Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Aqrab/Skorpion. Cz. 14

Aqrab/Skorpion. Cz. 14Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.

Widok czterech służących niosących w płótnie nieprzytomnego Skorpiona postawił cały pałac na nogi. Na przedzie szedł Umar, głośno wzywając medyka, by natychmiast zajął się mężczyzną. Rannego kazał umieścić w komnacie obok swojej sypialni, aby chronić go przed Raszidem.  

Gdy na wielkim łożu położono Skorpiona i oczom emira ukazały się ślady pozostawione przez bat Basama, poczuł, jak żółć podchodzi mu do gardła. Nawet nie zauważył, że po policzkach spływały mu łzy. Stał jak skamieniały, z bólem wpatrując się w skatowane ciało swojego syna. Swojego syna!  

Po porwaniu Parisy był pewien, że nic gorszego już go nie spotka. Jakże się mylił! Uprowadzenie córki było dla niego piekłem, ale gehenna, przez którą teraz przechodził, była nie do opisania. Już rozumiał, dlaczego ludzie z rozpaczy popadali w prawdziwy obłęd. Torturą była dla niego myśl, że prawie zabił swojego pierworodnego, który teraz balansował na granicy życia i śmierci, i nie wiadomo było, czy uda się go uratować.  

„Nie! – krzyczał w duchu. – Jego syn nie umrze. Nie pozwoli na to!”
– Gdzie jest Ibrahim? – zapytał wściekle. – Już dawno powinien tu być!

W tym momencie do komnaty wszedł wysoki, szczupły mężczyzna, mniej więcej w wieku Umara. Na jego pociągłej twarzy malowały się zarówno troska, jak i zdziwienie, że wezwano go do więźnia, który na dodatek został przeniesiony do prywatnych komnat.  
– Aby nie tracić cennego czasu, od razu zabrałem ze sobą potrzebne rzeczy – odparł spokojnie, nie spuszczając uważnego spojrzenia ze swojego pacjenta. – Wydałem też polecenia służbie.

Pół życia opiekował się rannymi wojownikami Saladyna. Wiele przeszedł, a jeszcze więcej widział. Mimo to widok pleców Skorpiona, prawie pozbawionych skóry, mocno nim wstrząsnął. Szybko się jednak opanował. Jego obowiązkiem było leczyć, a nie załamywać ręce.  
– Opatrzę go najlepiej, jak potrafię, ale nie wiem, czy przeżyje dzisiejszą noc. – Nie miał pojęcia, dlaczego kazano mu leczyć Skorpiona, ale rokowania były złe. – Podczas całej swojej praktyki znałem tylko jednego człowieka, który wyszedł z tak poważnych obrażeń. Oby on był drugim – dodał, ponownie spoglądając na zmasakrowane ciało.

Umar podszedł do Ibrahima i mocno ścisnął go za ramię.
– Masz zrobić wszystko, co w twojej mocy. Wszystko! – W jego drżącym z emocji głosie słychać było błaganie. – To mój syn. Już raz mi go zabrano, drugiej straty nie zniosę – dokończył szeptem.

Słysząc te rewelacje, mężczyzna nie potrafił ukryć zdumienia. Nie miał pojęcia, że poza Tariqiem Umar miał jeszcze jednego syna. Ale to nie był czas, by wypytywać o szczegóły. Jeśli pragnął wyrwać Skorpiona ze szponów śmierci, której obecność wyczuwał w komnacie, każda chwila była na wagę złota.  
– Rozumiem – odparł krótko i podszedł do torby, z której zaczął wyciągać różne specyfiki. Jednocześnie zwrócił się do znajdującego się w pobliżu służącego, by przyniósł wino i wodę.

Młody sługa rzucił się biegiem, by natychmiast wykonać polecenie. W międzyczasie przyniesiono wygotowane płótna.
Ibrahim zdjął długi kaftan i podwinął rękawy tuniki, by nie przeszkadzały mu w opatrywaniu ran.  

Gdy dostarczono wino i wodę, medyk odmierzył odpowiednie proporcje, dodając jeszcze opium, po czym polecił temu samemu służącemu poić Skorpiona. Opium miało sprawić, że mniej odczuje ból, chociaż i tak będzie bardzo cierpiał, kiedy zajmie się jego plecami.  

Aby go nie urazić, Ibrahim ostrożnie usiadł obok nieprzytomnego Skorpiona. Chwycił kawałek szmatki, zanurzył ją w gorącej wodzie, a po odciśnięciu przyłożył do pokaleczonego ciała. Pacjent drgnął i głośno jęknął z bólu. A to był dopiero początek. Medyk westchnął ciężko i zabrał się do mozolnego usuwania zabrudzeń oraz skrzepów. Widok poszatkowanych pleców sprawiał, że i on wzdrygał się przy każdym dotknięciu ran mężczyzny.  
„Jeśli ten człowiek wytrzyma te wyjątkowo bolesne zabiegi i wyzdrowieje, to będzie prawdziwy cud” – pomyślał, po raz kolejny płucząc płótno z krwi.  

Czas mijał, a oczyszczanie ran trwało. Pojawiła się także gorączka. Skorpion rzucał się na łóżku tak gwałtownie, że trzeba było go mocno przytrzymywać, aby Ibrahim mógł kontynuować swoją pracę.

Przez ramię zerknął w stronę emira, który stał tuż obok, z rękami przyciśniętymi do ust. Nic nie mówił, jedynie patrzył. Przypominał upiora z pałającymi, ciemnymi oczami na bladej twarzy. W tej chwili Umar wydawał się najbardziej załamanym człowiekiem na świecie.  

Medyk oderwał od niego wzrok i ponownie skupił się na Skorpionie. Musiał się spieszyć, aby zapobiec zaognieniu ran. Im szybciej je oczyści i nałoży odpowiednie maści, tym jego szanse na przeżycie wzrosną. Przedramieniem otarł pot z czoła i pochylił się nisko nad mężczyzną, by niczego nie przeoczyć.  
  
Umar był jak sparaliżowany, czując w sercu każdy bolesny jęk swojego pierworodnego. Miał wrażenie, że teraz to on jest rozrywany na strzępy, tak jak wcześniej jego syn w cuchnącym lochu. Jeśli Skorpion umrze – a właściwie Amir, bo takie imię nadał mu tuż po narodzinach – nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła się pozbierać. Nie chciał ponownie go opłakiwać.  

Podczas całego zamieszania zapomniał o Ayanie. Napiął mięśnie, nie wiedząc, jak powiedzieć jej, że ich porwany przed laty pierworodny żyje i jest najgroźniejszym asasynem Raszida.  

Na myśl o Sinanie, krew zastygła mu w żyłach z nienawiści. Ale nim zajmie się później. Teraz najważniejsza była jego żona i szokująca wiadomość, którą musiał jej przekazać. Jednego był pewien: nie mógł dopuścić, aby Ayana zobaczyła syna w takim stanie. Choć była silna i wiele potrafiła znieść, widok skatowanego Skorpiona mógłby ją załamać.  

Umar położył dłoń na ramieniu Ibrahima i, starając się zapanować nad zdenerwowaniem, szepnął do niego:
– Pomóż mu.
Medyk tylko kiwnął głową, obiecując, że zrobi wszystko, co będzie mógł. Tylko czy to wystarczy?

*

Emir wszedł cicho do sypialni, którą dzielił z Ayaną i zaczął szukać jej wzrokiem.  Choć było już bardzo późno, a świece w lichtarzach dogasały, nigdzie jej nie widział. Lekki powiew wiatru, który musnął jego twarz, podpowiedział mu, gdzie mogła się znajdować.  

Powoli, jak skazaniec, który za chwilę miał stracić życie, podszedł do lekko uchylonych drzwi prowadzących na taras. Położył dłoń na klamce, próbując odwlec moment, w którym świat Ayany po raz kolejny runie. Westchnął ciężko, przytłoczony niewidzialnym ciężarem, który dźwigał na barkach, i wyszedł na zewnątrz. Chłód nocy nieco uspokoił gwałtowne emocje, które szalały w nim niczym potężna burza piaskowa.

Ze smutkiem przyglądał się smukłej postaci, zapatrzonej w granatowe niebo. Drżała, mimo że była szczelnie owinięta szalem. Bał się nadchodzącej chwili.  
– Ayano… – zaczął, ale zaraz zamilkł, gdyż wielka gula w gardle utrudniała mu mówienie. Zamiast tego podszedł do niej i mocno ją przytulił.

Uśmiechnął się z czułością, gdy całym ciałem oparła się o niego. Łączyło ich wielkie uczucie i nikt, nawet Raszid, nie mógł stanąć im na drodze. Wierzył, że cokolwiek ich czeka, razem zdołają przez to przejść. Tylko dzięki wzajemnej miłości udało im się podnieść się po porwaniu Amira, choć przez pierwsze miesiące ból i tęsknota za dzieckiem były nie do zniesienia.  

Dłuższy czas stali objęci, ciesząc się swoją bliskością. Niestety, Umar nie mógł milczeć w nieskończoność. W końcu musiał wyjawić jej straszną prawdę.  
– Ayano, jest coś, o czym musisz wiedzieć.

Ochrypły głos męża tak bardzo ją zaintrygował, że obróciła się w jego ramionach, aby spojrzeć mu twarz. Ku jej zaskoczeniu wyglądał, jakby postarzał się o dekadę. Położyła ręce na jego piersi i z trwogą zapytała:
– Coś grozi Parisie albo Tariqowi?

Umar potrząsnął głową.
– Nie chodzi o nich. Są bezpieczni. Ale… To, co chcę ci powiedzieć, dotyczy Amira. – W tym momencie ujął jej lodowate dłonie w swoje i mocno je ścisnął.

Kobieta patrzyła na niego zdziwiona. Amir zniknął i do dziś nie wiadomo było, co się z nim stało. Mimo że zrobili wszystko, co w ich mocy, by go odnaleźć, przepadł jak kamień w wodę.  

Ukochany, pierworodny syn zajmował w jej sercu szczególne miejsce, zarezerwowane tylko dla niego. Codziennie o nim myślała i prosiła Allaha, aby tam, gdzie przebywał, był szczęśliwy.  
– Amira? – zapytała, przyglądając mu się z niedowierzaniem. – Dlaczego o nim wspominasz?
Przycisnęła czoło do torsu męża i szepnęła z udręką:
– Nie ma go z nami już tak długo.

Słysząc żal w jej głosie, Umar przymknął powieki i wzmocnił swój uścisk. Pragnął obronić ją przed wszelkim złem tego świata, lecz niestety nie był w stanie tego uczynić.  
– Amir… nasz syn… żyje. – Przełknął głośno ślinę, starając się wydobyć z siebie kolejne słowa. – To Skorpion.

Ayana poderwała głowę, myśląc, że się przesłyszała. Zszokowana, wpatrywała się w męża szeroko otwartymi oczami.
– Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz – odparła, wysuwając się z jego ramion i szczelniej otulając szalem, jakby był zbroją chroniącą ją przed ciosami, jakie zamierzał zadać jej los. – Skorpion jest Amirem?  
Czuła, jak narasta w niej gniew. Rzadko się unosiła, ale teraz jej słynne opanowanie rozpadło się na drobne kawałki.

– Ma znak – wyjaśnił Umar, podchodząc do niej i biorąc jej twarz w dłonie. – Na biodrze ma identyczną strzałę jak ja. To nasz syn.

Przed oczami jej zawirowało. Niby rozumiała każde jego słowo, a jednak sens wypowiadanych przez niego zdań zupełnie do niej nie docierał.  
Skorpion jest ich ukochanym dzieckiem, które ktoś im brutalnie zabrał zaledwie kilka miesięcy po narodzinach?  

– Jest coś jeszcze… – Teraz przyszedł czas na najgorsze. – Nie wiem, czy przetrwa tę noc.

W migdałowych oczach Ayany zakręciły się łzy.
– Muszę do niego iść.

– Nie! – zawołał Umar, przyciągając ją stanowczo do siebie. – Wygląda strasznie. Nie poradzisz sobie z tym widokiem.

–To mój syn! – krzyknęła, szarpiąc się, by się uwolnić. – Przez dwadzieścia pięć lat nie mogłam przy nim być. I teraz, kiedy umiera, mam go zostawić?  
Już nie powstrzymywała słonych kropel, które strumieniem spływały po jej policzkach.

Widok płaczącej żony rozrywał serce mężczyzny, ale nie mógł pozwolić, by zobaczyła Skorpiona.  
– Ibrahim opatruje jego rany. Jak tylko skończy, pójdziesz do niego, ale nie wcześniej. Zaufaj mi! – prosił łamiącym się głosem.

Ayana mocno przytuliła się do męża, czerpiąc siłę z jego bliskości. Pomyślała o swojej rodzinie, skrzywdzonej przez jednego człowieka. Nagle zamarła. To nie był byle jaki człowiek! To był Raszid!  
– Puść mnie! – wysyczała, wściekła jak nigdy dotąd.

Emir aż się zachwiał, gdy niespodziewanie go odepchnęła.
– Dokąd idziesz? – zawołał za nią, gdy minęła go bez słowa i popędziła ku drzwiom.

Gdy nie odpowiedziała, ruszył za nią, bojąc się, że kieruje się prosto do Skorpiona. Ale nie, szła szybkim krokiem w zupełnie inną stronę. Natychmiast domyślił się, dokąd zmierza. Zaniepokojony, podążył za nią.  

Ayana niczego nie widziała ani nie słyszała, całkowicie zaślepiona przepełniającą ją dziką furią. Kiedy skręciła w korytarz prowadzący do gościnnych komnat, jedynym dźwiękiem, jaki można było usłyszeć, był gniewny szelest jej sukni.

Widząc drzwi do sypialni Sinana, nawet się nie zawahała, tylko otworzyła je z takim impetem, aż huknęły o ścianę. Nie interesowało jej, co robi Raszid ani czy jest ubrany. Za to, co uczynił jej rodzinie, zasługiwał tylko na jedno.

*

Raszid leżał na łóżku w luźnej, długiej koszuli i z przebiegłym uśmiechem igrającym na wąskich wargach napawał się swoim triumfem. Zapewne emir i Ayana już odkryli prawdę o jego asasynie. Jakże żałował, że nie było go przy tym i nie mógł zobaczyć ich min. Ale to nie koniec. Nie ujawnił jeszcze wszystkich swoich tajemnic. Jedną z nich postanowił zachować dla siebie... Ale i na nią przyjdzie czas.  

Jego rozmyślania przerwał potworny huk. Zerwał się jak oparzony, nie mając pojęcia, co się dzieje. I wtedy ją zobaczył. Szła ku niemu z rozwianymi włosami, a jej oczy ciskały błyskawice. Blask świec igrał na pięknej twarzy, ukazując malujące się na niej szaleństwo.  

Zagapił się na Ayanę jak zauroczony sztubak, zafascynowany jej niezwykłą urodą. W rezultacie stracił czujność i dopiero w ostatniej chwili dostrzegł, że trzyma w dłoni niewielki nóż. Szarpnął się do tyłu, ale było już za późno. Ostrze przecięło jego tors od ramienia aż po żebra, a biała tkanina natychmiast pokryła się krwią. Zaskoczony spojrzał po sobie, a potem w płonące nienawiścią kobiece oczy.  
– Ty, suko! – wrzasnął i zamachnął się, by ją uderzyć, ale czyjaś silna dłoń chwyciła go za nadgarstek.

– Spróbuj jeszcze raz podnieść rękę na moją żonę, a każę cię poćwiartować.  
Umar mówił spokojnie, lecz to właśnie ten spokój był znacznie groźniejszy niż krzyki.  

Raszid wyrwał się z jego miażdżącego uścisku i odsunął na bezpieczną odległość. Rana, mimo że rozległa, nie była głęboka, ale za to mocno piekła.  
– Skoro tu jesteście – śmiało odezwał się Sinan – to już wiecie, że Skorpion to wasz wykradziony przed laty syn... Wykradziony na moje polecenie – dodał z dumą.
Nie potrafił się powstrzymać. Musiał pokazać, kto od początku był górą.

Słysząc te przechwałki, Ayana ponownie próbowała go zranić, jednak Raszid był na to przygotowany i zdążył odskoczyć.  

W tym momencie dołączyli do nich Hassan i Damira. Oboje byli wyraźnie wzburzeni. Wieść, że Skorpion okazał się zaginionym synem Umara, rozniosła się lotem błyskawicy wśród mieszkańców pałacu.  

Damira, choć dobiegała siedemdziesiątki, zachowała dawny wigor. Jako żona poprzedniego emira Hamy i matka obecnego cieszyła się opinią osoby nieustępliwej, potrafiącej jednym uniesieniem brwi wymusić spełnienie każdego swojego życzenia. Teraz jednak w ogóle nie przypominała samej siebie. Roztrzęsiona podeszła do syna i gwałtownie chwyciła go za ramię.
– Czy to prawda? Skorpion to Amir? Nasz Amir? – W jej oczach szkliły się łzy, a usta drżały z przejęcia. Czyżby jej wnuk odnalazł się po tylu latach? Jak to w ogóle możliwe?

Wpatrując się w poszarzałą twarz matki, Umar powoli pokiwał głową. Damira na moment zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, skierowała swój bezlitosny wzrok na Raszida. Pełna dostojeństwa ruszyła w jego stronę. Po chwili w komnacie rozległ się głośny plask. Tak mocno spoliczkowała Sinana, aż głowa odskoczyła mu w drugą stronę. Nikt się nie spodziewał, a już najbardziej Raszid, że w tak drobnej kobiecie tkwiła taka siła.  
– Gdy przy porodzie zmarła twoja matka, a trzecia żona mojego męża, zaopiekowałam się tobą jak własnym synem, tak jak wcześniej Hassanem – syknęła do niego. – Dałam ci wszystko, co miałam: opiekę i miłość. A ty tak mi za to dziękujesz? Najpierw wykradając Skorpiona, a potem porywając Parisę? – Z każdym słowem jej głos nabierał mocy.

Starzec z Gór, który nie bał się nikogo i śmiało patrzył innym w oczy, w tym momencie spuścił wzrok, nie potrafiąc znieść pełnego wrogości i pogardy spojrzenia swojej macochy.  

– Nie jesteś godny krwi Al-Muzaffarów! – krzyknęła wściekle. – Zapłacisz za to, co uczyniłeś, a kara będzie straszliwa. Wierzę, że Allah i mój syn nie okażą ci żadnej litości.

Tylko Damira potrafiła sprawić, że Raszid poczuł się jak skarcone dziecko. Ogarnęła go złość. Nie powinna zwracać się do niego w ten sposób; w końcu nie była jego prawdziwą matką. A nawet jeśli, to co z tego? Żadna kobieta nie ma prawa mówić tak do mężczyzny.  
– Zamknij się, starucho – warknął, próbując ukryć swoje zmieszanie.

– Wynoś się stąd – rozkazał bratu Umar. – Natychmiast. I nie obchodzi mnie, że jest środek nocy.

Słysząc to, Ayana obróciła się jak fryga w stronę męża.
– Nie możesz tak po prostu pozwolić mu odejść! – wycedziła przez zęby. – Za to, czego się dopuścił, powinien umrzeć.  

Emir podszedł do żony, najwspanialszej kobiety, jaką znał, i delikatnie przyłożył dłoń do jej policzka, kciukiem muskając gładką skórę. Choć szczerze nienawidził swojego najmłodszego brata, potrafił zrozumieć jego gniew i pragnienie zemsty po stracie Ayany. Sam byłby gotów zniszczyć cały świat, byle tylko była jego.
– Kara go nie minie, kochanie. Jednak śmierć to za mało dla takiej gnidy jak on. Rozniosę w pył wszystko, co do niego należy, a on będzie się temu przyglądał. I wtedy go zabiję.

Kobieta zamierzała ostro zaprotestować, ale gdy spojrzała na Umara, już nie oponowała. Dlaczego? Bo dostrzegła w nim niezłomność. Przez lata wspólnego życia nigdy nie złamał danego jej słowa. Już spokojniejsza przylgnęła do niego z ufnością, wiedząc, że spełni swoją obietnicę.  

– Hassan, upewnij się, że Raszid wraz ze swoimi asasynami opuścił pałac i Hamę. A my, drogi bracie – zwrócił się po raz ostatni do Sinana – spotkamy się ponownie w dniu twojego pogrzebu.

Ale to do Ayany należało ostatnie słowo:
– Zniszczę cię – rzuciła w stronę szwagra. – Jeśli nie uda się to Saladynowi albo Umarowi, zrobię to ja.
Następnie wzięła teściową i męża pod ramię i niemal siłą wyprowadziła ich z komnaty. Chciała jak najszybciej znaleźć się przy Skorpionie.  

Hassan cierpliwie czekał, aż tamci opuszczą pomieszczenie, ale gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, wpadł w szał.
– Jak mogłeś zataić przede mną, że Skorpion to nasz bratanek? – wykrzyknął oburzony. – Kiedy przywiozłem ci dziecko, ustaliliśmy coś zupełnie innego. Amir miał trafić do Alamutu i tam pozostać.

Raszida mało obchodził wybuch brata. Miał swój plan, który konsekwentnie realizował. Jego usta wygięły się w cynicznym uśmiechu. To nie był koniec. Postanowił jednak wstrzymać kolejne posunięcie na tej specyficznej szachownicy i spokojnie wyjechać. A kiedy będą się tego najmniej spodziewać, zada ostateczny cios.  
– Nie denerwuj się tak – odparł znudzony monologiem Hassana. – Wiem, co robię. Zostaniesz kolejnym emirem Hamy, tak jak zawsze tego pragnąłeś. Już moja w tym głowa.

Mężczyzna z gniewem przyglądał się Raszidowi, obawiając się, że lata przygotowań mogą pójść na marne. Jego młodszy brat, o czym się właśnie przekonał, był nieobliczalny. Przestał mu ufać. Może nadszedł czas, aby wziąć sprawy w swoje ręce i przestać polegać na Sinanie.  
– Wiesz, że Umar nie odpuści ci tego, co zrobiłeś – zauważył. – Znasz go. Jest jak lew. Nie reaguje na drobne zaczepki, ale rozjuszony rozrywa przeciwnika na strzępy.

Zmieniając zakrwawioną koszulę, Raszid uniósł wzrok.
– Przez te lata ja również stałem się lwem – stwierdził z typową dla siebie arogancją.

„Nie – pomyślał Hassan. – Raczej kobrą, która zwodzi, hipnotyzuje i obserwuje, by w odpowiednim momencie ukąsić”.
– W porządku – odparł, zbliżając się do niego. – Ale jeśli zdradzisz mnie jak Umara, gorzko tego pożałujesz.

Rozbawiony tą jawną groźbą, Sinan poklepał go po ramieniu.
– Jesteś za słaby, by mi cokolwiek zrobić.
Te słowa – tak jak się tego spodziewał – dotknęły Hassana.
– Ale spieszę donieść, że nasza umowa wciąż obowiązuje.

Bez słowa narzucił na siebie płaszcz i ruszył w stronę drzwi.
– Gra dopiero się zaczęła – powiedział, wychodząc z komnaty.

Będąc już poza pałacem, zauważył, że jego ludzie czekali na niego w gotowości. Wszędzie paliły się pochodnie, swym blaskiem rozświetlając plac. Jego wzrok zatrzymał się na Razanie, który trzymał Zafira. Raszid dosiadł ogiera i, po raz ostatni rzuciwszy okiem na swój dawny dom, dał znak do wyjazdu.  

Gdy minęli mury miasta, kazał wstrzymać konie i ręką przywołał do siebie Razana.
– Ty, Kadir i Farid zostaniecie i zrobicie to, co uzgodniliśmy. Nie spieszcie się. Gdy Umar straci czujność, wtedy zaatakujcie.

Mężczyzna skrzywił wargi w odrażającym uśmiechu.  
– Będzie, jak każesz.

Nie czekając dłużej, Sinan spiął wierzchowca i ruszył przed siebie.
– Najdroższa Ayano – mruknął do siebie – ciesz się rodziną, póki ją jeszcze masz.
I niezwykle zadowolony z siebie, roześmiał się głośno.  

*

Skorpion właśnie rozpoczynał swój taniec ze śmiercią, a wrota piekieł otwierały się przed nim z głośnym zgrzytem. Drżał na całym ciele raz z gorąca, a raz z zimna. Plecy paliły go żywym ogniem, a wyschnięte na wiór usta szeptały coś niezrozumiale. Nie wiedział, gdzie się znajduje ani co się z nim dzieje. Może umarł, a Iblis przejął nad nim władzę? Szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Ból stał się tak wszechogarniający, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Każdy oddech sprawiał mu cierpienie, a gorączka trawiąca ciało zdawała się sięgać aż do kości. Pragnął tylko jednego – aby te tortury wreszcie się skończyły. Ale taka była cena za chwile spędzone z Parisą.  

Parisa...

Przypomniał sobie ich pierwszy pocałunek. Jakże nim wtedy wstrząsnęło to leciutkie muśnięcie warg. Pamiętał słodycz jej ust i ogromne oczy patrzące na niego z nieuświadomionym pożądaniem oraz swoje zauroczenie tą dziewczyną. Jak wiele się od tamtej pory zmieniło. Jak on się zmienił.  

Sięgając po coś tak cennego jak ona, musiał odkupić grzechy i ponieść konsekwencje swoich czynów. Ale niczego nie żałował, mimo że znęcano się nad nim bezlitośnie. Miał tylko jedno pragnienie: umrzeć z jej imieniem na ustach.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego wycieńczonym ciałem.
Bolało. Tak bardzo bolało.  

Gdy już myślał, że nie wytrzyma dłużej i zacznie błagać o litość, poczuł na rozpalonym czole czyjąś chłodną dłoń. Jej dotyk natychmiast przyniósł mu spokój i ulgę. Zastanawiał się, do kogo należy ta ręka, która z nieznaną mu czułością głaskała go po twarzy i mokrych od potu włosach. To nie mogła być Parisa – ją od razu by rozpoznał.  

Może to anioł? Tak, te smukłe palce musiały należeć do anioła. Któż inny chciałby choć trochę ulżyć mu w cierpieniu? Nie miał nawet siły, by otworzyć oczy i zobaczyć, kto przy nim czuwał. Ale to nic. Wystarczyło mu samo delikatne muśnięcie.  
– Nie przestawaj… – szepnął, ledwie poruszając wargami. – Proszę...

Ayana wpatrywała się w niego, przełykając łzy, które nie chciały przestać płynąć. Po tylu latach znów mogła dotknąć swojego syna, swojego Amira. Pamiętała te mroczne dni po jego zniknięciu, gdy otępiała przemierzała pałacowe korytarze, próbując go odnaleźć. Nigdy nie przestała za nim tęsknić, nigdy nie przestała modlić się o jego powrót. Miała nadzieję, że w swoim sercu czuł jej matczyną miłość.

W myślach błagała Allaha, by go nie zabierał. Jej udręczona dusza wyła z rozpaczy, a żal ściskał serce.
– Nie przestanę, synku – zamruczała łagodnie tuż przy jego uchu. – Już zawsze będę przy tobie.  

*

Noc przeszła w dzień. Skorpion wciąż balansował na granicy życia i śmierci. Ibrahim był pod wrażeniem witalności tego młodego mężczyzny. Z ostrożnym optymizmem stwierdził, że skoro do tej pory nie umarł, istniała nadzieja, że uda mu się wyjść z tego cało. Bardzo na to liczył, głównie ze względu na jego załamanych rodziców.

Obserwował Ayanę, która nawet na chwilę nie opuściła łóżka chorego, wciąż głaszcząc go po twarzy i włosach, tak jak o to prosił.  
„Jakże straszna historia – pomyślał. – Oby zakończenie było szczęśliwe”.

W tym czasie zmęczony emir udał się do swojego gabinetu, gdzie czekały na niego młodsze dzieci. Musiał im wyjawić prawdę o Skorpionie, a tym samym zdradzić tajemnicę sprzed lat. Było to niezwykle trudne zadanie, ale nie miał innego wyjścia. Lepiej, żeby dowiedzieli się wszystkiego bezpośrednio od niego, a nie z plotek.

Widząc ich, Umar przejechał zmęczonym ruchem po twarzy. O ironio, ten, który słynął z porywających przemówień, teraz miał w głowie pustkę.  

Podszedł do nich, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć. Zauważył podkrążone oczy Parisy i jej mocno zaciśnięte usta. Jak bardzo się zmieniła. Dorosła. To właśnie ona najbardziej odczuje to, co zamierzał im ujawnić. Nie miał jednak innego wyjścia.  
„Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wysłać ją gdzieś, gdzie nie musiałaby widywać Skorpiona” – pomyślał. Jednak tym zajmie się później; teraz były ważniejsze sprawy do załatwienia.

Zerknął na Tariqa, zastanawiając się, jak przyjmie wiadomość o posiadaniu starszego brata. Do tej pory to on był przygotowywany na przyszłą głowę rodziny, teraz przywilej ten przypadnie komuś innemu.

Nie byli już małymi dziećmi, więc miał nadzieję, że z czasem pogodzą się z nową sytuacją i, jeśli nie z miłością, to przynajmniej z szacunkiem będą odnosić się do Amira.
– Ostatniej nocy wiele się wydarzyło – zaczął ostrożnie Umar. – Nie jest mi łatwo, ale postaram się powiedzieć to jak najzwięźlej.  

Rodzeństwo patrzyło na ojca z niemałym zdziwieniem i obawą. Nigdy wcześniej nie widzieli go tak strapionego. W ich obecności, bez względu na okoliczności, zawsze był uosobieniem silnego władcy. Teraz jednak mieli przed sobą człowieka, który nie potrafił zapanować nad nerwami, a w jego oczach czaił się strach. Z niepokojem czekali na wieści.  

Umar położył dłonie na ich ramionach i, spoglądając na zastygłe w napięciu twarze, oznajmił łamiącym się głosem:
– Skorpion... to mój najstarszy syn, Amir.  A wasz... porwany przed laty brat.  

Dodaj komentarz