
Emir Hamy stał na tarasie swojego gabinetu, spoglądając na żyzną dolinę rzeki Orontes i swoje miasto.
Choć jego twarz przecinały delikatne zmarszczki, a w ciemnych włosach pojawiły się srebrne nitki, on i jego miecz wciąż byli bezlitośni dla wrogów. Mimo że bardziej uważał się za myśliciela niż wojownika, gdy sytuacja tego wymagała, zakładał zbroję i ruszał do walki.
Wybudowana na wzgórzu cytadela górowała nad okolicą i była jednym z symboli miasta obok Wielkiego Meczetu i norii – ogromnych drewnianych kół wodnych, które od wieków stanowiły część Hamy i, z pomocą Allaha, pozostaną tu przez kolejne stulecia. Z charakterystycznym skrzypieniem czerpały wodę z rzeki i odprowadzały ją do licznych akweduktów oraz kanałów, nawadniając gaje oliwne, sady figowe, pola zbóż i ogrody.
Położona na szlaku prowadzącym do Damaszku i Aleppo, Hama łączyła północ z południem kraju; rozwijała się i rosła w siłę, a kolejni emirowie i gubernatorzy dbali o dobrobyt oraz komfort jej mieszkańców.
„I w raju znalazł się szatan” – pomyślał z goryczą Al-Muzaffar Umar. A tym szatanem był Raszid ad-Din Sinan. To on od dłuższego czasu spędzał mu sen z powiek.
Emir oderwał ciemne oczy od miasta przygotowującego się do popołudniowego odpoczynku i spojrzał na stojącego obok niego młodszego brata, Hassana – jednego z głównych dowódców Saladyna – który tego ranka przybył do Hamy.
– Jak się miewa sułtan? – zapytał, przypatrując się mu z uwagą.
Mężczyzna, zanim odpowiedział, zmarszczył gniewnie brwi, a jego twarz wykrzywił grymas nienawiści.
– Ledwie uszedł z życiem – Hassan wciąż drżał z wściekłości na samą myśl o tym incydencie. – Jeden ze szczurów Raszida przedostał się do Saladyna z wiadomością, że ma zapomnieć o Masjaf, inaczej zginie.
Umar z całej siły zacisnął dłonie w pięści, a w ustach zmełł przekleństwo.
– Który z nich?
– Aqrab – padła pogardliwa odpowiedź.
– Zostawił skorpiony?
– Tak.
Emir powoli pokiwał głową. Mógł się domyślić, że to on. W ciągu ostatniego roku zabił wielu wrogów Raszida. Był równie tajemniczy i niebezpieczny jak zrodzone z ognia dżinny.
– Czy coś się stało naszemu kuzynowi? – na twarzy Umara pojawiło się szczere zatroskanie.
– Na szczęście jest cały i zdrowy. Jednak kara nie ominęła strażników, którzy pełnili wtedy wartę... Wszystkich ścięto.
Emir ponownie zapatrzył się na miasto. Świat, w którym przyszło im żyć, bywał okrutny i mściwy, a władza kusiła każdego. Kto raz w niej zasmakował, nie potrafił się jej oprzeć i tylko śmierć była w stanie mu ją odebrać.
– Dołączy do nas przeciwko Raszidowi? – głos emira zdradzał skrywane obawy, ponieważ od tej odpowiedzi wiele zależało.
– Tak, ale chwilowo jego uwagę zajmują krzyżowcy. Gdy tylko nieco ich utemperuje, ruszy z tobą na Masjaf.
Umar rozluźnił dłonie i odetchnął głęboko. Opadło z niego całe napięcie, które rosło w nim odkąd Sinan, rękami Skorpiona, zaczął dokonywać czystek w kraju.
– Jak długo z nami zostaniesz? – Emir z uśmiechem zagadnął młodszego brata.
Wysoki i dumny Hassan był jednym z najlepszych wojskowych, jakich znał. Nic dziwnego, że Saladyn chciał mieć go blisko siebie.
– Na jakiś czas. Sułtan ma mnie wezwać, gdy tylko moja obecność stanie się niezbędna.
Umar skinął głową. Nie zawsze się zgadzali, ale może teraz, gdy byli już dojrzałymi ludźmi, uda im się do siebie zbliżyć.
– W porządku. Jak zawsze, twoja komnata czeka na ciebie.
Mężczyzna ukłonił się i ruszył w stronę drzwi, zostawiając zadumanego i wsłuchującego się w pracujące norie emira.
Już wychodził, gdy w wejściu stanęła Parisa. Widząc ją po niemal roku nieobecności, doznał lekkiego wstrząsu. Stała się śliczną młodą kobietą, co właściwie nie powinno go dziwić, bo była niezwykle uroczym dzieckiem. Świadomie lub nie, roztaczała wokół siebie czar, który subtelnie działał na mężczyzn. Nikt nie potrafił przejść obojętnie wobec jej niewinności i delikatnego piękna.
– Stryju. – Zaskoczona obecnością Hassana i speszona jego taksującym spojrzeniem, spuściła wzrok.
Dziwnie się czuła, będąc obiektem tak uważnej obserwacji, zwłaszcza ze strony członka rodziny.
– Witaj, Pariso.
Mężczyzna, widząc zdegustowaną minę dziewczyny, natychmiast przybrał neutralny wyraz twarzy, zdając sobie sprawę, że zdradził się ze swoimi myślami, czego zawsze starał się unikać.
Światu pokazywał budowaną latami fałszywą fasadę, czekając i cierpliwie realizując swój plan krok po kroku. Nikt nie mógł zwątpić w jego starannie wykreowany obraz.
– Wybacz, ale bardzo wydoroślałaś od naszego ostatniego spotkania. Przyglądając się tobie i Tariqowi, człowiek uświadamia sobie nagle, że czas płynie nieubłaganie.
Choć bardzo się starał, nie udało mu się uspokoić Parisy, która dosłyszała w jego głosie fałszywą nutę.
– Rozumiem – odparła spokojnie, udając, że przyjmuje jego tłumaczenie. – Dzieci mają to do siebie, że kiedyś dorastają – rzuciła z niezamierzoną ironią.
Aby ukryć skrępowanie, szybko dodała:
– Ojciec chciał mnie widzieć.
Hassan, wyczuwając chłód bijący ze strony bratanicy, zmrużył oczy i nic nie mówiąc, nieznacznie skinął głową.
Idąc do swojej komnaty, upominał samego siebie, że musi się bardziej pilnować, ponieważ zbyt wiele miał do stracenia.
Parisa stała jeszcze przez chwilę, próbując opanować zdenerwowanie i zapomnieć o osobliwym zachowaniu stryja.
Starając się uspokoić, rozejrzała się po pomieszczeniu, które fascynowało ją od dziecka. To tu Umar przyjmował ważnych ludzi i podejmował decyzje dotyczące miasta.
W powietrzu unosiła się dobrze jej znana woń oliwy i kadzidła. Na podłodze leżały grube dywany, które tłumiły kroki, potęgując wrażenie wytworności.
Spojrzała na niski stolik, ozdobny kałamarz i leżące obok zwoje pergaminu. Pamiętała, że jako mała dziewczynka była niezwykle dumna z ojca i uważała go za najmądrzejszego człowieka na świecie. Minęły lata, a wciąż tak o nim myślała, szanując za poświęcenie, z jakim zarządzał Hamą. Kochała swoją wspaniałą i dumną matkę, ale to z ojcem łączyła ją wyjątkowa więź.
Jej sentymentalne rozmyślania przerwało pojawienie się Tariqa. Widząc go, poczuła nagły niepokój.
Czyżby rodzice dowiedzieli się o porannym incydencie na targu? Niepewnie wpatrując się w brata, z nerwów zagryzała dolną wargę.
Tariq, gdy zobaczył Parisę w gabinecie ojca, przystanął zaskoczony. Uniósł wysoko brwi, jakby pytał, czy wie, o co chodzi, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową i wzruszyła bezradnie ramionami.
W tym momencie dołączył do nich Umar.
Patrząc na swoje dzieci, poczuł wyjątkową radość. Zarówno syn, jak i córka stawali się ludźmi, jakimi pragnął ich widzieć.
Był niewyobrażalnie szczęśliwy, gdy wraz z Ayaną – najdroższą żoną – powitali w swoim życiu Parisę, którą pokochali od pierwszego wejrzenia. Wniosła do ich rodziny tak wiele słońca, gdy już zupełnie stracili nadzieję na potomstwo. Choć krnąbrna i rozpieszczona, miała dobre serce.
Gdy rok później Ayana urodziła chłopca, Umar zrozumiał, że nic nie jest ważniejsze od jego rodziny.
Owszem, był dla Tariqa surowszy niż dla Parisy, ale chciał, aby syn wyrósł na prawego i silnego mężczyznę, który nie boi się wyzwań, jakie postawi przed nim życie. W tej części świata, gdzie swój początek miały trzy religie, spokój był równie ulotny, jak kwiaty, chwilowo rozkwitające na pustyni po wielu latach suszy.
Mężczyzna podszedł do nich i położył jedną dłoń na ramieniu Tariqa, a drugą delikatnie dotknął policzka córki. Jego zazwyczaj poważne oblicze rozjaśnił czuły uśmiech, który natychmiast zniknął, gdy przypomniał sobie cel ich wizyty.
– Nie bez powodu poprosiłem was, byście się tutaj stawili.
W oczach rodzeństwa pojawił się lęk. Jeśli wydało się, że byli na przejażdżce bez eskorty, i że Parisa omal nie zginęła pod kopytami Layli, surowa kara ich nie ominie.
Z duszą na ramieniu wstrzymali oddech, czekając na dalsze słowa ojca.
– Jak wiecie, przez długi czas tolerowałem poczynania naszego sąsiada, władcy Masjaf. Niestety, nie potrafił tego uszanować i rozpoczął kampanię terroru przeciwko ludziom, którzy, choć niechętnie, akceptowali jego obecność i działalność na tych ziemiach.
W pierwszej chwili Tariq i Parisa odetchnęli z ulgą, że ich sekret nie wyszedł na jaw, ale zaraz zrozumieli, że chodzi o coś o wiele poważniejszego.
Emir z troską przyglądał się ich młodym twarzom. Nie chciał niczego przed nimi ukrywać – tylko znając prawdę, mogli być bardziej czujni wobec zagrożeń.
– Szykuje się wojna z Raszidem. Dlatego od dzisiaj macie absolutny zakaz opuszczania murów Hamy i tego budynku, nawet z eskortą. Jest wielce prawdopodobne, że Sinan wyśle na nas swoich zabójców – w tym momencie nieznacznie nimi potrząsnął, podkreślając powagę sytuacji – być może samego Skorpiona.
Słysząc imię zwiastujące śmierć, Tariq zmarszczył brwi i uniósł dumnie głowę, buńczucznie dając do zrozumienia, że się nie boi. Parisa natomiast zadrżała z przerażenia.
Wszyscy słyszeli o słynnym asasynie, jednym z najlepszych ludzi Raszida.
Na myśl o Masjaf i jego mieszkańcach, dziewczynę ogarnęło dziwne zimno. Dla niej byli niczym mityczne potwory, które wyłoniły się z piachów pustyni, by zamieszkać w ponurej twierdzy i siać zamęt oraz bezprawie. Już sama wzmianka, że ktoś taki jak Aqrab może podążać jej tropem, sprawiła, że puls jej gwałtownie przyspieszył.
– Nie zamierzam was straszyć – wyjaśnił Umar – ale sytuacja jest poważna i nie chcę, byście niepotrzebnie ryzykowali swoim życiem.
– Parisa i ja postąpimy zgodnie z twoim rozkazem, ojcze.
Tariq znacząco spojrzał na siostrę, mając nadzieję, że niepokojące wiadomości, które właśnie usłyszeli, wybiją jej z głowy wszystkie nierozsądne pomysły.
Emir ponownie się uśmiechnął. Wiedział, że Tariq nie złamie danego słowa i przy okazji upilnuje siostrę. Chociaż młodszy, był o wiele bardziej rozsądny niż Parisa, która zawsze szukała przygód.
– Możecie odejść – odparł Umar. – Od Hassana dowiedziałem się kilku ciekawych nowin, nad którymi muszę się pochylić. Zobaczymy się wieczorem.
Ucałował córkę w czoło, a Tariqa poklepał po plecach. Następnie podszedł do stolika, usiadł na poduszce, zamoczył pióro w kałamarzu i zaczął coś szybko pisać na pergaminie, zupełnie zapominając o ich obecności.
Kiedy znaleźli się za drzwiami i minęli straże, Tariq złapał Parisę za rękę, zmuszając ją do zatrzymania się.
– Mam nadzieję, że słowa ojca wzięłaś sobie do serca – powiedział, wciąż mocno przeżywając poranne zdarzenie na targu.
– Oczywiście, że tak! – warknęła, zirytowana, że brat nie wierzy w jej zdrowy rozsądek. – Nie mam zamiaru paść łupem Skorpiona.
Tariq pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem.
– Szkoda, że wcześniej nie wpadłem na pomysł, by cię postraszyć tym asasynem, wtedy miałbym trochę spokoju – dokończył z przekąsem.
– Nie gadaj głupot! – Parisa była naprawdę zła na brata za jego żarty.
„Wcale nie jestem aż tak lekkomyślna! No, może troszeczkę” – stwierdziła w duchu, w przypływie samokrytyki.
Gdy znaleźli się w centralnej części pałacu z imponującą fontanną, Tariq podszedł do siostry i ujął jej twarz w dłonie.
– Ufam, że naprawdę zastanowisz się dwa razy, zanim w jakikolwiek sposób złamiesz nakaz ojca. – Jego spojrzenie stało się poważne, a głos zdradzał napięcie. – Ty i matka jesteście szczególnie zagrożone, bo wszyscy wiedzą, jak ważne jesteście dla emira. Raszid nie jest głupi. Jeśli postanowi uderzyć z ukrycia... – przełknął głośno ślinę, bojąc się nawet o tym myśleć, ale wiedział, że musi wstrząsnąć siostrą – to wybierze właśnie was.
Parisa patrzyła na brata szeroko otwartymi, pełnymi lęku oczami. Jego słowa poruszyły ją bardziej niż ostrzeżenia ojca.
Miał rację – wraz z Ayaną, stanowiły dla Umara najbardziej wrażliwy punkt.
– Będę uważać – obiecała.
Tariq uśmiechnął się łagodnie.
– To mi wystarczy.
Następnie cmoknął ją w czoło i ruszył do męskiej części budynku. Zamyślona dziewczyna stała przez chwilę, nim skierowała się do swojej komnaty.
Ojciec miał tylko jedną żonę – jej matkę – dlatego nie było tutaj klasycznego haremu.
Wszędzie panowała cisza, bo nastała pora popołudniowego odpoczynku.
Wchodząc do pokoju, zobaczyła czekającą na nią Hawę.
Służąca podeszła do Parisy, aby pomóc jej rozebrać się do poobiedniej drzemki.
Gdy zdejmowała klejnoty zdobiące szyję i palce córki emira, przypomniała sobie o wiadomości, którą miała jej przekazać.
– Dżamal prosił, by powiedzieć panience, że Layla jest dziś jakaś osowiała.
Dziewczyna znieruchomiała na moment, a potem podziękowała Hawie.
Informacja o klaczy była zaszyfrowanym komunikatem, że chłopcu udało się zdobyć ważne dla niej informacje i że czeka na nią w stajni.
Gdy tylko służąca zostawiła ją samą, zaczęła gorączkowo ubierać kolejne warstwy męskiego stroju, a na końcu ukryła twarz za kufiją.
Niepewnie otworzyła drzwi i zerknęła raz w jedną, raz w drugą stronę, upewniając się, że nikt nie idzie. Gdy stwierdziła, że jest bezpiecznie, cicho stawiając kroki, szła w stronę schodów dla służby, a potem skierowała się do kuchni, przez którą przemknęła niczym duch, po drodze zgarniając dwa jabłka.
Opuszczając pałac, schyliła głowę, by nie zwracać na siebie uwagi, i pobiegła do stajni.
W środku, przystanęła na chwilę, chcąc przyzwyczaić wzrok do panującego tam półmroku. Wtedy podszedł do niej Dżamal z szerokim uśmiechem na umorusanej buzi.
„Dla tego chłopca nie ma rzeczy niemożliwej” – pomyślała rozbawiona Parisa.
Zauważyła, jak oblizywał się na widok jabłka, drugie było prezentem dla „osowiałej” klaczy.
– Mów, co wiesz – rozkazała, umierając z ciekawości.
– Chyba go znalazłem – oznajmił podekscytowany Dżamal.
Na te słowa serce Parisy gwałtownie przyspieszyło.
Wciąż pamiętała śmiałe spojrzenie ciemnych oczu nieznajomego i jego aksamitny głos, który uspokoił nie tylko Laylę, ale i ją.
– Zatrzymał się u starego Hakima. To niedaleko stąd. Wie panienka, gdzie... Parę kroków za Wielkim Meczetem.
Wszyscy w Hamie wiedzieli, kim jest stary Hakim i gdzie mieści się jego gospoda. Miał trzech synów, którzy zajmowali się interesem, sam zaś przesiadywał przed budynkiem ze swoją charakterystyczną laską i obserwował ludzi zmierzających na pobliski bazar.
– Czego jeszcze się dowiedziałeś? – dziewczyna ponagliła go wzrokiem, bo zamiast opowiadać, jej szpieg zajadał się soczystym owocem.
– Ma wspaniałego konia, tak białego, jak najbielsze obłoki na niebie. – Nabożny podziw Dżamala wobec ogiera był intrygujący, wszak pracując w stajniach emira, miał styczność z najpiękniejszymi zwierzętami w Hamie i okolicy.
Parisa postanowiła, że musi zobaczyć tego niezwykłego rumaka i jego tajemniczego właściciela.
– Zaprowadzisz mnie do niego – nakazała zaskoczonemu chłopakowi.
– Ależ panienko! – Dżamalowi z wrażenia wypadło jabłko z dłoni. – Nie wolno panience!
Tego było za wiele. Dziewczyna spojrzała na niego wyniośle, nonszalancko unosząc jedną brew.
– Dostaniesz kolejnego dirhama – mruknęła kusząco.
Dusząc się ze śmiechu, obserwowała, jak chciwość walczy w nim z odpowiedzialnością. W niej samej także odezwały się wyrzuty sumienia, bo przecież obiecała ojcu i bratu, że będzie na siebie uważać. Zaraz jednak wytłumaczyła sobie, że to jedyny raz, gdy złamie dane słowo; później nie wyściubi nosa poza pałac.
Gdy chłopiec spojrzał na nią z poczuciem winy, wiedziała, że wygrała.
Popołudniowy odpoczynek, gdy wszyscy chronili się przed najgorszym ukropem, był doskonałą porą, by wymknąć się do miasta.
Unikając straży, pobiegli za stajnię do niewielkiego zagajnika, skrywającego fragment pękniętego muru. Dorosły człowiek nie miałby szans przecisnąć się przez tę wyrwę, ale Parisie i Dżamalowi, którzy byli drobnej postury, udało się to bez najmniejszego problemu.
Nikt nie interesował się dwoma szczupłymi chłopcami, którzy w palącym słońcu szli szybko w stronę zajazdu Hakima.
Dżamal wskazał palcem na tył budynku, gdzie trzymano konie, i pomału skradali się w tamtą stronę, uważając, by nie natknąć się na starca ani któregoś z jego synów. Gdy piasek pod ich stopami zachrzęścił głośniej, raptownie się zatrzymali, nerwowo rozglądając się dookoła. Gdy nic niepokojącego się nie wydarzyło, pobiegli dalej.
Parisa miała nadzieję, że znajdzie nieznajomego przy rumaku. W przeciwnym razie Dżamal musiałby go zwabić do stajni.
Zaglądając do środka, od razu zorientowała się, że to on.
Z bijącym mocno sercem przyglądała się jego tonącej w półmroku wysokiej, atletycznej sylwetce. Nie miał na sobie ani płaszcza, ani kufiji, a podwinięta do łokci koszula odsłaniała silne przedramiona porośnięte ciemnymi włoskami.
Jak zaczarowana wpatrywała się w smukłe męskie palce, powoli przesuwające się po końskim grzbiecie. Nie wiedzieć czemu, ale na ten widok zrobiło się jej gorąco.
Bezwiednie ściągnęła chustę z twarzy, by się ochłodzić i wtedy napotkała jego oczy – zimne, czarne, skierowane prosto na nią.
Leniwie sunął wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się dłużej na wargach, które teraz mocno przygryzała.
Atmosfera zgęstniała od zmysłowości, która tak niespodziewanie narodziła się między nimi i otuliła ich niczym kokon.
Parisę oblał prawdziwy żar, choć w pomieszczeniu było chłodno. Zaczęła szybciej oddychać, jakby przez pół dnia biegła w upale. Zdegustowana zastanawiała się, skąd to nagłe podekscytowanie.
"Jak to możliwe, że oczarował ją mężczyzna, o którym wiedziała tylko tyle, że uratował jej życie?"
Skorpion, widząc dziewczynę, której od rana nie potrafił wyrzucić z głowy, próbował ukryć zaskoczenie.
Ponownie miała na sobie męski strój, lecz tym razem kufija nie zasłaniała jej twarzy. Z pozorną obojętnością przyglądał się jej delikatnym rysom, czerwonym ustom i niezwykłym oczom.
„Ciekawe, co ona tu robi?”
– Szukasz kogoś? – zapytał znudzonym tonem.
– Tak... ciebie – wyrwało jej się, zanim zdążyła zapanować nad językiem.
Mężczyzna uniósł wysoko brwi ze zdziwienia. Nie spodziewał się tak szczerej odpowiedzi.
W tym momencie Parisa zdała sobie sprawę, że wszystkiemu przysłuchuje się jej szpieg.
– Dżamal, idź, przypilnuj Hakima.
Chłopiec popatrzył na nią niepewnie. Nie opuszczało go przeczucie, że popełnił błąd, przyprowadzając tutaj córkę emira. Nawet dirham nie był wart kłopotów, których mógł sobie narobić.
– Dżamal! – ponagliła go, widząc jego niezdecydowanie.
Chłopiec jeszcze przez chwilę przestępował z nogi na nogę, w końcu jednak zebrał się i poszedł.
Skorpion spoglądał za nim, dopóki nie zniknął mu z oczu.
A więc tak nazywał się jego cień, który deptał mu dziś po piętach.
Gdy zostali sami, jego uwaga znów skupiła się na dziewczynie. Przez kilka niespokojnych oddechów przyglądali się sobie, zaskoczeni gwałtownymi uderzeniami swoich serc.
– Twój mąż nie ma nic przeciwko, że chodzisz w męskich ubraniach? – Aqrab pierwszy przerwał tę pełną magii chwilę.
Na twarzy dziewczyny pojawiło się zaskoczenie.
– Mój mąż? – powtórzyła, nie rozumiejąc.
– Mężczyzna, który dziś rano zabrał cię z targu – wyjaśnił Skorpion.
Parisa, gdy pojęła, że chodzi mu o Tariqa, zachichotała.
– To nie był mój mąż – odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem igrającym na ustach, które raz po raz przyciągały jego wzrok – tylko brat.
Gdy usłyszał jej wyjaśnienia, w jego oczach zabłysło coś niebezpiecznego, bardzo męskiego i pierwotnego.
Nagle zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie zdradziła mu, że ona i Tariq są rodzeństwem. Może byłoby lepiej, gdyby myślał, że jest mężatką, ale stało się – czasu nie cofnie.
– Po co przyszłaś? – zapytał niegrzecznie.
Mimo że była tu tak krótko, już zdołała rzucić na niego grzeszny urok. Nie znosił tracić nad sobą kontroli, bo wtedy stawał się rozkojarzony i popełniał błędy, które mogły go kosztować życie.
Zmiana w jego zachowaniu wystraszyła Parisę. Zdenerwowana, gniotła w dłoniach rąbek materiału.
– Chciałam ci podziękować za uratowanie mi życia – wydukała, speszona zachowaniem mężczyzny.
Przed chwilą miły i spokojny, nagle zamienił się w oschłego i nieprzyjemnego.
– W porządku. Podziękowałaś, możesz już iść – odparł szorstko, ponownie koncentrując się na ogierze.
Dziewczyna wiedziała, że powinna odejść, ale coś w tym mężczyźnie ją przyciągało.
– Jest piękny – zauważyła z uznaniem, wpatrując się w konia.
Nie dziwił ją zachwyt Dżamala, kiedy opowiadał jej o rumaku. Był jeszcze wspanialszy niż w jego opowieściach.
W dużych, wyrazistych oczach zwierzęcia iskrzyła się inteligencja; mocna, choć smukła sylwetka zdradzała witalność i siłę, a białe umaszczenie w ciemnym pomieszczeniu jarzyło się niczym promień księżyca. Sam sułtan byłby dumny z takiego wierzchowca.
– Tak. – Skorpion bez pośpiechu głaskał długą końską szyję. – Shamal jest wyjątkowy. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do ludzi – dokończył cicho.
– Shamal – szepnęła dziewczyna – Wiatr. Doskonałe imię dla tak imponującego konia.
„Pędzić na Wietrze... to byłoby coś” – pomyślała tęsknie. Jako świetny jeździec, wiele by dała za ten przywilej.
Widząc ją rozmarzoną, Skorpion poczuł, jak krew pulsuje mu dziko w skroniach. Jej niewinność drażniła go – może dlatego, że sam nigdy nie był niewinny. Musiał szybko nauczyć się zasad panujących w jego mrocznym świecie.
– A twoje imię? Też jest takie? Doskonałe? – zapytał zaczepnie.
Nie chciał o niej nic wiedzieć, ale ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem.
Parisa wzruszyła ramionami i spuściła głowę, zawstydzona prowokującym pytaniem. Nikt nigdy tak z nią nie rozmawiał – chłodno, cedząc słowa.
Widząc jej onieśmielenie, Skorpion niespiesznie podszedł do niej, dwoma palcami uniósł jej brodę i popatrzył wprost w wielkie, migdałowe oczy.
Siła, która ich do siebie pchała, była równie groźna i potężna jak pustynna burza.
Nie powinien tego robić, ale chyba pierwszy raz w życiu zlekceważył rozum i poddał się chwili.
– Zdradzisz mi je? – cicho zadane pytanie sprawiło, że dziewczyna westchnęła.
To było nierozsądne i nieodpowiedzialne... ale nie potrafiła mu odmówić.
– Parisa – odpowiedziała niemal szeptem.
Mężczyzna uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
– Idealne – mruknął.
Jeszcze ze sobą walczył, jeszcze bronił się przed pokusą, jaką była dla niego ta drobna postać. Ale w końcu musiał się poddać. Pochylił się i musnął jej lekko rozchylone wargi swoimi wargami. Zrobił to ostrożnie, z wahaniem, nie chcąc jej spłoszyć.
A gdy ich usta się spotkały, zrozumiał, że popełnił największy błąd w życiu i że przyjdzie mu za to słono zapłacić.
Chociaż tę subtelną pieszczotę trudno było nazwać pocałunkiem, Parisie i tak zakręciło się w głowie.
Opuściła powieki, wstrząśnięta doznaniami, jakich przed chwilą doświadczyła. Dotknęła palcami swoich warg, a gdy wyczuła pod nimi wilgoć, przeszył ją niezrozumiały dreszcz.
Aqrab całował wiele ust w swoim życiu, ale nigdy tak niedoświadczonych, a jednocześnie tak słodkich. Był nauczony panować nad swoim ciałem, ale w tym momencie bardzo trudno było mu się od niej oderwać. Jednak cofnął się i niecierpliwym ruchem przejechał po swoich długich włosach.
Wizyta dziewczyny wzbudziła w nim niepokój. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale instynkt jeszcze nigdy go nie zawiódł.
Właśnie wtedy przybiegł Dżamal z ostrzeżeniem, że Hakim zmierza w ich stronę.
Parisa drgnęła zaskoczona, bo zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje i że poza nimi są inni ludzie. Zapach siana i zwierząt pomógł jej wrócić do rzeczywistości. Gorączkowymi ruchami ukryła twarz i włosy pod chustą.
– A ciebie jak nazywają? – rzuciła szybko, bo nagle uświadomiła sobie, że poznała imię jego konia, a on sam wciąż stanowił dla niej zagadkę.
Na posępnej twarzy Skorpiona pojawił się okrutny grymas, a jego oczy niebezpiecznie się zwęziły.
– Antares.
Dziewczyna wpatrywała się w niego zaskoczona.
Antares – najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Skorpiona, samo jego centrum... serce Skorpiona.
Gdzieś daleko, jak słabnące echo, pojawiło się ostrzeżenie, które zaraz znikło.
Słysząc ponaglania Dżamala, skierowała się do wyjścia. Ostatni raz odwróciła się w stronę mężczyzny, napotykając jego badawczy wzrok. Następnie spuściła głowę i pobiegła za chłopcem.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
Hart
No to teraz będzie się dopiero działo. Wygląda na to że tu będzie jeszcze sporo zawirowań i dylematów. Jest fascynacja i oczarowanie. A co będzie jak Skorpion zrozumie że to jest jego cel? Nie będę wyprzedzał faktów, ale czuję że wszystko skończy się szczęśliwie dla tych dwojga. Mam nadzieję że mnie nie zawiedziesz. Oczywiście czekam już na kolejną dawkę emocji. I pozdrawiam serdecznie. Buziaki😘
Marigold
@Hart cześć
Będzie dużo zawirowań i jeszcze więcej dylematów!
Pamiętaj, że Skorpion ma swoją prywatną wendettę, a Parisa... no cóż, stanie się pionkiem w wielkiej polityce. Bardzo się cieszę, że mam w Tobie czytelnika
Dzięki!
Amorek99
Czekam na każdą część z niecierpliwością rewelacja.
Marigold
@Amorek99 cześć
Miło poznać ukrytego czytelnika
Bardzo Ci dziękuję za tak pochlebny komentarz. Fajnie, że moje "niszowe" opowiadania komuś się podobają. Dzięki!