Noc minęła szybko i spokojnie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam tak dobrze. Odkąd trafiłam do sierocińca, dość często prześladowały mnie koszmary nocne. Przy Aleksie naprawdę czułam się spokojnie i bezpiecznie. Gdy się obudziłam, nadal trzymał mnie za rękę i spał tak słodko, że nie miałam serca go budzić. Wyłączyłam nawet budzik, żeby go nie obudził.
Leżałam tak z motylami w brzuchu, napawając się tą romantyczną chwilą, gdy nagle coś usłyszałam za drzwiami swojego pokoju. Był to dość nietypowy szmer — kroki jak u słonia, i to dosłownie. Jakby za moimi drzwiami stał słoń… albo co najmniej całe zoo. Wtedy w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Wiedziałam, że te kroki nie zwiastują niczego dobrego — wręcz przeciwnie, zapowiadały kłopoty.
Postanowiłam jednak nie popadać w panikę i się uspokoić. Usiadłam na łóżku i zaczęłam uważniej nasłuchiwać, oczywiście starając się nie obudzić naszego śpiocha. Z każdą chwilą te kroki coraz bardziej mnie niepokoiły, więc w końcu postanowiłam szturchnąć Aleksa drugą ręką i go obudzić.
— Pssst, Aleksie, wstawaj — powiedziałam szeptem.
— Mamo… jeszcze trochę… — odpowiedział na wpółprzytomny.
— Jak ja ci zaraz dam „mamo”. Wstawaj! — syknęłam.
— Przecież się nie pali… — mruknął.
— Zaraz może się palić, jeśli chcesz — odparłam poirytowana.
— Dobra, kobieto, nie zawracaj gitary. Chcę spać.
Po tych słowach Aleks puścił moją rękę i odwrócił się do mnie plecami.
Ja tylko zacisnęłam dłonie ze złości i wyżyłam się na swojej poduszce.
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo byłam wściekła, a jednocześnie przerażona. I właśnie w tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi. Moja mina mówiła wszystko. Spojrzałam szybko na Aleksa, mając nadzieję, że ten baran w końcu się obudził. Ale jak wiadomo — nadzieja jest matką głupich. Nawet nie drgnął.
Wzięłam dwa głębokie wdechy i powiedziałam:
— Proszę.
Drzwi się otworzyły, a w progu stanął nasz wychowawca. Albo raczej… zombie. Wyglądał tego dnia jak wrak człowieka. Był strasznie blady, spocony, jakby co najmniej przebiegł maraton. Do tego marynarkę miał na lewej stronie — wiedziałam to, bo z boku dyndała ogromna metka z napisem „Made in China”. Miałam wrażenie, że ledwo trzyma się na nogach.
W pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam, aż przetarłam oczy — i to dosłownie — z niedowierzania, że to naprawdę nasz wychowawca. Nie ukrywam, trochę się przestraszyłam.
— Dzień dobry — wychrypiał zachrypniętym głosem.
Nie powiem, włosy stanęły mi dęba.
— Dzień dobry… Czy dobrze się pan czuje?
Wychowawca nie odpowiedział od razu. Stał w progu, jakby się zastanawiał, czy w ogóle ma siłę wejść do środka. W pokoju nagle zrobiło się dziwnie cicho. Nawet zegar na ścianie przestał tykać… a przynajmniej miałam takie wrażenie.
— Obecność… — mruknął w końcu pod nosem, jakby mówił bardziej do siebie niż do mnie.
Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
— Słucham? — zapytałam ostrożnie.
— Spóźniona — dodał po chwili, unosząc na mnie zmęczony wzrok.
Podrapałam się po głowie i, niczym Sherlock Holmes, zaczęłam rozgryzać, o co mu chodzi.
— Obecność… spóźniona — powtórzył cicho, wpatrując się we mnie tym samym zmęczonym spojrzeniem.
Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Co miał na myśli? Kto miał być obecny?
— Czy pan na pewno dobrze się czuje?
Wychowawca westchnął ciężko i w końcu zrobił krok do środka, opierając się dłonią o futrynę, jakby ta była jedyną rzeczą trzymającą go przy życiu.
— Proszę się nie martwić… jeszcze żyję — mruknął. — Chociaż po dzisiejszym poranku mam co do tego pewne wątpliwości.
Zmarszczyłam brwi.
— A dlaczego?
— Ponieważ mam gorączkę, co pewnie po mnie widać, a do tego jeszcze te dwa wcielone diabły postanowiły dołożyć mi roboty. Zwariuję tego dnia.
— Jakie diabły?
— Te dwa bliźniaki! — powiedział wściekłym głosem.
— Aaa… mówi pan o Antonim i Rozalii.
— Nie wypowiadaj tych imion.
— Dobrze…
Później okazało się, że nasze bliźniaki postanowiły zagrać w kręgle. Gdy tylko nasz wychowawca otworzył drzwi do ich pokoju, dostał piłką prosto w głowę. Ponieważ nie mieli prawdziwych kręgli ani kuli, postanowili użyć kilku plastikowych butelek i piłki do nogi. Antoni tak się zamachnął, że piłka odbiła się od lampy i trafiła prosto w drzwi, które niefortunnie otworzył nasz wychowawca.
Te dzieciaki coraz bardziej mnie zaskakiwały swoimi pomysłami. Chyba komuś się nudziło na tej kwarantannie.
— To…, dlaczego mówi pan o obecności?
— Ponieważ przyszedłem ją sprawdzić.
Po tych słowach wychowawca sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął zmiętą kartkę. Zaczął coś na niej bazgrać, mrucząc pod nosem nazwiska, a ja siedziałam jak na szpilkach, modląc się w duchu, żeby Aleks nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.
Niestety, los postanowił sobie ze mnie zakpić.
— Chrrrr…
Zamarłam.
— Co to było? — zapytał wychowawca.
— Ja… nic nie słyszałam — odpowiedziałam szybko.
— Chrrrr…
— O, znowu — mruknął.
— To pewnie ptaki za oknem — odparłam przerażona, starając się brzmieć jak najbardziej naturalnie.
— Pewnie tak… — westchnął. — Na czym to ja skończyłem? A, tak… kartka.
Gdy wychowawca wrócił do swojej kartki, mój wściekły, a jednocześnie przerażony wzrok powędrował w stronę śpiącej królewny. Musiałam go jak najszybciej uciszyć, bo inaczej wpadniemy po uszy. Tylko kompletnie nie wiedziałam, jak mam to zrobić, ponieważ wychowawca co jakiś czas zerkał na mnie podejrzliwie, szukając mojego imienia i nazwiska na liście.
Chwilę pomyślałam i nagle wpadłam na pomysł.
— Proszę pana, mam pytanie.
— Tak, Sabrino?
— Dlaczego ma pan marynarkę na lewą stronę?
— Co? Jak to na lewą stronę?
Wychowawca spojrzał na siebie zdziwiony i nagle zrobił się czerwony ze wstydu.
— Faktycznie… dziękuję, Sabrino. Jeśli pozwolisz, odwrócę ją na właściwą stronę.
— Okej, dobrze.
Wychowawca zdjął marynarkę i zaczął ją odwracać — widać było, że sprawia mu to lekki problem. Ja natomiast wykorzystałam całe zamieszanie. Po cichu chwyciłam swoją poduszkę i z całej siły trzepnęłam nią Aleksa.
Na szczęście się obudził — to był strzał w dziesiątkę. Szybko pokazałam mu ręką, żeby wtoczył się pod łóżko. Na całe szczęście skumał, o co mi chodzi.
I w tym momencie poczułam wzrok wychowawcy.
— A ty co tam robisz?
Stał się jeszcze bardziej podejrzliwy.
— Ja nic, tylko sprawdzałam, gdzie podziała się moja poduszka.
— Na wszelki wypadek sprawdzę, jeśli pozwolisz.
Wychowawca podszedł bliżej mojego łóżka i wtedy zobaczył prowizoryczne posłanie. Serce podskoczyło mi aż do gardła. Czułam, że tego dnia jednak wpadniemy z Aleksem.
— Wytłumaczysz, po co to?
— To tylko spadło mi z łóżka w nocy, gdy spałam.
— Spadło ci? Tylko mówisz… Pozwolisz, że sprawdzę, czy nikogo nie ma pod łóżkiem?
W głowie miałam mnóstwo scenariuszy z karą, jaką dostaniemy za to nasze nocowanie.
Wychowawca właśnie miał się nachylić i zajrzeć pod łóżko, gdy nagle usłyszał wielki rumor, jakby ktoś przestawiał meble w pokoju. Natychmiast się wyprostował i ruszył sprawdzić, co się stało.
— Jeszcze tu wrócę, panno Sabrino.
— Dobrze.
Wychowawca wyszedł i zamknął drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą. Później okazało się, że za tym rumorem stały bliźniaki. Nie poskutkowało zabranie butelek i piłki do nogi, skoro w zapasie mieli piłkę do koszykówki, którą postanowili dla odmiany pograć w nogę. W efekcie wywrócili szafę, która rozpadła się na części, a cały bajzel wraz z ubraniami wylądował na podłodze.
W końcu mogłam odetchnąć pełną piersią. Aż z tego wrażenia położyłam się na łóżku. Prawie zapomniałam o Aleksie pod łóżkiem, więc puknęłam w nie, dając mu sygnał, że może wyjść.
Aleks wypełzł spod łóżka z dość nietęgą miną. Wstał i zaczął patrzeć na mnie wymownym, a jednocześnie przerażonym wzrokiem.
— Co jest? — zapytałam, podnosząc się z łóżka.
— Ty się jeszcze pytasz?
— Jasnowidzem nie jestem. Powiesz, o co ci chodzi?
— O to, co masz pod łóżkiem… a właściwie, co to jest?
— Co niby mam pod łóżkiem?
— Jakieś niezidentyfikowane coś… Nawet nie wiem, jak mam to nazwać.
— Co?
— Sama sprawdź.
— Okej.
Zeszłam więc ostrożnie z łóżka i nachyliłam się, żeby zajrzeć pod spód. Zobaczyłam tylko masę kurzu i jakieś dziwne coś.
— I co widzisz teraz? — zapytał.
— Chyba wiem, o co ci chodzi. Zaraz to wyciągnę.
— Tylko nie wyciągaj tego, bo to chyba się rusza!
— I tak to wyciągnę.
— Ale ja na pewno nie sięgam…
— Podaj mi kij od szczotki albo całą szczotkę.
Aleks podał mi kij, a ja wyciągnęłam to „niezidentyfikowane coś”, jak on to nazwał.
Gdy dokładnie się temu przyjrzałam, okazało się, że to zwykła skarpetka — cała w kurzu i kłakach.
— To tylko skarpetka — odpowiedziałam, śmiejąc się z niego.
— Uff… myślałem, że mysz.
— Ty to jednak masz halucynacje, cykorze.
— Nieprawda! Nie jestem cykorem.
— Ach tak? A kto powiedział, że to się ruszało?
— Dobra, nieważne… Swoją drogą, powinnaś posprzątać pod tym łóżkiem.
— Posprzątam, jak tylko moja noga wróci do życia.
— Trzymam za słowo.
— A teraz mi pomóż, bo sama nie wstanę.
— A nachylić się umiałaś?
— A widziałeś tę moją gimnastykę przy tym?
— No… widziałem.
— No to się nie odzywaj i pomóż mi z powrotem dostać się na łóżko.
— Okej, moja księżniczko.
— Idź, bo jak ci trzepnę.
Aleks złapał mnie za ręce i z lekkim uśmiechem pomógł mi się odwrócić, tak abym mogła wylądować bezpiecznie na łóżku.
— Ty ciesz się, że nam się upiekło — mruknął, siadając obok mnie.
— No co ty, nie powiesz, geniuszu.
— A co ty taka naburmuszona, jak wściekły szop?
— Nie pytaj lepiej, chyba że chcesz znów dostać z poduszki.
— Nie, dzięki.
— A może jednak… śpiąca królewno?
— Ej, tylko nie „śpiąca królewna”, wypraszam sobie!
— Posłuchaj mnie… ciebie to nawet czołg nie obudziłby ani jakby cię z łóżkiem wynieśli.
— Nieprawda!
— Ach, nieprawda? No to sam się prosisz.
W tym momencie moja złość na niego osiągnęła poziom maksymalny. Wciągnęłam poduszkę zza pleców.
— Po co ta poduszka?
— Zgadnij.
— No chyba nie na mnie.
— Bingo, Sherlocku.
— Dobra, nie popadajmy w emocje. Odłóż broń.
— Nie mam zamiaru.
— No to będę musiał cię zneutralizować.
— Ciekawe… niby w jaki sposób?
— Zaraz się przekonasz.
Aleks w szybki sposób wytrącił mi poduszkę z rąk — poleciała w górę. Gdy oboje próbowaliśmy ją złapać, zderzyliśmy się głowami i wpadliśmy sobie w ramiona, lądując razem na łóżku.
— Auć! — powiedziałam.
— Nic ci nie jest? — zapytał zmartwiony.
— Nie, chyba nie.
— To dobrze. Już myślałem, że sobie głowę rozbijesz o ramę łóżka.
— Dziękuję, ocaliłeś moją głowę.
— Drobnostka. Nie mogę pozwolić, żeby Księżniczce coś się stało.
— Dlaczego?
— A kto pójdzie ze mną na dzisiejszy bal?
— To bal jest dzisiaj?
— Tak.
— Aleks…?
— Możesz już mnie puścić?
— Okej, szefowo… — mruknął, powoli odrywając się ode mnie, wciąż lekko się uśmiechając.
Gdy Aleks mnie puścił, zapadła niezręczna cisza. A moje serce — cóż — miałam wrażenie, że wciąż jeszcze się nie uspokoiło.
— A więc skoro bal jest dziś, to ja muszę się szykować — odpowiedział zakłopotany Aleks.
— Ja też. Widzimy się o osiemnastej pod moimi drzwiami.
— Tak, dokładnie o osiemnastej pod twoimi drzwiami.
— Będę na ciebie czekać, w razie czego.
— Dobrze, więc zabieram swoje rzeczy i idę.
— Okej, tylko ostrożnie wyjdź, żeby nikt cię nie widział.
— Tak jest, szefowo.
— Aleks?
— Tak?
— Zgubiłeś buta.
— No tak, mój but. No to do osiemnastej.
— Do osiemnastej.
Aleks wyszedł i zamknął drzwi.
A ja wciąż próbowałam uspokoić emocje. Leżałam jeszcze chwilę na łóżku, wpatrując się bezmyślnie w sufit, aż w końcu zerknęłam na zegarek — szesnasta.
Szesnasta?!
Usiadłam jak oparzona.
Byłam totalnie w proszku. Włosy w stanie „artystycznego chaosu”, makijaż nawet nietknięty, o pielęgnacji twarzy nie wspominając. A do tego oddech jak u skunksa — mogłabym nim przegonić pół sali balowej.
Westchnęłam ciężko.
Wyglądałam raczej jak po przegranej bitwie niż jak dziewczyna, która za dwie godziny ma iść na bal.
Chłopacy to jednak mają życie. Wskoczą w garnitur, włosy postawią na żel, twarz przemyją zwykłą wodą i już — gotowi podbijać świat. A my? My musimy się nagimnastykować, nakremować, wymalować, wyprostować, zakręcić, przypudrować…, bo przecież „tak wypada”.
Westchnęłam jeszcze raz.
Czas rozpocząć operację „Bal”.
Ostrożnie wstałam z łóżka, przyniosłam z pokoju krzesło i ustawiłam je pod prysznicem. Usiadłam, odkręciłam wodę i pozwoliłam sobie na długą, gorącą kąpiel. Skoro już byłam w łazience, postanowiłam za jednym zamachem ogarnąć wszystko — peeling, maseczkę, balsam, cały rytuał ratunkowy.
Bo jeśli mam iść na ten bal, to przynajmniej w wersji premium.
Po wyjściu z łazienki zaczęłam suszyć i ogarniać włosy. Trzeba było się trochę nagimnastykować, bo, jak to ja, chciałam kręcone loki. No, ale jak już wiecie, moje kręcone włosy po wysuszeniu mają takie volium, że wyglądają jak peruka prosto z epoki wiktoriańskiej. Bez żelu, dyfuzora i aktywatora ani rusz — trzeba było poskromić tę całą szopę. Nie wspominając, co się z nimi dzieje, gdy pada deszcz i są wyprostowane.
Gdy w końcu ujarzmiłam swoją szopę na głowie, zabrałam się za makijaż. Chciałam, żeby był zjawiskowy… a wyszedł, jakbym była żoną klauna. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc był to mój pierwszy prawdziwy eksperyment z makijażem.
Gdy ujrzałam siebie w lustrze, zaczęłam mocno się śmiać, a jednocześnie prawie się popłakałam. Wtedy z odsieczą przyszła pani dyrektor, która akurat wpadła sprawdzić obecność znów. Gdy zobaczyła mnie w takim stanie, od razu rzuciła się na ratunek.
Po godzinie moje włosy i makijaż były gotowe. Oglądając się w lustrze, sama siebie nie poznałam — wyglądałam pięknie, nawet w makijażu wykonanym przez panią dyrektor. Z całego serca jej podziękowałam. Gdyby nie ona, faktycznie musiałabym wystąpić na balu jako żona klauna.
Gdy wyszła, nadeszła kolejna katastrofa. Tego dnia los zdecydowanie mnie nie rozpieszczał. Zakładałyście kiedyś sukienkę i rajstopy ze skręconą nogą? No właśnie. O ile rajstopy wciągnęłam niczym Batman swoje rajty, o tyle z sukienką miałam problem. Ktoś musiał ją zawiązać z tyłu — mimo że z przodu miała ramiączka, z tyłu była wiązana.
Długo zastanawiałam się, jak to zrobić, aż w końcu zapukałam w ścianę. Wiedziałam, że po drugiej stronie jest pokój Matyldy. Ona na pewno przyjdzie mi z odsieczą. I się nie myliłam — zjawiła się po zaledwie pięciu minutach.
— Proszę.
— Cześć, pukałaś?
— Cześć. Tak, potrzebuję pomocy.
— Jasne. Z czym masz problem?
— Z sukienką. Zawiążesz?
— Pewnie.
Gdy wreszcie byłam gotowa, został już tylko jeden element układanki — buty.
No co jak co, ale obcasy przy skręconej nodze zdecydowanie odpadały. Nie chciałam fundować sobie kolejnej katastrofy z własnym udziałem.
Wybrałam więc zwykłe, białe trampki. Może i przy Aleksie będę wyglądać jak skrzat ogrodowy, ale trudno. Bezpieczeństwo i wygoda przede wszystkim.
Kiedy wciągałam trampki, poczułam, że to już naprawdę koniec przygotowań. Wstałam i stanęłam przed lustrem.
Gdy na siebie spojrzałam, przez chwilę nie potrafiłam oderwać wzroku.
W głowie pojawiła się tylko jedna myśl:
Szkoda, że mama mnie teraz nie widzi.
Po policzkach prawie pociekły mi łzy, ale gdybym teraz się rozpłakała, całe arcydzieło pani dyrektor najpewniej by spłynęło. Na szczęście Matylda mnie powstrzymała — jeszcze nie zdążyła wyjść.
— Ej, tylko nie płacz, dziewczyno — powiedziała łagodnie.
— Masz rację. Rozmażę się i co wtedy będzie…
— Dziękuję ci za pomoc. Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie.
— Nie ma za co. My, dziewczyny, musimy sobie pomagać.
— Nawet tak nie mów. Jest za co.
— Dobra, to ja już wracam do siebie.
— Dobrze.
No tak, prawie zapomniałam wam przedstawić Matyldę.
Matylda jest superprzemiłą osobą. Poznałam ją przy okazji „akcji pani w czerwonym szaliczku”. Już tłumaczę, o co chodzi.
Wiecie, przez co kobiety przechodzą co miesiąc… No właśnie. I ja akurat tego dnia przechodziłam przez to po raz pierwszy. Byłam kompletnie zielona w temacie. Zabrakło mi też czegoś, co zdecydowanie pomaga przetrwać takie dni.
Nie chciałam iść do pani dyrektor, bo zwyczajnie się wstydziłam. Myślałam, że jakoś to wytrzymam, że przeleżę i samo minie. Ale nie dałam rady.
Matylda usłyszała przez ścianę, jak jęczę z bólu. I wtedy pojawiła się — niczym starsza siostra. Spokojnie wszystko mi wytłumaczyła, pomogła, a na koniec dała mi nawet swój termofor. Powiedziała, że i tak ma dwa.
To była jedna z tych chwil, kiedy naprawdę najmocniej odczuwałam brak mamy.
Od tamtej pory pomagamy sobie nawzajem. Wystarczy jedno puknięcie w ścianę. To nasz sygnał, że któraś z nas właśnie potrzebuje wsparcia.
Drzwi zapukały punktualnie o osiemnastej. Nie raz. Nie dwa.
Trzy krótkie puknięcia.
— Gotowa! — krzyknął Aleks zza drzwi.
— Tak, już idę! — odkrzyknęłam, czując, jak serce zaczyna mi walić jak oszalałe.
Chwyciłam jeszcze torebkę z szafki i lekko kuśtykając, ruszyłam w stronę drzwi. Każdy krok wydawał się dziwnie głośny. Jakby cały korytarz słyszał moje zdenerwowanie.
Wzięłam głęboki oddech.
Otworzyłam.
I wtedy zobaczyłam jego.
Aleks stał oparty o ścianę, ale gdy tylko na mnie spojrzał, wyprostował się jak struna. Jego oczy zrobiły się ogromne — dosłownie jak pięć złotych. Przez chwilę wyglądał, jakby ktoś wyłączył mu dźwięk.
Stał i patrzył.
I patrzył.
I patrzył.
— No co? — zapytałam w końcu, próbując ukryć uśmiech.
Otworzył usta.
Zamknął.
Znowu otworzył.
— Ja… ty… wow.
Parsknęłam śmiechem.
— To miało być komplement?
— Nie, to był zanik mowy — odparł poważnie. — Bo ty… ty wyglądasz jak… jak ktoś, kto nie powinien chodzić po tych korytarzach.
— A gdzie powinnam chodzić?
Zrobił krok bliżej.
— Po czerwonym dywanie.
Na te słowa automatycznie dotknęłam policzków. Czułam, jak robią się gorące. Serio. Chyba właśnie zaczerwieniłam się jak pomidor.
Nie byłam przyzwyczajona do takich tekstów. A już na pewno nie do tego, że ktoś mówi je z taką szczerością. Bo to było widać w jego oczach.
— Ktoś się tu czerwieni — zauważył z rozbawieniem.
— Nieprawda.
— Jak nieprawda, skoro widzę?
— Oj, dobra. Tylko się tak nie ciesz — burknęłam, próbując zachować resztki godności.
Uśmiechnął się szerzej.
— Wskakuj, zanim całkiem zmienisz się w pomidora.
— Co?
Aleks odwrócił się tyłem i lekko przykucnął.
— No dalej. Z twoją nogą nie będziemy ryzykować schodów.
Przez chwilę się wahałam, ale potem objęłam go za szyję i wdrapałam się na jego plecy.
— Tylko mnie nie upuść.
— Proszę cię. Niosę najcenniejszy ładunek tego wieczoru.
Po tych słowach uśmiechnęłam się cicho.
Gdy zeszliśmy na dół, czekała na nas bardzo miła niespodzianka. Pani dyrektor postanowiła zrobić nam pamiątkowe zdjęcie. Takie, które później miało zawisnąć na Ścianie Chwały.
Ściana Chwały w naszym sierocińcu była czymś więcej niż tylko ścianą. Była pełna fotografii dzieci, które tu mieszkały — tych, które wciąż były z nami, i tych, które dawno wyfrunęły w wielki świat. Uśmiechnięte twarze, bale, konkursy, zakończenia roku… fragmenty czyjegoś życia zatrzymane w kadrze.
Większość dzieci miała tam swoje zdjęcie.
Tylko ja i Aleks jeszcze nie.
Może dlatego ten moment wydawał się taki ważny. To miało być nasze pierwsze zdjęcie. Nasze pierwsze wspomnienie, które zostanie tu na dłużej.
— No dobrze, ustawcie się ładnie — powiedziała pani dyrektor, poprawiając pasek od aparatu. — I proszę mi tu bez wygłupów.
Spojrzałam na Aleksa. Wystarczyło jedno spojrzenie i oboje wiedzieliśmy, że bez wygłupów się nie da.
— Chwileczkę, pani dyrektor — powiedziałam.
— Dobrze, czekam.
Przyłożyłam dłoń do ucha Aleksa i szepnęłam:
— Zrób najgłupszą minę, jaką potrafisz.
Uśmiechnął się szeroko.
— Zgoda.
Odsunęłam się i stanęłam obok niego jak najpoważniej, jakby to miało być zdjęcie do dokumentów.
— Już może pani robić! — zawołałam.
Pani dyrektor uniosła aparat.
— Na trzy mówicie „ser”.
— Raz… dwa… trzy!
— Ser!
W tej samej chwili Aleks wykrzywił twarz w tak absurdalny sposób, że ledwo powstrzymałam śmiech. Ja natomiast zrobiłam najbardziej poważną minę świata.
Błysk.
Zdjęcie wyszło idealnie nieidealne. Zabawne. Nasze.
Pani dyrektor spojrzała na ekran aparatu i pokręciła głową z uśmiechem.
— No cóż… przynajmniej nikt was z nikim nie pomyli.
Zaśmialiśmy się.
Na zewnątrz czekała już taksówka. Tego dnia naprawdę czułam się jak księżniczka — a Aleks tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu, niosąc mnie na barana jak książę z bajki.
Gdy dotarliśmy do auta, ostrożnie postawił mnie na ziemi, otworzył drzwi i dopiero wtedy obszedł samochód, żeby usiąść obok mnie.
Po dojechaniu pod szkołę zapłacił kierowcy, wysiadł pierwszy i z typowym dla siebie teatralnym gestem otworzył mi drzwi. Zanim zdążyłam zaprotestować, uniósł mnie lekko i postawił na chodniku przed wejściem.
Po wejściu do środka poczułam lekkie zawstydzenie. Setki par oczu wpatrywały się we mnie, jakbym nagle znalazła się na scenie bez scenariusza.
Wpadłam w lekką panikę. Marzyłam tylko o tym, by zaszyć się gdzieś w kącie i zniknąć.
I wtedy nagle Aleks przemówił:
— Ej, bez stresu.
— Skąd wiesz, że się stresuję?
— Czuję to.
— Jak czujesz?
— Bo mnie dusisz i ciągniesz za kołnierz koszuli.
— Jezu, przepraszam, nie chcę cię zabić.
— To dobrze, bo już się bałem. A teraz posłuchaj… Wyobraź sobie, że jesteśmy na tej sali całkiem sami.
— Okej.
— Zamknij oczy.
— Zamknęłam.
— Powtórz to, co ci powiedziałem: wdech… i wydech.
— I co, lepiej?
— Trochę.
Aleks zaprowadził mnie do stolika i usadził na krześle niemal jak królową, po czym z uśmiechem poszedł po poncz i coś do jedzenia.
Gdy tylko się oddalił, kątem oka zauważyłam, że w moją stronę zmierza nasz szkolny Casanova.
Jak zwykle posłał w ruch uśmiech numer trzy.
A to oznaczało tylko jedno — właśnie wypuścił przynętę i czekał, aż jakaś potencjalna ofiara połknie haczyk.
Miałam tylko nadzieję, że tym razem to nie będę ja.
— Hej. Mogę się przysiąść? — zapytał, już odciągając krzesło.
— Hej. Nie.
Uniósł brew, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał odmowę.
— Oj, no weź. Tylko na chwilę.
— Czemu niby miałabym się zgodzić?
Rozejrzał się teatralnie i pochylił w moją stronę.
— Bo jestem w potrzebie. Uratuj kolegę z klasy.
Zmrużyłam oczy.
— Nie bardzo rozumiem. Do rzeczy.
Westchnął.
— Widzisz tam? — skinął głową w stronę parkietu. — Ta blondynka przy stoliku pod ścianą. Oliwia.
Spojrzałam dyskretnie.
— I?
— Chcę ją poderwać.
— A to ma coś wspólnego ze mną…?
— Tak. Przyszedłem tu z Amandą. I muszę się od niej jakoś uwolnić.
— Czyli mam być twoją drogą ewakuacyjną?
— Dokładnie. — Uśmiechnął się niewinnie. — Bo ona jest… trochę męcząca.
— „Trochę”?
— Dobrze. Bardzo.
Prychnęłam.
— A więc takie buty. I ja mam ci w tym pomóc?
— No proszę. Błagam. Jedna przysługa. Posiedzę tu chwilę, a ona uzna, że już mnie nie interesuje.
Zawahałam się.
To był głupi pomysł. Bardzo głupi.
— Zgoda. Ale nie mieszam się w to, co jest między tobą a tą… Amandą i Oliwią.
— Umowa stoi.
— Siadaj.
Usiadł naprzeciwko mnie z miną zwycięzcy.
I dokładnie w tym momencie poczułam czyjś wzrok na sobie.
Uniosłam głowę.
Aleks stał kilka metrów dalej z dwoma kubkami ponczu w dłoniach.
I patrzył.
Po chwili ruszył w stronę stolika.
Nie wyglądał na zachwyconego obecnością Casanovy przy naszym stoliku. Widziałam to po jego minie.
Postawił kubki trochę zbyt energicznie.
— A ten pajac co tu robi?
— Próbuje pozbyć się naszej szkolnej divy.
Aleks zmarszczył brwi.
— Że co?
— Przyszedł z Amandą, ale wypatrzył w tłumie Oliwię. No i… spodobała mu się.
— Oczywiście, że mu się spodobała — mruknął.
Spojrzał w stronę parkietu, potem z powrotem na mnie.
— I nagle z ciebie taka Matka Teresa z Kalkuty?
— Ej, co w ciebie wstąpiło?
— We mnie? Nic. Nieważne. Idę do toalety.
Odwrócił się i odszedł.
I choć nawet się nie obejrzał, widziałam, że jest wściekły.
I to nie na Casanovę.
Na mnie.
Gdy tylko zniknął w tłumie, poczułam, że powietrze robi się cięższe.
I wtedy nadciągnęła burza.
Amanda.
— No proszę. Kogo my tu mamy. Nasza Sabrina.
— Cześć, Amando. Co cię sprowadza? — zapytałam możliwie najspokojniej.
— To, że podkradasz mi partnera.
— Nie wiem, o czym mówisz. Przyszłam tu z Aleksem.
— A ja z Casanovą. — Wskazała na niego palcem. — A on siedzi przy twoim stoliku.
Spojrzałam na niego.
— Może chcesz coś powiedzieć?
Casanova wyglądał, jakby nagle zapomniał, jak się oddycha.
— Ja… nic nie mówiłem.
Zamarłam.
— Jak to nic? — syknęłam. — A kto przed chwilą błagał mnie o pomoc?
— Ja nic na ten temat nie wiem — powtórzył, unikając mojego wzroku.
Amanda skrzyżowała ręce.
— Czyli wymyśliłaś sobie historię, żeby go sobie przygarnąć?
Serce waliło mi jak młot.
— Nie wkurzaj mnie — powiedziałam cicho, patrząc prosto na Casanovę. — Bo naprawdę nie chcesz, żebym zaczęła mówić.
I w tym momencie Amanda chwyciła mój kubek z ponczem i chlusnęła mi nim prosto na sukienkę, oblewając też włosy i makijaż. Miałam ochotę się rozpłakać. Wszyscy na mnie patrzyli. A Casanova? Tylko skulony, z opuszczoną głową i ani drgnął, żeby mnie bronić. Na szczęście cały makijaż się nie rozmazał.
Nagle poczułam, jak ktoś zakłada mi na ramiona marynarkę. To był Aleks. Wszystko widział, ale nie zdążył zareagować w porę. Nie miałam mu tego za złe — sama sobie na to zasłużyłam.
Gdy marynarka znalazła się na moich ramionach, Aleks podszedł do Casanovy i dał mu w twarz. Casanova oczywiście oddał, rozcinając mu wargę. Wtedy coś we mnie pękło. Serce waliło mi z złości adrenalina poszła do góry. Gdy Aleks podniósł rękę, żeby uderzyć jeszcze raz, powstrzymałam go.
— Aleksie, stój! Nie warto. Nie zniżaj się do jego poziomu.
Aleks wstrzymał się, twardo a widziałam, jak zaciska swoje pięści.
Wzięłam drugą szklankę z ponczem i bez wahania wylałam ją Amandzie na głowę. Nikt się tego nie spodziewał. Jej mina była bezcenna. Krzyczała tak, że wybiegła aż z sali. Nie mogła znieść śmiechu innych.
Nie zwlekając, podeszłam do Casanovy — szkolnej gwiazdy numer dwa — i strzeliłam mu liścia w twarz z całym impetem.
— Pamiętaj — syknęłam — możesz mnie bić i upokarzać, ale Aleksa zostaw w spokoju. I ciesz się, że mam nogę niesprawną, bo inaczej dostałbyś tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Casanova tylko patrzył na mnie przerażony. Aleks stał obok, bez ruchu. Chyba te słowa zaskoczyły go bardziej niż cios w twarz.
Po chwili Aleks ruszył, podniósł mnie jak księżniczkę i wyniósł z sali, patrząc przed siebie.
Usiedliśmy na schodach. Ja w końcu usiadłam, on obok mnie.
— Co to było? — zapytał cicho.
— Nie wiem… coś we mnie pękło.
— Dzięki — powiedział. — To pierwszy raz, kiedy ktoś staje w mojej obronie. A do tego tak miażdży chłopaka.
— To był impuls nie mogłam stać z założonymi rękami.
— Rozumiem i jeszcze raz dziękuje.
— Nie ma za co. Chociaż raz ja ratuję cię z opresji.
Aleks tylko się uśmiechnął.
— Pokaż to nic ci nie jest.
— Do wesela się zagoi.
— Nie mów tak, to trzeba opatrzyć. Poczekaj.
Wstałam i udałam się do swojej szkolnej szafki. Wyciągnęłam maść na rany i plaster.
— Już jestem. Zaraz ci to opatrzę.
— Ale naprawdę nie trzeba.
— Oj, przestań ględzić jak stara baba z kotami.
— No dobra, już oddaję się w ręce pani doktor.
Wtedy zbliżyłam się do Aleksa, opatrzyłam jego ranę i przykleiłam bardzo uroczy plaster w małe kotki.
— Gotowe. Chcesz zobaczyć?
— Tak.
Wyciągnęłam mini lusterko z torebki i podałam je Aleksowi.
— No i elegancko. Tylko ten plaster… serio, małe kotki?
— Poczekaj, mam drugi, księżniczko, w szafce. Tylko ten jest z kucykami My Little Pony.
— Wiesz co, nie przynoś. Zostanę przy kotkach.
— Tak myślałam.
Zostaliśmy na schodach już do końca imprezy. Myślałam, że tak będzie bezpieczniej — z dala od sali, od ludzi, od całego tego zamieszania.
Ale wtedy Aleks uparł się, że musimy iść na sam finał, na wybór króla i królowej balu. Nie chciałam tam wracać. Naprawdę nie chciałam. Jednak, kiedy on coś sobie postanowił, trudno było go przekonać do zmiany zdania. Wiedziałam, że nawet gdybym odmówiła, i tak zaniósłby mnie tam siłą — choćby na barana.
Nie miałam więc wyboru. Zgodziłam się, choć w środku wszystko we mnie protestowało. Czułam się jak zakładnik. Najgorsza była myśl, że znowu zobaczę Amandę i Casanovę. Sam ich widok działał mi na nerwy, a świadomość, że będę musiała patrzeć na nich jeszcze raz, odbierała mi resztki dobrego humoru.
Aleks stanął z tyłu sali, praktycznie przy samych drzwiach wyjściowych. I tak nic nie widzieliśmy, bo tłum ludzi wszystko nam zasłaniał. Nagle usłyszałam głos wicedyrektorki.
— A królem i królową balu zostają… Sabrina i Aleks!
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
— To się nie dzieje… — wyszeptałam.
— Wygraliśmy — odpowiedział z szerokim uśmiechem.
W jednej chwili oślepił mnie blask reflektorów, a tłum zaczął się rozsuwać, robiąc nam przejście prosto na scenę, głośno przy tym klaszcząc. Usłyszałam nawet kilka komplementów od chłopaków z przeciwnej klasy.
Tego dnia naprawdę nie spodziewałam się, że los przyniesie choć trochę szczęścia.
Gdy już znaleźliśmy się na scenie, wicedyrektorka założyła nam korony. To jednak nie był koniec. Czekała nas jeszcze jedna misja — taniec, bo taka była tradycja zwycięskiej pary.
Zastanawiałam się tylko, jak z tego wybrniemy z moją nogą. Nie mieliśmy wyboru — tłum domagał się tańca. Choć wicedyrektorka próbowała ich uspokoić, nic to nie dało.
I wtedy Aleks wpadł na pomysł.
— Chcą tańca? To go dostaną.
Ledwo zdążyłam zmarszczyć czoło, a już po chwili znalazłam się na środku sali.
— Będę twoimi nogami.
— Przecież to niemożliwe…
— Możliwe. Patrz.
Kazał mi stanąć na jego stopach i mocno się go trzymać. Wtedy zrozumiałam, co miał na myśli — dosłownie pożyczy mi swoje nogi. Będzie moją podporą, moją kulą.
Położyłam dłonie na jego ramionach i zaczęliśmy powoli kołysać się w rytm muzyki. Czułam, jak bije jego serce. I ten uśmiech… nie znikał mu z twarzy przez cały taniec.
Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, jakby świat wokół przestał istnieć. To była jedna z najpiękniejszych, najbardziej romantycznych chwil, jakie razem przeżyliśmy.
Kątem oka dostrzegłam tylko, jak Casanova i Amanda patrzą na nas z wyraźną zazdrością.
Gdy piosenka ucichła, tłum ponownie zaczął bić brawo. Aleks i ja tylko uśmiechaliśmy się w ich stronę. Żałowałam jedynie, że ta chwila nie mogła trwać wiecznie. Widziałam, że Aleks też czuł niedosyt.
Gdy wszystko się skończyło, jak najszybciej zniknęliśmy z parkietu. Nie chcieliśmy już być w centrum uwagi. Poszliśmy w kąt sali.
I tam czekała na mnie miła niespodzianka.
To Aleks zwykle był podrywany — ale tym razem pałeczka się odwróciła. Jednocześnie zagadała do mnie trójka chłopaków. Nie powiem — trochę się zawiesiłam. Każdy z nich chciał mnie mieć w znajomych na social mediach.
Aleks stał z boku i widziałam, jak się gotuje. Po chwili w końcu przemówił:
— Panowie, ona dziś przyszła ze mną. A poza tym… ona jest już zajęta.
— Ej… — zaczęłam, ale zanim zdążyłam dokończyć, zakrył mi usta swoją ręką.
— Więc sorry, chłopaki.
Odeszli.
Spojrzałam na niego z uniesioną brwią.
— Czy ty jesteś zazdrosny?
— Nie… Po prostu ci pomagam.
— A prosiłam cię o pomoc?
— No nie. Ale i tak ci nie wolno.
— Czemu?
— Bo… nie ma dżemu. I koniec.
— Aha, czyli się nie dowiem?
— Kiedyś. Ale jeszcze nie teraz.
— A idź do diabła.
— Dobra, wracamy do domu.
— Zgoda.
Wyszliśmy na zewnątrz, usiedliśmy na ławce i chwilę czekaliśmy na taksówkę. Gdy przyjechała, pojechaliśmy do sierocińca.
W drodze powrotnej urwał mi się film — zasnęłam z głową opartą na ramieniu Aleksa. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nawet mnie nie obudził. Po prostu wziął mnie na ręce, zaniósł prosto do pokoju i delikatnie położył na łóżku.
Sam został na noc. Jak wiecie, jest trochę cykorem — boi się ciemności. A w męskiej części sierocińca zepsuły się światła na korytarzu i po wczorajszej awarii prądu wciąż nie zostały naprawione. A wróciliśmy do sierocińca o północy, gdzie wszyscy już spali.
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Pumciak
Trzeba naprawde wiedzieć jak to jest być zakochanym żeby tak to pięknie opisać