
Gdy Raszid przyglądał się Hamie, w jego oczach widać było nostalgię, którą szybko skrył za ciężkimi powiekami. Kolejne spojrzenie, które posłał miastu, było zimne niczym kamienie połyskujące w licznych pierścieniach zdobiących jego dłonie. Ucieszył się, że wszystko poszło zgodnie z planem i zdążyli na wieczorny posiłek.
Wraz z niezbyt licznym orszakiem spędził cały dzień w siodle, robiąc tylko jeden dłuższy postój. Po raz kolejny docenił konie ze swoich stajni, które doskonale znosiły długie wędrówki. Uważał, że jeden dobrze wyszkolony wierzchowiec wart jest trzech, a nawet czterech asasynów, których – w przeciwieństwie do zwierząt – można było szybko zastąpić kolejnymi. Lata zarządzania twierdzą jedynie utwierdziły go w tym przekonaniu.
Będąc w tłumie przyjezdnych, zauważył strażników wyjątkowo uważnie obserwujących wjeżdżających do miasta. Sinan skrzywił usta w cynicznym uśmiechu.
„Porywając Parisę, Skorpion nieźle namieszał” – pomyślał z rozbawieniem.
Gdy nadeszła jego kolej, by minąć bramę, jeden z wartowników zastąpił mu drogę. Na pytanie, kim jest, zrzucił chustę osłaniającą twarz i, mierząc wyniosłym wzrokiem stojącego przed nim żołnierza, odparł ozięble:
– Raszid ad-Din Sinan. Lub, jak kto woli, Starzec z Gór. Wydaje mi się, że emir niecierpliwie mnie wyczekuje.
Strażnik patrzył na niego zaskoczony, lecz dość szybko zapanował nad emocjami i z powrotem przybrał surowy wyraz twarzy. Choć nikt nie mówił o tym głośno, wielu uważało, że za zniknięciem księżniczki Parisy stoi władca Masjaf.
– Będę was eskortował do pałacu. W mieście wciąż panuje chaos po przejściu Zenobii – wyjaśnił zwięźle mężczyzna, po czym dosiadł konia i zaczął torować sobie drogę przez tłum ludzi usuwających zniszczenia pozostawione przez królową burz.
Raszid rozglądał się ciekawie wokół, mijając kolejne domy i norie, które pracowały niestrudzenie, a ich charakterystyczne skrzypienie przywoływało niechciane wspomnienia. Dawno go tu nie było. Ostatni raz odwiedził Hamę, gdy znalazł na wpół żywą Najwę błąkającą się ulicami miasta. Nie znosił tego miejsca. Najchętniej zrównałby je z ziemią, nie zostawiając kamienia na kamieniu.
Widząc pałac ozłocony ostatnimi promieniami słońca, Raszid zacisnął usta ze złości. Jeszcze chwila, a spotka się oko w oko z Umarem i kimś, kto dawno temu zadał mu cios prosto w serce. Ból z czasem minął, ale pozostał palący gniew. I właśnie ten gniew ponownie go tu sprowadził.
Wzbudzając powszechną ciekawość, jeźdźcy przekroczyli bramę pałacu i zatrzymali się przed szerokimi schodami prowadzącymi do okazałego budynku. Strażnik zsiadł z konia i zwrócił się do Sinana:
– Będziesz musiał zaczekać. Powiadomię emira o twoim przybyciu.
– Zapomniałeś, z kim rozmawiasz, chłopcze.
Raszid nie musiał podnosić głosu, aby wartownik stracił całą pewność siebie. Wystarczyło, że spojrzał mu w oczy.
– Z rozkazu emira nikt nie wchodzi do pałacu bez jego zgody – odparł odważnie, mimo że w środku cały się trząsł.
– Jeśli każesz Starcowi z Gór czekać przed drzwiami, będziesz musiał sam wyjaśnić swojemu panu, dlaczego jego gość odjechał obrażony. Prowadź.
Mężczyzna zastanawiał się, co począć w tej sytuacji. Zignorowanie rozkazu mogło skończyć się dla niego śmiercią, ale gdyby Raszid spełnił swoją groźbę i natychmiast opuścił Hamę, konsekwencje mogły okazać się równie poważne.
Nagle, nie mówiąc ani słowa, skierował się kamiennymi schodami w stronę wejścia do budynku. Nawet się nie obejrzał, by sprawdzić, czy Sinan idzie za nim. Pragnął jak najszybciej dotrzeć do emira, by nie przebywać w pobliżu Starca dłużej niż to konieczne. Jednak plotki krążące na temat tego człowieka okazały się prawdziwe. Był znacznie bardziej przerażający niż jego skrytobójcy.
Raszid zsiadł z konia, rzucił wodze jednemu ze swoich ludzi i ruszył za mężczyzną. Gdyby byli w Masjaf, za taki brak szacunku ten żołnierz byłby już martwy.
Szybko jednak odsunął tę myśl, w pełni koncentrując się na zbliżającym się spotkaniu.
Chyba po raz pierwszy od wielu lat poczuł coś na kształt niepewności. Idąc chłodnymi korytarzami, nie dostrzegał ścian bogato zdobionych kolorowymi tkaninami, łukowych arkad ani misternie rzeźbionych arabesek. Wbrew sobie z każdym krokiem coraz głębiej zanurzał się w bolesnej przeszłości, do której nie wracał od blisko trzydziestu lat.
Gdy strażnik otworzył ozdobne drzwi do pomieszczenia, w którym jadano, Sinan pomyślał ze zdziwieniem, że tak naprawdę nigdy nie chodziło o Umara. Gdy jego wzrok padł na kobietę, którą wielbił jako dwudziestoletni młodzieniec, zrozumiał, że to ją przez całe życie pragnął ukarać. I być może w końcu mu się to uda.
*
Emir Hamy i jego rodzina jedli kolację niemal w całkowitym milczeniu. Złowroga cisza, przerywana jedynie pytaniami służących, była ciężka od smutku, żalu i gorzkich wyrzutów. Odkąd Parisa zniknęła, nic już nie było takie jak dawniej. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że sytuacja jest niezwykle poważna, a niebezpieczeństwo, jakie zawisło nad dziewczyną, mogło okazać się gorsze od śmierci. Mimo usilnych starań, by nie poddawać się czarnym myślom, wyobraźnia wciąż podsuwała im obrazy pełne przemocy.
Od Dżamala – który za pomoc Parisie został wyrzucony z książęcych stajni – dowiedzieli się, że dziewczyna potajemnie wymykała się z pałacu na spotkania z tajemniczym mężczyzną, choć ojciec jej tego wyraźnie zabronił. Byli pewni, że to on ją porwał. Mieli też przeczucie graniczące z pewnością, że był asasynem działającym na zlecenie Sinana. Bo któż inny skorzystałby na tym porwaniu?
Po tym, co się stało, Umar nie potrafił spojrzeć ani żonie, ani własnej matce w twarz. Dręczyło go, że nie zdołał ochronić córki przed zagrożeniem czyhającym poza murami pałacu. Nigdy wcześniej nie czuł się tak stary jak przez tych ostatnich kilka dni.
Zerknął w stronę Tariqa. Widać było, jak bardzo przeżywał zniknięcie uwielbianej siostry. Obiecał, że będzie nad nią czuwał i – mimo że nie ponosił za to winy – miał do siebie pretensje, że nie dotrzymał danego słowa.
Emir westchnął ciężko. Szkoda, że Parisa nie miała w sobie choć części poczucia odpowiedzialności brata. Jeśli ktokolwiek popełnił błąd, to tylko on. Jako ojciec pozwalał córce na zbyt wiele i teraz wszyscy mierzyli się z konsekwencjami jego pobłażliwości.
W chwili, gdy po raz kolejny błagał Allaha o jej bezpieczny powrót do domu, otworzyły się drzwi, a w nich stanął ten, który zafundował piekło jemu i jego rodzinie.
Gdy mężczyzna wszedł do środka, wszyscy zamarli, jakby zobaczyli samego szatana wyłaniającego się z piekła. Strażnik nie musiał przedstawiać nieproszonego gościa, bo każdy doskonale wiedział, kim jest przybysz.
– Atmosfera jak po pogrzebie – zauważył zjadliwie Raszid, przyglądając się z wyższością każdemu z obecnych. Podszedł do stołu, jakby należał do niego, sięgnął po pusty kielich i napełnił go trunkiem z jednego z licznych dzbanów. Najpierw powąchał jego zawartość, by rozpoznać napój, a gdy wyczuł wino z daktyli, upił spory łyk.
– Co prawda jeszcze nikt nie umarł, ale... – umilkł, by jego słowa wybrzmiały z odpowiednią siłą. – Parisa cieszy się dużym powodzeniem wśród moich ludzi. Szczególnie jeden z nich ma na nią wyjątkową chętkę. A do tego zdradza dosyć specyficzne upodobania. Rzekłbym: sadystyczne.
Słysząc te przerażające insynuacje na temat siostry, Tariq nie wytrzymał i zerwał się z poduszki, na której siedział. Patrzył na Sinana z mordem w oczach, a zaciśnięte pięści zdradzały, jak mocno dotknęły go te słowa.
Raszid uśmiechnął się chełpliwie. Lubił manipulować ludźmi i zawsze korzystał z okazji, by sprawdzić, jak daleko może się posunąć.
– Tariq, usiądź, proszę.
Spokojny, delikatny głos, mający w sobie moc stali, sprawił, że syn, choć nie od razu, posłuchał matki i opadł na swoje miejsce.
Raszid przeniósł spojrzenie z chłopaka na kobietę, którą niegdyś kochał, a teraz nienawidził. Czas był dla niej wyjątkowo łaskawy. Ciemne, bujne włosy okalały twarz o idealnych rysach, a tunika w kwiaty miękko opływała jej smukłą sylwetkę, gdy spoczywała na niskim łóżku. Nic dziwnego, że Umar nie wziął sobie kolejnych żon. On postąpiłby tak samo. Kto miał Ayanę, wygrał życie.
Patrzyła na niego chłodno, bez cienia emocji, jakby był zwykłym sługą, a nie człowiekiem, który poprzysiągł jej zemstę i zaledwie kilka dni temu rozkazał porwać ukochaną córkę.
– Skoro już tu jesteś, może zjesz z nami? – zapytała uprzejmie, z ledwie wyczuwalną kpiną, którą Raszid natychmiast wychwycił.
Już zapomniał, że potrafiła być równie niebezpieczna jak dzika klacz. Nic dziwnego, że Parisa z taką odwagą rzuciła wyzwanie Razanowi, skoro dorastała u boku matki, która nikogo się nie bała.
W tym momencie spojrzał na Umara. Gdy pomyślał, że odebrał mu kobietę, którą kiedyś tak kochał, aż zagotował się ze złości. Zginie, tak jak cała jego rodzina. A Ayaną – w tym momencie ponownie skierował na nią swój bezlitosny wzrok – zajmie się osobiście.
– Jestem cały zakurzony po podróży. Jeśli wskażecie mi pokój, najpierw się odświeżę. – Musiał się uspokoić. To spotkanie kosztowało go więcej, niż przypuszczał. – A potem przejdziemy, jak mniemam, do spraw, które wszystkich żywo interesują.
Nie spuszczając z Sinana swoich ciemnych, nieprzeniknionych oczu, Ayana nieznacznie machnęła dłonią, dając tym samym znak służbie, by zajęła się gościem.
Gdy zniknął za drzwiami, po raz pierwszy – odkąd tutaj wkroczył – pozwoliła sobie na głębszy oddech.
A więc jej najgorszy koszmar się spełnił. Raszid miał Parisę.
Rozpacz zalała jej matczyne serce, ale nie zamierzała poddać się słabości, bo dobrze wiedziała, po co to wszystko – żeby ją złamać. Nie mogła do tego dopuścić. Musiała być silna dla siebie, a przede wszystkim dla swojego dziecka.
*
Po ucieczce z Masjaf Shamal pędził przed siebie, jakby wyrosły mu skrzydła. Chociaż nastała noc, księżyc w pełni dawał wystarczająco dużo światła. Srebrne promienie zamieniały otaczające ich puste połacie w baśniową krainę, w której złośliwe dżiny kryły się w cieniu wielkich głazów.
Skorpion wciąż przeżywał to, co wydarzyło się na dziedzińcu twierdzy. Najpierw Fadi, a teraz Karim.
Nie potrafił wyrzucić z pamięci ostatniego, pełnego godności spojrzenia chłopaka. który wyszedł na spotkanie śmierci jak prawdziwy wojownik: spokojnie i z honorem.
Chociaż krótkie życie było przeznaczeniem asasynów i każdy z nich miał tego świadomość, odejście przyjaciela i tak bolało. Tym bardziej że on sam przyłożył do tego rękę. Ale musiał podjąć to ryzyko, jeśli chciał uratować Parisę. Czując ciepło jej ciała, pomyślał ze smutkiem, że Karim umarł, by dziewczyna miała szansę przeżyć. Obiecał sobie, że jego ofiara nie pójdzie na marne.
Teraz jednak musiał skupić się na ucieczce. To, że udało im się wyrwać z macek Razana, było zaledwie początkiem.
Gdy uznał, że odjechali wystarczająco daleko, zamiast trzymać się drogi prowadzącej do Hamy, skierował Shamala na południowy zachód. Miał skrytą nadzieję, że Razan uwierzy, iż zamierza bezzwłocznie odwieźć Parisę do domu, i ruszy dalej w stronę miasta.
Cichnące odgłosy pogoni sprawiły, że Skorpion zdecydował się na krótki postój. Ogier potrzebował odpoczynku, bo nie dość, że dźwigał dwoje jeźdźców, to jeszcze musiał pędzić nocą.
Gdy stanęli, Parisa oderwała twarz od jego pleców i rozluźniła uścisk, którym kurczowo trzymała się mężczyzny. Ze spuszczoną głową czekała, aż pomoże jej zejść z konia, bo sama nie była w stanie tego zrobić.
Jak tylko jej stopy dotknęły ziemi, rozpłakana, wtuliła się w silne ramiona Skorpiona. Płakała nad obcym chłopakiem, który uratował ją przed najgorszym. Jedyne, co mogła mu ofiarować, to te ciche łzy, które nie chciały przestać płynąć.
Pierwszy raz w życiu widziała, jak jeden człowiek bez skrupułów morduje drugiego. Takie okrucieństwo było dla niej czymś niezrozumiałym, wręcz niewyobrażalnym. Nie mogła zapomnieć, jak krew spływała po szyi ofiary i wsiąkała w tunikę, plamiąc ją na czerwono; jak rzęził, próbując jeszcze nabrać powietrza.
Mocniej przylgnęła do Skorpiona, szukając u niego pocieszenia. To było egoistyczne, ale musiała przelać na niego swój żal, bo nie była w stanie poradzić sobie z wyrzutami sumienia.
– Jak miał na imię? – zapytała, starając się powstrzymać kolejny szloch. – Jak on miał na imię? – powtórzyła szeptem.
Mężczyzna oparł policzek na czubku jej głowy i, gładząc splątane włosy dziewczyny, odparł zdławionym głosem:
– Karim.
– Karim – powtórzyła niemal bezgłośnie Parisa. Wiedziała, że nigdy o nim nie zapomni. Mimo że go nie znała, stał się dla niej kimś ważnym. Kimś z rodziny.
Tuląc do siebie drobne, kobiece ciało, Skorpion z przerażeniem zdał sobie sprawę, że gdyby wiedział, jak to wszystko się skończy, i tak postąpiłby tak samo. Nie wiadomo, kiedy Parisa stała się dla niego najważniejsza na świecie.
Delikatnie, acz stanowczo odsunął ją od siebie, jakby nie chciał jej skalać własnym brudem, który nosił w sobie od urodzenia. Bał się, że jeszcze chwila, a nigdy nie pozwoli jej odejść.
Zdezorientowana dziewczyna spojrzała na jego nagle zobojętniałą twarz.
– Muszę się zająć Shamalem. My także powinniśmy się trochę posilić i odpocząć – wyjaśnił szorstko.
Mężczyzna odwrócił się bez słowa i podszedł do stojącego spokojnie wierzchowca. Zrobiło się zimno, więc najpierw z jednej z sakw wyciągnął płaszcz i wrócił do Parisy. Otulił ją nim ostrożnie, po czym uniósł jej podbródek i, patrząc w lśniące oczy, w których migotało światło księżyca, powiedział ochryple:
– Szkoda twoich łez, Pariso. Taki jest los asasynów. Taki sam los czeka również mnie... Nigdy o tym nie zapominaj.
Było to ostrzeżenie, żeby zawsze pamiętała, kim jest i jak skończy. Że nigdy nie było i nie będzie dla nich żadnej przyszłości. Ona była słońcem, a on – człowiekiem cienia. I mieli przeciwko sobie cały świat.
W tym momencie dziewczyna poczuła się wyjątkowo bezbronna. Jeszcze się nie rozstali, a już za nim tęskniła. Bała się. Bała się tej chwili, gdy ich drogi definitywnie się rozejdą. Ta myśl sprawiła jej ból.
By rozproszyć ponury nastrój, zwróciła się do niego z pytaniem:
– Uda nam się przed świtem dotrzeć do Hamy?
– Hama nie jest naszym celem – odparł, podając jej kawałek sera, placek i kilka daktyli.
Siedząc na wielkim kamieniu, Parisa spojrzała na niego wyraźnie zdezorientowana.
– Nie masz zamiaru odstawić mnie do domu? Do ojca?
Skorpion podszedł do niej i pogłaskał jej chłodny policzek.
– Zabiorę cię do niego, ale nie dziś. Razan na pewno by nas dogonił.
– To gdzie jedziemy? – zapytała z mieszaniną ciekawości i lęku.
– W bezpieczne miejsce – rzucił, ponownie podchodząc do ogiera.
Co prawda nie był do końca pewien, jak ich przyjmą, ale nie miał wyjścia i musiał kolejny raz zaryzykować. Szczęście zawsze mu sprzyjało, miał więc cichą nadzieję, że i tym razem go nie opuści.
Zajmując się Shamalem, spojrzał przez ramię na Parisę. Siedziała skulona na kamieniu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w jakiś punkt na horyzoncie. Do tej pory dzielnie znosiła wszystko to, co ją spotykało, nie tracąc przy tym hartu ducha. Tym bardziej poruszyły go jej kruchość i zagubienie, których nawet nie próbowała ukryć. Jak na księżniczkę wychowaną w luksusie była niezwykle dzielna. Bez słowa sprzeciwu znosiła trudy podróży. Choć bywała impulsywna, Umar dobrze ją wychował.
– Połóż się. – Zwrócił się do niej, chcąc wyrwać ją z marazmu, w jaki popadła. – Nie będzie to długi postój, ale nawet krótki sen dobrze ci zrobi.
Parisa spojrzała na niego i uśmiechnęła się z wdzięcznością. Musiała choć na chwilę zapomnieć o śmierci i pościgu.
Skorpion patrzył, jak kładzie się na gołej ziemi i szczelnie otula płaszczem. Gdy skończył oporządzać Shamala, położył się obok dziewczyny i, wbrew sobie, zaborczo przyciągnął ją do siebie. Ciepło jego ciała rozgrzeje ją bardziej niż prowizoryczne okrycie.
Uśmiechnął się, gdy wtuliła się w niego jak mały kociak. Nie mogąc się powstrzymać, dotknął ustami jej włosów. Zaskoczyło go, jak wiele radości dawało mu samo trzymanie Parisy w ramionach.
Leżał tak dłuższą chwilę, bezwiednie gładząc ją po ramieniu, gdy usłyszał jej nieśmiałe pytanie:
– Dlaczego tak bardzo nienawidzisz Razana?
Skorpion drgnął, jakby go uderzyła – wróciły dawny ból i poczucie bezradności. Odsunął się od niej i położył na plecach, zasłaniając przedramieniem twarz, by nie dostrzegła pustki w jego spojrzeniu.
– Myślałem, że śpisz – mruknął w końcu, próbując odwlec moment, w którym dowie się odrażającej prawdy.
Parisa odwróciła się w jego stronę i lekko uniosła. Zauważyła, jak mocno zaciskał usta. Bez namysłu położyła rękę na jego piersi, tam, gdzie gwałtownie biło serce.
– Jeśli nie chcesz... nie musisz mi nic wyjaśniać, ale wolałabym wiedzieć... Zrozumieć – mówiła najłagodniej, jak tylko potrafiła. Instynkt podpowiadał jej, że gdy pozna powód ich wzajemnej niechęci, posiądzie klucz do jego duszy.
Wciąż kryjąc twarz, Skorpion wziął głęboki oddech. Do tej pory nikomu nie zdradził swojego plugawego sekretu. Może tak będzie lepiej. Parisa w końcu zrozumie, wśród jakich potworów przyszło mu dorastać i dlaczego sam stał się jednym z nich.
– Razan zgwałcił mnie, gdy miałem trzynaście lat.
I tyle. Parę słów wypowiedzianych obojętnym tonem nie było w stanie oddać tamtego koszmaru i ogromu nienawiści, jaką czuł do swojego oprawcy, a przede wszystkim do samego siebie i własnego ciała. Dopiero gdy to ciało stało się bronią, narzędziem zemsty, przestał czuć do niego odrazę.
W oczach Parisy najpierw pojawiło się zdumienie, a potem współczucie. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewała. Przygryzła dolną wargę, żeby nie rozpłakać się z żalu nad tym chłopcem, który został tak bardzo skrzywdzony. Podejrzewała, że nie chciał ani jej łez, ani pocieszenia. Pragnął jedynie, by zrozumiała, dlaczego stał się Skorpionem.
Gdy pierwszy szok minął, dziewczyna chwyciła jego rękę, którą wciąż zasłaniał oczy i delikatnie odsunęła na bok. Następnie położyła głowę na jego torsie, by wiedział, że jest przy nim.
– Daj mi nóż, a gdy nadarzy się okazja, z wielką ochotą sama poderżnę Razanowi gardło – rzuciła, starając się zapanować nad rozsadzającą ją wściekłością.
Skorpion, zaskoczony tym, że nie patrzyła na niego z obrzydzeniem, z czułością przesunął dłonią po jej szczupłych plecach. Mimo że ją skrzywdził, zabierając od rodziny, była gotowa za niego walczyć z jego największym wrogiem.
– Wojownicza księżniczka – szepnął, wpatrując się w nocne niebo.
– Nie – odpowiedziała cicho, tak cicho, żeby jej nie usłyszał. – Po prostu zakochałam się w tobie.
*
Świtało, gdy Skorpion poruszył się nieznacznie i otworzył oczy. Coś przebiło się przez jego otumaniony snem umysł i zaalarmowało ciało, które natychmiast było gotowe do działania. Trzymając śpiącą Parisę w ramionach, lekko uniósł głowę i w skupieniu nasłuchiwał owego niepokojącego dźwięku.
Nic. Cisza.
Nawet suche gałązki retamy, które zazwyczaj szeleściły od najlżejszego podmuchu wiatru, teraz milczały złowrogo.
Spojrzał na Shamala. Ogier stał bez ruchu w poświacie powoli wschodzącego słońca, od czasu do czasu rozszerzając nozdrza, jakby i on wyczuwał wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo. Nagle niespokojnie przestąpił z nogi na nogę i parsknął, głośno ostrzegając przed tym, co nadchodziło.
Skorpion też to poczuł – delikatne drżenie suchej ziemi.
Konni. Większa grupa.
A to oznaczało tylko jedno – Razan.
„Niech go piekło pochłonie” – pomyślał mściwie, a jego ciemne oczy zalśniły dziko. Ostatni raz wtulił twarz w rozpuszczone włosy Parisy i, wdychając jej cudowny zapach, szepnął wprost do ucha:
– Musimy wstawać.
Dziewczyna otworzyła opuchnięte od snu oczy i spojrzała na niego nieprzytomnie, uśmiechając się bezwiednie. Jednak uśmiech szybko zamarł na jej ustach, gdy zobaczyła jego poważną minę. Nie musiał nic mówić – Parisa natychmiast odgadła, że stało się coś złego.
– Wpadli na nasz trop? – Nie próbowała nawet zapanować nad strachem, który niczym stalowa obręcz zaciskał się wokół jej klatki piersiowej.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko wstał i podał jej rękę. Musieli uciekać i to jak najszybciej.
Dziewczyna mocno chwyciła wyciągniętą dłoń, a gdy pewnie stanęła na nogach, podniosła płaszcz, na którym spali, otrzepała go z piachu i sprawnie zwinęła.
Nie tracąc czasu, Skorpion zajął się Shamalem. Dobrze, że mimo zmęczenia oporządził go, zanim udali się na krótki odpoczynek. Teraz każda chwila była na wagę złota.
Gdy wszystko było gotowe, pierwszy dosiadł wierzchowca, a następnie pomógł wsiąść Parisie. Zanim wyruszyli, dokładnie okryli twarze kufiją, bo czekała ich trudna jazda.
Jak tylko ogier dostał znak, od razu ruszył z kopyta. Teren był wymagający, bo droga prowadziła w cieniu nieprzyjaznych Gór Nusajrijja, dlatego Skorpion – jak zawsze w takich okolicznościach – poluzował wodze, pozwalając, by sam wierzchowiec decydował, kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Shamal doskonale wiedział, gdzie się kierować i jak pokonać trudny szlak, a Skorpion w pełni mu ufał.
Przebyli sporą część drogi, gdy usłyszeli odgłosy zbliżającej się pogoni. Pokrzykiwania ludzi mieszały się z dudnieniem ziemi. Razan i jego asasyni nie oszczędzali koni, nawet jeśli któryś miałby paść z wycieńczenia. Była to cena, jaką gotowi byli zapłacić za schwytanie uciekinierów.
Choć do celu wciąż było daleko, a Shamal niósł na grzbiecie dwoje jeźdźców, Skorpion nie miał wyboru i zmusił ogiera do ostrego galopu. Wierzył, że i tym razem dzielny rumak podoła wyzwaniu, jakie na niego czekało, bo od jego silnych kopyt zależało ich życie.
Shamal natychmiast przyspieszył, jakby i on rozumiał, w jak krytycznym położeniu się znaleźli.
Czując, że nabrali szybkości, Parisa z całej siły przytuliła się do Skorpiona, szukając u niego otuchy. Do tej pory jeszcze się łudziła, że mają szansę uciec, ale teraz, gdy ścigający niemal deptali im po piętach, powoli traciła nadzieję. Nie bała się śmierci. Bała się tortur, których doświadczy, zanim skona. W tej chwili modliła się tylko o jedno – by z godnością przetrwać każde okrucieństwo Razana.
Skorpion, nisko pochylony nad ogierem, zachęcał go do jeszcze bardziej szaleńczego biegu. Wiedział, że igra ze zdrowiem konia, ale w tej chwili nic się nie liczyło poza majaczącym na horyzoncie celem.
Smagany przez bezlitosny wiatr, przyglądał się potężnej twierdzy, prawie dwa razy większej od Masjaf. Nie przywitają ich tam z otwartymi rękami, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Najważniejsze, że będą bezpieczni.
Pomyślał o dziewczynie, która trzymała się go desperacko, wierząc, że ją uratuje. Już w Hamie przeczuwał, że ich spotkanie wiele zmieni w jego życiu – i miał rację.
Czy się z tego cieszył? Nie. Ale nie było odwrotu. Dał słowo, że odwiezie ją do ojca, i zamierzał go dotrzymać. A potem wróci do swojego piekła.
Tylko że najpierw musieli dostać się do majaczącej w oddali warowni, a Razan nie odpuszczał. Skorpion słyszał, jak złorzeczy swoim ludziom, nakazując im poganiać konie. Czuł ich nienawistne spojrzenia na plecach.
– No dalej, koniku… Dasz radę – szeptał do Shamala. – Pokonałeś Zenobię, pokonasz i Razana.
Słysząc cichą prośbę w głosie swojego pana, ogier pognał przed siebie, jakby goniło go stado wilków. Lśniąca, biała grzywa powiewała dziko, a kopyta z ogromną siłą uderzały o kamienie, zostawiając za sobą jedynie tumany kurzu. Piana spływała z pyska, lecz wierny rumak się nie poddawał.
Nie mógł.
Jeszcze nie teraz.
Skorpion kątem oka zauważył, że ludzie Razana rozciągnęli szyk i próbują zamknąć ich w półkolu. Niektórzy nawet się z nim zrównali. Twarz mu stężała z napięcia. Zaczynał się bać, ale nie o siebie, tylko o Parisę. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że Shamal biegnie najszybciej, jak tylko może. Pierwszy raz w życiu Skorpion zaczął liczyć na cud.
Słysząc za sobą diaboliczny śmiech rywala, zmarszczył gniewnie brwi i przeklął z furią.
„To nie może się tak skończyć” – pomyślał gniewnie.
Ostatni raz czuł się równie bezradny, gdy Razan go gwałcił.
– Nie – przysiągł w duchu. – Nie da się złapać. Nie, kiedy była z nim jego księżniczka.
Czując determinację swojego pana, ogier pruł do przodu niczym prawdziwy wiatr. Skorpion przymknął na moment oczy, a gdy je ponownie otworzył, szepnął tylko:
– Bracia… pomóżcie.
Na początku nic się nie działo, poza dziwną ciszą, która zawisła nad nimi. Dopiero po chwili dał się słyszeć szelest, który szybko narastał. Potem ziemia zaczęła się poruszać, jakby nagle ożyła.
– Skorpiony! – krzyknął wściekle Razan, jednocześnie próbując zapanować nad koniem, który ze strachu stanął dęba.
Pozostałe wierzchowce również wpadły w panikę. Uciekając przed zagrożeniem, zrzucały jeźdźców, zostawiając ich na pastwę losu.
Dzięki swojej ogromnej sile Razanowi udało się ujarzmić spłoszonego rumaka. Jeszcze nie wszystko było stracone.
Sięgając po łuk, posłał uciekinierom miażdżące spojrzenie. Koń zatańczył nerwowo, lecz mężczyzna ścisnął go udami, nakazując spokój. Gdy wierzchowiec na moment znieruchomiał, Razan zmrużył oczy, naciągnął cięciwę, wziął głęboki wdech i zwolnił palce.
Gdy strzała, zamiast zabić, jedynie lekko drasnęła ramię Parisy, Razan pomyślał wzburzony:
„To jeszcze nie koniec”.
Następnie spiął wierzchowca i popędził przed siebie.
Skorpion, zbliżając się do Hisn al-Akrad – Twierdzy Rycerzy wznoszącej się na potężnym wzgórzu, zaczął krzyczeć ile sił w płucach:
– Azyl! Na Boga! Azyl!
Tak naprawdę nie miał pewności, czy zakonnicy zareagują na hasło i otworzą bramę. Dlatego gdy krata zaczęła się podnosić, uśmiechnął się z ulgą.
Shamal, ostatkiem sił, przemknął pod nią jak błyskawica. Wyczerpani, wpadli prosto na dziedziniec… i na las wymierzonych w nich mieczy.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz