Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Nie odwracaj oczu. O jeden krok za blisko.

Nie odwracaj oczu. O jeden krok za blisko.Zosia przyjechała po pracy, tak jak obiecała. Elżbieta usłyszała samochód, kiedy kończyła obierać jabłka na szarlotkę, choć jeszcze rano postanowiła, że tym razem nie będzie niczego piec. Córka pojawiła się w kuchni z mokrymi włosami i śladem po pasku torby na ramieniu. Nie przywiozła dzieci. Postawiła na stole papierową torbę z piekarni, zdjęła kurtkę i pocałowała matkę w policzek, nie pytając od razu o wiadomość z poprzedniego wieczoru. Elżbieta poczuła wdzięczność i irytację. Przez cały dzień układała pierwsze zdanie, a teraz córka opowiadała, że Bartek zgubił podręcznik, którego nikt nie widział od zeszłego czwartku. Być może czekała, aż matka sama zacznie. Być może zwyczajnie była głodna.
— Zjedzmy najpierw — zaproponowała Elżbieta.
— Widzisz? — Zosia wskazała na jabłka. — Właśnie tego się bałam. Napiszesz mi, że chcesz porozmawiać o czymś ważnym, a potem zamierzasz mnie nakarmić, zanim pozwolisz mi zadać pytanie.
— Można równocześnie rozmawiać i jeść.
— Można. Tylko u nas w domu zawsze łatwiej przychodziło to drugie.
Elżbieta chciała odpowiedzieć żartem, ale coś w głosie córki ją zatrzymało. Odłożyła nóż. Usiadły przy stole, przy którym przez lata rozstrzygały sprawy znacznie prostsze: kto pojedzie na wywiadówkę, czy Paweł może wyjechać z kolegami nad jezioro, czy trzeba wymienić lodówkę. Zosia miała teraz prawie tyle lat, ile Elżbieta podczas tamtej burzy. Była matką dwojga dzieci. Patrząc na nią, Elżbieta po raz pierwszy naprawdę wyobraziła sobie, że to córka stoi nocą za zamkniętymi drzwiami z przemoczonym dzieckiem na rękach.
Opowiedziała o Dorocie bez pomijania niewygodnych szczegółów. O rozciętej wardze, o piżamie wystającej spod kurtki Olka, o własnym strachu, kiedy nie działał prąd, a Wiktor był poza domem. Powiedziała, że mąż wcześniej przestrzegał ją przed ludźmi szukającymi go w związku z problemami Roberta. Nie przedstawiała już tego ostrzeżenia jako rozkazu. Wiktor nie stał przecież przy drzwiach i nie decydował za nią. To ona zobaczyła przestraszoną kobietę i odmówiła jej nawet telefonu. Później opowiedziała, jak Stefan odwiózł Dorotę i dziecko na przystanek, a następnie wskazał Robertowi miejsce, w którym mógł ich znaleźć. Olek spędził prawie dwie doby u babci, bez matki. Elżbieta nie przytoczyła wszystkiego, co usłyszała podczas rozmowy z Dorotą. Tamte słowa należały do niej i do syna; córka nie musiała poznawać ich w całości, żeby zrozumieć, co się wydarzyło.
Zosia nie przerwała jej ani razu. Kiedy opowieść się skończyła, zapytała, czy Dorota i Olek są dziś bezpieczni. Elżbieta potwierdziła. Potem córka chciała wiedzieć, czy rozmawiały po spotkaniu ze Stefanem i czy matka przekazała jej prawdę o telefonie. Dopiero na końcu zapytała o tamte drzwi.
— Bałaś się o mnie?
— Tak. Miałaś wysoką gorączkę. Nie było taty ani Pawła, prąd wysiadł.
— Ja bym pewnie też się bała — powiedziała Zosia. — Nie wiem, czy otworzyłabym obcym. Ale zadzwoniłabym po kogoś. Tak mi się wydaje. Łatwo mówić przy zapalonym świetle.
Elżbieta nie odpowiedziała. Nie potrzebowała wyroku. Byłaby wdzięczna nawet za gniew, gdyby był szczery. Zosia odsunęła talerz, który matka podsunęła jej wcześniej.
— Najbardziej złości mnie co innego.
— Co?
— Że tata wiedział. I że przez tyle lat żadne z was nie potrafiło o tym porozmawiać. Teraz on nie żyje, a ty próbujesz przeprowadzić te wszystkie rozmowy z ludźmi, których sam wybrał.
Elżbieta nie spodziewała się tej uwagi. Przygotowała się na pytania o Dorotę, o strach i o to, czy nadal uważa się za przyzwoitego człowieka. Nie przewidziała, że córka zobaczy w niedzielnych obiadach jeszcze jedną decyzję Wiktora podjętą za żonę.
— Sama wybieram, do kogo dzwonię — odpowiedziała.
— Wiem. Ale czy pomyślałaś, że możesz nie zadzwonić? Elżbieta zerknęła w stronę drzwi gabinetu. Kartka z nazwiskami leżała w szufladzie. Od chwili jej znalezienia postępowała tak, jakby każde kolejne spotkanie było obowiązkiem, który należy wykonać, zanim pozwoli sobie na inne życie.
— Pomyślałam — skłamała, a potem ze złością na samą siebie poprawiła: — Nie. Nie bardzo.
Zosia przyjęła to bez komentarza. Dokończyły kawę i zjadły kawałek szarlotki, której Elżbieta nie zdążyła upiec dostatecznie długo. Jabłka były jeszcze lekko twarde. Zosia powiedziała, że właśnie taką lubi, choć obie wiedziały, że nie jest to prawda. Przed wyjściem stanęła w przedpokoju przy lustrze i długo poprawiała szalik.
— Mamo, nie musisz udowadniać tacie, że zrobiłaś wszystko, o co poprosił — powiedziała. — Już nie może być z ciebie ani dumny, ani niezadowolony. Elżbieta poczuła ukłucie i niemal odpowiedziała zbyt ostro. Zosia zauważyła to, ale się nie cofnęła. — To okropne zdanie. Wiem. Tylko nie chciałabym, żebyś spędziła kolejny rok, czekając, aż nieobecny człowiek pozwoli ci zrobić coś dla siebie. Elżbieta przytuliła ją tak mocno, że córka cicho jęknęła. Rozluźniła ramiona dopiero wtedy, kiedy Zosia roześmiała się i powiedziała, że dobrze, już rozumie, ale chciałaby jeszcze oddychać.
Następnego ranka Elżbieta znalazła trzeci numer z listy. Nie potrafiła powiedzieć, czy robi to dla Wiktora, czy właśnie dlatego, że Zosia odważyła się podważyć cały pomysł. Przeczytała nazwisko: Jan Bielski. Mężczyzna odebrał po piątym sygnale. Miał głos niski, trochę matowy, jakby przerwała mu czytanie albo poranną kawę. Kiedy przedstawiła się jako żona Wiktora Rudzkiego, poprosił, żeby zaczekała. Usłyszała szuranie krzesła, otwierane drzwi i odległy odgłos muzyki. Dopiero potem wrócił do słuchawki.
— Przepraszam. Prowadziłem zajęcia. Pani Elżbieta?
— Tak.
— Wiktor zostawił mój numer?
— Tak.
— Rozumiem. Przez chwilę żadne nie mówiło nic. Elżbieta miała już dość rozmów, w których jej nazwisko wywoływało u obcych ludzi szczególną, niemal rytualną ciszę.
— Czy wszyscy znajomi mojego męża wiedzieli o tej liście, oprócz mnie? — zapytała. Mężczyzna odpowiedział, że może mówić tylko za siebie. Wiktor zadzwonił do niego w maju i poprosił, żeby kiedyś z nią porozmawiał, jeśli się odezwie. Nie powiedział, kiedy to nastąpi. Nie prosił również Jana o szukanie jej po śmierci.
— Czego miałabym się dowiedzieć? — spytała.
— Że pani mąż był u mnie przez trzy dni w dwa tysiące osiemnastym roku.
— Służbowo?
— Nie. Przyjechał sam. Elżbieta spojrzała na kalendarz zawieszony nad biurkiem. Z pewnością nie miał on nic wspólnego z rokiem 2018, ale potrzebowała na czymś zatrzymać wzrok.
— Przyjedzie pan w niedzielę na obiad? — zapytała.
— Jeśli nadal pani chce.
— Proszę przyjechać o trzynastej.
— Będę.
W czwartek wyszła z domu tylko po krem do rąk. W drogerii zatrzymała się przed półką z perfumami i spryskała nadgarstek zapachem, którego nie znała. Z początku był gorzki, cytrusowy, później stał się cieplejszy, z nutą drewna i czegoś niemal mlecznego. Wiktor nie lubił podobnych perfum. Powtarzał, że kobieta powinna pachnieć tak, żeby mężczyzna chciał podejść bliżej, a nie otworzyć okno. Elżbieta uniosła rękę do twarzy. Pomyślała nie tyle o mężczyźnie, który mógłby wyczuć ten zapach, ile o tym, że od dawna nikt nie pochylał się nad jej szyją bez konkretnego powodu. Zrobiło jej się gorąco, choć w sklepie panował chłód. Przed lustrem poprawiła włosy, a potem z irytacją opuściła dłoń. Przecież nie wybierała perfum na spotkanie. Odeszła z pustymi rękami; przy kasie zawróciła i kupiła flakon. W samochodzie, czekając na zielone światło, jeszcze raz przyłożyła nadgarstek do ust. Przez chwilę zastanawiała się, czy chciałaby, żeby ktoś zapytał, czym pachnie. Nie znalazła uczciwej odpowiedzi.
W niedzielę Jan zjawił się punktualnie. Nie przyniósł kwiatów. Trzymał prostokątne pudełko z papieru i przeprosił, że nie umie piec, więc kupił ciasto. Wyglądał na około sześćdziesiąt lat. Miał siwe włosy przycięte bez szczególnej staranności, prostą ciemną koszulę i dłonie o szerokich palcach, z drobnymi zgrubieniami przy stawach. Nie był przystojny w sposób, który Elżbieta zauważyłaby z drugiego końca restauracji. Miał lekko krzywy nos i wyraźną bliznę przecinającą jedną brew. Kiedy podał jej rękę, na moment zatrzymał wzrok na jej twarzy, a potem przeniósł go na zdjęcie Wiktora stojące na komodzie. Nie powiedział, że mąż wyglądał na szczęśliwego. Przyglądał się mu długo, z nieoczekiwanym skupieniem.
— W tej koszuli był u mnie ostatni raz — powiedział. Elżbieta miała ochotę spytać, skąd pamięta koszulę człowieka widywanego tak rzadko. Zamiast tego powiesiła jego płaszcz.
— Mam nadzieję, że nie przyszedł pan również opowiedzieć mi, jakim dobrym człowiekiem był Wiktor.
— Nie — odpowiedział Jan. — Wolałbym, żebyśmy mogli zjeść obiad bez udawania, że znałem całe jego życie.
Za stołem zachowywał się inaczej niż Stefan. Nie unikał wzroku Elżbiety, lecz także nie próbował go zatrzymywać. Jadł normalnie, poprosił o drugą porcję pieczonych buraków, które przygotowała do mięsa, i pochwalił je bez przesady. Od czasu do czasu zadawał pytanie o dom, o ogród, o książki stojące w regale. Elżbieta odpowiedziała na kilka z nich z niechętną ciekawością. Jan prowadził niewielką szkołę tańca w starej kamienicy, dwa pokoje nad salą wynajmował kiedyś gościom. Teraz zostawił tylko jeden, dla uczestników weekendowych warsztatów. Był rozwiedziony. Miał dorosłego syna, który pracował w Gdańsku i nie dzwonił tak często, jak ojciec by chciał. Te ostatnie słowa wypowiedział z takim lekkim zawstydzeniem, że Elżbieta niespodziewanie go polubiła. Nie próbował udawać człowieka, któremu udało się uporządkować wszystkie własne sprawy.
Po zupie Jan opowiedział, jak poznał Wiktora. Był jesienny piątek 2018 roku. Wiktor zadzwonił do pensjonatu i zapytał o pokój na trzy noce. Jan odebrał osobiście, ponieważ kobieta zajmująca się rezerwacjami rozchorowała się. Wiktor przyjechał późnym wieczorem, z małą walizką, bez marynarki, którą zwykle nosił do pracy. Zapłacił z góry, poprosił o klucz i zamknął się na piętrze. Następnego dnia zszedł przed śniadaniem. Siedział w pustej sali tanecznej, patrząc, jak Jan zamiata parkiet po piątkowych zajęciach. Zapytał, czy można zamieszkać samemu, nie podejmując jeszcze decyzji o rozstaniu. Jan uznał wtedy, że ma przed sobą kolejnego człowieka, który szuka uprzejmego świadka dla własnych wątpliwości.
— I co mu pan powiedział? — zapytała Elżbieta.
— Że za pokój płaci się niezależnie od decyzji — odpowiedział Jan. Nie zaśmiała się. Widział to i spoważniał. — Przepraszam. Tak rzeczywiście odpowiedziałem, ale nie był to dobry żart. Następnego wieczoru powiedział już więcej.
Elżbieta pamiętała tamten wyjazd. Wiktor miał odwiedzić kontrahentów, wrócić w poniedziałek. Nie dzwonił przez weekend. Przysłał krótką wiadomość, że wszystko jest w porządku. Ona pomagała wtedy Zosi wybierać wyposażenie do mieszkania. Spędziły całe sobotnie popołudnie w sklepie z płytkami, kłócąc się o kolor fug. Zdumiewało ją, że pamięta odcień szarej glazury, a nie pamięta, czy zapytała męża, gdzie właściwie spędził tamten weekend. Od lat opowiadała historię własnego małżeństwa z pewnością człowieka, który był przy wszystkim obecny. Tymczasem tamte trzy dni pozostały w jej pamięci niemal puste.
— Czy była jakaś kobieta? — zapytała wprost. Jan odłożył widelec.
— Wiktor nie przyjechał do mnie z kobietą. Nikt do niego nie przychodził. O nikim takim mi nie mówił. Nie wiem, czy to wystarczy.
— Nie. Ale niech pan mówi dalej. Jan przytaknął, po czym zastrzegł, że jedna rozmowa w obcym pokoju nie daje mu prawa wypowiadać się o całym małżeństwie. Wiktor mówił, że w domu wszystko działa. Żona dba o rodzinę, dzieci mają własne życie, firma przynosi dochód. Tylko kiedy zostają sami, żadne nie wie już, po co miałoby dotknąć drugiego. Nie chodziło o częstotliwość zbliżeń, lecz o wstyd, który narósł między nimi po latach niedotrzymanych obietnic. On przestał próbować, bo nie chciał po raz kolejny usłyszeć, że jest zła pora. Ona przestała prosić, bo zbyt często odpowiadał, że musi jeszcze coś skończyć. Żadne nie chciało pierwsze przyznać, że samotność we dwoje jest możliwa.
Elżbieta poczuła gniew. Nie dlatego, że Jan kłamał. Mówił o sytuacjach, które doskonale pamiętała. Wiktor jednak miał skłonność do opowiadania własnej strony z taką swadą, że człowiek zapominał o pozostałych.
— Powiedział panu, ile razy ja czekałam na niego w łóżku? — zapytała. Jan pokręcił głową. — I że kiedy już wreszcie przyszedł, był tak zmęczony, że ledwie otwierał oczy? Że obiecywał mi Wenecję, a potem przez trzy lata nie potrafił znaleźć tygodnia? Jan nie przerywał. Elżbieta poczuła, jak narasta w niej coś więcej niż złość. Od lat nie wypowiadała tych zdań na głos. Wiktor nie żył, a ona po raz pierwszy próbowała się z nim pokłócić za pośrednictwem człowieka, który nawet nie znał całej historii.
— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Nie pana powinnam o to pytać.
— To dobrze, że pani pyta — odpowiedział Jan. — Ale nie chciałbym odpowiadać za niego. Ja własnego małżeństwa nie umiałem utrzymać. Miałbym pani tłumaczyć cudze?
Jan nie powiedział od razu, że Wiktor zamierzał odejść. Elżbieta sama odczytała to z pozornie nieistotnych szczegółów: walizki na trzy noce, zapłaty z góry, pytania o możliwość pozostania w pokoju jeszcze tydzień. W końcu zapytała, czy mąż rzeczywiście rozważał rozstanie. Jan odpowiedział, że nie słyszał słowa „rozwód”. Słyszał za to człowieka, który próbował wyobrazić sobie poniedziałkowy poranek w miejscu, gdzie nikt nie będzie pytał, kiedy wróci.
— Powiedział mi, że gdyby naprawdę chciał odejść, zrobiłby to bez całego tego teatru — wyjaśnił Jan. — A po godzinie zapytał, czy mogę zostawić mu pokój na kolejne dwa tygodnie. Następnego dnia zarezerwował powrót do domu. Elżbieta odwróciła twarz ku oknu. W 2018 roku, gdy Wiktor wrócił ze służbowego wyjazdu, przywiózł jej wino i czekoladki. Usiadł na kanapie, objął ją bez słowa i powiedział, że dobrze być w domu. Pamiętała, że zirytowała się na chwilę, bo właśnie opowiadała o zepsutej pralce. Później oboje zjedli kolację. Nie zapytała, dlaczego mąż tak mocno trzyma ją za rękę.
— Dlaczego mówi mi pan to dopiero teraz? — zapytała. Jan nie uciekł spojrzeniem.
— Bo Wiktor mnie o to poprosił. W maju przyszedł do sali po niemal ośmiu latach. Najpierw na próbne zajęcia. Potem wrócił jeszcze dwa razy. Podczas ostatniego spotkania powiedział, że zostawi żonie mój numer i że jeśli pani zadzwoni, nie powinienem kłamać o tamtym weekendzie.
— Czyli postanowił nawet po śmierci opowiedzieć swoją wersję przez cudze usta.
— Można to tak widzieć.
— A pan się zgodził?
— Tak. Elżbieta czekała na wyjaśnienie, ale Jan milczał. W końcu sama zapytała, czy uważał to za dobry pomysł.
— Nie. Powiedziałem mu, że powinien porozmawiać z panią osobiście. Wiktor odpowiedział, że może się nie zdobyć. Wtedy zapytałem, czy w takim razie nie próbuje po prostu oddać swojego wstydu komuś innemu. Pokłóciliśmy się. Ostatnim razem wyszedł bez pożegnania.
Elżbieta przyjrzała mu się uważniej.
— A więc przyjechał pan dzisiaj, bo ma pan wyrzuty sumienia wobec niego?
— Między innymi.
— To brzmi uczciwie.
— Niekoniecznie. Najpierw miałem zamiar powiedzieć pani tylko o lekcjach tańca. Dopiero podczas naszej rozmowy przez telefon usłyszałem, że wie pani o jakiejś liście. Wtedy zrozumiałem, że wybranie jedynie zabawnego wspomnienia byłoby kolejnym sposobem uniknięcia sprawy. Elżbieta poczuła niechętny szacunek do tej odpowiedzi. Nie był to człowiek, który zawsze umiał robić rzeczy właściwe. Był za to wystarczająco nieostrożny, żeby przyznać, że zamierzał zachować się wygodnie.
— A czego Wiktor miał nauczyć się na tych lekcjach? — spytała.
— Tanga. Bardzo źle mu szło.
— To akurat nie jest niespodzianka.
— Po drugiej próbie powiedział, że prowadząc, zbyt często myśli o tym, gdzie sam postawi nogę. Że zapomina, iż druga osoba też się porusza. Jan urwał, najwyraźniej zdając sobie sprawę, jak łatwo brzmi to jak gotowa metafora. — Proszę się nie uśmiechać. Naprawdę tak powiedział. A potem nadepnął mi na stopę.
Roześmiała się wbrew sobie. Wiktor w roli niezdarnego ucznia, ponury i zniecierpliwiony własnym ciałem, był bardziej żywy niż człowiek z listu, który próbował pozostawić po sobie uporządkowany moralny testament. Jan nie opowiedział jednak, że mąż chciał sprawić Elżbiecie niespodziankę. Przyznał, że nie wie, czy zamierzał kiedykolwiek z nią zatańczyć. Wiktor nie mówił o konkretnych planach. Stwierdził tylko, że żona lubiła taniec, a on przez lata uważał tę przyjemność za niepoważną. Elżbieta pamiętała majowy wieczór na tarasie, kiedy powiedział, że powinien był wcześniej nauczyć się tańczyć. Z jej pamięci nie wyłoniła się żadna ukryta wiadomość. Jedynie mężczyzna stojący za nią z dłońmi na biodrach i jej własne zniecierpliwienie, że przeszkadza w sprzątaniu. Odwróciła głowę, żeby Jan nie zobaczył łez.
Kiedy wróciła z kuchni z kawą, zastała go przy regale z książkami. Trzymał niewielki album poświęcony malarstwu.
— Mogę? — zapytał. Skinęła głową. Przyznał, że niewiele wie o obrazach, ale lubi te, przed którymi człowiek nie czuje potrzeby natychmiastowej odpowiedzi. Potem przyznał, że po rozwodzie nauczył się spędzać wolne wieczory samotnie, chociaż długo udawał, że doskonale sobie z tym radzi.
— Mówił pan o żonie — przypomniała Elżbieta. — Dlaczego się rozstaliście? Jan zamknął album.
— Oficjalnie dlatego, że zaczęliśmy chcieć innych rzeczy. To brzmi rozsądnie. Naprawdę przez kilka lat miałem kobietę, która prosiła mnie, żebym bywał w domu. A ja mówiłem jej, że prowadzę szkołę, utrzymuję ludzi, robię to dla naszej przyszłości. Kiedy odeszła, długo opowiadałem znajomym, że nie rozumiała mojej pracy.
— A rozumiała?
— Doskonale. Pomagała mi zakładać tę szkołę. W pewnym momencie po prostu przestała uważać, że powinna mieć dla mnie cierpliwość na zawsze.
Nie było w jego opowieści wielkiej tragedii. Elżbieta poczuła, że właśnie dlatego jest wiarygodna. Jan nie przyznał się do zdrady, pijaństwa ani dramatycznego uczynku. Opowiedział o wieczorach, kiedy odkładał kolację, nie odbierał telefonu i zakładał, że ktoś nadal będzie czekał. Rozwiedli się cztery lata temu, ale od dawna nie byli szczęśliwi. Po rozstaniu Jan spotykał się z kobietą poznaną na warsztatach, Anną. Przez prawie dwa lata nie pozwolił jej zostawić szczoteczki do zębów w swojej łazience.
— Myślałem, że jestem uczciwy, bo od początku nie obiecywałem wspólnego mieszkania — powiedział. — A jednak przyjmowałem wszystko inne. Jej weekendy, troskę, gotowanie, nawet opiekę, kiedy zachorowałem. W końcu powiedziała, że trzymam ją wystarczająco blisko, żeby nie być samemu, i wystarczająco daleko, żeby nie odpowiadać za nic.
— Miała rację?
— Tak. Tylko zrozumiałem to znacznie później, niż powinienem. Elżbieta spojrzała na niego uważnie. W przeciwieństwie do Stefana nie mówił o zaniechaniu w chwili zagrożenia. Opisywał zwyczajną wygodę, która potrafi powoli odebrać drugiemu człowiekowi lata. Nie miała ochoty go rozgrzeszać. Nie czuła też potrzeby natychmiastowej oceny. Tym razem wystarczyło jej wiedzieć, że Jan nie jest człowiekiem, za jakiego mógłby się podawać w dobrze opowiedzianej historii o sobie.
Po kawie Jan wstał, żeby odnieść filiżankę. Elżbieta sięgnęła po nią w tej samej chwili i dotknęła jego palców. Nie była to pierwsza męska dłoń, której dotknęła od pogrzebu; na cmentarzu ściskała przecież dziesiątki rąk. Tamte uściski nic nie znaczyły poza współczuciem. Ten trwał krócej niż oddech, a mimo to zapamiętała szorstkość skóry po wewnętrznej stronie palca i to, że Jan nie wypuścił filiżanki natychmiast. Przez moment oboje trzymali ten sam przedmiot, choć jedno z nich mogło go bez trudu puścić. Jan pierwszy cofnął dłoń. Odstawił naczynie i spytał, czy może obejrzeć ogród, jakby potrzebował wyjścia z kuchni równie pilnie jak ona. Otworzyła drzwi tarasowe; chłodne powietrze dotknęło jej rozgrzanej szyi. Na kanapie leżał sweter Wiktora, ciemnoszary, z wyciągniętym mankietem. Jan zauważył go i odwrócił wzrok. Elżbieta poczuła nagłą, niemal nierozsądną irytację. Nie wiedziała, czy jego powściągliwość jest taktem, czy obojętnością. Jeszcze bardziej zirytowało ją to, że zaczęło jej na tej różnicy zależeć.
— A jeżeli chciałabym zobaczyć, jak pan uczy tańca? — zapytała, zatrzymując się w drzwiach tarasowych. Jan obrócił się ku niej.
— Prowadzę zajęcia dla początkujących w czwartki. Można przyjść bez partnera.
— Nie pytałam o plan zajęć.
— Wiem. Zastanawiam się, czy chce pani zobaczyć szkołę, czy miejsce, w którym był Wiktor. Elżbieta poczuła złość. Przez cały obiad starała się odróżnić to, co naprawdę pragnie powiedzieć, od tego, co wypada wdowie. Jan właśnie próbował dokonać tego rozróżnienia za nią.
— Przestańmy rozmawiać tak, jakby Wiktor nadal organizował każde moje spotkanie — powiedziała. Jan spoważniał.
— Ma pani rację. To było wygodne pytanie.
— Dla kogo?
— Dla mnie. Jeżeli przyjdzie pani tylko z powodu męża, nie będę musiał zastanawiać się, czy mam ochotę panią tam zobaczyć. Odpowiedź była tak nieoczekiwana, że Elżbieta nie znalazła od razu słów. Jan opuścił wzrok na jej rękę spoczywającą na framudze, a potem znów spojrzał jej w twarz. — To nie był powód, żeby tak panią wypytywać — dodał. Elżbieta czuła, jak puls przyspiesza jej pod skórą.
— A gdybym przyszła z własnego powodu?
— Wtedy byłbym zadowolony — odpowiedział bez uśmiechu. — Ale nie będę udawał, że rozumiem, jaki to powód. Przez chwilę stali blisko siebie w otwartych drzwiach. Gdyby wyciągnęła rękę, bez trudu dotknęłaby jego koszuli. Cofnęła się pierwsza.
— Sama też jeszcze nie rozumiem.
Odprowadziła go do przedpokoju bez propozycji następnego spotkania. Jan założył płaszcz i powiedział, że czwartkowe zajęcia są otwarte dla wszystkich, a prowadzi je razem z koleżanką. Wyciągnął rękę dopiero wtedy, kiedy Elżbieta podała mu swoją. Tym razem uścisk trwał odrobinę dłużej. Widziała, że spogląda na nią, nie na fotografię Wiktora. Kiedy puścił jej dłoń, przez nieprzyjemnie wyraźną chwilę brakowało jej tego dotyku. Jan już otwierał drzwi, gdy odwrócił głowę.
— Nie chcę pani zostawiać z wrażeniem, że cokolwiek pani proponuję — powiedział.
— Ale? — zapytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Ale byłbym rad, gdybyśmy jeszcze porozmawiali. Elżbieta skinęła głową; nie odpowiedziała ani tak, ani nie. Patrzyła za nim z ganku, dopóki nie wsiadł do samochodu. Dopiero później zauważyła, że wciąż trzyma rękę, którą ją pożegnał, zaciśniętą na klamce. Chciała, żeby wrócił, lecz nie po to, by dopowiedzieć cokolwiek o Wiktorze.
W poniedziałek rano obudziła się przed szóstą. Śnił jej się pokój hotelowy, którego nigdy nie widziała, z wąskim łóżkiem i otwartą walizką. Przez kilka sekund usiłowała rozpoznać, czy to wspomnienie, czy wyobrażenie. Potem zeszła na dół i zrobiła kawę. Na stole nadal stało pudełko po cieście Jana. Umyła talerzyk, złożyła papier i wyrzuciła go do pojemnika na makulaturę. Za długo jednak trzymała w dłoni pokrywkę, na której pozostało niewielkie wgniecenie po jego palcu. Zdenerwowało ją to. Nie miała piętnastu lat. Znała mężczyzn, ich uprzejmość i niedopowiedziane komplementy, wiedziała też, jak łatwo można zainteresowanie pomylić z gotowością do bliskości. Mimo to pamiętała nie tylko to, co Jan powiedział o Wiktorze. Pamiętała sekundę przy kuchennym zlewie, kiedy ich dłonie zatrzymały się na filiżance, i to, jak sam cofnął palce. Czasami właśnie jego powściągliwość pobudzała jej wyobraźnię bardziej niż wyraźna zachęta. Zaparzyła drugą kawę, choć pierwszej nie dopiła.
W południe zadzwoniła Zosia. Pytała, czy matka nie miałaby ochoty przyjechać w sobotę na obiad, bo Bartek chciał jej pokazać model, nad którym pracował z ojcem. Elżbieta obiecała przyjechać. Zosia wspomniała również, że po poniedziałkowej rozmowie długo nie mogła zasnąć.
— Bałam się, że zaczynasz uważać, że zrobiłaś w życiu tylko złe rzeczy — powiedziała. — Ja pamiętam też inne. Na przykład kiedy siedziałaś ze mną przez całą noc po pierwszym rozstaniu, chociaż rano musiałaś iść do pracy. Elżbieta uśmiechnęła się. Pamiętała tamten wieczór inaczej: była wyczerpana i miała ochotę powiedzieć córce, że przecież wiedziała, iż ten chłopak nie nadaje się do niczego. Nie powiedziała. Zrobiła herbatę i usiadła obok niej.
— Mamo? — odezwała się Zosia.
— Tak?
— Nie znikaj nam w tej liście. Elżbieta spojrzała na kopertę leżącą w szufladzie.
— Postaram się.
Wieczorem w łazience poczuła zapach nowych perfum. Użyła ich rano, choć nie wychodziła z domu, i przez cały dzień nie zdawała sobie sprawy, że pozostały na skórze. Zdjęła bluzkę i stanęła przed lustrem. W ciągu ostatnich miesięcy schudła; obrączka była luźniejsza, pod obojczykami rysowały się cienie. Piersi zmieniły kształt po dwóch ciążach, brzuch nie był tak gładki jak dawniej. Znała własne ciało nieomal wyłącznie od strony jego obowiązków: miało dźwigać zakupy, wytrzymywać zmęczenie, nie chorować w nieodpowiedniej chwili. Wiktor znał je na pamięć. Kiedy byli młodzi, czasami całował ją już w przedpokoju, zanim zdążyła zdjąć płaszcz. Później ich dotyk był nadal czuły, ale coraz rzadziej odkrywczy. Elżbieta odkręciła prysznic i zamknęła oczy. Strumień wody biegł po karku, ramionach i wzdłuż kręgosłupa; niespodziewanie przypomniało jej się miejsce, w którym przed dwoma dniami dotknął ją Jan. Nie jego twarz, lecz ruch cofającej się dłoni. W wyobraźni pozwoliła mu zostać o chwilę dłużej. Zaskoczyło ją, z jaką łatwością sama chciała się do niego zbliżyć. Otworzyła oczy i oparła dłoń o kafelki. Nie zawstydziła się pragnienia tak bardzo, jak tego, że przez wiele lat uważała je za rzecz, którą należy raczej przemilczeć niż wypowiedzieć. Kiedy wyszła spod prysznica, nie ubrała się od razu. Wytarła parę z lustra i przyjrzała się sobie raz jeszcze, tym razem bez pospiesznego wyliczania tego, co zmienił wiek. Nie potrzebowała, żeby obcy człowiek uznał ją za piękną. A jednak chciała wiedzieć, jak wyglądałaby w jego oczach.
W czwartek po osiemnastej pojechała do szkoły tańca. Nie uprzedziła Jana. Przez trzy dni kilkakrotnie wyjmowała telefon, żeby zadzwonić, lecz każde przygotowane zdanie brzmiało jak pretekst. Założyła miękką ciemną bluzkę, która nie krępowała ramion, i sprawdziła dwa razy, czy na nadgarstku nie ma zbyt wiele nowych perfum. Dopiero w samochodzie uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu nie ubierała się z myślą o tym, że ktoś będzie ją obejmował. Szkoła mieściła się na piętrze starej kamienicy. Na schodach pachniało politurą, ciepłym kurzem i mokrymi płaszczami. W sali było osiem osób. Dwie kobiety rozmawiały przy oknie, mężczyzna zmieniał buty, a dziewczyna w czerwonym swetrze śmiała się z czegoś, co powiedział jej partner. Jan ustawiał głośnik i tłumaczył młodszej instruktorce, jak poprowadzić pierwszą część zajęć. Nie zauważył Elżbiety od razu. Ta drobna przykrość przyszła zbyt szybko, żeby zdążyła udawać przed sobą, iż niczego nie oczekiwała. A kiedy wreszcie podniósł wzrok, nie uśmiechnął się od razu: przez sekundę patrzył na nią z tak jawnym zaskoczeniem, że Elżbieta poczuła uderzenie ciepła aż pod kołnierzem.
Instruktorka miała na imię Iza. Przywitała nową uczestniczkę swobodnie, poprosiła o wpisanie imienia na listę i wyjaśniła, że na zajęciach partnerzy będą się zmieniać. Jan podszedł dopiero wtedy, gdy Elżbieta odkładała płaszcz.
— Pani Elżbieta — powiedział z wyraźnym zdziwieniem. — Przyszła pani.
— Mówił pan, że można bez zapowiedzi.
— Można. Cieszę się. Wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale Iza zawołała go do głośnika, który przestał działać. Jan spróbował poprawić kabel, potem nacisnął kilka przycisków, wreszcie zdenerwowany powiedział koleżance, że przecież prosił ją, żeby sprawdziła sprzęt przed zajęciami. Iza odwróciła się ku niemu.
— Sprawdzałam. Wczoraj działał. Możesz na mnie nie podnosić głosu przy ludziach? Jan urwał w połowie zdania. Przez moment wyglądał na gotowego zaprotestować, lecz w końcu przeprosił i poszedł po zapasowy przewód. Elżbieta widziała całą scenę. Zadziwiło ją, jak szybko człowiek o spokojnym głosie mógł stać się nieprzyjemny, kiedy nie wszystko szło zgodnie z planem. Zadziwiło ją również, że zamiast poczuć rozczarowanie, poczuła ulgę. Nie chciała poznawać kolejnego mężczyzny, który podczas pierwszego spotkania zachowywałby się jak postać z dobrze napisanej reklamy.
Zaczęli od najprostszych kroków. Iza tłumaczyła, jak przenosić ciężar ciała i dlaczego nie należy przyspieszać tylko dlatego, że człowiek boi się spóźnić. Jan pokazywał ruchy z uczestniczką w zielonej bluzce, która tańczyła tu od miesięcy. Jego ręka spoczywała pewnie na jej plecach; kobieta śmiała się i raz oparła czoło o jego ramię, kiedy zgubiła rytm. Elżbieta poczuła ukłucie zazdrości tak ostre, że od razu odwróciła wzrok. Jan obejmował uczennicę dokładnie tak, jak wymagał taniec. Nie miała do niego żadnych praw. Właśnie to było nieznośne. Przez kilka sekund śledziła odbicie w lustrze, zamiast ich samych, jakby powierzchnia szkła mogła uczynić ten widok mniej osobistym. A potem przyszła myśl jeszcze bardziej przykra: może jego dłoń na jej plecach, jeśli w ogóle do tego dojdzie, nie będzie dla niego niczym innym. Zawstydziła się własnej zazdrości, ale nie zdołała jej odwołać. W sali pełnej ludzi czekała na jeden całkiem zwyczajny dotyk.
Przy zmianie partnerów przypadł jej Andrzej, urzędnik w okularach, który przyznał, że żona wysłała go na kurs po tym, jak podczas rodzinnego wesela nadepnął jej na stopę tak mocno, że przez dwa dni kulała. Tańczył gorzej niż Elżbieta i potrafił się z tego śmiać. Dzięki niemu rozluźniła ramiona. Kiedy Jan podszedł, żeby poprawić ustawienie Andrzeja, zajął jego miejsce jedynie na kilkanaście sekund. Elżbieta poczuła jego rękę na plecach. Wiedziała, że od strony pozostałych par nie wygląda to na nic osobistego. Właśnie ta świadomość pozwoliła jej pozostać bliżej, niż zrobiłaby to sam na sam.
— Niech pani nie wyprzedza ruchu — powiedział Jan. — Jeśli zrobi pani krok przed sygnałem, partner nie ma już na co odpowiedzieć.
— Mówi pan jak mój mąż — odparła zbyt ostro. Jan zatrzymał się. Czuła zmianę napięcia w jego ramieniu, choć nie cofnął dłoni.
— Możliwe — powiedział. — Ale teraz rzeczywiście mówię o tańcu. Elżbieta podniosła wzrok. Przez chwilę patrzyli na siebie tak blisko, że widziała kroplę potu u jego skroni. Jan zrobił pół kroku w tył i oddał ją Andrzejowi. Kiedy przeszedł do następnej pary, dopiero wtedy wypuściła powietrze, którego wcale nie zamierzała wstrzymywać.
Podczas kolejnej próby postanowiła nie patrzeć na stopy. Gdy Jan znów zaprosił ją do krótkiego ćwiczenia, sama podała mu dłoń. Prawą rękę położyła na jego ramieniu; pod cienką koszulą wyczuła napięcie mięśni, kiedy przygotowywał zmianę kierunku. Druga jego dłoń objęła jej plecy pewnie, bez poszukiwania właściwego miejsca. Elżbieta wiedziała, że to zawodowy gest, powtarzany setki razy, i właśnie dlatego drażniło ją, jak bardzo chciała, żeby tym razem znaczył coś innego. Muzyka była powolna. Jan nie mówił, tylko przesuwał ciężar ciała, a ona odczytywała jego zamiar z niemal niewidocznego ruchu klatki piersiowej. W pewnej chwili znalazła się bliżej, niż przewidywała, i materiał jej bluzki musnął jego koszulę. Oboje zauważyli to natychmiast. Powinna była poprawić ustawienie, ale nie zrobiła tego od razu. Podniosła wzrok. Jan patrzył na nią tak, jak człowiek patrzy na kogoś, kogo nie ma prawa zatrzymywać. Jego palce nawet nie drgnęły, a Elżbieta poczuła ich ciężar wyraźniej niż chwilę wcześniej. Potem muzyka przeszła w inną frazę, ktoś z boku roześmiał się głośno, świat odzyskał swoje zwyczajne rozmiary. Jan cofnął się, podziękował jej i przeszedł do następnej pary. Elżbieta pozostała z dłonią zawieszoną przez ułamek sekundy w powietrzu. Była dorosłą kobietą, która wychowała dwoje dzieci i przez trzydzieści jeden lat dzieliła z kimś łóżko. A jednak nie pamiętała, kiedy ostatnio kilka sekund czyjejś bliskości pozostawiło ją w takim stanie. Odwróciła się do lustra i zobaczyła na swojej twarzy wyraz, którego nie zdążyła ukryć. Jan odbił się w nim kilka kroków dalej. Spojrzał na nią i równie szybko odwrócił wzrok.
Zajęcia skończyły się przed dziewiątą. Iza zbierała listę obecności, ktoś szukał rękawiczek, dwie uczestniczki umawiały się na kawę. Elżbieta zakładała płaszcz, kiedy Jan podszedł.
— Dobrze się pani bawiła?
— Lepiej, niż oczekiwałam. Andrzej obiecał, że następnym razem nadepnie mi na stopę nie więcej niż trzy razy.
— A ja? — zapytał. Elżbieta podniosła wzrok.
— Pan nie obiecywał niczego.
— To akurat potrafię — odparł, po czym natychmiast spoważniał. Przypomniała mu scenę, w której podniósł głos na Izę. Nie próbował się usprawiedliwiać. — Przeprosiłem ją. Ma prawo być na mnie zła.
— Zauważyłam. Jan przez chwilę patrzył na nią, a potem zapytał, czy chce, żeby odprowadził ją do samochodu. Było w tym pytaniu coś innego niż w instrukcjach wydawanych na parkiecie. Nie przywykł pytać, kiedy chciał coś zrobić; teraz najwyraźniej pilnował własnego odruchu.
— Jeśli jeszcze raz powie mi pan, gdzie mam postawić stopę, wrócę sama — odpowiedziała. Uśmiechnął się dopiero wtedy.
— Postaram się milczeć.
— Nie o to prosiłam — zauważyła. Jan przestał się uśmiechać. Nagle stali na tyle blisko, że Elżbieta wyczuła na jego kołnierzyku ten sam zapach, który zapamiętała przy niedzielnym stole. Dodała ciszej: — Zresztą wolałabym, żeby pan nie udawał, że nic się dzisiaj nie wydarzyło. Jan odsunął się, przepuszczając ostatnią uczestniczkę.
— Nie udaję — powiedział, już prawie szeptem.
Na ulicy padał drobny deszcz. Jan otworzył parasol i zaproponował, że odprowadzi ją do samochodu, choć zaparkowała ledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Szli wolno. Parasolka była zbyt mała, żeby mogli trzymać między sobą wygodny dystans. Co kilka kroków jego ramię dotykało jej ramienia; raz położył dłoń na wysokości jej pleców, pomagając ominąć kałużę, i natychmiast ją cofnął. Elżbieta nie była pewna, czy bardziej odczuwa te krótkie dotknięcia, czy chwile, kiedy ich brakuje. Przy samochodzie okazało się, że kierowca z przodu zostawił za mało miejsca. Jan przykucnął, ocenił odległość i zaczął tłumaczyć, jak powinna wyjechać.
— Pan również musi mówić kobietom, jak mają prowadzić? — zapytała znad otwartych drzwi. Wyprostował się natychmiast.
— Przepraszam. Odruch.
— U pana odruch, u Wiktora całe życie. Jan opuścił parasol, osłaniając ją od wiatru. Krople bębniły o materiał, a jego mokre włosy zaczęły ciemnieć przy skroniach.
— Nie zamierzam być pani mężem, Elżbieto — powiedział. Wypowiedział jej imię pierwszy raz. Nie brzmiało tak jak w ustach Wiktora, który przeciągał pierwszą sylabę, kiedy chciał ją rozśmieszyć. Jan powiedział je bez zdrobnienia, cicho, a jednak Elżbieta poczuła ten dźwięk bardziej pod skórą niż w uszach. Nie schowała się do samochodu. Zamknęła jego drzwi i została po tej samej stronie parasola co Jan.
— Właśnie tego się boję — powiedziała po chwili. — Że zacznę szukać Wiktora w każdym mężczyźnie. Albo robić wszystko odwrotnie tylko po to, żeby mu coś udowodnić. Jan patrzył na nią uważnie.
— A ja boję się, że znowu będę dobry w byciu komuś potrzebnym przez kilka godzin, a potem wrócę do swojego mieszkania i uznam, że na tym moja odpowiedzialność się kończy.
— Nie potrzebuję dzisiaj żadnych obietnic — odpowiedziała Elżbieta.
— Wiem.
— I nie chcę, żebyś mnie traktował jak osobę, której należy oszczędzać każdej trudności. Jan przysunął parasol, żeby podmuch wiatru nie zmoczył jej twarzy. Stał już tak blisko, że musiała lekko unieść brodę, by patrzeć mu w oczy. Zobaczyła bliznę przy brwi i kropelki deszczu zbierające się na jego rzęsach. Nie chciała wiedzieć o nim wszystkiego. Chciała wiedzieć, czy jeśli przybliży się jeszcze o kilka centymetrów, on też przestanie udawać spokój.
— Elżbieto — powiedział, ale nie dokończył zdania. W jego milczeniu po raz pierwszy usłyszała coś mniej opanowanego niż uprzejmość. Złość na siebie, że tego pragnie, przyszła wraz z samym pragnieniem. Chciała dotknąć jego twarzy. Chciała, by to on dotknął jej, ale zarazem bała się, że jeśli zrobi to pierwszy, będzie miała możliwość uznać później, iż cała odpowiedzialność należała do niego. Dlatego nie pozwoliła mu zgadywać.
— Chcę wracać sama — powiedziała. — Ale nie chcę jeszcze wsiadać do samochodu. Jan skinął głową. Deszcz przesiąkał mu przez ramię płaszcza.
— Mogę zostać.
— Nie o to chodzi. Elżbieta zbliżyła się, tak że ich płaszcze zetknęły się na wysokości bioder. Czuła przez materiał ciepło jego ciała i miała absurdalną ochotę sprawdzić, czy on również oddycha szybciej.
— Chciałabym cię pocałować — powiedziała, a potem, zanim zdołała stracić odwagę, dodała: — Nie dlatego, że mi pomogłeś. I nie dlatego, że znałeś Wiktora. Jan zamknął oczy na krótką chwilę. Kiedy je otworzył, nie wyglądał na człowieka, który od dawna spodziewał się takiego wyznania.
— Dobrze — odpowiedział cicho. — Bo ja też bym chciał. Oparł parasol o dach samochodu tak, by nadal ich osłaniał. Nie przyciągnął jej do siebie. Elżbieta wsunęła dłoń pod poły jego płaszcza i poczuła przez koszulę, jak głęboko zaczerpnął powietrza. Uśmiechnęła się mimowolnie. Całe popołudnie była przekonana, że tylko ona nie potrafi ukryć tego, co czuje.
Pierwszy pocałunek był krótki. Niemal ostrożny, jakby oboje sprawdzali, czy rzeczywistość wytrzyma to, czego wcześniej nie odważyli się nazwać. Jan cofnął usta zaledwie odrobinę. Wystarczyłoby, żeby Elżbieta odwróciła głowę, a wszystko skończyłoby się na jednym geście. Nie odwróciła. Sama pocałowała go ponownie, tym razem bez pośpiechu. Jego dłoń spoczęła u podstawy jej pleców, w miejscu, którego podczas tańca dotykał przez materiał zupełnie inaczej. Poczuła, jak przyciąga ją tylko na tyle, na ile sama się do niego zbliża. Jej palce znalazły krótkie włosy na jego karku; były mokre i chłodne, podczas gdy skóra pod nimi pozostawała ciepła. Jan miał zapach deszczu, mydła i kawy. Elżbieta pomyślała nagle o tysiącu zwyczajnych nocy w małżeńskim łóżku, o dłoniach Wiktora, które znały ją bez pytania, i o tym, jak długo nie pozwalała sobie chcieć czegokolwiek nowego. Ta myśl mogła ją zatrzymać. Zamiast tego objęła Jana mocniej. Pocałował ją w kącik ust, potem przy skroni, po czym znów spojrzał jej w oczy. Nie było w tym opanowania, które okazywał podczas obiadu. Wiedziała już, że on także się powstrzymuje. Zaskoczyło ją, jak przejmująca potrafi być świadomość cudzej decyzji, by nie posunąć się dalej, mimo że oboje mogliby tego zapragnąć. Nagle na chodniku rozległy się kroki. Odsunęli się o kilka centymetrów. Mijająca ich para nawet nie spojrzała w ich stronę, ale Elżbieta poczuła na twarzy gorąco. Jan uśmiechnął się; nie rozbawiony nią, lecz równie zakłopotany. Gdy kroki ucichły, miała ochotę zacząć od początku.
To ona cofnęła się pierwsza. Jan nie próbował jej zatrzymać; poprawił jedynie parasol, który zsunął się na bok. Deszcz padał teraz na jedno jego ramię, ale najwyraźniej tego nie zauważał.
— Nie przepraszaj — powiedziała Elżbieta, zanim zdążył otworzyć usta.
— Nie zamierzałem. Chciałem zapytać, czy nie jest ci zimno.
— Jest — odpowiedziała. — Ale jeszcze nie chcę wsiadać. Jan odetchnął, a ona zobaczyła, że uśmiecha się niepewnie.
— Gdybyś chciała, możemy pójść gdzieś, gdzie nie pada — powiedział. Nie zaprosił jej do mieszkania, nie przedstawił tego jako żartu. Dał jej możliwość potraktowania propozycji dosłownie albo pozostawienia jej bez odpowiedzi. Elżbieta wyobraziła sobie ciepły pokój, ciszę i ten moment, kiedy trzeba już wybrać, czy dotyk ma się skończyć na pocałunku. Obraz był wyraźny, ale jeszcze wyraźniejsze okazało się to, że nie chce dziś podejmować tej decyzji.
— Chcę pojechać do domu — odpowiedziała. — Sama. Jan skinął głową.
— Dobrze. Nie udawał, że nie jest rozczarowany. I właśnie to poruszyło ją najbardziej: nie obojętność, nie idealna cierpliwość, lecz pragnienie, nad którym oboje mogli jeszcze zapanować.
— Ale chciałabym cię zobaczyć znowu — dodała. — Nie na lekcji. Jan przyjrzał się jej uważnie.
— Ja też.
— I jeśli jutro uznasz, że to było przypadkowe potknięcie podczas tanga, powiedz mi od razu. Roześmiał się cicho.
— Nie zamierzam. Elżbieta sięgnęła dłonią do jego policzka, dotknęła go raz, krótko, i dopiero wtedy otworzyła samochód. Kiedy usiadła za kierownicą, Jan odszedł kilka kroków, żeby mogła wyjechać. Dopiero teraz oboje przypomnieli sobie, że przed jej samochodem nadal stoi źle zaparkowane auto. Elżbieta wyjechała bez jego wskazówek.
W domu zapaliła światło w przedpokoju i spojrzała w lustro. Włosy miała wilgotne, na szyi drobne krople deszczu, a na policzku ślad po rozmazanym tuszu. Nie wyglądała młodziej. Nie potrzebowała tego. Zatrzymała palce na karku, gdzie przed chwilą spoczęła dłoń Jana, i dopiero po chwili zorientowała się, że uśmiecha się do własnego odbicia. Nadal czuła pod powiekami napięcie sprzed pocałunku; nie sam dotyk, lecz tamtą krótką przestrzeń, w której mogła odejść albo się zbliżyć. Chciała zobaczyć Jana znowu. Chciała sprawdzić, czy potrafi być z nim sam na sam bez muzyki, cudzych spojrzeń i deszczu, który niejako usprawiedliwia stanie zbyt blisko. Czuła również strach. Nie chciała, by pragnienie zawłaszczyło wszystko inne, zwłaszcza wspomnienie o Wiktorze, którego kochała przez większość życia. W salonie nadal leżał jego sweter. Wzięła go, przyłożyła na moment do policzka i rozpoznała jedynie zapach wełny. Jeszcze kilka tygodni temu zaczęłaby płakać. Teraz zaniosła go do sypialni i położyła na półce szafy. Nie była to ceremonia pożegnania. Po prostu chciała usiąść na kanapie, nie prosząc o pozwolenie nieobecnego.
Wróciła do salonu, zdjęła buty i usiadła z nogami podwiniętymi pod siebie. Telefon leżał ekranem do dołu. Elżbieta nie chciała od razu go sprawdzać. Najpierw zamknęła oczy. Przypomniała sobie zapach deszczu w jego włosach, ciepło dłoni na plecach i własną odwagę, która nie przypominała żadnego z wyobrażeń, jakie miała wcześniej o romansach. Nie czuła się wyzwolona ani zdradziecka. Była wzruszona, pobudzona i odrobinę zła, że jeden pocałunek potrafił przywołać w niej tyle fizycznej pamięci. Dopiero po chwili pomyślała o Wiktorze w pokoju nad salą taneczną, osiem lat wcześniej, kiedy rozważał życie bez niej. Wtedy nie wiedziała o niczym. Może nigdy nie zrozumie, dlaczego wrócił. Nie zamierzała jednak dopuścić, żeby pytania o tamten weekend odebrały jej również to, co wydarzyło się dzisiaj. Wiktor był jej mężem. Jan był człowiekiem, którego sama zapragnęła dotknąć. Pierwsze nie czyniło drugiego kłamstwem.
Telefon zawibrował. Elżbieta nie otworzyła wiadomości natychmiast. Przez chwilę patrzyła na ekran, a potem przeczytała: „Nie wiem, co będzie dalej. Ale chciałbym cię zobaczyć także wtedy, gdy nie będzie lekcji ani wspomnień o Wiktorze. Jeśli ty też będziesz chciała”. Przeczytała te słowa ponownie. Nie było w nich wyznania miłości, zaproszenia do łóżka ani obietnicy, że tym razem niczego nie zepsują. Pomyślała, że od wielu lat nikt nie zapytał jej, czy ma ochotę z kimś być, nie zakładając z góry odpowiedzi. Wpisała: „Chcę. Ale będziemy musieli uważać. Jestem początkująca”. Uśmiechnęła się do własnego żartu i odłożyła telefon. Po chwili przyszła jeszcze jedna wiadomość: „W tańcu?”. Elżbieta poczuła ciepło na twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Położyła się na kanapie, zgasiła lampę i przez kilka minut patrzyła w ciemność, wyobrażając sobie jego twarz w chwili, gdy przeczyta odpowiedź. W końcu napisała: „Nie tylko”. Telefon odłożyła już bez sprawdzania, czy zobaczył wiadomość. Tego wieczoru bardziej niż kolejnego wyjaśnienia chciała niedokończonego zdania.
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

Jakub

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i miłosne, użył 8199 słów i 47015 znaków. Tagi: #milosc #romans #pozadanie

1 komentarz

 
  • Użytkownik JorgDeJoong

    Trzeci odcinek i wciąż puzzle rozsypane wciąż nie wiadomo gdzie zmierzamy ale jestvcoraz ciekawiej … może można coś chce dla niej …

    5 godz. temu