Aqrab/Skorpion Cz.7

Aqrab/Skorpion Cz.7Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.

Skorpion, nie spiesząc się, wszedł do „jaskini” Raszida, jak w duchu nazywał tę komnatę. Nie znosił tego miejsca. Dusił się w niej, jakby widma nasłane przez Sinana tylko czekały, by rozerwać go na strzępy.  

Na dodatek szalała w nim burza większa niż ta wywołana przez Zenobię – i to go niepokoiło. Zastanawiał się, czy to wina Masjaf, a może Parisy? Nie wiedział, dlaczego tak bardzo się nią przejmuje.  

Kłamał.  

Dobrze znał odpowiedź na to pytanie. To przez jej ufne spojrzenie, które rzuciła mu, gdy próbował uspokoić Laylę – była wtedy tak pewna, że ją uratuje.  

Dzisiaj, gdy dłoń Razana zacisnęła się na jej szyi, w jednej chwili zrozumiał, czym jest prawdziwy strach. Dla jej dobra nie mógł jednak zareagować gwałtowniej. Gdyby ktokolwiek nabrał podejrzeń, że mu na niej zależy, Raszid nigdy nie pozwoliłby jej odejść. Dzięki Parisie miałby go w garści jak nigdy dotąd – a wtedy marny byłby los ich obojga.

Wchodząc głębiej do pomieszczenia, nadepnął na coś. Pochylił się i chwycił leżący przedmiot, po czym uniósł go na wysokość wzroku, przyglądając się mu się z ciekawością. Przesuwając palcami po ostrych krawędziach, ze zdziwieniem stwierdził, że trzyma w dłoni białego króla.  
– Zgubiłeś coś – mruknął i podszedł do rozłożonej szachownicy.

Ostrożnie odłożył figurę na miejsce i, marszcząc brwi, analizował trwającą partię Raszida z niewidzialnym przeciwnikiem. Domyślił się, że Sinan grał czarnymi i wygrywał, powoli osaczając białego króla. Ale gra się jeszcze nie skończyła – Starzec popełnił błąd, zbyt wcześnie odsłaniając swoją najważniejszą figurę.  

Skorpion postanowił podjąć wyzwanie.  

– Opowiedz, jak udało ci się porwać Parisę. Podobno jest oczkiem w głowie emira. – Raszid, przyglądając się sylwetce tonącej w mroku, zastanawiał się, czy jego asasyn nie natknął się na Umara. To mogłoby być interesujące.  

Skorpion spodziewał się, że będzie musiał zdać dokładną relację ze swojego pobytu w Hamie, ale nie zamierzał zdradzić wszystkiego. Im mniej Starzec wiedział, tym lepiej – dla niego i Parisy. Wzruszył lekceważąco ramionami i przesunął białą wieżę, przecinając czarnemu królowi drogę.

Szach.

Aby obronić króla, trzeba było poświęcić czarną wieżę. Skorpion zbił ją bez wahania, otwierając sobie nowe możliwości manewru. Czarny pionek próbował zasłonić króla, lecz do gry wkroczył biały goniec.  

Szach.

– Zakradłem się do jej ogrodu po zmroku i czekałem w ukryciu, aż się pojawi – skłamał bez wahania. – Jedno mocniejsze uderzenie w głowę wystarczyło. Dobrze, że jest lekka, więc bez problemu przeniosłem ją przez mur. Musiałem się spieszyć, żeby zdążyć przed Zenobią. Pojawiła się w idealnym momencie.  

W myślach dodał kpiąco, że to akurat było prawdą.  

– Królowa burz? Dawno jej u nas nie było – odparł Sinan z zadumą. – Poszczęściło ci się.  

Czarny król uciekał, ale tuż za nim podążał biały hetman.  

Szach.

Skorpion uśmiechnął się arogancko.  
– Jak zawsze.

Król wykonał unik, lecz zaczaił się na niego biały skoczek.  

Szach.

Tak, jak dotąd szczęście mu sprzyjało. Miał nadzieję, że tak pozostanie – przynajmniej dopóki nie spełni danej sobie obietnicy.  

Król wciąż uciekał, lecz drogę zastąpił mu biały pionek.  

Szach.

– To cię może zainteresować – powiedział do Starca. – Zenobia zmierzała prosto na Hamę.  

Czarny król cofnął się, lecz biały skoczek nie odpuszczał.  

Szach.

Raszid uniósł brew, przyglądając się mu z namysłem.
– Na Hamę powiadasz? – przez chwilę muskał palcem dolną wargę, intensywnie nad czymś rozmyślając. – Jej nawałnice są wyjątkowo spektakularne i potrafią trwać wiele dni. A więc emir nie tylko utracił córkę, ale też nie może nic zrobić. Przynajmniej na razie.  

Oczy Sinana zabłysły z zadowolenia.  
„To był niespodziewany, lecz wielce satysfakcjonujący krok na drodze do upokorzenia Umara”.  

– Spisałeś się – stwierdził niechętnie. – Na razie nie przewiduję dla ciebie żadnych zadań. Co nie oznacza, że to się nie zmieni. Teraz jesteś wolny.

Czarny król próbował wydostać się z pułapki, lecz biały hetman ścigał go bezlitośnie. To był koniec. Nie było już gdzie uciekać. Pętla się zacisnęła.  

–Szach i mat. Król jest martwy. – Skorpion zamruczał z zadowoleniem, przewracając czarną figurkę na bok w geście poddania.  

Pomyślał z rozbawieniem, że niewidzialny przeciwnik Raszida wygrał.  

Gdy usłyszał, że może opuścić to przygnębiające miejsce, podszedł do drzwi. Dotykając zimnej kołatki, usłyszał szorstkie polecenie:
– Powiedz Omarowi, żeby zadbał o Shamala. Zasłużył na to.  

Skorpion kiwnął głową i wyszedł. Dla Starca konie były cenniejsze niż ludzie.

Raszid podszedł do szachownicy, chcąc wykonać kolejny ruch w swojej grze z Umarem. Gdy obserwował szachownicę, na której nic nie było tak, jak powinno, zacisnął mocno usta, zdradzając narastającą frustrację. Jego wściekłość sięgnęła zenitu, gdy zobaczył pokonanego czarnego króla.  

To on był czarnym królem.  

Klnąc pod nosem, z furią przejechał dłonią po szachownicy, strącając figury i rozsypując je po całej komnacie.  

„Znowu Skorpion” – pomyślał, wzburzony.
  
Miał dość jego i Razana. Dobrze, że misternie tworzony przez niego plan wszedł w kolejną, długo wyczekiwaną fazę. Gdy wszystko się skończy, świat zostanie oczyszczony z ludzi, którzy stali mu na drodze do zdobycia prawdziwej władzy.  

*

Skorpion wybuchnął śmiechem, gdy usłyszał gniewny ryk Raszida i dźwięk rozsypujących się figur.
„Dla takich chwil warto żyć”.  

Uśmiech zamarł mu jednak na ustach, gdy zobaczył czekającego na niego Karima. Młodszy od niego o sześć lat – już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna – był jego okiem i uchem, gdy przebywał poza Masjaf. Widząc smutek na jego twarzy i podejrzanie błyszczące oczy, Skorpion już wiedział, że wydarzyło się coś złego.

– Co się stało? – spytał, podchodząc do niego.  

– Fadi... – zaczął Karim, ale głos mu się załamał. Odchrząknął i spróbował ponownie – Fadi... umiera.  

Skorpion spojrzał na niego z niedowierzaniem i chwycił go mocno za ramię.
– Jak to umiera? Mów!  

–Zaraz po twoim wyjeździe Razan kazał nam walczyć… Fadi był lepszy… przegrałem – stwierdził z bólem, spuszczając głowę. – Miał mnie zabić… ale nie posłuchał.  

Karimowi zaczęły płynąć łzy i kapać na kamienie.  
– Wtedy Razan się wściekł – ciągnął dalej, oddychając spazmatycznie. – Chwycił bat i zaczął go nim okładać. Nie przestał, dopóki nie zrobił z jego pleców miazgi.  

Chłopak zamilkł, by rękawem wytrzeć mokrą twarz. Do tej pory jakoś się trzymał, ale teraz cały trząsł się z emocji. To on powinien leżeć w celi i umierać – a nie Fadi. On!  

– Opatrzyliście mu rany? Daliście zioła? Okłady? – pytał coraz bardziej zdenerwowany Skorpion.  

Karim zacisnął zęby tak mocno, aż zgrzytnęły.  
– Razan zabronił – wyszeptał załamany.  

– Razan...  

Skorpion uniósł głowę i popatrzył na spalone słońcem niebo. Odetchnął głęboko. Raz, drugi, dziesiąty. Gdy był pewien, że panuje nad sobą, spojrzał na Karima i rzucił krótko:
– Zaprowadź mnie do niego.

Szybkim krokiem przeszli przez dziedziniec, a potem zeszli schodami do korytarza, gdzie mieściły się cele asasynów. Chłopak zatrzymał się przed jedną z nich i zerknął na mężczyznę z bólem. Skorpion z trudem rozluźnił zaciśnięte dłonie. Ostatnie, czego teraz potrzebował Fadi, to jego gniew. Na to przyjdzie czas później.  

Lekko pchnął drewniane drzwi i wszedł do środka. Już od progu uderzył go mdły zapach śmierci wypełniający ciasne pomieszczenie. Na chwilę zamknął oczy, jakby chciał ukryć gorycz. Idąc tu, łudził się, że nie jest tak źle, jak mówił Karim. Mylił się. Było znacznie gorzej.  

Podszedł do Fadiego i uklęknął obok niego. Serce ścisnęło mu się boleśnie na widok jego trupio bladej twarzy, błyszczącej od potu. Skulony leżał na boku, oszczędzając zmasakrowane plecy, pokryte brudną krwią. Oddech miał szybki, świszczący. Wyczuwając czyjąś obecność, z trudem otworzył oczy. Ucieszył się na widok Skorpiona.  

Mężczyzna z trudem przełknął ślinę. Lubił tego chłopca – był urodzonym wojownikiem. Za groźną miną, którą pokazywał światu, kryło się dobre serce.

Fadi próbował się uśmiechnąć, ale nie dał rady. Ciało płonęło od gorączki, usta miał suche i popękane, a policzki zapadnięte. Wiedział, że jego czas dobiegał końca. Zanim umrze, chciał, by spełniono jego ostatnią prośbę.  
– Czekałem na ciebie – wychrypiał. Skorpion pochylił się nad nim, by go lepiej słyszeć.  

– Razan… – szepnął Fadi. – Ma zapłacić za to, co zrobił. – Oddychał coraz wolniej, jakby z każdym słowem uchodziło z niego życie. – Obiecaj mi to… – wydusił, nim stracił przytomność.  

Skorpion czuwał przy nim, gładząc jego mokre, splątane włosy i mrucząc coś uspokajająco. Nie chciał, żeby umierał sam. Choć tyle mógł dla niego zrobić.  

Dzień przeszedł w wieczór, gdy Fadi odszedł. Świeca w uchwycie na ścianie zaskwierczała żałośnie. Skorpion westchnął ciężko i ostrożnie przyłożył dłoń do jego twarzy, delikatnie głaszcząc stygnący policzek.  
– Zapamięta – powiedział cicho. – Obiecuję.  

Powinien już iść, ale nie potrafił zostawić chłopca samego. Trzymając jego dłoń, pustym wzrokiem wpatrywał się w kamienną ścianę.  

Kolejna bezsensowna śmierć. Kolejna, której nie zapomni.

Blask świecy przygasał, gdy w końcu zamknął zimne powieki Fadiego, kryjąc za nimi ostatnie spojrzenie dzielnego młodego asasyna. Następnie wstał i popatrzył na załamanego Karima. Chcąc choć trochę dodać mu otuchy, uścisnął jego ramię.  
– Obmyj ciało. Jutro go pochowamy.  

Karim spojrzał na niego zaskoczony. W Masjaf nikogo nie chowano – zwłoki wyrzucano poza mury, resztę zostawiając dzikim zwierzętom.

– Fadi zasłużył na to, by spocząć w ziemi – powiedział spokojnie Skorpion.

– A Razan?

Na dźwięk znienawidzonego imienia jego palce drgnęły, jakby chciały coś zmiażdżyć.
– Razana zostaw mnie.  

Nie czekając na odpowiedź, z sercem ściśniętym zarówno rozpaczą, jak i żądzą krwi, wyszedł z niewielkiej celi. Nie zwracając na nikogo uwagi, pogrążony w nienawistnych myślach, ruszył do pieczary, by oczyścić umysł z żalu.  

W środku zdzierał z siebie ubranie, jakby parzyło go żywym ogniem. Razem z tuniką i spodniami odrzucał wszystkie uczucia i emocje, które niczym sęp szarpały jego duszę. Przed starciem z Razanem, musiał zapomnieć o gniewie i stać się takim samym potworem jak on.  

Podszedł do jeziorka i bez chwili wahania wskoczył do niego. Lodowata woda zamknęła się nad nim, odcinając go od twierdzy, od jej kontroli, ucisku i kar.

Jego też kiedyś złamali, ale odrodził się silniejszy. Dlatego groźby Raszida nie były w stanie przebić się przez gruby pancerz, który go chronił. I to doprowadzało go do wściekłości.  

Jednak nie wszyscy potrafili znieść fizyczne i psychiczne tortury, które w Masjaf były codziennością. Do tego dochodziła chora rywalizacja o okruch uwagi lub aprobaty Sinana. Zbyt wielu na jego rozkaz poświęcało życie i skakało z murów warowni.  

Skorpion wynurzył się gwałtownie, nie mogąc dłużej wytrzymać pod wodą. Powoli poruszając nogami, rozejrzał się po pieczarze. Cienie rzucane przez płomień świecy przypominały duchy, które już na zawsze miały być tu uwięzione.  

Wzdrygnął się – nie z zimna, lecz z nienawiści.  

Gdy ochłonął, wyszedł z sadzawki. Osuszył ciało i ubrał przygotowane odzienie. Założył pas, sprawdził, czy nóż, z którym nigdy się nie rozstawał, jest na miejscu, wsunął stopy w skórzane buty i opuścił grotę.

Jego celem był harem. I Razan.  

Idąc tunelem, który przemierzał wcześniej z Parisą, przypomniał sobie ich pocałunek. Jego ciało zapłonęło na samo wspomnienie jej miękkich ust i rozmarzonego spojrzenia. Potrząsnął głową, próbując stłumić myśli o dziewczynie. Parisą zajmie się później. Teraz ważniejszy był ktoś inny.  

Nastała noc, gdy głośno wystukał swój kod.  

Przekraczając próg haremu, był gotowy na wszystko.  

*

Parisa, wygodnie usadowiona w dużej balii, delektowała się ciepłą wodą z dodatkiem jaśminowego olejku. Wreszcie mogła zmyć z siebie kurz i brud, a z włosów wypłukać piasek. Przejechała miękką ściereczką po dekolcie i ramionach. Gdy dotknęła obolałej szyi, wróciło wspomnienie wściekłych oczu Razana, gdy ją dusił. Nigdy nie zetknęła się z takim barbarzyństwem.  

– Nie! – powiedziała głośno i uderzyła dłonią o wodę, rozpryskując ją na wszystkie strony. Nie pozwoli, by rządził nią strach. Musi pokazać hart ducha – a tego nigdy jej nie brakowało.

Po chwili westchnęła ciężko i z rezygnacją opuściła ramiona. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Był jeszcze Raszid i… Skorpion.  

Na myśl o Skorpionie jej puls szaleńczo przyspieszył, a oczy pociemniały. Coś ją do niego ciągnęło. Nie. Coś ją ciągnęło do Antaresa – wmawiała sobie. Tyle że oddawała pocałunki Skorpionowi. Żeby pozbyć się natrętnych myśli, zanurzyła się głębiej w ciepłej wodzie.  

Czas płynął, a ona sennym wzrokiem wodziła po tkaninach zdobiących ściany komnaty. Słodki zapach jaśminu koił jej zmysły, a myśli błądziły swobodnie od jednego wspomnienia do drugiego. Przez chwilę miała wrażenie, że znajduje się w pałacu ojca, w Hamie.  

Z półsnu wyrwało ją pojawienie się starszej kobiety – jednej z wielu, które usługiwały kurtyzanom. W milczeniu stanęła przy balii, trzymając rozłożoną tkaninę, by pomóc jej się osuszyć.  

Parisa wyszła z wody i otuliła się miękkim materiałem. Następnie narzuciła na nagie ciało tunikę, która odsłaniała więcej, niż powinna. Krępowało ją to, ale nie miała wyboru, musiała ją nosić. Najchętniej ponownie założyłaby swoje chłopięce ubranie – nawet brudne.  

Usiadła na niskim stołku i zamknęła oczy, oddając się delikatnym dłoniom służącej, która rozczesywała jej długie włosy. Rytmiczne ruchy szczotki jeszcze bardziej ją uspokoiły. Po tym, co przeszła, potrzebowała odrobiny normalności w tym przeklętym miejscu.  

Tę błogą chwilę przerwało wejście jednej z nałożnic. Niewiele starsza od niej, przyglądała się jej nieprzyjaźnie. Była piękna, choć nie tak olśniewająca, jak Najwa. Uwagę przyciągały jej pełne usta, skośne oczy i pucułowate policzki. Było w niej coś wulgarnego. Parisa wstała, przeczuwając, że rozmowa nie będzie przyjemna.  

– Jestem Nadira – oznajmiła z wyższością, podchodząc do niej i boleśnie chwytając ją za podbródek, aby lepiej się jej przyjrzeć. – Naprawdę twoim ojcem jest emir Hamy? – spytała obcesowo. – A może wymyśliłaś sobie tę bajeczkę? – W jej głosie brzmiała kpina, która nie pozostawiała wątpliwości, że nie wierzy w jej tytuł.

Parisa uśmiechnęła się słodko i gwałtownie odtrąciła dłoń kurtyzany.
„Niech wie, że nie ma do czynienia z byle kim”.

– Tak, naprawdę – odpowiedziała chłodno, naśladując ton matki i babki. – Możesz zapytać Skorpiona. To on mnie porwał.

Na dźwięk jego imienia, ciemne oczy Nadiry zwęziły się groźnie.
– Zapytam, jak tylko się tu pojawi – wymruczała zmysłowo, sugerując, że łączyło ich coś więcej niż seks.  

Policzki Parisy zaróżowiły się. Od razu odgadła, co miała na myśli ta bezczelna dziewczyna. Za nic na świecie nie przyznałaby się do tego, ale uraziła ją ta insynuacja.  

„Co mnie obchodzi ten nikczemnik?!” – stwierdziła w duchu. – „Nie moja sprawa, czyje łoże odwiedza”.

Nadira dotknęła jej włosów, które powoli schły, i szarpnęła za jeden z kosmyków.
– Nawet ładne – zauważyła oschle – ale dosyć zwyczajne. Jak na księżniczkę, wyglądasz bardzo pospolicie.  

Obeszła ją dookoła, przyglądając się jej z ironicznym uśmiechem igrającym na czerwonych ustach.
– Masz figurę chłopca. Allah nie pobłogosławił cię kobiecą sylwetką – zauważyła zgryźliwie, z satysfakcją sunąc dłonią po swoich sporych piersiach, wąskiej talii i krągłych biodrach. – Nie wiem, czy którykolwiek z naszych chłopców będzie miał na ciebie ochotę.  

Słysząc tak jawną zniewagę, Parisa zmrużyła oczy.  
– Nie byłam, nie jestem i nie będę niczyją nałożnicą – oznajmiła lodowato.  

– Panna niedotykalska – prychnęła z pogardą Nadira. – Razan szybko nauczy cię posłuszeństwa. Jeśli będzie zadowolony, może uda ci się przeżyć.

Parisie ścierpła skóra, na samą myśl, że ten szaleniec miałby jej dotknąć. Nie wiedziała, co zrobi, gdy po nią przyjdzie.  

Powoli zbliżyła się do Nadiry i, patrząc jej prosto w oczy, odparła z udawaną pewnością siebie:
– Jestem zbyt cenna, by Raszid pozwolił mu mnie dotknąć.  

Dziewczyna zacisnęła usta w wąską kreskę. Nie spodobała jej się ta odpowiedź.
– Zobaczymy – fuknęła i z uniesioną dumnie głową opuściła komnatę. Ze złości miała ochotę czymś rzucić. Przysięgła sobie, że jeszcze porachuje się z tą nową.  

Zaraz po Nadirze pojawiła się Najwa. Emanowała pewnością siebie, która zaimponowała Parisie. Przypominała jej trochę Ayanę.  
– Mam nadzieję, że ta komnata niczym nie ustępuje tej w pałacu twojego ojca – zapytała, mierząc ją wzrokiem.  

– Jest tak samo bogato urządzona i wygodna jak ta w Hamie – odparła zgodnie z prawdą.

Najwa uśmiechnęła się z dumą. Nawet jeśli była niewolnicą, chciała żyć w luksusie. Wciąż przyglądając się Parisie, zwróciła się do służącej:
– Hano, przyszykujesz na wieczór naszą podopieczną. Zgodnie z poleceniem Raszida, dziś zadebiutuje w ogrodach rozkoszy.  

Słysząc to, dziewczyna zastygła w bezruchu. Nie spodziewała się, że tak szybko zostanie oddana asasynom. Wciągnęła gwałtownie powietrze, by zapanować nad ogarniającą ją paniką i uciskiem w piersi.  

Najwa widziała przerażenie w oczach Parisy, ale nie mogła jej pomóc. Każda z nich przez to przechodziła, a niektóre nawet traciły życie podczas orgii Raszida. Stanowiły towar i jak towar były traktowane.
  
– Duma to twoja jedyna broń – powiedziała Najwa. – Nie zapominaj o tym, nawet gdy będzie bardzo źle.  

Na pożegnanie skinęła głową i opuściła pomieszczenie. Parisa z trudem przełknęła ślinę. To spokojne ostrzeżenie poruszyło ją bardziej niż wcześniejsze groźby Nadiry.
  
Nadszedł wieczór.  

Sprawne dłonie służącej wmasowały w jej skórę oud – olejek z żywicy drzewnej. Ciężki zapach unosił się nad nią niczym niewidzialna chmura. Potem zajęto się jej włosami, szczotkując je tak długo, aż stały się jedwabiste i lśniące.

Węglem podkreślono karmelowe oczy, by wydawały się jeszcze bardziej tajemnicze i wyzywające. Proszek z suszonych płatków róż pogłębił czerwień ust i nadał rumieńców bladym policzkom.  

W uszy wpięto długie kolczyki, a na nadgarstki założono ciężkie bransolety, które cicho dźwięczały przy każdym ruchu. Przygotowano dla niej nową, jeszcze bardziej prześwitującą tunikę, tym razem zdobioną złotymi nićmi.  

Gdy zmieniono ją w powabną kusicielkę, służące skłoniły się nisko i opuściły komnatę.  

Została sama.  

Parisa przyłożyła drżącą dłoń do serca, starając się je uspokoić, ale nie była w stanie powstrzymać jego szybkiego bicia. Przymknęła powieki, przywołując w myślach rodziców i Tariqa. Na pewno umierali z niepokoju o nią. Nie dla siebie, lecz dla nich musiała znaleźć wyjście z tej sytuacji.  

Słysząc głos jednego z eunuchów, który po nią przyszedł, wzięła krótki, urywany oddech i ruszyła w jego stronę. Kładąc dłoń na silnym ramieniu, pomyślała, jak bardzo to wszystko wydaje się nierealne.  

Gdy szli, tak mocno wbijała paznokcie w jego skórę, że zostawiała na niej krwawe ślady.  

Wchodząc do znanej już jej komnaty, wzdrygnęła się z powodu panującej w nim duchoty. W powietrzu unosił się odurzający zapach palącego się haszyszu, a gęste opary zamazywały twarze kryjące się w cieniu. Komnatę wypełniały lekkie westchnienia, ciche jęki i zduszony śmiech. Widziała splecione ze sobą ciała.
  
Zaschło jej w gardle.

Raszid i Razan, półleżąc na poduszkach, trzymali w dłoniach małe drewniane fajki i przyglądali się jej spod ciężkich powiek. Te lubieżne spojrzenia wywoływały w niej wstręt. Była jak mysz wciśnięta w róg – którą kot prędzej czy później znajdzie i zabije.

Razan powiedział coś do Sinana, na co ten roześmiał się głośno.

Parisa zesztywniała, a jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania. Ten głos… Głos Razana... Wcześniej była zbyt wstrząśnięta wydarzeniami z poranka, by zwrócić na niego uwagę, ale teraz… teraz rozpoznała ten lekko chropowaty ton.

Słyszała go już wcześniej...

W Hamie...  

W pałacowych ogrodach...

– Nie… – wyszeptała.  

Przez chwilę nie mogła oddychać. Dźwięki i obrazy odpłynęły, a ona wróciła myślami do tamtego wieczora sprzed roku. Znowu poczuła na skórze muśnięcie nocnego chłodu, gdy kryła się za krzakiem jaśminu i słuchała cichej rozmowy.  
  
Wstrząśnięta swoim odkryciem patrzyła prosto na Razana. Zrozumiała coś jeszcze – w pałacu jej ojca znajdował się zdrajca.  

Raszid uniósł się, chcąc do niej podejść, gdy drzwi szeroko się otworzyły i w progu stanął Skorpion.  

Skrzywił się, czując smród narkotyku. Nie znosił tego zapachu, odkąd skończył trzynaście lat, podobnie jak orgii organizowanych przez Starca.

Napięty, uważnie lustrował otoczenie. Nigdy nie wiadomo było, co wymyśli Sinan.

Gdy jego wzrok padł na Parisę, w pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Wyglądała inaczej – niezwykle kobieco, zmysłowo... i niewinnie. Nie pasowała do tego miejsca. Była jak róża, która rozkwitła wśród największego brudu i zepsucia.

Widząc ciało kryjące się pod delikatną tuniką, poczuł budzącą się w nim dzikość. Pragnął jej – naprawdę jej pragnął. Była pokusą, której nie potrafiłby się oprzeć, nawet gdyby chciał. Ale nie chciał. Teraz jednak ktoś inny zaprzątał mu głowę.  

Parisa była nagrodą.  

Zdegustowany Sinan zmarszczył brwi na widok Skorpiona, ale nic nie powiedział. Wziął dziewczynę pod ramię i poprowadził do Razana, który z niebezpiecznym błyskiem w oku przyglądał się jej pożądliwie, wykrzywiając usta w pogardliwym grymasie. Z kocią zwinnością poderwał się z posłania i chwycił jej rękę, niemal miażdżąc w żelaznym uścisku.  
– Znów się spotykamy – zamruczał, a ciałem Parisy wstrząsnął dreszcz obrzydzenia.  

Pociągnął ją w stronę bardziej ustronnego miejsca, gdzie nikt nie będzie mu przeszkadzał w igraszkach. W wyobraźni już ją widział w różnych, bezwstydnych pozycjach.  

Byli prawie poza komnatą, gdy w sali rozległ się niski męski głos.  

– Chcę ją mieć! – zwrócił się do Raszida, nie spuszczając bursztynowego spojrzenia z Parisy i Razana.  

Razan przeklął w duchu, ale dalej ciągnął wyrywającą się dziewczynę, która przez ramię spoglądała na Skorpiona szeroko otwartymi ze strachu oczami. Nie zapomniała, że to on ją tutaj sprowadził, ale już raz ocalił jej życie. Największy wróg miał się stać jej obrońcą.  

– Chcę ją mieć! – powtórzył ostro Skorpion.  

Obecni w sali ludzie przerwali rozmowy i spojrzeli na nich z niezdrową ciekawością, gorączkowo czekając na rozwój wydarzeń.
    
Sinan nie mógł zignorować tak stanowczego żądania. Z obojętną miną klasnął w dłonie, przywołując eunuchów.  
– Zróbcie miejsce – rozkazał. – Będzie walka… – i patrząc to na Skorpiona, to na Razana dodał: – do pierwszej krwi.  

Nie minęła chwila, a środek pomieszczenia został oczyszczony ze wszystkich sprzętów.

Skorpion z drapieżnym uśmiechem ściągnął tunikę. W świetle lamp widać było, jak jego mięśnie napinają się przy każdym ruchu, wyraźnie rysując się pod skórą.

Razan puścił Parisę i zrobił to samo, co przeciwnik. Stanął w samych spodniach naprzeciw rywala, prezentując ciało, które w mgnieniu oka potrafiło zabić.

Obaj wyciągnęli noże ukryte w materiale owiniętym wokół pasa. Stal błysnęła złowieszczo w półmroku. Podeszli do siebie, mierząc się bezlitośnie wzrokiem.

Gdy tylko Starzec dał znak, Razan zaatakował szybko jak kobra. Ostrze przecięło powietrze tuż obok Skorpiona – blisko, niebezpiecznie blisko. Mężczyzna odskoczył z przekleństwem na ustach. Mało brakowało, a miałby ranę na brzuchu. Ale zaraz w jego oczach pojawił się szyderczy błysk.  

Razan z wściekłym okrzykiem ruszył na niego, celując w bark i tors. Chybił o włos. Ostrze prawie dotknęło skóry rywala. Rozczarowany, zaklął szpetnie i wycofał się na obrzeże niewidzialnego kręgu.  

Tym razem to Skorpion natarł na przeciwnika, ale Razan wykonał zgrabny unik. Zadowolony, roześmiał się głośno i oblizał pożądliwie wargi. Zaraz jednak spoważniał, bo przeciwnik okazał się sprytniejszy niż myślał.  

W przytłaczającej ciszy, której nikt nie śmiał zakłócić, słychać było jedynie dwa ciężkie oddechy i świst tnących powietrze noży. Walczący spływali potem, krążąc wokół siebie jak dwa zgłodniałe wilki. Tu już nie chodziło o Parisę, ale o coś więcej.

I obaj o tym wiedzieli.

Razan kolejny raz ruszył na rywala. Za wolno. Skorpion uchylił się i, nie czekając dłużej, podciął mu nogi. To była chwila, której wypatrywał. Natychmiast wstał i rzucił się na przeciwnika, przycisnął do ziemi i unieruchomił dłoń, w której trzymał broń.  

Głośno dysząc, spoglądali na siebie z lodowatą furią.  

Ignorując okrzyk Raszida o zakończeniu walki, Skorpion przyłożył nóż do twarzy, którą każdej nocy widział w snach.  

Spoglądając z wściekłością w niebieskie oczy Razana, zobaczył inne – martwe. Powoli, z mściwą satysfakcją przeciągnął ostrzem po jego policzku. Już na zawsze w tym miejscu miała znajdować się szpecąca blizna. Ciepła krew trysnęła z rany, spływając po szyi i wsiąkając w jasne włosy.  

Zanim ich rozdzielono, zdołał jeszcze wyszeptać:
– To za Fadiego.

Spełnił swoją obietnicę.  

Gdy ściągnięto go z Razana, schował broń i poszukał wzrokiem Parisy, która stała jak skamieniała, zakrywając dłonią usta. Bez wahania podszedł do niej i wziął ją na ręce. Wpatrując się w jej bladą twarz i pełne lęku oczy, oznajmił ochryple:
– Wygrałem… tej nocy należysz do mnie.  


Szanowni Czytelnicy, jestem Wam winna wyjaśnienie. Szatrandż – tak nazywa się gra, w którą grano w krajach arabskich w tamtym okresie. Stanowiła pierwowzór współczesnych szachów, przy których – ze względów fabularnych – postanowiłam pozostać.

3 komentarze

 
  • Użytkownik Amorek99

    No masakra serio,😱😱😱 zaraz będę przegryzał betonowe belki nośne w domu z frustracji 😭😭😭😭😭w takim momencie kończyć. Ja normalnie nie wyrobię ...🤯🤯🤯. Znowu czekanie mnie czeka zwariuję😵‍💫😵‍💫😵‍💫. Wracając rewelacja tego nie trzeba komentować ...... te detale szczegóły normalnie czuję się jakbym sam biegał z tym nożem i ciął Razana😈😈😈😈🤩🤩🤩🤩 Twoje opowiadanie wciąga nicuje na drugą stronę rozwala zaraz skleja a na koniec wypluwa czytelnika który szaleje z radości i denerwuje się czekając na dalszą cześć. 🤜🤛😂😂 Czekam znowu z utęsknieniem. 😍😍😍🥰🥰🥰 Teraz ocena a dałbym tutaj 31 na 10 a całość od początku idealnie spójna 40 na 10 🤩🤩🤩

    36 minut temu

  • Użytkownik Amorek99

    Oszukistka 😁😁😁😂😂😂 w połowie tygodnia ja tu na rower wyskoczył rano by trochę odpocząć psychicznie i zmęczyć fizycznie a tu czekało na mnie cudo. 🤩🤩🤩 Już odświeżę się herbatka malinowa i zaczynam lekturę... Tak mnie w balona zrobić 😂😂😂 nonono już za grosz nie uwierzę w twoje daty publikacji 🤣🤣🤣😉😉😉

    1 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @Amorek99 Twoje komentarze to mnie rozkładają na łopatki! :D Jakoś tak mi niechcący szybciej wyszło ;) Następnym razem będę pilnować terminu, słowo :D

    1 godz. temu

  • Użytkownik Hart

    Oczywiście to musiało się skończyć w momencie kiedy się coś zaczęło. No cóż muszę rozładować swoją frustrację na czymś innym. Może spacer? To chyba dobry czas . A tak na poważnie. Pięknie ok bardzo energicznie i elektryzująco, że tak to określę. Podoba mi się to budowanie napięcia i budzącej się świadomości , że miłość jest ponad wszystkim. Pięknie i tylko szkoda że znowu trzeba czekać na kolejną odsłonę. Buziaki i gorące pozdrowienia😘

    4 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @Hart witaj :) Może za bardzo energicznie i elektryzująco? Wszelkie uwagi i spostrzeżenia mile widziane :)  
    Hart znasz mnie, wiesz, że lubię denerwować Czytelników :D Mam nadzieję, że spacer się udał i wzburzenie wywołane przez autorkę opadło ;) Dzięki!  <3

    1 godz. temu