
Od tego rozdziału wkraczamy w mroczny świat Skorpiona, stąd zmiana kategorii na miłość/dramat.
Ostre ziarna piasku uderzyły w nich z impetem, wdzierając się w każde możliwe miejsce, powodując ból i utrudniając oddychanie. Wiatr bezlitośnie szarpał ich ubraniami i chustami osłaniającymi twarze, jakby chciał rozerwać je na strzępy, zawodząc przy tym nieludzko.
Skorpion, nisko pochylony nad Shamalem, poluzował wodze, zdając się na jego zwierzęcy instynkt i krew przodków. Już raz wyprowadził ich z chaosu, jaki niosła ze sobą Zenobia. Skorpion wierzył, że tym razem też tak będzie – to tylko kwestia czasu.
Ogier natychmiast zrozumiał, że teraz on tu dowodzi. Opuścił głowę i zwęził nozdrza, dodatkowo przymykając oczy, by chronić je przed piaskiem. Ustawił się bokiem do wiatru i powoli ruszył przed siebie, kopytami wyczuwając każdą nierówność podłoża. Krok po kroku przedzierał się przez niszczycielski wir piasku i pyłu.
Zmierzenie się z takim żywiołem jak burza piaskowa to nie tylko ogromny wysiłek, ale i próba charakteru. Shamal, choć młody, był silny i niezwykle doświadczony. Cechowała go wyjątkowa mądrość, dzięki której wielokrotnie wyratował ich z opresji.
Nagłe szarpnięcie sprawiło, że Skorpion skoncentrował się na dziewczynie, która z całej siły obejmowała go w pasie. Przylgnęła do niego tak ściśle, iż wydawało się, że tworzą jedno ciało. Policzek przytuliła do jego pleców, starając się jak najlepiej ochronić twarz przed bezlitosnymi smagnięciami wiatru.
Ciekawiły go myśli szalejące w jej głowie. Na pewno już się domyśliła, że za porwaniem stoi jeden ze szczurów Raszida – jak ich pogardliwie nazywano. Bez wątpienia wyrzucała sobie swoją naiwność, przeklinając go niewybrednymi słowami. Uśmiechnął się kpiąco pod kufiją. Pewnie nie było ich zbyt wiele – w końcu skąd mogła znać takie wyrażenia? Przecież była księżniczką.
Po chwili uśmiech zastąpił ponury grymas, gdy pomyślał o Raszidzie i jego planach wobec dziewczyny. Nie sądził, by pozostała nietknięta podczas pobytu w Masjaf. Sinan nie oszczędzał nikogo, a tym bardziej córki wroga.
Był jeszcze Razan – bestia w ludzkiej skórze, którego podniecała krew ofiar i ich błagania o litość. Na samą myśl o rywalu całe jego ciało napięło się z czystej nienawiści. Już wkrótce jeden z nich skończy z poderżniętym gardłem.
Jeśli chodzi o dziewczynę, cała nadzieja spoczywała w Najwie. To ona rządziła rajskim ogrodem i była nałożnicą samego Raszida. Poza nim nikt nie miał do niej prawa. Najstarsza wśród przebywających tam kobiet była przebiegła i wyrachowana, a do tego nie brakowało jej życiowej mądrości. Świadoma swej władzy i wyjątkowej urody, nie była zazdrosna o młodsze koleżanki. Skorpion lubił Najwę. Odnalazła się w niełatwym świecie Masjaf i wywalczyła dla siebie tyle wolności, ile w tej sytuacji można było zdobyć.
Gdy kolejny, wyjątkowo silny podmuch wiatru omal nie zrzucił ich z konia, Skorpion zacisnął zęby i ponownie skupił się na Shamalu i jego dzielnej walce z królową burz.
Parisa miała łzy w oczach. Tłumaczyła sobie, że to przez piasek, ale jej serce cicho szeptało, że to nieprawda. Jakże była głupia, że zaufała komuś, kto był ostatnią osobą zasługującą na zaufanie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zawiodła swoją rodzinę – matkę i babkę, Tariqa… ojca.
Gdy pomyślała o Umarze, po jej policzku spłynęła słona kropla żalu, zatrzymując się w kąciku ust. Naraziła na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale i swoich najbliższych. Złamała dane słowo. I to dla kogo? Dla człowieka bez zasad, bez honoru, kłamcy i mordercy.
Dopiero teraz do niej dotarło, z kim tak naprawdę ma do czynienia. W jej oczach widać było zagubienie. Oddałaby wszystko, żeby znaleźć się ponownie w domu. Spazm płaczu wstrząsnął jej drobnymi plecami. Zrozumiała, że nie ma już powrotu do dawnego życia. Nic nie będzie takie samo – ani ona, ani jej bliscy. Zrezygnowana spuściła głowę i mocniej przytuliła się do mężczyzny, który – musiała to przyznać – zranił ją bardziej niż ktokolwiek do tej pory.
Burza wciąż szalała, a Shamal niestrudzenie parł naprzód, przedzierając się przez tumany pyłu i piachu. W końcu trafił na nieznaczny spadek terenu, który dodał mu sił do dalszej wędrówki, bo już wiedział, że schronienie jest blisko.
Zarówno Skorpion, jak i Parisa zupełnie stracili poczucie czasu. Nie wiedzieli, jak długo są poza Hamą, w pełni skupieni na walce z żywiołem. Po pewnym czasie zauważyli, że wiatr nie wirował wokół nich już tak przeraźliwie.
Skorpion natychmiast odgadł, że Shamal znalazł jedną z licznych wadi – wyschniętych koryt rzek przecinających ziemię na wschód od Masjaf. Tutaj przeczekają najgorsze, a przede wszystkim dadzą odpocząć ogierowi, który spisał się znakomicie. Po raz kolejny udowodnił, że wśród wszystkich koni Raszida Shamal nie miał sobie równych. Nic dziwnego, że Razan kipiał gniewem, gdy dotarło do niego, że nie będzie należeć do niego.
Na dnie koryta ogier zatrzymał się, dając w ten sposób znać, że są bezpieczni. Skorpion wypuścił lejce i poklepał Parisę po rękach, które zaciskała na jego talii. Dziewczyna uniosła głowę i powoli zabrała dłonie.
Gdy zeszła z konia, w oszołomieniu przyglądała się nieznanemu krajobrazowi. Spalona słońcem ziemia bardzo różniła się od żyznej doliny Orontes. Przerażała ją ta surowość. Nagle w panice odwróciła się i pognała przed siebie, ile sił w nogach. Sama nie wiedziała, dlaczego biegnie, ale to było silniejsze od niej. Być może była to reakcja na szok, w którym wciąż pozostawała.
Słyszała za sobą Antaresa – czy jak on się naprawdę nazywał – który nieubłaganie zbliżał się do niej, bez żadnego wysiłku pokonując dzielący ich dystans. W międzyczasie zgubiła chustę osłaniającą twarz i teraz jej czarne włosy powiewały dziko na wietrze.
Pisnęła cicho, gdy poczuła na ramieniu silny uścisk męskiej ręki. Stanowczym szarpnięciem odwrócił ją twarzą do siebie. Parisa, zamiast się poddać – bo i tak nie miała z nim żadnych szans – zaczęła się wyrywać i tłuc pięściami w jego tors. Walczyła dzielnie, nie mogąc pogodzić się z sytuacją, w jakiej się znalazła. W pewnym momencie wykonała gwałtowny ruch do tyłu i tracąc równowagę, pociągnęła za sobą Antaresa.
Mężczyzna, aby nie upaść całym swym ciężarem na dziewczynę, w ostatniej chwili zawisł nad nią, kładąc dłonie po obu stronach jej głowy.
Dłuższy czas żadne z nich się nie poruszyło, tylko przyglądali się sobie z wściekłością. Ich usta prawie się stykały, oddechy splatały w jeden wspólny, a oczy żarzyły się gniewnie.
Drżeli – nie tylko z powodu biegu, ale też skomplikowanych emocji towarzyszących im od pierwszego spotkania. Do tych uczuć dołączyły nowe, jeszcze bardziej bolesne.
Skorpion wpatrywał się w Parisę, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu, zbyt mocno świadomy jej ponętnego ciała. Przypomniał sobie moment, gdy w stajni Hakima swoimi wargami musnął jej usta, i natychmiast poczuł płomień, który wtedy między nimi zapłonął. Teraz znowu się pojawił – intensywny, równie groźny jak tamten, a może groźniejszy.
Parisa znieruchomiała, leżąc pod Antaresem. Mając jego twarz tak blisko, ponownie poddała się jego męskiemu urokowi, lecz zaraz przypomniała sobie, że ją porwał i zabiera do Masjaf.
– Nienawidzę cię! – wycedziła przez zęby, gromiąc go wzrokiem.
Skorpion roześmiał się nieprzyjemnie, po czym podniósł się i, patrząc na nią z góry, odparł chłodno:
– Naprawdę myślisz, że mnie to obchodzi? – Jego głos ociekał ironią, a słowa porażały okrucieństwem. – Gdyby Raszid rozkazał cię zabić, już byś nie żyła.
Zauważył, jak pobladła. Przeraził ją.
– Kim jesteś? Bo na pewno nie Antaresem – wyszeptała Parisa wyschniętymi na wiór ustami, starając się nie okazać, jak bardzo była wystraszona.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę spoglądał na nią lodowato, specjalnie potęgując jej niepokój.
– Skorpionem – mruknął. Następnie odwrócił się do niej plecami i ruszył w stronę Shamala.
Parisa, gdy usłyszała imię będące synonimem śmierci, zapadła się w sobie. A więc spotkała Skorpiona – człowieka, który na rozkaz mordował z zimną krwią, mistrza w swoim fachu.
Leżała tak jakiś czas, patrząc na zachmurzone niebo. Jeśli wcześniej mogła sobie wmawiać, że zaszła pomyłka i uda jej się wrócić do rodziny, to po tym, co usłyszała, wszelka nadzieja umarła. W jej oczach znów pojawiły się łzy, ale natychmiast je wytarła. Nie będzie płakać! Nie przez tego pozbawionego serca i sumienia mężczyznę.
– Niech cię piekło pochłonie! – krzyknęła za nim.
„A mnie razem z nim, za to, że sama do niego przyszłam” – dodała w duchu.
Skorpion, słysząc jej pogardliwy okrzyk, uśmiechnął się lekceważąco.
– Księżniczko, jestem w piekle od dnia narodzin – odpowiedział cicho, by nie mogła usłyszeć jego wyznania. I tak by nie zrozumiała zawartej w nim aluzji.
Burza przesunęła się w stronę Hamy, lecz nawet tutaj wciąż zdarzały się silniejsze porywy wiatru.
Skorpion podszedł do Shamala i wtulił twarz w szyję zwierzęcia. Delikatnie go gładząc, wsłuchiwał się w jego oddech, sprawdzając, czy nie kaszle albo nie ma duszności po burzy. Ku jego uldze nie usłyszał nic niepokojącego.
Następnie stanął naprzeciw niego i uważnie przyjrzał się jego oczom i nozdrzom. Na szczęście wierny rumak patrzył na niego jak zawsze – zadziornie, z lekką wyższością. Rozsiodłał go, a potem obszedł dookoła, szukając wzrokiem otarć na skórze. I tym razem wszystko było w porządku.
Zadowolony Skorpion z jednej z sakw wyciągnął szczotkę, by wyczesać z Shamala resztki piasku. Zajmując się ogierem, co chwilę zerkał w stronę Parisy. Jakiś czas temu wstała i teraz wpatrywała się w ścianę piachu wiszącą na wschód od nich, prawdopodobnie nad samą Hamą. Po spuszczonych ramionach domyślił się, że się poddała. Mądra decyzja. Czy tego chciała, czy nie, była w jego rękach – a on nie zamierzał jej z nich wypuścić. Im szybciej pogodzi się z sytuacją, tym lepiej dla wszystkich, a przede wszystkim dla niej.
Gdy skończył czyścić Shamala, napoił go i nakarmił. Potem sięgnął po bukłak z wodą, wyciągnął dwa kawałki sera i podszedł do stojącej w oddaleniu dziewczyny.
– Masz – rzekł, podając jej jedzenie. – Przed nami długa droga, zanim zatrzymamy się na noc. Do Masjaf dotrzemy jutro.
Masjaf – jej przyszłe więzienie.
Parisa w pierwszej chwili chciała wytrącić mu prowiant z ręki, ale zaraz się zreflektowała. Jeszcze nie wszystko było stracone. Po pierwszym załamaniu dała o sobie znać buntownicza strona jej charakteru. Potrzebowała siły, by zrealizować plan ucieczki, który w międzyczasie zrodził się w jej głowie – bo gdy dotrą do twierdzy, straci wszelką szansę na wolność.
Bez słowa wzięła od niego ser i zaczęła jeść. Posilona ruszyła w stronę osiodłanego i gotowego do drogi konia. Gdy zauważyła, że Skorpion nadal stoi, zwróciła się do niego impertynencko, nawet nie starając się ukryć rozdrażnienia:
– Możemy już jechać? Czy może się rozmyśliłeś i zamierzasz odwieźć mnie do Hamy?
Mężczyzna gapił się na nią, jakby wyrosły jej dwie głowy. Pomyślał, rozbawiony, że tylko ona potrafiła wprawić go w zdumienie.
Powoli podszedł do niej i schował bukłak do sakwy. Upewniwszy się, że wszystko jest prawidłowo zamocowane, zgrabnym ruchem dosiadł Shamala. Następnie odwrócił się w stronę dziewczyny, pochylił nisko i podał jej rękę, by pomóc jej wejść na konia.
Parisa, wpatrując się w Skorpiona, zawahała się. Ponownie odgrywali scenę z poranka, kiedy, nieświadoma zagrożenia, jakie niesie ta wyciągnięta dłoń, chwyciła ją bez zastanowienia.
Tym razem znała całą prawdę o tym człowieku i o tym, dokąd ją wiezie.
Rano miała wybór, teraz była na niego skazana. Z zawziętą miną mocno chwyciła go za przegub i po chwili siedziała w siodle za jego plecami. Od razu otulił ją zapach męskiego ciała. Ku jej złości nie był nieprzyjemny – wręcz przeciwnie, miał w sobie coś atrakcyjnego i kuszącego.
Gdy ruszyli, objęła go w pasie, pod palcami czując twarde mięśnie brzucha. Wściekła na siebie za te niemądre myśli, ze złością przytuliła do niego policzek i, wyczerpana ostatnimi przeżyciami, zasnęła.
Skorpion od razu wyczuł, kiedy zapadła w sen. Napięte ciało rozluźniło się, miękko wtulając się w niego. Jej bliskość była dla niego jedną wielką torturą. Uwolnione włosy dziewczyny co jakiś czas łagodnie muskały jego przedramiona. Ten subtelny dotyk działał na niego jak pieszczota doświadczonej kurtyzany.
Zniesmaczony swoim zachowaniem zmarszczył gniewnie brwi. Ostatnie, czego chciał i potrzebował, to kłopoty z powodu Parisy.
Szybko nauczył się panować nad podnieceniem. Raszid często wykorzystywał kobiety z rajskiego ogrodu, by z ich pomocą manipulować swoimi asasynami. Przysiągł sobie, że nie będzie jednym z nich. Ulegał namiętności tylko wtedy, kiedy naprawdę tego pragnął, będąc poza jakąkolwiek kontrolą Sinana.
Tak samo nie dotykał haszyszu. Raz spróbował i źle się to dla niego skończyło. Wtedy postanowił, że więcej nie dopuści do sytuacji, w której był zależny od innych.
Zarówno on, jak i Sinan, doskonale wiedzieli, co go trzyma w Masjaf. Do tej pory bawili się w kotka i myszkę, ale ostatnio coś się zmieniło. Zaczęli grać na poważnie.
Słońce wciąż było wysoko, gdy Skorpion zarządził postój, nie chciał zbytnio przeciążać Shamala – zasługiwał dziś na solidny odpoczynek. Poza tym jego zdobycz była w siodle przez większość dnia, do czego zapewne nie była przyzwyczajona.
Najpierw sam zsiadł z końskiego grzbietu, a potem pomógł Parisie. Gdy tylko jego palce dotknęły jej talii, po raz kolejny przeskoczyły między nimi iskry. Ledwie stanęła na ziemi, szybko cofnął dłonie. Widząc głębokie cienie pod oczami dziewczyny, kazał jej usiąść na dużym kamieniu, radząc, aby najpierw sprawdziła, czy wokół nie ma skorpionów – często wybierały ocienione miejsca na kryjówkę.
Parisa, zgodnie z jego poleceniem, wszystko dokładnie obejrzała i wkrótce, w miarę wygodnie usadowiona na głazie, obserwowała mężczyznę, który najpierw zajął się Shamalem, a dopiero potem ogniskiem. W międzyczasie umyli twarze i ręce. Robiło się chłodno, więc Skorpion podgrzał wodę w dwóch naczyniach i jedno z nich podał dziewczynie. Podzielił także ser, daktyle i cienkie placki.
Jedli w milczeniu, bo właściwie nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć. On był porywaczem, ona porwaną. Ona księżniczką, a on asasynem. Żyli w tak odmiennych światach, że trudno było znaleźć bardziej różniące się od siebie osoby. Parisa dobrze wiedziała, że to niemądre, ale odważyła się zadać pytanie, które nurtowało ją, odkąd zdradził jej swoją tożsamość.
– Dlaczego to robisz? Dlaczego zabijasz na czyjś rozkaz?
Skorpion drgnął, słysząc jej cichy głos. Oparty o drugi głaz, z nogami wyciągniętymi przed siebie i skrzyżowanymi w kostkach, trzymając w dłoni kubek, wpatrywał się w płomienie palącego się ogniska. Od zawsze lubił spoglądać w ogień – uspokajał go.
Dlaczego to robił? Ciekawe pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Tak go wychowano. Chcieli, by zabijał – więc zabijał.
– Może dlatego, że jestem w tym dobry? A każde zabójstwo to sprawdzenie swoich możliwości – rzucił beznamiętnie, a twarz wykrzywiła mu się szyderczo. – Igranie z niebezpieczeństwem uzależnia o wiele bardziej niż narkotyki czy kobiety.
Parisa, słysząc te bezlitosne słowa, mocniej ścisnęła puste już naczynie.
– Jesteś potworem, wiesz o tym? – odparła ostro, jakby chciała złamać kogoś, kogo złamać się nie da.
Skorpion roześmiał się gorzko.
– Też byś taka była, gdybyś dorastała najpierw w Orlim Gnieździe, a potem w Masjaf… szczególnie w Masjaf – dodał ciszej.
Alamut wspominał dobrze, ale Raszida najchętniej zatłukłby gołymi rękami i to z wielką satysfakcją.
W oczach Parisy błysnęło współczucie. Po raz pierwszy naszła ją refleksja, kim by się stała, gdyby nie urodziła się w rodzinie emira. Do tej pory nie zawracała sobie głowy takimi pytaniami, zbyt zajęta uprzywilejowanym życiem księżniczki.
„Nic z tego!” – pomyślała gniewnie. – „Nie będę współczuć temu bękartowi!”
– Gdybym mogła – zabiłabym cię teraz.
Wypowiedziane z mocą słowa rozniosły się po okolicy, potęgując ich mroczny wydźwięk.
Skorpion oderwał wzrok od ognia i spojrzał na nią. Mimo zapadających ciemności doskonale widziała jego błyszczące oczy. Dostrzegła w nich i ból, i cierpienie, ale najgorszy był spokój, z jakim przyjął jej okrutne stwierdzenie.
– Zapewne – stwierdził obojętnie.
I właśnie ta obojętność najbardziej wstrząsnęła Parisą. Chyba dopiero teraz pojęła, kim jest Skorpion – szaleńcem, który balansuje na krawędzi, czerpiąc z tego przyjemność.
Parisa była zdruzgotana swoim odkryciem. Naprawdę zaczęła się bać. Musiała uciec, póki jeszcze istniała taka możliwość.
– Jestem zmęczona, idę spać – oznajmiła, wstając. – Na czym mogę się położyć? – zapytała, spoglądając na niego wyczekująco.
Skorpion również wstał, sięgnął po derkę, która leżała na siodle, i rzucił jej.
– To ci musi wystarczyć.
Parisa złapała ją, opatuliła się nią szczelnie i położyła na ziemi. Nigdy wcześniej nie spała pod gołym niebem, ale to akurat było najmniejsze z jej zmartwień.
– A skorpiony? – zapytała lękliwie, przypominając sobie, że ją przed nimi ostrzegał.
– Nie musisz się bać, ze mną nic ci nie grozi – rzucił od niechcenia. – Nawet jeśli się pojawią, nie zaatakują. Nie robią mi krzywdy… lubimy się.
„No tak – pomyślała ze złością – przecież traktował je jak swoje pupile”.
– Zmarzniesz, leżąc tak daleko ode mnie – zauważył mężczyzna, również szykując się do snu. – Przysuń się bliżej.
– Tu jest mi bardzo dobrze – stwierdziła wyniośle, nie mając zamiaru się więcej odzywać.
Czas mijał, zrobiło się cicho – nawet ognisko powoli się wypalało – a Parisa wciąż czuwała.
Gdy dobiegł do niej miarowy, spokojny oddech Skorpiona, bezszelestnie odrzuciła pled i powoli się podniosła.
Ostrożnie stawiając kroki, ruszyła w stronę mężczyzny.
Planowała udusić go chustą, ale gdy się zbliżyła, zauważyła duży nóż, który leżał tuż przy nim i lśnił kusząco w świetle dogasającego ognia.
Bez zastanowienia chwyciła rękojeść i rzuciła się na Skorpiona, który od razu otworzył oczy i cynicznie się śmiejąc, przytrzymał dłoń trzymającą broń.
– Nie tak łatwo poderżnąć mi gardło – mruknął.
Następnie przeturlał się z nią tak, że Parisa znalazła się pod nim. Odrzucił nóż daleko za siebie i całą uwagę skupił na dziewczynie, która leżała oszołomiona, nie wiedząc, co się właściwie stało, bo wszystko potoczyło się niezwykle szybko.
Ich twarze znajdowały się tak blisko siebie, że widziała jego czarne źrenice. Wystraszona próbowała się uwolnić, ale Skorpion ułożył się na niej całym ciałem, nie dając jej żadnych szans na ucieczkę.
Zawisł nad nią, a potem znienacka zaatakował jej usta. Nie było w tym subtelności ani łagodności – tylko żądanie. Językiem natarczywie torował sobie drogę do jej wnętrza. Nie pytał o pozwolenie, tylko brał, co chciał. Nie obchodziło go, co ona teraz czuje – liczyło się to, co sam przeżywał. Pożądanie buzowało w nim, jakby pierwszy raz miał styczność z kobietą.
Chciał, żeby dziewczyna na własnej skórze przekonała się, czym jest gniew mężczyzny, chciał, by się bała.
Rękami śmiało błądził po jej smukłym ciele, dłużej zatrzymując się na piersiach, które idealnie pasowały do jego dłoni. Pod warstwami ubrań wyczuł twardy sutek i zaczął go pieścić, nie przestając jej gwałtownie całować i ocierać się o nią. Nie było w tym finezji – tylko czysta żądza.
Parisa w pierwszej chwili nie wiedziała, co się dzieje, walczyła z nim zawzięcie i odwracała głowę, by uniknąć niechcianego pocałunku, lecz był jak skała – nie do ruszenia. W końcu – z braku sił – przestała się wyrywać, a wtedy i on złagodniał. Nie było już brutalności, ale delikatność. Teraz przypominał jej Antaresa ze stajni Hakima. Mimo strachu pojawiło się ciepło, które rozlewało się po jej zdradzieckim ciele. Jego wargi zmiękły, a język zmysłowo muskał wewnętrzną stronę jej policzka.
I nagle wszystko się skończyło. Słychać było tylko ostatni trzask dogasającego ognia i dalekie wycie wilka.
Skorpion oderwał się od niej, ale zanim uwolnił ją od swojego ciężaru, zdążył wyszeptać:
– Sprowokuj mnie jeszcze raz, a już się nie zatrzymam.
Następnie wstał, chwycił swój płaszcz i, zanim położył się obok Shamala, sięgnął po nóż i wsunął go do skórzanego pokrowca przytroczonego do spodni.
Teraz mógł spać spokojnie – dziewczyna dostała nauczkę i więcej nie spróbuje żadnych sztuczek.
Pokazał, kto tu rządzi.
Musiał dać jej lekcję, aby raz na zawsze zapamiętała, że Masjaf to nie pałac emira. Raszid każde nieposłuszeństwo, nawet najmniejsze, karał z sadystyczną przyjemnością.
On wiedział, że się w porę powstrzyma, bo Sinan, jak i Razan by jej nie oszczędzili.
Przygnębiona i upokorzona Parisa jeszcze długo leżała na zimnej ziemi.
Od samego początku domyślał się, że ona coś knuje – dlatego zostawił nóż. Po raz kolejny okazała się głupia i naiwna. Z całej siły przycisnęła pięść do obolałych od bezdusznych pocałunków ust, próbując powstrzymać szloch. Niestety łzy jej nie posłuchały i obficie popłynęły po policzkach. Nie wiedziała, kogo w tym momencie bardziej nienawidzi: siebie czy tego aroganckiego mężczyzny.
Zrozumiała, że w jego świecie nie może pozwolić sobie na słabość ani najmniejszy błąd. Od teraz musiała bardzo uważać, by nikt się nie domyślił, że wciąż planowała ucieczkę.
Zrezygnowana wstała i położyła się na swoim pledzie. Skuliła się w kłębek i, wyczerpana zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie, pogrążyła się w niespokojnym śnie.
Pobudka nastąpiła wraz z pierwszymi promieniami słońca, które nieśmiało rozświetlały wyschniętą ziemię. Zdezorientowana Parisa rozglądała się niepewnie wokół. Zaspana, nie do końca wiedziała, gdzie się znajduje. Dopiero widok krzątającego się Skorpiona przywrócił jej pamięć.
Po porannym obmyciu bez słowa podał jej to samo co wczoraj: ser, daktyle i placki oraz kubek wody. Dziewczyna ułożyła prowiant na pledzie i zaczęła jeść, nie spuszczając przygnębionego wzroku ze swojego porywacza.
Pogardzała nim!
Wczoraj arogancko pokazał jej, jak bardzo jest wobec niego bezsilna. W duchu znów życzyła mu śmierci i miała nadzieję, że zobaczy, jak umiera.
Skorpion, który zjadł wcześniej, siodłając Shamala, przyglądał się Parisie. Po jej bladej twarzy poznał, że miała za sobą ciężką noc. Wpatrywała się w niego oczami opuchniętymi od krótkiego snu i płaczu, który doskonale słyszał, mimo że próbowała go stłumić.
Po posiłku, który upłynął w ciężkiej ciszy, ruszyli w dalszą podróż. Każdy krok Shamala, który przybliżał ich do twierdzy Sinana, powodował u nich szybsze bicie serca – choć z różnych powodów.
Parisa bała się osławionego przywódcy asasynów, o którym słyszała wiele złego. Czasami miała wrażenie, że nie jest człowiekiem, lecz demonem. Rozumiała, że porwano ją ze względu na plany ojca. Liczyła na to, że nie potraktują jej źle, skoro miała być jedynie zakładniczką. Jednak w głębi serca przeczuwała, że wszystko, co się teraz dzieje, zmieni ją bardziej, niż by tego chciała.
Skorpion rozglądał się po znajomej okolicy. Byli już blisko. Naszła go przykra refleksja, że Parisa szybko zrozumie, dlaczego stał się potworem – jak go określiła – i z czym się zgadzał. Szkolenie prowadzone przez Raszida, a później Razana, przeżywali tylko najbardziej bezwzględni, pozbawieni zasad i uczuć asasyni.
W pewnym momencie wstrzymał konia. Parisa, zaciekawiona nagłym postojem, wychyliła się lekko w bok, by zobaczyć, co się dzieje.
I wtedy jej oczom ukazał się Masjaf.
Nieświadomie z całej siły wbiła paznokcie w rękę Skorpiona. Zaczęła się trząść, a jej oddech przyspieszył.
Mimo palącego słońca twierdza wydawała się ponura jak w najbardziej pochmurny dzień. Samotna na tle gór emanowała czymś groźnym i tajemniczym, jak pustynia nocą. W tym momencie gorący wiatr zaszeleścił gałązkami retamy, a ten złowieszczy dźwięk przypominał grzechoczące kości.
Skorpion doskonale rozumiał reakcję dziewczyny. Nawet z tej odległości monumentalna budowla robiła wyjątkowo złowrogie wrażenie. Jej majestat i zła sława onieśmielały i wzbudzały trwogę. Gdyby to od niego zależało, najchętniej zrównałby to miejsce z ziemią, a jego mieszkańców pogrzebał pod stertą kamieni.
Lekkim dotknięciem ud dał znać Shamalowi, że ma ruszać. Jeszcze kilka chwil i staną przed bastionem skrytobójców.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
Amorek99
No już 4 raz czytam nie mogę się oderwać jak od poprzednich części. 😎😎😎😍😍😍🤩🤩🤩
Amorek99
Nie zawiodłem się i dziękuję za publikację, tylko jestem teraz zły 😤😤😤 bo chcę więcej i więcej a tak najbardziej już całość i znowu czekanie masakra.😉😉🤩🤩 Swoją drogą rewelacja znowu ideał wiesz mogłabyś to wydać jako książkę i gwarantuje że byłaby hitem a ja pierwszą sztukę bym dorwał. 😍😍😍😎😎😎💪💪💪