Aqrab/Skorpion. Cz. 15

Aqrab/Skorpion. Cz. 15Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.
  
Tariq wpatrywał się w ojca, jakby wyrosła mu druga głowa. Starszy brat? Ma starszego brata? Na dodatek tym bratem miał być… szczur Raszida?
– Ale jak to?! – wybuchnął zdenerwowany. – Nigdy nie wspominaliście, że było jeszcze jakieś dziecko! Ani razu! – Spojrzał na ojca z niedowierzaniem. – I skąd w ogóle pewność, że Skorpion to twój syn? Może to oszust? Może Sinan chce nas wszystkich nabrać?

Umar uśmiechnął się gorzko. Doskonale rozumiał jego zaskoczenie, a nawet szok. Nie spodziewał się niczego innego. Wszyscy potrzebowali czasu, by oswoić się z tą wstrząsającą wiadomością. Sam nadal nie potrafił uwierzyć, że po tylu latach Amir znów był w domu, w którym przez cały ten czas na niego czekano.

Na myśl o pierworodnym i straconych chwilach jego oczy zrobiły się szkliste. Gdyby nie Raszid i jego żądza zemsty, miałby syna przy sobie. Byłby z nim, gdy ten stawiał pierwsze kroki i wypowiadał pierwsze słowa; mógłby obserwować, jak rośnie i staje się mężczyzną.  

A tak, Amir był dla niego obcym człowiekiem, nieznajomym, którego dopiero musiał poznać. Na dodatek wychował się w przerażającym świecie Starca z Gór, gdzie rządziło okrucieństwo i brutalna siła. W piekle Masjaf. Umar nie wiedział, czy uda im się znaleźć choćby nić porozumienia, coś, od czego mogliby zacząć budować rodzinną więź.

Westchnął ciężko. Być może nie będzie czego budować, bo przecież Skorpion mógł umrzeć w każdej chwili. Jego stan ani się nie pogorszył, ani nie polepszył. Cały czas walczył ze śmiercią, która krążyła nad nim niczym wygłodniały sęp, cierpliwie czekając na swoją chwilę.  

Jego żona wciąż przy nim czuwała. Utrata pierwszego dziecka pozostawiła w jej sercu głęboką wyrwę, którą umiejętnie ukrywała przed światem. Na co dzień pokazywała pogodną twarz, lecz w samotności na nowo przeżywała tamten dramat. Dopiero Parisa ponownie wniosła światło do ich życia. Mimo to nigdy nie zapomnieli o Amirze. Nigdy.  

– Nie wspominaliśmy wam o nim z Ayaną, bo to dla nas niezwykle trudny temat. Strata dziecka sama w sobie jest bolesnym doświadczeniem. Kiedy jednak zostaje  ono wykradzione, jak miało to miejsce w przypadku Skorpiona, poczucie winy i wyrzuty sumienia potrafią człowieka zżerać od środka.

Z każdym kolejnym słowem jego głos cichł, aż w końcu zupełnie umilkł. Podszedł do drzwi prowadzących na balkon i niewidzącym wzrokiem zapatrzył się w spalone słońcem niebo.
– Dla mnie był to podwójny cios. Zawiodłem nie tylko jako emir, lecz przede wszystkim jako ojciec, bo nie potrafiłem uchronić własnego syna przed zemstą szaleńca.

Umar nie krył żalu, który zawsze wracał, gdy wspominał tamte chwile. To była rana, której nawet dwadzieścia pięć lat nie zdołało zagoić.
Ponownie odwrócił się w stronę swoich dzieci. Tariq marszczył brwi, intensywnie nad czymś myśląc, podczas gdy Parisa wyglądała, jakby właśnie zobaczyła ducha. Była blada jak ściana, a jedynie przyspieszony oddech i mocno zaciśnięte dłonie zdradzały targające nią emocje.

Emir przyglądał się im ze smutkiem. To, co się teraz działo, dla nikogo nie było łatwe.  
– Wciąż nie wyjaśniłeś, skąd wiesz, że Skorpion to Amir. – Tariq nie ustępował, uważnie wpatrując się w ojca.

Umar podszedł do niego i poklepał go po ramieniu.  
– Słuszna uwaga, synu. Jak głosi rodzinna legenda, mój praprapradziad stoczył niegdyś zacięty pojedynek z dżinnem o przepięknego rumaka. Podobno jego właściciel stawał się niezwyciężony. Koń był tak wyjątkowy, że wszyscy pragnęli go posiąść – zarówno ludzie, jak i demony. Nasz przodek wygrał pojedynek, lecz został ciężko ranny w biodro i do końca życia kulał. Od tamtej pory każdy pierworodny w naszej rodzinie przychodzi na świat ze znakiem przypominającym strzałę na biodrze. To pamiątka tamtego wydarzenia, przekazywana z pokolenia na pokolenie.  

Tariq spuścił wzrok, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z szoku. Miał brata. Brata, który był asasynem, zabójcą i… wrogiem. Nie potrafił sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mógłby go zaakceptować. Po cichu liczył, że Skorpion nie przeżyje i wszystko będzie jak dawniej. Zerknął w stronę Parisy. Ta tragiczna historia mocno ją poruszyła. Bał się o nią, a przede wszystkim o jej uczucia do tego śmiecia.

Odkąd wróciła z Masjaf, nie poznawał jej. Wyglądała jak jego siostra, lecz bardzo się zmieniła. Broniła jak lwica mężczyzny, który ją porwał, a do własnej rodziny odnosiła się z wrogością. Dawna Parisa nigdy by się tak nie zachowała.  
Najgorsze, że nie wiedział, co w tej sytuacji począć. Stali się sobie obcy. Bliskość, która ich łączyła, rozwiała się jak dym z ogniska, a on obawiał się, że już nigdy nie wróci.  

W głowie dziewczyny panował prawdziwy chaos. Miała wrażenie, że ojciec przemawia do niej w jakimś obcym języku i niewiele rozumie z tego, co mówi. Skorpion miał się okazać potomkiem Ayany i Umara? Na dodatek porwanym przez Raszida?
„To nie może być prawda – myślała gorączkowo. – To szaleństwo! Coś się komuś pomyliło”.
Patrzyła na ojca, ale tak, jakby go nie widziała. Z jej oczu wyzierała udręka. Mężczyzna, którego kochała całym sercem, był jej bratem? Kochała brata? Miała wrażenie, że się dusi. Nagle odwróciła się i wybiegła z pomieszczenia.

Tariq chciał za nią ruszyć, ale emir mocno chwycił go za ramię.
– Zostaw ją – mruknął rozgoryczony. – Żaden z nas nie jest w stanie jej teraz pomóc.

Parisa biegła znajomymi korytarzami, których ściany jakby zamykały się wokół niej, próbując ją zmiażdżyć. Miejsca, które tak uwielbiała, stały się zimne i nieczułe, szydząc z niej bezlitośnie.
Na oślep wpadła do swojej komnaty i rzuciła się na łóżko. Wciąż nie docierały do niej słowa ojca. Los zakpił z niej w okrutny sposób, mszcząc się za to, że obdarzyła uczuciem asasyna. Nie! Przecież okazał się księciem, a w przyszłości miał zostać kolejnym emirem Hamy!

Ukryła twarz w narzucie, by stłumić szloch. Skorpion poznał ją w niezwykle intymny sposób, być może nawet dał jej dziecko. Jak miała patrzeć na niego i zamiast ukochanego mężczyzny widzieć brata? Jeśli wcześniej ich związek był skazany na porażkę, teraz ich uczucie stało się wręcz zakazane.
Dlaczego to musiało przydarzyć się właśnie im? Cieszyła się, że odnalazł swoją rodzinę, że odzyskał należne mu miejsce, ale tak naprawdę wolałaby, żeby był kimś innym.
Jej asasynem. Jej Skorpionem.

Obróciła się na plecy i mokrymi od łez oczami popatrzyła na baldachim. Pamiętała jego łagodne spojrzenie, które posłał jej, gdy został brutalnie pobity przez ludzi Tariqa. Nigdy nie powiedział, że ją kocha, ale wtedy, przez tę krótką chwilę, czuła jego miłość. Miłość, którą musiała głęboko schować w sercu i o niej zapomnieć.

Przymknęła powieki, a opuszkami palców musnęła drżące usta. Wróciło wspomnienie ich ostatniego pocałunku i zmysłowego upojenia, które ich ogarniało, gdy byli blisko siebie. Wystarczyło, że popatrzyli na siebie, a powietrze między nimi pulsowało od pożądania.
Oderwała dłoń od twarzy i z całej siły zacisnęła ją w pięść, boleśnie wbijając paznokcie w skórę. Dlaczego miała wrażenie, że stoi nad przepaścią?

*  

Umar przystanął w drzwiach ogromnej stajni. Dopiero gdy jego oczy przyzwyczaiły się do panującego w niej półmroku, ruszył wzdłuż szeregu zagród dla koni. Jak mu powiedziano, miał szukać rumaka o śnieżnobiałym umaszczeniu i wyniosłym spojrzeniu.
Szedł już dosyć długo, gdy w końcu go zobaczył. Stał nieruchomo jak posąg. Nie parskał, nie przestępował z nogi na nogę. Po prostu trwał, pełen dumy i pogardy dla wszystkich i wszystkiego.  

Emir podszedł do niego, wyciągając po drodze jabłko. Gdy się zbliżył i podsunął je pod koński pysk, zwierzę nawet nie drgnęło. Shamal nie był zainteresowany przekąską, jeśli nie została podana przez znaną mu dłoń. Dłoń Skorpiona.

Oczy mężczyzny zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Nie znał wierzchowca, który wzgardziłby tak smacznym prezentem. Jego syn świetnie wyszkolił swojego konia. Poczuł przypływ dumy.  
– Śmiało, to dla ciebie... Wybrałem najpiękniejsze jabłko – kusił miękkim głosem.

Sam nie wiedział dlaczego, ale zdobycie sympatii zwierzęcia nagle stało się dla niego niezwykle istotne.  
– Wiem, że kochasz Skorpiona, ale w tej chwili nie może cię odwiedzić. Wysłał mnie, żebym się tobą zaopiekował – skłamał gładko.

Gdy padło imię jego pana, Shamal zastrzygł uszami. Nim emir się spostrzegł, soczysty owoc zniknął z jego ręki. Uśmiechnął się z ulgą. Liczył, że to dobry znak na przyszłość. Uniósł dłoń i ostrożnie przyłożył ją do mocnej końskiej szyi. Shamal drgnął, ale się nie odsunął. Być może wyczuwał w Umarze coś ze Skorpiona, bo spokojnie poddał się pieszczocie.
Emir posiadał piękne wierzchowce, ale miał świadomość, że ten królewski ogier był wyjątkowy. Czarne oczy zdradzały hardość i inteligencję. A taka kombinacja nie zdarzała się często, nawet u ludzi.

Pogrążony w myślach mężczyzna stracił poczucie czasu, głaszcząc miękką, białą sierść rumaka. Dopiero nadejście Hassana wyrwało go z zadumy.  
– Przybył posłaniec od sułtana – poinformował go brat. – Saladyn zbiera wojska. Podczas kolejnej pełni księżyca powinien przybyć do Hamy.
Słysząc jego ostry głos, Shamal parsknął groźnie i odszedł w najdalszy róg zagrody, przyglądając się im z wyraźnym lekceważeniem.

Zaskoczony emir uniósł brwi. Nigdy wcześniej nie widział takiej niechęci u konia wobec człowieka. Zastanowiło go to. Czyżby ogier wyczuwał w jego bracie coś, co jemu umknęło? Po chwili potrząsnął głową i sam siebie zrugał za te niedorzeczne rozmyślania.
– Należy powiadomić pozostałe miasta. Muszą w końcu zdecydować, czy się do nas przyłączą, czy też nie – odparł z powagą. – Sądzę, że obecność Saladyna sprawi, że nie będą już zwlekać z wyruszeniem na Masjaf.

Hassan pokiwał głową. Zgadzał się z tym stwierdzeniem.
– Zgodnie z twoim rozkazem, Raszid opuścił miasto. Nigdy bym go nie podejrzewał o takie okrucieństwo, jakim było porwanie Amira – zauważył mimochodem, udając współczucie. – Wiesz, że twoje dzieci są mi równie drogie jak tobie – skłamał bez mrugnięcia okiem.

Umar poklepał go po ramieniu, bez słów dziękując za wsparcie. Choć on, Hassan i Raszid byli braćmi, odkąd pamiętał każdy z nich chadzał własnymi drogami. Nigdy nie udało im się zbudować silnej więzi. Tak naprawdę łączyła ich tylko krew.  
– Wciąż mi to nie daje spokoju. Jakim cudem udało mu się wykraść dziecko? Służba zawsze była nam bardzo oddana. Po jego utracie rozpaczali równie mocno jak my. Aisza, piastunka Amira, aż do swojej śmierci nie pogodziła się z jego stratą.

Hassan wzruszył ramionami.
– Wiesz, że ludzie Raszida potrafią przenikać wszędzie jak duchy. Nie rób sobie wyrzutów. Jeśli ktoś jest tu winien, to tylko Sinan.
„Gdyby to było takie proste – pomyślał emir. – Niestety nie było”.

– Martwię się o Parisę. Odkąd wróciła z Masjaf, nie jest sobą – zwierzył się bratu, marszcząc czarne brwi. – Zastanawiam się, czy nie wysłać jej do Damaszku. Ismat, żona sułtana, uwielbia Parisę. Myślę, że chętnie przyjmie ją na jakiś czas.

Mężczyzna spojrzał na niego ze zrozumieniem. Sam uważał, że dziewczyna jest zbyt krnąbrna i należałoby ją trochę utemperować.
– Zastanawiałem się, czy nie mógłbyś jej eskortować do Damaszku. Ja nie mogę opuścić Hamy, Tariq jest za młody na taką wyprawę, pozostajesz więc jedynie ty – odparł z nadzieją w głosie emir.  

Hassan uśmiechnął się dobrodusznie.
– Powiedz tylko kiedy, a będę gotowy.

Umar z ulgą uścisnął jego dłoń.
– Najpierw muszę porozmawiać z Ayaną i dam ci znać, co zdecydowaliśmy.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, za to w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk, a rysy twarzy stwardniały.  
– Pozwól, że się oddalę. Chcę dopytać posłańca o kilka spraw – powiedział, po czym ukłonił się i odszedł.

Emir patrzył za nim zamyślonym wzrokiem. Chociaż jeden brat był lojalny wobec niego i rodziny.

*

Gdy słońce stało wysoko na niebie, a suchy wiatr szumiał w konarach drzew, subtelne pukanie do drzwi sprawiło, że Umar uniósł głowę znad listu, który z uwagą czytał. Lekko się uśmiechnął, widząc swoją córkę. Jakże za nią tęsknił podczas jej nieobecności. Po porwaniu Amira to dzięki niej w pałacu znów słychać było śmiech.
– Śmiało, wejdź, proszę – zachęcił ją, przywołując machnięciem dłoni.

Gdy się nie ruszyła, natychmiast wstał i podszedł do niej. Od kiedy wróciła, zachowywała się z rezerwą, jakby czuła się obco we własnym domu. A nowina, że ona i Tariq mają starszego brata, także niczego nie ułatwiała.
Spoglądając wprost w zaczerwienione oczy córki, jego niepokój wzrósł.
– O co chodzi, Pariso?

Dziewczyna w milczeniu wpatrywała się w ojca. Jej porwanie i odzyskanie syna po tylu latach odcisnęło na nim bolesne piętno. Zarumieniła się ze wstydu. Tak była skupiona na sobie i swoim nieszczęściu, że niewiele obchodziło ją, co czuli rodzice. A zapewne odchodzili od zmysłów, kiedy Skorpion ją uprowadził.
– Mam ci coś ważnego do powiedzenia – odparła zgodnie z prawdą. Musiała w końcu wyjawić mu swoją tajemnicę. I tak zwlekała zbyt długo.

Zaskoczony emir zaczął się jej bacznie przyglądać.
Parisa cicho zamknęła za sobą drzwi i ponownie odwróciła się w stronę ojca. Zaschło jej w gardle, więc przełknęła ślinę.  
– Chodzi o stryja... o Hassana – doprecyzowała, bo okazało się, że ma także drugiego stryja, którym był Starzec z Gór.

Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Chociaż Raszid doskonale wiedział, kim jest, bez mrugnięcia okiem zamierzał oddać ją Razanowi, gwałcicielowi i oprawcy. Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Gdyby nie Skorpion, pobyt w Masjaf byłby jak najgorszy koszmar. Dobrze, że miała to za sobą.

– Co z nim? – spytał coraz bardziej zniecierpliwiony emir.
Dziewczyna uniosła głowę i rzuciła zduszonym głosem:
– Jest zdrajcą.

W oczach Umara pojawiło się zdumienie.
– Kim? – Miał wrażenie, że się przesłyszał.
– Spiskuje przeciwko tobie z Raszidem. Rok temu podsłuchałam go, jak rozmawiał z Razanem, jednym z asasynów Sinana.
– Hassan zdrajcą? Na dodatek będący w zmowie z naszym najmłodszym bratem, którego nienawidzi równie mocno jak ja? Nie wierzę.

Zszokowany na chwilę zamilkł, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Jesteś tego pewna? Widziałaś go? – zapytał z napięciem w głosie.
Parisa rozumiała jego niedowierzanie, ale zbyt dobrze pamiętała tamten wieczór i to, co się wtedy wydarzyło.  
– Nie widziałam go, ale słyszałam – stwierdziła z mocą.

Na te słowa zmarszczone czoło Umara natychmiast się rozpogodziło.
– Ach, nie widziałaś, tylko słyszałaś. Musiało ci się coś pomylić. Nie wierzę, że Hassan mógłby zrobić coś takiego. Sprzeciwiłby się nie tylko mnie, ale także Saladynowi. A on szanuje sułtana jak mało kogo. Oddałby za niego życie.

    Parisa ze zgrozą patrzyła na ojca. Myślał, że to wytwór jej wyobraźni!
– Ojcze, Hassan to taka sama kanalia jak Raszid! Może nawet większa, bo udaje przyjaciela, a tak naprawdę gotowy jest wbić nóż w plecy!
– Ani słowa więcej! – pouczył ją groźnie Umar. – Tylko wydaje ci się, że go słyszałaś. A jeśli nawet, zapewne towarzyszył mu któryś z jego ludzi.  
– Ale... – zaczęła, lecz mężczyzna nie dał jej dokończyć.
– Pariso, ostatnie dni były dla wszystkich niezwykle ciężkie. A dla ciebie w szczególności. Rozumiem, że to nadszarpnęło twoje nerwy. Ale rzucanie bezpodstawnych i jednocześnie tak poważnych oskarżeń nie jest godne księżniczki.

Dziewczyna już otwierała usta, by gwałtownie zaprotestować, ale emir pokręcił głową.
– Najlepiej będzie zapomnieć o tej rozmowie. Wiem, że się o mnie troszczysz i chwała ci za to. Ale wierzę w lojalność Hassana i na tym poprzestańmy.
Rozgoryczona Parisa spuściła wzrok. Już wiedziała, że nie przekona Umara. Powstrzymując łzy bezsilności, przytaknęła z rezygnacją.
– Jak sobie życzysz, ojcze – odparła cicho.

Myślała, że nic gorszego już jej nie spotka, gdy kolejne słowa emira wręcz ją zmroziły.
– Niebawem mam zamiar wysłać cię do Damaszku. Ismat bardzo się ucieszy z twojej wizyty, a i tobie przyda się zmiana otoczenia. Poprosiłem Hassana o eskortę dla ciebie, a on się zgodził. Oczywiście poinformuję cię o wszystkim wcześniej, żebyś miała czas się przygotować.

Parisa nie wiedziała, co powiedzieć. Przypomniała sobie drapieżne spojrzenie, którym ostatnio mierzył ją stryj. Nie wróżyło ono niczego dobrego. Niestety, nic nie mogła zrobić. Nie była w stanie udowodnić zdrady Hassana. Miała ochotę krzyczeć ze złości, ale gdy ojciec dał jej znak, że może odejść, zostawiła go samego.  

*

Późnym wieczorem, kiedy w pałacu zrobiło się cicho i spokojnie, Parisa – której już nie pilnowano – opuściła swoją komnatę i z gwałtownie bijącym sercem szła ciemnymi – tylko gdzieniegdzie oświetlonymi płomieniami świec – korytarzami w stronę sypialni Skorpiona. Podobno w każdej chwili mógł umrzeć. Ojciec kategorycznie zabronił im do niego chodzić, ale ona musiała go zobaczyć.  

Stawiając ostrożnie kroki, rozglądała się wokół czujnie. Nie chciała, by ktoś ją przyłapał, gdy skradała się do chorego. Najbardziej bała się, że natknie się na Tariqa.
Odkąd wróciła, prawie w ogóle nie rozmawiali. Zawsze nierozłączni, nagle nie mieli sobie nic do powiedzenia. Wyrósł między nimi mur i nie wiedziała, czy uda się go kiedykolwiek zburzyć. Nie było powrotu do tego, co było. Zmieniła się. Zbyt wiele widziała i doświadczyła.  

Pobyt w twierdzy sprawił, że stała się twardsza. Ciągłe poczucie zagrożenia odcisnęło na niej swoje piętno. Już zawsze będzie nosić w sobie cząstkę twierdzy, jej zło. Pamiętała, jak bez wahania poderżnięto gardło młodemu asasynowi tylko dlatego, że chciał pomóc jej i Skorpionowi uciec z więzienia, jakim było Masjaf. Śmierć czaiła się tam w każdym ciemnym kącie, w każdym spojrzeniu Raszida, w jego słowach, a nawet w chwilach ciszy.

Miała nadzieję, że Tariq pogodzi się z tym, że jego uroczej, naiwnej i rozpieszczonej siostry już nie ma. Umarła, gdy Razan chwycił ją za gardło i próbował udusić. I tylko stanowcza reakcja Skorpiona ochroniła ją przed najgorszym. Przymknęła powieki, wspominając tamto wydarzenie. Nigdy tak się nie bała jak wtedy. Jeden oddech dzielił ją od utraty życia.
Tak, była już kimś innym, kogo jeszcze nie do końca poznała, ale wolała tę obecną Parisę. Tę, którą tak naprawdę stworzył Skorpion.

Zbliżające się głosy wyrwały ją z zadumy. Szybko skryła się za wielkim filarem, nasłuchując. Jakimś cudem Ibrahimowi udało się odciągnąć Ayanę od syna. W napięciu czekała, aż ją miną. Musiała się spieszyć, bo jej matka zapewne niedługo wróci.
Gdy w korytarzu znów zrobiło się cicho, bez zbędnej zwłoki zbliżyła się do komnaty, w której leżał ranny. Przez lekko uchylone drzwi bezszelestnie wślizgnęła się do środka. Samotna świeca stojąca na stoliku przy ścianie, choć bardzo się starała, nie dała rady rozproszyć przytłaczającego mroku panującego w pomieszczeniu. Zapach specyfików i opium przypominał, że jest to sypialnia chorego.

Choć do tej pory omijała wzrokiem Skorpiona, nie mogła dłużej odwlekać tej chwili. Gdy jej spojrzenie w końcu na nim spoczęło, z całej siły zacisnęła zęby, by nie wybuchnąć płaczem.
Oddychał ciężko, chrapliwie, jakby sprawiało mu to trudność. A gdy od czasu do czasu jego nagim ciałem wstrząsał spazm bólu, Parisa również się wzdrygała, jakby współdzieliła jego ból.

Powoli, bojąc się, że go obudzi, podeszła do niego i uklękła tuż przy jego twarzy. Delikatnie, by nie przysporzyć mu dodatkowych cierpień, smukłymi palcami musnęła jego mokre od potu włosy. Jakimś cudem łzy wydostały się spod powiek i spłynęły po twarzy, kapiąc na podłogę.

Jak to możliwe, że mężczyzna, będący uosobieniem siły i wyjątkowej sprawności fizycznej – wojownik – leżał tutaj bezbronny jak dziecko, tocząc swoją najważniejszą walkę? To ona sprowadziła na niego śmierć i nieszczęście. Gdyby nie to, że chciał ją bezpiecznie dostarczyć do domu, nie byłoby go tutaj – zależnego od innych... umierającego.
Wiedziała, że powinna już iść, ale nie mogła się na to zdobyć. Cały czas głaskała jego czarne włosy.

Otępiały umysł Skorpiona w końcu rozpoznał słodki zapach, który od jakiegoś czasu otulał go swoim aksamitnym aromatem. Tylko jedna osoba tak pachniała.
– Parisa... – wyszeptał. – Parisa...
– Jestem, kochany – odpowiedziała mu cicho dziewczyna, przygryzając wargi do krwi, by nie krzyczeć z udręki. – Jestem.
– Bądź... przy... mnie – wykrztusił resztką sił. – Zawsze...
– Obiecuję.
Uspokojony Skorpion znowu zapadł w narkotyczny sen, w którym były tylko ból i samotność.

Czas mijał, a Parisa przyglądała mu się mokrymi od łez oczami, z których wyzierał strach przed jego utratą. W końcu zmusiła się, by oderwać od niego rękę. Na koniec pochyliła się nad nim i ostrożnie dotknęła jego wyschniętych ust. Już na zawsze miała zapamiętać ten pełen goryczy pocałunek.
– Kocham cię, pamiętaj o tym – szepnęła rozedrganym z emocji głosem. – I walcz... dla mnie.

Musiała do niego przyjść i się z nim pożegnać. Nawet jeśli Skorpion przeżyje – o co żarliwie się modliła – nigdy nie będą mogli być razem. Nie w sposób, jakiego pragnęła i o jakim marzyła, kiedy leżała w swoim łóżku, tęskniąc za nim rozpaczliwie.
Ostatni raz musnęła wierzchem dłoni rozpalony policzek ukochanego i pogładziła zmierzwione włosy. W końcu zmusiła się do wstania i ze złamanym sercem opuściła pokój.  


2 komentarze

 
  • Użytkownik Jakub

    I jeszcze Hassan — chyba najbardziej niepokojące jest to, że Umar ufa właśnie temu człowiekowi, przed którym powinien chronić córkę. Czytelnik widzi nadciągającą katastrofę, a bohaterowie jeszcze nie. Bardzo lubię takie napięcie. Brawo Marie - Gold

    1 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Ależ przewrotny rozdział — Skorpion odzyskuje rodzinę dokładnie w chwili, gdy Parisa traci ukochanego. A scena przy jego łóżku… piękna, cicha i okrutna. „Bądź przy mnie. Zawsze.” po tym wszystkim boli podwójnie.  

    1 godz. temu