Rano obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Przetarłam oczy, narzuciłam szlafrok i w międzyczasie krzyknęłam:
— Proszę!
Ale nikt nie wchodził.
Zdziwiona podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, nikogo nie było. Korytarz był pusty — dosłownie żywej duszy.
Już miałam zamykać drzwi, kiedy nagle coś przykuło moją uwagę.
Jedna czerwona róża leżała tuż przed progiem.
Zdziwiłam się, ale jednocześnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Ktoś naprawdę się postarał — i to z samego rana. Przyznam, zrobiło mi się… bardzo miło.
Zamknęłam drzwi i powąchałam różę. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Szybko znalazłam szklaną butelkę po oranżadzie, przepłukałam ją i wsadziłam do niej mój nowy, piękny nabytek.
Ale nadal byłam zdziwiona — skąd ta róża? Z jakiej okazji?
Usiadłam na krześle i przez chwilę wpatrywałam się w nią.
I nagle mnie olśniło.
Szybko spojrzałam w kalendarz.
No tak.
Dziś były walentynki. Czternasty lutego — święto zakochanych.
Jedną zagadkę miałam już rozwiązaną.
A co z drugą?
Kim jest mój tajemniczy wielbiciel?
Choć w naszym sierocińcu było mnóstwo chłopaków, to tylko dwóch przychodziło mi do głowy.
A mianowicie Aleks, którego dobrze znacie, i Maks.
Z Maksem mam trochę dziwną relację… a właściwie znajomość.
Kiedyś uratowałam go przed naszą panią dyrektor, bo postanowił zdewastować jej samochód — a może raczej „podrasować”. I akurat wtedy, gdy w panice uciekał przez podwórko przed jej gniewem, trafił prosto na mnie. A właściwie wpadł na mnie z takim impetem, że oboje wylądowaliśmy na ziemi.
Dość szybko się podniósł i od razu podał mi rękę. Pamiętam, że całą swoją granatową bluzę miał w farbie. Nawet zostawił mi pamiątkę po tym dniu — małą plamkę na mojej koszulce.
Gdy go zobaczyłam, od razu postanowiłam mu pomóc.
Bez zastanowienia nakryłam go starym kocem i zasłoniłam ogromnymi kartonami.
Od tamtej pory, ilekroć mnie widzi, zawsze przybija mi piątkę i rzuca krótkie „hejo”.
Maks to typ groźnego chuligana — takiego szkolnego łobuza, z którym lepiej nie zadzierać. Jest dwa lata starszy ode mnie i… zdecydowanie nie jest kimś, z kim mam taką relację jak z Aleksem.
A, zapomniałam dodać — ma też duszę artysty. Raz nawet widziałam go, jak siedział w ogrodzie na gałęzi i coś rysował.
Siedziałam jeszcze chwilę, wpatrując się w różę, jakby miała mi zaraz sama powiedzieć, kto ją zostawił.
Ale w pewnym momencie powiedziałam sobie: dość. Takie gdybanie doprowadzało mnie do szału, a im więcej myślałam o tych dwóch, tym bardziej czułam, że wariuję.
Westchnęłam ciężko i wstałam z krzesła.
— Dobra, Sherlocku, ogarnij się — mruknęłam pod nosem. — To tylko róża, nie zagadka życia i śmierci.
Spojrzałam jeszcze raz na kwiat stojący w butelce. Wyglądał… niewinnie. A jednak miał w sobie coś podejrzanego. W końcu skrywał tajemniczego wielbiciela.
Spojrzałam na zegarek — do wyjścia została już tylko godzina, a ja wciąż byłam w proszku.
Wpadłam w totalną panikę i zaczęłam latać po pokoju jak poparzona. W jednej ręce szczotka, w drugiej bluza, a w głowie jedno wielkie: spóźnię się, spóźnię się, spóźnię się.
Jakoś cudem ogarnęłam się na tyle, żeby wyglądać jak człowiek, a nie ofiara porannego huraganu.
Gdy zamykałam drzwi swojego pokoju, nagle coś przykleiło się do mojego buta. Zmarszczyłam brwi i schyliłam się.
Karteczka.
Oderwałam ją i przez chwilę trzymałam w dłoni, zastanawiając się, skąd się tam wzięła.
— Serio? Teraz? — mruknęłam pod nosem.
Bez większego zastanowienia wsadziłam ją do kieszeni kurtki. Nie miałam czasu jej czytać — i tak byłam już spóźniona.
A autobus, niestety, nie miał zwyczaju na mnie czekać.
Gdy dotarłam na przystanek, autobus akurat podjechał. Właśnie miałam do niego wsiadać, kiedy nagle ktoś pstryknął mnie w ucho.
— Auć! — powiedziałam, łapiąc się za ucho.
Odwróciłam się i zobaczyłam stojącego za mną Maksa.
— Hejo — rzucił, szczerząc się od ucha do ucha.
— Cześć — odpowiedziałam zaskoczona.
Byłam w lekkim szoku, bo to kompletnie do niego nie pasowało. Nigdy wcześniej sam mnie nie zaczepił.
— Ej, ty tam! Wsiadasz czy nie?! — odezwał się zirytowany kierowca autobusu.
— Co? Aha… tak, już wsiadam! — odpowiedziałam szybko.
Maks tylko się zaśmiał.
Po wejściu do autobusu od razu ruszyłam w stronę Aleksa, który siedział już z tyłu i jak zwykle trzymał mi miejsce.
— Hello.
— Hello. A ty znowu zaspałaś?
— Nie. A czemu pytasz?
— Bo czekałem na ciebie, a ciebie nie było…
— Miałam rano pewne komplikacje.
— Okej… A ten chłopak to kto?
— Jaki chłopak?
— Ten, co cię zaczepił.
— A, to Maks z naszego sierocińca.
— Maks?
— Nie znasz Maksa?
— Nie.
— Kiedyś was sobie przedstawię.
— Okej.
— A co, zazdrosny?
— Nie. O ciebie to nie mam co się martwić…
— To znaczy?
— No wiesz… Maks wygląda jak typ, który prędzej podpali szkołę, niż da ci kwiatka.
— Po części się z tobą zgadzam. Też miałam o nim takie mylne pierwsze wrażenie.
— A teraz co o nim sądzisz?
— Jest spoko gościem.
— Aha, okej… A jaki ja jestem?
— Ciebie znam dłużej i jesteś najlepszym przyjacielem pod słońcem.
— Dziękuje
— Do tego nie zamieniłabym ciebie na nikogo innego.
— Dobra przestań mi słodzić, bo się zarumienię.
— Ja? Nic nie ukrywam. Jakbym mógł…
Nagle spojrzał gdzieś za okno i aż wyprostował się na siedzeniu.
— O patrz, konie!
— Gdzie?!
— Tam! — wskazał szybko pierwszą lepszą łąkę, wyraźnie próbując zmienić temat.
Popatrzyłam przez okno autobusu — faktycznie, były tam konie. Skubany miał szczęście.
Ale i tak czułam, że Aleks coś ukrywa. Nic przede mną się nie ukryje. Mogłabym zostać drugim Sherlockiem Holmesem.
Po prostu było po nim widać, że kłamie jak z nut i próbuje zmienić temat.
I wtedy nagle przemknęła mi przez głowę pewna myśl.
A może to właśnie on podarował mi tę różę?
Nie byłam jednak jeszcze tego pewna.
Ale wszystko zaczynało powoli składać się w jedną całość.
— I to było… dziwne.
— Ale co dziwne? — zapytał Aleks.
I wtedy dotarło do mnie, że chyba zaczęłam myśleć na głos.
Moje oczy momentalnie zrobiły się wielkie, a twarz musiała mieć kolor czerwonej cegły.
— Ile słyszałeś? — zapytałam nerwowo.
— Tylko tyle, że coś mamroczesz pod nosem o czymś dziwnym. Dlatego pytam: co?
— I… tylko to powiedziałam?
— Tak. A coś jeszcze miałem usłyszeć? — uniósł brew.
— Nie! Absolutnie nie!
Uff… Mogłam w końcu odetchnąć pełną piersią.
Na szczęście niczego nie powiedziałam na głos. Już myślałam, że zaraz wydarzy się katastrofa i kompletnie go spłoszę.
— Jesteśmy. Wysiadasz? — zapytał Aleks.
— Tak, już.
— Co ty dziś taka zamyślona? Masz głowę w chmurach.
— A tak jakoś…
— Nie zapomnij plecaka, śpiąca królewno, bo to dopiero będzie katastrofa.
— Dobrze mówisz.
Po wyjściu z autobusu od razu poszłam z Aleksem do klasy.
Usiadłam w ławce, kiedy nagle do sali wleciał jak poparzony nasz szkolny Casanova.
A za nim całe stado dziewczyn z różnych klas — wrzeszczących i wyraźnie wkurzonych na jego widok.
Totalnie mnie zamurowało. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Spojrzałam tylko na Aleksa i wymieniliśmy między sobą dziwne spojrzenie.
Dopiero po chwili załapałam, że nasz Casanova w końcu wpadł jak śliwka w kompot.
Ale wcale mnie to nie dziwiło. Tak to już jest, kiedy wysyła się dziewczynom identyczne prezenty na walentynki i — co gorsza — umawia z kilkoma naraz, licząc, że wszystko nigdy nie wyjdzie na jaw.
A sądząc po tych wrzaskach, miał naprawdę mocno przechlapane. W klasie było ich razem co najmniej dwadzieścia.
Tak to już jest, kiedy uważa się dziewczyny za głupie.
Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co będzie, jeśli dojdzie do rękoczynów.
A wściekła dziewczyna to naprawdę niezłe zagrożenie.
Głowa już zaczynała mi pękać od tego ich darcia się.
Na szczęście przypomniałam sobie, że mam w plecaku waciki kosmetyczne. Bez chwili zastanowienia wyciągnęłam je i wsadziłam sobie do uszu, robiąc z nich prowizoryczne stopery.
— Masz! — Powiedziałam do Aleksa podając mu waciki do uszu.
— Dzięki ale po co mi waciki — Odpowiedział zdziwiony.
— No do uszu.
— Co nie słyszę!
— Do uszu!
— A dobra dzięki! —Powiedział to jednocześnie pokazując kciuk do góry.
Gdy je włożyłam poczułam jak moje uszy w końcu mogą odpocząć. Nagle podszedł do mnie szkolny Dj.
— Hej masz więcej wacików.
— Tak mam a chcesz?
— Poproszę.
Po szkolnym DJ-u zaczęło podchodzić do mnie coraz więcej osób z klasy po te waciki. Na szczęście miałam całą tubę, choć już wiedziałam, że po szkole czeka mnie obowiązkowa wizyta w drogerii.
Było też wyraźnie widać, że wszyscy mają dość tych krzyków. Szczególnie że musieliśmy słuchać tego jeszcze przez dobre pięć minut.
Gdy w końcu zadzwonił dzwonek na lekcję, miałam wrażenie, że dla całej klasy zabrzmiał jak prawdziwe zbawienie.
Nigdy wcześniej nie cieszyłam się tak bardzo na angielski jak tego dnia.
Ale nawet po dzwonku towarzystwo wcale sobie nie poszło. Wręcz przeciwnie — dziewczyny otoczyły Casanovę tak szczelnie, żeby przypadkiem nie uciekł.
W tamtym momencie mogła nas uratować już tylko pani Zdunikowska.
Kiedy weszła do klasy i zobaczyła całe to rozwrzeszczane towarzystwo, bez słowa chwyciła swój kalendarz i z całej siły walnęła nim o biurko.
— Drogie panie, co tu się dzieje?! Zuzia, proszę się wytłumaczyć. — Wskazała palcem jedną z dziewczyn stojących obok Casanovy.
— Nic, proszę pani… — odpowiedziała przestraszona.
— Skoro nic, to proszę natychmiast opuścić moją klasę. Chyba że całe towarzystwo chce dostać uwagę.
— Przepraszamy, pani Zdunikowska… — odpowiedziały jednym chórem.
Po chwili zaczęły pojedynczo wychodzić z klasy.
A Casanova tylko machał im z uśmiechem na pożegnanie, jakby właśnie żegnał swoje fanki po koncercie.
Kiedy to całe stado w końcu opuściło klasę, wszyscy niemal równocześnie wyciągnęliśmy waciki z uszu.
— Ty — wskazała palcem na Casanovę pani Zdunikowska.
W jednej chwili jego uśmiech zniknął z twarzy, a na jego miejsce pojawiło się wyraźne przerażenie.
— Tak, proszę pani… — odpowiedział nerwowo, przełykając ślinę.
— To ty jesteś sprawcą całego tego zamieszania.
— Ja? Skądże, proszę pani, ja jestem niewinny…
— Dobrze, panie niewinny. A teraz marsz do dyrektora. Opowiesz mu o całym zajściu.
— Ale, proszę pani…
— Do dyrektora. No, chyba że wolisz, żeby przyszedł tutaj.
— To ja już pójdę lepiej tam...
— Dobry wybór. Mądre dziecko.
— Otwórzcie podręczniki na stronie pięćdziesiątej siódmej i czytajcie. Jak wrócę, chcę wiedzieć, co przeczytaliście.
Drzwi się zamknęły i w tym momencie cała klasa wybuchła śmiechem — wszyscy zaczęli nabijać się z Casanovy.
Jak dla mnie w końcu się doigrał. Jak nie dziewczyny go „zaatakowały”, to pani od angielskiego wzięła go na dywanik.
Wcale nie było mi go szkoda.
Minęło pół godziny i nasz „więzień z Azkabanu” wrócił.
Reszta lekcji minęła już bez dalszych scen.
Nadeszła przerwa. Z tego wszystkiego ominęłam śniadanie w sierocińcu, więc postanowiłam udać się do sklepiku szkolnego.
Gdy miałam już wychodzić, nagle za moimi plecami odezwała się nasza „gwiazda” — a kto inny niż nasz Kochany Casanova.
— Idziesz do sklepiku, może?
— Może — zmarszczyłam brwi.
— A kupisz mi, proszę, drożdżówkę z makiem? — zapytał.
— A nie wiem…
— Proszę — zrobił błagalne oczy jak pies.
— Oj, no nie wiem…
— Ja mam hajs… O, proszę. — Wyciągnął z kieszeni dziesięć złotych i wcisnął mi je w rękę. — Niech ci będzie.
— Dziękuję, reszta dla ciebie.
I tym sposobem zarobiłam piątaka na waciki.
Wracając ze sklepiku, zajrzałam jeszcze do swojej szafki szkolnej, bo potrzebowałam skarpetek.
Otworzyłam ją i… z jej wnętrza wypadł niewielki miś — biały, z różowym sercem i napisem „love you”.
Za nim poleciała karteczka.
Na górze róże,
na dole fiołki,
kochajmy się jak dwa aniołki.
Twój Walenty.
Szybko wszystko pozbierałam i wsadziłam z powrotem do szafki, a potem wróciłam do klasy.
Kiedy przekroczyłam próg sali, uśmiech nadal nie schodził mi z twarzy.
— Masz — powiedziałam, podchodząc do ławki Casanovy i wręczając mu jego drożdżówkę z makiem.
— Bóg zapłać, dobra kobieto.
Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami.
— A ty czemu sam sobie po nią nie poszedłeś?
— A no widzisz… na razie nie mogę za bardzo ruszać się z klasy.
— Już chyba wiem dlaczego.
— Oj no, nie mogę bardziej narażać się tym psychopatkom.
— Ej, nie obrażaj kobiet.
— Dobra, przepraszam.
— I pamiętaj — kobieta jest potulna i niegroźna, dopóki dobrze ją traktujesz.
Po tych słowach jego mina była bezcenna. Wyglądał, jakby właśnie dostał życiową radę od wielkiego mistrza. Chociaż pewnie i tak jednym uchem wpuścił, a drugim wypuścił.
— Proszę — powiedziałam, podając Aleksowi drożdżówkę.
— O, dziękuję. A dla mnie masz jakąś radę, o wielka mistrzyni?
— Słyszałeś?…
— Niestety tak.
— Tak, mam. Ruszaj się więcej na boisku podczas treningów.
— O moja wszechmocna mistrzyni, dziękuję za tę cenną radę.
Po tych słowach wstał z ławki i zaczął kłaniać mi się jak jakiejś królowej.
— Aleks, siadaj! Wszyscy się na nas patrzą — powiedziałam, czując na sobie wzrok całej klasy.
— A niech patrzą.
— Aleks, ja cię proszę!!
— No dobra, już siadam, moja królowo.
Po tych słowach miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Momentalnie odwróciłam wzrok i mruknęłam:
— Nie przyznaję się do ciebie.
— Ej no…
Zaczął mnie szturchać, żebym się odwróciła. A kiedy w końcu mu się udało, wybuchnęłam śmiechem.
Wyglądał komicznie. Ukradł mi z piórnika dwie gumki do włosów i zrobił sobie z nich urocze kitki. Muszę przyznać, że wyglądał naprawdę słodko, ale jednocześnie absurdalnie zabawnie.
Od zawsze wiedział, jak mnie rozśmieszyć.
No i przerwa dobiegła końca. Zadzwonił dzwonek i trzeba było wracać do rzeczywistości.
Reszta lekcji minęła bez większych problemów. Na ostatniej godzinie pojawiła się pani wicedyrektor, która tego dnia pełniła rolę szkolnego kupidyna i roznosiła walentynki.
Jak zwykle Aleks i Casanova dostali ich najwięcej w całej klasie.
Kiedy pani wicedyrektor miała już wychodzić, nagle wyczytała moje imię.
Nie powiem — kompletnie mnie zatkało, bo nigdy wcześniej nie dostałam żadnej walentynki.
Gdy uniosłam rękę, czułam na sobie wzrok całej klasy. Była to wręcz historyczna chwila, ponieważ tego dnia byłam jedyną dziewczyną w klasie, która dostała walentynkę.
— Proszę, to dla ciebie, skarbie.
Do rąk dostałam dużą czerwoną kopertę. Na niej widniały jedynie inicjały nadawcy — nic więcej.
Szybko schowałam ją do plecaka.
A kiedy lekcje w końcu się skończyły, mogłam kontynuować swoje śledztwo.
— Idziesz ze mną do drogerii? — zapytałam Aleksa.
— Ale że teraz?
— Tak, teraz.
— Nie mogę, jestem umówiony z naszym trenerem.
— Okej, spoko.
— Ale drogeria jest w tę samą stronę co nasz klub, więc pojadę z tobą autobusem.
— Okej.
Autobus był o dziwo pusty, co bardzo mnie ucieszyło, ponieważ w końcu mogłam usiąść tam, gdzie chcę. Wybrałam miejsce pośrodku autobusu, przy oknie. Aleks jak zwykle rozwalił się obok mnie i rzucił plecak pod siedzenie.
— Ale mam dziś dość ludzi — mruknął, przeczesując dłonią włosy.
— A ja dziewczyn wrzeszczących pod klasą — odpowiedziałam. — Nadal słyszę ich głosy w głowie.
— Myślę, że Casanova też będzie je słyszał jeszcze przez kilka najbliższych dni.
Parsknęłam śmiechem.
Przez chwilę jechaliśmy w ciszy. Za oknem powoli przesuwały się drzewa.
Nagle do autobusu weszły staruszki. Były tak rozgadane, że nie dało się słyszeć niczego innego. Gadały o swoich wnukach, a bardziej było to narzekanie, w tym o tym, że jednej z nich wyszedł haluks na stopie. Gdy to usłyszałam, myślałam, że zwrócę swoją drożdżówkę.
Za nimi wszedł Maks — w słuchawkach.
— Fuj, słyszysz o czym one rozmawiają? — powiedziałam po cichu, szturchając Aleksa.
— Niestety tak — odpowiedział.
— Czy starzy ludzie muszą być tacy dziwni?
— No wiesz, moja ciotka też była dziwna, ale takich rzeczy nie gadała.
— Serio?
— Na serio.
Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, mogłam się w końcu ulotnić z tego autobusu i przestać słuchać o haluksach.
Na przystanku pożegnałam się z Aleksem — on poszedł w swoją stronę, a ja do drogerii.
Nagle usłyszałam, że ktoś woła mnie z tyłu. Odwróciłam się — to był Maks. Zdziwiłam się.
— Hejo, gdzie idziesz? — zapytał, zmachany, bo biegł za mną.
— Hejo, do drogerii. A co?
— O, to super. Wyświadczysz mi przysługę.
— Przysługę?
— Tak. Idziesz czy nie?
— Idę.
Byłam lekko zaintrygowana tym, że powiedział „przysługa”, ale też bardzo ciekawa, co miał na myśli. Gdy weszliśmy do drogerii, od razu zaciągnął mnie do półki z perfumami.
— Pomożesz mi wybrać ładne damskie perfumy dla koleżanki z klasy.
— Okej, ale nie wiem, co ona lubi.
— Jest uzdolniona sportowo, lubi kwiaty… tak mi się wydaje.
— Okej, to już coś. Dobra, co my tu mamy…
— A może te? — powiedział, wskazując flakon.
— To raczej za mocne perfumy dla niej.
— Okej
— A może te?
Podałam Maksowi flakon do powąchania.
— Są ładne. A podobają ci się?
— Tak, są bardzo ładne.
— W takim razie bierzemy je. Podaj drugi flakon.
— Proszę, a ja idę po waciki, zaraz wracam.
— Spoko, czekam przy kasie.
Zapłaciliśmy za swoje zakupy i udaliśmy się na przystanek autobusowy. Który chyba miał lekkie spóźnienie. Ponieważ przyjechał pięć minut po czasie. Miałam nadzieję, że Aleks zdąży wrócić z treningu, ale gdy spojrzałam na zegarek była dopiero godzina siedemnasta a wspominał, że wróci o osiemnastej. Wsiadłam więc do autobusu usiadłam od okna a Maks obok mnie. I zapadła ta niezręczna cisza. No wiecie nie znałam tak Maksa dobrze jak Aleksa, z którym mogę nawijać cały czas. Ale w końcu postanowiłam przełamać lody.
— A więc rysujesz?
— Tak. A ty skąd wiesz?
— Widziałam cię na drzewie i się domyśliłam.
— Chcesz mogę pokazać ci kilka prac?
— Bardzo chętnie.
Maks wyciągnął z plecaka szkicownik i pokazał mi kilka swoich prac.
— O ja cię… Ty naprawdę masz talent.
— Dziękuję.
— A kto to jest? — zapytałam, wskazując dziewczynę na jednym z rysunków.
— Moja mama. Narysowałem ją tak, jak wyglądała, kiedy była młoda.
— Serio? Wygląda prawie jak nasza rówieśniczka.
— Trochę tak. To jedyna podobizna, jaka mi po niej została.
— Współczuję. Moja mama też nie żyje.
Maks spuścił wzrok.
— Przykro mi.
— Nie musisz przepraszać. To było dawno temu.
— To jedyna rzecz, jaka została mi po mamie. Ojciec dał mi ten szkicownik, kiedy zostawiał mnie w sierocińcu. W sumie bardziej należał do niego niż do niej.
Na chwilę zamilkł, przesuwając palcami po lekko wytartej okładce.
— Ale to jedyna pamiątka, jaką po nich mam.
— Ty przynajmniej masz jakąś pamiątkę po obojgu rodzicach. Ja mam tylko po mamie. A mój ojciec... żyje, buja się gdzieś po świecie i ma mnie w dupie.
— Współczuję. Wiem, jaki to ból.
— Szczerze? Chyba już nie. Kiedyś mnie to bolało, ale teraz mam go gdzieś. Gdybym nie trafiła do sierocińca, nie poznałabym Aleksa ani wszystkich ludzi, których mam dziś obok siebie. A z ojcem pewnie tylko bym się żarła. Znając jego charakter, prędzej czy później wyrzuciłby mnie z domu. To straszny tyran.
— U mnie było trochę inaczej. Na początku byłem zły na ojca za to, że mnie zostawił. W sumie nadal jestem.
— Mogę spytać, dlaczego?
— Ponieważ zawsze myślałem, że po mnie wróci. Czekałem na niego latami. A on nie wracał. Dopiero później dowiedziałem się, że miał raka. Kiedy oddawał mnie do sierocińca, miałem pięć lat i niczego nie rozumiałem. Chciał tylko, żebym nie patrzył, jak umiera.
— Rozumiem cię.
— Dopiero gdy miałem jedenaście lat, pani dyrektor powiedziała mi prawdę. Zaprowadziła mnie na grób ojca.
Spojrzał na szkicownik leżący na kolanach.
— Leżał już tam obok mamy.
— Myślę, że w pewnym sensie chciał cię chronić. Dlatego oddał cię do sierocińca. Rozumiem twojego tatę.
Maks przez chwilę milczał, po czym lekko się uśmiechnął.
— No dobra, starczy już tego smutku na dziś.
Nagle wskazał palcem za okno.
— O, zobacz. To już nasz przystanek.
Spojrzałam za okno.
— Faktycznie. Ale szybko zleciało.
Po wyjściu z autobusu udaliśmy się prosto do sierocińca. Pod jego drzwiami, gdzie nasze drogi miały się już rozejść, Maks nagle mnie zatrzymał.
— Proszę, to dla ciebie. — Wcisnął mi w ręce perfumy, które jeszcze chwilę temu wybieraliśmy.
Zamarłam ze zdziwienia.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, odwrócił się i wbiegł po schodach. Normalnie wyparował jak kamfora.
— Dziękuję! — krzyknęłam za nim, ale chyba już mnie nie usłyszał.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi wejściowe, a w nich stanął całkiem wycieńczony, spocony, a wręcz cuchnący Aleks.
— O, już jesteś. — Nie powiem, jego widok mnie ucieszył, ale zapach już trochę mniej.
— No wróciłem.
— Ale cuchniesz — powiedziałam, zatykając nos.
— Niestety, ale sam również siebie czuję.
— Czemu nie wziąłeś prysznica?
— No widzisz, normalnie bym wziął, ale była awaria wody.
— I nie mów, że jechałeś tak autobusem.
— A i owszem.
— O zgrozo. Współczuję ludziom siedzącym za tobą.
— Jeszcze nikomu trochę smrodku nie zaszkodziło.
— Fuj!
— Chodź, powąchaj sobie jeszcze trochę.
— Nie, Aleks, odejdź.
— No chodź.
— Fuj, świnia z ciebie.
— O, nowe perfumy.
— Tak.
— Chodź, psiknę cię.
— Odejdź ode mnie, kobieto. To mój męski zapach, nie będę się psikał damskimi perfumami.
— No chodź.
— Nie!
— A mam pytanie tak z innej beczki...
— No dawaj.
— Idziemy do pralni?
— Możemy. W końcu mamy tam kilka niedokończonych spraw.
— No właśnie. To co, za piętnaście minut przy pralni?
— Okej. Wezmę jeszcze tylko prysznic.
— Zgoda. To do zobaczenia. Tylko się nie spóźnij.
— Ja? Nigdy w życiu.
— Jasne. Uwierzę, jak zobaczę.
I nasze drogi w holu się rozeszły. Ja udałam się do swojego pokoju.
Po wejściu szybko przebrałam się w coś wygodniejszego. Następnie wzięłam kilka łyków wody i zaczęłam kompletować rzeczy, które mogły nam się przydać.
Do plecaka wrzuciłam latarkę — a nuż okaże się potrzebna — oraz trochę słodyczy. W końcu nigdy nie wiadomo, ile potrwa nasza wyprawa.
Dorzuciłam też kilka brudnych ubrań. Tak na wszelki wypadek. Gdyby ktoś nas przyłapał, zawsze moglibyśmy powiedzieć, że przyszliśmy zrobić pranie.
Zabrałam plecak i udałam się prosto do pralni. Oczywiście, gdy dotarłam na miejsce, Aleksa jeszcze nie było. Jak zwykle się spóźnił.
Czekałam na niego dobre dziesięć minut, opierając się o ścianę i zastanawiając się, czy przypadkiem nie zasnął pod tym prysznicem.
W końcu pojawił się na korytarzu.
— No proszę, książę raczył przybyć.
— Przepraszam, ale przynajmniej już nie śmierdzę.
— To akurat muszę ci przyznać.
— Widzisz? Warto było poczekać.
— Nie schlebiaj sobie. Już miałam wracać do pokoju.
— Jasne. A ja jestem królem Anglii.
— To co, wchodzimy?
— Tak. A po co ci plecak?
— Plecak to nasza przykrywka, w razie czego.
— To znaczy?
— Mam tam brudne rzeczy.
— Aaaa...
— Bbbb. A teraz chodźmy.
— Wiesz, że to było beznadziejne?
— Wiem.
— Otwierasz te drzwi czy czekasz, aż same się otworzą?
— No już, zapraszam księcia do środka.
— To dla mnie zaszczyt.
— Idź, bo jak cię trzepnę, to z dużym impetem wylądujesz po drugiej stronie.
— Grozisz mi?
— Nie. Uprzejmie informuję o konsekwencjach.
— To brzmi jeszcze gorzej.
— Aleks!
— No już idę, moja królowo.
— Światło geniuszu.
— Już się robi moja damo.
Po wejściu do pralni omal nie dostałam zawału. Na ścianie zobaczyłam ogromnego pająka. A właściwie nawet nie byłam pewna, czy to zwykły pająk, bo wyglądał dosłownie jak tarantula.
Gdy tylko Aleks go zauważył, chciał wrzasnąć, ale szybko zasłoniłam mu usta dłonią.
— Aleks, spokojnie.
Aleks nadal próbował krzyczeć, przy okazji śliniąc mi całą rękę.
Fuj.
— Uspokój się. To tylko dekoracja na Halloween. Patrz.
Aleks przyjrzał się pająkowi i odetchnął z ulgą.
— A teraz powoli zabiorę rękę, a ty już nie wrzeszczysz, zgoda?
Pokiwał głową.
Odsunęłam dłoń.
— Hahaha... To tylko pająk na Halloween — powiedział zawstydzony.
— Wrzeszczałeś jak mała dziewczynka.
— Wcale nie.
— Niech ci będzie.
— Wiesz co? Może zdejmę tego pająka, zanim ktoś jeszcze się przestraszy.
— Okej. Na pewno ktoś jeszcze się go przestraszy.
— Czyli ja?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale pomyślałaś.
— Być może.
— Dobra, koniec tych wygłupów. Przyszliśmy tu z misją.
— Masz rację. To do dzieła.
I tak Aleks poszedł szukać wskazówek dotyczących pucharu, a ja jeszcze raz dokładnie mu się przyjrzałam.
Niestety, jedyne co znalazłam, to kolejną warstwę kurzu.
Aleks również niczego nie odkrył.
W końcu, zrezygnowani, usiedliśmy na kartonach. Trzymałam puchar na kolanach i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie gonimy za czymś, czego w ogóle tu nie ma.
I właśnie wtedy otworzyły się drzwi.
Na dół zszedł Maks.
Niestety nie zdążyłam schować pucharu. Zauważył mnie dokładnie w chwili, gdy trzymałam go w rękach.
Spojrzał najpierw na mnie, potem na Aleksa, a na końcu na sam puchar.
— Okej... chyba coś mnie ominęło.
— To nie tak, jak myślisz. Nas tu nie ma. To tylko złudzenie optyczne.
— Tak, jasne. A ja jestem wróżką. Nie dam się nabrać.
— Okej, masz nas.
— To co tu robicie? Spokojnie, nie wydam was pani dyrektor.
Spojrzałam na Aleksa.
On na mnie. Kiwnął głową.
Po czym oboje spojrzeliśmy na Maksa.
— Oj, no dobra. Znaleźliśmy ten puchar i próbujemy poszperać, żeby znaleźć jakieś informacje o nim.
— Kumam temat.
— A tak w ogóle, to jest Aleks. Aleks, poznaj Maksa.
Panowie podali sobie ręce.
— Cześć. Miło cię poznać, Maks.
— Cześć. Ciebie również, Aleksie. To ty jesteś tym przyjacielem Sabriny?
— Tak. A wspominała o mnie?
— No pewnie, że tak.
— Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.
— W większości.
— W większości? — Aleks spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Nie patrz tak na mnie. Musiałam go ostrzec, że czasami zachowujesz się jak bambaryła.
— Czasami?!
— Dobra, często.
— Oj, poczekaj tylko, aż ja zaraz powiem...
— Cicho! Słyszeliście to?
Aleks znów otworzył usta, więc ponownie zakryłam mu je dłonią.
— Ktoś idzie — szepnął Maks.
— Szybko, musimy się gdzieś schować.
— Za kartony.
— Aleks, chodź! — Pociągnęłam go za rękę.
Weszliśmy oboje za stertę kartonów.
Akurat pech chciał, że do pralni przywlekła się Miranda.
Miałam wrażenie, że tej dziewczyny jest wszędzie pełno. Gdzie człowiek nie pójdzie, tam Miranda.
Oczywiście przyszła ze stertą prania.
Ona chyba naprawdę uwielbia robić pranie. A może wręcz ma na tym punkcie lekkiego bzika.
— Fuj, moja ręka — szepnęłam do Aleksa.
Szybko wytarłam dłoń o jego bluzę. Spojrzał na mnie, jakbym właśnie popełniła zbrodnię.
— No co? To twoja ślina.
— No wiesz co? A może ja jej nie chcę z powrotem?
— Trudno. Koniec tej dyskusji, bo zaraz wpadniemy.
— Oj, no dobra. Ale mamy inny problem.
— Jaki?
— Chce mi się kichnąć.
— Aleks, ja cię kiedyś normalnie uduszę.
— A psik!
Naprawdę, w tamtym momencie miałam ochotę go udusić i zakopać za tymi kartonami.
Na szczęście Maks uratował sytuację.
— Słyszałeś to? — zapytała podejrzliwie Miranda.
— To ja. Mam katar — odpowiedział szybko Maks.
— Okej. Na zdrowie.
— Dzięki.
Uf.
Kamień spadł nam z serca.
I tak przez następną godzinę siedzieliśmy za kartonami jak więźniowie w celi. Z każdą minutą robiłam się coraz bardziej senna z nudów.
Aż w końcu wiedźma opuściła pralnię.
— Poszła. Możecie wyjść.
— W końcu! — westchnął Aleks.
— Dzięki, stary. Uratowałeś sytuację.
— Nie ma za co.
— Oj, jest. Jeszcze trochę, a skończyłbym śmiercią tragiczną.
— Nie gadaj głupot.
— Jakimi głupotami? Przecież ona naprawdę by mnie udusiła.
— Oj, nie dramatyzuj.
Maks zaśmiał się pod nosem.
— Hahaha. Kłócicie się normalnie jak stare małżeństwo.
— Ej! Tylko nie małżeństwo. Ja z tą baba-jagą nie mam nic wspólnego.
— No właśnie. Tym bardziej ja z tą bambaryłą.
— Dobra, dość już tego. Lepiej się stąd zmywajcie.
— Masz rację.
— Dzięki jeszcze raz, stary.
— I ode mnie też dzięki.
Szybko schowaliśmy puchar na swoje miejsce i wyszliśmy, zostawiając Maksa sam na sam z jego praniem.
— Boże, jak mi nogi zdrętwiały.
— A może cię ponieść?
— Nie, chyba dam radę.
— Chodź tu. Nie będę ryzykował kolejnego tygodnia noszenia cię na rękach.
Zanim zdążyłam zaprotestować, Aleks podszedł i bez większego wysiłku wziął mnie na ręce.
— Aleks!
— Co?
— Postaw mnie.
— Nie.
— Aleks!
— Za późno.
I zanim zdążyłam wymyślić kolejny argument, niósł mnie już prosto w stronę mojego pokoju.
Gdy dotarliśmy pod moje drzwi, nasze drogi się rozeszły. Aleks szybko ruszył z powrotem w stronę schodów, najwyraźniej nie mając ochoty zostać przyłapanym w damskiej części sierocińca.
— Dobranoc, bambaryło! — krzyknął jeszcze przez ramię.
— Dobranoc baba-jago! — odkrzyknęłam.
Po chwili zniknął za rogiem korytarza.
Weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i ciężko opadłam na łóżko.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że nadal nie rozwiązałam swojej walentynkowej zagadki.
Róża.
Karteczka.
Miś.
Walentynka.
Perfumy.
Im dłużej o tym myślałam, tym mniej rozumiałam.
A może właśnie o to chodziło?
Westchnęłam i spojrzałam na stojącą na biurku różę.
Byłam tak zmęczona, że nawet nie chciało mi się już nad tym zastanawiać.
Po prostu położyłam głowę na poduszce, zamknęłam oczy i niemal od razu odpłynęłam do krainy snów....
Fan fact: Jeśli zastanawialiście się, skąd wzięły się waciki w uszach podczas walentynkowej afery z Casanovą, to inspiracja pochodzi z prawdziwego życia. Moja teściowa jest śmiertelnym wrogiem przeciągów i gdy tylko jakiś się pojawi, natychmiast zakłada waciki do uszu. Czasami jest tak skuteczna, że sama nie słyszy, co się do niej mówi. 😂
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.