Aqrab/Skorpion. Prolog/Cz.1

Aqrab/Skorpion. Prolog/Cz.1Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.
  
Prolog  

Syria, XII wiek

Grupa mężczyzn była coraz bardziej zmęczona czekaniem. Gaj oliwny, w którym się ukryli, nie dawał już wystarczającej ochrony przed palącym słońcem. Nagrzana ziemia parzyła stopy, a liście cicho szeleściły od gorącego wiatru. Co chwila kierowali niespokojne spojrzenia na południe, wypatrując przybyszy.  

Tylko przywódca syryjskich asasynów i władca Masjaf znany jako Raszid ad-Din Sinan nie zdradzał żadnych emocji. Z założonymi na piersi rękami obserwował horyzont.  
Zmarszczył brwi, z uwagą śledząc obłok kurzu, który rósł z każdą chwilą. Zastanawiał się, czy mają obiecaną przesyłkę.  

W napięciu czekał na zbliżających się konnych. Sięgnął po miecz; pozostali poszli za jego przykładem.  

Nikt poza nim nie wiedział, po co tutaj są i na kogo czekają.  

Wkrótce jeźdźcy dotarli do prowizorycznego obozowiska, przynosząc ze sobą pył i zapach potu.  

Raszid z kamienną twarzą przyglądał się przybyłym. Szczególnie zainteresował go wysoki wojownik, dosiadający pięknego siwka. Sylwetka rumaka i dumnie uniesiona głowa zdradzały czystej krwi araba. Taki koń nie mógł należeć do byle kogo.  

Powoli schował miecz do pochwy na plecach.

– As-salāmu ʿalaykum (pokój z wami) – zwrócił się do gości.  

– Wa ʿalaykum as-salām (i z wami pokój) – odpowiedział mu mężczyzna, z gracją zsiadając z konia.

Przez chwilę obserwował Raszida, a potem, z nieprzyjemnym uśmiechem podszedł do towarzyszącej im kobiety. Zabrał z jej rąk zawiniątko i podał je Sinanowi, który ostrożnie odebrał nieduży pakunek. Odsunął kawałek materiału i spojrzał na śpiące dziecko.  

– Jednak udało ci się je zdobyć – stwierdził podekscytowany.

– Czyżbyś we mnie nie wierzył?  

Zignorował ukryte w pytaniu szyderstwo – ani na moment nie spuszczając zafascynowanego spojrzenia z niemowlęcia.  

– Chłopiec – zauważył z satysfakcją.  

Widząc znamię na dziecięcym biodrze, jego oczy zalśniły groźnie. – Pierworodny. Tylko oni są naznaczeni.  

Gdy nacieszył się swoim triumfem, zakrył dziecko i oddał kobiecie.  

– Spisałeś się – zwrócił się do mężczyzny.  

– Jak zawsze.  

– A jak miewa się nasz brat? – zainteresował się Raszid.  

– Nadal uważa się za najmądrzejszego z nas wszystkich – padła złośliwa odpowiedź.  

Sinan parsknął śmiechem:  
– Dobrze, że już go nie muszę oglądać, a szczególnie słuchać.  

Przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, z którym łączyła go krew. Co prawda tylko ze strony ojca. Linia ust i zło, kryjące się w spojrzeniu, zdradzały rodzinne podobieństwo. Dawno się nie widzieli.

– Zaraz ruszamy – oznajmił, narzucając na głowę kufiję. – Przed nami długa droga.  

Chciał jak najszybciej dotrzeć do zamku.  

– Dziecko dostało opium, więc przez dłuższy czas nie będzie marudziło. Poza tym opiekunka zajmie się chłopcem – przekazał mu brat.  

Kobieta mocniej przytuliła do siebie niemowlę i z czułością przejechała palcem po jego pyzatym policzku. Już go pokochała, mimo że opiekowała się nim od niedawna. Jej synek zmarł, dlatego z ochotą zajęła się tym ślicznym dzieciątkiem, choć trochę łagodząc ból po stracie, której doświadczyła. Poza tym wraz z mężem potrzebowali pieniędzy.  

Raszid skierował się w stronę swojego konia. Towarzyszący mu asasyni uczynili to samo.  
Uniósł dłoń w geście pozdrowienia i, ostatni raz zerknąwszy na brata, krzyknął: – Salām! – po czym dał znać do odjazdu.  

Do Masjaf dotarli późnym wieczorem; ze względu na dziecko musieli jechać powoli.  
Zamek robił niesamowite wrażenie – górując nad okolicą, imponował swą wielkością. Jaśniejące na tle nocnego nieba mury widać było z daleka.  

Zmęczona Amina z obawą patrzyła na twierdzę. Dopiero w drodze, przysłuchując się rozmowom, zrozumiała, dokąd się udają – do warowni asasynów. Przerażała ją myśl, że będzie mieszkać wśród tych dzikusów.  

Szeptano, że wyłaniają się z cienia, niosąc śmierć. Odziani w biel wyglądali jak duchy szukające ofiar. Nikt nie wiedział, kto będzie następny.  

Kobieta opatuliła się ciaśniej płaszczem, by ochronić przed chłodem siebie i trzymane w dłoniach maleństwo.  

Po przekroczeniu bramy ktoś pomógł jej zejść z konia.  

W milczeniu prowadzono ją długimi korytarzami. Płomienie z pochodni tańczyły złowrogo na kamiennych ścianach, potęgując jej strach.  

„Istny labirynt” – pomyślała oszołomiona.  

Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego – wszędzie tylko pustka i ciemność. Miała wrażenie, że poza nią i przewodnikiem nie ma w zamku nikogo.  

Straciła rachubę, jak długo szli, gdy zatrzymali się przed jednymi z licznych drewnianych drzwi. Mężczyzna otworzył je przed nią i kazał wejść. Onieśmielona Amina rozglądała się po komfortowo urządzonej sypialni. Na stole czekała kolacja, a w rogu stała balia wypełniona wodą. Obok sporego łóżka dostrzegła kołyskę dla dziecka.  

Wystrój pomieszczenia trochę ją uspokoił. Nim ochłonęła, zauważyła, że została sama.  
Najedzona i umyta, sięgnęła po chłopca i podała mu pierś. Z czułością patrzyła, jak mocno ssie.  

„Mój głodomorek” – zagruchała z miłością.  

Gdy zjadł, odłożyła go do łóżeczka i ostrożnie przykryła, a sama z ulgą wsunęła się pod kapę. Szczęśliwa, że ten długi dzień wreszcie się skończył, zasnęła.  

Nie wiedziała, jak długo spała, gdy coś ją obudziło – jakiś szelest. Zdezorientowana usiadła i rozejrzała się po pomieszczeniu, nasłuchując pilnie. Po chwili dźwięk się powtórzył, już znacznie bliżej i głośniej.  

Na szczęście blask księżyca wpadający przez liczne okna dawał sporo światła.  
Niczego podejrzanego nie zauważyła, lecz dziwny szelest nie dawał jej spokoju.  

Odrzuciła kapę i podeszła do chłopca śpiącego po drugiej stronie łóżka. Gdy na niego spojrzała, aż zamarła z przerażenia. Przytknęła zimne jak lód dłonie do ust, by powstrzymać krzyk.  

Na brzuszku dziecka znajdował się skorpion, a drugi wspinał się po drewnianej poręczy. Długie i cienkie ogony z widocznym żądłem, nie pozostawiały złudzeń, że były bardzo niebezpieczne.  

Amina pierwszy raz w życiu tak się bała. Nie wiedziała, co robić. Jedyne, co jej pozostało, to obserwować tę mrożącą krew w żyłach scenę. W duchu modliła się, by niemowlę nie sprowokowało ataku.  

Ku jej rozpaczy dziecko ziewnęło i otworzyło oczy. Drobne paluszki drgnęły.
  
„Nie ruszaj się!” – błagała go w myślach.  

Cała dygotała, patrząc na otwierające się szczypce. Jeszcze chwila – a żądła wbiją się w drobne ciałko niemowlęcia.  

I właśnie wtedy komnatę wypełnił dziecięcy śmiech. Miała wrażenie, że czas najpierw zwolnił, a potem całkiem się zatrzymał. Niespodziewanie dwa małe drapieżniki uspokoiły się i powoli wycofały, znikając w jednej z licznych szczelin pomiędzy podłogą a ścianą.  

Amina z głośnym szlochem podbiegła do chłopczyka, wzięła go na ręce i z całej siły przytuliła. Po jej twarzy spływały łzy ulgi.  

Gdy trochę doszła do siebie, spojrzała na dziecko i wyszeptała:  
– Aqrab – Skorpion.  



„Rzuć mnie wilkom na pożarcie, a wrócę dowodząc watahą”  
– autor nieznany  

Rozdział 1  

Legenda głosiła, że raz na wiele lat rodzi się dziecko wybrane przez skorpiony. Tacy ludzie są tajemniczy i skryci. Skrzywdzeni – nigdy nie zapominają. Zemsta staje się celem ich życia. Nie spoczną, póki nie wbiją żądła w serce wroga.  

Taki właśnie był Aqrab.  

Słońce powoli znikało za horyzontem, zabierając ze sobą skwar dnia. Mężczyzna rozejrzał się wokół, a potem zadarł głowę i spojrzał na gruby, wysoki mur. Ostatnie promienie barwiły go na czerwono, nadając mu upiorny wygląd.  

Wyciągnął z kieszeni luźnych spodni czarną, jedwabną chustę i zasłonił nią oczy. Zawsze tak robił – niezależnie, czy wspinał się w dzień, czy w nocy. To pozwalało mu wyostrzyć pozostałe zmysły, szczególnie dotyk.  

Poprawił zwiniętą linę przewieszoną przez klatkę piersiową, i rozpoczął wspinaczkę.  

Pod dłońmi czuł ciepło i specyficzny zapach nagrzanych kamieni. Ostrożnie szukał szczelin, które dawały oparcie dla stóp i rąk. Powoli poddawał się rytmowi, który znał od dziecka. Przestał myśleć, analizować. Pozwolił prowadzić się ciału, które lepiej wiedziało, co robić, niż głowa. W końcu ćwiczył się w tym, odkąd skończył pięć lat, a teraz miał dwadzieścia pięć.  

Usta wykrzywił mu ponury uśmiech. Od dawna igrał ze śmiercią, często zaglądając jej w oczy. I wciąż to on był górą.

Prawie osiągnął cel, gdy usłyszał głosy – strażnicy. Musiał ich przeczekać. Starał się uspokoić oddech, który rwał się od wysiłku. Ból w ramionach był nie do wytrzymania, a palce piekły od wciskania ich w szpary, nawet przez specjalne rękawice.  

Gdy już myślał, że dłużej się nie utrzyma i ześlizgnie się w dół, mężczyźni odeszli, a on mógł zrobić ostatni krok.  

Z ulgą przerzucił przez blank najpierw jedną nogę, potem drugą. Zdjął opaskę, a krenel opasał przyniesioną liną – miała czekać na jego powrót.  

Chwilę później pomknął przed siebie – cicho niczym duch.  

Wiedział, gdzie on jest. Co wieczór widywał go na tarasie baszty, gdy spoglądał w nocne niebo.  

Wszedł do wieży. Chowając się we wnękach, udało mu się uniknąć zdemaskowania. Po pewnym czasie zauważył złote wrota. W oczach pojawił się błysk. Znalazł to, czego szukał. Kufiją zasłonił twarz oraz czarne włosy. Podbiegł i chwycił za klamkę. Chłód metalu sprawił, że zadrżał. Wielkie drzwi otworzyły się bezszelestnie.  

Słysząc kroki zbliżającej się straży, nie czekał, tylko wślizgnął się do środka.  Jeden rzut oka na pokój upewnił go, że znalazł się tam, gdzie chciał – w sypialni samego sułtana. Bogactwo i przepych zapierały dech w piersi. Ale nie zjawił się tutaj, by popatrzeć, jak żyją bogacze. Miał zadanie do wykonania.  

I wtedy go zobaczył.  

Stał z rękami opartymi o mur i wpatrywał się w miasto, które miał u stóp – Damaszek. Był bez turbanu, w samych spodniach i tunice. Smukła sylwetka zdradzała aktywny tryb życia.  

„Ciekawe, nad czym rozmyśla?” – pomyślał Aqrab. „Pewnie nad kolejnym podbojem” – stwierdził z sarkazmem.  

Sięgnął po nóż, ukryty w specjalnej kieszeni paska, a jasnobrązowe oczy utkwił w plecach ofiary. Skradał się powoli, nie wydając najlżejszego dźwięku. Bał się, że w panującej ciszy gwałtowne bicie serca zdradzi jego obecność.  

Gdy był już bardzo blisko, wstrzymał oddech i niespiesznie przyłożył nóż do gardła Saladyna.  

– Drgnij – szepnął wprost do ucha – a umrzesz, zanim skończę mówić.  

Sułtan zamrugał zaskoczony, ale zachował spokój. Jedyną oznaką zdenerwowania była kropla potu na skroni.  

Asasyn uśmiechnął się z satysfakcją. Oto ten niezwykle potężny człowiek, którego władza sięgała daleko, daleko stąd, znajdował się teraz na jego łasce.  

– Starzec z Gór przesyła pozdrowienia i radę – w tym momencie ostrze mocniej naparło na skórę ofiary, a jego puls przyspieszył – poważnie się zastanów, nim skierujesz miecz na Masjaf. Tym razem to ostrzeżenie. Kolejnego naszego spotkania nie przeżyjesz – Aqrab wycedził przez zęby.

Najchętniej już teraz zabiłby Saladyna, ale musiał działać zgodnie z rozkazem.  

Oderwał nóż od szyi i zaczął się wycofywać. W napięciu obserwował wysoką postać, gotowy zareagować na niespodziewany ruch.  

Gdy stanął w drzwiach wychodzących na taras, sięgnął ręką do niewielkiego woreczka, przymocowanego do pasa. Rzucił coś na podłogę: skorpiona – swój znak rozpoznawczy, specyficzny podpis. Nie był jadowity, ale widok charakterystycznego ogona i szczypiec każdego przerażał. On je lubił.  

Następnie odwrócił się i tą samą drogą, którą przyszedł, wrócił do miejsca, gdzie czekała przygotowana wcześniej lina. Chwycił ją mocno i zaczął schodzić, odbijając się stopami od ogromnych kamieni.  

Poszło sprawniej, niż się spodziewał. Podejrzewał, że za chwilę polecą głowy strażników – i to dosłownie – za to, że udało mu się niepostrzeżenie dostać do sułtana. Okazał się lepszy – no cóż, to nie jego problem.

W pośpiechu, oddalając się od zamku, usłyszał dźwięk trąb. A więc rozpoczęło się polowanie. Noc, która na dobre się rozgościła, działała na jego korzyść.  

W jednym z licznych gajów oliwnych ukrył swojego ogiera. Nie musiał go nawet wiązać – zawsze wiernie czekał. Wystarczył jeden, charakterystyczny gwizd, by Shamal natychmiast do niego przybiegł. Zatańczył przed nim radośnie, a jego grzywa zafalowała.

Na tle drzew jego nieskazitelnie białe umaszczenie jarzyło się tajemniczym blaskiem. Był smukły, wytrzymały, gotowy na wszystko – tak jak jego pan.  

Aqrab dosiadł go i bez zwłoki ruszył na północny zachód.  

Po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnął głęboko.  

Podróż do Masjaf trwała trzy dni. Góry Nusajrijja były wymagające, nawet dla kogoś, kto doskonale znał te tereny i wiedział, gdzie czai się zagrożenie.  

W końcu, o świcie, zobaczył zamek. Otaczające go poranne mgły dodawały mu mrocznego majestatu, jakby był siedzibą samego Iblisa – najzacieklejszego wroga Allaha.  

Wyglądał, jakby stanowił przedłużenie skały, na której stał. Od zachodu chroniony pasmem górskim. Zaś na wschodzie rozciągały się otwarte równiny, prowadzące aż do samej Hamy.  

Ciężkie, wapienne kamienie, ułożone jeden na drugim, robiły niesamowite wrażenie.  
To nie był pałac, ale prawdziwa forteca, z licznymi, wąskimi przejściami, małymi oknami strzelniczymi i tarasami. Do tego pełne spichlerze – w razie oblężenia mógł się bronić przez wiele miesięcy.  

Raszid ad-Din Sinan, pan i władca Masjaf, dbał o wszystko. Zamek był jego królestwem, a asasyni poddanymi. Bano się go i wielbiono.  

Aqrab go nienawidził, tak samo, jak Razana. Gdyby nie nadzwyczajne umiejętności zabójcy, od dawna byłby martwy, bo nie chodził na smyczy jak pozostali. Wykonywał zadania, ale poza tym robił, co chciał.  

Tylko zemsta trzymała go tutaj. Potem będzie wolny.  

Spiął Shamala, a koń natychmiast zerwał się do biegu.  

Słyszał, jak muezin wzywa do pierwszej tego dnia modlitwy. Kiedyś był gorliwym nizarytą. Przestał, gdy zrozumiał, jak imam – za pomocą religii – zręcznie manipuluje otoczeniem i nagina je do swej woli.  

Droga do bramy wiodła wąską, krętą ścieżką, często wzdłuż skały. Tylko jeden koń mógł się na niej zmieścić. Ta naturalna przeszkoda potrafiła zatrzymać całą armię.  

Aqrab stanął przed główną bramą i krzyknął swoje imię. Zmęczonym spojrzeniem przyglądał się, jak ciężka krata unosi się powoli.  

Po przejściu przez bramę, znalazł się na kamiennym dziedzińcu – sercu Masjaf. To tutaj mieściła się studnia i spichlerze; stąd wchodziło się do pomieszczeń mieszkalnych oraz wojskowych. Podwórzec był wielopoziomowy; część sal znajdowała się wyżej, część niżej.
  
Omar – jeden z chłopców opiekujących się końmi – widząc jeźdźca, natychmiast do niego podbiegł. Skorpion, na przywitanie, zmierzwił mu włosy. Lubił tego nicponia, zawsze wesołego i skorego do pomocy. Rzucił mu wodze, a sam ruszył na tyły zamku – do groty. Znajdujący się w niej naturalny basen pełnił funkcję łaźni. Woda, płynąca ze skały na bieżąco wypłukiwała wszelki brud i zanieczyszczenia.  

O tej porze pieczara była pusta. Na to właśnie liczył.  

Zrzucił zakurzone ubranie i wskoczył do sadzawki. Jak dotąd nikt nie sprawdził, jak bardzo była głęboka.  

Od zimna zadrżał. Ale potrzebował orzeźwienia. Przez chwilę pływał i nurkował, spłukując trudy ostatnich dni.  

Wychodząc z wody, zorientował się, że nie jest już sam.  

Uniósł głowę, a widząc, kto przyszedł, jego bursztynowe oczy zapłonęły dziko.  
Nagi stanął naprzeciwko jasnowłosego mężczyzny – swojego zajadłego rywala. Dzięki kolorowi włosów i urodziwej twarzy cieszył się dużym powodzeniem u kurtyzan. Zapewne jakaś jego prababka była branką z Dalekiego Zachodu.    
– Czego chcesz, Razan? – warknął.  

Razan długo przyglądał się umięśnionej sylwetce Skorpiona, zafascynowany połyskującymi kroplami na jego smagłej skórze. Aqrab od początku mu się podobał. Podniecał go jego niepokorny charakter i pogarda do wszystkich i wszystkiego.  

Sunąc po nim spojrzeniem, zauważył na jego biodrze znamię przypominające strzałę.  

„Naznaczony niczym niewolnik” – pomyślał złośliwie.  

Trzy lata od niego młodszy, czasami wydawał się starszy od samego Raszida.  

– Starzec zauważył twój przyjazd. Zdenerwował się, że nie przyszedłeś od razu do niego. Masz natychmiast udać się do auli – rzucił od niechcenia.  

Aqrab sięgnął po starannie ułożoną tkaninę, która służyła do wytarcia, i zaczął się nią osuszać.  

Widząc w oczach Razana pożądanie, przeszył go dreszcz obrzydzenia. Tylko oni dwaj wiedzieli, że nie tylko kobiety znajdują się w kręgu jego zainteresowań.  

Gniewnie zacisnął wargi. Na szczęście nie był już chłopcem, którego można zastraszyć.  
Gdy włożył spodnie i koszulę oraz lekkie, skórzane buty, sięgnął po nóż. Niespiesznie podszedł do intruza i przyłożył go do jego szyi. Przez chwilę przyglądali się sobie z nienawiścią.  

– Kiedyś odetnę ci głowę – wycedził złowróżbnie i odszedł.  

Słysząc groźbę, mężczyzna uśmiechnął się tylko.  

– Spróbuj – mruknął, rozbawiony.

***

Aula mieściła się w reprezentacyjnej części Masjaf. Miała robić wrażenie na gościach – i robiła je.  

O ile pokoje asasynów, poza paroma wyjątkami, były niezwykle skromnie urządzone, tutaj bogactwo widać było w każdym przedmiocie. Malowidła na ścianach, miękkie dywany oraz stoły i krzesła zdobione klejnotami zachwycały kolorami i przepychem.
  
Na podwyższeniu, niczym sułtan, siedział Raszid ad-Din Sinan, zwany Starcem z Gór. Wydawał się młodszy, niż wskazywało na to jego pięćdziesiąt lat. Twarz bez zmarszczek, z charakterystycznym dla niego świdrującym spojrzeniem. Gdy mu zależało, potrafił oczarować zarówno mężczyznę, jak i kobietę. Nic dziwnego, że wielu jego poddanych było gotowych zrobić dla niego wszystko – nawet podarować własną śmierć.  

Na głowie miał turban zrobiony z czerwonej tkaniny, z wpiętym rubinem. Tylko najbogatsi mogli pozwolić sobie na materiały w takim kolorze.  

Widząc go, Aqrab ukłonił się od niechcenia.  

Raszid wyciągnął w jego stronę wypielęgnowaną dłoń, więc podszedł i przyłożył do niej czoło. Niby z szacunkiem, ale obaj wiedzieli, że to farsa. Ale Sinan lubił od czasu do czasu przypomnieć mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu.  

– Chciałeś mnie widzieć – odezwał się, gdy cisza się przedłużała.

Starzec przyglądał się mu z zainteresowaniem.  

Większość wojowników nosiła krótkie włosy, ale jego sięgały ramion. Mocna linia szczęki, prosty nos i twarde usta zdradzały nieustępliwy charakter. Biła od niego władczość, której nie da się ani kupić, ani wyuczyć.  

„To szlachetna krew daje o sobie znać” – stwierdził w duchu, niezadowolony.  

Zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, oddając go w ręce Razana, gdy ten miał trzynaście lat. Ku jego rozczarowaniu nie dał się złamać. Wręcz przeciwnie, stał się bardziej butny, za nic mając autorytet swojego przywódcy.  

– Skoro tu jesteś, cały i zdrowy, rozumiem, że Saladyn otrzymał moją wiadomość? – zapytał oschle.  

Życie ludzkie nie miało dla niego większej wartości. Liczył się rezultat.  

– Czy kiedyś cię zawiodłem? – odparł nonszalancko Skorpion.  

Lubił drażnić Raszida – to była jedna z jego ulubionych rozrywek.

Sinan uśmiechnął się chłodno.  

– Jeszcze nie.  

I, śmiało patrząc w jego lodowate oczy, dodał:  

– Ale kto wie, czy pewnego dnia szczęście cię opuści. Nigdy nie wiesz, kto się kryje w cieniu.  

Wargi Aqraba wygięły się w leniwym półuśmiechu.  

– Cóż to? Ostrzeżenie? Groźba? Czy może obietnica? – zapytał zadziornie.  

– Niezobowiązująca konwersacja – odparł Raszid, po czym uciął niebezpieczną wymianę zdań ponownym pytaniem o Saladyna.  

Asasyn dłuższą chwilę wpatrywał się w niego pogardliwie, nim odpowiedział kpiąco:
– Miewa się wyśmienicie. Przesyła ukłony.  

– Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Aqrabie – upomniał go mędrzec, gniewnie marszcząc brwi. – Pamiętaj, do kogo należysz, kto cię kupił, czyim sługą jesteś.  

Tak, nic o sobie nie wiedział, poza jedną rzeczą – był własnością Starca. Wzruszył ramionami.  

– Żyje, wiadomość przekazana. A czy posłucha? Wątpię. Być może przez jakiś czas będziemy mieli spokój.

– Dobrze.  

Irytacja zniknęła. Sinan znowu poczuł się panem sytuacji.  

– Na razie sułtan może spać spokojnie. Gdzie indziej czyha zagrożenie – powaga w jego głosie zaintrygowała Skorpiona.

– Kolejny głupiec chce zadrzeć z bractwem?  

– Tym głupcem jest Al-Muzaffar Umar, gubernator Hamy. Pozazdrościł nizarytom wpływów i postanowił nas utemperować – odpowiedział mu Razan. Niezauważony, od dłuższego czasu, przysłuchiwał się rozmowie.  

Aqrab obrzucił go posępnym spojrzeniem.  

– Wiemy, że zbiera armię, i to nie byle jaką. Homs, Banias i, być może, Latakia mają go wspomóc.  

– To już nie będzie ukąszenie komara, ale skorpiona – wyjaśnił Raszid. – I tutaj zaczyna się twoja rola.  

Mężczyzna uniósł do góry brwi. Z reguły, w tak poważnych sprawach, Starzec wysyłał Razana.  

– Co mam zrobić?  

Na myśl o nowej misji serce zaczęło mu bić szybciej. Kochał ryzyko, jakie wiązało się z życiem zabójcy.  

– Twoim zadaniem będzie przeniknąć do rodziny Umara i uprowadzić jego córkę. Masz to załatwić po cichu, bez wzbudzania podejrzeń. Nikt nie może powiązać tego porwania z nami... przynajmniej na razie.  

– To nie on powinien się tego podjąć? – Głową wskazał na stojącego obok mężczyznę. – Kurtyzany z rajskich ogrodów uwielbiają go, dopóki nie odkryją jego sadystycznych upodobań – stwierdził kąśliwie, z diabelskim błyskiem w oku.  

– Nie. Wybrałem ciebie – Rashid zacisnął dłonie w pięści, wściekły z powodu kwestionowania jego poleceń. – Wyruszysz za tydzień. A teraz odejdź, czekają na ciebie w sali. Dziś ty poprowadzisz nauki.  

Skorpion spojrzał to na jednego, to na drugiego, a potem, bez zwyczajowego ukłonu, odszedł. Wiedział, że zauważą ten afront.  

Obaj patrzyli za nim z marsowymi minami.  

– Myślisz, że to dobry pomysł, by go tam posłać? – zapytał młodszy z mężczyzn.  

– Tak. To ostatni moment, by nad nim zapanować – wyjaśnił Sinan. – Mam pewien plan. Jeśli się nie powiedzie, zabijesz go.  

Oczy Razana pociemniały z drapieżnej rozkoszy.  

  

Dodaj komentarz