Przez kolejne kilka dni nasze ścieżki przecinały się z zaskakującą regularnością. Wpadliśmy na siebie jeszcze dwukrotnie na siłowni, gdzie chętnie ze sobą gadaliśmy między seriami, a na klatce schodowej zawsze znajdował się jakiś pretekst do zamienienia kilku słów. Miło było mieć takiego sąsiada. Sama świadomość, że Tomasz jest tuż obok, sprawiała, że każdy dzień miał w sobie ten lekki, elektryzujący dreszczyk.
Był ciepły, piątkowy wieczór. Warszawa powoli zwalniała tempo po całym tygodniu, a na starych podwórkach-studniach na Ochocie zapadała miejska cisza. Lubiłam ten czas. Był idealny na wieczorny chill-out.
Zaparzyłam sobie herbaty i wyszłam na swój balkon. A właściwie teraz: na nasz balkon. Tarasy od strony dziedzińca często były podzielone pomiędzy dwa sąsiadujące mieszkania, oddzielone od siebie tylko murkiem. Ot, pozostałość po dzieleniu lokali, które kiedyś zajmowały całe piętro.
Miałam na sobie tylko luźną, czarną koszulkę na cienkich ramiączkach i krótkie, bawełniane spodenki do chodzenia po domu. Wczesnomajowe powietrze było niesamowicie przyjemne, chłodząc rozgrzaną skórę.
Usiadłam w zakątku, który brat zrobił mi z palet i kilku półek. Wyłożył mi tu dziesiątki poduch, materac i stwierdził, że tam mam czytać. Jak mogłam się nie zgodzić? To było idealne miejsce na lekturę.
Jakieś pół godziny później, może dłużej, usłyszałam zgrzyt klamki. Drzwi obok otworzyły się cicho i na drugą stronę barierki wyszedł Tomasz. Miał na sobie luźne, szare dresowe spodnie i czarny t-shirt, który opinał się na jego ramionach. Zrobił głęboki wdech, przeczesując palcami ciemne włosy, po czym odwrócił głowę w moją stronę.
– O, dobry wieczór – rzucił cicho z uśmiechem.
Jego niski głos idealnie wpasował się w ten wieczorny półmrok. Wyglądał przystojnie w ciepłym świetle naszych lamp balkonowych. Serce uderzyło mi nieco szybciej. Raz, drugi, trzeci…
– Dobry wieczór – odpowiedziałam cicho, opierając podbródek na dłoni i nie ruszając się z miejsca. – Odpoczywasz po zmaganiach z wiertarką?
– Rozczaruję cię, ale z najgorszym syfem już na szczęście skończyłem – uśmiechnął się lekko i podszedł bliżej. – Pył i gruz to przeszłość. Zostały mi same detale, podłączanie sprzętów i układanie rzeczy. Możesz spać spokojnie, korytarz jest bezpieczny.
– Całe szczęście. Zaczynałam się zastanawiać, czy mi się przez ścianę nie próbujesz przewiercić, żeby mnie podglądać.
– Śmiej się, śmiej. Stare mury nie wybaczają błędów. Ale za to mają swoje zalety. – Jego wzrok powędrował wzdłuż fasady budynku, a potem wrócił do mnie. W nocnym powietrzu wyczułam wyraźną, męską nutę jego perfum. – Wygodny ten nasz balkon.
– To prawda – przyznałam, zerkając na niego z uśmieszkiem. – Sprawdza się przy sąsiedzkich pogawędkach.
– I do podglądania, jak sama zauważyłaś – odparł z błyskiem w oku, opierając przedramiona o murek, który nas dzielił. – Chociaż muszę przyznać, że ten twój kącik do czytania wygląda na o wiele wygodniejszy niż moje płytki.
– Zazdrość to brzydkie uczucie, Tomaszu – odparłam, upijając łyk herbaty. – Ale tak, brat odwalił tu kawał dobrej roboty. To mój azyl na ciepłe wieczory.
– Wierzę – mruknął, nie odrywając ode mnie wzroku.
Zapadła cisza. Nie była jednak krępująca. To był ten rodzaj milczenia, w którym słowa przestają mieć znaczenie, a zaczyna liczyć się chemia pulsująca w powietrzu.
Tomasz patrzył na mnie z uwagą. Jego spojrzenie zjechało z moich oczu na nagie ramiona, zatrzymało się na chwilę na głębszym wycięciu czarnej koszulki, po czym wróciło do mojej twarzy. Zrobiło mi się nagle o wiele cieplej, mimo wieczornego chłodu.
– Wiesz, co jest najgorsze w tych podwórkach? – odezwał się w końcu, zniżając głos jeszcze bardziej.
– Co takiego?
– Żeby normalnie porozmawiać i nie informować połowy kamienicy o tym, o czym dyskutujemy, trzeba mówić bardzo cicho. A żeby mówić bardzo cicho i dobrze się słyszeć… trzeba być blisko.
Uśmiechnęłam się półgębkiem, chcąc rzucić jakąś błyskotliwą ripostą. Zanim jednak zdążyłam otworzyć usta, Tomasz po prostu położył dłonie na naszym murku. Z płynnością i gracją, której nie spodziewałam się po tak słusznych rozmiarów mężczyźnie, przeskoczył nad przeszkodą i bezszelestnie wylądował na panelach.
Znalazł się tuż obok bezpiecznego gniazdka z poduszek i palet.
– Co ty robisz? – szepnęłam.
– Skracam dystans – odpowiedział z pewnością siebie.
Sięgnął w moją stronę. Zabrał kubek z dłoni i bez słowa odstawił go na stolik obok. W następnej sekundzie chwycił mnie za przedramiona i pociągnął lekko, ale stanowczo w górę. Wstałam z palet, niemal wpadając na jego szeroką klatkę piersiową. Obrócił mnie w stronę mieszkania, po czym zrobił krok, zmuszając mnie do cofnięcia się, aż plecami uderzyłam o chłodny mur ściany.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Pachniał perfumami i czymś… swoim własnym. Nie potrafiłam powiedzieć, czym dokładnie.
Zanim zdążyłam wziąć oddech, jego prawa dłoń powędrowała w górę. Długie, silne palce objęły szyję. Nie dusił mnie mocno, ale chwyt był pewny, dominujący i na tyle stanowczy, że wymusił na mnie zadarcie głowy. Blokował dostęp powietrza akurat na tyle, bym poczuła się całkowicie obezwładniona. Nigdy wcześniej żaden facet nie przejął nade mną kontroli z taką naturalną bezczelnością.
Z ust uciekł mi cichy, urwany jęk, który on natychmiast zdusił swoimi wargami.
To nie był delikatny, stopniowo pogłębiany pocałunek. Zdecydowanie nie. Był dziki, drapieżny. Głęboki i chciwy. Jego język od razu przejął inicjatywę, smakując mnie z intensywnością, która przyprawiła mnie o zawrót głowy. Moje dłonie odruchowo wplotły się w materiał jego koszulki.
Przyszpilił mnie mocniej do ściany, dociskając swoje ciało do mojego. I wtedy to poczułam. Kiedy nasze biodra się zderzyły, przez cienką bawełnę moich spodenek i jego szarych dresów poczułam twardość, z którą na mnie napierał.
Oddech zupełnie mnie opuścił. To nie był tylko zwykły wzwód. Był ogromny, twardy jak kamień i bezczelnie wpijał się w brzuch. Zamiast się spiąć ze strachu, zalała mnie fala tak dzikiego, wariackiego pożądania, że mimowolnie wypchnęłam biodra do przodu, ocierając się o niego, by poczuć go mocniej.
Tomasz mruknął z aprobatą z głębi gardła. Przesunął kciukiem po buźce, lekko wzmacniając ucisk na szyi, co wywołało u mnie gorący dreszcz. Jego usta oderwały się od moich warg, ale tylko na chwilę.
– Ciii... – szepnął mi prosto w usta, czując, jak moje ciało drży w oczekiwaniu.
Przez chwilę patrzył mi prosto w oczy w ciemności, a ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Po prostu drżałam pod nim, czekając na jego ruch. Byłam jedynie w stanie wbić mu dłonie w klatkę piersiową, wciąż nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje.
On na szczęście wiedział doskonale. Jego duża, gorąca dłoń znów owinęła się stanowczo wokół szyi. Zacisnął palce powoli, stopniowo, z pełną kontrolą – nie za mocno, ale wystarczająco, bym poczuła, jak krew zaczyna pulsować mi w skroniach. Oddychałam płytko, urywanie, całkowicie zdana na jego łaskę.
Przycisnął mnie mocniej do zimnej ściany balkonu. Jego gorący oddech musnął skórę, zanim usta dotknęły wrażliwej szyi. Zaczęło się od delikatnych, powolnych pocałunków – wilgotnych, otwartych, które sunęły leniwie po gładkiej skórze, zdobiąc ją tu i ówdzie. Drżałam z każdym takim leniwym całusem. Jęknęłam niekontrolowanie w którymś momencie, po czym przerażona rozejrzałam się dookoła.
Tomasz tylko zamruczał gardłowo z aprobatą. Przygryzał mocniej skórę, wędrował od ramienia i obojczyka przez szyję aż po ucho. Potem zaczął ssać. Mocno. Tak mocno, że wiedziałam, że rano będę miała sine ślady. Język zataczał leniwe kręgi po skórze, a zęby co chwilę delikatnie wbijały się w ciało, sprawiając, że przechodziły mnie gorące dreszcze.
Przesunął usta wyżej i zajął się uchem. Najpierw tylko ciepłym oddechem, drażniąc je, potem językiem – powoli, mokro, penetrując małżowinę. Wiedział idealnie, jak to zrobić tak, abym była całkowicie rozgrzana. Kiedy delikatnie zacisnął zęby na płatku ucha i pociągnął, kolejny jęk uciekł mi z gardła, a kolana zadrżały pode mną. Uścisk na szyi natychmiast się wzmocnił. Władczo, zdecydowanie.
Jego druga dłoń w tym czasie sunęła leniwie po moim ciele. Zjechał palcami po brzuchu, zahaczył o gumkę spodenek i majtek. Byłam pewna, że już mnie dotknie, lecz on się w ogólnie nie spieszył. Drażnił się ze mną, a ja wiłam się pod nim jak nastolatka, która po raz pierwszy jest przez kogoś dotykana.
Nie potrafiłam ocenić, ile to trwało, ale szalałam w środku. Kontrast jego gorącego ciała i zimnej ściany doprowadzały mnie do błogiej rozkoszy. Mogłabym tak spędzić całą wieczność, przyciśnięta do muru.
Kiedy nogi miałam już całkiem jak z waty, Tomasz postanowił się nade mną ulitować. Zahaczył o materiał spodni, drażnił się na granicy. Zaczęłam kręcić biodrami na boki, otworzyłam oczy, patrząc na niego błagalnie. Widziałam, że go to kręci – w jego oczach płonął zwierzęcy ogień. Uśmiechnął się kącikami ust. Patrzył na mnie jak drapieżnik na ofiarę, z którą chce się pobawić dla swojej własnej, sadystycznej przyjemności.
Dopiero po dłuższej chwili wsunął całą dłoń pod materiał. Palce musnęły mnie delikatnie, badając, jak bardzo jestem mokra. Zamruczał zadowolony, patrząc mi prosto w oczy, gdy poczuł, ile wilgoci na niego czeka.
I chociaż zabrzmi to głupio, to poczułam się przez to tak cholernie zawstydzona. Byłam całkowicie świadoma swojej seksualności, a przynajmniej tak mi się wydawało. A teraz było mi głupio, że jestem taka mokra przez jego pieszczoty…
Ponownie nie spieszył się nic a nic. Zaczął od powolnego masowania – dwa palce sunęły wzdłuż moich warg, rozsmarowując wilgoć, drażniąc wejście, zahaczając pośrednio o łechtaczkę. Kręciłam biodrami, leciutko pojękiwałam, patrzyłam na niego błagalnie – nic to nie dawało. Trzymał mnie mocno za szyję, nie dając wyboru, jak tylko biernie przyjmować pieszczoty.
W końcu jednak ulitował się nade mną, gdy po całym moim ciele przeszedł dreszcz. Wsunął we mnie jeden, gruby palec. Głęboko, niespiesznie, milimetr po milimetrze. Zamknęłam oczy i westchnęłam, po czym jęknęłam. Wsunął palec po samą nasadę i na chwilę się zatrzymał, aby pocałować mnie kilka razy po szyi. Po paru sekundach zaczął poruszać się w moim środku, drażniąc przednią ściankę.
Po dłuższej chwili do tych pieszczot dołączył drugi palec. Razem drażniły mnie idealnie – wypełniały, ale nie za bardzo, ciutkę rozciągały, pieszcząc miarowo. Poruszał nimi w spokojnym, głębokim rytmie – wsuwał i wysuwał, obracając dłoń raz w jedną, raz w drugą stronę, trafiając we wszystkie wrażliwe miejsca. Kciuk w końcu odnalazł łechtaczkę i zaczął zataczać po niej powolne kręgi.
Dokładnie takie, które sprawiały, że nogi mi drżały. Zaraz po nich całe ciało. Jęknęłam ponownie, już całkowicie gdzieś mając to, że ktoś mógł nas właśnie oglądać. Liczyło się tylko to, co Tomasz ze mną robił.
Cały czas nie przestawał mnie całować po szyi. Raz po raz wracał do ucha, ssąc je, liżąc, gryząc płatek. Czasem schodził niżej, na obojczyk, zostawiając mokre i delikatne ślady zębów. Uścisk na szyi falował – raz mocniejszy, raz lżejszy, nigdy nie pozwalając mi zapomnieć, kto tu rządzi.
Biodra poruszały mi się same, wychodząc naprzeciw jego dłoni w rytmie, którego nie byłam w stanie kontrolować. Czułam się taka bezwstydna, taka wygłodniała – wilgoć spływała mi obficie po udach, a każdy ruch jego palców sprawiał, że w brzuchu rozpalał się coraz gorętszy żar.
Dwa grube palce poruszały się we mnie głęboko i pewnie. Nie spieszył się. Wsuwał je powoli, aż po same nasady, potem wycofywał niemal całkowicie, tylko po to, by znowu wypełnić mnie tym samym rytmicznym ruchem. Kciuk masował łechtaczkę w powolnych, ale coraz mocniejszych okręgach, zwiększając nacisk dokładnie wtedy, gdy tego potrzebowałam.
Byłam kompletnie zalana. Czuję, jak moje ciało drży, jak nogi uginają się pode mną. Opierałam się całym ciężarem o zimną ścianę balkonu, ale to i tak nie wystarczało – bez jego silnego ciała przytrzymującego mnie pewnie, pewnie bym już dawno osunęła się na podłogę. W głowie miałam mętlik. Czułam się taka mała, taka bezbronna pod tym stanowczym uściskiem.
Czułam się całkowicie owładnięta. Poddana. I to uczucie… cholernie mi się podobało. Nigdy żaden mężczyzna nie przejął nade mną takiej kontroli z taką naturalną pewnością. To było przerażające i jednocześnie tak podniecające, że aż bolało.
Napięcie rosło powoli, leniwie, ale nieubłaganie. Z każdym głębokim pchnięciem jego palców, z każdym mocniejszym okręgiem kciuka czułam, jak żar w dole mojego brzucha staje się coraz gorętszy, cięższy, bardziej palący. Moje mięśnie się napinały, oddech robił się coraz płytszy i szybszy, a serce waliło mi tak mocno, że słyszałam je w uszach. Byłam na krawędzi, drżąca, spięta jak struna, która zaraz pęknie.
I wtedy pękłam.
Orgazm uderzył we mnie potężną, rozlewającą się falą. Najpierw jedną ostrą – całe ciało mi zesztywniało, plecy wygięły się w łuk, a ja zacisnęłam się mocno wokół jego palców, pulsując gwałtownie. Zaraz za tym przyszły kolejne fale – dłuższe, głębsze, rozchodzące się gorącem po całym ciele, od podbrzusza aż po czubki palców. Drżałam niekontrolowanie, nogi mi się trzęsły, a z gardła wydobywały się zduszone, ciche jęki, które jego dłoń na szyi skutecznie tłumiła.
To było tak intensywne, że aż poczułam pieczenie pod powiekami. Czułam się rozbita na kawałki, całkowicie zalana rozkoszą, której nie byłam w stanie ogarnąć. On nie przestawał – poruszał palcami powoli, ale nadal głęboko, przedłużając każdy dreszcz, jakby chciał wycisnąć ze mnie absolutnie wszystko, co miałam.
Gdy w końcu zaczęłam opadać, całkowicie roztrzęsiona, słaba i bezwładna, powoli wysunął palce ze mnie, po czym puścił mnie powoli i odsunął się z uśmiechem. Osunęłam się po ścianie na podłogę. Przez dobre kilkanaście sekund oddychałam ciężko, nim w końcu podniosłam wzrok. Widziałam go dokładnie z tej perspektywy – szerokie ramiona, męską twarz i ten wielki kształt odznaczający się na spodniach. Byłam przekonana, że teraz moja kolej. Że teraz zsunie ten zbędny już materiał i wypełni mi usta, że…
Nic takiego się nie stało. Zamiast tego, Tomasz pochylił się, złapał mnie za włosy i odciągnął do tyłu. Jęknęłam z bólu i przyjemności, a on pocałował mnie. Ciepło, powoli, uspokajająco, co kontrastowało z pewnym chwytem z tyłu głowy.
Gdy oderwał się ode mnie, uśmiechnął się szarmancko i przez chwilę patrzył mi w oczy.
– Dobrych snów, sąsiadko – rzucił niskim głosem, po czym wyprostował się, puszczając włosy.
Musnął kciukiem moją dolną wargę, spojrzał na mnie przez chwilę w ciemności tym swoim głębokim, spokojnym spojrzeniem, a potem cofnął się pół kroku. Bezszelestnie przeskoczył przez murek na swój balkon i zniknął w głębi mieszkania.
Ot tak, jakby nic się nie stało.
Zostałam sama. Siedziałam tam jeszcze długo, z drżącymi nogami i walącym sercem, które wciąż nie chciało się uspokoić. Cipka pulsowała nieustannie, szyja paliła przyjemnym bólem od jego palców i ust, a całe ciało mrowiło się resztkami rozkoszy. Czułam się wyczerpana, pełna energii, oszołomiona, spełniona, a jednocześnie głodna.
Jego zapach wciąż otulał moje zmysły.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz