
W nocy napisała do Jana: „Nie tylko”. Zrobiło jej się ciepło na samo wspomnienie tych dwóch słów. Znała je na pamięć i nie zamierzała udawać, że chodziło jedynie o taniec. Wiktor nie żył od trzech miesięcy. Nie musiała już nikomu tłumaczyć się z pragnienia, ale przez trzydzieści jeden lat przywykła do jednej pary dłoni i jednego miejsca przy stole. Wczorajszy pocałunek nie wymazał tego przyzwyczajenia. Sprawił tylko, że po raz pierwszy zauważyła w nim również coś, od czego chciałaby się uwolnić.
Telefon odezwał się, kiedy nastawiała kawę. Jan napisał: „Dzień dobry. Nie zasnąłem od razu. Jeśli chcesz, możemy jutro wypić kawę. Bez tańca”. Elżbieta zaczęła pisać odpowiedź, skasowała ją i dopiero wtedy przypomniała sobie o sobotnim obiedzie u Zosi. „Jutro jestem u córki. Chcę się zobaczyć, ale nie obiecuję niedzieli. Odezwę się”. Jan odpowiedział: „Dobrze”. Patrzyła przez chwilę na ekran, niezdolna rozstrzygnąć, czy jego powściągliwość ją uspokaja, czy drażni. Sama prosiła, żeby nie układał za nią planów. Dostała dokładnie to, o co prosiła, i poczuła rozczarowanie.
Przed południem otworzyła szufladę biurka Wiktora. Koperta z nazwiskami leżała pod notesem, którego od lipca ani razu nie otworzyła. W czwartym wierszu przeczytała: „Teresa Szulc”. Nazwisko nic jej nie mówiło. Zosia zauważyła niedawno, że matka zachowuje się tak, jakby wykonywała ostatnie polecenie ojca. Elżbieta odłożyła kartkę i wyszła do ogrodu. Po pięciu minutach wróciła, przetarła mokre dłonie ręcznikiem i wybrała numer. Nie potrafiła przypisać nazwisku żadnej twarzy; to nie dawało jej spokoju.
Kobieta odebrała po trzecim sygnale. Jej głos był niższy, niż Elżbieta się spodziewała, trochę zachrypnięty, jak po dłuższej rozmowie. Kiedy usłyszała nazwisko Rudzka, nie zapytała, o którego Rudzkiego chodzi. Przez chwilę słychać było ruch uliczny, potem skrzypnięcie drzwi i nagłą ciszę.
— Pani Elżbieto, myślałam, że pani nie zadzwoni.
— Znała pani mojego męża?
— Tak.
— Dobrze?
— Wystarczająco. — Kobieta odetchnęła. — Czy mogłybyśmy się spotkać?
Elżbieta poczuła niechęć. Coraz trudniej przychodziło jej słuchanie odpowiedzi, które niczego nie wyjaśniały.
— W niedzielę o trzynastej. Zapraszam na obiad.
— Przyjadę. Ale proszę nie szykować niczego specjalnego.
— Nie przygotowuję specjalnych obiadów dla ludzi, których nie znam.
Po drugiej stronie rozległ się cichy, urwany śmiech.
— Kiedyś przygotowywałaś — powiedziała kobieta.
Elżbieta znieruchomiała. Nie zdążyła zapytać, co miała na myśli, bo rozmówczyni poprawiła się szybko i niezręcznie, prosząc o wybaczenie. Podała orientacyjną godzinę przyjazdu, podziękowała i zakończyła połączenie. Elżbieta stała z telefonem przy uchu jeszcze przez kilka sekund. Próbowała odtworzyć ostatnie zdanie, położyć na nim inny akcent, nadać mu mniej osobiste znaczenie. Nie udało się. Wiktor napisał na liście nazwisko, którego nie znała, ale kobieta przemówiła do niej tak, jakby kiedyś siedziały przy tym samym stole.
W sobotę pojechała do Zosi. Bartek czekał przy drzwiach z kartonowym modelem niewielkiego mostu. Budował go z ojcem na konkurs szkolny, a teraz z powagą tłumaczył babci, dlaczego podpory muszą być dokładnie tej wysokości. Hania siedziała na podłodze z pudełkiem kredek i nie chciała się przywitać, ponieważ obraziła się na cały świat po odmowie kupienia jej trzeciego zestawu flamastrów. W mieszkaniu pachniało pieczonym kurczakiem. Zosia biegała między kuchnią a pokojem, poprawiała obrus, szukała korkociągu i jednocześnie odpowiadała na pytania syna. Elżbieta widziała w tym obraz własnego życia sprzed lat. Chwilami był tak znajomy, że aż męczący.
Bartek poprosił o zdjęcie mostu. Elżbieta sięgnęła po telefon, ale chłopiec skrzywił się z niezadowoleniem.
— Babciu, ty zawsze robisz zdjęcia z góry. Tata mówił, że most trzeba fotografować nisko, żeby wyglądał na prawdziwy.
Elżbieta uklękła przy stole, przesunęła model na białą kartkę i poprosiła wnuka, żeby zgasił górne światło. Odsłoniła zasłonę. Jesienne słońce padło na karton z boku; na papierze pojawiły się długie cienie podpór. Zrobiła kilka ujęć, zmieniając położenie telefonu o kilka centymetrów. Bartek, który jeszcze przed chwilą poprawiał ją z całą pewnością ośmiolatka, przyglądał się ekranowi z otwartymi ustami.
— To wygląda jak prawdziwy most — powiedział.
— Bo na zdjęciu nie widać, że zrobiłeś go z pudełka po butach.
— Mamo, zobacz! — zawołał do Zosi.
Córka podeszła, zerknęła na ekran i uśmiechnęła się szeroko.
— Ty nadal to masz.
— Co?
— Oko. Tata zawsze mówił, że zdjęcia są stratą czasu, a ty robiłaś z naszego brzydkiego podwórka jakiś inny świat. Pamiętasz te drzewa za starym dworcem? Fotografowałaś je chyba sto razy.
Elżbieta nie odpowiedziała od razu. W szafie na piętrze, pod kocami dla gości, leżał mały aparat na kliszę. Nie dotykała go od wielu lat. Kiedyś wstawała przed świtem, żeby sfotografować mgłę nad polami. Kiedy Paweł był mały, zostawiała dzieci pod opieką Wiktora i jechała rowerem po okolicy z aparatem przewieszonym przez ramię. Potem zaczęło brakować czasu. Na początku zrezygnowała z poranków, później z wyjazdów, w końcu oddała ostatnią rolkę filmu do wywołania i przez wiele miesięcy nie odebrała zdjęć. Nie miała wtedy poczucia, że z czegoś rezygnuje. Zwyczajnie następna rzecz okazała się pilniejsza.
— Teraz każdy potrafi zrobić dobre zdjęcie telefonem — powiedziała.
— Nie każdy — odparła Zosia. — Pamiętam, jak chciałaś pracować przy fotografiach. W jakimś projekcie. Chyba nic z tego nie wyszło.
Elżbieta podniosła wzrok.
— Skąd to pamiętasz?
— Nie wiem. Chodziłam jeszcze do podstawówki. Był taki czas, że wciąż coś fotografowałaś. Przyniosłaś nawet zdjęcia na wystawę do domu kultury. Potem przestałaś. Myślałam, że sama uznałaś, że to za dużo zachodu.
W kuchni zabrzęczał timer. Zosia poszła wyjąć obiad z piekarnika. Elżbieta została z telefonem w ręku. Bartek chciał zobaczyć następne ujęcie mostu, więc pokazała mu je i cierpliwie wysłuchała jego planów budowania mostów w przyszłości. Ale w głowie wrócił jej obraz sprzed lat: jasny korytarz domu kultury, kilka czarno-białych fotografii na ścianie i kobieta w zielonym szalu, która śmiała się, że ktoś wreszcie powinien płacić jej za zdjęcia. Elżbieta nie potrafiła sobie przypomnieć nazwiska tej kobiety.
Po obiedzie Zosia zapytała, czy wszystko w porządku. Elżbieta przytaknęła. Nie powiedziała o Janie. Nie dlatego, że zamierzała przed córką ukrywać nową znajomość na zawsze. Obawiała się raczej, że kiedy ubierze ją w słowa, będzie musiała od razu nadać jej znaczenie, którego sama jeszcze nie zna. Zosia opowiedziała o problemach w pracy i o tym, że Paweł obiecał wpaść z Krakowa w listopadzie. Przy pożegnaniu objęła matkę mocniej niż zwykle.
— Nie musisz być ciągle taka dzielna — powiedziała.
— Nie jestem — odparła Elżbieta.
— Właśnie to miałam na myśli.
W drodze do domu Elżbieta zatrzymała samochód na parkingu przy lesie. Zapadał wczesny wieczór. Zadzwoniła do Jana. Odebrał, gdy szukała w torebce chusteczek. Opowiedziała mu o moście Bartka, potem o Zosi, która zauważyła, że matka nadal potrafi zrobić dobre zdjęcie. Jan mówił o głośniku, który znów odmówił współpracy przed lekcją, i o tym, że jego syn od dwóch tygodni odpowiada wyłącznie krótkimi wiadomościami. Rozmawiali swobodnie, lecz każde z nich omijało czwartkowy wieczór tak starannie, że Elżbieta wreszcie straciła cierpliwość do ich taktu.
— Jutro mam gościa — powiedziała.
— Kolejną osobę z listy?
— Tak. Kobietę. Coś powiedziała przez telefon i nie mogę przestać o tym myśleć.
— Chcesz mi opowiedzieć?
— Jeszcze nie.
— W porządku.
Elżbieta przesunęła palcem po zaparowanej szybie samochodu. Mogła zakończyć rozmowę. Nie chciała.
— A ty? — zapytała.
— Co ja?
— Chcesz się ze mną spotkać, kiedy nie będzie już żadnej listy? Nie dlatego, że prowadziłeś lekcję ani że znałeś mojego męża.
Jan przez chwilę nie odpowiadał.
— Właśnie wtedy najbardziej — powiedział w końcu. — Tylko nie zamierzam udawać, że wiem, jak nam to wyjdzie.
— Ja również nie.
Po pożegnaniu przez dłuższą chwilę siedziała w samochodzie. Wreszcie uruchomiła silnik i pojechała do domu. Nie miała pojęcia, jaką rozmowę czeka ją w niedzielę, ale pierwszy raz pomyślała, że może nie wszystkie ważne wydarzenia jej życia muszą prowadzić do Wiktora.
W niedzielę o trzynastej Elżbieta usłyszała samochód na podjeździe. Nakryła do stołu dla dwóch osób, ugotowała rosół i upiekła warzywa z kurczakiem, choć rozmówczyni prosiła, żeby nie szykowała niczego specjalnego. Przez ostatnie tygodnie zaczęła rozumieć, że przygotowanie obiadu jest czasami jedyną czynnością, nad którą naprawdę panuje. Ludzie przywozili do tego domu rzeczy, których nie można było odłożyć do szafki ani podgrzać następnego dnia. Tym razem postanowiła nie stawiać na stole fotografii Wiktora. Przeniosła ją na komodę przy drzwiach gabinetu. Nie ukryła jej. Chciała tylko przez chwilę rozmawiać z kimś, kto nie będzie miał przed oczami uśmiechniętego mężczyzny, którego wszyscy znali inaczej.
Teresa Szulc wysiadła ze srebrnego kombi z długim, płaskim pudełkiem pod pachą. Miała jasne włosy związane z tyłu, okulary w cienkich oprawkach i płaszcz o takim kroju, jaki kupuje się raz na kilkanaście lat. Przez chwilę stała przy samochodzie, poprawiając pasek torby. Elżbieta patrzyła na nią przez szybę w drzwiach i poczuła coś więcej niż zwykłe wrażenie znajomości. Znała ruch, którym kobieta odgarniała włosy z czoła. Znała sposób, w jaki podnosiła brodę przed wejściem do obcego domu. Dopiero gdy otworzyła drzwi, wspomnienie znalazło swoje miejsce.
— Teresa?
Kobieta zatrzymała się na ostatnim stopniu. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, którego nie było ani przyjemnie, ani łatwo zobaczyć.
— Kiedyś Wójcik — powiedziała. — Od dawna Szulc.
Elżbieta oparła dłoń na framudze. Teresa Wójcik była kiedyś jedną z najbliższych jej przyjaciółek. Poznały się na zajęciach fotograficznych organizowanych przez dom kultury, kiedy dzieci Elżbiety chodziły jeszcze do szkoły. Jeździły razem po okolicznych wsiach, piły kawę z termosu, fotografowały stare przystanki, podwórka i ludzi, którzy zgadzali się pozować im przed domem. Teresa miała świetne wyczucie światła, ale zawsze twierdziła, że Elżbieta potrafi dostrzec coś, czego inni nie widzą. Kiedyś, wracając z pleneru, przez dwie godziny opowiadały sobie, co zrobią, kiedy dzieci podrosną i obie będą miały więcej czasu.
— Dlaczego Wiktor zapisał cię pod tym nazwiskiem? — zapytała Elżbieta, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Bo takim się teraz posługuję.
— Wiedział, że mogę cię nie rozpoznać.
— Tak.
Nie było w tej odpowiedzi usprawiedliwienia. Elżbieta odsunęła się, wpuszczając dawną przyjaciółkę do środka. Zobaczyła, że Teresa trzyma płaskie pudełko tak mocno, aż zbielały jej palce. Nie spytała jeszcze, co znajduje się w środku. Wiedziała, że jeśli zacznie od pudełka, nigdy nie dowie się, dlaczego Wiktor uznał tę kobietę za osobę, której po latach powinna wysłuchać.
Usiadły przy stole. Teresa odmówiła wina, ale poprosiła o wodę. Zjadła kilka łyżek zupy, nie komentując smaku. Elżbieta przyglądała się jej twarzy. Kiedyś znała ją tak dobrze, że wystarczało spojrzenie, żeby wiedzieć, czy Teresa jest zadowolona, czy zaraz zacznie się złościć. Teraz widziała kobietę obcą, zmęczoną i nienaturalnie wyprostowaną. Po tylu latach mogłyby rozmawiać o rozwodach, pracy, dzieciach, o tym, co się udało, a czego nie zdążyły zrobić. Żadna nie zaczęła.
— Dzwoniłam do ciebie kiedyś — powiedziała w końcu Elżbieta. — Nie pamiętam już, w którym roku. Telefon odebrał jakiś mężczyzna, powiedział, że oddzwonisz. Nie oddzwoniłaś.
Teresa przytaknęła.
— Byłam wtedy po rozwodzie. Zmieniłam numer. To nie usprawiedliwia tego, że później już sama się nie odezwałam.
— A ja uznałam, że tak się dzieje ze znajomościami. Każdy ma swoje sprawy.
— Miałyśmy.
Elżbieta odstawiła łyżkę. W kuchni tykał zegar, przez okno wpadało zimne światło. Nie miała ochoty słuchać kolejnych ogólnych zdań o upływie czasu.
— Teresa, dlaczego naprawdę przestałyśmy się spotykać?
Kobieta przez chwilę patrzyła na nią z nieukrywanym napięciem.
— Bo dostałam pracę, którą najpierw zaproponowano tobie.
Elżbieta czekała na dalszy ciąg. Teresa położyła dłonie na stole i przesunęła po nim opuszkiem palca, jakby sprawdzała, czy powierzchnia jest gładka.
— Pamiętasz projekt „Domy po drodze”?
Elżbieta pamiętała projekt „Domy po drodze”. Objazdowe plenery, dokumentowanie starych zabudowań i ludzi z niewielkich miejscowości, na koniec wystawa i album. Wypełniła formularz, oddała portfolio i pojechała na rozmowę z komisją. Po raz pierwszy ktoś proponował jej nie udział w amatorskim konkursie, lecz pracę, za którą miała dostawać wynagrodzenie. Przez całe lato czekała na odpowiedź. W końcu schowała aparat do szafy, przekonana, że jej zdjęcia okazały się za słabe.
— Nie przyjęli mnie — powiedziała.
Teresa popatrzyła na nią.
— Przyjęli.
Elżbieta nie sięgnęła po szklankę. Siedziała spokojnie, jakby jej dawna przyjaciółka pomyliła jedno słowo i wystarczyło poczekać, aż sama się poprawi.
— Nie dostałam wiadomości.
— Organizatorzy wysłali ci ofertę.
— Skąd wiesz?
— Z dokumentacji, którą zobaczyłam dopiero w maju. Był tam odpis listu i pozycja w rejestrze korespondencji. Przesyłka zwykła, bez potwierdzenia odbioru. W liście był termin, do którego należało zadzwonić i odesłać podpisany formularz.
— Nie zrobiłam tego, bo nie wiedziałam.
— Wiem.
Elżbieta odsunęła szklankę. Teresa nie patrzyła na nią już jak dawna przyjaciółka, lecz jak człowiek, który przez wiele lat przeprowadzał w myślach rozmowę i nagle odkrył, że rzeczywista rozmowa nie poddaje się żadnej próbie.
— Opowiedz mi po kolei — powiedziała Elżbieta. — I nie mów na razie, co czułaś.
Teresa zdjęła okulary. Złożyła je i położyła na stole obok serwetki. Elżbieta pamiętała ten gest z dawnych lat: kiedy Teresa przygotowywała się do dyskusji, z której nie zamierzała łatwo ustąpić, najpierw zdejmowała okulary.
— To był rok dwa tysiące siódmy. Miałaś dostać dziewięciomiesięczną umowę, wyjeżdżać w teren przez kilka dni w miesiącu, resztę pracy wykonywać w domu. Pierwsze spotkanie planowano na wrzesień. Termin potwierdzenia był krótki, bo projekt finansowano z dotacji. Wyniki wywieszono w domu kultury: twoje nazwisko na liście przyjętych, moje jako pierwsze na rezerwowej. Zobaczyłam je tam jak wszyscy. Nie miałam dostępu do cudzych zgłoszeń ani korespondencji.
— Ty też startowałaś?
— Tak. Nie mówiłam ci. Nie chciałam, żebyśmy obie czekały na wyniki i udawały, że życzymy sobie wygranej.
— A życzyłaś mi?
Teresa podniosła głowę.
— Nie. Chciałam tej pracy tak bardzo, że przez kilka tygodni nie mogłam patrzeć na twoje zdjęcia bez złości.
Wyznanie przyszło bez uprzedzenia, niemal szorstko. Elżbieta przypomniała sobie plenery, podczas których Teresa mówiła o jej oku do światła i niezwykłej cierpliwości. Teraz nie wiedziała, czy były to komplementy, czy sposób mówienia czegoś prawdziwego bez wypowiadania najważniejszej części.
— Wysłałaś list? — zapytała.
— Nie wiem, czy list do ciebie dotarł. Wtedy nikt mi nie powiedział nawet, kiedy go wysłano.
— Mógł zaginąć na poczcie.
— Mógł. Po kilku dniach koordynatorka wspomniała tylko, że nie potwierdziłaś udziału. Przyznała, że rozmawiała przez telefon z Wiktorem, a on twierdził, że nie możesz wyjeżdżać. Prosiła o pisemną odpowiedź od ciebie, nie od niego, lecz nic nie przyszło. Wyznaczony termin minął; dopiero wtedy, według regulaminu, przesunięto moje nazwisko z listy rezerwowej. Szczegóły rozmowy znalazłam w archiwalnej notatce dopiero po majowym spotkaniu z Wiktorem.
Elżbieta przytrzymała palce na krawędzi stołu. Nie było sfałszowanego podpisu ani oficjalnego pełnomocnictwa. Jej mąż nie musiał nawet skutecznie odmówić za nią. Wystarczyło, że zatrzymał wiadomość, a ludzie pilnujący terminów uznali brak odpowiedzi za odpowiedź. W 2007 roku część spraw załatwiało się telefonicznie, listem, zwykłym przyzwyczajeniem, że małżonkowie wszystko sobie przekazują. Każdy z tych zwyczajów miał wyglądać rozsądnie. Żaden nie zapewniał, że dowiedziała się o czymkolwiek.
— Skąd wiesz, że list zatrzymał Wiktor? — zapytała.
— W maju sam mi powiedział, że wyjął przesyłkę ze skrzynki, otworzył i schował do teczki. Bał się, że jeśli zobaczysz umowę, zechcesz ją podpisać.
— Uwierzono mu bez mojego podpisu?
— Nie. Nikt formalnie nie odrzucił oferty w twoim imieniu. Po prostu nie było odpowiedzi i miejsce przepadło.
— A sam list?
— Powiedział, że przechowywał go z rachunkami w gabinecie. Nie wiem, czy nadal tam jest. W maju pokazał mi jedynie kopię.
Elżbieta spojrzała w stronę gabinetu. Przez minione trzy miesiące przeszukała wiele szuflad Wiktora, lecz nie wszystkie. W pewnym momencie zatrzymała się i zabroniła sobie dalszego grzebania, bo każde znalezione pismo przypominało, że mąż nigdy już nie powie, do czego było potrzebne. Teraz miała ochotę wstać i otworzyć wszystkie szafki naraz. Pozostała przy stole.
— Co ty zrobiłaś, kiedy skreślili moje nazwisko?
Teresa włożyła okulary, natychmiast je zdjęła.
— Podpisałam umowę. Byłam pierwsza na liście.
— Nie pytam o to, co zrobiłaś z propozycją. Pytam, co zrobiłaś, kiedy usłyszałaś, że nie odpowiedziałam.
— Zadzwoniłam do Wiktora. Powiedział, że nie wyrabiasz się z domem i dziećmi, a on całymi dniami jest w firmie. Że nie chcesz wracać do tematu i że będzie ci przykro, jeśli sama będę o to pytać. To ostatnie zabrzmiało tak, jakby troszczył się o ciebie bardziej niż ja.
— I wystarczyło ci to?
— Wtedy chciałam, żeby wystarczyło — powiedziała Teresa z nagłą ostrością. — Nie byłam naiwna. Miałam do wyboru dziewięć miesięcy płatnej pracy albo następny rok dorabiania w sklepie. Gdybym do ciebie przyjechała przed zamknięciem sprawy, mogłaś odzyskać miejsce. A nawet później mogłaś złożyć skargę. Wiedziałam o tym. Nie dzwoniłam, bo nie chciałam ryzykować.
Elżbieta spojrzała na nią po raz pierwszy bez gniewnej ulgi, którą przyniosła myśl o winie Wiktora. Słowa męża nie były słowami żony. Teresa znała tę różnicę równie dobrze jak ona.
— Mogłaś mnie znaleźć w pracy.
— Mogłam.
— Mogłaś wpaść w sobotę. Zawsze wpadałaś.
— Wiem.
— A jednak nie przyjechałaś.
— Przyjechałam raz — odpowiedziała Teresa. — Już po podpisaniu umowy. Kiedy zobaczyłam samochód Wiktora na podjeździe, przez kilka minut siedziałam za kierownicą. W końcu zapukałam. Otworzył. Powiedział, że pojechałaś z dziećmi do taty, a twoja mama źle się czuje. Nie wiedziałam jeszcze, że leżała w szpitalu. Powiedział, żebym cię nie niepokoiła.
— Mama leżała wtedy w szpitalu.
— Dowiedziałam się później.
— Ale nawet wtedy nie zadzwoniłaś.
— Nie.
Teresa uniosła szklankę, lecz nie wypiła. Na szkle pozostały ślady jej palców, drobne i wyraźne w bocznym świetle.
— Nie przepraszam cię za to, że przyjęłam pracę — powiedziała. — Wzięłam propozycję, kiedy oficjalnie przestała należeć do ciebie. Nie miałam obowiązku odrzucić jej z solidarności.
— Tego od ciebie nie żądam.
— Wiem. Ale przez lata właśnie tak sobie tłumaczyłam, dlaczego nie powinnam czuć się winna. Nie ukradłam twoich zdjęć. Pracowałam uczciwie, ciężej, niż ktokolwiek widział. Pierwszą zimę spędziłam między wynajętymi pokojami, ciągle bez pieniędzy. Kiedy ludzie mówią, że wszystko zawdzięczam temu projektowi, mam ochotę krzyczeć, bo przecież potem zrobiłam tysiące fotografii, których nikt nie zrobił za mnie.
— Nikt ci tego nie odbiera.
— A jednak patrzysz na mnie tak, jakbym żyła twoim życiem.
— Przynajmniej ty miałaś do czego wracać — wyrzuciła z siebie Teresa. — Dzieci, dom. Ja miałam wynajęty pokój, dorywczą pracę i matkę, która co miesiąc pytała, kiedy wreszcie znajdę coś porządnego.
Elżbieta odstawiła szklankę.
— To znaczy, że bardziej potrzebowałaś mojej pracy?
— Nie przekręcaj moich słów.
— Właśnie próbuję ich wysłuchać.
Teresa odwróciła twarz. Przez moment było widać, że naprawdę chciałaby odebrać to, co powiedziała, ale nie znalazła sposobu, który nie brzmiałby jak kolejne tłumaczenie.
— Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie — powiedziała Elżbieta. — Mogłabym nie wytrzymać tych wyjazdów. Mogłabym po miesiącu zrezygnować. Ale wtedy sama musiałabym to powiedzieć. Ty również nie wiedziałaś, co bym wybrała.
Teresa spojrzała ku oknu. Dwie sikory kłóciły się na gałęzi klonu, strząsając krople z mokrych liści. Elżbieta przypomniała sobie, jak kiedyś stały obok siebie przed podobnym oknem, czekając, aż deszcz ustanie i pojadą fotografować opuszczony dom. Przypomniała sobie również, że Teresa była jedyną osobą, z którą potrafiła rozmawiać godzinami o świetle, nie tłumacząc, dlaczego właśnie ono ją interesuje.
— A kiedy naprawdę przestałaś wierzyć Wiktorowi? — zapytała.
— Po roku. Spotkałam Zosię przy piekarni. Miała zdjęcia ze szkolnej wycieczki, pokazała mi je, pamiętała, że robiłam fotografie razem z tobą. Powiedziała, że nie bierzesz już aparatu, bo nie wybrano cię do projektu. Uznałam, że dziecko mogło coś źle zrozumieć. Wieczorem znalazłam twój numer. Przez godzinę leżał przede mną na stole. Potem zgasiłam światło. Nazajutrz wstałam i pojechałam robić zdjęcia do albumu.
— Zosia była wtedy dzieckiem — powiedziała Elżbieta. — A mimo to zapamiętała, że byłam przekonana, iż mnie nie wybrali.
Teresa opuściła głowę.
— Wiem.
— Od którego roku?
— Od tamtego spotkania.
Elżbieta patrzyła na przyjaciółkę, niezdolna ułożyć tych dat w cokolwiek, co przypominałoby dawne życie. Pożyczka dla Roberta sprzed czternastu lat była wyborem Wiktora i błędem Stefana; ta historia wydarzyła się pięć lat wcześniej, kiedy Zosia wciąż mieszkała z rodzicami. Wiktor żył wtedy zwyczajnym, zdrowym życiem. Wracał z pracy, odkładał klucze na komodę, pytał o zakupy. Mógł któregoś z tych wieczorów powiedzieć, co zrobił. Nie powiedział przez następnych dziewiętnaście lat.
Teresa otworzyła płaskie pudełko. Wewnątrz leżała przezroczysta koszulka z pożółkłym odpisem pisma. Elżbieta zobaczyła swoje nazwisko, nazwę „Domy po drodze”, kwotę wynagrodzenia, daty wyjazdów i prośbę o odpowiedź przed końcem tygodnia. Na kolejnej kartce widniała pozycja z rejestru wysyłki: „Nadano listem zwykłym”, a niżej dopisek koordynatorki: „Rozmowa z mężem; prośba o osobiste potwierdzenie kandydatki. Brak odpowiedzi w terminie. Zaproszono osobę z listy rezerwowej”. Nie było podpisu Elżbiety. Nie było nawet jej śladu na tych dwóch kartkach, choć dotyczyły dziewięciu miesięcy życia.
— Skąd to masz?
— W maju skontaktowałam się z dawną koordynatorką. Zachowała robocze kopie: swoje listy wysyłkowe, zestawienie kandydatów i notatki telefoniczne, bo opracowywała potem album. Oryginały dokumentacji dawno przekazano do archiwum organizatora. To, co masz przed sobą, jest kopią kopii; możesz wystąpić o dokumenty bezpośrednio. Sama nie miałam do nich dostępu podczas rekrutacji.
— Kto pierwszy odezwał się do ciebie po latach?
— Wiktor. Najpierw napisał do mnie przez stronę pracowni, potem umówiliśmy się w kawiarni. Przyniósł odbitki, które wysłałaś na konkurs. Powiedział, że przez lata próbował sobie tłumaczyć, iż wybrał dla ciebie spokojniejsze życie. W maju powiedział wreszcie, że nie miał prawa wybierać go za ciebie.
Elżbieta sięgnęła pod dokumenty. W papierowych przekładkach leżały jej zdjęcia: stary przystanek bez dachu stojący pośrodku pola, kobieta myjąca okna w wiejskim domu, chłopiec z psem śpiącym na kolanach, brama przecięta cieniem drzewa. Zatrzymała się na ostatniej odbitce. Pamiętała, ile czasu stała na wilgotnym podwórku, czekając, aż wiatr na chwilę przestanie poruszać liśćmi. Nie potrafiła przypomnieć sobie, co tego dnia podali na obiad. Zapamiętała za to światło.
— Zachował te zdjęcia — powiedziała.
— Tak. Nie wiem, czy dlatego, że był z nich dumny, czy dlatego, że nie umiał wyrzucić dowodu. Nie chciałam go o to pytać.
— Skąd miałaś pewność, że w maju powiedział prawdę o liście?
— Nie miałam. Dokumenty potwierdzają, że wysłano ofertę i nie otrzymano twojej odpowiedzi. Samo to nie dowodzi, kto zatrzymał przesyłkę. Ale Wiktor powiedział mi, co z nią zrobił, zanim poprosiłam o archiwum. Kiedy zapytałam, dlaczego wtedy niczego ci nie pokazał, odparł, że firma zaczęła zarabiać, że miał dużo pracy, że Paweł potrzebował pomocy w nauce, a ktoś musiał zajmować się domem. Żadna z tych spraw nie była wymyślona. Bał się, że będziesz chciała wyjeżdżać, a on będzie musiał zmienić własny sposób życia.
— Dom nie przestawałby istnieć, gdybym czasami wyjechała — powiedziała Elżbieta.
— Wiem.
— Nie. Wtedy nie wiedziałaś. Wtedy wyjazdy były dla ciebie konieczne, a dla mnie nieodpowiedzialne.
Teresa otworzyła usta, by odpowiedzieć, lecz zatrzymała się. Miała ten sam wyraz twarzy, który Elżbieta pamiętała z kłótni o ich fotografie. Elżbieta znała ten wyraz twarzy. Nieraz sama go wywoływała, nie potrafiąc ukryć zazdrości wobec odwagi przyjaciółki.
— Nie twierdzę, że zachowałam się przyzwoicie — powiedziała Teresa. — Ale nie przyjechałam tu, żebyś odebrała mi wszystko, co zrobiłam później.
— Nie mogę odebrać ci ani jednego zdjęcia.
— Możesz uważać, że nie powinny należeć do mnie.
— Nie uważam. Nie zrobiłabyś ich za mnie, ale ja też nie zrobiłam ich za ciebie. Nikt nie wie, co bym zrobiła.
Teresa zamknęła oczy. Tym razem nie było w tym geście kapitulacji.
— Właśnie to chciałam kiedyś od ciebie usłyszeć — przyznała. — Nie zasługuję na to, żebyś mi to mówiła.
Elżbieta miała ochotę odpowiedzieć, że chodziło o dziewięć miesięcy, a nie dziewiętnaście lat. Jednak nie chciała zamieniać rozmowy w konkurs na stratę. Najbardziej niepokoiła ją świadomość, że jej życie naprawdę mogło potoczyć się podobnie jak dziś, z wyjątkiem jednej rzeczy: nigdy nie byłaby zmuszona myśleć, że nie wybrano jej dlatego, iż nie zasługiwała.
— Co powiedział Wiktor, kiedy w maju spotkaliście się po tylu latach?
— Przeprosił mnie za to, że postawił nas obie w tej sytuacji. Złościłam się na niego. Wyglądało, jakby chciał przeprosić za wszystko naraz, bez wysłuchania odpowiedzi. Spytałam, czy powiedział tobie. Powiedział, że spróbuje. Nie obiecywałam, że zrobię to za niego. Kiedy później poprosił o mój aktualny numer, zgodziłam się, chociaż nie wiedziałam, po co go zapisuje.
Elżbieta przez chwilę oglądała kopię oferty. Wiktor od miesięcy przygotowywał wyznania na wypadek, gdyby nie potrafił ich wypowiedzieć osobiście. W maju siedzieli razem na tarasie, rozmawiali o wakacjach i nadchodzących urodzinach Pawła. W żadnym z tych wspomnień nie było miejsca na dokument leżący przed nią. Tego lata, kiedy go pochowali, żałowała każdej rozmowy przerwanej pośpiechem. Teraz żałowała również tych, w których mówiła o wszystkim, tylko nie o sobie.
— Dlaczego przyjechałaś? — zapytała Elżbieta. — Nie pytam o Wiktora. Chcę wiedzieć, czy naprawdę chciałaś mnie zobaczyć, czy chciałaś tylko mieć to za sobą.
Teresa podniosła okulary do oczu.
— Obie rzeczy. Od lat opowiadam ludziom, że przyjaźnie z młodości po prostu się kończą. W mojej wersji nie było kłamstwa, tylko przeprowadzka, rozwód, nowe zajęcia. Po spotkaniu z Wiktorem zdałam sobie sprawę, że jeśli teraz się nie odezwę, będę powtarzać tę historię aż do śmierci. Chciałam się pożegnać z tamtą wersją siebie. I liczyłam, że ty mi w tym pomożesz.
— Nie mogę ci tego obiecać.
— Wiem. — Teresa po chwili dodała: — I wcale mnie to nie uspokaja.
Elżbieta przeniosła talerze do kuchni. Teresa nie próbowała jej pomagać. W odkręconym kranie woda uderzała o stalowy zlew z takim hałasem, że przez kilka chwil można było nie słyszeć nic więcej. Kiedy Elżbieta zakręciła wodę, uświadomiła sobie, że przed laty po takich rozmowach Teresa jako pierwsza przychodziła za nią do kuchni. Zwykle z papierosem, chociaż obie obiecywały sobie rzucić. Dziś nie miała pojęcia, czy tamta przyjaciółka nadal pali. Zadziwiająco dużo rzeczy można stracić bez jednego pożegnania.
Po powrocie zastała Teresę przy oknie. Na stole leżało otwarte pudełko. Elżbieta przypomniała sobie letni wyjazd na wieś, kiedy obie próbowały sfotografować kobietę o twarzy pomarszczonej jak stara gazeta. Teresa rozśmieszyła ją dowcipem, a Elżbieta nacisnęła spust migawki dokładnie w tej chwili. Na zdjęciu kobieta miała przymknięte oczy i śmiała się tak mocno, że nie musiały pytać, czy podoba jej się portret. Kiedyś wspomnienie przywoływało radość. Teraz wróciło razem z gniewem.
— W albumie z tamtego projektu są ludzie, których fotografowałyśmy razem? — zapytała Elżbieta.
— Tak. Kilku już nie żyje, wiele domów rozebrano.
— Chcę zobaczyć cały album, nie tylko to, co dla mnie przywiozłaś.
— Przyślę ci egzemplarz.
— Nie dziś. Nie chcę, żeby następny prezent załatwił za nas rozmowę.
Teresa stała ze splecionymi dłońmi. Po raz pierwszy wyglądała, jakby miała ochotę się sprzeciwić. Elżbieta nie zamierzała ułatwiać jej pożegnania. Odprowadziła ją do przedpokoju, gdzie dawna przyjaciółka przez chwilę zmagała się z zamkiem płaszcza. Zanim otworzyła drzwi, Teresa odwróciła się i powiedziała, że wszystkie fotografie w pudełku należą do Elżbiety, a dokumenty są kopiami i może je zatrzymać.
— Nie wiesz, co to znaczy, prawda? — zapytała Elżbieta.
— Co?
— Wrócić do domu z czegoś, na co się nie pojechało. Przygotować dzieciom kolację, narzekać na zmęczenie, a przez następne lata powtarzać sobie, że człowiek widocznie nie był dostatecznie dobry.
Teresa zapięła płaszcz.
— Nie. Nie wiem.
— To przynajmniej tego nie próbuj rozumieć za mnie.
Teresa przyjęła te słowa z widocznym wysiłkiem. Zeszła po stopniach, nie wyciągając ręki na pożegnanie. Kiedy już otwierała drzwi samochodu, odwróciła się jeszcze.
— Elu, te twoje zdjęcia były naprawdę dobre.
— Wiem — powiedziała Elżbieta, choć nie miała pewności, czy nadal w to wierzy. Nie chciała jednak, żeby ostatnie słowo o jej pracy znowu należało do Teresy.
Dopiero kiedy samochód zniknął za zakrętem, zamknęła drzwi. Siedząc potem w jadalni, po raz pierwszy zajęła miejsce, na którym od lat siadał Wiktor. Stąd lepiej widziało się ogród i wejście do gabinetu. Przez lata nie zastanawiała się, dlaczego mąż wybierał właśnie to krzesło. Teraz przypomniała sobie, jak podczas obiadu odbierał telefony i wychodził, a ona zostawała przy talerzach. Mógł to robić, bo ktoś zawsze pozostawał w domu. Ta myśl była jednocześnie sprawiedliwa i niesprawiedliwa; Wiktor również ciężko pracował, a wiele rzeczy zbudowali wspólnie. Nie zmieniało to faktu, że jedną z najważniejszych decyzji o jej życiu podjął bez niej.
Rozłożyła fotografie na stole. Niektóre rozczarowywały. Na jednej niepotrzebnie zostawiła pół kadru pustego nieba, na innej źle dobrała ostrość, w trzeciej zbyt szybko nacisnęła spust. Kilka zdjęć nadal wydawało jej się dobrych. Na starym przystanku bez dachu cienki pasek popołudniowego światła biegł przez ławkę i znikał pod nogami siedzącej kobiety. Pamiętała, że czekała niemal godzinę na właściwy moment. Pasażerka z siatką zakupów zapytała ją wtedy, po co fotografuje tak brzydkie miejsce. „Za parę lat może go już nie być”, odpowiedziała. Kobieta roześmiała się: „Oby”.
Pod ostatnią przekładką znalazła fotografię, której nie pamiętała. Była na niej sama, na skraju łąki, z aparatem przy twarzy. Wiatr rozwiał jej włosy, rękaw kurtki zsunął się z ramienia, a kolana miała lekko ugięte, jakby zaraz miała przykucnąć. Ktoś musiał zawołać ją chwilę później, bo na odbitce obracała głowę, lecz wciąż patrzyła w wizjer. Nie była upozowana. Wyglądała na człowieka, któremu nikt akurat nie przeszkadza. W domu pełnym rodzinnych zdjęć prawie nie było podobnego portretu. Zazwyczaj stała obok Wiktora albo przy dzieciach. Tutaj nie miała przy sobie nikogo i nie potrzebowała towarzystwa.
Zajrzała do albumu w telefonie. Wczoraj zrobiła Bartkowi zdjęcie kartonowego mostu. Przesunęła palcem po ekranie, wróciła do starej odbitki, potem odłożyła oba obrazy obok siebie. W młodszej kobiecie rozpoznała własną cierpliwość, w starszej — zdolność, której nie do końca straciła. Położyła na stole okulary i przez kilka minut oglądała szczegóły fotografii: uschnięte źdźbło trawy pod obcasem, cień dłoni na obiektywie, wypłowiałe niebo. To był moment jej życia, którego nie potrzebowała od nikogo odzyskiwać. Zdarzył się naprawdę.
Około dziewiątej zadzwonił Jan. Nie pytał, czy skończyła obiad ani czy jest zadowolona z kolejnego spotkania. W pierwszej chwili rozmawiali o niczym ważnym. Jan opowiadał, że jego syn z Gdańska zadzwonił po dwóch tygodniach milczenia, ale tylko po to, żeby zapytać o dokumenty samochodu. Elżbieta zaśmiała się i powiedziała, że jej Paweł czasem odzywa się w podobnych sprawach. Dopiero kiedy rozmowa zaczęła dobiegać końca, Jan zapytał, czy chce się zobaczyć w tygodniu.
— Chcę — odpowiedziała. — Ale miałam dzisiaj trudny dzień.
— Nie musimy spotykać się od razu.
— Nie chcę opowiadać ci teraz wszystkiego.
— Nie proszę.
Elżbieta usiadła na brzegu kanapy. Przez dłuższą chwilę patrzyła na własne bose stopy.
— A gdybym poprosiła cię, żebyś po prostu przez chwilę posiedział ze mną? Bez rozwiązywania żadnego problemu?
— Przyjadę, jeśli tego chcesz.
Zastanowiła się. Pragnęła go zobaczyć, poczuć znajomy już ciężar dłoni na plecach, przekonać się, że czwartkowy pocałunek nie był jedynie skutkiem muzyki i deszczu. Ale gdyby Jan przyszedł teraz, mógłby stać się częścią wieczoru, który powinna przeżyć po swojemu. Nie chciała, żeby pierwszy poważny gniew wobec Wiktora skończył się w ramionach innego mężczyzny tylko dlatego, że przez chwilę pozwoli jej zapomnieć.
— Nie dzisiaj — powiedziała w końcu. — Ale dziękuję, że zapytałeś.
— W porządku. A jeśli jutro będziesz chciała opowiadać, wysłucham.
— Jan?
— Tak?
— Możesz też czasami opowiedzieć o sobie. Nie chciałabym być kolejną kobietą, której pomaganie pozwala ci zapomnieć o własnym życiu.
Po drugiej stronie usłyszała krótki oddech, przypominający śmiech.
— Zapamiętam. Chociaż to nie będzie dla mnie najłatwiejsze.
Pożegnali się. Elżbieta zgasiła lampę w salonie i jeszcze raz przeszła do jadalni. W ciemnym oknie odbijała się jej sylwetka. Przez chwilę stała bez ruchu, wyobrażając sobie dwie młode kobiety z aparatami przewieszonymi przez ramiona, które niemal dwadzieścia lat wcześniej planowały wyjazd nad morze, żeby fotografować puste plaże po sezonie. Wtedy uważały, że najtrudniejsze będzie znaleźć czas. Nie wiedziały jeszcze, jak łatwo człowiek może zrezygnować z własnej przyszłości, nie będąc nawet obecnym przy podejmowaniu decyzji.
W poniedziałek rano wyjęła z szafy stary aparat. Mechanizm przeskakiwał z oporem; nie wiedziała, czy jest uszkodzony, czy potrzebuje tylko nowej baterii. Wzięła więc telefon, butelkę wody i pojechała do miejsca, w którym fotografowała przystanek. Nowa wiata miała przezroczyste ściany, za polem stał niebieski magazyn, a jezdnię pokryto świeżym asfaltem. Przez pierwszy kwadrans próbowała znaleźć dokładnie ten sam kadr. Nie mogła. Potem zrobiła zdjęcie odbicia pola w mokrym plastiku, śladów butów w trawie i cienia magazynu przecinającego dawną drogę. Jedenaście ujęć usunęła. Dwa zostawiła. Na parkingu zjadła jabłko, zaskoczona nie sukcesem, lecz tym, że przez pół godziny nie zastanawiała się, co Wiktor powiedziałby na jej wyjazd.
Zosia zadzwoniła po południu. Elżbieta opowiedziała jej o Teresie, najpierw tylko o projekcie, potem o liście i rozmowach z Wiktorem. Nie uniewinniała ojca. Nie chciała również, żeby córka musiała natychmiast się go wyrzec. Mówiła wreszcie o nim tak, jakby mógł jednocześnie być człowiekiem kochanym i człowiekiem, który wyrządził krzywdę. Zosia długo nie odpowiadała.
— Mamo, ja pamiętam, jak byłaś wtedy smutna — powiedziała. — Powtarzałaś, że widocznie nie byłaś wystarczająco dobra. Pamiętam, że nie chciałaś później chodzić do domu kultury, chociaż wcześniej ciągle tam jeździłaś.
Elżbieta oparła łokieć o parapet. Nie pamiętała tych słów. Pamiętała jedynie, że pewnego dnia przestała szukać okazji do robienia zdjęć.
— Tata wiedział, dlaczego? — zapytała Zosia.
— Tak.
— Przez cały czas?
— Tak.
W słuchawce coś brzęknęło. Zosia poprosiła Hanię, żeby zaniosła kubek do kuchni, a Bartka, żeby nie włączał telewizora, dopóki nie skończy zadania. Elżbieta pamiętała, jak trudno było rozmawiać o sprawach dorosłych przy dzieciach zajętych tysiącem spraw. Sama przez lata odkładała takie rozmowy na chwilę, gdy nikt nie będzie jej przerywał.
— Jestem na niego wściekła — powiedziała córka.
— Ja też. Ale nie chciałabym, żebyś przez tę historię uznała, że wszystko, co pamiętasz o ojcu, było nieprawdziwe.
— Mamo, nie musisz mi teraz mówić, co mam pamiętać.
Elżbieta przytrzymała telefon przy uchu. Już miała odpowiedzieć, że chodziło jej tylko o sprawiedliwość wobec zmarłego, ale zatrzymała się. Zosia nie prosiła o wyjaśnienie. Przypomniała jej tylko, że jest dorosła i może mieć własną opinię o ojcu.
— Masz rację — powiedziała.
— Nie mam pojęcia, co mam teraz zrobić z tą wiedzą — odparła Zosia. — Cały czas myślę o tym, jak widziałam cię wtedy z aparatem. Tata mówił, że powinnaś mieć jakieś hobby. Tak to nazywał. Ja też.
— Byłaś dzieckiem.
— Nie trzeba być dorosłym, mamo, żeby zauważyć, że ktoś przestaje robić to, co kocha.
Tym razem Elżbieta nie próbowała jej pocieszać. Wysłuchała również tego, czego sama nie pamiętała: że córka raz zaproponowała jej wspólny wyjazd na wystawę, a matka powiedziała, iż na takie rzeczy szkoda pieniędzy. Rozmawiały jeszcze o Bartku i Hani, lecz nie wróciły od razu do zwykłego tonu. Po zakończeniu rozmowy Elżbieta usiadła przy komputerze i otworzyła fotografię nowej wiaty. W mokrej szybie odbijał się fragment pola, którego bez aparatu nawet by nie zauważyła.
W czwartek poszła na zajęcia taneczne. Iza przywitała ją imieniem, Andrzej zapytał, czy planuje ponownie narażać jego stopy na kontuzję, a Jan jedynie się uśmiechnął. Zachowywał zwykły, zawodowy dystans. Elżbieta odkryła, że tym razem nie przeszkadza jej, kiedy tańczy z innymi kobietami. Miała za sobą kilka dni, podczas których nikt nie trzymał jej w ramionach, a mimo to potrafiła czuć się dobrze. Kiedy Jan zaprosił ją do krótkiego ćwiczenia, podeszła do niego bez pośpiechu. Dłoń na jej plecach była ta sama. Zmieniło się to, że wiedzieli już, co dla siebie znaczy ich bliskość poza parkietem.
Po zajęciach czekała, aż Jan skończy zamykać szkołę. Iza posłała im szybkie, nazbyt uważne spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Jan wspomniał, że ma jeszcze obowiązek zadzwonić do syna. Obiecał to rano, a potem zajęcia przeciągnęły się o godzinę. Elżbieta zaproponowała, żeby przyjechał do niej po rozmowie. W lodówce miała zupę i pieczone warzywa. Samo zaproszenie brzmiało tak zwyczajnie, że dopiero po chwili zrozumiała, iż mówi o wspólnym wieczorze, którego nie będzie musiała nikomu wyjaśniać.
Przyjechał niespełna godzinę później. Był wyraźnie podenerwowany. Syn przełożył obiecaną wizytę, bo otrzymał propozycję wyjazdu ze znajomymi. Jan opowiadał o tym długo, aż w końcu Elżbieta odłożyła łyżkę.
— A ty chciałeś, żeby przyjechał?
— Oczywiście.
— Powiedziałeś mu to?
— Powiedziałem, że nie zamierzam mu organizować życia.
— To nie jest to samo.
Jan zamknął usta. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał zaprzeczyć. Zamiast tego wstał po dzbanek z wodą, którego nikt nie potrzebował. Kiedy wrócił, usiadł naprzeciwko niej.
— Chyba już wiem, dlaczego cię to denerwuje — powiedział. — Zachowuję się tak, jakbym dawał ludziom wybór, ale czasami robię to po to, żeby nie powiedzieć, czego sam chcę.
Elżbieta przyglądała mu się bez uśmiechu. Niedziela z Teresą nauczyła ją, że zdania, które brzmią mądrze, nie zawsze cokolwiek zmieniają.
— Możesz zadzwonić do niego jeszcze raz — powiedziała. — Nie dzisiaj, jeśli nie chcesz. Ale nie mów mi jutro, że syn sam nie domyślił się, że było ci przykro.
Jan skinął głową. Wyglądał na urażonego. Nie podobało mu się, że kobieta znająca go tak krótko zdołała nazwać coś, co latami ukrywał pod rozsądnymi słowami. Elżbieta widziała to i nie próbowała poprawiać mu nastroju. Sama odłożyła podobnych rozmów w swoim małżeństwie zbyt wiele.
Kiedy zjedli, Jan zapytał o kartonowe pudełko stojące na komodzie. Elżbieta powiedziała tylko, że są w nim dawne fotografie i dokumenty, o których nie potrafi jeszcze spokojnie opowiadać. Nie wypytywał. Podszedł do okna, za którym deszcz rozmazywał ogród, i powiedział, że prawdopodobnie powinien już wracać. Elżbieta nie wiedziała, czy ma ochotę go zatrzymać dlatego, że go pragnie, czy dlatego, że boi się pustego domu. Wstała, przeszła przez pokój i przytuliła go od tyłu. Kiedy się odwrócił, pocałowała go. Niczego nie tłumaczyła. Jan odwzajemnił pocałunek, obejmując ją w talii; poczuła ciepło jego dłoni przez cienką bluzkę i jego oddech na policzku. Odsunęła się tylko na tyle, żeby zobaczyć jego twarz.
— Zostań dziś u mnie — powiedziała.
— Elżbieto, jesteś pewna?
— Jestem pewna, że chcę, żebyś został. Resztę ustalimy, zanim cokolwiek zrobimy.
Nie próbował zmienić jej odpowiedzi w obietnicę. W przedpokoju zostawił buty równo pod ławką, obok miejsca, gdzie kiedyś Wiktor rzucał swoje. Elżbieta zauważyła to, prowadząc Jana po schodach, i z jakiegoś powodu zrobiło jej się smutno. Na półpiętrze Elżbieta przystanęła z dłonią na poręczy. Za zamkniętymi drzwiami czekała sypialnia, w której od lipca spała sama. Jan stał o stopień niżej. Wyciągnęła do niego dłoń. Przyjął ją, ale nie ruszył dalej.
— Nie musimy iść na górę — powiedział.
Elżbieta poczuła irytację, natychmiast wymieszaną z ulgą.
— Nie chcę, żebyś zgadywał za mnie. Jeśli zechcę się zatrzymać, powiem.
— Dobrze.
W sypialni była lampa z matowym abażurem, szafa Wiktora i narzuta, którą kupili razem przed kilkoma laty. Jan zatrzymał się w progu. Elżbieta widziała, że dostrzega wszystko: zdjęcie na nocnym stoliku, męską koszulę przewieszoną przez oparcie fotela, dwa kubki stojące na komodzie. Nagle pokochała i znienawidziła tę zwyczajność. Przez trzy miesiące dbała, żeby rzeczy Wiktora nie zmieniały miejsc. Teraz obcy człowiek stał między nimi, a ona chciała, żeby był właśnie tutaj.
— Daj mi chwilę — powiedziała.
Jan wrócił na korytarz. Nie było w tym teatralnej delikatności; po prostu wykonał jej prośbę. Elżbieta podniosła koszulę z fotela i złożyła ją, choć wcześniej leżała tam tylko dlatego, że nie miała odwagi jej schować. Nie ukryła fotografii Wiktora. Postawiła ją głębiej na półce, żeby nie strącić jej przypadkiem, i odsunęła narzutę. Dopiero wtedy zaprosiła Jana. Pocałował ją, początkowo ostrożnie, później coraz swobodniej. Elżbieta wyczuła w nim tę samą niepewność, którą próbował ukrywać podczas lekcji, i niespodziewanie ucieszyła się, że nie jest jedyną osobą pozbawioną gotowego sposobu na nową bliskość. Gdy dotknął jej karku, przyciągnęła go bliżej; kiedy zapytał, czy wszystko w porządku, odpowiedziała bez wahania. Nie pragnęła zapomnieć Wiktora. Pragnęła przez tę jedną noc nie żyć wyłącznie jego nieobecnością.
Obudziła się przed świtem. Jan spał na boku, zajmując niewiele miejsca; spod kołdry wystawało jego ramię. Po nocnej lampce spływało mętne światło z ulicy. Elżbieta leżała jeszcze przez minutę, wsłuchując się w obcy oddech. Pragnienie, które sprowadziło Jana do jej domu, wcale nie wygasło. Przesunęła się bliżej i dotknęła ustami jego ramienia. Poruszył się, nie otwierając oczu, i ułożył dłoń na jej biodrze. Znała ten ciężar, ten półsenny gest, choć ręka Jana była inna: cieplejsza przy nadgarstku, z blizną na palcu. W pierwszej sekundzie pomyślała o Wiktorze. Cofnęła się tak gwałtownie, że poruszyła kołdrę. Jan otworzył oczy.
— Coś się stało?
— Nie wiem. Przestraszyłam się.
— Mnie?
— Tego, że przez moment myślałam, że to Wiktor.
Jan nie odpowiedział. Leżał obok niej jeszcze chwilę, po czym wstał i podniósł koszulę z krzesła. Zapinał guziki od dołu, dwa razy trafiając w niewłaściwą dziurkę. Elżbieta chciała podejść i pomóc mu je poprawić, lecz nie zrobiła tego. Przez minioną noc nie ukrywał przed nią niepewności. Teraz jakby na nowo uczył się, gdzie wolno mu postawić stopę.
— Możemy jeszcze poleżeć — zaproponowała.
— Zrobię kawę. Jeśli nie masz nic przeciwko.
Zszedł pierwszy. Kiedy przyszła do kuchni, zastała go przed otwartą szafką z kubkami. Sięgnął po gruby, wyszczerbiony, który Wiktor wybierał każdego ranka; musiał zauważyć jej twarz, bo cofnął rękę i wyjął inny, biały, z pękniętym nadrukiem. Na blacie stały dwa spodeczki. Jan przez chwilę nie mógł znaleźć cukru, choć leżał obok ekspresu. Nie zapytał, gdzie jest.
Elżbieta oparła się o framugę. Koszulę włożył niedbale, a pojedynczy siwy włos sterczał mu nad uchem. Pomyślała o tym, jak bardzo chciała jeszcze rano poczuć jego usta na skórze. O tej samej chwili, gdy zobaczyła ostrożny ruch przy kubkach, zrobiło jej się przykro.
— Od rana mnie unikasz — powiedziała.
— Staram się nie przeszkadzać.
— Wczoraj nie przeszkadzałeś.
Jan odstawił łyżeczkę. Uderzyła o blat zbyt głośno.
— Wczoraj nie obudziłem się w środku czyjegoś małżeństwa.
Nie podniósł głosu. Wypowiedział to spokojniej, niż zniósłby podniesiony głos. Elżbieta przypomniała sobie, ile razy Wiktor mówił, że przecież nic złego nie powiedział, bo nie krzyczał.
— Wiktor nie leżał z nami w łóżku.
— Wiem. Ale dziś rano przez chwilę byłaś pewna, że leżał. Nie mam do ciebie pretensji o wspomnienia. Nie wiem tylko, co mam zrobić, kiedy one stają między nami, a ja nie potrafię nawet zapytać, czy wolno mi wziąć kubek.
— Możesz wziąć każdy kubek w tym domu.
— Widziałem twoją twarz.
Elżbieta podeszła do szafki i wyjęła wyszczerbiony kubek. Postawiła go przy ekspresie. Nie podała Janowi, nie zrobiła z tego uroczystości. Stała obok niego, czując, że przepraszałaby teraz głównie po to, żeby odzyskać ciepło w jego spojrzeniu.
— Tęskniłam za mężem już wczoraj, kiedy cię całowałam — powiedziała. — Nie umiem tego rozdzielić na dwie osobne osoby. Nie chcę, żebyś udawał, że cię to nie obchodzi.
Jan przesunął biały kubek w jej stronę, a sam wziął ten z wyszczerbieniem. Przez kilka sekund patrzył na niego, jakby sprawdzał, czy powinna zaprotestować. Nie zaprotestowała.
— Obchodzi mnie — przyznał. — I nie jestem z tego dumny. W nocy byłem po prostu z tobą. Rano zacząłem się zastanawiać, czy będziesz musiała za każdym razem przepraszać samą siebie, że mnie tu wpuściłaś.
— Tego nie wiem.
— Właśnie tego się boję.
Wypili kawę, stojąc przy oknie. Na szybie zbierała się para. Elżbieta nie chciała, żeby wychodził, ale nie poprosiła, by został. Jan umył swój kubek, wytarł go ścierką i postawił na suszarce, nie w szafce. Kiedy pochylił się po buty, dotknęła jego karku. Wyprostował się, odwrócił i pocałował ją krótko, ostrożnie; ich wargi nie znalazły już łatwości z poprzedniej nocy.
— Zadzwonię — powiedział.
— Chciałabym. Nie z obowiązku.
— Wiem.
Po jego odjeździe wróciła do sypialni. Na poduszce został ślad jego głowy. Jeszcze w nocy zasypiała z dłonią na jego plecach, tak jak kiedyś zasypiała z Wiktorem. Rano ten sam odruch wydał się każdemu z nich nieco inny. Elżbieta otworzyła okno i nie od razu zmieniła pościel.
Weszła do gabinetu. Na biurku leżała koperta z nazwiskami. Pod nią wystawał róg niebieskiego skoroszytu, którego nie otworzyła od pogrzebu: rachunki, instrukcje urządzeń, dawne polisy. Przypomniała sobie słowa Teresy o liście schowanym z rachunkami. Przez kilkanaście minut przeglądała koszulki, aż pomiędzy fakturą za wymianę okien a polisą samochodu znalazła cienką białą kopertę. Była adresowana do niej. Stempel pocztowy nosił datę sprzed dziewiętnastu lat, a papier rozerwano wzdłuż krótszej krawędzi. W środku znajdowała się oferta podpisania umowy na dziewięć miesięcy. Na dole Wiktor postawił mały znak ołówkiem — taki sam, jakim zwykle zaznaczał faktury wymagające odpowiedzi. Nigdzie nie było ani jego podpisu, ani wyjaśnienia. Przeczytała list dwa razy. Za pierwszym szukała czegoś, co unieważni relację Teresy; za drugim zobaczyła zwyczajne słowa: „Prosimy o potwierdzenie udziału do dnia...”. Papier nie dowodził, kiedy Wiktor podjął decyzję, lecz dowodził, że oferta dotarła do ich domu. Ktoś ją przeczytał. Ona nie.
Na półce nadal stały stare odbitki. Położyła obok nich znaleziony dokument i fotografię dawnego przystanku. W 2007 roku nie musiała się z nikim kłócić, żeby mieć prawo podpisać ten formularz. Wystarczyło, żeby ktoś go jej podał. Nie wiedziała, ile razy przez wszystkie lata Wiktor patrzył na tę kopertę. Nie potrafiła już go zapytać. Przypomniała sobie za to wyjazdy, które sama odwoływała, nie chcąc zostawiać dzieci, i te, podczas których Wiktor bez wahania zostawiał je pod jej opieką. Nie były to równoważne decyzje, choć przez lata tak je nazywali.
Telefon zawibrował. Jan napisał: „Myślę o tym, co powiedziałem rano. Nie cofam tego. Nie chciałem, żebyś poczuła się ukarana za szczerość”. Elżbieta patrzyła na wiadomość, trzymając między palcami kopertę. Nie wiedziała, jak zapewnić go o czymś, czego sama nie mogła być pewna. W końcu odpisała: „Chciałabym, żebyś wrócił. Ale nie potrafię sprawić, żeby trzydzieści jeden lat przestało istnieć. Chcę spróbować bez udawania”. Odłożyła telefon. Nie czekała przy nim na odpowiedź.
W internecie znalazła niewielki pensjonat nad morzem, w miejscowości, do której zamierzała kiedyś pojechać z Teresą fotografować puste plaże. Wybrała pokój na dwie noce, od piątku do niedzieli. Miejsc było kilka; kliknęła „Rezerwuj”, wpisała swoje dane i zapłaciła zaliczkę z własnego konta. Przy potwierdzeniu zaznaczono, że po określonym terminie opłata nie będzie zwracana. Pamiętała, jak zwykle rezerwowała wspólne wyjazdy: najpierw sprawdzała kalendarz Wiktora, potem pytała dzieci, a na końcu próbowała znaleźć weekend, na który wszyscy się zgodzą. Teraz kalendarz był otwarty tylko na jej nazwisku.
O piątej po południu przyszła wiadomość od Zosi z fotografią Bartka trzymającego kartonowy most. Elżbieta odpowiedziała, że w weekend wyjeżdża robić zdjęcia i nie wie, o której wróci w niedzielę. Córka odpisała po chwili: „Sama?”. Elżbieta popatrzyła na lampkę stojącą na biurku Wiktora, na fotografie, na starą kopertę. Napisała: „Tak”. Wysłanie tego jednego słowa przyszło jej trudniej niż dokonanie rezerwacji. Wzięła stary aparat z półki, odczytała oznaczenie baterii i zapisała je w notesie. Dopiero wtedy otworzyła kolejną wiadomość od Zosi. „To jedź, mamo. Most poczeka”.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Marigold
Kolejna niedziela i kolejna spowiedź, która daje do myślenia. Właśnie się zastanawiam, czy gdzieś kiedyś również w moim życiu ktoś nie postąpił jak Wiktor: podjął decyzję za mnie i to przemilczał. Dotąd wydawało mi się to niemożliwe, ale autor pokazał, jak łatwo, niemal niezauważalnie, można wpłynąć na czyjeś życie. Zaskakujący wątek, który, jak zawsze u tego autora, skłania do myślenia.
Co do znajomości Elżbiety z Janem, nie wiem, czy nie za szybko po śmierci męża weszła w kolejną relację. Może powinna dać sobie więcej czasu? Oswoić się z brakiem Wiktora? Pogodzić się z tym, że już nie będzie jak dawniej, a jednocześnie otworzyć się na nowy początek? Ale automatycznie nasuwa się pytanie: czy istnieje uniwersalna recepta na przeżywanie osobistych dramatów?
Bardzo prawdziwie, a zarazem zaskakująco prowadzisz całą tę historię. Po skończonej lekturze wiszę w dziwnej próżni i nie wiem, co powiedzieć. Może tylko: brawo.
Jakub
@Marigold dziękuję Ci za przemyślany komentarz. Takie jest niestety życie, coś co dla kogoś jest drobiazgiem może przewrócić innemu do góry nogami. Powiedział bym, bardzo kulturalny komentarz ale nie zaryzykuję.
Sapphire77
@Marigold Nie wiem czy mogę się ustosunkować do cześci Twojego komentarza. Jeśi pozwolisz, napiszę.
Marigold
@Sapphire77 Śmiało pisz! Do komentarza pod opowiadaniem, każdy może się odnieść.
Sapphire77
@Marigold Tak, tylko ja nie jestem ,,każdy" Wiesz co mam na myśli. Zeby zakończyć niezakończone: przepraszam. Troszkę mnie poniosło wtedy. Co do komentarza pod tym opowiadaniem. Zwróć uwagę kiedy Elżbieta się zdecydowała. Kiedy i dlaczego i z kim. To nie było: Jeszcze trup nie ostygł a ta już se faceta znalazła. Elżbieta zaczyna otwierać oczy, ja napisałem : raczkować. Myślę, że Jan jest dla niej pomostem do nowej:JA. To moje przypuszczenie ale nowa Elżbieta narodzi się, kiedy pochowa Wiktora. Bo jeszcze go nie pochowała. Z pewnością rozumiesz co mam na myśli
Sapphire77
Wygląda na to, że lista nazwisk została zostawiona przez Wiktora w jakimś celu. Myślę, że Elżbieta jeszcze tego nie odkryła. Zdecydowanie jest to opowiadanie dla osób w odpowiednim wieku i z pewnym bagażem doświadczeń. Nawet mądra osoba w mľodszym wieku tego nie zrozumie do końca. Podobało mi się jak opisałeś scenę łóżkową. Chyba słusznie i celowo wplotłeś Jana do życia Elżbiety. Nie wiem jak inni, ale ja próbuję być I po stronie Elżbiety ale i Wiktora. Już coś tam o nim napisałem, ale się powstrzymam do końca. Elżbieta zaczyna raczkować, oczywiście nieco inaczej, bo dziecko nie pamięta, ona tak. Jestes bogiem dla nich i wiesz. Nam pozostaje czekać. Ja tego opowiadania nie odbieram jak puzzle. Raczej patrzę jak Elżbieta uczy się od nowa. Któregoś dnia pochowa Wiktora, mam nadzieję. Tak jak Jagôdka pochowała Kenta. Zrozumiesz ostatnie zdanie jeśli doczytasz Jezioro tajemnic do tego momentu.
Jakub
@Sapphire77 dziękuję, że znalazłeś czas, przyczytałeś i skomentowałeś tą historię.
Sapphire77
@Jakub Wiesz, nie wypełniłem tym czasu wolnego. Czytam to z zainteresowaniem. Napisałeś to nie bez powodu, albo tylko dlatego, że miałeś pomysł. Oczywiscie nie musisz, a nawet nie powinieneś pisać w komentarzu: dlaczego. Najważniejsze jest między wierszami. Tak jak w rozmowie, to co nie jest powiedziane.
JorgDeJoong
Doskonale … czy mamy prawo decydować za kogoś … wspólne zycie daje nam prawo by odmawiać prawa do własnych wyborów prawa do własnej wizji życia ….
Jakub
@JorgDeJoong dziękuję za ten komentarz. Oczywiście masz rację. Ale czy tak jest jak być powinno..? bywa różnie.
JorgDeJoong
@Jakub nie powinno a często jest …. Zbyt często jest lub zbyt często trzeba rezygnować z siebie ….
Sapphire77
@JorgDeJoong Mogłbyś poprawić: praw... bo nie wiem jaki wyraz chciałeś napisać? Nie jest to komentarz, ktorych nie znoszę typu: fajne, kiedy następny, więc chciałbym zrozumieć. Tam mogły być różne wyrazy, dlatego pytam.
JorgDeJoong
@Sapphire77 już , przepraszam nie zauważyłem 😀
Sapphire77
@JorgDeJoong Dziękuję.
JorgDeJoong
@Sapphire77 nie ma za co mój błąd