
Skorpion wylądował miękko po drugiej stronie muru chroniącego pałac. Przycupnął obok rozłożystego krzewu, a sądząc po zapachu, był to jaśmin. Wszędzie rozpoznałby ten intensywny aromat, z wyraźną, miodową nutą.
W skupieniu obserwował otoczenie. Powoli omiótł wzrokiem wysoki budynek – siedzibę emira Hamy – oraz fragment ogrodu, w którym się znajdował. Nie spodziewał się, że tylu strażników z pochodniami patroluje obszar wokół budowli.
Gdyby miał tylko zabić, liczba żołnierzy pilnujących Umara i jego rodziny nie miałaby żadnego znaczenia, porwanie to jednak zupełnie inna sprawa. Zanim zdecyduje, co dalej, musi dobrze poznać teren. Tym bardziej że zmieniły się okoliczności, które mogły wszystko skomplikować lub ułatwić.
Wciąż zgięty w pół, ruszył powoli przed siebie. Kryjąc się za oleandrami i figowcami, dotarł do ściany pałacu.
Ogrody były królestwem kobiet, dlatego ich komnaty powinny znajdować się tuż obok, tak, by mogły swobodnie wychodzić na zewnątrz i spacerować o dowolnej porze dnia.
Gdzieś tutaj, za tymi zamkniętymi okiennicami, spokojnie spała jego przyszła ofiara, nieświadoma ciążącego na niej wyroku.
Dla Umara była ukochaną córką, dla niego – kolejnym celem.
Słysząc głosy, Skorpion skrył się za pergolą, po której wspinała się bujna winorośl. Wstrzymał oddech, gdy blask pochodni przemknął po jego twarzy. Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach – nie ze strachu, lecz z przyjemności igrania z niebezpieczeństwem.
Nie był głupcem, ale też nie unikał ryzyka. Od urodzenia balansował na krawędzi, podejmując każde wyzwanie, które podsuwał mu Sinan.
Tylko raz ogarnął go lęk. Zaufał, choć nie powinien – i dostał nauczkę. Więcej nie popełnił takiego błędu. To właśnie tamta chwila sprawiła, że stał się tym, którego imię wymawiano szeptem – Skorpionem.
Na jego twarzy pojawił się pogardliwy uśmiech. Raszid wciąż posyłał go na coraz bardziej szaleńcze misje, które nie miały prawa się udać. A on dalej żył.
„I żyć będzie – pomyślał mściwie – dopóki nie pomści tego niemądrego chłopca, którym wtedy był”. Co potem się z nim stanie, niewiele go obchodziło.
Gdy strażnicy odeszli, ostrożnie wysunął się zza winorośli i niemal bezszelestnie przemknął dalej. Mijając jedno z okien, zauważył, że nie jest zasłonięte okiennicami.
Zastanawiał się, czy nie skorzystać z okazji. Ozdobna kratownica nie była żadną przeszkodą. Jeśli miałby szczęście, mógł trafić do komnaty „swojej” księżniczki, jednak zrezygnował z tego pomysłu. Choć nie lubił czekać, tylko działać, wiedział, że czasem nie warto się spieszyć.
Ruszył przed siebie, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, które w przyszłości mogły okazać się bardzo pomocne.
Gdy już wszystko wiedział, wdrapał się na mur skryty za okazałym drzewkiem pomarańczy i cicho się po nim ześlizgnął.
Idąc w stronę gospody Hakima, obmyślał plan. Tym razem ryzyko było większe niż zwykle, ale za to, jaką satysfakcję poczuje, gdy rzuci swą zdobycz Raszidowi do stóp, kolejny raz triumfując nad swoimi oprawcami.
W tym momencie spojrzał z niepokojem na zachód. W powietrzu czuć było subtelną zmianę, to był znak, że nie mógł zbyt długo zwlekać.
*
Parisa, nie mogąc zasnąć, przewracała się z boku na bok na swoim ogromnym łóżku. Raz po raz wracało do niej wspomnienie Antaresa. Wciąż czuła na ustach muśnięcie jego warg.
Czas płynął, a ona nie potrafiła wyrzucić z głowy ani wczorajszego pocałunku, ani jego bursztynowych oczu. Choć się tego wstydziła, pragnęła, by znów ją pocałował. Na tę myśl zrobiło się jej gorąco, a przyjemne ciepło spłynęło w dół brzucha, wywołując pulsowanie w sekretnym miejscu.
Lekko przestraszona tym, co się z nią działo, odrzuciła haftowaną narzutę i wstała, aby otworzyć jedną z okiennic. Westchnęła błogo, gdy chłodne nocne powietrze musnęło jej rozpalone ciało.
Przez ażurowe kratownice widziała przechodzących żołnierzy z pochodniami, którzy czuwali nad bezpieczeństwem mieszkańców pałacu. To jej przypomniało o Masjaf i asasynie, który prawdopodobnie wyruszył, by ją skrzywdzić. Ponure rozważania sprawiły, że wstrząsnął nią dreszcz. Dziwnie się czuła, wiedząc, że grozi jej coś złego.
Gniewnie potrząsnęła głową, jakby próbowała wyrzucić z niej głupie myśli. I wtedy, w otworach kratownicy, ujrzała przesuwający się cień. Zimnymi palcami dotknęła ust, by powstrzymać okrzyk. Choć serce waliło jej jak szalone, podeszła bliżej, by dokładniej zobaczyć, co się tam kryje.
Ostrożnie przytknęła oko do kratownicy i z lękiem obserwowała ogród. Cień zniknął. Nie minęła chwila, gdy przeszli kolejni strażnicy. Z ulgą, że ktoś ją chroni, zamknęła okiennicę i położyła się z powrotem do łóżka, ale tajemniczy cień nie dawał jej spokoju.
Gniotąc narzutę, zastanawiała się, co to było. Tłumaczyła sobie, że to na pewno nocny ptak, ale i tak była zdenerwowana.
Chcąc poprawić sobie humor, wróciła myślami do Antaresa. Podciągnęła narzutę aż po same oczy, które błyszczały w ciemnościach od planu, rodzącego się w jej głowie.
„Biedny Dżamal – pomyślała, trochę z rozbawieniem, trochę ze współczuciem. – Oby tylko nie uciekł na jej widok” – dodała, zasypiając.
*
– Dżamal! – warknęła Parisa, rozglądając się wokół z rozdrażnieniem. – Dostaniesz dziesięć dirhamów! Za miesiąc pracy masz dwa... A ja proponuję ci pięć razy tyle! – prawie krzyknęła ze zdenerwowania.
Wymamrotała przekleństwo niegodne księżniczki, gniewnie wpatrując się w chłopaka. Nie podejrzewała, że będzie aż tak się opierał. Wyciągnęła skórzaną sakiewkę z luźnej kieszeni spodni i zaczęła nią mocno potrząsać.
Słysząc uderzające o siebie monety, Dżamal nerwowo drapał się po głowie. W jego oczach pojawił się błysk, gdy pomyślał, ile to pieniędzy. Część oddałby matce, która poza nim miała jeszcze czworo dzieci do wykarmienia, a resztę wydałby na maczane w syropie daktyle. Już na samą myśl o ulubionym przysmaku zaburczało mu w brzuchu. Zaraz jednak przywołał się do porządku i ponownie pokręcił głową. Twardo postanowił, że tym razem nie da się przekupić.
– Dżamal... – błagała go dziewczyna. – Proszę cię... to ostatni raz... obiecuję.
Chłopiec znów zaczął drapać się po głowie, ale nie miał już tak zawziętej miny.
„Mięknie!” – zauważyła zadowolona Parisa.
– Ale to naprawdę ostatni raz? – Dżamal zerknął na nią niepewnie, analizując wszystkie za i przeciw.
„Chyba nikomu nic się nie stanie, jeśli się zgodzi. Szkoda, żeby te dziesięć dirhamów się zmarnowało” – pomyślał rozsądnie.
– Słowo! – zapewniła go solennie dziewczyna.
– W takim razie idę! – zarzucił na głowę kufiję i ruszył za stajnię, w stronę dobrze mu znanej wyrwy w murze.
Parisa została sama. Aby nie wzbudzać podejrzeń, podeszła do Layli. Właśnie kończyła ją szczotkować, gdy zjawił się Dżamal.
Spojrzała na niego z obawą.
– Czeka niedaleko gospody Hakima... na swoim ogierze – wyszeptał.
Parisa energicznie kiwnęła głową i zabrała się do siodłania klaczy. Gdy Layla była gotowa, a chłopiec zamierzał ją wyprowadzić, chwyciła go mocno za ramię.
– Gdy zatrzymają cię strażnicy, wiesz, co masz mówić: że Layla musi się wybiegać. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. – Wiele razy już tak robiłeś i nigdy nie było problemów.
Dżamal mruknął coś niezrozumiale.
– Spotkamy się koło Hakima – rzuciła na odchodne i każde z nich poszło w swoją stronę: on z klaczą ku głównej bramie, a Parisa do dziury w murze.
Dopiero świtało, gdy ze spuszczoną głową szła ulicami Hamy. W oddali dobiegł ją miarowy stukot końskich kopyt. Odetchnęła z ulgą. Była niemal pewna, że to jej szpieg.
Kiedy się zrównali, dziewczyna popatrzyła na niego wesoło.
– Mówiłam, że się uda – zauważyła z lekką wyższością.
– Tak, panienko – pokornie odparł Dżamal i zszedł z klaczy.
Parisa sięgnęła do kieszeni i podała mu sakiewkę. Chłopiec aż pokraśniał z radości.
„Wcale nie było tak strasznie” – pocieszał się w myślach.
– Pamiętaj... masz tu na mnie czekać – przypomniała mu dziewczyna, siedząc wygodnie w siodle. – Musisz jeszcze odprowadzić Laylę z powrotem do stajni. Oddalając się, pomachała mu na pożegnanie.
Im bliżej celu była, tym bardziej pociły jej się ręce. Bała się, a jednocześnie czuła przyjemne podekscytowanie. Jej zapał na chwilę osłabł, gdy pomyślała, że znowu sprzeciwiła się ojcu.
I wówczas go zobaczyła.
Ubrany w białe szaty, siedząc na Shamalu, wzbudzał respekt wojownika. Jego nieruchoma sylwetka emanowała ukrytą siłą i bezkompromisowością. Nagle dotarło do niej, że nie była mu obca walka, przemoc... śmierć. Po raz pierwszy – odkąd wpadła na pomysł, by się z nim zobaczyć – naszła ją refleksja, czy nie popełniła błędu. Ale skoro już tu była, mogła z nim porozmawiać.
Twarz Skorpiona nie zdradzała żadnych uczuć. Przyglądał się jej z obojętną, a nawet znudzoną miną.
– Pewnego dnia możesz zapłacić wysoką cenę za swoją lekkomyślność. – W jego głosie słychać było dezaprobatę.
Domyślał się, że poza Dżamalem nikt nie wie, co wymyśliła ta krnąbrna dziewczyna.
– Twoje pomysły są bardzo nierozsądne, by nie powiedzieć: głupie.
Parisa wzruszyła ramionami, ale jej oczy śmiały się do niego.
– Całe życie to słyszę – odparła pogodnie.
Skorpion odchylił głowę do tyłu i roześmiał się głośno. Rozumiał już, dlaczego wszystko uchodziło jej na sucho. Trudno było gniewać się na nią, gdy z takim wdziękiem przyznawała się do swoich wybryków.
– Ruszamy?
Dziewczyna skinęła głową, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku, zafascynowana przemianą, jaka w nim zaszła. W mgnieniu oka z niebezpiecznego nieznajomego stał się mężczyzną pełnym uroku.
Starając się otrząsnąć z zauroczenia, dała znać Layli, by podążyła za Shamalem. Parisa z zazdrością obserwowała Antaresa i sposób, w jaki obchodził się z pełnym temperamentu ogierem. Wystarczył ledwie zauważalny ruch nadgarstka czy subtelny nacisk kolanami, a Wiatr wiedział, co robić. Od razu było widać, że łączy ich wzajemny szacunek i ogromna sympatia.
Shamal był stosunkowo młodym koniem – czuć było jego energię i witalność, mimo to spokojnie podporządkowywał się poleceniom jeźdźca. Parisa domyślała się, że serce takiego zwierzęcia jak Wiatr nie było łatwe do zdobycia.
Gdy byli poza miastem, Skorpion zerknął w stronę dziewczyny i uniósł brwi, bez słów pytając, czy jest gotowa do galopu. A ona uśmiechnęła się szelmowsko i pochyliła nisko nad Laylą, która natychmiast ruszyła ostro przed siebie, pryskając kamieniami spod kopyt.
Pędziła na klaczy, aż kufija spadła jej z głowy, uwalniając gęste, czarne włosy. Uwielbiała to!
Natychmiast obok niej pojawił się Skorpion. Choć mógłby ją bez trudu wyminąć, trzymał się tuż za nią.
Gdy spojrzała na niego swoimi niezwykłymi oczami, w których odbijał się wschód słońca, zrozumiał, że pomimo swego dziecinnego zachowania jest już młodą kobietą. Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Była świetną amazonką, delikatnie, ale stanowczo panowała nad Laylą, nawet podczas tak szybkiej jazdy.
Konie powoli zwalniały, aż w końcu się zatrzymały. Galop dał im wiele radości. W tym czasie jeźdźcy w milczeniu wpatrywali się w niebo, mieniące się wszelkimi odcieniami czerwieni.
Skorpion już dawno nie czuł takiego spokoju jak w tej chwili. Zawsze czujny i napięty, teraz przestał na cokolwiek zwracać uwagę, skupiając się wyłącznie na swej towarzyszce.
Zsiadł z Shamala i puścił go wolno, by odpoczął. Parisa zrobiła to samo.
Stojąc bardzo blisko dziewczyny, poczuł aromat róży damasceńskiej, zmieszany z jej indywidualnym zapachem, który drażnił zmysły. Na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
Źle zrobił, spotykając się z nią dzisiaj, tak jak nie powinien jej wczoraj całować. Ale wobec Parisy od początku zachowywał się inaczej, niż należało. Nie potrafił oprzeć się sile, która ich pchała ku sobie.
Owszem, chciałby ją mieć, ale nie chodziło wyłącznie o pożądanie; kryło się za tym o wiele więcej, zbyt wiele.
Parisa z uwagą przyglądała się Antaresowi. Intrygował ją. Był człowiekiem skrytym i – mogłaby przysiąc – znającym ciemną stronę życia.
– Co robisz w Hamie? – zapytała Parisa, nie kryjąc ciekawości.
Skorpion roześmiał się ponownie. Nie pamiętał już, kiedy przy kimś tyle się śmiał.
– Jestem w drodze do Damaszku – wyjaśnił enigmatycznie.
Kłamstwo, oszustwo i wreszcie zabójstwo – tak działali asasyni. Tak działał on.
– Dlaczego akurat tam?
Parisa była tak uroczo wścibska, że w ogóle nie złościły go jej pytania. Poza tym on także miał ochotę dowiedzieć się o niej paru rzeczy.
– Chciałbym pracować przy koniach sułtana. Zawsze o tym marzyłem.
No tak, powinna się domyślić takiej odpowiedzi. Widząc go na Shamalu, mogła śmiało stwierdzić, że nikt nie nadawałby się do tej pracy lepiej niż on.
Poczuła żal na myśl, że po jego wyjeździe z miasta, nigdy więcej się nie zobaczą.
Przygryzła dolną wargę – znak, że intensywnie nad czymś myślała. Nie była pewna, czy postępuje słusznie, ale postanowiła zaryzykować.
– A może chciałbyś pracować dla emira Hamy? Dbać o jego wierzchowce?
Skorpiona rzadko kto zaskakiwał, ale jej się udało. Propozycja była interesująca – jako stajenny miałby łatwiejszy dostęp do księżniczki i lepiej poznałby tereny wokół pałacu. Tak, mogło mu to bardzo pomóc.
– Skąd taka oferta? – zainteresował się. – Czyżbyś znała kogoś z otoczenia emira? A może sama pracujesz w pałacu?
To by wiele tłumaczyło.
Parisa ponownie mocno zagryzła usta, bijąc się z myślami. Rozsądek kazał jej milczeć... ale przecież nigdy nie była rozsądna.
„Poza tym, co złego może się stać?” – usprawiedliwiała się w duchu.
Wzięła głęboki oddech i, patrząc mu prosto w oczy, wyjawiła swoją tajemnicę:
– Jestem córką Al-Muzaffara Umara, emira Hamy.
Skorpion w zdumieniu lekko rozchylił usta. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią oszołomiony, a potem jego oczy pociemniały i niebezpiecznie się zwęziły. Nie było już śmiechu; spokój ustąpił miejsca powadze. Zaszła w nim ledwie wyczuwalna, ale groźna zmiana. Znów stał się myśliwym, znów polował.
Oderwał od niej swój zimny wzrok i skierował go na zachód. Zastanawiał się intensywnie, ile pozostało mu czasu. A sądząc po tym, co widział – niewiele.
– Muszę się zastanowić. Jutro dam ci odpowiedź.
Parisa przytaknęła, zaskoczona chłodem w jego głosie. Raptem pożałowała swojej szczerości, ale nie mogła cofnąć wypowiedzianych słów. Pocieszała się, że Antares nikomu nie zdradzi jej tożsamości.
Mężczyzna gwizdnął, przywołując Shamala. Layla również podążyła za ogierem.
– Powinniśmy już wracać – odparł szorstko.
Podszedł do zdziwionej Parisy, chwycił ją w pasie i pomógł wsiąść na konia. Trzymając dłonie na jej talii, poczuł nagłe uderzenie pożądania. Skonsternowany przyglądał się zarumienionej twarzy dziewczyny. Parzył go ten dotyk. Ta mała kusicielka roznieciła płomień, który zamienił się w ogień strzelający iskrami.
Oboje wstrzymali oddech, boleśnie świadomi bliskości swoich ciał.
Rżenie koni przerwało ten magiczny moment. Skorpion zacisnął gniewnie wargi i powoli cofnął ręce. Zły na siebie za okazaną słabość, bez słowa odwrócił się w stronę Shamala. Jednym płynnym ruchem dosiadł ogiera i ruszył z powrotem do Hamy.
Parisa, jadąc za nim, próbowała opanować szalejące w niej emocje. Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić, ale niewiele to pomogło – wciąż była roztrzęsiona. Pokazał jej coś, o czym nie miała pojęcia. Antares był pierwszym mężczyzną, który wprawił jej serce w drżenie.
Przez całą drogę do miasta milczeli, pogrążeni we własnych myślach.
Będąc niedaleko gospody Hakima, Skorpion pochylił się nad Shamalem, złapał ją za rękę i przysunął bliżej. Następnie obrócił jej twarz ku sobie, wpatrując się w nią z niezwykłą intensywnością.
– Jesteś pewna, że chcesz się ze mną jutro zobaczyć?
Parisa, czując jego dotyk, ponownie zapomniała o całym świecie i nie zauważyła napięcia, z jakim zadał to pytanie.
– Tak – szepnęła, bo znowu zabrakło jej tchu.
Mężczyzna przyglądał się uważnie jej migdałowym oczom, jakby czegoś w nich szukał. Potem skinął głową i odsunął się.
– W takim razie do jutra – mruknął i skierował się w stronę gospody.
Zanim udało jej się ochłonąć, podbiegł do niej Dżamal. Widząc księżniczkę całą i zdrową, aż ugięły się pod nim nogi z ulgi. Był z siebie bardzo zadowolony – udało mu się zarobić dziesięć dirhamów i uniknąć kłopotów.
Szybko zamienili się miejscami. Ponownie ruszył na klaczy w stronę pałacowej bramy, a Parisa pobiegła do wyrwy w murze. Tak jak ostatnio szybko przemknęła przez kuchnię, zabierając po drodze jabłko, i bocznymi schodami zaczęła skradać się do swojej komnaty.
Musiała być wyjątkowo ostrożna, bo ojciec, ze względu na szykującą się wojnę z Raszidem, potroił straże.
Pałac zaczynał tętnić życiem. Z duszą na ramieniu, stawiając cicho kroki, szła korytarzami, co jakiś czas kryjąc się we wnękach.
Słysząc, że ktoś się zbliża, rzuciła się biegiem do swojej komnaty. W ostatniej chwili nacisnęła klamkę i wpadła do środka.
Z mocno bijącym sercem oparła się o drzwi.
– Mało brakowało – mruknęła sama do siebie.
Jeszcze dłuższy czas trzęsła się ze strachu.
*
Skorpion powinien już dawno spać, ale wciąż nie zmrużył oka. Nie spodziewał się, że przestroga, jakiej udzielił Parisie, tak szybko się spełni. Naiwne dziewczę, które nic nie wiedziało o życiu, wkrótce przekona się na własnej skórze, jak okrutny potrafi być świat.
Mogła uniknąć swojego przeznaczenia. Zapytał ją przecież, czy chce się z nim spotkać, a ona – bez wahania – odpowiedziała „tak”. Sama przypieczętowała swój los. Gdyby powiedziała „nie”, zostawiłby ją w spokoju.
Pozwolił jej wybrać... i wybrała.
Więc dlaczego poczuł dziwne ukłucie w sercu? Powoli zacisnął dłonie w pięści.
Parisa nie była jego problemem. Wykonywał tylko powierzone mu zadanie; miał własne sprawy, którymi musiał się zająć.
Podszedł do okna pokoju, który wynajmował, i szeroko otworzył okiennice. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza. Kto by pomyślał, że córka Umara sama wpadnie w jego sidła? Nie wiedział dlaczego, ale poczuł złość z tego powodu.
Zapatrzył się na księżyc przysłonięty żółtą poświatą.
„Królowa nadchodzi”.
Już kiedyś się na nią natknął, więc wiedział, do czego jest zdolna. Potężna siła zbliżała się znacznie szybciej, niż przypuszczał. Nie było już czasu do namysłu.
Zdecydowanym ruchem zamknął okiennice i położył się z powrotem na łóżku. Jeszcze chwilę się wiercił, aż w końcu zasnął.
*
Kolejnego ranka Parisa, ponownie ubrana od stóp do głów w męski strój, podążała w stronę muru. Tym razem – zgodnie z obietnicą – nie prosiła już Dżamala o pomoc. Musiała sama dotrzeć do gospody Hakima. Do tej pory nic strasznego się nie wydarzyło, więc była niemal pewna, że dziś również tak będzie.
Po raz trzeci w ciągu ostatnich dni pokonywała tę trasę. Idąc, słyszała pracujące w oddali norie – spuściznę po jej przodkach. Ich jednostajne skrzypienie towarzyszyło jej od dziecka. Lubiła dźwięk, jaki wydawały.
Po drodze mijała wielu przechodniów, którzy w pośpiechu zmierzali do meczetu na pierwszą z pięciu obowiązkowych modlitw.
Polubiła swobodę, jaką miała, udając chłopca. Jej matka i babka dostałyby konwulsji, gdyby wiedziały, co ona wyprawia! O Tariqu nie wspominając.
„Ale nikt się nie dowie” – uspokajała samą siebie. Poza tym, jak dotąd wychodziła cało z najgorszej opresji.
Z daleka dostrzegła Antaresa czekającego na nią na Shamalu i odruchowo przyspieszyła kroku. W jakiś sposób ją wyczuł, bo odwrócił się w jej stronę. Niespiesznie wodził czarnymi oczami po jej sylwetce. Mimo że miała na sobie luźne, chłopięce ubranie, pod jego świdrującym spojrzeniem czuła się... naga.
Zarumieniona podeszła do niego i jego ogiera.
– A gdzie Layla? – zapytał aksamitnym głosem, który przyprawiał ją o rozkoszne dreszcze.
Wzruszyła bezradnie ramionami.
– Dziś nie mogłam jej zabrać – wyjaśniła, po czym szybko dodała: – Przyszłam dowiedzieć się, jaka jest twoja decyzja.
Przyglądała mu się wyczekująco, bojąc się, że wyjedzie. Skorpion pochylił się w jej stronę. Nie potrafiła nic wyczytać z jego oczu; zauważyła jedynie, że były bardziej tajemnicze niż zwykle.
A potem, zupełnie ignorując jej słowa, zapytał:
– Masz ochotę pogalopować na Shamalu?
W odpowiedzi oczy Parisy rozszerzyły się ze zdumienia. Niepewnie zerknęła w stronę pałacu. Spojrzała na taras, z którego ojciec często obserwował miasto, i ogarnął ją nagły, trudny do wyjaśnienia smutek.
Przyrzekła sobie, że to ostatni raz, kiedy łamie dane słowo. A potem, odważnie patrząc na Antaresa, mocno chwyciła jego wyciągniętą dłoń. Mężczyzna jednym ruchem posadził ją za sobą i dał znać ogierowi, by ruszał.
Parisa jeszcze nie wiedziała, że właśnie wkroczyła na drogę pełną niebezpieczeństw, bólu i namiętności – drogę prowadzącą do świata Skorpiona.
Czując, jak drobne ramiona oplatają go w pasie, mężczyzna wykrzywił usta w bezlitosnym uśmiechu. Nie było już odwrotu – ani dla niej, ani dla niego.
Gdy tylko opuścili Hamę, zaczął wiać silniejszy wiatr, a wschód słońca zniknął za chmurami. Pogoda się zmieniała. Skorpion zatrzymał się, aby ocenić sytuację.
Zbliżało się piekło; on i jego koń byli na nie gotowi – gorzej z dziewczyną. Od tej chwili jej życie zależało tylko i wyłącznie od niego.
Ostatni raz rozejrzał się po okolicy i nasunął na twarz kufiję tak, że widoczne pozostały tylko oczy. Zacisnął szczękę, a spojrzenie nabrało drapieżności. Bez wahania rozpędził Shamala, kierując go na zachód... ku Masjaf.
Zaaferowana Parisa nawet nie zwróciła uwagi, że jadą w zupełnie innym kierunku, niż powinni. Wszelkie myśli wyfrunęły jej z głowy, gdy, przytulona do jego pleców, chłonęła ciepło ciała Antaresa. Było to dla niej zupełnie nowe – i jakże podniecające – doświadczenie.
W przeciwieństwie do dziewczyny, Skorpion był świadomy każdego kroku ogiera i każdego porywu wiatru, który coraz gwałtowniej przybierał na sile, smagając go bezlitośnie po twarzy. Szary pył przysłonił niebo, widoczność z każdą chwilą malała, a szum narastał.
Słysząc charakterystyczne wycie, nie miał już wątpliwości. Instynkt go nie zawiódł. To była ona – Zenobia, przed wiekami królowa Palmyry, a po śmierci królowa burz. Jej gniew był straszny i potrafił trwać wiele dni, pochłaniając całe połacie ziemi.
Kiedy kolejny bezlitosny podmuch wiatru szarpnął ubraniem Parisy, niechętnie otworzyła oczy. Najpierw lekko zdezorientowana rozglądała się dookoła, a potem z przerażeniem odkryła, że nie zna tych terenów. Nie widziała już miasta, zniknął znajomy krajobraz. Ze strachu poczuła dudnienie krwi w skroniach.
– Musimy wracać! – krzyknęła, rozpaczliwie uderzając pięścią w plecy Antaresa, ale on nie reagował. Gdy opadła z sił, poddała się i w panice przylgnęła do niego całym ciałem.
Shamal, niewzruszony jak jego pan, pędził naprzód. Najgorsze jednak dopiero nadchodziło. Przed nimi rosła ściana piachu, zbliżająca się do nich z ogromną prędkością. Wszystko wokół wirowało i wyło złowrogo. Parisa zacisnęła powieki, próbując przygotować się na uderzenie żywiołu. Nie zdążyła zebrać myśli, gdy burza runęła na nich z impetem, wciągając w swoje piekielne odmęty.
1 komentarz
Amorek99
Znowu cudo 🤩 czekam z ogromną niecierpliwością na następną część 😉😍
Marigold
@Amorek99 cieszę się, że się spodobało! Uwierz mi: kamień z serca
Zawsze z duszą na ramieniu publikuję kolejne części. Bardzo Ci dziękuję za niezwykle życzliwy komentarz!