
Twierdza już z daleka budziła lęk, lecz dopiero stojąc przy jej murach i patrząc w górę, ukazywała swoją potęgę. Wyniosła i zimna rzucała wyzwanie całemu światu i tylko nieliczni mieli odwagę stanąć w jej cieniu.
Parisa nerwowo przełknęła ślinę, spoglądając na Masjaf. W najgorszych koszmarach nie pomyślałaby, że znajdzie się u progu tej ponurej warowni. Wzięła głęboki oddech, lecz serce wciąż biło jak szalone.
Groza unosząca się nad tym miejscem osiadała na skórze niczym lepka mgła. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie i przylgnęła do silnego ciała Skorpiona, bezwiednie szukając u niego ochrony. Szybko się jednak zreflektowała. Nie mogła na nikim polegać – tylko na sobie i lepiej, żeby o tym nie zapominała.
Shamal, wyczuwając zapach stajni, przestępował nerwowo z nogi na nogę; Skorpion zrozumiał ponaglenie, więc ruszyli dalej.
Powoli wspinali się wąską, kamienistą ścieżką ku bramie strzegącej wejścia do twierdzy... a może do samego piekła?
Choć słońce mocno grzało, Parisa szczękała zębami, z całych sił starając się zapanować nad nerwami. W oczach miała lęk, gdy przyglądała się strażnikom, którzy stali na murach i w milczeniu śledzili każdy ich ruch. Gdy się zatrzymali, olbrzymie wrota otworzyły się z głośnym jękiem. Chcąc powstrzymać drżenie rąk, zacisnęła je mocno na tunice mężczyzny.
Coraz bardziej się bała. I właśnie wtedy łagodny poryw wiatru musnął jej policzek, jakby chciał ją pocieszyć – albo pożegnać.
Dla dodania sobie otuchy powtarzała w duchu, że jest córką emira Hamy, a on zawsze odważnie patrzył na swych wrogów. Musiała być taka jak on. Nie mogła stchórzyć, inaczej nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
Gdy rozległo się hałaśliwe skrzypienie kraty, ponownie ogarnęło ją przygnębienie. Aby przetrwać pobyt w Masjaf, potrzebowała odwagi ojca i sprytu matki. Miała nadzieję, że w odpowiednim momencie odezwie się w niej krew rodziców.
Skorpion z nieodgadnioną miną przyglądał się, jak żelazne pręty znikają w murach warowni. Czuł się dziwnie poddenerwowany, mimo to twarz pozostała obojętna, a wzrok skupiony.
Gdy tylko wjechali na dziedziniec, rozległy się okrzyki oznajmiające ich przybycie. Niezawodny Omar natychmiast przybiegł, by zająć się Shamalem. Tym razem nie przywitał Skorpiona swoim łobuzerskim uśmiechem. Sięgnął po wodze i cierpliwie czekał, aż będzie mógł zaprowadzić ogiera do stajni. Po dłuższej nieobecności wierzchowiec wymagał więcej troski.
W otoczeniu chłopców i młodych mężczyzn, którzy przyglądali się im z zaciekawieniem, mężczyzna zsiadł z konia i odwrócił się, by pomóc Parisie. Gdy stanęła na ziemi, ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Oboje poczuli bolesne ukłucie w sercu, ale nie zdradzali się ze swoimi emocjami, bo w świecie, do którego wkroczyli, rządziła wyłącznie przemoc.
Nagłe poruszenie zwróciło ich uwagę. Parisa z napięciem patrzyła na idącego w jej stronę mężczyznę. To nie mógł być Raszid ad-Din Sinan, był zdecydowanie za młody. Poruszał się jak drapieżnik – powoli, z gracją. Z fascynacją wpatrywała się w jego urzekającą twarz i zadziwiająco jasne włosy. Wśród zgromadzonych był niczym egzotyczny ptak. Widząc jego przenikliwe niebieskie oczy, cofnęła się o krok. Instynkt podpowiadał jej, że ten mężczyzna, mimo wyjątkowej urody, może być niezwykle groźnym przeciwnikiem.
Podszedł do Parisy i sięgnął po jeden z długich kosmyków okalających jej policzki. Gładził go przez chwilę, jakby sprawdzał jego miękkość.
– Kogo my tu mamy? – zamruczał uwodzicielsko. – Prawdziwa księżniczka zaszczyciła nasze skromne progi.
Puścił jedwabisty pukiel i palcami musnął najpierw jej policzek, potem szyję, a następnie pierś.
Skorpion zmrużył oczy, obserwując tę scenę. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna powstrzyma swój wybuchowy temperament.
Niestety, na tak obcesowe zachowanie Parisa zapłonęła gniewem, a strach gdzieś się ulotnił. Ze złością zmarszczyła brwi i splunęła mu w twarz.
Ręka wędrująca po jej ciele zawisła w powietrzu, a potem w mgnieniu oka zacisnęła się na jej szyi tak mocno, że zszokowana dziewczyna nie wiedziała, co zrobić.
Takie sceny w Masjaf nie były niczym wyjątkowym, dlatego nikt nie zareagował – jedynie Skorpion nie wytrzymał. Chwycił mężczyznę za przegub i, trzymając go w żelaznym uścisku, wycedził przez zęby:
– Jeśli ją udusisz, cała moja praca pójdzie na marne... a tego nie lubię.
Razan przeniósł wściekłe spojrzenie z dziewczyny na rywala.
– Nie wtrącaj się – wysyczał, głębiej wbijając palce w ciało swojej ofiary.
Parisa, rzężąc, walczyła o każdy oddech, lecz obraz przed jej oczami coraz bardziej się rozmazywał, a głosy się oddalały. Gdy myślała, że zaraz osunie się na kamienną posadzkę, pełną napięcia ciszę przerwał ostry rozkaz:
– Razan! Puść ją!
Skorpion odsunął się, a Razan, choć nie od razu, w końcu wykonał polecenie, z furią wycierając mokry policzek.
Parisa cała drżała z przerażenia, z trudem łapiąc powietrze. Naprawdę myślała, że ją udusi. Gdyby w porę nie padło stanowcze polecenie, już by nie żyła. Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tak brutalnym zachowaniem – nawet ojcowskie napomnienia były zawsze wypowiadane łagodnym tonem. W ten okrutny sposób uświadomiono ją, że tutaj życie ludzkie nie ma żadnej wartości i służy jedynie celom Raszida.
Wciąż roztrzęsiona uniosła wzrok na postać obserwującą wszystko z góry. Szczególną uwagę przyciągały mieniące się w słońcu kamienie na upierścienionych dłoniach, które swobodnie spoczywały na kutej barierce.
Mężczyzna omiótł spojrzeniem zgromadzonych, po czym niespiesznie ruszył schodami w dół. Szedł z niewymuszonym wdziękiem, krocząc dumnie, jakby był samym sułtanem, a nie przywódcą budzącej postrach grupy zabójców. Natychmiast odgadła, że to cieszący się złą sławą Raszid ad-Din Sinan – Starzec z Gór.
Jak tylko znalazł się na dziedzińcu, powoli ruszył w stronę swojego „gościa”, z zainteresowaniem przyglądając się jej twarzy. Od razu zauważył, że była wyjątkowo śliczna, mimo pokrywającej ją warstwy kurzu. Nic dziwnego, że Razan się nią zainteresował. Nigdy nie potrafił oprzeć się ładnej buzi – zarówno kobiecej, jak i męskiej.
Nie spuszczając świdrującego spojrzenia z dziewczyny, stanął kilka kroków od niej. Nie wierzył, że Skorpion zdoła ją porwać. Drażniło go powodzenie jego najbardziej krnąbrnego, ale i utalentowanego skrytobójcy. Przypuszczał, że swoimi umiejętnościami dorównał Razanowi. A może nawet stał się od niego lepszy? Coraz trudniej było nad nimi zapanować. Jeśli jednak wszystko pójdzie zgodnie z jego planem – sytuacja sama się rozwiąże.
Zadowolony, ponownie skupił się na dziewczynie. Widząc na jej szyi ślady po palcach Razana, skrzywił się z niesmakiem. Z drugiej strony, może i dobrze się stało, że od razu pokazano jej miejsce w szeregu. Tutaj jej tytuł na nikim nie robił wrażenia.
Parisa, wpatrując się w nieodgadnione spojrzenie Raszida, poczuła się nieswojo. Pomyślała, że wcale nie wyglądał na starca. Miał zadziwiająco dostojną twarz oraz charyzmę, której trudno było się oprzeć. Właśnie zrozumiała, jak jednemu człowiekowi udało się zapanować nad tyloma bezwzględnymi mężczyznami.
– Witaj w Masjaf, moja droga – odparł ze sztucznym uśmiechem Raszid ad-Din Sinan. – Razan nie powinien obchodzić się z tobą tak obcesowo, ale nie należało go opluwać. Takie zachowanie nie przystoi księżniczce – dokończył z lekką przyganą.
Parisa, słysząc upomnienie, poczuła, jak krew ponownie zawrzała w niej z gniewu. Uniosła wysoko podbródek i odpowiedziała arogancko:
– Gdyby mnie nie obmacywał, nic by się nie stało – patrząc prowokacyjnie na Starca, dodała: – Ktoś powinien nauczyć go dobrych manier.
Skorpion westchnął cicho, słysząc tak jawną obelgę. W tym momencie przypieczętowała swój los.
– Jeszcze zakosztujesz naszej gościnności… obiecuję – wtrącił cichym głosem Razan, powodując u Parisy lodowate mrowienie biegnące wzdłuż kręgosłupa.
– Nieodrodna córka Umara – stwierdził Raszid, mierząc ją wzrokiem. – Duma i godność ponad wszystko. Nawet w obliczu zagrożenia.
Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy.
– Oby tylko ta duma i godność nie wzięły góry nad rozsądkiem – przestrzegł ją Sinan. Następnie zwrócił się do Skorpiona: – Zaprowadź naszego gościa do Najwy, niech się nią zajmie. Potem przyjdź do mnie.
Gdy wydał polecenia, skinął na Razana i obaj udali się do wnętrza twierdzy.
Zebrani rozeszli się do swoich zajęć, a Skorpion chwycił Parisę za ramię i ruszył z nią w przeciwnym kierunku. Zanim zeszli schodami w dół tunelu, wziął płonącą pochodnię, by rozświetlić czarną czeluść.
Dłuższy czas szli w milczeniu. Gdy Skorpion był pewien, że nikt ich nie usłyszy, wsunął pochodnię w jeden z uchwytów i odwrócił się w stronę dziewczyny. Bez ostrzeżenia naparł na nią całym ciałem, przyciskając do zimnej kamiennej ściany. Wzdrygnęła się, czując chłód przenikający przez cienkie warstwy ubrań – a może wstrząsnął nią gniewny wyraz jego twarzy?
Skorpion położył dłonie po obu stronach jej głowy i spojrzał na nią z wściekłością.
– Jesteś głupsza, niż myślałem – odparł kipiącym złością głosem, a odbijający się w jego ciemnych oczach ogień nadawał mu diaboliczny wygląd. – Razan jest najbardziej niebezpieczny z nas wszystkich, a ty go publicznie upokorzyłaś. Zrobiłaś sobie z niego potężnego wroga.
Skorpion zauważył, jak zbladła – i dobrze! Zamiast siedzieć cicho, obraziła jednego z najgroźniejszych mężczyzn w tej części świata.
– Razan jest tu panem, a ty więźniem. On nie zapomina zniewag. Jeszcze się o tym przekonasz.
Parisa tak mocno zagryzała dolną wargę, że poczuła smak krwi. Nie chcąc pokazać, jak bardzo przeraziły ją te słowa, buńczucznie zadarła brodę i rzuciła szyderczo:
– Zadziwiające… Czyżbyś się o mnie troszczył?
Rozdrażniony Skorpion, słysząc tę jawną złośliwość, zacisnął dłonie w pięści i pochylił się nad nią jeszcze bardziej.
– Jeśli podnieca cię przemoc, powiedz słowo, a z przyjemnością spełnię twoją perwersyjną fantazję – szepnął prowokująco, prosto do jej ucha.
Parisa, czując jego oddech na skórze, rozchyliła usta, nie mogąc złapać tchu. Znowu to robił – z groźnego Skorpiona zamieniał się w zmysłowego Antaresa. Dlaczego nie mogła się oprzeć temu człowiekowi, którego szczerze nienawidziła? Dlaczego własne ciało ją zdradzało? Niestety, nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań.
Mężczyzna, widząc, jak jej oczy przesłania mgła pożądania, delikatnie musnął gorącymi ustami jej szyję. Pod wargami wyczuł szaleńczy puls, a to sprawiło, że i jego ciałem wstrząsnął dreszcz namiętności. Mimo trudów podróży wciąż delikatnie pachniała różą damasceńską. Ten kwiat już zawsze będzie mu się kojarzył z Parisą.
Gdy był blisko niej, nieustannie ze sobą walczył. Nie chciał czuć tego, co budziła w nim ta dziewczyna. Nie ulegał emocjom, dopóki jej nie spotkał. Wściekły na siebie, w końcu odpowiedział na nieme wołanie jej drżących ust.
Parisa starała się znaleźć w sobie dość siły, by go odepchnąć i wyszydzić ten pocałunek, ale gdy jego wargi przylgnęły do jej warg, zapomniała o wszystkim – nawet o Razanie i jego okrucieństwie. Przerażało ją to, co się między nimi działo. Nie mogła mu ufać, a mimo to poddała się zmysłowej pieszczocie jego języka.
Niechciane ciepło coraz śmielej ogarniało jej ciało. Tak bardzo pragnęła zarzucić ręce na jego barki i przylgnąć do niego, ale tylko nieśmiało dotknęła jego torsu, który częściowo wyłaniał się z rozchylonego materiału.
Skorpion omal nie wyskoczył ze skóry, gdy poczuł na sobie niewinne muśnięcie jej chłodnych palców. Krew dudniła mu w skroniach, a każdy dotyk palił żywym ogniem. Od początku wiedział, że ta dziewczyna stanowi dla niego zagrożenie, ale dopiero teraz uświadomił sobie, jak wielkie.
Zniesmaczony własnym zachowaniem oderwał się od niej i, jakby nigdy nic, wziął pochodnię i ruszył dalej w głąb tunelu.
Parisa stała jeszcze przez chwilę z zamkniętymi oczami i głową opartą o ścianę, starając się uspokoić oddech. Zazdrościła Skorpionowi opanowania – jej wciąż było gorąco, pomimo zimna, jakie ich otaczało. W końcu wzięła się w garść i pobiegła za szybko oddalającym się mężczyzną.
Gdy tak szli, miała wrażenie, że to podziemne przejście nie ma końca. Ale za jednym z wielu zakrętów wyłoniły się wielkie drzwi. Żelazne, ciężkie wrota strzegły wejścia do najbardziej tajemniczej części Masjaf. Nikt nie wiedział, czy słynne ogrody rozkoszy rzeczywiście istnieją, czy też są częścią mitu narosłego wokół asasynów.
Skorpion bez namysłu złapał wielką kołatkę i zastukał nią w rytmie kodu. Zerknął przez ramię na Parisę i odezwał się do niej ostro:
– Trzy uderzenia, przerwa, dwa uderzenia, przerwa, znów trzy uderzenia, przerwa i na końcu jedno stuknięcie to mój szyfr. W Masjaf warto zapamiętywać wszelkie szczegóły, bo nie wiadomo, kiedy się przydadzą. Tutaj nie płaci się złotem, lecz informacją.
Oszołomiona Parisa tylko skinęła głową, zbyt zdenerwowana tym, że zaraz znajdzie się wśród obcych kobiet o określonej roli.
Gdy drzwi się otworzyły, Skorpion odwrócił się w stronę dziewczyny, dwoma palcami uniósł jej brodę i, patrząc prosto w jej przestraszone oczy, odparł półgłosem:
– Uważaj na siebie. Nikomu nie ufaj… nawet sobie.
Na pożegnanie przejechał kciukiem po dolnej wardze Parisy, wciąż wilgotnej od jego pocałunków, i bez zbędnych słów ruszył w stronę wyjścia, zostawiając dziewczynę jej własnemu losowi.
***
Parisa z obawą, ale i zaciekawieniem przyglądała się stojącemu przed nią muskularnemu mężczyźnie. Był wysoki i łysy, a jego ciemna skóra lśniła w świetle promieni słonecznych padających z tyłu. Domyślała się, że jest eunuchem pilnującym kobiet z rajskiego ogrodu.
Zapewne przybył tutaj z Nubii lub Etiopii. Od małego wychowywani do pilnowania haremów, imponowali nadzwyczajną siłą i sprawnością fizyczną. Wszystko widzieli i słyszeli, niewiele zdradzali – szare eminencje takich miejsc.
Wchodząc, czuła na sobie jego baczne spojrzenie.
Gdy znalazła się w środku, aż oniemiała z wrażenia. Nawet nie zwróciła uwagi na drzwi, które zamknęły się za nią z głośnym trzaskiem, jak w więzieniu.
Okrągłymi ze zdumienia oczami przyglądała się pomieszczeniu – chłodnym marmurom, z których wykonano podłogę, oraz ozdobnym kolumnom. Ściany pokrywały jedwabie i muśliny, a pod stopami leżały grube dywany.
Ciemne kolory przeplatały się z jasnymi, potęgując zmysłowość, a promienie słoneczne, sączące się przez lekkie tkaniny, nabierały miękkości i dodawały otoczeniu złotego blasku.
Gęsta atmosfera tego miejsca przypominała parny dzień. W powietrzu unosiła się ciężka woń kadzideł oraz olejków. Parisa rozpoznała mirrę i jaśmin. Ten uwodzicielski aromat, połączony z zapachem kobiecych ciał, otulał – a raczej osaczał – swoją intensywnością.
To wszystko, plus szum niewielkich fontann i panujący półmrok, potęgowało wrażenie wejścia do nieznanego, pełnego tajemnic świata. Kontrast między surowością, jaką zauważyła w części przeznaczonej dla asasynów, a luksusem haremu, był ogromny.
Jej przybycie sprawiło, że rozmowy ucichły, a kilkanaście par oczu wpatrywało się w nią z mieszaniną ciekawości i wyższości.
Parisa niepewnie zerkała na niskie łoża i poduszki, na których półnagie kobiety siedziały lub leżały w wyszukanych pozach, leniwie wachlując się pawimi piórami.
A jednak dwór nałożnic istniał. Plotki okazały się prawdziwe.
Szepty i nagłe zamieszanie wśród kurtyzan oznaczały przybycie kogoś ważnego. Spuszczając z szacunkiem wzrok, kłaniały się nisko.
Parisa jak urzeczona wpatrywała się w zjawiskowo piękną kobietę, która weszła, a raczej wpłynęła do tej kipiącej przepychem komnaty. Miała długie, ciemnobrązowe włosy i podkreślone węglem oczy o niespotykanym kolorze nieba tuż przed zapadnięciem zmroku. Powłóczysta szata pozornie ją zakrywała, lecz prześwity subtelnie eksponowały jej ciało.
Po raz pierwszy w życiu Parisa żałowała, że natura poskąpiła jej bardziej bujnych kształtów, dając jedynie subtelne krągłości.
Z wyraźnym podziwem przyglądała się kobiecie wspartej na ramieniu kolejnego milczącego eunucha. Szła powoli, niczym królowa pośród poddanych, kusząco kołysząc biodrami. Każdy jej ruch był pełen gracji, ale i subtelnego erotyzmu, który miał jeden cel – wzbudzić w patrzącym pożądanie. Bystre oko mogło jednak dostrzec w tym pewną sztuczność, jakby starannie stawiane kroki były ćwiczone wcześniej setki razy. Parisa natychmiast zorientowała się, że to najważniejsza osoba w całym rajskim ogrodzie.
Najwa, na widok niespodziewanego gościa, przystanęła zaskoczona, ale szybko odzyskała zwykłą pewność siebie. Jej władcze spojrzenie, które tak podobało się Raszidowi, sunęło taksująco wzdłuż szczupłej sylwetki. Gdy dostrzegła ślady palców na jej skórze, zacisnęła usta.
– Razan? – spytała z pozornym opanowaniem.
Już dawno nauczyła się, że emocje należało trzymać głęboko ukryte i nie afiszować się nimi przed światem. W Masjaf trzeba było kontrolować najmniejszy gest, a myśli zachować dla siebie, bo za zbytnią uczuciowość można było zapłacić wysoką cenę.
Parisa przytaknęła.
– Wyjątkowo szybko go do siebie zraziłaś.
Najwa starała się nie przypominać sobie zmasakrowanego ciała jego ostatniej ofiary. Niestety, tego widoku nie dało się zapomnieć. Cieszyła się, że jako nałożnica Sinana była nietykalna.
– Jeśli chodzi o niego, jesteś na straconej pozycji. Wcześniej czy później przyjdzie po ciebie, a wtedy… – mimo całej swojej wyuczonej powściągliwości nie potrafiła zapanować nad drżeniem głosu – … niech Allah nad tobą czuwa.
Po czym uśmiechnęła się czarująco, jak gdyby przed chwilą nie padły żadne złowróżbne słowa.
– Jestem Najwa, a to – wypielęgnowaną dłonią wskazała bogato urządzone wnętrze – moje królestwo – dokończyła z nieskrywaną satysfakcją.
– A ciebie jak nazywają? I skąd do nas przybywasz? – spytała, przyglądając się jej ciekawie. Kurtyzany uwielbiały wszelkie plotki, a ta dziewczyna dostarczy im ich na wiele tygodni.
– Parisa, córka Umara Al-Muzaffara, emira Hamy – przedstawiła się, unosząc z godnością głowę, bo poza godnością nie miała już nic.
Najwa, mimo starań, nie potrafiła ukryć zdziwienia. Raszid nie wspominał, że dołączy do nich prawdziwa arystokratka, w dodatku księżniczka.
– W dawnym życiu mieszkałam w Hamie – odparła z nostalgią.
To na ulicach tego miasta znalazł ją Sinan, kiedy błąkała się półżywa po tym, jak jej mąż wyrzucił ją na ulicę, gdy po wielu latach małżeństwa nie dała mu dziecka.
„Przecież nikt nie będzie utrzymywał darmozjada” – powiedział jej na odchodne.
To wtedy los rzucił ją do tej twierdzy. Od tamtej pory wiele się nauczyła i nigdy więcej nie zaufała żadnemu mężczyźnie – zwłaszcza Raszidowi.
Najwa, spoglądając w migdałowe oczy dziewczyny, zobaczyła w nich coś, czego nie miała żadna z jej kurtyzan – dumę. Spodobało jej się to.
– Zapamiętaj sobie jedno: jesteśmy tutaj, by służyć mężczyznom. Jeśli o tym nie zapomnisz, pobyt tutaj może być całkiem znośny. Jeśli jednak będziesz się buntować – wzruszyła ramionami, a jej spojrzenie stwardniało – wtedy na mnie nie licz. Czy wyraziłam się jasno?
Parisa zmarszczyła gniewnie brwi. Po raz kolejny odezwała się w niej skłonność do buntu, jednak tym razem w porę ugryzła się w język.
– Nadzwyczaj jasno – stwierdziła przez zaciśnięte zęby.
Na samą myśl, że ma być seksualną niewolnicą, ścisnęło ją w żołądku. Czuła, jak Masjaf ją osacza, coraz śmielej wciągając w swój mrok, a nadzieja na uwolnienie ulatywała z każdą mijającą chwilą. Naszła ją gorzka refleksja: czy w ogóle jest jeszcze jakieś wyjście z tej sytuacji?
***
W Razanie, idącym za Raszidem, wciąż buzowała wściekłość – nie tylko na Parisę, ale i Skorpiona. Nie powinien się wtrącać w nieswoje sprawy. Od pewnego czasu dostrzegał zmianę w jego zachowaniu. Nie czuł już wobec niego dawnego respektu. Widocznie uwierzył, że uda mu się zdetronizować najlepszego z asasynów.
Razan uśmiechnął się drapieżnie. Koniecznie musiał mu przypomnieć – choć wątpił, by Skorpion o tym zapomniał – pewien incydent z przeszłości. Pomyślał ironicznie, że zrobi to z wielką przyjemnością.
Minęli reprezentacyjną aulę i weszli do gabinetu Raszida. Duża, pozbawiona okien komnata, w której wszystko miało swoje miejsce, stanowiła centrum dowodzenia Sinana. Dwie płonące lampy oliwne rzucały nieprzyjazne cienie na ściany oraz piętrzące się stosy równo poukładanych woluminów.
Poza Starcem tylko chłopiec dbający o porządek miał wstęp do pomieszczenia. Aby nie mógł wyjawić tajemnic tej komnaty, pozbawiono go języka i nigdy nie nauczono czytać ani pisać.
Raszid podszedł do niskiego stołu, na którym stał zdobiony dzban wraz z niewielkim kielichem i nalał sobie araku rozcieńczonego wodą. Przez chwilę wpatrywał się w jego mleczną barwę, wdychając ostry, a jednocześnie słodkawy zapach. A potem wygłosił szyderczy toast:
– Za Parisę! Dzięki niej Umar z króla na mojej szachownicy stał się zwykłym pionkiem.
Z kielichem w ręce podszedł do rozstawionych z boku szachów i pogardliwym ruchem strącił białego króla. Dźwięk upadającej i toczącej się po marmurze figurki zabrzmiał nadzwyczaj głośno – wręcz ostrzegawczo.
Raszid, patrząc na Razana, zacytował swoje ulubione zdanie z Koranu:
„Zaprawdę, Bóg jest z cierpliwymi”.
Upił łyk alkoholu, odstawił naczynie na stolik i podszedł do mężczyzny. Bez ostrzeżenia spoliczkował go z całej siły.
– O mało nie zabiłeś cennej zdobyczy – syknął z furią, wbijając wzrok w pełne wrogości oczy Razana, po czym, już spokojniejszy, dodał łaskawie: – Może pozwolę ci się z nią zabawić, jeśli obiecasz mi, że przeżyje tę „zabawę” i nie skończy jak Samira.
Razan najpierw wytarł krew z przeciętego kącika ust, a potem uśmiechnął się lekceważąco.
– Jej śliczna buzia pozostanie nietknięta, ale sporo nauczy się o męskiej… – zawiesił na chwilę głos, po czym dokończył dwuznacznie – …przyjemności.
Sinan obserwował go spod na wpół przymkniętych powiek. Sprawa Samiry sprawiła, że pogłębiający się sadyzm jego ulubionego asasyna zaczął go niepokoić. W przyszłości mogło to stać się poważnym problemem. Być może należało go spisać na straty, ale dopóki wciąż nad nim panował, mógł żyć.
– Pamiętaj, że jeszcze nie wyraziłem swojej zgody – rzucił ostrzegawczo. – Parisa jest zbyt cenna, bym pozwolił jej zginąć… przynajmniej na razie – dodał tajemniczo.
Razan nie był głupi i wiedział, kiedy milczeć. Poza tym Starzec nie lubił, gdy zadawano mu pytania. Zdradzał tyle, ile chciał, resztę sekretów zachowując dla siebie. Mimo to od dawna było dla niego jasne, że Raszid miał obsesję na punkcie Umara i obmyślił misterny plan, aby go zniszczyć. Całkiem możliwe, że poza Sinanem jedyną osobą, która wiedziała cokolwiek o jego zamiarach, była Najwa.
Gdy Starzec machnął ręką, pozwalając mu wyjść, po zwyczajowym ukłonie ruszył w stronę drzwi. Tam stanął oko w oko ze Skorpionem. Razan z premedytacją zagrodził mu drogę, patrząc arogancko na jego kamienną twarz. Czuł gniew, ale i rosnące pożądanie – tylko on potrafił doprowadzić go do takiego stanu.
– Spróbuj jeszcze raz mi się przeciwstawić, a nawet Raszid nie powstrzyma mnie przed przepołowieniem cię na pół – szepnął Razan miękko, jakby mówił o pogodzie, a nie groził śmiercią.
Skorpion obnażył zęby jak wilk i odparł z nienawiścią:
– Powiedz tylko gdzie i kiedy, a zobaczymy, kto skończy z rozprutym brzuchem.
Przechodząc obok, celowo potrącił go ramieniem.
Razan przeklął, ale zdołał się opanować. To nie był ani czas, ani miejsce na przypomnienie, kto tu rządzi. Co nie oznaczało, że zapomni o Skorpionie... i Parisie.
2 komentarze
Amorek99
Matko twoje pisanie naraz się kocha i nienawidzi 😉😉😉. Kocham bo znowu rewelacja 💪💪💪 nienawidzę bo kurczę już trzeci raz przewijam i szukam dalszej części 🤔🤔 a tu brak😭😭😭😭. Potrafisz trzymać czytelnika w niepewności napięciu i dozować doznania, teraz już tylko myślę kiedy następna część znowu odpalę odświeżanie co godzinę strony 🤣🤣😂😂 Powtórzę co wcześniej pisałem już, prosi się o wersję książkową jak nic. 😍😍😍 Ocena skaczę na 25 na 10 😈😈
Amorek99
🤩🤩🤩🤩🤩 Szok jest biorę się za czytanie, praca idzie w kąt. 😂😂😂😂😂 W ciemno daje 10/10 ocena końcowa po przeczytaniu 😈😈😈
Marigold
@Amorek99
mam nadzieję, że będzie warto 