Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Czerwień i biel.

Kiedyś publikowałem...

Pierwsza.

     Nigdy nie widziałam tylu ludzi, jednak wcale się nie bałam. Siedziałam mu na ramionach
z dłońmi zanurzonymi w jego włosach. Uwielbiałam je dotykać. Rozgarniałam drobnymi
paluszkami sawannę miękkich włosów o kolorze atramentu.
Wysoko w górze, na błękitnym tle nieba, zgromadziły się pierzaste obłoki. Jakie smaczne muszą
być te chmurki, pomyślałam. Brakuje tylko czerwonych poziomek, te co jadłam wczoraj, tak
dobrze smakowały. Sięgnęłam rączką z nadzieją, że zdołam zebrać trochę tej podniebnej
śmietany. Musiałam się poruszyć i pewnie pomyślał, że tracę równowagę.

     – Trzymaj się, słonko. – Poczułam jego ciepłe dłonie na biodrach.
     – Zaraz przylecą samoloty – powiedział głośno.

     Po chwili pojawiły się srebrne i błyszczące. Wcale mi się nie podobały. Mój krem znalazł
się w niebezpieczeństwie.

     – Popsują mój deser – starałam się przekrzyczeć wiwatujący tłum.
     – Widzisz, tam siedzą bardzo ważni panowie, to nasi przywódcy – kontynuował.
     – Tatusiu, możemy iść na rurki z kremem. Nie mogę sięgnąć.
     – Och, nareszcie zrozumiałem. Chmurki są wysoko i nie są wcale słodkie.
     – Próbowałeś?
     – Nie, ale wiem.
     – Chodźmy do parku. Lubię drzewka i trawę.
     – Później, kochanie. Spójrz na te kolory. To nasza flaga. Czerwień i biel.
     – Czerwone jest nawet bardziej smaczne, wczoraj jadłam. Białe też jest dobre.
     – Och ty moje kochanie.

     Roześmiał się serdecznie. Lubiłam jego śmiech.
Mama rzadko się śmiała. Kiedy chciałam z nią układać klocki, dawała mi lalkę. Były tylko dwa
takie dni, kiedy mogłam pokazać jej mój świat. W inne zaprowadzała mnie do dzieci. Pewnie
wolała swoje zabawki. Szczotkę, hałasującą suszarkę, małe pędzelki układające pastelowe
kolory na jej paznokciach. Chciałam być, chociaż troszkę przy niej.

     – Idź się bawić do pokoju. Aceton nie jest zdrowy.
Rozmawiałam z moją Kingą, bo tylko ona mnie rozumiała w tej chwili. Słyszałam
skrzypienie szafy to znowu otwierane szuflady w innej części mieszkania. Pokazała się kilka
razy w takich śmiesznych wałeczkach. Nie wiedziałam tak naprawdę jakiego koloru są jej włosy.
Czarne jak u taty, czy w kolorze dużego talerza z syrenką. Innym razem o odcieniu
niewypieczonych bułeczek.

     Przeszła kilkakrotnie przez pokój w zielonej sukience do kolan. Dobrze, że zrobiła to cicho, bo
właśnie usypiałam Kingę. Potem weszła w różowej, kiedy moja lala już spała. A kiedy
malowałam słoneczko na kartce papieru, pokazała się w czarnej.
Czekałam na niego. Przychodził z pracy, witał mamę, a potem siadał na dywanie i układał
ze mną klocki. Po chwili widziałam zamek. Otaczała go fosa. Żeby się do niego dostać, należało
opuścić zwodzony most. Kiedy opadał wolno, grube łańcuchy narzekały na swój los.
Po chwili przechadzałam się już po marmurowej posadzce, wewnątrz zamku. Ściany zdobiły
obrazy i ciężkie wypolerowane zbroje. W głębi komnaty wisiały skóry upolowanych niedźwiedzi i
wypchane głowy łosi z wielkimi łopatami. Patrzyły na mnie swoimi szklanymi oczami ze
smutkiem, a ja czułam się winna, chociaż to nie moje strzały przeszyły ich serca.

     – Zrobiłaś obiad, kochanie? – zapytał mamy
     – Bolała mnie głowa. Chciałam dla ciebie ładnie wyglądać, ale nie mam się w co ubrać. Możemy
iść do baru na rogu. Robią tam tak dobre paszteciki.
     – Dobrze, najdroższa.

     Kamienne mury zamieniły się w szary pył i pokryły regał, a tlące kaganki ustąpiły szklanym
kielichom żyrandola.

_________________________________________________________________________________________________________


     W końcu tłum został z tyłu. Postawił mnie pośród zielonego dywanu. Podbiegam do
drzewa i położyłam dłonie na korze. Usłyszałam cichą pieśń liści. Siedział z tyłu na ławce.
Czułam, że patrzy na mnie. Jego wzrok okrywał mnie ciepłym płaszczem. Coś zaszeleściło w
pobliskim krzewie. Z bijącym sercem pobiegam do niego, usiadłam mu na kolana. Musiał
dostrzec strach w moich oczach, bo przygarnął moją głowę do piersi.
     
     – Słyszysz?
     – Tak, to serduszko.
     – Dopóki bije, nie będziesz się niczego lękać. – Szepnął i poczułam jego usta na swoim czole.

     Objęłam jego szyję rączkami. Jeżeli raj istniał to właśnie tu i teraz.

_______________________________________________________________________________________

     Dziadek mróz musiał wstać bardzo rano, zanim jasna tarcza z mojego
rysunku roziskrzyła małe diamenty na białym puchu. Patrzyłem na jego dzieło. Tu kwiat o
niepowtarzalnym zapachu, tam koń z pianą na pysku i z rozwianą grzywą. Dalej w górze szyby
namalował poplątane krzewy dzikiej róży i złowrogie chmury zwiastujące burzę.
Usłyszałam, jak wchodzi. Przebiegłam oczami po kolorowych lampkach na zielonym drzewku.
Złote łańcuchy pięły się ciężko ku rozświetlonej gwieździe. Dumna pani mieniła się kolorami
tęczy złota i srebra na rozdymanych policzkach kolorowych kul.

     – Idziemy, słonko? – Podniósł mnie jak piórko i zakręcił.
     – Załóż jej szalik na buzię, mroźno dzisiaj – usłyszałam jej głos z sypialni.
     – Mamusia nie idzie? – zapytałam z nadzieją.
     – Jest zmęczona i boli ją głowa.


     Szybko założyłam moje buciki z futerkiem. Pomógł mi odziać paltko. Po chwili moje
brązowe włosy okryła wełniana czapeczka. Rękawiczki wystawały z kieszonek. Stałam już
gotowa przy drzwiach. Czekałam. Słyszałam jego ciepły głos. Starałam się usłyszeć jej słowa
pochodzące z głębi pokoju.

     – Nie wiem, czy zdołam. Jestem taka zmęczona. Mama przywiozła barszcz i pierogi, to powinno
wystarczyć. Kup tylko ciasto w cukierence na rogu...

     Po chwili wyszedł z sypialni. Smutek przykrył delikatnym uśmiechem.
Czy wiedziałam, że muszę to zrobić? Chyba tak, bo usłyszałam szept ze środka mojego ciała.
Wyciągnęłam ręce. Nachylił swoją twarz. Patrzyłam w dobre oczy ojca i dopiero wówczas
dotknęłam paluszkami, lekko szorstkich policzków. Patrzył zaskoczony, a jego spojrzenie dotarło
do samego środka mojej duszy. Przytuliłam buzię do jego ust. Nie czułam szpiczastych czarnych
włosów w koło. Dwa różowe rąbki spotkały się na chwilę.

     – To za wszystko, tatusiu. To mój prezent pod zieloną panią.

     Jego oczy zaszkliły się i dwie diamentowe łzy spadły z łoskotem na wypolerowaną
posadzkę. Po chwili szliśmy w dół po schodach. Obdrapane ściany szeptały do siebie tajemnice,
tylko im znane ... Trzymałam jego ciepłą dłoń. Dopiero po chwili, zrozumiał, że nie mam
rękawiczek.

     – Zmarzniesz Pola, kochanie.
     – Twoje rączki są takie ciepłe. Kocham cię, tatusiu.
     – Ja też ciebie kocham, mój skarbie.

     Popatrzyłam na jego oblicze. Grymas bólu przykrył cudownym uśmiechem. Wówczas
słońce zakryło się chmurką, bo nie chciało, żebym dostrzegła łzy płynące po złotej tarczy.
Musiało wiedzieć...

     – Wybacz mi, ko....

     Chciałam go złapać, ale nie sięgałam mu nawet do pasa. Powinnam próbować i zrobiłam
to, ale trochę za późno. Jego dobra dłoń wysunęła się z mojej...
Patrzył gdzieś w dal. Stałam bez ruchu. Włosy o kolorze smoły leżały na białym puchu. Po chwili
szkarłat zamieniał biały śnieg w czerwoną mazie.        Czerwień i biel.

Druga.

     Miesiąc kolorowych flag. Patrzyłam w srebrne odbicie. Białe polakierowane sandałki
zlewały się z falbankami obcisłych skarpetek. Sukienka kończyła się na linii kolan. Opinała płaski
tors. Delikatny kołnierzyk unosił się razem z oddechem.

     – Pospiesz się, spóźnimy się przez ciebie. Siostra czeka. – Wzięła moją dłoń.  

     Chyba pierwszy raz. Poczułam chłód. Spojrzałam w jej oczy, ale tam też dostrzegłam tylko mroźny, błękitny
blask.

     – Dlaczego mnie nie kochasz, mamo?

     Jej umalowane różą usta zawisły na chwilę w niemym bezruchu. Próbowały wytłumaczyć,
zaprzeczyć, lecz musiały być posłuszne.

     – Co ci przyszło do głowy? Przecież cię urodziłam. Jestem zmęczona twoimi ciągłymi zarzutami.
Mam męża, o którego mam staranie i drugą córkę, która również potrzebuje opieki. – Popchnęła
mnie delikatnie w kierunku drzwi.

     – Czy kupiłaś mi konwalijki, tak bardzo chciałam je mieć.
     – Konwalijki ma Hania, ty dostaniesz biały bez.
     – Dziękuję mamusiu, bez też jest śliczny.

     Czarny Peugeot lśnił w słońcu. Tata Hani otworzył mamie drzwi. Wsiadła, posyłając mu
radosny uśmiech. Przez szybę zobaczyłam buzię Hani. Mama uchyliła okno.

     – Wchodź! Na co czekasz. Wciąż opóźniasz!

     Otworzyłam drzwi i usiadłam na chłodnej skórze. Hania posłała mi wzrok Bazyliszka.
Na kolanach ściskała bukiet pachnących konwalii. Jej suknia sięgała do ziemi. Delikatne koronki
i białe róże. Falbanki na nadgarstkach falowały z zimna.
Obok jej zaokrąglonych bioder leżał bez. Uschłe liście tłumiły cichy szloch bólu powyginanych
gałązek, a kwiatki pozostawione trzy dni bez wody, wydawały ostatnie tchnienia. Wzięłam
delikatnie półmartwą roślinę. Odwróciłam oczy w kierunku szyby. Wielkie krople łez spadały na
umierający kwiat. Uszy wiercił wysoki ton śmiechu mamy.

     Dojechaliśmy na miejsce. Stłumione, chociaż wesołe głosy dzieci i rodziców wzmogły się,
kiedy wyszedł i otworzył drzwi obok mamy. Przeszedł z przodu wozu i pomógł wyjść Hani,
ponieważ miała trudność z podniesieniem swojego okrągłego tyłeczka. Czekałam chwilę z
nadzieją na cud.

     – Znowu opóźniasz! Czy robisz to specjalnie? – dotarł do mnie ostry głos mamy.

     Czemu otworzyła drzwi, gdzie siedziała Hania, czy nie mogła moich, przecież miała
bliżej?

     Nacisnęłam srebrną klamkę i odepchnęłam z trudem i dopiero wówczas ujęłam gałązkę.
Zamknęłam wrota zimnej trumny. Zrobiłam kilka kroków w kierunku brzęczącego roju.
Spojrzałam na moje kwiaty. Soczyste liście otaczały jak dumny kochanek, świeże i pachnące
grona brzemiennych płatków. Zapach uderzył w moje nozdrza huraganem barw, pomieszanym z
miłosnym śpiewem słowików podczas pełni. Aromat dźwięków zagłuszył szmer podnieconych głosów.

     Stąpałam jak panna młoda przy dźwiękach weselnego marsza. W oddali dostrzegłam
wysoką postać. Nie widziałam twarzy, tylko włosy w kolorze czerni połyskującej błękitem
dojrzałej jagody. Przyspieszyłam kroku. Serce biło jak oszalałe. Szkarłatne wodospady dopadły
twarzy i przez chwilę pięknie kontrastowały z bielą wypłowiałej sukienki.
Nie zrobiłam tego specjalnie. Chciałam tylko dotknąć na chwilę, choćby to miała być zjawa.

     – Jak chodzisz, łamago. Zabrudziłaś mi but – syczący głos Hani rozdarł muzykę, a słowiki
ucichły, drżąc ze strachu.

     Widziałam dłonie zbliżające się nieuchronnie do mojego drobnego korpusu, ale moje
oczy śledziły teraz drobne konwalie spadające ze strachem na szare betonowe płyty.
Świat zawirował. Zdołałam chwycić wolną dłonią rozedrgane dzwonki umierające w trwodze.
Zanim upadłam na szorstki chodnik, trzymałam je pewnie przy piersi, jak matka karmiąca
dziecię.

     Przez chwilę widziałam gwiazdy. Było cicho i dobrze. Jakieś silne dłonie uniosły mnie do
góry. Spojrzałam na włosy z nadzieją, że ujrzę czerń, ale dostrzegłam tylko kolor miedzianego
talerza z syrenką. Ujrzałam brązowe oczy i zatroskaną twarz. Miał pewnie tyle lat co mój tata.

     – Nic ci nie jest, kochanie?

     Konwalie, nie ucierpiały wiele, a mała gałązka bzu otrząsnęła się z szoku i odgięła na
powrót swoje jaspisowe kiście. Dopiero teraz omiotłam wzrokiem moje ciało. Kolana krwawiły.
Obtarte kostki dłoni jeszcze nie uroniły soku malin. Przedramiona i łokcie pulsowały bólem.
Poczułam wilgoć w nosie. Ciepły płyn utworzył szkarłatną kroplę i nieuchronnie biegł na
spotkanie bieli.              Czerwień i biel.

Trzecia.

     Nienawidziła mnie za wszystko. Że jestem ładna, że jestem miła.
Kiedy szliśmy czasem parkiem w czasie wietrznego dnia, gałęzie wierzby tuliły mnie i pragnęły
zatrzymać, chociaż na chwilę. Na pyzatą twarz Hani spadały ostre i karcące.
Oczy chłopców prześlizgiwały się tęsknie od lekko stawianych stóp, poprzez długie nogi, aż do
łagodnie falujących bioder. Zatrzymywały się chwilę na zgrabnie wyrzeźbionych pośladkach.
Czas odmierzały coraz bardziej zarysowane półkule jędrnych piersi. Moje ubranie zawsze
wytarte i połatane, Hani z najlepszych sklepów.
Wyrosła również. Straciła wagę. Zaokrąglone biodra i wydatne piersi przyciągały wzrok
mężczyzn, ale kiedy ich oczy docierały do wciąż lekko zaokrąglonej twarzy i napotykały zimny
blask, wówczas uciekały w popłochu, zostawiają tumany kurzu.
Z biegiem czasu jej zazdrość malała, usta rzadziej rzucały twarde słowa. Tylko arktyczny blask
pozostał w źrenicach...


     W końcu przyszedł dzień wyzwolenia. Miałam skromne mieszkanko na drugim piętrze.
Mogłam oddychać.
Pięć miesięcy wcześniej zatrzymałam się przy wystawie sklepu z kwiatami. Stałam wpatrzona w
czerwoną różę. W końcu i ona mnie dostrzegła. Najpierw lekko wyciągnęła głowę i zdawała się
szeptać: patrz, jaka jestem piękna, ale jej pusta duma topniała i zaczęła przeradzać się w ciepłe
uczucie radości, a jej małe serce pompowało splecionymi żyłkami miłosną wieść do najdalszych
zakątków zielonego wachlarza soczystych liści. Powoli odgięła swoją śliczną główkę w kierunku
szyby. Kilka minut później wszystkie kwiaty z wystawy wyciągały do mnie swoje różnokolorowe
oblicza. Tulipany położyły głowy na szybie w nadziei, że mnie dotkną. Kalie nachyliły kielichy.
Napotkałam wzrok pani stojącej za drewnianym kontuarem. Jakaś siła zapraszała mnie do
środka.

     – Szukasz pracy? – zapytała łagodnie.
     – Bardzo lubię kwiaty – odparłam oszołomiona fontanną aromatów i delikatnym drganiem
podnieconych radością płatków.
     – One ciebie kochają. Ja to dostrzegłam, a ty nie zaprzeczysz. Możesz zacząć od jutra? Dam ci
podwójną stawkę jaką płacą inne sklepy.

     Następnego dnia podjęłam pracę. Na początku nikt nie zauważył, nawet Anna. W końcu
zaczęły się gromadzić drobne wyrazy uznania.

     – Róża stała miesiąc, gdzie pani kupuje kwiaty?
     – Co za zapach. Nigdy jeszcze nie miałam kowali o takim aromacie. I stała całe dwadzieścia
osiem dni.
Tych pochwał było coraz więcej. Anna zamawiała podwójną ilość kwiatów. W końcu
obroty wzrosły pięciokrotnie. Umiała docenić dar, który otrzymałam od... właśnie kto mi go dał?

     – Nie mogę ci płacić za godzinę. Zostajesz moją wspólniczką. Otrzymasz dwie trzecie zysków.
Ja i tak zarabiam dwa razy więcej niż poprzednio.

________________________________________________________________________________________

     Pojawił się nagle. Piękny, o oczach jak lipcowe niebo, ale nie dlatego pozwoliłam mu się
zbliżyć. Miał włosy czarne jak kruk. Z granatowym połyskiem.
Pierwsze miesiące wyglądały jak bajka. Sen się spełnił. Kopciuszek znalazł księcia.
Rozpalał moje ciało pocałunkami. Brał szybko, aż boleśnie. Koił słowami. Przynosił podarunki, a
ja je przyjmowałam, chociaż pragnęłam tylko trzymać jego głowę na kolanach. Tęskniłam za
kilkoma ciepłymi słowami. Wybrałabym raczej dotyk karku i pleców niż szybkie ruchy jego
twardego organu.

     Przyjmowałam to, co dawał, bo przynajmniej nikt mnie nie ignorował, nie krzyczał bez
powodu i nie traktował jak ostrego kamienia w bucie.
Niestety słońce powoli zachodziło i zaczęła się noc. Podarunki otrzymywałam rzadziej, za to były bardziej cenne. Rozkosz trwała krótko, aż zaczęła ranić. Już brakło pocałunków. Wchodził
czasem na sucho. Jego oczy przyjęły arktyczny błękit. Przypomniałam sobie, że znam tego
rodzaju spojrzenia i zaczęłam się bać.
Nigdy nie narzekałam na los. Kwiaty wypełniały ziejąca dziurę w sercu. Wracał później, czułam
często ostry zapach wódki.


     Przypudrowałam policzek, ale i tak siniak był widoczny.

     – Co się stało? – zapytała Anna.
     – Mamy nowy lakier na podłodze, poślizgnęłam się. To wszystko.

     Tydzień później rozciął mi wargę. Oczywiście miał powód. Przypadkiem zrzuciłam
kanapkę na jego nienagannie białą koszulę.
Potem uznał, że twarz zostawia widoczne ślady. Obrywałam w plecy, w brzuch. Kiedy zrobił mi
wielki siniak na udzie, nosiłam dwa tygodnie spodnie. Nie tylko moje ciało cierpiało. Najniższej
kategorii dziwka, otrzymywałaby lepsze epitety.
Postanowiłam uciec. Z własnego mieszkania. Chociaż niezupełnie. Teraz legalnie należało do
nas obojga. Zbrakło pięciu minut... Wszedł, kiedy dopinałam walizkę.

     – Wybierasz się gdzieś?

     Ostry i wysoki ton jego głosu wprowadził popłoch wśród moich kwiatów. Płatki alpejskich
fiołków złączyły dłonie w modlitwie i ukryły się spiesznie w gąszczu liści. Patrzyłam na niego
błagalnie.

     – Pozwól mi odejść. Przestałeś mnie kochać, o ile w ogóle kochałeś. Jesteś okrutny, bijesz mnie
i niszczysz moją duszę.

     – Ty mała żmijo. Spróchniała deska jest lepsza od ciebie. Rozwalę ci ten piękny pysk. Twoją
ciasną cipę rozerwę na strzępy. Udławisz się swoją własną krwią i kawałkami zębów. – Popchnął
mnie na łóżko.
     – Co mam najpierw zrobić? Zmienić twoja suchą pizdę w tatar czy wybić ci zęby i doprowadzić
twoją twarz do stanu, że rodzony ojciec cię nie pozna?
     – Pójdę na policję.
     – Straszysz mnie, zimna rybo? Nie wiesz, że jestem prokuratorem. Mam całą policję w ręku. Zrobię z tobą, co zechcę i włos mi z głowy nie spadnie.

     Poczułam bezradność, bo nie miałam nikogo, kto mógłby mnie obronić. Jeszcze kilka miesięcy temu sądziłam, że w końcu wzeszło słońce nad moim biednym losem, lecz teraz kuła świadomość mrocznej otchłani bez dna.

     – Zabij mnie i skończ moją udrękę.
     – Sama chciałaś, wyschnięty poroniony płodzie.

     Spojrzałam odważnie w jego twarz. Nie zostało tam nawet wspomnienie dawnego
piękna. Z głębi jego źrenic spoglądała wyschnięta czaszka otulona aksamitnym kapturem. Skąd
ten człowiek miał tyle zła? Pogodziłam się z myślą, że za chwilę skończy się mój ból i cierpienie.
Stałam przy otwartym oknie. To dobra śmierć, pomyślałam. Jeżeli nie złamię karku o betonowy
murek, to nadzieję się na stalowe końce płotu.

     Chciał mnie po prostu wyrzucić jak niedopalony papieros, pustą puszkę po piwie lub
zwykły zwinięty kawałek papieru. Kiedy już czułam jego charczący oddech na drgającej w
spazmach ze strachu szyi, jakaś ciepła dłoń odsunęła mnie z linii rozjuszonego potwora o
przekrwionych bladobłękitnych oczach.

     Stracił równowagę, jakby na czymś się poślizgnął i poleciał z krzykiem w dół.
Pierwsze co zobaczyłam, to rozgnieciony liść drzewka szczęścia leżący na podłodze. Rozcięty
szarą rysą czarnych butów, zanim skonał, posłał mi ostatni uśmiech radości.
Drugie ujrzałam w dole. Czereśniowe plamy na kłującej bielą koszuli i trzy oksydowane,
sterczące pręty, dumne z wykonanego dzieła.
Dopiero wówczas objawiło się trzecie. Stał obok i trzymał mnie w ramionach. Dostrzegłam jego
dobre oczy, poczułam ciepłe dłonie i czarno krucze włosy.

     – Dano mi wrócić na trzy uderzenia serca, kochanie. Do zobaczenia.
     – Tatusiu – szepnęłam.

     Pozostało tylko uczucie rozleniwiającego i kojącego cały ból życia, ciepła jego dłoni. Na
białej pościeli leżała czerwona róża.           Czerwień i biel.

Czwarta

     Najpierw zostałam aresztowana, za zabójstwo. Mój były mąż rzeczywiście miał układy i nawet po jego śmierci, działały. Na szczęście nie pozostałam w areszcie długo. Zeznania sąsiadów, których nawet nie znałam i Anny mojej partnerki z kwiaciarni wszystko zmieniły. Bronił mnie adwokat, Marian Brzeski. Zostałam uniewinniona, a sprawę szybko schowano głęboko, żeby ludzie nie dowiedzieli się jakim człowiekiem był naprawdę pan prokurator. Miesiąc później, kiedy sprzedałam dom, bo zbyt mocno przypominała mi potwora, któremu przecież przebaczyłam, zobaczyłam list elektroniczny od pana mecenasa Brzeskiego. Serce podskoczyło do gardła. Czyżby jednak pozostały pytania? Czy wniesiono apelację? Odpisałam drżącymi palcami. Zaproponował spotkanie, ale nie w kancelarii adwokackiej. Umówiliśmy termin i miejsce. Pozostawił mi wybór miejsca i czasu. Spotkała się z nim dwa dni później w kawiarni Roztocze, na ulicy Wolskiej. Kiedy weszłam, już siedział przy stoliku. Wstał i odsunął krzesło.

     – Proszę się nie obawiać pani Polu, spotkanie nie ma nic wspólnego ze sprawą. Jest zamknięta i nikt nigdy nie złoży apelacji. Zarząd miasta jest zaszokowany i radni wraz z prezydentem boleją, że zatrudniali takiego człowieka.
     – W takim razie, dlaczego chciał mnie pan widzieć? – patrzyłam młodą i przystojną twarz.
     – Cóż... Nie jest już pani moją klientką, a ja – zmieszał się i na obliczu dostrzegłam delikatny róż zawstydzenia.
     – Proszę powiedzieć, nie gryzę – próbowałam się uśmiechnąć.
     – Powiem prawdę. Kiedy zapoznałem się dokładnie z pani życiorysem, bo pozwoliłem sobie sięgnąć w przeszłość, uznałem, że chciałbym panią poznać, pani Polu.
     – Jesteśmy dorośli. Proszę nazywać mnie Polą, tak będzie łatwiej.
Uśmiechnął się tak miło i poprawił serwetkę na stoliczku.
     – Stawiam warunek...Proszę. Będziesz mnie tytułować Marian. Czy wyrażasz zgodę, Polu?
     – Dobrze – powiedziałam i odczułam, że również policzki stają się ciepłe.

     Podano kawę i ciastka. Rozmawialiśmy. Najpierw słowa sprawiały trudność, potem...
Przypadkiem dotknął dłoni, a ja poczułam prąd w całym ciele. Przecież wcześniej niejednokrotnie podawał mi dłoń, więc dlaczego?

     – Rozmawiałem z Anną. Kochasz kwiaty.
     – Och tak – przerwałam mu i od razu uznałam, że to niegrzeczne – to raczej one mnie kochają i nie wiem dlaczego.
     – Ja wiem – powiedział to w specjalny sposób, a ja poczułam uderzenie gorąca.
     – Tak? – ośmieliłam się odezwać.
     – Trudno cię nie kochać, jesteś uosobieniem dobroci. Nawet twoja przyrodnia siostra... płakała, kiedy opowiadała, w jaki sposób cię traktowała i jak ty na to reagowałaś. Byłbym kłamcą, gdybym nie wspomniał, że jesteś nie tylko piękna w duchu, ale i cieleśnie. Wybacz, że to mówię, ale nigdy nie widziałem tak ślicznej osoby.
     – Dziękuję, nic na to nie mogę poradzić. Cóż, skoro trochę znasz moją historię, wiesz, że moje szczęście skończyło się z chwilą śmierci taty. Potem kwiaty dawały mi ukojenie.
     – Wiem, że to brzmi nieprawdziwie i powinienem to powiedzieć dużo później, ale zrobię wszystko, żeby twoje życie było ogrodem najpiękniejszych kwiatów, o ile mi pozwolisz...

     Powinnam mu powiedzieć, że to za wcześnie, że owszem wyglądał na uczciwego człowieka i jest w moich oczach uznawany za bardzo przystojnego, ale zamiast tego, dotknęłam jego dłoni.

,,Jego dusza jest czysta, kochanie” – usłyszałam głos i poczułam mrowienie

     Rozejrzałam się po kawiarni, a przecież wiedziałam, że drugi raz go nie zobaczę.

     – Jesteś pewny? – oczywiście pytania nie skierowałam do Mariana.
     – Najzupełniej, Polu – odrzekł Marian.

     Uśmiechnęłam się do niego i usłyszałam ponownie, tym razem w środku serca

,,Tak kochanie, wiem to na pewno. Nie mogłem ingerować wcześniej w twoje wybory, ale w ręce tego człowieka mogę cię powierzyć, ze spokojem mojej duszy.”

     – Mogę spróbować – wyszeptałam. – Tylko będą gadać... Tym razem on położył dłoń na mojej.
     – Dostałem dobrą pracę w Gdańsku. I wiesz co, rozmawiałem z Anną. Chce tam otworzyć sieć sklepów z kwiatami. Uznała, że jeśli tylko będziesz wpadać do każdego sklepu na kilka minut... To nie jest naukowe, ale ona mi opowiadała, jak kwiaty na ciebie reagują i ja w to wierzę...

Rok później.

     To, co obiecał to kropla w morzu tego, co dawał. Nie sądziłam, że poznam anioła. Każdy dzień był poematem a noc pieśnią. Radosną, często kończąca się w pierwszych promieniach Słońca. Uparłam się, aby urodzić w domu. Marian zrobił kurs, dlatego nie potrzebowałam nikogo innego. Nasze maleństwo chciało bardzo szybko zobaczyć świat. Pewnie też i mamę i tatę. Po trzydziestu minutach trzymałam ją na piersi.

     – Witaj kochanie – szepnęłam do maleństwa a Marian położył jedną dłoń na moich włosach a drugą na główce naszej Darii.

     Na białym prześcieradle została czerwona plama w kształcie serca...
Czerwień i biel.  

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użył 4311 słów i 24838 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Pumciak

    To opowiadanie chwyta za serce

    Wczoraj 17:40