Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Zdjęcie, które nie powinno istnieć. Milczenie ma swoją cenę.

Zdjęcie, które nie powinno istnieć. Milczenie ma swoją cenę.W piątek rano Elżbieta dwa razy sprawdzała, czy zamknęła drzwi. Za drugim razem stała już przy samochodzie z aparatem przewieszonym przez ramię, a kluczyki trzymała w dłoni. Wróciła na ganek, nacisnęła klamkę i dopiero wtedy roześmiała się do siebie, bez szczególnej wesołości. Przez lata wyjazdy zaczynały się od sprawdzania, czy Wiktor zabrał dokumenty, czy dzieci mają kurtki i czy ktoś pomyślał o lekach na chorobę lokomocyjną. Teraz martwiła się jedynie, że zostawiła otwarte drzwi. W samochodzie leżała torba z ubraniami, termos i stary aparat, który fotograf obejrzał poprzedniego dnia. Wymienił baterię, oczyścił styki i uprzedził, że mechanizm może zaciąć się w najmniej odpowiednim momencie. Nie była to zachęcająca rekomendacja. Elżbieta wzięła go mimo wszystko. Jeszcze przed wyjściem schowała do szuflady kopertę z listą Wiktora. Klapka była wsunięta do środka, nie zaklejona; pamiętała ten szczegół od dnia, w którym pierwszy raz wyjęła kartkę z nazwiskami. Dwa ostatnie numery, zapisane wyraźnie ciemniejszym atramentem, zauważyła już wcześniej. Wtedy uznała, że Wiktor po prostu uzupełniał listę w różnych dniach. Teraz nie chciała myśleć o żadnym z ośmiu nazwisk.

W czwartek wieczorem, kiedy walizka stała już przy drzwiach, Elżbieta napisała do Jana: „Chciałabym cię zobaczyć przed wyjazdem. Możesz przyjechać?”. Odpowiedział po kilku minutach, że skończy zajęcia przed dziewiątą. Pomyślała, że mogłaby zaproponować inny termin. Ich ostatni poranek wciąż miał w sobie coś ostrego, jak drobny odłamek szkła, którego żadne z nich nie umiało wyjąć bez dotknięcia rany. Nie odwołała zaproszenia.

Przyjechał z mokrymi włosami i dłonią zaczerwienioną od zimna. Nie przyniósł kwiatów ani wina. Elżbieta była mu za to wdzięczna; nie chciała, żeby któreś z nich musiało udawać, że jest to pierwsza randka. Powiesił kurtkę, zdjął buty i zatrzymał się w kuchni przy blacie, jak człowiek, który pamięta drogę do domu, ale nie jest już pewien, czy wolno mu wejść do środka.

— Herbaty? — zapytała.

— Jeśli ty też wypijesz.

Nalała wodę do czajnika. Jan sięgnął po kubek z wyszczerbionym uchem, ten należący dawniej do Wiktora. Zawahał się ledwie zauważalnie, ale nie odstawił go.

— Nie rób z tego sprawdzianu — powiedziała Elżbieta.

— Nie robię.

— Ja chyba robię. Cały czas.

Oparł kubek o blat. Przez sekundę wyglądał, jakby chciał wyjaśnić, że nie czuje się skrzywdzony samym istnieniem rzeczy po Wiktorze. Zamiast tego przesunął palcem po pękniętym szkliwie i spojrzał na walizkę stojącą w przedpokoju.

— Spakowałaś aparat?

— Dwa. Ten stary pewnie odmówi posłuszeństwa w pierwszej godzinie.

— To będziesz miała powód, żeby wrócić.

— Nie chcę wracać z powodu aparatu.

Uśmiechnął się na te słowa. Wtedy podeszła bliżej, bo zauważyła nitkę zaczepioną o kołnierz jego koszuli. Zsunęła ją dwoma palcami i zatrzymała dłoń na jego szyi. Skóra była jeszcze chłodna po deszczu. Jan pochylił głowę, odruchowo, jakby chciał przedłużyć ten dotyk. Pocałowała go w miejsce tuż pod uchem. Nie planowała tego gestu. Poczuła jego krótki wdech i nagle przestało ją interesować, czy herbata zdążyła się zaparzyć.

Przyciągnął ją do siebie powoli, zostawiając jej czas na odsunięcie się. Wsunęła ręce pod rozpiętą marynarkę i objęła go w pasie. Pod dłonią poczuła ciepło pleców, napięte mięśnie i ruch, z jakim obrócił się ku niej całym ciałem. Pocałunek był inny niż ten pod parasolem. Tamten należał do chwili i deszczu, ten do dwojga ludzi, którzy zdążyli się już zranić i mimo to przyjechali do siebie jeszcze raz. Elżbieta dotknęła jego policzka, potem karku. Jan przesunął ustami wzdłuż jej skroni, zatrzymał się przy policzku i odnalazł wargi. Rozchyliła je bez pośpiechu. Na moment oparła czoło o jego twarz, żeby uspokoić oddech.

— Tęskniłam za tym — powiedziała.

— Za czym?

— Za tobą. Nie za samym dotykaniem.

Nie odpowiedział od razu. Przesunął dłonią po jej plecach, od łopatek do talii, delikatnie, choć zdradziło go drżenie palców. Przez cienki materiał bluzki czuła ciepło jego ręki. Odsunęła się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy, i sama poprowadziła tę dłoń odrobinę wyżej, na nagą skórę przy brzegu swetra. Wtedy pocałował jej szyję, najpierw ostrożnie, później z nagłym pragnieniem, którego nie próbował ukrywać. Przez chwilę trzymali się blisko, z twarzami wtulonymi w siebie, słuchając czajnika, który zbyt długo syczał w tle.

Elżbieta zgasiła palnik. Jan roześmiał się bezgłośnie, a ona przyłożyła mu palec do ust, po czym pocałowała ten sam palec i jego wargi. Zrobiło jej się niemal nieznośnie ciepło. Pociągnęła go do salonu i usiadła obok na kanapie. Nie rozprawiali o przyszłości. Jan zdjął jej z ramion sweter, który od rana ją gryzł, i okrył nim oparcie fotela. Całował obojczyk odsłonięty przez kołnierz bluzki, drobną zmarszczkę przy szyi, zagłębienie nad nadgarstkiem. Ona rozpięła mu górny guzik koszuli i przez kilka sekund przytrzymywała dłoń na jego piersi, zaskoczona wyraźnym, przyspieszonym biciem serca. To ono, bardziej niż każdy pocałunek, odebrało jej resztkę ochoty do udawania spokoju.

— Powiedz mi, jeśli zechcesz, żebym przestał — szepnął.

— Właśnie dlatego mogę cię prosić, żebyś nie przestawał.

Położyła głowę na jego ramieniu. Jan gładził jej włosy i kark, a ona pod palcami szukała linii jego żuchwy, szorstkiej po całym dniu. Kiedy znów się pocałowali, nie było już w ich ruchach tego niezręcznego pośpiechu, z jakim kilka dni wcześniej próbowali udowodnić, że żadne nie zajmuje cudzego miejsca. Elżbieta wiedziała, że rano może znów przestraszyć się wspomnienia. Nie odbierało jej to pragnienia obecnej chwili.

Przed jedenastą odprowadziła go do drzwi. Mogła poprosić, żeby został. Przez moment naprawdę chciała to zrobić. Ale nazajutrz wyruszała sama, a decyzja o tej podróży należała do niej. Jan zapiął kurtkę dopiero na ganku. Elżbieta sięgnęła do jego twarzy i pocałowała go jeszcze raz, długo, nie dbając o chłód, który wdzierał się do przedpokoju.

— Jedź i rób zdjęcia — powiedział.

— A ty nie znikaj tylko dlatego, że wyjeżdżam.

— Nie zamierzam.

Kiedy odszedł, wróciła do kuchni. Herbata była zimna. Na blacie stały dwa kubki, jeden z wyszczerbionym uchem. Elżbieta umyła je i odstawiła obok siebie. Nie musiała wybierać, który z nich ma zniknąć z półki.

Pojechała sama. Wiedziała, że będzie to powtarzała sobie częściej, niż sytuacja wymagała, i miała nadzieję, że po kilkudziesięciu kilometrach przestanie ją to obchodzić. Jan zadzwonił jeszcze przed południem. Rozmawiali krótko, bo właśnie mijała teren robót drogowych i musiała uważać na znaki. Spytał o pogodę, o aparat i o to, czy zdąży na miejsce przed zmrokiem. Nie wracali do poranka po wspólnej nocy. Oboje pamiętali rozmowę przy kuchennym stole, jego ostrożność wobec przedmiotów Wiktora i ten nieszczęsny kubek, który ostatecznie wziął do ręki, lecz nie zdążył uczynić swoim. Elżbieta od kilku dni przygotowywała wyjaśnienie. W pewnym momencie pomyślała, że zaczyna przypominać męża, który potrafił układać w głowie najlepsze rozmowy właśnie wtedy, gdy nie było już z kim ich przeprowadzić.

— Nie będę cię wypytywał, kiedy wrócisz — powiedział Jan.

— Wrócę w niedzielę. Raczej wieczorem.

— Dobrze. Chciałbym cię zobaczyć w tygodniu.

— Ja ciebie też. Jan, powiedziałam ci wtedy prawdę. Nie chciałam cię zranić.

Przez chwilę słyszała tylko szum opon na jego końcu połączenia.

— Wiem. Najtrudniej było mi chyba to, że sama prawda nie sprawiła, że poczułem się lepiej.

— Mnie też nie.

Gdy odłożyła telefon, nie poczuła ulgi. Poczuła raczej, że rozmawiali o czymś rzeczywistym, a nie o tym, jak należy rozmawiać, żeby żadne nie wyszło z rozmowy urażone. Zatrzymała się na stacji benzynowej i kupiła kanapkę, której zjadła połowę na parkingu. Przez chwilę obserwowała starszą parę: mężczyzna poprawiał kobiecie kołnierz kurtki, ona bez słowa zabrała mu z dłoni paragon i schowała do torebki. Nie wyglądali na szczególnie szczęśliwych. Wyglądali na ludzi, którzy mają za sobą bardzo długą rozmowę, choć nie zamienili ani słowa.

Pensjonat stał na końcu ulicy prowadzącej ku sosnowemu lasowi. Niewielki, jasny dom z przeszkloną werandą i zamkniętym na zimę ogródkiem, przy którym dwa krzesła związano sznurkiem, żeby nie przewrócił ich wiatr. Nad wejściem wisiała drewniana tabliczka: „Przy drodze”. Elżbieta sprawdziła nazwę w telefonie. Zgadzała się z rezerwacją. Okolicę wybrała nieprzypadkowo: w internetowym archiwum starych pocztówek znalazła zdjęcie dawnej stacji ratowniczej, którego autor sfotografował dom przez mokre gałęzie sosen. Chciała zobaczyć, czy ten kadr jeszcze istnieje. Sam pensjonat wybrała spośród kilku najbliższych miejsc, kierując się ceną i odległością od morza. Właścicielka otworzyła jej po drugim dzwonku. Była szczupła, miała gładko zaczesane siwe włosy i twarz, na której trudno było odczytać wiek. Mogła mieć sześćdziesiąt lat, mogła więcej. Ubrana w ciemny sweter i spodnie, wyglądała na osobę, która przed chwilą przerwała konkretną pracę i uważa, że rozmowa powinna trwać dokładnie tyle, ile potrzeba.

— Rudzka — przedstawiła się Elżbieta. — Rezerwacja na dwie noce.

— Helena Orłowska. Pokój na pierwszym piętrze. Śniadanie od ósmej do dziewiątej. Wejście od ogrodu zamykam o dwudziestej drugiej, ale od ulicy jest domofon.

Podała klucz przymocowany do drewnianego breloka. Elżbieta zdążyła zauważyć, że na dłoni kobiety biegła jasna blizna od nadgarstka do nasady kciuka. Stara rana, zagojona, prawie niewidoczna, dopóki gospodyni nie wyciągnęła ręki. Przy tej samej dłoni Helena nosiła staromodny zegarek z prostokątną kopertą. W jednym z dolnych rogów szkiełka ciemniało pęknięcie. Elżbieta zauważyła je mimochodem, bo zegarek przypominał model, który jej matka nosiła przez całe lata.

— Przyjechałam fotografować — wyjaśniła Elżbieta. — Jeśli rano wyjdę bardzo wcześnie, mogę nie wrócić na śniadanie.

— Jak pani chce. Nad morze najlepiej przed ludźmi.

Po raz pierwszy w oczach Heleny pojawiło się zainteresowanie. Spostrzegła aparat i zatrzymała wzrok na starym skórzanym pasku.

— Długo pani go ma?

— Od bardzo dawna. Dopiero teraz znowu zaczęłam go używać.

— Klisza?

— Tak. Chociaż zabrałam też telefon. Na wszelki wypadek.

Helena kiwnęła głową, jakby rozumiała kompromis, którego Elżbieta nie zamierzała tłumaczyć. Wprowadziła ją na piętro, pokazała pokój i wróciła na dół. Nie zaoferowała herbaty ani rozmowy o okolicy. Elżbieta wyjrzała przez okno. Widać było sosny, fragment szosy i budynek starej stacji ratowniczej, w którym zapewne od lat niczego już nie ratowano. Dalej, za drzewami, otwierała się wąska smuga szarego nieba. Bałtyku jeszcze nie widziała.

Zeszła nad wodę przed zmierzchem. Plaża była niemal pusta. Dwóch ludzi prowadziło psa, który uparcie próbował wejść do morza, a starszy mężczyzna zbierał wyrzucone na brzeg deski. Elżbieta fotografowała długo, nie szukając od razu wyjątkowego ujęcia. Ciemne korzenie wystające ze skarpy, morską pianę na piasku, mokry kamień, na którym ktoś narysował serce i przekreślił je podeszwą buta. W pewnej chwili pomyślała o Zosi, która powiedziała, że powinna była wrócić do fotografowania znacznie wcześniej. Miała ochotę odpowiedzieć jej teraz, choć córki tu nie było, że wcześniej też żyła. Nie wszystkie lata, w których robiła obiady i wychowywała dzieci, były latami straconymi. Ale było w nich coś, czego naprawdę nikt nie miał prawa jej odbierać. Przestała robić zdjęcia i patrzyła na wodę, dopóki palce nie zdrętwiały jej z zimna.

Przed odejściem zauważyła człowieka naprawiającego barierkę przy wejściu na plażę. Przykręcał nowe deski, opierając kolano na starej, a wiatr wyrywał mu z ręki zwiniętą miarkę. Elżbieta zrobiła krok w jego stronę, bo układ rąk, mokrego drewna i światła wydał jej się lepszy od wszystkiego, co sfotografowała tego popołudnia. Zatrzymała się jednak, zanim podniosła aparat.

— Mogę zrobić panu zdjęcie? — zapytała.

Mężczyzna obejrzał się i uśmiechnął z niedowierzaniem.

— Mnie? A po co?

— Bo dobrze wygląda pan w tym świetle.

— To niech pani zrobi. Tylko niech pani nie napisze potem, że tu ktoś pracował za darmo. Jeszcze mi szef uwierzy.

Zrobiła fotografię telefonem, choć ciężar aparatu na kliszę nadal czuła na drugim ramieniu. Po skończonym zdjęciu pokazała mu ekran. Spoważniał; przez chwilę przyglądał się własnym dłoniom, jakby zobaczył je pierwszy raz. Poprosił, żeby przesłała fotografię na numer telefonu, który podyktował powoli, sprawdzając każdą cyfrę. Elżbieta wysłała ją od razu. Idąc później przez las, pomyślała o wszystkich ludziach z fotografii Teresy, których nazwisk nie potrafiła już sobie przypomnieć. Przez lata uważała, że dobre zdjęcie można zrobić, nie przeszkadzając nikomu. Teraz zaczynała rozumieć, że czasami trzeba najpierw zapytać człowieka, czy chce zostać zobaczony.

Kiedy wracała leśną ścieżką, przy starej stacji ratowniczej zobaczyła mężczyznę. Stał przy ogrodzeniu, odwrócony do niej plecami, i rozmawiał przez telefon. Miał na sobie ciemną kurtkę z jasnym paskiem odblaskowym przy kieszeni. Na bramie wisiała tabliczka zakazująca wejścia, ale człowiek trzymał palce między prętami, jakby próbował poruszyć zasuwą. Elżbieta minęła go bez zatrzymywania się. Po kilkunastu krokach usłyszała, jak mówi z wyraźną irytacją: „Ona nadal ma to u siebie”. Nie zwolniła. Zdanie mogło dotyczyć wszystkiego: kluczy, starego roweru, rzeczy pozostawionej w pokoju. Jednak zanim doszła do pensjonatu, przypomniała sobie, jak gospodyni spojrzała na jej aparat.

Wieczorem na parterze paliło się tylko światło w kuchni. Elżbieta zeszła po wrzątek do herbaty i zobaczyła Helenę siedzącą przy stole z otwartą księgą. Nie był to rejestr gości; strony miały duży format i sztywne, szare brzegi. Kobieta zamknęła księgę, gdy usłyszała kroki, ale nie na tyle szybko, by ukryć fotografię przyklejoną do jednej z kartek. Elżbieta dostrzegła grupę ludzi stojących przed tym samym budynkiem stacji ratowniczej, który minęła wcześniej.

— Przeszkadzam?

— Nie. Czajnik jest pod oknem.

Elżbieta nalała wodę do termosu. Gospodyni przesunęła księgę poza zasięg światła. Był to zwyczajny ruch, a jednak tak staranny, że zdradzał znaczenie przedmiotu.

— Dawniej też pani fotografowała? — zapytała Elżbieta, wskazując głową album.

Helena nie odpowiedziała od razu.

— Mój mąż robił zdjęcia.

— Był fotografem?

— Nie. Lubił patrzeć na wszystko przez aparat. Łatwiej mu wtedy było udawać, że nie musi w niczym uczestniczyć.

Powiedziała to spokojnie. Po chwili wstała i zabrała księgę do pomieszczenia obok kuchni. Elżbieta wróciła na piętro, zastanawiając się, czy właśnie usłyszała coś osobistego, czy jedynie kąśliwe wspomnienie o człowieku, którego nigdy nie pozna.

Przed snem otworzyła na telefonie wiadomość od Pawła. Przysłał zdjęcie nowego roweru i trzy zdania o wycieczce pod Kraków, z której wrócił przemoczony. Odpisała, że jest nad morzem i fotografuje. Przez chwilę wahała się, czy powiedzieć mu o Teresie i o liście z 2007 roku. Zosia wiedziała już wszystko, a Paweł nie wiedział nawet, że matka kiedyś miała szansę pracować jako fotografka. Elżbieta nie chciała zrzucać na syna całej prawdy w wiadomości, ale zaczynała się obawiać również własnego zwyczaju odkładania rozmów. W końcu napisała tylko: „Mam kilka spraw, o których chciałabym z tobą porozmawiać, kiedy przyjedziesz. Nic pilnego. Nie musisz się martwić”. Odpowiedź przyszła niemal od razu: „To dlaczego napisałaś, że nie muszę?”. Uśmiechnęła się i zadzwoniła. Paweł odebrał na ulicy, zdyszany, z gwarem tramwajów w tle. Rozmawiali dziesięć minut, prawie wyłącznie o rowerze. Obiecała, że kiedy przyjedzie, nie będzie już udawała, iż wszystko zawsze jest proste. Nie prosił o więcej. To wystarczyło jej na ten wieczór.

W nocy obudziły ją kroki na schodach. Spojrzała na zegarek: było kilka minut po pierwszej. Ktoś przeszedł korytarzem, zatrzymał się przy pokoju naprzeciwko i przez moment poruszał kluczem w zamku. Potem rozległ się cichy trzask, jakby zamknięto szufladę, i kroki oddaliły się na dół. Elżbieta usiadła na łóżku. Pokój naprzeciwko, oznaczony cyfrą cztery, miał zamknięte drzwi od chwili jej przyjazdu. Kiedy szła spać, pod drzwiami nie było światła. Teraz wąska złota smuga przecinała dywan. Mogła to być gospodyni, która sprawdzała ogrzewanie. Mogła to być każda inna, zupełnie nieszkodliwa czynność. Elżbieta położyła się z powrotem, lecz jeszcze długo nasłuchiwała.

W sobotę wyszła przed świtem. Piaszczysta droga była mokra, powietrze pachniało grzybami i igliwiem. Na plaży wiatr pchał fale ukośnie do brzegu. Elżbieta spróbowała zrobić kilka zdjęć aparatem na kliszę, ale po siódmym mechanizm przewijania odmówił posłuszeństwa. Schowała sprzęt z niezadowoleniem. Potem wyjęła telefon i fotografowała dalej. Kiedy wracała, przy stacji ratowniczej stał ten sam mężczyzna co wczoraj. Tym razem nie rozmawiał przez telefon. Miał rozłożoną na masce samochodu papierową mapę i sprawdzał coś na niewielkim urządzeniu. Elżbieta dostrzegła, że budynek wcale nie był opuszczony: przy wejściu do bocznego pomieszczenia znajdowała się nowa kłódka, a na ziemi leżały świeże ślady opon. Mężczyzna podniósł głowę, zobaczył aparat i od razu złożył mapę.

— Szuka pani czegoś konkretnego? — zapytał.

— Światła — odpowiedziała.

Nie zaśmiał się. Spojrzał na urządzenie w jej dłoni.

— Fotografowała pani stację?

— Ogrodzenie i drzewa. Dlaczego pan pyta?

— Bo to prywatny teren.

— Fotografowałam z drogi.

Mężczyzna przyjął to bez komentarza. Był przed czterdziestką albo niedługo po niej, z twarzą noszącą ślady zmęczenia i ramionami nieproporcjonalnie napiętymi jak na zwykłą rozmowę. Elżbieta poczuła, że nie jest to człowiek, który zamierza zatrzymać ją dłużej, jeśli nie będzie musiał.

— Ta stacja była kiedyś czynna? — zapytała.

— Dawno temu.

— A teraz?

— Zależy, kto pyta.

Wyminęła go, nie próbując dowiedzieć się więcej. Za plecami usłyszała jeszcze, jak otwiera samochód. Nie odwróciła się. Przez pół godziny, które zajęło jej dojście do pensjonatu, potrafiła wymyślić kilka racjonalnych powodów jego zachowania. Żaden nie wyjaśniał, dlaczego wzrok mężczyzny zatrzymał się nie na zdjęciach w telefonie, lecz na starym aparacie wiszącym na pasku.

Helena czekała przy stole śniadaniowym. Na blacie stały jajka, chleb, ser i dzbanek kawy. Nikt poza Elżbietą nie zszedł na posiłek. Gospodyni nalewała herbatę do kubka z pękniętym szkliwem. Przy świetle dziennym wyglądała starzej; wokół ust miała głębokie zmarszczki, nieco inny kolor skóry przy lewym uchu i szramę na nadgarstku, której Elżbieta nie dostrzegła wczoraj. Podniosła wzrok na aparat.

— Nie działa?

— Zaciął się. Chyba niepotrzebnie go zabrałam.

— Jeśli nie zerwała pani perforacji, da się uratować film. Proszę nie otwierać tylnej ścianki.

— Zna się pani na tym?

— Kiedyś wywoływałam filmy. Mąż miał ciemnię. Mogę zobaczyć?

Elżbieta podała aparat. Helena ujęła go ostrożnie, sprawdziła licznik klatek, przycisnęła zwalniacz i wykonała dwa niewielkie ruchy dźwignią. Słuch miała dobry; przyłożyła sprzęt do ucha jak lekarz, który chce usłyszeć coś pod skórą pacjenta. Potem oddała jej aparat.

— Teraz proszę nie przewijać na siłę. Rolka jest napięta. Wysłałabym ją do laboratorium.

— Dziękuję.

Helena odwróciła się do zlewu. Elżbieta już miała usiąść, kiedy przypomniała sobie samochód przy stacji.

— Mężczyzna w ciemnej kurtce. Zna go pani? Wczoraj stał przy dawnym budynku ratowników.

Szklanka w ręku Heleny stuknęła o kran. Kobieta odstawiła ją bez pośpiechu.

— Ludzie chodzą tam od lat.

— Zapytał, czy robiłam zdjęcia.

— Na jego miejscu też bym spytała.

— Czy to jego teren?

— Nie.

Kobieta sięgnęła po ściereczkę. Wytarła blat, chociaż był suchy. Elżbieta pożałowała pytania. Przyjechała robić zdjęcia, a po dwudziestu czterech godzinach zaczęła wypytywać gospodynię o mężczyznę stojącego na publicznej drodze. Miała wrażenie, że na tym właśnie polegała choroba, którą przyniosły jej nazwiska Wiktora: każdy człowiek wyglądał na kogoś, kto czegoś nie mówi.

— Przepraszam. To nie moja sprawa.

— Nie — odpowiedziała Helena. — Nie pani.

Nie było w tym złości. Raczej ulga, że obie potrafią już odróżnić granicę.

Po śniadaniu Elżbieta pojechała do pobliskiej miejscowości, gdzie działał mały zakład fotograficzny. Właściciel zaoferował przyjęcie filmu do wywołania, jeśli zostawi cały aparat. Zostawiła go, poprosiła o zachowanie negatywów i wypiła kawę w piekarni naprzeciwko. Na ścianie wisiały czarno-białe fotografie plaży sprzed kilkudziesięciu lat. Na jednej zobaczyła stację ratowniczą, jeszcze z jasnymi drzwiami i nazwą namalowaną nad wejściem. Pod zdjęciem znajdował się podpis: „Ochotnicza jednostka ratownicza, 1998”. Elżbieta zrobiła notatkę, zamierzając wrócić tam po południu i odnaleźć miejsce, z którego dawny fotograf wykonał ujęcie. Tym razem interesowała ją historia budynku, nie mężczyzna z samochodu. Sprzedawczyni, którą zapytała o fotografię na ścianie, powiedziała, że przy dawnej stacji wywieszono ogłoszenie o poniedziałkowej inwentaryzacji i opróżnieniu pomieszczeń. Dawne księgi i fotografie, jeśli się tam zachowały, mogły trafić do śmieci. Dopiero wtedy zrozumiała, dlaczego ktoś przegląda mapy akurat w ten weekend.

Gdy wróciła do pensjonatu, przy wejściu stał samochód w kolorze ciemnej zieleni. Poznała go po pękniętym reflektorze. Mężczyzna z ogrodzenia rozmawiał z Heleną na werandzie. Nie krzyczał. Stał blisko, zbyt blisko, a gospodyni trzymała ręce założone na piersi. Elżbieta usłyszała tylko koniec zdania:

— Nie może pani trzymać tego do śmierci.

Helena zauważyła gościa pierwsza. Mężczyzna odsunął się i spojrzał na Elżbietę z niechęcią.

— Pani z aparatem — powiedział.

— Mam nazwisko — odpowiedziała.

— Znam. Widziałem samochód.

Dopiero wtedy Elżbieta naprawdę się przestraszyła. Samochód miała zaparkowany z przodu, z widoczną tablicą rejestracyjną. Nie było powodu przypuszczać, że ktoś ją śledzi. Ale mężczyzna nie pytał o fotografię. Mówił tak, jakby wiedział, kto wynajął pokój i zamierzał mieć tę wiedzę na przyszłość.

— Pani Heleno, ma pani gościa — powiedział cicho, tym razem do gospodyni. — Dokończymy sami.

Wyszedł przez furtkę. Helena przez dłuższą chwilę patrzyła na ulicę, potem otworzyła drzwi Elżbiecie.

— To pani krewny? — spytała Elżbieta.

— Tak.

Gospodyni weszła do środka. Tym jednym słowem odpowiedziała zarazem na pytanie i na wszystko, czego nie zamierzała jeszcze mówić. Elżbieta poszła do pokoju. Nie chciała być bohaterką historii, w której turystka na własną rękę ściga mężczyzn w obcym mieście. Sprawdziła jedynie, czy telefon ma zasięg, i napisała do Zosi, gdzie nocuje. Nie wspomniała o spotkaniu. Zrobiła to raczej z własnego lęku niż z zamiaru ukrywania czegoś.

Godzinę później wyszła na werandę z kubkiem herbaty. Zielony samochód nadal stał niedaleko furtki, lecz mężczyzny nie było widać. Elżbieta zamierzała wrócić do pokoju, kiedy zauważyła go na ławce pod sosną. Trzymał w dłoniach niewielkie pudełko, najpewniej ze starymi kluczami. Patrzył przed siebie i nie wyglądał na kogoś, kto chce zaczepiać ludzi. Przez chwilę wahała się, czy podejść. Nie znała tej rodziny. Nie miała prawa rozstrzygać, kto mówi prawdę. A jednak mężczyzna zatrzymał ją przy drodze już dwukrotnie, więc uznała, że wolno jej przynajmniej wyjaśnić własną obecność.

— Nie szukam niczego w tej stacji — powiedziała, stając kilka kroków od ławki. — Przyjechałam zrobić zdjęcia morza.

Podniósł wzrok, wyraźnie zmęczony.

— Wiem. Przepraszam za to, jak się odezwałem.

— Dlaczego uznał pan, że aparat jest problemem?

Mężczyzna obracał w dłoniach pudełko.

— Kiedyś w tamtym budynku był warsztat mojego ojca. Potem wszystko zamknięto. Nie wiem nawet, które dokumenty przetrwały. W poniedziałek mają otworzyć magazyn i wywieźć stare rzeczy. Są tam księgi zleceń z warsztatu, może rozliczenia zaliczek. Nie mam do nich prawa bez zgody właściciela, więc próbuję ustalić, kto może mi pokazać inwentarz. Pomyślałem, że pani robi zdjęcia dla właściciela terenu.

— Nie robię. Nie znam nawet jego nazwiska.

— Ja znałem. Dawno temu. — Po chwili dodał: — Człowiek potrafi mieszkać w jakimś miejscu przez pół życia, a potem wrócić i nie rozpoznać własnych drzwi. Ja pamiętam każdą półkę w tamtym warsztacie, a nie umiem udowodnić, do kogo należały rzeczy, które ojciec tam trzymał.

Elżbieta kiwnęła głową. Nie chciała pytać, dlaczego szukał dokumentów właśnie teraz, ani czy zrobił komuś krzywdę. Kiedy odchodziła, mężczyzna odezwał się ponownie.

— Pani fotografuje ludzi?

— Czasami. Jeśli się zgodzą.

— To dobrze — powiedział. — Mój ojciec fotografował wszystkich bez pytania. Potem pokazywał im zdjęcia, na których sam wyglądał najlepiej.

Nie było w tym zdaniu żartu. Elżbieta nie odpowiedziała. Dopiero w lesie zauważyła, że podeszła do obcego człowieka przekonana, iż musi go przed czymś ostrzec, a usłyszała jedynie czyjąś zmęczoną pamięć. Wiedziała już, że nie powinna być kolejną osobą, która wybierze sobie z niej tylko tę część, której potrzebuje.

Po południu wybrała się jeszcze raz na plażę. Przez dłuższą chwilę szukała tego samego kadru, który widziała na fotografii w piekarni. Dawne schody do stacji zniknęły pod piaskiem, płot przesunięto, a za budynkiem wyrosły sosny. Najpierw zirytowało ją, że nie da się odtworzyć zdjęcia. Dopiero później zrozumiała, że fotografia sprzed lat nie była instrukcją, jak patrzeć teraz. Zrobiła kilka własnych ujęć. Na ostatnim zostawiła po prawej stronie niewielki fragment zamkniętej bramy, chociaż pierwotnie chciała go wyciąć. Zobaczyła też na mokrym szkle pomieszczenia odbicie własnej sylwetki. Na ekranie było niewyraźne, lecz rozpoznała siebie po jasnym pasku torby. Przez moment przyglądała się temu z zadowoleniem: czasami człowiek znajduje się na fotografii, choć nikt nie ustawił go przed obiektywem. Za murem coś błysnęło, może klamka, może światło odbite od szyby. Kiedy opuściła telefon, dostrzegła mężczyznę w zielonym samochodzie, wyjeżdżającego boczną drogą. Nie jechał za nią. Skręcił w stronę miejscowości i zniknął.

Kiedy wróciła do pensjonatu, usłyszała dwa głosy dobiegające z kuchni. Helena mówiła niewyraźnie, jak ktoś, kto zaczyna ważne zdanie od połowy. Drugi głos należał do mężczyzny z zielonego samochodu. Elżbieta nie zatrzymała się, żeby podsłuchiwać. Zdążyła jednak usłyszeć jego pytanie.

— Jeśli to tylko pomyłka, dlaczego nie pokażesz mi całej fotografii?

— Bo na tej fotografii jest coś, czego nie zrozumiesz — odpowiedziała Helena.

— To pozwól mi spróbować. Mam czterdzieści dwa lata, mamo. Nie mogę ciągle zdawać egzaminu z tego, co ty uznasz za bezpieczne.

W przedpokoju zaszurało krzesło. Elżbieta weszła na schody, zanim którekolwiek z nich otworzyło drzwi. Wieczorem, kiedy Helena zapukała do jej pokoju, miała w ręku album, ten sam, który wcześniej ukryła w kuchni. Nie usiadła, dopóki Elżbieta jej nie zaprosiła. W świetle stojącej lampy twarz kobiety wydawała się ostrzejsza, bardziej zmęczona. Położyła album na niewielkim stole i długo nie otwierała okładki.

— Pani jest wdową? — zapytała.

Elżbieta poczuła zaskoczenie. W formularzu rezerwacji nie podawała stanu cywilnego.

— Tak. Od lipca.

— Ja nie jestem — powiedziała Helena. — Chociaż wszyscy tutaj tak o mnie mówią.

Milczały. Elżbieta nie zamierzała od razu wypełniać tej ciszy współczuciem ani pytaniami. Helena podniosła z albumu luźną fotografię i odwróciła ją obrazem do góry. Przed budynkiem przystani w innym nadmorskim miasteczku stało sześciu mężczyzn i jedna kobieta. Kobieta została uchwycona na samym brzegu ujęcia, odwrócona częściowo do pozostałych; jej twarz była słabiej widoczna niż twarze mężczyzn. Lewą rękę miała podniesioną, jakby osłaniała oczy przed słońcem. Jeden z mężczyzn miał na sobie żółty sztormiak, drugi trzymał aparat fotograficzny; za nimi widać było burtę łodzi. W prawym rogu fotografii ktoś napisał datę: 12 lipca 2013.

— Kto jest na zdjęciu? — zapytała Elżbieta.

— Mój mąż. Ten z aparatem. W 2011 roku zaginął na morzu. Nie znaleźli go.

— A to zdjęcie jest z 2013 roku?

Helena przytaknęła. Elżbieta podniosła odbitkę. Na odwrocie ktoś postawił pieczątkę zakładu fotograficznego i numer zlecenia. Była to zwykła fotografia na papierze, nie wydruk z internetu. Przy dolnej krawędzi dopisano miejsce: niewielkie miasto po drugiej stronie wybrzeża, daleko od pensjonatu Heleny.

— Data może być wpisana później — powiedziała ostrożnie.

— Może. Dlatego nie wystarczyło mi to, że zobaczyłam go na zdjęciu. Ta fotografia była zrobiona podczas otwarcia nowego pomostu w innej miejscowości. Mam gazetę z tej uroczystości i kliszę, którą kupiłam później od fotografa. Miałam tam koleżankę z dawnych warsztatów. To ona przysłała mi odbitkę i pozwoliła później skopiować negatyw. Bała się, że zrobi mi przykrość.

Elżbieta przyjrzała się mężczyźnie. Miał twarz częściowo zasłoniętą przez aparat, lecz widoczna była blizna przy skroni i charakterystycznie skrzywiony nos. Helena nie domagała się od niej potwierdzenia. Otworzyła album na stronie z fotografią ślubną sprzed wielu lat. Człowiek na zdjęciu miał ten sam nos i bliznę, a także dłoń z wyraźnie skrzywionym palcem wskazującym. Na fotografii z 2013 roku widziała tę samą cechę, choć twarz mężczyzny była częściowo schowana. Nie był to szczegół, który obca osoba mogłaby uznać za rozstrzygający. Gdy Elżbieta odsuwała zdjęcie, zwróciła uwagę na kobietę stojącą przy krawędzi. Na jej lewym nadgarstku widać było jasny, prostokątny zegarek. Nie odczytała z odbitki szczegółów tarczy. Zapamiętała tylko sposób, w jaki kobieta unosiła rękę: lekko usztywnioną, z kciukiem odciągniętym od pozostałych palców.

— To nie jest dowód dla sądu — powiedziała.

— Wiem. Ale dla mnie wystarczył, żeby przestać chodzić na cmentarz pod tablicę z jego nazwiskiem. Szymon postawił ją tam po kilku latach. Nie ma na niej daty śmierci. To miejsce pamięci, nie grób. Nigdy nie znaleziono ciała.

Helena usiadła dopiero wtedy. Powoli, jakby ugięły się pod nią kolana. Jej mąż, Andrzej, prowadził kiedyś niewielką firmę wykonującą naprawy łodzi. Zamawiano u niego części, wpłacano zaliczki, czasem powierzano pieniądze na zakup silników. Pod koniec działalności zaczął zalegać z rozliczeniami. Kiedy w 2011 roku jego łódź znaleziono pustą po sztormie, niektórzy uwierzyli w wypadek. Inni uznali, że uciekł przed długami. Helena zgłosiła zaginięcie, powiedziała policji wszystko, co wiedziała, i przez długie miesiące czekała, aż ktoś znajdzie ciało. Z czasem sprawę zaczęto traktować jak przypadek człowieka, którego morze już nie odda. Nie było jednoznacznego ustalenia śmierci i nie wypłacono żadnych pieniędzy z ubezpieczenia na życie. Dom utrzymała dzięki pokojom dla gości i własnej pracy.

— A syn? — zapytała Elżbieta.

Helena spojrzała na nią ze zdumieniem.

— Skąd pani wie, że mam syna?

— Mężczyzna przed domem. Powiedziała pani, że jest krewnym. Wyglądał na kogoś, kto mówi do pani nie od dzisiaj.

Helena przez dłuższą chwilę patrzyła na swoje dłonie. Potem zamknęła album.

— Szymon. Miał dwadzieścia siedem lat, kiedy ojciec zniknął. Pracował z nim. Dziś ma czterdzieści dwa lata, prowadzi inną firmę i wraca tutaj tylko wtedy, kiedy już nie może czegoś załatwić na odległość. Ludzie pytali go o zaliczki i o silniki, których nie dostali. Policja sprawdzała jego dokumenty. Nie postawiono mu zarzutów, ale przez rok nikt nie chciał go zatrudnić. Później wyjechał.

— Wiedział, że ojciec żyje?

— Nie. Powiedziałam mu, że to pomyłka.

W pokoju słychać było zegar wiszący na korytarzu. Elżbieta spojrzała na fotografię, potem na starszą kobietę siedzącą pod lampą. Nie była pewna, po co Helena przyszła. Mogła potrzebować świadka. Mogła chcieć, żeby ktoś całkiem obcy powiedział jej, że niczego nie można było zrobić inaczej.

— Dlaczego mu pani nie pokazała zdjęcia?

— Andrzej przyjechał dwa tygodnie po tej uroczystości. W nocy. Wszedł od ogrodu. Posługiwał się innym nazwiskiem, miał obcięte włosy, ale ten sam sposób zdejmowania butów. Powiedział, że chciał zobaczyć dom. Poprosił o pieniądze. Nie dał mi żadnego dokumentu, który pozwoliłby rozliczyć klientów ani oczyścić Szymona z podejrzeń. Przede wszystkim chciał, żebym nie mówiła Szymonowi, że żyje.

— I zgodziła się pani?

— Tak.

Nie dodała żadnego usprawiedliwienia. Elżbieta czekała na ciąg dalszy. Helena opowiadała powoli, czasem zatrzymując się w połowie zdania, żeby przypomnieć sobie datę. Andrzej twierdził, że jeśli Szymon dowie się o jego powrocie, będzie musiał zeznawać i znów znajdzie się w centrum sprawy, którą dopiero zaczął zostawiać za sobą. Helena uwierzyła w ten argument, a może potrzebowała uwierzyć. Zgodziła się również schować album. Później Andrzej znów zniknął. Nie przyjechał więcej. Kilka lat temu ktoś przesłał jej wiadomość, że pracował w warsztacie w południowych Niemczech. Helena nie sprawdziła tego. Bała się, że jeśli odnajdzie go naprawdę, przestanie móc opowiadać sobie historię o rodzinie rozdzielonej przez nieszczęście.

— Szymon wiedział, że go pani okłamuje?

— Dowiedział się niedawno. Po tym, jak przypadkiem zobaczył kopię tej fotografii. Mam siostrzenicę, która pomagała mi porządkować rzeczy na strychu. Zrobiła telefonem zdjęcie środka jednej strony albumu i wysłała mu, bo myślała, że zobaczy ojca z młodości. Obcięła skraj odbitki, żeby aparat nie złapał odblasku na folii. Nie zauważyła daty. On zauważył.

— A pani?

— Napisałam mu, że to nie jego ojciec. Wtedy przestał dzwonić. Wczoraj przyjechał pierwszy raz od trzech lat.

Elżbieta pomyślała o własnych dzieciach. O Zosi, która wciąż próbowała pomieścić w jednej pamięci kochanego ojca i mężczyznę ukrywającego przed matką ofertę pracy. O Pawle, z którym Elżbieta nawet jeszcze nie przeprowadziła podobnej rozmowy. O tym, jak niedawno sama chciała powiedzieć córce, co powinna zapamiętać. Helena robiła coś gorszego: nie pozwalała synowi dowiedzieć się, czy jego ojciec żyje. Milczenie trwało tak długo, że stało się osobnym życiem rodzinnym.

— Dlaczego mówi pani to mnie? — zapytała.

Helena przesunęła palcem po brzegu fotografii.

— Nie wiem. Od przyjazdu Szymona prawie nie śpię. Wczoraj w nocy szukałam albumu w pokoju naprzeciwko pani. Trzymam tam jeszcze rzeczy z dawnej ciemni. Kilka razy miałam już zejść do niego ze zdjęciem i za każdym razem wracałam na górę. Pani jest obca. Jutro wyjedzie. Nie prosi mnie pani o to, żebym była dobrą matką ani dobrą żoną. Kiedy rano podała mi pani zacięty aparat, powiedziała pani od razu, że nie wie, co zrobić. Nie oczekuję od pani odpowiedzi. Wiem, jak to głupio brzmi. Wybierałam słowa do rozmowy z synem przez trzy lata, a dziś mówiłam obcej kobiecie o własnym małżeństwie.

Elżbieta uśmiechnęła się gorzko.

— Nie umiem. Przez ostatnie tygodnie robiłam dokładnie odwrotnie. Wciąż szukałam ludzi, którzy wyjaśnią mi życie męża. Czasami miałam do nich pretensję, że nie potrafią tego zrobić.

— Ale pani tu przyjechała.

— Tak. I nawet nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie.

Elżbieta znów sięgnęła po fotografię. Nie przyglądała się już mężczyźnie, który miał umrzeć w 2011 roku. Przyjrzała się jedynej kobiecie w grupie. Fotograf nie ustawił jej w szeregu z pozostałymi; stała bokiem, jak ktoś, kto chciał pozostać poza uroczystością, ale w ostatniej chwili został zawołany do wspólnego zdjęcia. Lewą dłoń unosiła ku skroni. Elżbieta pomyślała o zaciętym aparacie. Gdy Helena trzymała go przy śniadaniu, jej ręka układała się podobnie, z kciukiem ostro odsuniętym w bok. Blizna od nadgarstka ku nasadzie kciuka mogła wyjaśniać ten nawyk.

— Kim jest ta kobieta? — zapytała.

— Jedną z osób na pomoście.

— Tyle widzę.

— Nie znam jej nazwiska.

Elżbieta podniosła oczy znad odbitki. Helena siedziała tak nieruchomo, że na jej twarzy nie drgnął nawet mięsień. Tylko lewa ręka znalazła się nagle pod stołem.

— Ona ma zegarek podobny do pani zegarka.

— Wtedy takie zegarki nosiła połowa kobiet.

— Być może. Na zdjęciu jest też pani sposób trzymania ręki. Nie umiem udowodnić, że to pani. Fotografia jest zbyt mała.

— To dlaczego pani pyta?

— Bo mówiła pani o fotografii przysłanej przez koleżankę. A ja chcę wiedzieć, czy naprawdę dopiero ze zdjęcia dowiedziała się pani, że Andrzej żyje.

Helena odsunęła krzesło. W tym jednym gwałtownym ruchu zobaczyła Elżbieta kobietę całkiem inną od milczącej gospodyni, która podała jej klucz do pokoju. Zmęczoną, ale zdecydowaną, żeby za wszelką cenę nie oddać ostatniej wersji własnego życia.

— Niech pani przestanie — powiedziała Helena. — Nie ma pani prawa przyjechać tutaj na dwa dni i urządzać mi przesłuchania.

— Ma pani rację. Nie jestem policjantką. Mogę oddać zdjęcie i wyjść.

Elżbieta położyła odbitkę na stole, powoli, żeby nie zabrzmiało to jak demonstracja. Helena sięgnęła po nią, lecz nie zabrała. Oparła palce na białym brzegu.

— Byłam tam — powiedziała wreszcie.

Za ścianą trzasnęły drzwi, ktoś z sąsiedniego pokoju spuścił wodę. Zwyczajne odgłosy pensjonatu nie ucichły po wyznaniu. Elżbieta czekała.

— Pojechałam, bo koleżanka zadzwoniła przed uroczystością. Widziała go w porcie. Pomyślałam, że chce mi zrobić okrutny żart. Gdy dotarłam, Andrzej już stał z tamtymi ludźmi. Przez moment myślałam, że odwróci głowę, zobaczy mnie i wrócimy do samochodu. Szymonowi powiem, że ojciec żyje, że był tchórzem, ale jest w domu. Zrobiłam nawet miejsce na fotelu obok kierowcy. A on tylko zapytał, kto mi powiedział, gdzie pracuje.

— I została pani na zdjęciu.

— Fotograf zawołał wszystkich, którzy stali przy barierce. Nie zdążyłam się odsunąć. Przyjechałam po męża, a na zdjęciu wyglądam jak gość na jego nowym życiu. Później moja znajoma przysłała odbitkę. Negatyw kupiłam, bo chciałam mieć jedyną rzecz, której Andrzej nie mógł mi odebrać: dowód, że nie wymyśliłam tego spotkania.

— Dwa tygodnie później przyjechał do domu?

— Tak. Wiedział już, że będę milczeć. Nie umiałam wyrzucić go za drzwi. Nie umiałam też zatrzymać. Dałam mu pieniądze, bo powiedział, że jeśli ktoś z dawnych wierzycieli go znajdzie, najpierw przyjdzie do Szymona. Później przez lata powtarzałam sobie, że kupiłam synowi spokój. W rzeczywistości kupiłam sobie prawo, żeby nikt nie wiedział, jak bardzo dałam się upokorzyć.

— Szymon nie wie, że była pani na pomoście?

— Nie. Odesłałam go, gdy chciał zobaczyć całą fotografię. Powiedziałam, że nic poza jego ojcem na niej nie ma. Gdybym pokazała mu siebie, musiałabym przyznać, że zataiłam nie tylko zdjęcie, ale spotkanie. A ja byłam wtedy jedyną osobą, której jeszcze ufał.

Elżbieta patrzyła na jej lewą rękę. Nie była triumfatorką żadnego śledztwa. Mężczyzna na fotografii przestał być najważniejszy; w tej chwili najboleśniejsza była samotna kobieta, która z własnego wstydu zrobiła obowiązek syna.

— Mogła pani powiedzieć mi o tym wszystko bez pokazywania zdjęcia — odezwała się.

— Mogłam. Ale tak długo to układałam, aż sama zaczęłam wierzyć w wersję, którą sobie opowiadałam.

— Jutro pani syn zobaczy tę kobietę przy brzegu kadru. Jeśli pani pokaże mu całą odbitkę.

Helena uniosła brodę.

— Mam mu powiedzieć, że przyjechała pani na weekend i rozwiązała nasze życie?

— Nie. Ma pani powiedzieć, że zrobiła pani coś, o czym on powinien wiedzieć. Co z tym zrobi, nie zależy od pani.

Helena nagle otworzyła usta, jakby zamierzała powiedzieć coś bardzo przykrego. Zamknęła je jednak. Wstała i przeszła pod okno. W ciemnej szybie odbijały się obie kobiety. Jedna trzymała w ręku zdjęcie, druga stała przy framudze z dłonią przyłożoną do ust. Zdecydowanie, nie zamierzały "wyglądać razem" jak na fotografii.

Helena odwróciła fotografię białą stroną do góry. Zdawała się zbierać siły, żeby zakończyć rozmowę bez kolejnego kłamstwa. Elżbieta jednak nie chciała na to pozwolić, by następnego dnia wróciła do syna z kolejnym milczeniem.

— Szymon ma prawo usłyszeć to od pani. Całą historię, także to, że była pani wtedy na pomoście — powiedziała Elżbieta.

— Nie wybaczy mi.

— Tego nie wiem. I pani też nie. Ale nie powinien już płacić za obietnicę złożoną człowiekowi, który uciekł.

Helena podniosła głowę. Po raz pierwszy zobaczyła w niej coś ostrego, niemal wrogiego.

— Łatwo pani mówić. Pani nie przeżyła mojego życia.

— Nie — odpowiedziała Elżbieta. — Nie przeżyłam. Dlatego nie powiem pani, że rozumiem. Sama dopiero uczę się tego nie robić.

Gospodyni wstała. Zabrała album, a fotografia z 2013 roku została na stole. Przez chwilę patrzyła na nią, po czym położyła obok klucza do pokoju.

— Niech pani ją sobie zostawi. Nie chcę jej już trzymać.

— To pani zdjęcie.

— Nie. To nie tylko moje zdjęcie. I właśnie dlatego tak długo nie potrafiłam mu go pokazać.

Kiedy Helena wyszła, Elżbieta długo siedziała z niezapaloną lampką nocną. Nie była już przestraszona człowiekiem przy stacji. Przesuwała w myślach daty, próbując oddzielić to, co zobaczyła na zdjęciu, od tego, co Helena powiedziała o swoim życiu. Chciała opowiedzieć Janowi o odkryciu, lecz odłożyła telefon. Nie byłoby uczciwe zamieniać cudzej krzywdy w wiadomość o własnej bystrości. Zanim zgasiła lampę, usłyszała przez uchylone okno samochód zatrzymujący się przed furtką. Po chwili w przedpokoju rozległ się głos Heleny, najpierw ściszony, później wyraźny.

— Szymon, poczekaj. Powiedziałam ci wczoraj nie wszystko.

— Znowu?

— Byłam wtedy na miejscu. Widziałam ojca w 2013 roku.

Po tych słowach drzwi trzasnęły tak mocno, że zadrżała szyba w pokoju Elżbiety. Usłyszała uruchamiany silnik. Helena nie zawołała syna ponownie. Rano przed ósmą Elżbieta zobaczyła na podjeździe ten sam ciemnozielony samochód. Szymon wrócił. Nie znaczyło to, że przebaczył.

W niedzielę rano na korytarzu pachniało kawą. Elżbieta zeszła o ósmej i zobaczyła przy stole Helenę oraz mężczyznę z zielonego samochodu. Nie podnieśli wzroku na jej widok. Mężczyzna siedział sztywno, z łokciami na blacie. Przed nim leżał otwarty album i fotografia. Helena miała zaczerwienione oczy, ale nie płakała. Usta zaciskała tak mocno, jakby obawiała się, że każde kolejne słowo cofnie ją do wczorajszego milczenia.

— Zostawię państwa — powiedziała Elżbieta.

— Proszę zostać — odezwał się mężczyzna. — Matka mówi, że to pani zauważyła kobietę na zdjęciu. Chcę wiedzieć, co pani naprawdę widziała.

Helena nie zaprzeczyła. Elżbieta usiadła na krześle przy oknie. Mężczyzna odwrócił ku niej fotografię z otwarcia pomostu.

— Jest pani pewna, że to on?

— Nie znam pana ojca — odpowiedziała. — Nie mogę tego stwierdzić na podstawie odbitki. Ale datę wydarzenia można niezależnie sprawdzić. Na brzegu odbitki jest kobieta z zegarkiem podobnym do zegarka pani Heleny. Pani matka powiedziała mi, że była wtedy na miejscu. To jej słowa, a nie wniosek, który mogłabym udowodnić samą fotografią.

Szymon patrzył na nią długo. Jego oczy były podobne do oczu matki, lecz w przeciwieństwie do niej nie umiał ukryć złości.

— Przez trzy lata pytałem, czy istnieje to zdjęcie — powiedział. — Trzy lata mówiła, że pomylono twarz. Wczoraj przyznała, że widziała go żywego. Gdyby nie pani pytanie, nawet dziś nie powiedziałaby, że pojechała tam osobiście. Wie pani, ile razy wracałem z pracy i zastanawiałem się, czy sam nie zaczynam tracić rozumu?

Elżbieta nie odpowiedziała. Nie miała prawa mówić w imieniu Heleny. Kobieta siedząca obok okna wzięła głęboki wdech.

— Kłamałam. Widziałam go na pomoście, a dwa tygodnie później przyjechał do domu i poprosił o pieniądze. Nie powiedziałam ci tego, bo bałam się, że znowu za nim pójdziesz i zostaniesz z jego długami. A jeszcze bardziej bałam się, że będziesz miał rację co do mnie.

Szymon pokręcił głową.

— Byłem już wtedy dorosły. W lipcu 2013 roku odmówiłem pracy w Gdańsku, bo mówiłaś, że nie dasz rady sama prowadzić domu i pensjonatu. A ty w tym czasie pojechałaś szukać człowieka, który nas zostawił. I nawet nie zadzwoniłaś.

— Wiem.

— Nie. Wtedy tego nie wiedziałaś. Jeszcze wczoraj chciałaś zadecydować za mnie, czy mam prawo znać własnego ojca.

W tych słowach Elżbieta usłyszała podobieństwo do głosu Zosi z niedawnej rozmowy. Nie był identyczny. Nie musiał.

— I wiesz, co jest najgorsze? — zapytał Szymon, zwracając się już tylko do matki.

— Ja mu zazdrościłem. Przez pierwsze lata myślałem, że być może uciekł naprawdę, że gdzieś pracuje i żyje po swojemu. Potem nienawidziłem siebie za tę myśl. Kiedy ludzie przychodzili z niezapłaconymi rachunkami, miałem ochotę powiedzieć, że nie był wart ich pieniędzy. A jednocześnie szukałem go przy każdej przystani, do której przyjeżdżałem.

Helena spojrzała na niego tak, jakby dopiero teraz usłyszała, co naprawdę wydarzyło się po zaginięciu Andrzeja.

— Bałam się, że jak będziesz wiedział, zaczniesz szukać jego pieniędzy i sam wpadniesz w kłopoty.

— To moje kłopoty. Zostały mi po nim. A ty dołożyłaś własne kłamstwo.

— Wiem.

— Nie mów tak, jakby to był koniec.

Helena dotknęła brzegu albumu. Wcześniej zbyt często posługiwała się krótkimi odpowiedziami, które nie pozwalały wejść w prawdziwą rozmowę.

— Jeszcze jedno — powiedziała wreszcie. — Dałam mu wtedy pieniądze. Nie wszystkie, o które prosił. Z oszczędności na dach. Przez rok łatałam przeciekającą werandę folią. Wmawiałam sobie, że płacę za jego odejście. Tak naprawdę płaciłam za to, żeby nie musieć powiedzieć ci prawdy. Andrzej mówił, że wystarczy, jeśli nie będę zadawać pytań. A ja chciałam, żeby choć przez tę jedną noc znowu był moim mężem. Ty szukałeś ojca. Ja szukałam człowieka, którego wymyśliłam sobie już po jego zaginięciu.

Szymon odwrócił twarz do okna. Tego szczegółu nie znał, choć widział przeciekający dach. Oparł się oburącz o stół, jakby przez chwilę zamierzał coś powiedzieć, a potem uznał, że słowa należą już do matki.

Szymon odsunął fotografię i wstał. Helena również się podniosła.

— Powiedz mi wszystko, co pamiętasz — powiedział. — Nie dzisiaj, jeśli nie możesz. Ale nie wybieraj już, których fragmentów mam nie znać.

— Mogę spisać daty — odpowiedziała. — Mam listy i rachunki. Schowałam je na strychu. Jest też dziennik zleceń z warsztatu i notatka z numerem silnika, za który klient zapłacił przed zaginięciem Andrzeja. Nie wszystkie dokumenty rozumiem. Część ma kopie w magazynie przy stacji; w poniedziałek mają go opróżnić.

Szymon długo nie reagował. Wreszcie przytaknął.

— Nie wyjeżdżaj dziś z domu — powiedział Szymon. — Po południu przyjdę po dokumenty. Pojadę z nimi do prawnika. Nie dlatego, że ci wybaczyłem. Chcę wreszcie sam zdecydować, co zrobić z tym, co zostawił ojciec.

Nie uścisnęli się. Nie było przebaczenia. Obietnica powrotu po dokumenty nie przypominała pojednania. Kiedy Szymon wyszedł, Helena odprowadziła go do furtki. Elżbieta widziała przez okno, że rozmawiali jeszcze przez chwilę. Mężczyzna odjechał, zanim gospodyni wróciła do kuchni. Stała potem przy blacie z dłońmi opartymi o krawędź, nie ruszając się przez kilka minut. Elżbieta chciała odejść. Została, bo nie wiedziała, czy samotność Heleny jest teraz wybrana, czy narzucona przez wstyd.

— Powiedział, że wróci po papiery — odezwała się Helena. — Zawsze wydawało mi się, że to za mało, żeby matka mogła się cieszyć.

— Może dziś wystarczy, że dotrzyma słowa. Nie da się więcej od niego zażądać.

— Dawniej powiedziałabym, że przyjdzie, bo wciąż mnie kocha. Tak było mi wygodniej. Teraz wiem tylko, że przyjdzie po dokumenty.

Elżbieta odstawiła filiżankę. Pomyślała o Zosi: o tym, jak córka prosiła, żeby matka nie podpowiadała jej, co powinna pamiętać o ojcu. Mogła o tym opowiedzieć Helenie. Nie zrobiła tego. Nie wszystko, co podobne, należy do tej samej historii.

— Nie musi pani dzisiaj nazywać tego przebaczeniem.

Gospodyni podniosła oczy. Przez chwilę wyglądała na osobę, która po raz pierwszy od wielu lat pozwoliła sobie być zmęczona przy drugim człowieku.

— Czy pani mąż był dobry? — zapytała.

Elżbieta pomyślała o Wiktorze i o dwóch rodzajach wiedzy, które ostatnio zdobyła: o rzeczach, które zrobił, i o tym, jak łatwo przez lata nie zadawała pytań.

— Bywał — odpowiedziała. — Bywał również okrutny, chociaż chyba nie zawsze wiedział, że właśnie taki jest. Kochałam go. To nie jest dla mnie wygodne zdanie, bo nie umiem już powiedzieć, że jedno unieważnia drugie.

Helena usiadła. Zamiast po raz kolejny porządkować album, nalewała sobie herbaty, aż kubek napełnił się niemal po brzegi. Drżała jej ręka. Elżbieta przytrzymała dzbanek, żeby niczego nie rozlała. Pozostały tak przez chwilę, blisko siebie, nie udając przyjaciółek.

— A pani? — spytała Helena. — Jest pani dobra?

Elżbieta uśmiechnęła się krótko.

— Nie wiem. Kiedyś odpowiadałam na to pytanie znacznie szybciej.

Po śniadaniu spakowała torbę. Helena nie chciała zapłaty za dodatkową herbatę ani za pomoc przy aparacie. Elżbieta nie próbowała odwdzięczyć się wyznaniem. Podała jej numer telefonu, gdyby chciała przesłać skan fotografii albo spytać o laboratorium. Gospodyni zapisała numer na odwrocie kartki z listą zakupów. Pierwszy raz uśmiechnęła się bez wysiłku, choć uśmiech był tak krótki, że ledwie go zauważyła.

Przed powrotem do domu Elżbieta pojechała jeszcze na pustą plażę. Było zimno i jasno. Morze nie przypominało tła z żadnego z jej dawnych zdjęć. Przez pół godziny chodziła przy wydmach i robiła fotografie telefonem. Potem usiadła na ławce przy wejściu do lasu. Wyjęła notes i napisała na pierwszej wolnej stronie kilka zdań o człowieku, który odszedł, choć inni uwierzyli w jego śmierć. Nie chciała tej historii opublikować. Zapisała ją po to, żeby nie zmienić jej później w przypowieść o własnym życiu. Helena i Szymon mieli prawo do własnego bólu, a Andrzej do odpowiedzialności za swoje czyny. Elżbieta nie zamierzała rozdzielać ich między siebie jak pamiątek z podróży.

Kiedy wróciła do samochodu, zadzwoniła do Zosi. Córka odebrała zdyszana. Bartek właśnie rozlał sok, Hania zgubiła jedną rękawiczkę, a pralka odmówiła odwirowania. Elżbieta wysłuchała tego z nieoczekiwaną przyjemnością. Dopiero gdy Zosia zapytała o morze, powiedziała, że chciałaby jej coś opowiedzieć, ale woli zrobić to osobiście. Córka natychmiast spoważniała.

— Coś się stało?

— Nie ze mną. Chodzi o mnie i o pewnego człowieka. Poznałam go niedawno.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Elżbieta słyszała tykanie kierunkowskazu samochodu stojącego na poboczu.

— Mamo, spotykasz się z kimś? — zapytała Zosia.

— Tak. Nie wiem jeszcze, co z tego będzie. Nie chcę opowiadać o nim tak, jakbym prosiła cię o zgodę. Ale nie chcę też, żebyś dowiedziała się przypadkiem.

Zosia nie odpowiedziała od razu. Potem powiedziała, że musi usiąść, bo nie spodziewała się takiego telefonu. Elżbieta usłyszała odstawiany kubek i dźwięk zamykanych drzwi.

— Trzy miesiące, mamo — odezwała się córka.

— Wiem.

— Nie mówię, że nie masz prawa. Po prostu... nie wiem, co z tym zrobić.

— Nie musisz teraz niczego robić.

Elżbieta prawie dodała, że Zosia powinna się cieszyć, iż matka nie jest samotna. Ugryzła się w język. Byłoby to kolejne zdanie, którym próbowałaby uporządkować cudze uczucia. Pozwoliła córce milczeć. Po dłuższej chwili Zosia spytała o imię mężczyzny. Elżbieta powiedziała. Kiedy dodała, że Jan znał Wiktora i jest trzecią osobą z jego listy, zapadła druga, znacznie trudniejsza cisza.

— Ty go poznałaś dlatego, że tata zostawił ci jego numer? — zapytała Zosia.

— Tak. Ale to, co teraz między nami jest, nie należy już do twojego ojca.

— Chciałabym móc tak od razu pomyśleć.

— Ja też długo nie mogłam.

Umówiły się na rozmowę po jej powrocie. Nie było w tym telefonie pojednania. Elżbieta nie oczekiwała go. Kiedy odłożyła telefon, zauważyła, że drżą jej dłonie. Mogła poczekać z tą wiadomością następny miesiąc, a nawet rok. Mogła nikomu niczego nie mówić, dopóki z Janem nie ustalą, czym jest ich znajomość. Tymczasem po raz pierwszy zrobiła coś odwrotnego: dopuściła córkę do swojego życia, zanim znalazła bezpieczne słowa, które miałyby je objaśnić.

Do domu wróciła po zmroku. Przy wejściu stała doniczka, której nie zdążyła podlać przed wyjazdem. W kuchni było chłodno. Zostawiła torbę przy schodach, położyła na stole pusty futerał po aparacie pozostawionym w zakładzie fotograficznym i otworzyła w telefonie kilka zdjęć z plaży. Między fotografią mokrego piasku a kadrem z dawną stacją ratowniczą pojawiła się wiadomość od Jana: „Nie wiem, czy jesteś już w domu. Nie chcę przeszkadzać. Chciałbym cię usłyszeć”. Elżbieta zaczęła pisać, że jest zmęczona i zadzwoni później. Skasowała to. Napisała: „Jestem. Wpadniesz? Chciałabym cię zobaczyć”.

Przyjechał przed dziesiątą. Miał na sobie ciemną koszulę i sweter, którego dotąd u niego nie widziała. Zostawił buty na wycieraczce, nie pytając, gdzie wolno je postawić. Kiedy zamknęła za nim drzwi, przez sekundę patrzyli na siebie z nieśmiałością ludzi, którzy potrafią już rozpoznać własne pragnienia, ale wciąż nie są pewni, co zrobi z nimi drugi człowiek.

Elżbieta pierwsza położyła dłonie na jego policzkach. Pocałowała go raz, krótko, potem jeszcze raz, z większą pewnością. Jan objął ją w talii i przyciągnął do siebie tak, że poczuła pod materiałem jego swetra ciepło ciała. Wsunęła palce we włosy na jego karku. Przez chwilę nie odrywali od siebie ust. Dopiero kiedy cofnęła głowę, zauważyła na jego twarzy uśmiech.

— Dobrze wrócić? — zapytał.

— Dobrze, że jesteś.

W kuchni zapaliła małą lampę nad stołem. Nie miała nic przygotowanego poza kromkami chleba i resztką sera. Jan powiedział, że jadł po zajęciach, a ona przypomniała sobie nagle, jak wiele wieczorów spędziła, próbując zapewnić każdemu domownikowi właściwy posiłek o właściwej porze. Tym razem wystarczyły dwie szklanki wody. Usiedli naprzeciwko siebie.

— Powiedziałam Zosi o nas — oznajmiła.

Jan znieruchomiał. Nie odwrócił spojrzenia, lecz przez chwilę trzymał dłoń na pustym blacie, jakby nie wiedział, czy wolno mu się poruszyć.

— O nas? — powtórzył.

— Tak. Nie wiem jeszcze, co to słowo znaczy na przyszły miesiąc. Nie chcę jednak opowiadać o tobie tak, jakbyś był przypadkowym znajomym.

— Jak zareagowała?

— Powiedziała, że trzy miesiące to bardzo krótko. Miała rację. A później spytała, jak masz na imię. To chyba był trudniejszy moment niż wszystko, co wydarzyło się wcześniej.

Jan spuścił wzrok. Przesunął opuszkiem palca po brzegu kieliszka.

— Bałem się, że wrócisz i uznasz, że między nami wszystko zaszło za szybko — powiedział w końcu.

— Wciąż się tego boję.

— Ja też.

— Ale kiedy myślałam o powrocie, wyobrażałam sobie nie tylko ten dom. Wyobrażałam sobie, że otwieram ci drzwi.

Podniósł głowę. Elżbieta poczuła nagłą ochotę, by pocałować go zamiast czekać na kolejną ostrożną odpowiedź. Wstała, obeszła stół i usiadła mu na kolanach. Nie zrobiła tego z kokieterią, której nie czuła; zrobiła to, ponieważ przez dwa dni brakowało jej ciężaru jego rąk. Jan objął ją pewniej niż w czwartek. Kiedy przyłożył twarz do jej szyi, na moment zamknęła oczy. Rozpoznała zapach jego skóry, ciepły i odrobinę cierpki, z nutą mydła, którego używał po goleniu. Nie był to zapach Wiktora. Już nie potrzebowała zestawiać ich ze sobą, żeby stwierdzić, co czuje.

— Nie chcę dziś mówić tylko o tym, co było — szepnęła.

— To o czym?

— O tym, co jest tutaj.

Wzięła jego dłoń i położyła ją na swojej talii. Jan przesunął palcami po krzywiźnie biodra, zatrzymał je, a potem podniósł wzrok, pytając bez słów. Elżbieta odpowiedziała pocałunkiem. Był powolny, głęboki, przerwany dopiero wtedy, gdy zabrakło im tchu. Dotykała jego ramion przez sweter, a później wsunęła pod niego dłonie, wyczuwając ciepło i nierówny oddech. Jan objął ją mocniej, lecz nie próbował zagarnąć dla siebie całej chwili. Gdy oparła czoło o jego, znieruchomiał razem z nią.

— Wiesz, czego bałam się przed wyjazdem? — zapytała.

— Czego?

— Że na plaży zatęsknię za tobą i uznam to za coś niewłaściwego. Że przyjemność z powrotu do ciebie będzie dowodem, iż Wiktor przestaje coś znaczyć.

Jan nie powiedział, że rozumie. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni. Ten niewielki gest pozwolił jej dokończyć bez pośpiechu.

— A ja tęskniłam. I nic nie stało się mniejsze. Ani moje małżeństwo, ani to, że umarł. Po prostu chciałam, żebyś mnie pocałował, kiedy wrócę.

— To mogę zrobić — odpowiedział.

Wstała i pociągnęła go do salonu. Na oparciu kanapy leżała narzuta, którą kiedyś wybierała z Wiktorem; przez chwilę zastanawiała się, czy będzie jej przeszkadzać. Nie przeszkadzała. Jan odgarnął jej włosy z szyi i pocałował nagie ramię. Elżbieta pociągnęła za dół jego swetra, pomogła mu go zdjąć i odłożyła go na fotel. Przesuwała dłońmi po jego plecach, uważnie, z przyjemnością odkrywając miejsca, których jeszcze nie znała: drobną bliznę pod łopatką, mięśnie napinające się pod dotykiem, ciepło skóry przy karku. Kiedy pochylił się, żeby pocałować jej obojczyk, objęła jego głowę, nie ukrywając westchnienia.

Przestała myśleć o tym, jak wygląda. O wieku, o skórze, która nie była już taka jak dawniej, o śladach pozostawionych przez lata. Jan nie dotykał wyobrażenia kobiety sprzed dwudziestu lat. Dotykał jej, teraz. Pod palcami miała jego ramiona, czuła oddech na policzku i własne serce bijące zaskakująco szybko. Pociągnęła go za rękę, żeby usiadł obok, a gdy usiadł, oparła nogi na kanapie i przywarła do niego całym ciałem. Przez długi czas nie rozmawiali. Pocałunki przerywały im się śmiechem, kiedy narzuta zsunęła się na podłogę, a potem wracały spokojniejsze, bardziej czułe. Każde z nich mogło zwolnić. Żadne nie musiało udawać obojętności.

Kiedy na dworze rozległ się pojedynczy samochód, Elżbieta leżała z głową na ramieniu Jana, okryta narzutą. Jego dłoń spoczywała na jej plecach, od czasu do czasu poruszając się leniwie, jakby sprawdzał, czy nadal jest blisko. Pomyślała, że ma ochotę zaprosić go na całą noc. Nie zrobiła tego od razu. Tego wieczoru po raz pierwszy byli ze sobą bez układania planu, jak należy zachować się nazajutrz. Chciała, żeby to wystarczyło.

Jan poprosił, by opowiedziała o podróży. Mówiła o morzu, starych negatywach i kobiecie, która przez lata chroniła cudze kłamstwo. Nie podała nazwiska Heleny ani szczegółów mogących ją zidentyfikować. Jan nie próbował odgadnąć, kto miał rację. Zapytał tylko, co najbardziej ją poruszyło. Elżbieta powiedziała mu o synu, który domagał się nie pocieszenia, lecz prawdy. W jego twarzy zobaczyła na chwilę coś, czego nie znała: cień myśli o własnym synu w Gdańsku. Nie wypytywała go. Ujęła jego dłoń i zatrzymała przy policzku.

— W środę chciałabym przyjechać do ciebie — powiedziała. — Nie byłam jeszcze w twoim mieszkaniu.

— Zapraszam.

— I pokażesz mi coś ze swojego życia, o czym Wiktor nie miał pojęcia?

Jan spojrzał na nią uważnie.

— Nie wiem, czy będzie ci się podobało wszystko, co zobaczysz.

— Mnie też nie podoba się wszystko, co widzisz tutaj.

Pocałował ją w czoło, a potem w usta. Był to pocałunek spokojniejszy od wcześniejszych, ale Elżbieta poczuła pod nim tę samą gotowość, która jeszcze przed godziną kazała jej objąć go w przedpokoju. Kiedy Jan podniósł z podłogi sweter, przytrzymała go za rękaw.

— Nie uciekasz?

— Jutro mam zajęcia od rana. Ale gdybyś chciała, żebym został, powiedz.

Zastanawiała się krócej niż zwykle.

— Chciałabym. A jednocześnie dobrze będzie zasnąć dziś sama. Nie dlatego, że cię tu nie chcę.

— Rozumiem — powiedział. — I tym razem naprawdę chyba rozumiem.

Ubrał się, a ona odprowadziła go do furtki. Październikowe powietrze było zimne i pachniało mokrymi liśćmi. Pocałowała go w policzek, potem w usta, jeszcze zanim zdążył zapytać, czy na pewno nie zmarznie. Po jego odjeździe wróciła do domu z ciepłą skórą pod cienką bluzką i bez potrzeby tłumaczenia sobie, co przed chwilą zrobiła.

Po powrocie do kuchni otworzyła szufladę z kopertą. Wiktor zapisał osiem nazwisk. Cztery poznała. Piąte nadal czekało pod kolejnym wierszem, razem z numerem telefonu. Nie wiedziała, kim jest ta osoba ani co miała do powiedzenia. Pomyślała, że kiedyś zadzwoni, jeśli naprawdę będzie chciała. Zamknęła szufladę. Po raz pierwszy nie miała poczucia, że odłożyła obowiązek. Czekała ją trudna rozmowa z córką i pierwsza wizyta w mieszkaniu Jana. Żadna z tych spraw nie należała do listy. Obie mogły skończyć się inaczej, niż pragnęła.

Po północy telefon zadzwonił. Na ekranie wyświetlił się numer z nieznanym kierunkowym. Elżbieta pomyślała, że to pomyłka. Odebrała jednak, bo wciąż była rozbudzona. Usłyszała kobiecy głos. Starszy, zmęczony, ale stanowczy.

— Pani Rudzka? Nazywam się Halina Szczepańska. Mam wrażenie, że mój numer jest na kartce, którą zostawił pani mąż.

Elżbieta wyprostowała się na krześle. Nazwisko brzmiało znajomo. Wyjęła z szuflady kopertę, rozłożyła kartkę i odczytała piąty wiersz. To samo nazwisko. Pod nim numer telefonu, z którego właśnie dzwoniono.

— Skąd pani wie o tej kartce? — zapytała.

Po drugiej stronie kobieta przez chwilę oddychała nierówno.

— Bo kazałam mu mnie na niej umieścić — powiedziała. — I dlatego, że obawiam się, iż czworo ludzi przed mną powiedziało pani prawdę tylko w takim zakresie, w jakim sami potrafili ją znieść.

Elżbieta spojrzała na pusty futerał leżący na stole. Nie miała żadnego powodu, żeby wierzyć rozmówczyni. Nie miała również powodu od razu uznawać jej za kłamczynię. W ostatnich tygodniach wiele razy słuchała ludzi, którzy przychodzili do niej z gotową wersją własnego postępowania. Tym razem nie chciała ani otwierać drzwi, ani ich zamykać, zanim usłyszy coś więcej.

— Co pani wie? — spytała.

— Nie przez telefon. Wiktor pokazał mi pewien dokument w maju. Nie należał do niego. Kiedy poprosiłam, żeby go oddał, powiedział, że już nie może.

— Co to za dokument?

Kobieta nie odpowiedziała od razu. Elżbieta usłyszała dźwięk przesuwanego krzesła i szelest papieru.

— Proszę najpierw sprawdzić, czy koperta była zaklejona, kiedy pani ją znalazła — powiedziała Halina. — I czy na wszystkich ośmiu numerach jest ten sam atrament.

Połączenie urwało się. Elżbieta siedziała nieruchomo przez kilka sekund. Potem zapaliła lampę nad stołem i położyła pod nią kartkę. Pismo rzeczywiście było Wiktora. Wszystkie nazwiska zapisano w tej samej kolumnie. Podniosła papier bliżej światła. Atrament dwóch ostatnich numerów był wyraźnie ciemniejszy, co zauważyła już w piątek. Sama różnica niczego nie dowodziła. Koperta pozostawała otwarta; nigdy nie znalazła na niej śladu oderwanego kleju, a przecież zawsze myślała o niej jako o liście, który Wiktor zostawił właśnie dla niej. Nie stanowiło to dowodu na nic. Odruchowo chciała zadzwonić do Haliny jeszcze raz. Zatrzymała rękę. Wiele razy dawała się prowadzić cudzym pytaniom. Teraz postanowiła najpierw przypomnieć sobie, gdzie leżała koperta, kto jej dotykał i czy po śmierci Wiktora ktoś miał dostęp do gabinetu. Jedno wiedziała na pewno: piąta rozmówczyni nie zamierzała czekać na niedzielny obiad.

Dodaj komentarz