Aqrab/Skorpion. Cz. 2

Aqrab/Skorpion. Cz. 2Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.

Aqrab szykował się do wyjazdu do Hamy, gdy podszedł do niego Sinan, spoglądając na niego z grymasem niezadowolenia. Dziwne, ale Raszid nigdy nie próbował go sobie zjednać ani oczarować, jakby wiedział, że nie da się zmanipulować. Zawsze był oschły, z trudem tolerując jego obecność.  

– Nie spiesz się. Córka Umara ma zniknąć, ale tak, by nikt nie podejrzewał, że to my stoimy za porwaniem – po raz kolejny przypomniał mu Raszid.  

Skorpion nie krył rozdrażnienia.

– Zrozumiałem za pierwszym razem. – Zajęty koniem, nie zwracał uwagi na Starca.  

– Kiedyś twoja arogancja obróci się przeciwko tobie – syknął Sinan, a jego twarz przybrała bezwzględny wyraz. – Śmierć cię dotąd oszczędzała, ale cienie wokół ciebie robią się coraz dłuższe.

Coś w głosie Raszida kazało Aqrabowi spojrzeć na niego. Zmarszczył brwi z wściekłości, gdy w jego oczach zobaczył cienie, o których opowiadał.

W tym momencie nabrał pewności, że Starzec coś knuje przeciwko niemu. Ale czyż nie wyczuwał tego przez całe swoje życie? Często przyłapywał go na tym, jak wpatruje się w niego z zadumą, intensywnie nad czymś myśląc. Był pionkiem w jego grze – tylko o co toczyła się gra? Gdy prawda wyjdzie na jaw, będzie gotowy. W końcu był wyśmienitym szachistą.

– Martwisz się o mnie? – pytanie aż ociekało ironią. – Jakże uprzejmie z twojej strony. Nie wiedziałem, że moje dobro tak bardzo leży ci na sercu.

– Znowu to robisz, Skorpionie. Wystawiasz moją cierpliwość na próbę. To ostatni raz, więcej nie będę tego tolerował.

Starzec podszedł tak blisko niego, że mogli przeglądać się w swoich źrenicach.

– Wiesz dobrze, do czego jestem zdolny... do czego jest zdolny Razan. A może już zapomniałeś i mam ci przypomnieć?

Aqrab milczał, ale jego spojrzenie zaszło mgłą nienawiści. W końcu odpowiedział cicho, ale z taką groźbą w głosie, aż Sinan poczuł dreszcz strachu sunący wzdłuż kręgosłupa.

– Spróbuj mnie dotknąć – ty albo ten twój zboczeniec... wtedy to ja stanę się cieniem... ale twoim.

Słowa budziły niepokój, ale o wiele bardziej przerażał widok oczu Skorpiona, które błyszczały złowieszczo. Aura zagrożenia, jaką emanował, była groźniejsza niż nóż przystawiony do gardła. Raszid zacisnął gniewnie wargi, zły, że temu zuchwalcowi udało się go wystraszyć.  

– Pamiętaj, co ci mówiłem o dziewczynie – tylko tyle zdołał wydusić, zanim odwrócił się i wyszedł ze stajni.

Gdy Skorpion został sam, zdenerwowany oparł czoło o bok Shamala. Ciepło jego ciała pomogło mu się uspokoić. Nie chciał się do tego przyznać, ale przeszłość wciąż była dla niego piekącą raną. Nauczył się z nią żyć, bo wiedział, że ci, którzy go skrzywdzili, w końcu za to zapłacą.  

Nienawidził Sinana i Masjaf, ale musiał wytrzymać.

Odetchnął głęboko – raz, drugi – by jak najszybciej wyrzucić z głowy prześladujące go widmo. Chwycił konia za uzdę i wyprowadził na podwórzec.

Jeszcze raz sprawdził, czy bukłak z wodą i prowiant są dobrze przymocowane, po czym wsadził stopę w strzemię i z gracją usadowił się w siodle.

Nim dojechał do bramy, podszedł do niego Razan. Aqrab spojrzał na niego zimno, w milczeniu czekając, aż się odezwie.

– Doskonały – mruknął mężczyzna, gładząc biały zad Shamala.

Czując niechciany dotyk, rumak machnął ogonem, jakby odganiał natrętną muchę.

„Nawet koń wyczuwa jego fałsz” – pomyślał z satysfakcją Skorpion.

– Gdy w końcu zginiesz, będzie mój – odparł gniewnie, cofając dłoń.

– Mogłeś go mieć, ale wybrał mnie – Aqrab, mówiąc to, pochylił się i z drwiną spojrzał w pełne złości oczy Razana.

– Wiesz, co robi Wiatr, gdy widzi znienawidzone przez siebie oślizgłe robaki? – Nie czekając na odpowiedź, kontynuował opowieść. – Tak długo uderza w nie kopytami, aż znajdą się głęboko pod ziemią.  

– Taki sam dzikus jak ty, ale nauczę go kulturalnego zachowania... za pomocą bicza – odpowiedział kąśliwie, próbując ukryć furię.

Wiatr miał należeć do niego, ale tyle razy zrzucał go z grzbietu, aż w końcu musiał się poddać. Ku jego oburzeniu, Skorpiona zaakceptował od razu.

Większość mieszkańców tych ziem odnosiła się do koni z szacunkiem. Uważali je za swoich najlepszych towarzyszy, a bicie czy złe traktowanie spotykało się z dezaprobatą. Niechlubnym wyjątkiem był Razan, który od zawsze znęcał się nad słabszymi.

– Powodzenia – mruknął Aqrab z protekcjonalnym uśmieszkiem, wiedząc, że swoim zachowaniem jeszcze bardziej zdenerwuje rywala.

Nie oglądając się za siebie, narzucił na głowę kufiję, spiął konia i ruszył w stronę Hamy.

Po drodze zastanawiał się, jak zbliżyć się do córki Umara. Była księżniczką, więc na pewno dobrze ją chroniono. Czekało go trudne zadanie, ale poradzi sobie – jak zwykle zresztą.

Zatrzymał się na chwilę i powiódł wzrokiem po kamienistych, spalonych słońcem terenach, sporadycznych wzgórzach i wadi – wyschniętych dolinach rzek. Ten kraj nie był rajem. Wręcz przeciwnie – nierzadko piekło wydawało się przyjemniejsze niż życie tutaj. Sam nie wiedział, co czuje wobec tej ziemi, której był synem. Czasami myślał o niej z czułością, a innym razem przeklinał ją, choć wiedział, że to nic nie zmieni.  

Zbliżał się wieczór, gdy postanowił odpocząć. Zebrał trochę gałęzi retamy – krzewu o białych kwiatach – i rozpalił niewielkie ognisko. Zagotował wodę i sięgnął po suchy prowiant: twardy ser, kilka cienkich placków oraz swoje ulubione daktyle.

Najedzony, oparł plecy o twardy kamień i zapatrzył się w ogień. W oddali rozległo się wycie wilka. Od jakiegoś czasu podążał za nim, ale trzymał się z daleka, stając się jego współtowarzyszem podczas samotnych wędrówek. Czasami zastanawiał się, jak to jest być wilkiem i cieszyć się prawdziwą wolnością.  

Zmęczonym ruchem oparł głowę o kamień. Noc była piękna, malownicza, usiana gwiazdami, które od czasu do czasu zdawały się mrugać do niego wesoło. Zamknął oczy i myślami powędrował w zakazane rejony brutalnej przeszłości.

Kiedy jako dziesięciolatek zapytał Starca, jak trafił do Masjaf, dowiedział się, że jego rodzice wręcz błagali go, by odkupił od nich dziecko. Czego właściwie się spodziewał? Większość chłopców przebywających w twierdzach asasynów nie była niczym innym jak zakupionym towarem. Dlaczego miałby być wyjątkiem? Nigdy więcej o nic nie zapytał.  

Tylko czas spędzony w Alamucie mógł nazwać szczęśliwym. Mieszkał w osławionym Orlim Gnieździe od drugiego do dziesiątego roku życia. Tam nauczył się pisać i czytać; poznał Koran.

Ale prawdziwa walka o życie zaczęła się, gdy wrócił do Starca. Szkolenie, które przechodzili, przeżywało zaledwie trzech na pięciu chłopców. Po pewnym czasie większość z nich popadała w marazm – było im zupełnie obojętne, czy żyją, czy nie.    

Raszid nie cofnął się przed niczym, nawet przed najgorszym okrucieństwem, jeśli służyło jego celom. W ten sposób tworzył asasynów – swoją zabójczą broń. Niektórych specjalnie uzależniał od haszyszu, bo jako narkotykowi niewolnicy gotowi byli na wszystko – przeznaczeni na stracenie, nawet o tym nie wiedząc.

Nie chciał o nich pamiętać. A jednak nigdy nie zapomniał żadnego z nich.

Wykończony dniem i nieprzyjemnymi myślami, wypił resztkę wody, opatulił szczelniej abą i ułożył się do snu. Zasypiając, czuł, jak ogier układa się koło niego, a bijące od niego ciepło przyjemnie grzeje. Więcej dobroci zaznał od zwierząt niż od ludzi.

Rano wstał zmęczony. Noc nie dała mu upragnionego wypoczynku. Koszmary, które miewał odkąd wrócił do Masjaf, pojawiały się coraz częściej – w tym wstrętna twarz Razana.

Spojrzał na czerwony pasek, majaczący na horyzoncie.

– Dzisiaj to słońce zaspało – mruknął rozbawiony, bo sam od dawna był w drodze do Hamy. Na szczęście do pokonania został tylko niewielki odcinek drogi.

Wystarczyło jedno lekkie szarpnięcie wodzami, a Shamal zrozumiał polecenie. Od razu ruszył przed siebie jak strzała.

Czarne włosy Skorpiona powiewały dziko, gdy pędził na wiernym wierzchowcu. Był tylko on i ścigający się z nim wiatr.

Zwolnił, gdy zobaczył miasto. Jego bursztynowe oczy nie błyszczały już tak radośnie, jak chwilę wcześniej. Przyjemność z przejażdżki zniknęła szybciej niż kropla deszczu na wyschniętej ziemi. Zacisnął zęby. Od teraz liczyło się tylko zadanie, które musiał wykonać.

***

Był wczesny poranek, gdy Parisa przyglądała się równinie, z lekkim uśmiechem igrającym na ustach. Słońce, wciąż nisko zawieszone na horyzoncie, różowiło dziewczęce policzki i rozświetlało ciemne oczy, przypominające kolorem palony cukier.

Odetchnęła głęboko, a jej nozdrza wypełnił zapach wstającego dnia oraz dzikiego tymianku, szałwii i bylicy. Kochała te tereny. Uwielbiała o tej porze dnia galopować po kamienistej ziemi, zsuwając kufiję lub nikab i uwalniając włosy, by poczuć w nich wiatr.

Podczas takich poranków zanurzała się w delikatnej mgle, zapominając o wszystkim. Nic się nie liczyło poza pędem powietrza i wołającą do niej bezkresną przestrzenią.

Westchnęła ciężko, gdy myśli powróciły z wędrówki po przestworzach do bieżących spraw. Powinna już wracać, ale wciąż zwlekała. Jakby tam, gdzieś daleko, czekał ktoś, kto odpowie na jej nieme wołanie.

Uśmiechnęła się smutno. Miała dziewiętnaście lat i była księżniczką, córką Al-Muzaffara Umara; urodziła się w uprzywilejowanej rodzinie. Choć doceniała to, co miała, czasami tęskniła za czymś, czego nie potrafiła nawet ubrać w słowa.

Spojrzała na brata. Zaledwie rok od niej młodszy, wyglądał na starszego. Był mądry i odpowiedzialny, nadzwyczaj poważny jak na swój wiek. Wszystkie służące w pałacu kochały się w nim potajemnie. Choć często tracił do niej cierpliwość, towarzyszył jej w przejażdżkach, pilnując, by nie wpakowała się w kolejne tarapaty, które zazwyczaj chodziły za nią całymi stadami.

Ale ten ranek był inny – w powietrzu unosiło się napięcie, którego źródła nie potrafiła odnaleźć.

– Pora wracać, Pariso – przypomniał jej łagodnie, ale stanowczo.

– Tariq, jeszcze chwila, zobacz, jaki piękny wschód słońca – odpowiedziała, a jej oczy lśniły zachwycająco, gdy wpatrywała się w cuda dziejące się na niebie.

– Codziennie mówisz to samo. Jutro znowu tu przyjedziemy – stwierdził rozbawiony i lekko zirytowany, przyglądając się jej spod na wpół przymkniętych powiek.

Parisa była rozpieszczonym dzieckiem, a teraz stała się rozpieszczoną młodą kobietą. Ani rodzice, ani tym bardziej on nie byli w stanie oprzeć się spojrzeniu jej migdałowych oczu. A ona doskonale o tym wiedziała i tę słabość wykorzystywała przy każdej okazji.

– Pariso, wracamy! Zakryj twarz – nakazał. – Jeśli ktoś się dowie, że jeździsz w męskim stroju, polecą głowy… a raczej jedna – moja, bo tobie, jak zwykle, wszystko ujdzie na sucho.

Dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko. Tariq miał rację. Rodzice, a szczególnie ojciec, nie potrafili długo się na nią złościć. Za to syna traktowali bardzo surowi.

Ostatni raz spojrzała na zaczerwienione niebo, po czym starannie owinęła twarz chustą i roześmianymi oczami popatrzyła na brata.  

„Cała Parisa – sam urok” – westchnął w duchu Tariq.

Drogę do miasta przebyli w ostrym galopie. Oboje byli świetnymi jeźdźcami i lubili się ścigać, tak samo, jak ich konie. Odpuścili dopiero wtedy, gdy zobaczyli mury obronne miasta.

Tego dnia odbywał się suk, dlatego ruch w samej Hamie i wokół niej był znacznie większy niż zwykle. Tariq i Parisa zwolnili więc do stępa. Im bliżej miasta się znajdowali, tym hałas i zamieszanie rosły.

Wszystko, czym można było handlować, wystawiono wzdłuż głównej ulicy. Rozmowy i nawoływania łączyły się z beczeniem owiec i rżeniem koni. Zapach suszonych owoców mieszał się z intensywną wonią przypraw i zwierząt. Dzień targowy cieszył każdego, nie tylko dlatego, że można było zarobić, ale głównie z powodu plotek, którymi raczono się przy każdym straganie.  

Gdy znaleźli się na terenie Hamy, Tariq jechał pierwszy, torując drogę. Parisa, zamiast zwracać większą uwagę na otoczenie, podziwiała błyskotki wesoło migoczące odbitym światłem. Nie potrafiła oprzeć się atmosferze targowiska.  

Dlatego nagły zgiełk i wrzawa zupełnie ją zaskoczyły. Okazało się, że jednemu z handlarzy uciekła koza. Chyba poczuła zew wolności, bo pędziła przez całą długość ulicy jak prawdziwy rumak.

Layla, klacz Parisy, najpierw zarżała ze strachu, a potem uniosła przednie kopyta, wierzgając nimi zawzięcie. Ludzie znajdujący się blisko rozjuszonego zwierzęcia uciekali w popłochu.

Zajęta podziwianiem towarów, dziewczyna w ostatniej chwili przylgnęła napiętym ciałem do końskiej szyi. Instynktownie przycisnęła kolana do boków konia i skróciła wodze. Trzymała się Layli z całej siły, modląc się, by wytrzymać w tej pozycji, dopóki koń się nie uspokoi.  

Wtem czyjeś dłonie zdecydowanie chwyciły uzdę, a spokojny głos przemawiał do klaczy tak długo, aż w końcu poddała się i znów stanęła na czterech nogach.  

Jeszcze przez chwilę Layla rzucała głową i parskała, ale powoli dochodziła do siebie. Parisa leżąc na niej przez cały ten czas, bała się poruszyć. Usiadła dopiero wtedy, gdy uznała, że jest już bezpiecznie.

Oszołomiona spojrzała na mężczyznę, który ruszył jej z pomocą. To, jak zajął się klaczą, zasługiwało na szacunek. Biła od niego siła i pewność siebie, które udzieliły się zwierzęciu.

Wpatrując się w jego tajemnicze cynamonowe oczy, poczuła gorąco na policzkach. Później tłumaczyła sobie, że to z nerwów, ale nie była to prawda. Widok tych oczu i groźnej twarzy sprawił, że zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje.  

Była zdenerwowana, napięta, a jednocześnie dziwnie podekscytowana. Serce biło jej szybciej nie z powodu klaczy, lecz przez bliskość nieznajomego. Działo się z nią coś dziwnego, całkowicie dla niej niezrozumiałego. Nie powinna się tak czuć, ale nic nie mogła na to poradzić.  

Odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić, i wtedy usłyszała zaniepokojony głos brata. Jej wybawca zrobił krok do tyłu, ustępując mu miejsca.

Tariq, widząc, że nic jej nie jest, delikatnie, lecz stanowczo zmusił klacz, by szła tuż obok.

Oddalając się od mężczyzny, Parisa nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Patrzyła za nim, dopóki nie zniknął w tłumie.

***

Skorpion zerknął na swoje dłonie, które wciąż się trzęsły. Mało brakowało, a dziewczyna zginęłaby pod kopytami wierzgającej klaczy. Choć nie widział jej twarzy, był pewien, że te wielkie oczy o migdałowym kształcie, oprawione czarnymi rzęsami i brwiami, należały do młodej kobiety. Najpierw pojawiło się w nich przerażenie, a potem – gdy zrozumiała, że chce jej pomóc – ufność.

To wzbudziło w nim niepokój, którego nie potrafił zrozumieć ani nazwać. Każdym nerwem odczuwał jej obecność, zapamiętując najmniejszy szczegół jej wyglądu. Był przyzwyczajony do błagalnych, pełnych lęku spojrzeń, ale nikt nigdy nie patrzył na niego z takim zaufaniem jak ta dziewczyna. Była pewna, że ją uratuje – aż poczuł się tym zakłopotany. Do tej pory odbierał życie, zamiast je ratować.

Pogrążony w myślach wpatrywał się w nią, dopóki jeden z domów nie przesłonił mu widoku. Jednego był pewien – tych oczu długo nie zapomni.

Zaledwie chwilę wcześniej szedł spokojnie wzdłuż drogi, szukając gospody, by wynająć łóżko do spania, gdy do jego uszu dotarło przeraźliwe rżenie. Znał ten dźwięk – aż włoski na karku zjeżyły mu się ze strachu.

Rozejrzał się dookoła, by zobaczyć, co się dzieje. Wtedy jego wzrok padł na mocno wzburzonego konia, unoszącego przednie kopyta, oraz na drobnego jeźdźca, ledwo trzymającego się zwierzęcego grzbietu. Widać było, że nie utrzyma się długo i zaraz spadnie prosto pod końskie nogi.  

Zadziałał instynktownie. Zostawił Shamala, pewien, że nie odejdzie daleko, i pobiegł na pomoc. Kochał konie, rozumiał je i umiał z nimi postępować.

Ryzykując, mocno chwycił za uzdę, jednocześnie łagodnie i kojąco przemawiając do klaczy. Trochę to trwało, ale w końcu dała się okiełznać. Odetchnął z ulgą, gdy przednie podkowy w końcu stuknęły o bruk. Zwierzę sapało chrapliwie, a sierść była mokra od potu. Wolną ręką powoli głaskał jej jasnoszary bok, dając poczucie bezpieczeństwa.

Gdy uniósł wzrok, zauważył, że jeździec wpatruje się w niego z napięciem. Dziewczyna wydawała się niezwykle krucha w porównaniu do swojego konia. Już miał się do niej odezwać uspokajająco, gdy nagle nadjechał jakiś mężczyzna i zabrał ją ze sobą.

„Zapewne mąż” – pomyślał. Nie wiedzieć czemu poczuł się zawiedziony. „Tylko który mąż pozwala swojej żonie paradować w męskim stroju? A właściwie co go to obchodzi? I tak więcej się nie spotkają”.

Wzruszył ramionami i podszedł do stojącego niedaleko Shamala. Sięgnął po wodze i ruszyli w poszukiwaniu zajazdu.

Dzień mijał, a on – wbrew sobie – wciąż myślał o lśniących jak nocne jezioro kobiecych oczach.

***

Będąc w książęcych stajniach, Tariq najpierw z całej siły przytulił Parisę do siebie, a następnie zaczął krzyczeć i potrząsać nią, aż kufija spadła na plecy, uwalniając długie, czarne włosy.

– Na Allaha! Wystarczy moment nieuwagi, a ty już pakujesz się w tarapaty! – ściskał jej ramiona tak mocno, że czuła paznokcie wbijające się w skórę, mimo kilku warstw materiału.

Wystraszona wpatrywała się w brata. Zazwyczaj bardzo spokojny, teraz kipiał gniewem, choć trudno było go wyprowadzić z równowagi. Ale kiedy już się to stało, należało trzymać się z daleka.

Niestety, to ona go zdenerwowała i, co gorsza, nie miała dokąd uciec. Musiała więc wytrzymać zarówno jego krzyki, jak i coraz intensywniejsze potrząsanie.

Tariq uspokoił się dopiero wtedy, gdy ochrypł. Znowu ją przytulił, tym razem łagodniej.  

Widok siostry na rozjuszonej Layli zapamięta do końca życia. Dobrze, że nieznajomy mężczyzna zareagował w porę – inaczej Parisa mogła skręcić kark albo klacz stratowałaby ją kopytami.

– Przez najbliższy tydzień nie będzie żadnych przejażdżek! – zakomunikował stanowczo. – Tobie może nic się nie stało, ale ja muszę dojść do siebie.

Wystraszona dziewczyna potulnie kiwnęła głową.

– A teraz narzuć na siebie abę i wracaj do swojej komnaty. Mam nadzieję, że nie zauważono twojej nieobecności.

Parisa ponownie kiwnęła głową. Widząc łzy zbierające się w oczach siostry, Tariq delikatnie pogłaskał ją po policzku.

– Gdyby coś ci się stało… nie potrafiłbym żyć z takim ciężarem – odparł najspokojniej, jak potrafił. – Proszę, pamiętaj o tym.

Dziewczyna rozpłakała się jeszcze bardziej, słysząc bolesne wyznanie brata. Zawsze robiła, co chciała, wciągając Tariqa w swoje eskapady, a on zgadzał się na jej pomysły, by ją chronić. Wyrzuty sumienia sprawiły, że wyrwała się z jego objęć i pobiegła do pałacu, pamiętając jedynie, by pod kufiją ukryć twarz.

Bocznym wejściem dotarła do swojej komnaty i, z płaczem, rzuciła się na ogromne łóżko.

Taką zapłakaną znalazła ją Damira, jej babcia. Kobieta podeszła do wnuczki i zaczęła głaskać jej gęste włosy. Zauważyła, jak biegnie przez ogrody. Chociaż była w męskim ubraniu, od razu rozpoznała jej szczupłą, kobiecą sylwetkę i domyśliła się, że wraca z potajemnej przejażdżki z bratem.  

– Skąd łzy, habibati? – zapytała czułym głosem. Uwielbiała swojego wnuka, ale Parisę kochała najmocniej na świecie. – Co się stało?

Dziewczyna uniosła mokre oczy i spojrzała na ukochaną babcię. Choć pokryta licznymi zmarszczkami, jej twarz wciąż zachwycała urodą.

– Zdenerwowałam Tariqa – wyjaśniła smutnym głosem.

– Też mi nowina – prychnęła kobieta. – Ciągle go czymś denerwujesz. To żaden powód do płaczu – dodała z lekkim sarkazmem.

– Ale tym razem naprawdę go rozgniewałam… Krzyczał na mnie – Parisa zerknęła na nią ze skruchą.

– Tariq na ciebie krzyczał?! – zaskoczona Damira zebrała dłonią bogato zdobiony materiał sukni i usiadła na łóżku obok wnuczki. – Jeśli podniósł na ciebie głos, to rzeczywiście musiało wydarzyć się coś złego. Opowiadaj – rozkazała.

– Tylko nie mów o tym rodzicom… ale, byliśmy na przejażdżce… – zaczęła powoli, bojąc się reakcji babci.

Wraz z bratem miała zakaz opuszczania miasta bez większej eskorty. Ale nie widząc zdziwienia na twarzy Damiry, zrozumiała, że starsza kobieta o wszystkim wiedziała.

– Wiesz, że dziś odbywa się suk – ciągnęła opowieść Parisa. – Handlarze wystawili na sprzedaż takie piękne rzeczy. Wracając do pałacu, trochę się zagapiłam i straciłam Tariqa z oczu. Do tego koza-uciekinierka narobiła zamieszania, które wystraszyło Laylę.  

Damira domyślała się, co zaraz usłyszy. Klacz nie była łagodnym stworzeniem – miała równie wielki temperament co jej pani.

– I wtedy z pomocą przyszedł jakiś mężczyzna… uspokoił Laylę.

Na wspomnienie surowej, a zarazem atrakcyjnej twarzy nieznajomego wzrok Parisy zaszedł mgłą. Wciąż pamiętała jego spojrzenie: śmiałe, a jednocześnie pełne spokoju.

– Dzięki niemu nic mi się nie stało… uratował mnie – dokończyła cicho.

Przejęta kobieta wzięła zarumienioną twarz wnuczki w dłonie i krzyknęła ostro:

– Jesteś nieznośnym łobuzem! Masz dziewiętnaście lat, a zachowujesz się gorzej niż wtedy, gdy miałaś pięć lat!

Tylko ona potrafiła być tak ostra.

– Wiem, przepraszam – mruknęła zawstydzona Parisa, spuszczając oczy. Zdawała sobie sprawę, jak niewiele brakowało, by straciła życie.

– Dobrze, że chociaż okazujesz żal – stwierdziła już łagodniej Damira, choć w środku wciąż czuła chłód na myśl, że było o krok od tragedii.

Dziewczyna odwróciła głowę, nie mogąc znieść widoku zmartwionej twarzy babki.

– Musisz odpocząć, ale najpierw każę napełnić balię wodą różaną. A potem zjesz śniadanie.

W ostatniej chwili przypomniała sobie polecenie księcia, więc dodała:

– Ojciec chce cię widzieć po głównym posiłku.

– Dobrze, babciu – odparła pokornie wnuczka. Wiedziała, kiedy lepiej nie dyskutować, i potulnie zgadzać się na wszystko.

Kobieta podniosła się powoli z łóżka i ruszyła w stronę drzwi, by wydać polecenia.  

Parisa obróciła się na plecy i spojrzała na baldachim z wyhaftowanymi złotą nicią gałązkami palmowymi i pąkami kwiatów.

Po łzach nie było już śladu, a oczy znów błyszczały zadziornie. Natomiast niebezpieczeństwo, którego niedawno uniknęła, stało się tylko wspomnieniem.  

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od wydarzeń na targu. Gdy przyniesiono dzbany z wodą, wstała energicznie i ukryła się za parawanem. Zdejmując ubranie, w myślach obmyślała plan.

***

Pachnąca i najedzona, nie miała zamiaru odpoczywać, jak radziła Damira. Tryskała energią i humorem.  

Jak przystało na księżniczkę, miała na sobie złotą, jedwabną suknię z szerokimi rękawami. Długa, delikatna chusta osłaniała gęste włosy, falując przy każdym ruchu.  

Niezwykle z siebie zadowolona ruszyła w stronę swoich prywatnych ogrodów. Przez chwilę stała, podziwiając kobierzec kolorowych kwiatów.  

Głęboko wciągnęła powietrze. Uwielbiała zapach róży damasceńskiej, zwanej też różą z Damaszku, a dzięki rzece Orontes miasto i pałac miały wystarczająco dużo wody.

Widząc starego Asima, książęcego ogrodnika, którego znała od dziecka, oraz jednego z jego licznych pomocników – Abdula, podeszła do nich żwawym krokiem. Przywołała do siebie młodzieńca pod pretekstem zwrócenia uwagi na roślinę potrzebującą specjalnej troski. Ale tak naprawdę chciała, aby udał się do stajni i przyprowadził Dżamala.

Gdy wrócił z chłopakiem, podziękowała mu skinieniem głowy, po czym wzięła Dżamala na stronę. Podała mu jeden dirham – co było sporą nagrodą – tłumacząc cicho, czego od niego oczekuje. Chłopiec słuchał uważnie – już nie raz wykonywał dla niej różne zadania, które pragnęła zachować w tajemnicy przed rodziną. Dzięki niej dorobił się małej fortuny.

Dżamal, zadowolony z zapłaty, pobiegł między rabatami kwiatowymi wykonać polecenie. Choć miał zaledwie jedenaście lat, był niezwykle sprytny i obrotny.  

Parisa usiadła przy fontannie i zanurzyła szczupłe palce w chłodnej wodzie. Rozemocjonowana wpatrywała się w delikatnie wzburzoną taflę. Jedyne, co jej pozostało, to cierpliwie czekać.

3 komentarze

 
  • Użytkownik Hart

    Oj i zaczyna robić się klimatycznie i romantycznie. Oczywiście domyślam się że to nie będzie łatwa droga do szczęścia. Wiesz my naprawdę mamy dużo wspólnego. Ale o tym sza😉. Cudownie rozwijasz temat i już czekam na odsłonę 3. Pozdrawiam 😘

    38 minut temu

  • Użytkownik Marigold

    @Hart Skorpion i Parisa nie będą mieli łatwo! Nie ze mną! 😉
    Bardzo się cieszę, że czytasz kolejną moją opowieść!  
    Każdy tak motywujący komentarz jak Twój, sprawia, że z chęcią chce się pisać dalej!  Dzięki  <3

    14 minut temu

  • Użytkownik nefer

    Odcinek przepojony emocjami, które emanują niemal z każdego wersu. Umiejętnie budujesz napięcie.

    2 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @nefer Staram się! Pierwsza część to było takie dłuższe wprowadzenie do historii, a od teraz zaczyna się konkretna opowieść.  
    Wielkie dzięki za tak motywujący komentarz :)

    49 minut temu

  • Użytkownik Shadow1893

    Pierwsze spotkanie zaliczone, wróg krąży jak sęp wokół padliny i dogaduje. Nie ukrywam, że ciekawi mnie, jak dojdzie do porwania i co Aqrab wymyśli. Pozdrawiam. :)

    7 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @Shadow1893 Zdradzę jedynie, że wykona zadanie po mistrzowsku ;)  Dzięki! :)

    5 godz. temu