu eksplodował w potężnym, głębokim skurczu podbrzusza. Całe moje ciało napięło się jak struna, plecy wygięły się w łuk pod gorącym wodospadem, a z ust wyrwał się głośny, ochrypły jęk rozkoszy. Cipka pulsowała gwałtownie, zaciskając się wokół palców w długich, nieregularnych falach ekstazy, która powoli rozładowywała to gromadzone ciśnienie.
– Tak, tak, tak – rzuciłam pomiędzy jękami, zamykając oczy.
Nogi drżały mi mocno, a brzuch napinał się i rozluźniał naprzemiennie. Pieściłam się jeszcze chwilę, zwalniając stopniowo ruchy, wyciskając z siebie resztki przyjemności.
W końcu oparłam się o ścianę kabiny, oddychając szybko, gdy woda obmywała drżące jeszcze uda. Kiedy w końcu się uspokoiłam, wzięłam głęboki wdech, wyprostowałam się i rozejrzałam dookoła. Świat lekko wirował mi przed oczami, ale lubiłam ten stan. Otarłam twarz z wody i uśmiechnęłam się lekko do własnych myśli.
Nie wiedzieć czemu, lecz ta prosta zabawa, mimo tego, że przyjemna, sprawiła, iż miałam ochotę na więcej…
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Fantazyjny999
Jakie to dobre ...lubię twój styl malowania... Powstają piękne obrazy w głowie