
– Pani Bolesławska. – Zdyszana Kurpiowa z trudem łapała oddech. – Musi pani ze mną szybko iść! Jechać!
– Boże, co się stało? – Pomogła kobiecie usiąść na ławeczce pod sklepem. – Proszę odpocząć, jeszcze zawału pani dostanie.
– Nie ma czasu! – Prawie siedemdziesięcioletnia mieszkanka Dzikanowa, jedna z niewielu osób, z którą Julia mogła porozmawiać bez strachu i obaw, wstała natychmiast. – Adam stoi na dachu urzędu gminy i grozi, że skoczy!
– Co zrobi? – Wolała się upewnić, że usłyszała właściwie.
– Skoczy! Popełni samobójstwo! – Kurpiowa była aż czerwona z emocji i zdenerwowania. – Co temu chłopakowi się stało?! Przecież on wszystko ma!
Wszystko z wyjątkiem kochającej rodziny i zrozumienia – odparła Julia, ale tylko w myślach. Wieść o Adamie, pasierbie i synu męża z pierwszego małżeństwa zmroziła, a jednocześnie… spodziewała się jej.
Prędzej czy później to musiało się wydarzyć.
– Proszę tu zaczekać, pobiegnę po kluczyki i jedziemy – rzuciła do staruszki, a niecałą minutę później obie załadowały się do potężnego BMW X5. Samochodu, którego nienawidziła, a mimo to musiała nim jeździć.
Bo on kazał.
Ponad dwulitrowy silnik zamruczał cicho. Ruszyła powoli, mimo że droga była pusta, niemal jak wymarła, jechała zgodnie z przepisami, czując na sobie baczne spojrzenie staruszki, ponaglającej wzrokiem.
Nie miała do czego się spieszyć. Kawaleria z odsieczą w postaci policji i siepaczy męża na pewno już przybyła.
Pod urzędem zauważyła mały tłumek gapiów, same znajome twarze, zresztą na tym zapomnianym przez cywilizację zadupiu nie widywało się obcych, a jeśli tak, to okazyjnie. Najczęściej przytłoczeni ciężką, ponurą atmosferą szybko znikali, a jeśli zostawali, wtapiali się w szary, posłuszny tłum, idący za jedynym motywatorem, powstrzymującym ucieczkę.
Pieniędzmi jej męża.
Wysiadła z samochodu i podeszła do Mireckiego. Policjant z pobliskiego komisariatu, siedzący jak wszystkie okoliczne gliny w jego kieszeni, nie znosił Julii z wzajemnością.
– Nie chce z nikim rozmawiać. Powiedział, cytuję, „pierdolcie się wszyscy, a najbardziej ty, jebany psie i kolejna męska kurwa, mój stary, też niech idzie się jebać” – wycedził zza pożółkłych od tytoniu, siwiejących wąsów, nie witając się.
Zignorowała go i skierowała się do budynku, a następnie na dach. Kolejny, pilnujący drzwi, uchylił je ostrożnie, jakby bał się, że zbyt gwałtowne otwarcie spowoduje tragedię. W międzyczasie mignęły zakazane mordy chłopaków, jak określał ich Marian (ona nazywała ich bandziorami), które również zimno zignorowała. Otwarcie manifestowała wobec większości z nich wrogość, jedynie gniew szefa powstrzymywał bandę zwyrodnialców od zrobienia jej krzywdy.
– Adam! – zawołała z daleka po wejściu na dach. Wolała, by ujrzał ją od razu, zaskoczenie mogło spowodować nerwową, niepożądaną reakcję. Odwrócił się, ale nie zareagował. Podeszła powoli i ostrożnie, próbując uspokoić oddech po szybkim przebrnięciu dwóch pięter schodami.
– Czego chcesz? – wycharczał. – On cię przysłał?
– Nikt mnie nie przysłał, przyjechałam sama, Kurpiowa przybiegła do sklepu i powiedziała mi, co się dzieje. – Podała mu dwa papierosy, z czego jednego odpalił zapalniczką, a drugiego od pierwszego i podał jej. – Więc?
– A co cię to obchodzi, co?
– Poza faktem, że jestem jedną z niewielu osób w tej dziurze, którą interesuje twoja osoba, to nic.
– To po co tu przyszłaś? Pokrzyczeć: „Leć, Adam, leć”, jak to bydło na dole?
– Kto tak krzyczał? – Otworzyła usta. – Przecież to…
– Wyobraź sobie, że krzyczeli. I to nie pojedyncze osoby, a cały tłum.
– Nie wierzę…
– To uwierz. To miejsce jest do cna przesiąknięte złem.
– Adam. – Chwyciła go za dłoń. – Co ty, chłopaku, chcesz zrobić, co?
Milczał przez dłuższą chwilę.
– Zabić się – odparł ponuro, wpatrzony w przestrzeń w oddali. – Nic dobrego mnie tu nie czeka, a wyjechać nie mogę. Więc skończę ze sobą. A ty idź do domu czy do sklepu.
– Nigdzie nie pójdę.– Zaciągnęła się głęboko. Kręciło jej się w głowie i czuła wzmożone pragnienie z powodu upału. – Zostanę tu, dopóki nie zejdziesz ze mną na dół schodami.
– No to trochę sobie posiedzisz – rzucił z przekąsem. – Poza tym nie chcę pomocy ani towarzystwa.
– Nie pomyślałeś, że zależy mi na tym, żebyś żył? A jeśli naprawdę chcesz ze sobą skończyć, to tak, żeby sępy nie żerowały na tobie. – Wskazała głową gęstniejący tłum, kłębiący się dwa piętra niżej.
– Mam w dupie ich, ciebie, wszystkich. A najbardziej… – Załamał mu się głos. Otarł dłonią łzę z policzka i zaciągnął się nerwowo. – Nienawidzę go, rozumiesz? Wszystko, co sobie wymyśliłem, wszystkie plany życiowe, marzenia. – Spojrzał na nią. – Krew w piach, Julka.
– I to powód, żeby dać mu satysfakcję z tego, że cię złamał? – zapytała, wydmuchując dym na bok.
– Nie, to powód, żeby pokazać mu, co stracił. I żeby uświadomił sobie, jakim jest człowiekiem.
Wpatrywała się w siedzącego przed nią mężczyznę. Długie, splątane włosy, spięte gdzieniegdzie kolorowymi gumkami, kolczyki w obu uszach, flanelowa koszula, sprane dżinsy z dziurami na wysokości kolan i ciężkie buciory, glany.
Młodszy od niej o pięć lat stał się w zasadzie bratem i tak go traktowała. Mimo wszystko była niemal pewna, że kiedyś, a może obecnie również podkochiwał się w niej.
Musiała pozostać obojętna. Jakkolwiek on podobał się jej, nie było szans na cokolwiek więcej. Posunięcie się o milimetr dalej, nawet jednorazowe przespanie się z nim wywołałoby potężne konsekwencje. Tu ściany miały uszy, a romans z JEGO synem skończyłby się dla młodego w najlepszym wypadku połamaniem kości, a dla niej?
Nie chciała nawet o tym myśleć.
Zbiorowy gwałt na krnąbrnej pracownicy burdelu, wyrywanie paznokci tym, którzy próbowali go oszukać, przypalanie papierosami, żelazkiem czy inne, równie wymyślne tortury. Co najmniej kilka osób zaginionych w podejrzanych okolicznościach. Nie miała ochoty sprawdzać, czy z nią postąpiłby równie brutalnie. Traktował tak samo kobiety i mężczyzn, którzy w jego mniemaniu podpadli.
– Robiąc to, co zamierzasz, pokażesz tylko słabość, a on wyklnie cię po śmierci. Znasz Mariana lepiej niż ja.
– Co zrobi, będę miał po wszystkim w środku chuja. Chciałbym tylko. – Zgasił papierosa i poprosił o drugiego. Oddała mu resztę paczki. – Chciałbym tylko powiedzieć ci o dwóch rzeczach. – Zaciągnął się po odpaleniu kolejnego i spojrzał na nią przenikliwie. Uniosła pytająco brwi.
– Po pierwsze, zawsze cię lubiłem i nie przespałem się z tobą tylko z jednego powodu. Nie sypiam z mężatkami. Widziałem, jak na mnie patrzyłaś. – Uśmiechnął się, a ją lekko zamurowało. W żartach parę razy wspominał, że podoba mu się jej ciało i czasem czuła na sobie wzrok. TEN wzrok. Wiedziała jednak, że ponad spojrzenia nic więcej się nie wydarzy. Nigdy więcej nie poruszał tego tematu.
– A co to za wyznanie? – Zdziwiła się.
– Skoro mam odejść z tego świata, to chciałbym, żeby jedna z dwóch osób, na których mi zależy, wiedziała o moich uczuciach. – Dotknął nieśmiało jej dłoni. Nie odsunęła się, patrząc mu prosto w oczy. – Lubię cię i może coś by z tego było, w innych okolicznościach.
– Przecież masz chłopaka – szepnęła.
– Jestem bi, uświadomiłem to sobie dawno, ale – zawahał się – na tym zadupiu, gdzie ściany mają uszy, nikomu nie można ufać.
– Naprawdę chcesz się zabić? – Ścisnęła lekko jego rękę. Czuła zdenerwowanie, dezorientację, niepokój i niemoc. Adam był wyższy o głowę i dużo silniejszy, gdyby spróbowała go powstrzymać, nie miałaby szans.
– Tak – odparł, patrząc jej prosto w oczy.
– Powiesz mi, ale tak szczerze, dlaczego?
– Bo nie mam tu przyszłości, ojciec nie pozwoli mi wyjechać, jeśli ucieknę, będzie mnie ścigał do końca życia. Tak, ścigał, nie pozwalając na samodzielne życie bez niego. Jestem wytykany palcem, niczym czarna owca, bo okoliczne wieśniaki nigdy nie widziały pedała – wyrzucił gorzko. – To chyba byłoby na tyle. A nie, czekaj. Zapomniałem o tak błahej kwestii, jak wydziedziczenie. Przecież mój kochany tatuś, a twój mąż, pozbawił mnie środków do życia, kiedy dowiedział się, że lubię zarówno kutasy, jak i cipki.
– To wszystko da się naprawić. – Drżały jej dłonie, a na skórze wykwitły krople potu.
– Nie, Julka. Nic nie zamierzam naprawiać, chcę stąd spierdolić na własnych warunkach. Pierwszy raz w życiu podejmę kluczową decyzję bez udziału jaśnie Mariana. – Podsumował gorzko.
Milczała przez chwilę.
– A druga kwestia.
– Druga dotyczy ciebie.
– Mnie? – Zdziwiła się. – Tylko nie wyznawaj mi tu miłości, to będzie żałosne.
– Nie pierdol, Julka. – Uniósł się. – Za kogo ty mnie masz. Słuchaj, bo to ważne. Ten stary skurwiel, będący nie wiedzieć czemu moim ojcem kupił cię za kratę łychy, rozumiesz? Tyle jesteś dla niego warta. Co ja ci będę opowiadał więcej, przecież oboje wiemy, jak cię traktuje. Jak niewolnicę. W każdym razie masz szczęście, bo na pewno masz u niego ciut więcej poważania od własnego syna. Musisz od niego uciec. Spierdalać najdalej, jak się da. Za granicę, najlepiej za ocean.
– Adam, co ty za głupoty opowiadasz?
– Po prostu go o to zapytaj. Zobaczył cię przypadkowo na podwórku gospodarstwa, przejeżdżając. Poszedł do domu twoich starych, postawił na stole kratę najlepszej whisky, jaka była dostępna na tym zadupiu i zapytał, czy to wystarczy, żeby zapewnić córce lepsze życie.
Zamurowało ją. Była pewna, że to, co powiedział Marian, jest prawdą.
A usłyszała, że zakochał się od pierwszego wejrzenia i musiał zagwarantować sobie, że nikt mu nie sprzątnie jej sprzed nosa. Dlatego zabrał ją od razu z domu rodzinnego, gdzie królował alkohol i przemoc w wykonaniu ojca i bierna akceptacja matki. Rodzicom zapłacił grube pieniądze, żeby mieli za co żyć i zapewnić bezpieczeństwo córki.
– W porządku, zapytam – odparła pojednawczo. – Pójdziesz ze mną? Proszę.
– Julka, nie. – Zgasił papierosa i wstał. Gęstniejący tłum na dole zafalował nerwowo, widząc go na krawędzi.
– Adam, proszę! – krzyknęła nerwowo. Powstrzymał ją gestem dłoni.
– Uciekaj stąd, jak najszybciej. Zniknij, póki masz jeszcze czas. – Uśmiechnął się smutno. – Szkoda, że to ja cię nie zobaczyłem wtedy, zamiast tego bydlaka. Może bylibyśmy zupełnie gdzie indziej. Razem. – Ostatnie słowa prawie wyszeptał, z marzycielskim wyrazem twarzy.
– Stój! Policja! – Usłyszała za plecami, łzy płynęły po policzkach.
– A pierdolcie się wszyscy! – wykrzyknął, odchylił się do tyłu i pofrunął.
Ku lepszej egzystencji.
---------------------------
„Raadio Zet i juuuuż”
Dżingiel jednej z najpopularniejszych rozgłośni radiowych wybrzmiał w schłodzonym do granic możliwości samochodzie. Nie cierpiał upałów, znosił je jednak z godną podziwu cierpliwością, pamiętając, co spotykało go w przeszłości, podczas misji. Komary, węże, pająki, wilgoć, pot, malaria, cholera.
Zdecydowanie preferował kontynentalne, suche czterdzieści stopni tutaj, niż równikowe, wilgotne trzydzieści tam.
Klimatyzacja zapewniała na szczęście przyjemny chłód, temperatura na zewnątrz wynosiła według samochodowego termometru trzydzieści sześć stopni Celsjusza. Mimo niesprzyjających warunków twarz mężczyzny przypominała bezemocjonalną, kamienną maskę, wyrzeźbioną przez zręcznego artystę. Westchnął ciężko i zerknął na automapę w ekranie smartfona, włożonego do uchwytu na szybie.
Trzydzieści kilometrów. Na spotkanie umówił się dzień później, jak to jednak miał w zwyczaju, lubił pojawiać się w takich miejscach bez zapowiedzi, z wyprzedzeniem i wybadać teren oraz otoczenie.
Droga to będzie ruina do samego końca. – Ocenił jakość asfaltu i sięgnął po butelkę wody z siedzenia obok. Smakowała jak rozgrzane popłuczyny z kałuży, zmieszane z odpływem ze zlewu w polowej garkuchni. Skrzywił się z niesmakiem i ugryzł kawałek kanapki z szynką, zakupionej na stacji benzynowej kilkadziesiąt kilometrów temu.
– Będę musiał zatankować – zamruczał do siebie i spojrzał we wsteczne lusterko. Ogorzała od słońca, zmęczona twarz czterdziestopięciolatka, srebrne lustrzanki i coraz bardziej potrzebująca barbera broda powodowały, że wyglądał bardziej jak kowboj albo członek gangu motocyklowego, niż…
W zasadzie kto? Kim jestem? – zapytał w myślach. – Bandziorem do wynajęcia? Czy, jak mówili koledzy z oddziału, którzy wyszli do cywila, sprzedając umiejętności na rynku, ekspertem w dziedzinie sztuk walki, taktyki i ochrony?
– Pierdolenie. – Zaśmiał się w głos. – Jestem najemnikiem, imającym się większości zajęć, żeby tylko przeżyć. Ekspert – prychnął i zauważył znak stacji benzynowej za piętnaście kilometrów. Postanowił, że zatrzyma się na krótki odpoczynek, dotankuje i pojedzie dalej.
Niecały kwadrans później, po wyjściu z samochodu, błyskawicznie dopadło go gorące powietrze. Z obojętną miną, czując, że jest obserwowany z wewnątrz, nalał paliwo i wszedł do budynku. W środku panował zaduch, a za ladą stała dziewczyna. Ocenił, że ma nie więcej, niż dwadzieścia pięć lat, ubrania, a właściwie jego imitacji, którą miała na sobie, mogłoby w zasadzie nie być. Skromny top, ledwo zakrywający dość masywne jak na szczupłą sylwetkę piersi oraz przylegające do ciała spodenki, ewidentnie bez majtek pod spodem. W myślach założył się ze sobą, że gdyby nie społeczne normy oraz prawo, zakazujące obnażania się, stałaby tu nago.
Jedno musiał stwierdzić, wyglądu wstydzić się na pewno nie musiała. Poza tym była naprawdę ładna, klasyczna blondynka z prostymi włosami i przyjemnym uśmiechem.
– Sto dziesięć – rzuciła melodyjnym głosem, gapiąc się bez skrępowania i gibiąc lekko w rytm muzyki, płynącej z małego radia. Miał niejasne wrażenie, rosnące z każdą sekundą, że próbuje go podrywać i zmusić, aby patrzył. Na półnagie, młode, kobiece ciało, eksponujące kuszące kształty, których na pewno nie posmakuje.
– Jeszcze Marlboro czerwone. – Rozejrzał się po pomieszczeniu. Rudera, w której znajdował się budynek stacji, przestawiała żałosny widok, dziwił się, że konstrukcja nie złożyła się, niczym domek z kart, od mocniejszego podmuchu wiatru. Ściany były brudne od bliżej nieokreślonej substancji, wyglądającej na pierwszy rzut oka na tłuszcz zmieszany z kurzem, klimatyzator ledwo nawiewał chłodne powietrze, oczywiście niewystarczająco. Lodówki i szyby w nich myto chyba jeszcze w dwudziestym wieku, a piwo na półkach i kurz na niektórych butelkach mogły pochodzić z epoki kamienia łupanego.
– Do Dzikanowa jedziesz? – Zaskoczony bezpośredniością i faktem, że się odezwała, wzdrygnął się, wyrwany z letargu.
– Może – odparł leniwym głosem, zgarniając papierosy z blatu. Rzucił sto pięćdziesiąt złotych z komentarzem: „Reszty nie trzeba” i chciał wyjść.
– Zaczekaj. – Chwyciła go za dłoń. – Może coś zjesz? Mamy tu restaurację, a kucharka świetnie gotuje.
Nie odzywając się, spojrzał najpierw na zaciśnięte na ręce palce, po czym powoli uniósł wzrok.
– Przepraszam – odezwała się z zawahaniem, skonfundowana rozluźniając uścisk. – Nie wziąłeś reszty.
– Gdzie ta restauracja? – zapytał po dziesięciu sekundach, wpatrując się przez lustrzanki w twarz dziewczyny.
– Dwieście metrów stąd, prosto, pierwszy dom po prawej. – Uśmiechnęła się radośnie. – Mogę jechać z tobą? Jestem Adrianna, ale wszyscy mówią mi Ada.
– Cześć, Ada. – Uścisnął lekko po chwili zawahania wyciągniętą rękę, wzdychając w duszy. Chciał uniknąć towarzystwa, ale coś podpowiadało mu, żeby jej nie przeganiać.
– A ty jak masz na imię? – Pytanie zawisło w powietrzu. Zignorowane. Wyszedł przed stację i wsiadł do auta.
– Nie zamykasz? – Zdziwił się, gdy lądując na siedzeniu obok, odpaliła papierosa, którego wyjął jej z ust i wyrzucił przez okno przed pierwszym machem z komentarzem: „W samochodzie się nie pali”.
– Tutaj? – Zaśmiała się cicho. – Jesteśmy w środku dupy, gdzie zwijają asfalt na noc. Poza tym, jeśli jedziesz do Dzikanowa, to pewnie wiesz, kto tam rządzi. To jego stacja. – Dodała z przekąsem. – Nie będzie kradzieży, bo każda próba, udana lub nie, skończy się źle dla złodzieja. To tu. – Machnęła dłonią.
Restauracja, jak ją szumnie nazwała, okazała się barem z domowym jedzeniem. Na szczęście i, o dziwo, w środku było chłodno, a klimatyzacja pracowała pełną parą. Zamówił dla siebie zestaw ze schabowym.
– Co chcesz? – zapytał, odkładając menu.
– Postawisz mi obiad? To prawie jak randka. – Uśmiechnęła się. – To samo, co ty. Strasznie ponury jesteś. – Dodała po chwili.
Nie zareagował. Zaległa cisza. Zniechęcona reakcją, grzebała w smartfonie, a on wpatrywał się w okno, milcząc.
– Gdzie tu można wynająć pokój?
– U mnie. – Podniosła głowę.
– Nie, dzięki… – Spojrzał na nią.
– Czemu? Boisz się? – W oczach Adrianny zapaliły się filuterne ogniki.
– Jeśli pokój jest w takim samym stanie, co stacja, wolę nie ryzykować – odparł.
– Nie jest. – Uśmiech zrzedł jej nieco, ale zachowała rezon. – Stacja nie jest moja, więc w nią nie inwestuję, ale pokój, a w zasadzie budynek, już tak. W środku zamontowałam klimatyzację, dom został wyremontowany, masz swoją łazienkę, a okno wychodzi na północ, więc będzie chłodno, jeśli nie lubisz upałów.
Chwilę ważył słowa. W Dzikanowie był umówiony na jutro przed południem i nie chciał za bardzo rzucać się w oczy. W małych miejscowościach, hermetycznie zamkniętych środowiskach, obcy jest widoczny, niczym czarny center z NBA w mieście pełnym mikrych Japończyków.
Rozmyślania przerwał obiad, który wjechał na stół. Jedli w milczeniu, ona wróciła do ekranu smartfona, on zastanawiał się, jak rozegrać ten i następny dzień.
– Gdzie jest ten pokój?
– Czyli jednak? – Ucieszyła się.
– Nie powiedziałem, że się zgadzam. Chcę go najpierw zobaczyć.
– Na pewno się zgodzisz, nie dostaniesz tu lepszej kwatery.
– Strasznie pewna siebie jesteś. – Upił łyk kompotu, postawionego obok talerza. Ze zdziwieniem stwierdził, że smakuje świetnie, podobnie jak obiad.
– Nie wiesz, że pewność siebie, to pierwszy krok do sukcesu? – Wsunęła widelec do ust i oblizała powoli wargi, wpatrując się w niego. Mogłaby przy odrobinie starań być jego córką, pewnie wtedy by zareagował i opieprzył ją za zachowanie, ale z zasady nie angażował się w nie swoje sprawy, a wychowanie obcej dwudziestokilkulatki i powstrzymanie przed kurwieniem się nie należało do jego obowiązków.
– Nie – odparł krótko. – Zapłacę i zaczekam w samochodzie.
Wstając, zabrał naczynia, postawił we wskazanym miejscu, po czym rzucił sto złotych na blat, nie oczekując reszty i wyszedł. Przez pięć minut leniwie ćmił papierosa, stojąc pod jedynym w okolicy drzewem i oddychając suchym, polnym powietrzem o zapachu siana. Palenie przerwała Adrianna, która wypadła przez drzwi i podbiegła do samochodu. Pomijając bujające się piersi, przyciągające wzrok niczym magnes, ze zdziwieniem zauważył, że poruszała się bez obuwia.
– Jedziemy?
– Bawisz się w Cejrowskiego? – Wskazał głową na szare stopy i palce z brudnymi paznokciami. – Chodzenie tu na boso, to szukanie okazji na złapanie tężca.
– Od dziecka nic mi się tu nie stało, jedź już. – W jej głosie pojawił się niepokój.
– Co się dzieje? – Ruszył powoli, obserwując podjeżdżające pod bar nowiutkie A8, z którego wysiadło dwóch wysportowanych, młodych mężczyzn. Na oko ocenił, że to zwykłe kołki z siłowni, napompowane bolki, do rozłożenia jednym ciosem. Ewentualnie dwoma, jeśli któryś ma mocniejszą szczękę.
– Nie, ale lepiej, żeby nas razem nie widzieli. – Zsunęła się na siedzeniu, chcąc uniknąć zauważenia. Mężczyźni odprowadzili ich wzrokiem, po czym weszli do baru.
– Zbieracze opłat? – Spojrzał na nią. Kiwnęła głową, nie odpowiadając. Najwyraźniej wystraszyła się i nie chciała rozmawiać. Postanowił, że zapyta później.
– Nie musisz wracać na stację? – Kiedy podjechali pod wskazany przez nią dom, przypomniał sobie, że zostawiła miejsce pracy bez opieki.
– Muszę, ale nie od razu. Niedługo przyjdzie tam moja zmiana. Beata. Kretynka – prychnęła.
– Czemu kretynka?
– Nieważne, chodź. – Wysiadła i nie czekając, otworzyła furtkę i pobiegła przez podwórko.
– Tutaj masz łazienkę, ręczniki zaraz dostaniesz, jak będziesz potrzebował kosmetyków, też mam. – Przebiegła po nim wzrokiem, po czym oblizała się bezwiednie. – A jakbyś coś więcej chciał, to po prostu po mnie zadzwoń. – Podała mu wizytówkę i uśmiechnęła się. W spojrzeniu ponownie wyczuł dwuznaczność.
„Przystanek u Ady”.
– Ile płacę?
– A na ile chcesz wynająć? – W pytaniu ukrywała się głęboko schowana nadzieja na zarobek. Wyczuł ją natychmiast, mimo że próbowała zabrzmieć nonszalancko.
– Na razie na dwa dni, ale planuję zostać dłużej.
– To dwie i pół stówki – rzuciła na wydechu. Wręczył jej trzy banknoty, które schowała za gumkę spodenek. – Jak będziesz chciał na dłużej, to cena za dobę będzie dużo niższa. I dzięki. Muszę jednak lecieć jeszcze do pracy, ale po szesnastej wrócę. Czuj się jak u siebie.
Zniknęła.
Położył się na łóżku i spojrzał w okno. Za oknem panował skwar, powietrze stało. Postanowił pójść pod prysznic, zdrzemnąć się, a następnie wyruszyć na rekonesans.
Drzemka przeciągnęła się jednak na tyle, że zastał go wieczór. Przed dwudziestą, odświeżony chłodnym prysznicem zszedł na dół i zastał Adriannę, leżącą na hamaku na tarasie i palącą cienkiego papierosa. Omiótł wzrokiem kształtne ciało, najwyraźniej nie miała najmniejszego problemu z tym, że patrzył.
– Gdzie tu jest jakiś sklep?
– A co potrzebujesz? – Spojrzała leniwie, wydmuchując dym w przeciwnym kierunku. Wyglądała świetnie, podobnie jak pewna Szwedka, z którą spał niejeden raz kilkanaście lat temu, podczas misji w…
Wygonił wspomnienia z głowy, to nie był odpowiedni czas. Musiał pozostać skupiony i skoncentrowany na pracy.
– Jedzenie i picie. – Rozejrzał się. Upał zelżał na tyle, że można było swobodnie oddychać, wcześniej miał wrażenie, że do płuc trafia lawa w stanie gazowym.
– Mogę cię poczęstować, najwyżej jutro odkupisz. – Uśmiechnęła się. Nie zareagował początkowo, po chwili skinął głową na znak zgody.
– Chodź. – Podniosła się i chwyciła go za dłoń. Zaskoczony nie zwolnił uścisku i ruszył za nią do kuchni.
– Smakuje? – Kwadrans później popijała wodę, obserwując, jak potężne szczęki zaciskają się w rytm przeżuwanego pokarmu. Czuł, jak omiata go wzrokiem, a kiedy ich spojrzenia spotkały się, nie uciekła z oczami i śmiało wpatrywała się w niego, aż zaczął ponownie jeść.
– Świetna jajecznica. – Przyznał. – Sama się nauczyłaś?
– Nie, od matki. Po niej przejęłam też dom i wyremontowałam.
– Dużo masz klientów?
– Pytasz poważnie, czy żeby podtrzymać rozmowę?
Odpowiedział spojrzeniem, po którym poczuła się lekko nieswojo.
– A jak myślisz?
– Nie wiem, co mam myśleć. Niewiele mówisz i sprawiasz wrażenie… – urwała.
Uniósł pytająco brwi.
– Właśnie o to mi chodzi.
– O co?
– Jesteś… – Szukała słowa. – Trudno się z tobą rozmawia.
– Bo nie plotę trzy po trzy? – Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał jej prosto w twarz. Pod wpływem szarostalowych oczu zrobiła się lekko czerwona i poczuła się, jakby wzrokiem zdejmował z niej ubranie.
– Nnie – zająknęła się i zaśmiała nerwowo. – Nieważne. Pytałeś o klientów. Na tym wygwizdowie każdy z nich jest na wagę złota. Dlatego jesteś dla mnie tak cenny. – Uśmiechnęła się i puściła do niego oko.
– To znaczy, że mogę liczyć na zniżkę? – Zażartował. Niski głos, jakim do niej mówił, sprawiał, że wnętrze dziewczyny lekko wibrowało.
– To zależy. – Zakręciła długie blond włosy na palcu.
– Od czego? – Wstał i rzucił: „Pozmywam”.
– Zostaw, mam zmywarkę. – Chwyciła go za rękę. Zatrzymał się i ponownie zatrzymał wzrok w niebieskich oczach. Wolał ciemnowłose, ale miała w sobie coś, pewien magnetyzm, który przyciągał go fizycznie, a wygląd komponował się idealnie z głosem i pogodnym usposobieniem. Zamarła i zaczęła drżeć, gdy odstawił naczynia na blat i dotknął policzka. Oddychała coraz szybciej, aż wreszcie wyszeptała: „Boję się”. Nie odpowiedział, wsunął dłonie w blond włosy, z tyłu głowy i zetknął się z nią nosem.
– Pójdę już. – Oderwał się i odwrócił. Z pewnym żalem oraz rozczarowaniem spojrzała za nim, gdy wchodził ciężkim krokiem po schodach.
Kolejne minuty, godzina, dwie, upłynęły na porządkowaniu domu. Nie mogła się uspokoić, wciąż mając na sobie dotyk i oddech tego mężczyzny. Obcego, którego imienia nie znała. Zapach męskiego ciała, tak dawno nie odczuwany, rozbudził ochotę na coś więcej, czego bała się równie mocno, co tych dwóch, widzianych przed barem mlecznym kilka godzin wcześniej. Z rozpędu, nie myśląc nad tym, co robi, uprzątnęła całą kuchnię, ganek i odkurzyła schody. Czuła się dziwacznie, a napięcie, jakie między nimi powstało, niepokoiło i jednocześnie podniecało. Instynkt podpowiadał, żeby unikać go, bo nic dobrego z jego strony ją nie spotka, ciało było jednak przeciwne…
Kiedy skończyły się jej pomieszczenia do uprzątnięcia, wciąż nie mogła się uspokoić. W jednej chwili chciała iść na górę i skręcić do niego, a w drugiej uznała, że to byłoby puszczanie się. Że zna go kilka godzin, nic o nim nie wie, a chce władować mu się do łóżka.
A jak to bandyta? Albo gwałciciel? Nie wygląda na takiego, ale przecież najgorsi gwałciciele potrafią się ukrywać.
Pamiętała jednak ten wzrok i coś mówiło jej, że jest inny. Na pewno nie jest dobrym człowiekiem i robił krzywdę innym, skoro jedzie do Dzikanowa, to niewinny nie jest. Instynkt podpowiadał, że nie pojawił się tu, żeby skrzywdzić ją. A spojrzenie rozbierało, czuła to od pierwszej chwili, na stacji.
Uciekł z kuchni, powstrzymując się w ostatniej chwili. Ta dziewczyna, młodsza od niego o mniej więcej dwie dekady niemal go uwiodła. Nigdy nie pozwalał sobie na odstępstwa od zasad, jakimi kierował się od lat, a mimo to…
– Mimo to prawie ją przeleciałem – powiedział cicho do siebie. Nie spał z kobietą od czasu ostatniego wyjazdu do Włoch, gdzie wziął prostytutkę do pokoju po ciężkiej misji. Traktował to zawsze jako relaks i odpoczynek dla głowy, przy jednoczesnym upuszczeniu seksualnego napięcia. Psycholog, do którego niegdyś chodził, po gruntownym przestudiowaniu jego psychiki stwierdził, że seks to właściwy wentyl bezpieczeństwa i powinien go używać zawsze, gdy poczuje taką potrzebę.
Wpatrywał się w sufit, słysząc, jak Adrianna krząta się i sprząta na dole. Coraz bardziej skłaniał się ku zejściu tam i wzięciu ją z marszu, po ostatniej reakcji wiedział, że podda mu się bezwolnie i bezopornie. Cząstka sumienia, którą zachował, żyjąc przez lata jako człowiek prawie upadły, mówiła mu głośno, że ma przestać, ale ciało…
Ciało było silniejsze.
Rozmyślania przerwały kroki na górę. Spiął się nieco, wiedząc, że sypialnia gospodyni jest w tym samym korytarzu, co jego pokój i uniósł na łokciach, słysząc uchylające się po cichu drzwi. Zaskoczony ujrzał ją w półmroku, nagą i poważną. Stała w przejściu, sondując go wzrokiem i oddychając miarowo. Wreszcie dopadła do łóżka, klęknęła i pocałowała go. Z początku lekko, gdy zareagował, wkleiła usta w jego i wysunęła język. Smakował miętą, pomyślała, że najwidoczniej umył zęby po posiłku. Dotknął dłonią jej pleców, przesunął na biust i ścisnął lekko. Oderwała się, dysząc ciężko.
– Już się nie boisz? – Przesuwał palcami po ciężko opadającej na przedramię piersi, drażniąc rosnący z każdym ruchem palca sutek.
– Zróbmy to. – Zaatakowała ustami i wsunęła dłonie pod t–shirt. Zaparło jej dech, gdy pod palcami poczuła górę napiętych mięśni, a na skórze blizny i szramy. Błyskawicznie, nie rozłączając pocałunku, podniosła koszulkę, aż wreszcie ściągnęła i ujrzała go w całej okazałości. Pozbawił się reszty odzienia i w pełni gotowy położył na plecach.
Założyła prezerwatywę i powoli opadła, nabijając się na napięty członek. Mruknął i nakrył biust dłońmi, pozwalając jej odchylić się do tyłu i ujeżdżać w powolnym tempie. Blask zachodzącego za horyzontem słońca był jedynym oświetleniem, wyglądała jak żywy posąg nagiej bogini, animowany tylko w celu uprawiania z nim seksu. Opuścił dłonie i splótł z nią palce. Pojękiwała coraz głośniej, przyspieszając i zwalniając, raz po raz.
– Coś się stało? – zapytała zdziwiona, gdy powstrzymał rodeo.
– Połóż się na plecach, chcę cię widzieć. – Uniósł się na łokciach i obserwował, jak wstaje, a piersi falują podczas ruchów ciała. Rozsunęła szeroko nogi i jęknęła z nadzieją głośno, gdy wjechał w nią do samego końca, aż zakręciło się jej w głowie. Od razu nadal szybkie tempo, poruszając samymi biodrami i trzymając pod dłońmi ściśnięte piersi. Krążyła palcami po spoconym z wysiłku i upału torsie oraz brzuchu, wiedząc, że zaraz zacznie szczytować. Zadrżała i krzyknęła, gdy niespodziewanie jęknął głośno, dochodząc. Przyciągnęła go do siebie mocno i objęła nogami podczas orgazmu obojga.
Gdy skończył, zostawił na niej swój pot, zapach i feromony, po czym opadł ciężko obok, na pościel. Przytuliła się do umięśnionego torsu i ramienia, uspokajając oddech.
– To było świetne – szepnął i pocałował ją w czubek głowy.
– Tak mówisz? – zamruczała.
– Mhm. Dawno… – Zamilkł.
– Nie kochałeś się z kobietą?
Spojrzał na nią bez słowa, a oczy powiedziały wszystko.
– Ja też nie miałam dawno mężczyzny. Wiesz. – Uniosła się na łokciu. – Może nie będziemy małżeństwem, ale fajnie mi się z tobą pieprzy i masz świetne ciało. – Uniósł brwi, słysząc wyznanie. – Moglibyśmy robić to częściej, jeśli będziesz mieć ochotę.
– Nie jestem dobrym materiałem na kochanka, nie mówiąc o czymś poważniejszym – odparł, odwracając wzrok w sufit. – Poza tym przyjechałem tu do pracy.
– Do Mariana? – zapytała cicho. Milczał. – Tak myślałam. Będziesz kolejnym bandytą?
Zdziwiony podniósł na nią wzrok.
– Nie. – Spokojny głos zdziwił ją, spodziewała się wybuchu czy agresji, nauczona doświadczeniem z poprzednich związków, gdy „za dużo pytała” albo „wtykała nos w nie swoje sprawy”.
– To kim?
– Wiesz, gdzie jest "Acapulco"?
– Klub? Pewnie, że tak. Co będziesz tam robić?
– Za bardzo ciekawska jesteś. – Spojrzał na nią. – A ja lubię ciszę i trzymanie języka za zębami. Chyba, że… – Przesunął się bliżej niej, zauważyła, że znowu ma erekcję i momentalnie zwilgotniała.
– Chyba że ten język znajduje się gdzie indziej? – Uśmiechnęła się prowokująco i powoli rozsunęła uda, a następnie palcami cipkę, eksponując mu wnętrze.
Chwilę później krzyczała w rozkoszy, zaciskając dłonie na jego głowie i jakiś czas później na plecach.
---------------------------
Czarne okulary zakrywały oczy Julii, a twarz była pokryta rozpaczą. Pogrzeb Adama zgromadził całe miasteczko, była jednak pewna, że gdyby chłopak żył, kazałby wszystkim wypierdalać, a sam usiadłby na trumnie, odpalił papierosa i otworzył piwo. Dziewięć na dziesięć osób przyszło tu ze strachu przed Marianem, żeby się tylko pokazać. Część pozostałych to stali bywalcy kościoła, uczęszczający na wszystko, jak leci, a osoby sympatyzujące z tragicznie zmarłym chłopakiem policzyłaby na palcach dwóch, może trzech rąk.
To nie był zły dzieciak, ale urodził się w niewłaściwym miejscu i czasie. – Otarła łzę, spływającą po policzku. Stojący obok mąż, otoczony dyskretnie przez grupę ochroniarzy, nie poruszał się, przyjmując postawę potężnego posągu. Przez ostatnie dwa dni zamienili kilka słów, miała przeczucie, że obwinia ją za śmierć syna, mimo że nie przyłożyła do niej ręki. Wiedziała, że na rozmowę przyjdzie jeszcze czas i nie będzie to miła konwersacja.
Oby skończyło się na rozmowie…
Od kilku dni pogoda była upalna, mimo że ubrana na czarno, nie czuła gorąca. Wręcz odwrotnie, ręce miała zimne, lodowate, a usta drżały. Nie skarżyła się jednak, przyzwyczajona do niewygód od dziecka, a strach potęgujący zimno wypierał upał. Bała się ciszy, jego reakcji i powtórki z przeszłości. Stali na zewnątrz, widząc ołtarz, Marian nie był wierzący i stwierdził, że jego noga w tym burdelu kieckowych nie postanie, więc towarzyszące mu osoby, wliczając Julię, zmuszone były towarzyszyć bossowi.
Parasol chroniący od słońca, który rozpościerał się nad nią, trzymany przez potężnego goryla o ksywie Budzik, dawał ochronę przed promieniami. Miała ochotę wyrwać go bandziorowi z ręki, przyłożyć z całej siły mężowi, a później uciec.
Ksiądz zaczął kazanie. Puste, jałowe, niewiele znaczące słowa rozchodziły się po okolicy, wzmacniane głośnikiem, podłączonym bezprzewodowo do mikrofonu. Rozejrzała się dyskretnie spod okularów przeciwsłonecznych. Komendant policji ziewał, nieudolnie próbując ukryć znużenie, większość bandziorów rozglądała się, pocąc obficie i z tęsknotą wypatrując cienia, ona, spoglądając na tego hipokrytę w sutannie, zagryzła usta ze złości. Wróciły wspomnienia, wściekłość, ból, poczucie beznadziei i chęć zemsty.
---------------------------
Przeszłość.
– Julka, choć tu! – Dobiegł do niej donośny wrzask z drugiego końca domu. W salonie dogorywała impreza, a ona od godziny próbowała zasnąć, kuląc się w ogromnym łożu w sypialni. Uciekła, kiedy zaczął ją podszczypywać, łapać za piersi i próbował wkładać rękę w majtki. Bała się go, gdy był trzeźwy, a co dopiero pod wpływem. Mimo że pozornie sprawiał wrażenie ściany spokoju, wybuchy agresji, których wielokrotnie była świadkiem, ale na szczęście rzadziej niż inni, celem, skutecznie uświadomiły jej, że starszy o dwie dekady Marian to psychopata.
– Jeśli za chwilę tu nie przyjdziesz, pójdę po ciebie i ściągnę cię za te czarne kudły! – wydarł się ponownie, przekrzykując dudniącą muzykę. Ze strachem i gęsią skórką wynurzyła się spod kołdry i po cichu, będą w samej koszulce nocnej i majtkach zeszła po schodach.
W sobie ujrzała rozwalonego w fotelu męża w rozchełstanej koszuli, czerwonego na twarzy od nadmiaru wódki, z rozbieganymi oczami po kokainie oraz tańczącego w rytm „Jesteś lekiem na całe zło” proboszcza w cywilu. Bez koloratki, w białej koszuli i czarnych spodniach.
– No w końcu, do chuja! – sapnął i próbował się podnieść, ale alkohol i dragi zwyciężyły. Sto dwadzieścia kilo mięśni oraz rosnącego, co zauważyła jakiś czas temu z niesmakiem, brzucha, opadło ciężko na skórzany fotel. – Podejdź tu i zrób mu laskę. – Wskazał na klechę. Nienawidziła tego hipokryty, ukrywającego liczne gwałty i romanse pod przykrywką sutanny, a kiedy padły słowa, z niedowierzaniem spojrzała na Mariana.
– Słucham? – Przebiegła po obu wzrokiem.
– Nie mów, słucham, bo cię wyrucham! – Proboszcz wybuchł pijackim śmiechem i rozpiął rozporek. – No już, klękaj do spowiedzi, dziewczyno, bo nie dostaniesz rozgrzeszenia. – Wydobył na wierzch opadły, sflaczały penis.
Bez słowa obróciła się i zamierzała wrócić do sypialni, gdy silne ręce chwyciły ją wpół.
– Gdzie, kurwa, leziesz? – Syk w uchu oraz nieodległy śmiech Mariana zwiastowały coś bardzo złego. – Zabieraj się do roboty. Każda owieczka pracuje na wybawienie, a ty swojego wkładu jeszcze nie wniosłaś. – Rzucił ją na podłogę. Spojrzała bezradnie w twarz męża.
– Pozwolisz na to? – Czuła obrzydzenie na myśl o wzięciu penisa tej kreatury do ust.
Bez słowa uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Upadła na podłogę, czując w ustach posmak krwi, a w oczach rosnące łzy.
– Zadaj mi, kurwa, jeszcze raz takie pytanie, a oddam cię chłopakom. To, że masz na ręce obrączkę, zawdzięczasz tylko cyckom, kształtnej dupie i ładnej buźce, inaczej siedziałabyś do tej pory w norze, z której cię wyjąłem. Twoje szczęście, że akurat przejeżdżałem tamtędy i przypadkowo zobaczyłem wypięty przy świniach tyłek. – Spoglądał na nią z góry. Wiedziała już, że nie ma szans na obronę, wskóra tyle, że dostanie jeszcze raz po twarzy i we wsi znowu będą gadać, gdy pojawi się w sklepie z okularami przeciwsłonecznymi.
– Do roboty, kurwo! – Szarpnął ją i popchnął w kierunku krocza księdza. Z obrzydzeniem dotknęła lekko już wzwiedziony członek i chwyciła w dłoń. Masturbowała go, mając nadzieję, że to wystarczy, szybko, chcąc, by jak najprędzej skończył.
– Bierz do gęby! – Marian był bezlitosny i siłą wepchnął w sterczący członek do ust Julii. Zakrztusiła się, czując rosnącą gulę w żołądku, kutas śmierdział moczem i brakiem higieny.
– Pan cię za to wynagrodzi, dziecko. – Proboszcz pojękiwał, ruszając coraz mocniej biodrami. – Och, tak! – jęknął, poczuła, że członek pulsuje. Położył dłonie na jej głowie. – Boża owieczko, twój pasterz zaprowadzi cię do niebaaaaa!!!
– Czekaj, kurwa! – Bolesławski niespodziewanie odepchnął klechę i rzucił Julię na pobliską sofę. Wiedziała, że nie może rozpłakać się, bo po wszystkim skończy się to dodatkowymi razami. Nie lubił, kiedy była zbyt miękka. Czując obrzydzenie wobec siebie, jego i oszusta w sutannie, klęknęła, zsunęła majtki, wypięła pośladki i wyszeptała: „No już, Bolesławski, wypierdol mnie, chyba że się boisz”.
Obaj zaniemówili, po czym nastąpił gwałtowny wybuch śmiechu. Zdziwiona odwróciła wzrok, ujrzała ich trzymających się za brzuchy, obnażonych od pasa w dół, ze sterczącymi członkami.
– Odważna ta twoja podlotka, Maniek. – Proboszcz wreszcie uspokoił się.
– Się wie, miękkiej pipki na żonę bym nie wziął. – Zagadkowy uśmiech męża zaniepokoił, a kiedy podszedł do niej i niespodziewanie delikatnie pomógł wstać, zaskoczona zadrżała, bojąc się niespodziewanych razów. – Wiesz co? Idź spać. Niepotrzebnie cię budziłem. Przepraszam. – Otworzyła szeroko oczy, spodziewając się co najmniej brutalnego seksu. – A ty. – Spojrzał na księdza, któremu zrzedła mina. – Wypierdalaj. Możesz sobie zwalić na plebanii albo kazać tej starej krowie zjechać ci na ręcznym. – Pogłaskał żonę po policzku. – Idź spać. – I popchnął ją w kierunku sypialni.
– Ale… – Proboszcz nie do końca zorientował się, że przyszedł czas na wyjście.
– Więcej razy nie będę się powtarzał. – Cichy głos Mariana, odprowadzającego wzrokiem znikającą za zakrętem Julię oznaczał jedno, to nie czas na negocjacje. – Wypierdalaj albo każę chłopakom pomóc ci wrócić! Rozumiesz, chuju w sutannie?! – ryknął.
Ksiądz zrobił się blady i kilkanaście sekund później zamknęły się za nim drzwi, a po niecałej minucie Marian usłyszał dźwięk odpalanego silnika.
---------------------------
Teraźniejszość.
Myśli wróciły do rzeczywistości. Kazanie kończyło się, a ten hipokryta w czarnej sukience pocąc się, jak świnia w nagrzanym kościele, opowiadał bzdury, mające niewiele wspólnego z rzeczywistym obrazem Adama. Rozejrzała się dyskretnie dookoła, maskując spojrzenie za okularami. Wszyscy z wyjątkiem komendanta, którego głowa opadła na pierś, sprawiali wrażenie zasłuchanych, ale mogłaby założyć się o dużą sumę, że prawie nikt nie wiedział, o czym mowa.
Tak, tamtego wieczoru Marian przegonił proboszcza, powód był jednak inny, niż myślała. Po przyjściu do sypialni zrobił jej awanturę, oskarżając o chęć zdrady z klechą (jakby to ona chciała mu obciągnąć, przecież sam jej kazał!), po czym pobił, związał i zgwałcił. Na wspomnienie bólu, upokorzenia i cierpienia, jakiego zaznała, zadrżała i zacisnęła nerwowo dłoń na udzie.
Wciąż pytała się w myślach, po co z nim jest? Czy nie lepiej jest uciec?
Tylko dokąd? W domu rodzinnym ją znajdzie, zresztą nie wiedziała nawet, czy rodzice żyją. Ojciec pewnie zapił się na śmierć, a do matki miała żal, że pozwalała na to wszystko.
Na samotną ucieczkę gdzieś w Polskę albo zagranicę zbytnio się bała. Gdyby ją odnalazł, mógłby sprzedać do burdelu. Chodziły słuchy, że poprzednia żona, matka Adama, wcale nie zginęła, a została wysłana przez niego w „wieczną delegację”. Dowiedziała się o tym dwa lata po ślubie.
Podobne sytuacje wydarzyły kilkukrotnie, choćby wtedy, gdy „udostępnił” ją dwóm „kontrahentom” z Ukrainy, a w międzyczasie przyłączył się do orgii, uprzednio dosypując jej coś do drinka. Czuła się zamroczona, bezwolna, jednak całkowicie przytomna i… chętna. Jak przed sen słyszała komentarze, że: „Harosza z niej jebaka”, a im bardziej chciała stamtąd uciec, tym mocniej ją pieprzyli. Ciało reagowało bez jej ingerencji i woli, dochodziła raz za razem, mimo że nie czuła podniecenia w sensie emocjonalnym, a ciała przybyszów ze wschodu, wytatuowane i muskularne, budziły w niej obrzydzenie.
Skończyło się skrobanką i zakażeniem chlamydią.
Albo za karę, gdy nie chciała uprawiać z nim seksu z powodu okresu, zamknął ją w szafie na cały dzień, bez jedzenia i picia, a następnie zgwałcił analnie.
Zastanawiała się, jaki jest próg bólu, cierpienia i upokorzeń, który jest w stanie znieść i kiedy dojdzie do wniosku, że trzeba ze sobą skończyć. Czytała kiedyś, że po fazie obojętności przychodzi faza agresji i odrzucenia. A może do niej też przyjdzie i zabije go w szale, wbijając nożyczki w szyję podczas seksu, a później zniknie? Albo zwyczajnie powiesi się, gdzieś w lesie i nigdy jej nie znajdą?
Kazanie i ceremonia skończyły się, a jazda na cmentarz odbywała w absolutnej ciszy. Obserwowała otoczenie bez zainteresowania, błądząc myślami gdzieś daleko i nie zorientowała się, że są na miejscu. Dopiero drzwi od limuzyny, otwarte przez Czachę, przybocznego bandziora Mariana wybudziły ją z letargu.
Kroczyła powoli ścieżką cmentarną, tuż za trumną, aż dotarło do niej, tuż przed zakończeniem ceremonii, że odeszła jedyna osoba, na której mogła w stu procentach polegać. I której ufała. Zapłakała cicho, zdając sobie sprawę z sytuacji i próbując maskować łzy. Odwróciła się i kątem oka zauważyła Mariana, rozmawiającego na uboczu z mocno zbudowanym mężczyzną, z owalną brodą i przenikliwym spojrzeniem, które omiotło ją od głowy do stóp. Coś w sylwetce, postawie i gestach tego człowieka przyciągało jak magnes, a jednocześnie czuła strach i obawę przed zbliżeniem się do niego, instynktownie wiedząc, że mimo iż w twarzy nie widziała tego samego, co w obliczach bandziorów Mariana, czyli tępego okrucieństwa, jest wężem i lwem, doskonale maskującym uczucia i zamiary.
I na pewno ma niejedną krew na rękach.
---------------------------
Lata spania i przebywania w ekstremalnych warunkach wyrobiły w nim taką spostrzegawczość, że przez sen wyczuł ruch, a następnie dotarły do niego dźwięki, nienaturalne dla środka nocy. Otworzył oczy tuż po tym, jak został sam, po kliknięciu klamki. Światło padało ze szpary pod drzwiami do łazienki, łóżko obok było puste, a z pomieszczenia obok dotarły do niego strzępki wypowiadanych słów, kobiecym głosem. Błyskawicznie wybudził się i zsunął bezszelestnie z łóżka, stąpając, najciszej jak potrafił po skrzypiącej miejscami podłodze. Po drodze sprawdził wiszącą na ścianie skórzaną kurtkę.
Zniknął portfel i dokumenty. W kurtce trzymał prawo jazdy, sfabrykowany na te same dane dowód osobisty, jeden z wielu, którymi posługiwał się w różnych miejscach i akcjach.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, kto jest w środku. Zbliżył się do drzwi i bardzo powoli, delikatnie nacisnął klamkę.
Stała tyłem do niego, naga, rozmawiając cicho przez trzymany przy uchu telefon. W drugiej dłoni widniało prawo jazdy, wyciągnięte z kieszeni, a na krawędzi umywalki leżała gotówka i portfel. Wykonał krok, chwycił ją z tyłu za głowę i uderzył czołem o ścianę. Odbiła się od muru z głuchym łoskotem niczym piłka, a następne wpadła w ramiona, błyskawicznie tracąc przytomność. Na środku czoła widniał rosnący guz. Podniósł telefon, rozłączył połączenie i zanotował w myślach numer.
Kilka minut później siedział nagi na łóżku, ostrząc wojskowy nóż i czekając, aż w pełni odzyska przytomność. Otworzyła oczy, mrugając, a kiedy zorientowała się, że jest przywiązana do krzesła i zakneblowana, zaczęła szaleńczo szarpać się i próbować krzyczeć. Ostrze, które przyłożył sobie do ust, skutecznie ją uciszyło. Drżała, a przerażenie widoczne w spojrzeniu mówiło wszystko.
– Widzisz ten nóż? – zapytał cicho, nie patrząc na nią. Skinęła nerwowo. – Sporo osób pożegnało się dzięki niemu z życiem. Można powiedzieć, że jest trochę jak topór katowski. – Nikły grymas na twarzy miał chyba oznaczać uśmiech, ale jej okazał jedno, nie będzie miał litości, jeśli nie powie mu tego, co chce usłyszeć. – Zdejmę ci knebel, a jeśli zaczniesz krzyczeć, założę go z powrotem, a później obetnę czubek lewego sutka. Potrafię to zrobić z milimetrową precyzją, jak chirurg. Rozumiesz? Wierz mi, że będzie bolało i to bardzo. Jeśli to się powtórzy, zajmę się prawym, a następne będą paznokcie u nóg, które metodycznie będę zrywał. A później zacznę kroić piersi na plasterki, jak wędlinę w sklepie. To jak, pogadamy? – Pokiwała gwałtownie głową, a w oczach pojawiły się łzy.
– Grzeczna dziewczynka. – Pogłaskał ją po głowie i ściągnął knebel.
– Powiem ci wszystko, tylko nie rób mi krzywdy! – wyszeptała na wydechu, oddychając ciężko. Po prawym policzku zsunęła się pojedyncza łza, a siniak na czole osiągnął rozmiar sporej śliwki.
– Na początek podstawowa kwestia, gdzie jest kamera, którą nagrałaś nocne zbliżenie? – Otworzyła szeroko oczy, szepcząc: „Skąd wiesz?”. – Musisz następnym razem ciszej mówić, nadajesz jak stacja radiowa. – Wzruszył ramionami, odpowiadając.
– Wmontowana w regał. – Wskazała głową stojący naprzeciw łóżka, po lewej stronie, mebel. Obejrzał gruntownie wskazane miejsce, po czym odnalazł obiektyw, uderzył w niego głownią noża, tłukąc szybkę, przeciął kabel i wyjął urządzenie na zewnątrz.
– Jest ich więcej, poza tymi widocznymi do monitoringu?
– Tych z monitoringu jest pięć, wszystkie pewnie zauważyłeś, ukrytych jeszcze trzy. W kuchni, na ganku i w salonie.
– Gdzie są przechowywane nagrania?
– W mojej chmurze.
– Tylko tam? – Obejrzał się na nią. Potwierdziła szybko, zapewniając, że nie oszukuje. – Pójdę to sprawdzić, jeśli okaże się, że kłamiesz, to wrócę tu i potnę cię na kawałki, rozumiesz?
To psychopata. – Przerażona Adrianna chciała się jak najszybciej od niego uwolnić. Kamera nieważna, kupi za dwie stówy nową na Allegro. Po prostu powie Barskiemu, że nic się nie nagrało.
– Rozumiesz? – Zbliżył się do niej z nożem w dłoni.
– Tak, rozumiem – odparła ponuro. – Nie kłamię.
Milczał przez chwilę, wpatrując się w niebieskie, załzawione oczy dziewczyny.
– Dla kogo pracujesz?
On brzmi jak robot. – Uświadomiła sobie. Kolejna myśl, jaka dotarła do niej i wywołała drżenie ud oraz związanych dłoni była taka, że jeśli nie będzie współpracować, zabije ją bez mrugnięcia okiem, a jeśli wyśpiewa mu wszystko, oni ją zatłuką, a wcześniej będzie cierpieć.
– Zabiją mnie, jeśli ci powiem.
– Mało mnie to interesuje. – Wzruszył ramionami. – Trzeba było o tym pomyśleć, zanim zaczęłaś grzebać w moich rzeczach.
– Ale ja nic nie widziałam. – Zaczęła płakać. – Nawet nie zdążyłam obejrzeć twoich dokumentów.
– Kto? – Zbliżył nóż do piersi. Zawyła ze strachu.
– Przestań, nie rób tego! Błagam cię! – Zaniosła się płaczem. Dotknął czubkiem ostrza sutek. – Dobrze, powiem! Ktoś od Bolesławskiego, kogo muszę opłacać, kazał założyć mi kamerę w kilku miejscach w domu. Nie mają bezpośredniego dostępu do nagrań, ale raz w tygodniu przyjeżdża tu ktoś od nich i przegląda pliki. Najczęściej nic nie mówi i po maksymalnie godzinie znika.
– Kto to jest?
– Barski, ksywa Czacha.
– Po co to robi?
– Nie wiem. Nie miałam wyjścia. Gdybym odmówiła… – Zamilkła, nie kończąc. Nie musiała, wiedział, jakie spotkałyby ją konsekwencje.
– Co mu powiedziałaś? Bo to z nim rozmawiałaś, prawda?
– Twoje nazwisko, imię i podałam dane z dowodu. Nic więcej nie zdążyłam, nawet marki samochodu nie zna.
Stał tyłem do niej, wpatrując się w okno. Podczas seksu wyczuła na plecach pod palcami sporej szerokości szramę, którą ujrzała teraz w całej okazałości. Podobnie jak kilkanaście nacięć w innych miejscach ciała.
– Po czym ta szrama? – zapytała nieśmiało, próbując odwrócić jego uwagę. Miała cichą nadzieję, że to wystarczy.
– Zawadziłem o gwóźdź na ścianie. – Zbył ją i odwrócił się przodem. – Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nic ci nie zrobię, mimo że powinienem cię zabić, o ile ty zrobisz coś dla mnie, rozumiesz? – Pokiwała szybko głową. – Napiszesz mi na kartce wszystkie nazwiska, które znasz. Opowiesz później, kto jest kto, a jeśli zapytają cię, co stało się z kamerą, powiesz, że zepsuła się i musiałaś zamówić nową. Dasz mi dostęp do chmury z uprawnieniami administratora. – Zamilkł na chwilę. – Ci wczoraj sprzed baru mlecznego, to oni kazali ci zamontować ten sprzęt? To był Czacha?
Spojrzała na niego przeciągle i powoli kiwnęła głową, jednocześnie odetchnęła głęboko, mając już pewność, że przeżyje.
– Kim ty jesteś, co? – zapytała po chwili, przekrzywiając głowę na bok.
Stał przed nią, muskularny, nieprzesadnie wysoki, ale widocznie mocno zbudowany, z wyraźnie zarysowanym kaloryferem na brzuchu i dziesiątkach żył na bicepsach i przedramionach. Owalna broda dodawała mu powagi, a wyglądowi niedostępności. Pomyślała, że jest bardzo seksowny, a jednocześnie groźny jak wąż i śmiertelnym niebezpieczeństwem byłoby igranie z tym człowiekiem, na co się bezwiednie odważyła. W odpowiedzi na pytanie uśmiechnął się tylko lekko.
– Obiecuję, że będę już grzeczna. Tylko nie bij mnie więcej, dobrze? Proszę…
– To dobrze, że przemyślałaś zachowanie. Byłoby bardzo niemądre, gdybyś mimo wszystko dalej wydzwaniała do Czachy. I nie masz już czego się bać. – Schylił się i pocałował ją w czubek głowy. Był nagi. Zauważyła, że członek uniósł się nieco, znajdując się idealnie na wprost jej ust. Niewiele myśląc, musnęła go wargami i szybko uciekła z głową. Zaskoczony spojrzał w dół, prosto w oczy dziewczyny i oprócz strachu ujrzał rosnące pożądanie, widziane w nocy. Przesunął kciukiem po ustach, chwyciła go łapczywie i zaczęła ssać. Westchnął ciężko i przeciągnął główką po policzku. Wypluła palec i liznęła żołądź z rosnącym uśmiechem.
Przez kolejne minuty obrabiała go cierpliwie i leniwie, wciąż mając spięte za plecami ręce, po czym cofnęła nagle głowę. Zaskoczony spojrzał w dół.
– Użyj mnie – szepnęła.
Owinął sobie jej włosy wokół nadgarstków. Otworzyła szeroko usta i zamknęła oczy, a gdy penis wsunął się do nasady, zacisnęła wargi i zaśmiała się cicho. Poruszał się w miarowym, dość wolnym tempie, wyciągając go co jakiś czas, ociekającego śliną, pozwalając jej złapać oddech. Wreszcie będąc blisko, przyspieszył i po kilkunastu gwałtownych, mocnych ruchach, eksplodował z głębokim, niskim jękiem. Trwali tak oboje, on uspokajając oddech i ciało po gasnącym orgazmie, ona zadowolona i uspokojona faktem, że udało się jej uniknąć czegoś złego, a jednocześnie zyskać…
Sojusznika?
Kwadrans później pili herbatę w kuchni. Poprosił o zestaw ziół, których, ku jego zdziwieniu, posiadała sporo. Zaparzył arnikę, sporządził kompres i przyłożył do czoła, w miejscu, gdzie powstała sporej wielkości śliwka. Nakazał zdjęcie opatrunku za maksymalnie kwadrans i przyłożenie jeszcze kilkakrotnie, w godzinnych odstępach. Zaskoczona i zadowolona z czułego gestu uśmiechnęła się i podziękowała skinięciem. Przez cały ten czas, poza krótką konwersacją, dotyczącą opatrunku, trwali w ciszy. On najwyraźniej nie był zbyt rozmowny, a ona bała się odezwać, ponadto zastanawiała nad wydarzeniami z nocy, a zwłaszcza poranka.
– Posłuchaj uważnie – powiedział niespodziewanie, po kilkunastu kolejnych minutach milczenia. – Na razie zostaw te kamery, ale skasuj wszystkie nagrania ze mną. Jeśli zapytają, dlaczego nic się nie nagrało, powiedz, że miałaś awarię zasilania i padł router Wi–Fi, do którego są podłączone. – Skinęła na znak zgody. – Niedługo będziesz mogła je zdemontować.
– Naprawdę? – Otworzyła szeroko oczy. – Ale przecież… – zawahała się. – Przecież wiesz, kto kazał je założyć, prawda?
– To nie ma znaczenia. – Patrzył na nią beznamiętnie. To spojrzenie po raz kolejny uświadomiło jej, jak groźnym jest człowiekiem. – Będziesz mogła to zrobić i już.
– Powiesz mi, jak masz na imię?
– Marek.
– Naprawdę tak się nazywasz?
– Nie, ale takie imię widziałaś w dokumentach i lepiej, żebyś przy tym pozostała. – Uciął dyskusję.
– Jesteś złym człowiekiem? – Pożałowała pytania tuż po jego zadaniu.
Zaskoczył reakcją. Klęknął naprzeciw, popatrzył głęboko w niebieskie oczy i pogłaskał po twarzy, uśmiechając się pod nosem.
– W każdym z nas jest obecny pierwiastek zła, Adrianno. – Spoważniał nagle. – Wszystko zależy od tego, czy potrafisz go kontrolować oraz kiedy i przeciw komu wykorzystujesz. – Wstał, poszukał wzrokiem bokserek i spodni, zabranych z sypialni, które narzucił na siebie. Za oknem świtało. – Muszę iść i ty również pójdziesz, spać. Nie rób nic głupiego, bo drugi raz nie będę tak miły, a twoi kumple od kamer będą niezbyt zadowoleni z tego, co zrobiłaś ze mną i czego nie wykonałaś dla nich. Okej? Arnikę przykładaj, powinna zredukować opuchliznę.
Wciągnął obcisły t–shirt, podkreślający muskulaturę, wprawnym ruchem schował nóż do pochwy, po czym zniknął.
Adriannę owiał chłód zamykających się drzwi, a po chwili przeszły ciarki. Miała wrażenie, że dostała się w wir wydarzeń, nad którymi od początku do końca nie ma kontroli, a cyklon dopiero nadchodzi.
---------------------------
Poranek powitał go przyjemnym chłodem, za co podziękował w duchu, wsiadając do samochodu. W międzyczasie sprawdził, gdzie znajduje się sklep, oddalony od Dzikanowa co najmniej czterdzieści kilometrów. Z oczywistych przyczyn szukał sieciówki, nie lokalnego, chcąc pozostać niezauważonym dla pewnych osób – właściciele miejscowych sklepów rzadko mają obcych klientów, więc natychmiast wzbudziłby sensację. Przeglądając mapę w smartfonie, szybko zaplanował trasę porannego biegu oraz treningu, zbieżną z lokalizacją marketu, zaparkował samochód i ruszył w teren.
Godzinę później, po przebiegniętych kilku kilometrach oraz sesji medytacji, połączonej z jogą i ekspresową serią pompek, naładowany endorfinami wkroczył do sklepu. Kasjerka, widząc go, otworzyła szeroko usta. Uśmiechnął się przymilnie, nie chcąc, aby kobieta uznała go za bandytę i ruszył po zakupy. Wisiał Adriannie wytłaczankę jajek, poza tym musiał uzupełnić lodówkę u siebie, więc zapełnił wózek dość szybko. Przy kasie uśmiechnął się ponownie do pracowniczki, wciąż nieufnie patrzącej na sylwetkę oraz twarz, a gdy wręczył dwieście złotych, z komentarzem niskim głosem: „Reszty nie trzeba, bardzo dziękuję, miłego dnia pani życzę”, miał wrażenie, że kobiecina ucieknie albo zemdleje z szoku.
W samochodzie śmiał się z niej dobry kwadrans, będąc w doskonałym humorze, po wieczorno–nocnym seksie i porannym wysiłku. Gdy podjechał pod dom Adrianny, zauważył, że w oknie dziewczyny wciąż jest zasłonięta roleta, a gospodyni i kochanka (?) śpi. Wszedł swoimi drzwiami, pod jej pokojami pozostawił część zakupów i pojedynczą różę. Uznał, że to może być formą przeprosin i rekompensaty za siniaka, którego nabił w nocy. Zasłużyła czy nie zasłużyła, kobiety lubią kwiatki, a on, mimo że nie zamierzał angażować się w poważny związek, chciał aby stała po jego stronie. I nie chciał rezygnować z seksu, w łóżku była świetna.
Godzinę później jechał powoli jedyną drogą, prowadzącą do Dzikanowa. Gdy wychodził, dziewczyna wciąż spała, z czego poniekąd cieszył się – wolał nie spotkać jej przed rozmową, zadawałaby niepotrzebne pytania, na które nie miał ochoty i nie zamierzał odpowiadać. Godzina nie została ustalona, otrzymał jedynie informację, że ma pojawić się w danym dniu, a jeśli szefa nie będzie – czekać. Pomyślał, że osoba, która chce go wynająć, a wykonał wstępny wywiad o Bogusławskim, zamierza od początku ustawić go w słabszej pozycji negocjacyjnej, jako oczekującego na audiencję. Poniekąd przyznał sobie rację, z drugiej strony wszelkie gierki nie miały większego znaczenia, jeśli warunki nie będą mu odpowiadać, po prostu wyjedzie.
Zaparkował pod bramą, zauważając kilka kamer monitoringu, niemal natychmiast pojawił się barczysty ochroniarz.
– Pan pewnie do szefa. – Z respektem we wzroku zmierzył Marka od stóp do głowy, który skinął głową, nie odpowiadając. – Niestety pana Mariana nie ma, jest w kościele lub na cmentarzu, wie pan, gdzie to jest?
– Znajdę, dzięki – rzucił w odpowiedzi i wsiadł do samochodu. Znaleziony w Google Maps kościół okazał się dość sporym budynkiem, położonym niecały kilometr od posiadłości Bogusławskiego, który… również okazał się pusty.
Powitał go wikary.
– Wie pan. – Uśmiechnął się zakłopotany. Marek celowo stosował tę samą technikę niewerbalną wobec wszystkich, niewiele mówił, wykonywał jeszcze mniej gestów, chwilami sprawiał wrażenie posągu, który tylko mrugał oczami i oddychał. To sprawiało, że rozmówcy czuli się niekomfortowo i aby zapełnić ciszę, celowo dużo paplali. Jemu było to oczywiście na rękę, pozyskiwał w ten sposób mnóstwo informacji, mniej lub bardziej przydatnych. – Zwykle pogrzeby odbywają się dużo później, ale mamy straszne upały i na życzenie rodziny. – Ostatnie słowo wymówił niemal z nabożną czcią. – Na życzenie pana Bogusławskiego uroczystość zaczęła się o ósmej trzydzieści, jeśli pojedzie pan teraz na cmentarz, na pewno ich pan tam zastanie.
– Kto umarł? – Wolał znać ten dość ważny szczegół, aby nie popełnić faux paux.
– Syn naszego lokalnego dobroczyńcy. Straszna tragedia, popełnił samobójstwo. – Ksiądz załamał ręce. Marek wyczuł natychmiast fałsz w głosie wikarego i miał ochotę dokręcić mu śrubę kilkoma pytaniami, ale uznał, że przyjdzie jeszcze na to czas.
– Dziękuję – rzucił za siebie. Na słyszane za plecami: „Szczęść Boże” odpowiadać nie zamierzał. W żadnego boga, czy to katolickiego, czy innego wyznania nie wierzył, a skala okrucieństw, jakiej był świadkiem lub dokonał przez lata, utwierdziła go w przekonaniu, że siła wyższa, jeśli była kiedykolwiek obecna w ziemskim burdelu, dawno go opuściła.
Pod cmentarzem stała spora grupa samochodów, zaparkował daleko, a fragment szutrowej drogi pokonał pieszo w narastającym upale. Suche powietrze omiatało ciało, zapierało oddech i tylko dzięki doświadczeniu nabytym przez lata przebywania w ekstremalnych warunkach, pocił się na tyle mało, że w zasadzie nie było widać po nim wysiłku. W przeciwieństwie do ochroniarzy Bogusławskiego, którzy zatrzymali go na bramie.
– Uroczystość prywatna, proszę zaczekać.
– Poinformujcie szefa, że byłem umówiony na rozmowę. Góralczyk – rzucił cichym głosem zza okularów, omiatając ich wzrokiem. Większość z nich była potężnie zbudowana, wyższa lub dużo wyższa od niego. Nie samej sile i gabarytach polega jednak kwestia przeżycia w walce i jej wygrania, liczy się technika, zwinność, refleks i koordynacja. Oraz taktyka. Szedł o zakład, że rozłożyłby ich po kolei, jak uczniaków, gdyby tylko zaszła taka potrzeba.
– Szef jest zajęty. – Ochroniarz odwrócił się i zamierzał odejść, Marek złapał go za krawat, okręcił wokół szyi, przyłożył dwa palce pod oczodoły przeciwnika i szepnął prosto do ucha.
– Słuchaj, dzieciaku. Nie mam czasu na czekanie, dzwoń po szefa, albo w obecności kumpli ściągnę ci portki i puszczę jak kurczaka bez gaci po drodze. Albo wpakuję palce w oczy i do końca życia będziesz chodził z białą laską.
Ochroniarz próbował walczyć, Marek jednym ruchem rzucił go na brzuch, na ziemię, kolanem dopchnął do podłoża i ogłuszył jednym ciosem. Pozostali zaalarmowani odgłosami ruszyli na pomoc kumplowi.
– Spokój! – Rozległ się krzyk. – Kim jesteś?
Marek ujrzał Czachę, który rozpoznał go natychmiast.
– Jestem umówiony z szefem. Góralczyk – rzucił beznamiętnie. Barski powiedział coś do słuchawki w uchu.
– Chodź za mną. – Odwrócił się na pięcie i nie czekając, ruszył przez bramę cmentarza.
Ubrany w granatowe dżinsy, czarną, obcisłą koszulkę, dopasowane buty w tym samym kolorze, model, który wykonywała tylko dla niego znajoma firma na zamówienie, odróżniał się dość znacząco od uczestników pogrzebu, odzianych w większości w garnitury i spódnice. Oczywiście czarne.
– Zaczekaj tutaj. – Czacha nie odwracając się, wskazał mu miejsce w połowie alejki cmentarnej, tuż pod ogromnym drzewem. Przez dłuższą chwilę bez głębszego zainteresowania obserwował wracających z ceremonii.
– Pan Góralczyk, jak mniemam? – Usłyszał za plecami. Odwrócił się i ujrzał barczystego mężczyznę o ogorzałej twarzy, z masywnym nosem i głęboko schowanymi oczami. – Przepraszam za warunki oraz niemiłe powitanie. Marian Bogusławski. – Wyciągnął dłoń na powitanie i uścisnął pewnie rękę Marka. – Nasi znajomi mają wspólnych znajomych, którzy polecili mi pana. Zna pan szczegóły?
– Wstępnie tak, ale będę potrzebował więcej informacji. – Marek sondował Bogusławskiego zza lustrzanek, rozglądając się jednocześnie dyskretnie dookoła. Ochrona na pierwszy rzut oka była dość liczna i w miarę profesjonalna, widać, że nie dowodził nimi amator, ale to nie byli eksperci.
– Może pojedziemy do mnie? – zaproponował Marian. – Warunki mamy dzisiaj nienajlepsze, właśnie pochowałem syna.
– Przykro mi, proszę przyjąć kondolencje. – Zdjął lustrzanki i przetarł materiałem t–shirta. Reakcja Bogusławskiego nie zaskoczyła. Odpowiedział krótkim: „Dziękuję”.
– Z daleka pan jedzie? Pewnie potrzebuje pan odpocząć?
– Dziękuję, jest okej. – Spojrzenie Marka ściągnęła niewysoka szatynka z kręconymi włosami do ramion, z nałożonymi okularami przeciwsłonecznymi. Wyczuł, że wpatruje się na przemian w niego i Bogusławskiego. Wiedział, że próbuje sondować go i ślizga się spojrzeniem po ciele.
– Panie Marku? – powtórzył Bogusławski.
– Przepraszam. – Góralczyk wrócił spojrzeniem do potężnego mężczyzny.
– Pytałem, czy pojedzie pan ze mną?
– Przyjechałem autem, spotkamy się na miejscu.
– Co tam się odjebało? – Wyraz twarzy Mariana zmienił się natychmiast po trzaśnięciu drzwi limuzyny.
– Jeden z naszych zignorował tego gościa. I został spacyfikowany.
– Kurwa, uprzedzałem wczoraj, że mam poważnego klienta! – Wściekły Bogusławski strzelał oczami do Czachy.
– Nie spodziewaliśmy się, że to on. Wygląda jak członek gangu motocyklowego.
– Czacha, nie wkurwiaj mnie! Wiesz, kto to jest? On by was wszystkich jednym palcem rozłożył!
– To by się dopiero okazało – mruknął szef ochrony.
– Ty mi tu nie kozacz, bo nie chcę żadnych wojenek, rozumiesz? – Marian rozsiadł się w fotelu i nalał sobie drinka z podręcznego barku. – Dzisiaj impreza w "Acapulco", chcę, żebyście się nim zaopiekowali i pokazali wszystko. Wiesz, z kim i czym mamy problem, prawda? I on ten problem pomoże nam rozwiązać.
– On? – Na twarzy Czachy widniało niedowierzanie.
– Zobacz. – Marian podał mu papier A4, gęsto zadrukowany tekstem. – Widziałeś kiedyś coś takiego?
Szef ochrony studiował uważnie podany dokument.
– To blef. Jeden człowiek nie dałby rady sam. To zdarza się w filmach, a nie w rzeczywistości.
– Sprawdziłem w dwóch niezależnych źródłach. Wszystko to prawda, a i tak w dokumentach nie ma podobno większości akcji, w których brał udział. W takich, do których w razie niepowodzenia nikt nie chce się przyznać. Jeśli się udają, pozostają tajemnicą na zawsze, a organizatorzy trzymają karty przy orderach. I to tylko tych realizowanych dla Państwa, bo pewnie robótek takich jak dla nas wykonał dziesiątki. Rozumiesz, kto to jest, Czacha? Mamy gościa, który pomoże nam rozwiązać wszystkie problemy, musimy o niego zadbać, żeby nam pomógł, zwłaszcza z tym skurwysynem z CBŚ. A później… – Marian uśmiechnął się lekko, Czacha podłapał w lot, o czym mowa.
– Będziemy musieli mieć wszystko perfekcyjnie zorganizowane, inacz…
– Wiem, nie musisz mnie przekonywać. – Marian przerwał mu zniecierpliwiony i nacisnął klamkę. Zawahał się jednak. – Kamery u Maj zamontowane? Ta łajza lubi się tam zatrzymywać.
– Nie tylko on, nasz dzisiejszy bohater postanowił uwić sobie gniazdko z gówniarą.
– O, skąd wiesz? – Marian zaciekawił się i spojrzał na Czachę badawczo.
– Widziałem ich wczoraj razem, jak odjeżdżali spod baru. Próbowała skulić się na siedzeniu i schować przede mną, ale zdążyłem ją zauważyć.
– Miej na nią oko. To ważne miejsce, powinniśmy mieć monitoring stamtąd, to może być nasza polisa, rozumiesz? – Szef ochrony pokiwał łysą głową i założył okulary przeciwsłoneczne. – Dobra robota, Czacha. Tylko tobie mogę ufać, pamiętaj. – Marian otworzył drzwi i wysiadł. Barski wpatrywał się w jego plecy z neutralnym wyrazem twarzy i po chwili ruszył za szefem.
---------------------------
Drzwi do pokoju Adama kliknęły cicho za plecami Julii. Wciąż nie mogła otrząsnąć się po śmierci chłopaka, mając przed oczami smutne oczy, kiedy spadał. Po pogrzebie uciekła w jedyne miejsce, gdzie nikt nie będzie jej szukał. Ochrona miała zakaz wstępu do jego pokoju, a Marian unikał tego miejsca, jak diabeł święconej wody.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Na ścianach widniały plakaty zespołów muzycznych, prawie jak u nastolatka. Nazwy takie jak Placebo, Rammstein czy Faith No More znała, kilka innych niewiele jej mówiło. Dotknęła palcami stojących pionowo pudełek z płytami CD, które kolekcjonował namiętnie, wydając na nie większość pieniędzy, dopóki otrzymywał je od ojca. Starał się zarabiać na siebie, ale malowane obrazy i książki, które próbował pisać, nie przynosiły wystarczającego dochodu i w wieku dwudziestu dziewięciu lat wciąż wisiał, ku rosnącemu niezadowoleniu Mariana, na garnuszku rodziciela, a kiedy ten dowiedział się, że syn ma chłopaka, całkowicie odciął mu dostęp do pieniędzy, stwierdzając, że pedała i sodomity finansował nie będzie.
Julia była ostatnią deską ratunku. Oddawała mu cały zysk ze sklepu.
Aż wreszcie nie wytrzymał. Ciągłych upokorzeń ze strony Mariana, mieszkańców, nawet ochroniarze po cichu wytykali go palcami.
Otarła spływające po policzkach łzy, gdy wzrok padł na stojące na półkach regału książki. Pobieżnie przejrzała większość z nich, jako ostatnią, schowana nieco w głąb, wyciągnęła dość cienką, w sztywnej oprawie, bez opisu.
Otworzyła pierwszą stronę.
Tytuł brzmiał: „Wspomnienia niedojrzałego inteligenta w krainie neandertalczyków”.
Przewróciła stronę i zamarła.
„Droga Julio, jeśli to czytasz, to znaczy, że nie żyję. Mam Ci tyle rzeczy do powiedzenia i tak wiele chciałbym z tobą przeżyć, nie będzie nam to jednak dane, dlatego bardzo Cię proszę, jeśli odważysz się przewrócić stronę, przeczytaj całość raz, zapamiętaj najważniejsze kwestie i spal ten pamiętnik.
Kochający Adam.”.
Nawałnica myśli przebiegała przez głowę kobiety. Począwszy od strachu przed dalszą lekturą, przez poczucie straty i ukrytej, niespełnionej miłości do martwego pasierba, skończywszy na rosnącej wściekłości z powodu niesprzyjającego losu. Muskała palcami miejsce, gdzie zapisał wstęp, równym, eleganckim pismem, wyglądającym niemal jak kaligrafowane litery.
– Rżnął cię?
Podskoczyła i krzyknęła ze strachu, odwracając nerwowo głowę.
Stojący za nią Marian wpatrywał się w oczy żony badawczo, czekając na odpowiedź. Momentalnie zamknęła książkę, tak aby nie zauważył zawartości.
– Nie, nie spałam z nim. Wiedziałbyś, gdybym to robiła. – Wstała i spojrzała odważnie w górę, prosto w brązowe oczy, w których początkowo zakochała się, a teraz… chyba wolałaby nigdy ich nie oglądać.
– Skąd niby mam wiedzieć, że mogę ci ufać? – Zbliżył się i stanął tuż przed nią, wyższy o ponad głowę i cięższy o połowę.
– Bo gdybym to zrobiła, choć raz, twoi siepacze donieśliby ci o tym w okamgnieniu. Zabiłbyś jego, a mnie oddał do burdelu. Właśnie dlatego. – Założyła ręce na piersi.
Milczał przez chwilę.
– Czasem mam wrażenie, że jesteś dużo mądrzejsza, niż wszyscy myślą, włącznie ze mną. – Pokiwał głową.
– Gdybyś ze mną choć trochę rozmawiał, a nie traktował jak podnóżek, może wiedziałbyś więcej – odparła z przekąsem. Nie wspomniała o tym, że zmuszanie ją do seksu z innymi oraz bicie nie wchodziło w zakres obowiązków małżeńskich żony.
– Dzisiaj jest impreza w „Acapulco”. – Błyskawicznie zmienił temat na bardziej wygodny.
– Dzisiaj nie jest mój dzień, żeby tam śpiewać – odparła. – Wystarczy, że muszę to robić w każdą niedzielę, nawet wtedy, gdy nie mam na to ochoty.
– Dobrze wiesz, że mamy wtedy najwyższe dochody, ludzie przychodzą, żeby posłuchać ciebie. Nikt nie wykonuje tak starych, polskich utworów. A dzisiaj jest wyjątkowy dzień, pojawią się ważni decydenci.
– I przy okazji zgraja starych, śliniących się dziadów będzie gapić mi się w cycki i rozbierać wzrokiem.
– Julia. – Był dzisiaj w wyjątkowo pojednawczym nastroju, chyba nawet proszącym. – Naprawdę jesteś tam potrzebna.
– Przecież zespół jest zamówiony tylko na niedzielę. A z didżejem nie lubię, bo całość brzmi strasznie tandetnie i plastikowo. – Postanowiła wykorzystać dobry nastrój Mariana, aby ugrać co nieco.
– Wiesz, że to nie problem, zadzwonię po nich, zapłacę im potrójną stawkę i będą tu zapierdalać w podskokach, zanim się obejrzysz.
– Jesteś niemożliwy. – Westchnęła. Czuła, że jeśli odmówi, nastrój męża może zmienić się na ten ze „złej” strony, a tego bardzo chciała uniknąć. – Dobrze, zaśpiewam. A teraz zostaw mnie, proszę, samą, dobrze? Będę śpiewać, ale chcę w samotności przeżyć śmierć twojego syna. Za nas dwoje. Marian. – Zawahała się. – Ty naprawdę – patrzyła mu w oczy, zastanawiając się, czy nie dostanie w twarz za to pytanie, postanowiła jednak zaryzykować – ty naprawdę go nie kochałeś? To był twój syn, twój pierworodny. Jakkolwiek cię rozczarował, był z twojej krwi. I w głębi serca on też cię kochał, mimo że tego nie okazywał.
Zamarł, wpatrując się w oblicze żony, którą poniewierał i traktował często gorzej, niż człowiek obchodzi się ze zwierzętami. Spodziewając się ciosu, zaczęła kulić się i zasłaniać. Niespodziewanie uśmiechnął się smutno, pocałował w czoło i wyszedł.
Zaskoczona usiadła na podłodze i wróciła do lektury.
Dziesięć stron dalej ryczała jak bóbr. Adam był w niej nieszczęśliwie zakochany od samego początku, od chwili, gdy ją ujrzał. Ukrywał to głęboko przed wszystkimi, a najbardziej przed nią, wiedząc, że nie mają wspólnie szans na cokolwiek. Najbardziej wzruszały ją notatki takie jak: „Ten film, na pewno spodobałby się jej, obejrzelibyśmy wspólnie, a potem kochali się powoli i leniwie, na kanapie przed włączonym telewizorem” albo: „Jadę dzisiaj nad jezioro, marząc, aby kiedyś dane mi było spędzić samotny dzień z nią tam. Przygotować piknik na kocu, wypić wino, kąpać się, opalać, kochać w samochodzie i dać jej szczęście”. Zatrzymała się przy: „Uwielbiam tę płytę, wydaje mi się, że pokochałaby ją, jest taka eteryczna, zwiewna, a jednocześnie mroczna, melancholijna i romantyczna”. Obok widniała nazwa zespołu i tytuł.
Złapała za smartfon i natychmiast pobrała wydawnictwo, zamierzając później przesłuchać całość. Co dziwne, recenzja w pamiętniku była dość obszerna, Adam opisał szczegółowo każdy utwór, oceniając go, interpretując tekst i zaznaczając adnotacje. „At Races”: „To jest mój ulubiony, idealny do samotnych podróży”, „Immolation”: „Ten łamie mi serce za każdym razem, kiedy słyszę pianino i anielski wokal”, a przy kompozycji numer pięć, zatytułowanej „The Dress” widniał komentarz „Jeśli nie chcesz słuchać całości, bo może album nie trafia w twój gust, albo po prostu nie masz ochoty lub boisz się, zapoznaj się chociaż z tym utworem i koniecznie przeczytaj tekst, on może zmienić Twoje życie”.
Zastanawiające. – Podrapała się po głowie, niewiele rozumiejąc. Spojrzała na zegarek, czas biegł szybko, siedziała w pokoju chłopaka ponad dwie godziny, przewertowała kartki na ostatnią stronę, gdzie widniały dwa zdania:
„A teraz drodzy wszyscy, pocałujcie mnie, kurwa, w dupę”.
I poniżej: „Julia, kocham Cię i zawsze będę kochał. Twój Adam”.
Ścisnęło ją mocno w gardle i zapłakała, łkając. Z cichym pacnięciem zamknęła pamiętnik i wyszła z pokoju, wracając do rzeczywistości i z kliknięciem zamykając za sobą drzwi.
---------------------------
– Zapraszam. – Bogusławski wskazał Markowi fotel w gabinecie, a sam zasiadł naprzeciw. – Czego się pan napije? Tak właściwie, to może będziemy mówić sobie po imieniu, skoro mamy razem pracować? Marian. – Wyciągnął rękę, którą Góralczyk uścisnął z odpowiednią, ale niezbyt dużą siłą.
– Marek. Dziękuję, nie piję alkoholu. – Rozejrzał się dyskretnie po biurze. Pomieszanie z poplątaniem. Futurystyczna kanapa z czarnej skóry i niepasujące do niej rustykalne meble oraz ogromne biurko. – Przejdźmy do konkretów.
– Tak. – Marian uśmiechnął się ze zrozumieniem. – Człowiek czynu. W porządku. Mamy problem, a w zasadzie dwa problemy. Pierwszy to – wyciągnął z szuflady zdjęcie chudego mężczyzny w okularach z papierosem – konkurencja.
Marek czekał, wpatrując się milcząco w Bogusławskiego.
– To Andrzej Wróbel, pseudonim Kataryna. Kataryna, bo jeśli zacznie gadać, to nawija jak pojebany i nie da się go uciszyć. Mamy, hmm, interesujemy się tym samym, czyli przejęciem okolicznych terenów i wybudowaniem tu agroturystyki, a może kompleksu hotelowo–wypoczynkowego. Legalnego biznesu. Niedaleko jest jezioro, całkowicie niezagospodarowany teren z ogromnym potencjałem do wykorzystania. Niestety – westchnął z udawaną emfazą – konkurencja nie śpi, a ja muszę wygrać. W przeciwnym wypadku będę miał problem, bo za bardzo urośnie.
Marek w milczeniu patrzył na zdjęcie.
– A drugi problem? – zapytał cicho po chwili.
– Ten jest związany z władzą. Kataryna ma kontakty w lokalnym oddziale CBŚ, opłaca ich za grube pieniądze, a oni chcą zgnębić nas, również w kwestii terenów. Potrzebujemy rozwiązać problem również z nimi.
– Namiar na osobę z CBŚ?
– Szef oddziału, niejaki Zembrzycki. Inspektor. – Pogarda w słowach Mariana była wyraźnie słyszalna.
– Jakie ma być rozwiązanie?
– Nie rozumiem? – Bolesławski spojrzał pytająco.
– Siłowe?
– Ach. – Zaśmiał się, a Marek po raz kolejny doszedł do wniosku, że zleceniodawca to kretyn i kiepski manipulant. – Mnie zależy na tym, żeby pozbyć się problemu. Sposób wybierz ty, jeśli obaj znikną, to musi odbyć się w białych rękawiczkach, rozumiesz? Pamiętaj, że rozwalenie oficera policji postawi ich na nogi i zaczną węszyć. Będzie rozpierdol. Bezpiecznie byłoby w coś go wrobić, może wykazać korupcję, nepotyzm albo szantażować. – Zastanawiał się nad czymś przez chwilę i chciał dodać kilka słów, ale zamilkł.
Marek przeglądał zdjęcia i materiały.
– Kilka pytań i informacji. – Spojrzał na Mariana. – Pracuję sam i sam dobieram współpracowników. Nie próbujcie posyłać za mną ogona albo śledzić, bo to się źle skończy. Dla ogona i dla pozostałych, którzy spróbują. Wykonam rozpoznanie i wrócę do ciebie z informacją, jaka jest stawka za zlecenie. Sprzęt wybieram i kupuję sam, ty płacisz. Wszystko jasne, jak do tej pory?
Bogusławski, nieprzywykły do przyjmowania rozkazów, zacisnął nerwowo usta i pokiwał głową.
– Materiały odnośnie obu zatrzymaj, nie potrzebuję ich. – Spotkali się wzrokiem. – Aha, jeszcze jedno. „Przystanek u Ady”, na pewno znasz takie miejsce.
– No znam. – Marian domyślając się, z dokąd zmierza rozmowa, zamierzał dodać coś jeszcze, ale Marek uniósł dłoń. – Wiem, że twoi chłopcy pomontowali tam kamery. Zdejmijcie je i dajcie dziewczynie spokój.
– Zawróciła ci w głowie, co? – Bogusławski zaśmiał się i klepnął Marka w kolano. – Ta mała kurewka. Wiesz, że to naprawdę jest kurwa? Jak jej matka? A ten cały przystanek, to jednoosobowy burdel, pod moją pieczą? Chłopcy jeżdżą tam czasem, żeby sobie poużywać i rżną ją do upadłego.
– Mam to w dupie – odparł beznamiętnie Marek, a Marianowi uśmiech spełzł z twarzy. – Kamery mają zniknąć albo sam je zdemontuję. I nie próbujcie jej więcej zastraszać, zwłaszcza ten łysy, Czacha. – Wstał. – Dostaniecie głowy Kataryny i Zembrzyckiego na tacy, ale na moich zasadach albo w ogóle.
– Poczekaj. – Marian chwycił go za rękę, Marek spojrzał na dłoń i powoli podniósł głowę w górę. – Mamy dzisiaj imprezę w klubie, zresztą dostałeś zaproszenie, zanim się tu pojawiłeś. Może się skusisz? Alkoholu nie pijesz, ale klimat jest całkiem przyjemny, dobra muzyka, zobaczysz, nie pożałujesz.
– O której? – Pytanie padło po kilku sekundach ciszy.
– Zaczynamy o dwudziestej.
– Będę. Dziękuję za zaproszenie. – Drzwi zamknęły się za Markiem, a Bogusławski opadł ciężko na krzesło. Dopiero teraz zauważył, że spocił się pod pachami i miał zaczerwienioną z emocji twarz.
– Skurwiel, zachowuje się jak pieprzona ściana – mruknął, zdziwiony reakcją ciała. Nie denerwował się tak od… po zastanowieniu doszedł do wniosku, że nie pamiętał, kiedy.
Po kilkunastu sekundach do biura wszedł Czacha.
– Słyszałeś wszystko? – Skinął głową na pytanie szefa.
– Nie podoba mi się to. Za dużo oddajemy w ręce jednego człowieka, na dodatek obcego. I martwi mnie coś jeszcze, kamery u tej kurewki, Maj – rzucił Barski i włączył nagranie z ukrytej w pokoju kamery. Na ekranie widniał komunikat: „Signal loss”.
– Kurwa – zaklął pod nosem. – Co jest? Nic się nie nagrało!
– Jak to, nie nagrało? – Bolesławski dopadł do monitora. – Sprawdzałeś wcześniej, czy działa?
– Pięć minut przed waszym przyjściem, zrobiłem test, wszystko było okej.
– Puść sprzed wizyty. – Czacha cofnął o kwadrans i przewijał z czterokrotną prędkością.
– Jest. – Zatrzymał nagle. – Widać ciebie, jak wchodzisz, za tobą jest on i kiedy ma się pojawić, bum. – Zatrzymał. – Przecież to niemożliwe, żeby akurat wtedy kamera się zepsuła. – Główkował gorączkowo.
– Może zakłócił sygnał? – Marian wpatrywał się w ekran.
– Kurwa mać, szefie. – Czachę nagle olśniło. – Musiał mieć ze sobą włączony jammer.
– Co?
– Zakłócacz sygnału. Dlatego nic się nie nagrało. Jebany spryciarz.
– Niedobrze – Marian stanął nad głową siedzącego w fotelu Barskiego z zafrasowaną miną. – To znaczy, że każdy kto dysponuje tym jammerem, może tu wejść i chuja będzie go widać? Można temu zaradzić?
– Tak, zamontować inny typ kamer, na kabel. Te są bezprzewodowe. Sygnału kablowego nie zakłócisz, musiałbyś przeciąć.
– No to do roboty, kup kamery, ściągnij fachowców i instaluj. Koszty nieważne. I miejcie na niego oko, ale bardzo, bardzo ostrożnie. Słyszałeś, co mówił? – Czacha potwierdził skinięciem. – A tamte u Maj zdemontujcie.
– Ale…
– Zdemontujcie – powtórzył Bolesławski. – Znajdziemy inny sposób, poza tym… – Zamyślił się. – Coś z nim jest nie tak. Nie wiem, co. Niby ma referencje i wszyscy, których o niego pytałem, wychwalają go pod niebiosa, ale nie gra drużynowo. Dobra, jadę do "Acapulco", pomyślę po drodze. A ty ogarnij te u nas, bo jeśli to się rozejdzie, to będziemy ślepi jak krety.
---------------------------
Sklep z racji pogrzebu był zamknięty, a Julia, nie mając co ze sobą zrobić, w klubie miała śpiewać po dwudziestej, pojechała na samotną wycieczkę nad pobliskie jezioro. W drodze włączyła w samochodzie płytę, o której pisał Adam. Dźwięki były dość ciężkie, ale znośne, niemęczące. I miał rację, kobieta dysponowała mocnym wokalem, momentami przechodzącym w anielski, delikatny, w sumie podobnym do jej własnego, co w trakcie słuchania zauważyła. Na miejsce dotarła po kwadransie, plażę, mimo upalnej pogody, zastała pustą, z czego w głębi duszy ucieszyła się. Rozłożyła koc, włożyła słuchawki do uszu i wznowiła słuchanie, aż dotarła do utworu numer pięć. Z angielskim radziła sobie dość dobrze, sporo pamiętała z czasów studiów, a braki uzupełniała słownikiem online lub z pomocą AI.
Zanim go włączyła, położyła się na wznak. Patrząc w bezchmurne niebo, wybrała na ekranie: „Play”.
Kompozycja rozpoczęła się ciężkim, prostym rytmem, po czym wyciszała instrumenty, pozostawiając samą gitarę i wokal. Tak działo się dwukrotnie, w schemacie dwie zwrotki–refren, w którym wracały pozostałe instrumenty. Tekst, dość prosty w interpretacji, mówił o kobiecie, zakładającej maski, ukrywającej prawdziwe „ja” i popadającej w coraz gorszy stan psychiczny z powodu działania przeciwko sobie. Dotarła do fragmentu, gdy wokalistka podniesionym, dramatycznym głosem wyśpiewała: „How all this could happen?” i, po raz nie zliczyła już który raz tego dnia, łzy stanęły jej w oczach. Fragment o „złotych bestiach” idealnie odnosił się do cotygodniowej, niedzielnej widowni w „Acapulco”, a słysząc ostatni wers, „ I don’t even cope with myself anymore” skonstatowała gorzko, że lepiej nie da się podsumować jej życia, bo również sobie nie radzi.
Wydawało się, że w utworze nic więcej się nie wydarzy, nagle kompozycja wyciszyła się i po pasażu samej gitary, niespodziewanie główną rolę przejęła trąbka z robiącymi tło perkusją, basem oraz „pojedynkującą się” z trąbką, plumkąjącą w nieco jazzowym klimacie gitarą, a atmosfera zaczęła przypominać gęsty klimat zadymionej papierosowym dymem knajpy, z mrocznym, onirycznym tłem, pozostawiając jednak wciąż dźwiękową ciemność i żal, obecne w zwrotkach. Zerknęła na czas – zostały dwie minuty. Dostała gęsiej skórki, czując, że to nie koniec, a finał wybuchnie niczym bomba atomowa. Cichy fragment zniknął, zastąpiony prostym, gitarowym riffem, który niespodziewanie rozpędził się do hałaśliwego blastu i… eksplodował ściskającą serce, dramatyczną i piękną solówką. Tak emocjonalną, że łzy popłynęły bezwiednie z oczu, a z ust wydobył się szloch. Wkrótce utwór skończył się, powtórzonym refrenem i szybkim finałem.
Zdjęła słuchawki i płakała w głos, wylewając z siebie wszystkie emocje, zgromadzone przez lata. Poczucie straty za Adamem, złość na Mariana, rodziców, żal do losu na skazanie jej na żywot bez wyjścia. Przez dobry kwadrans zanosiła się, przestawała, po czym znowu zaczynała, aż wreszcie uspokoiła się, zwinęła w kulkę na kocu i leżała, patrząc, jak fale wody cichutko smagają piasek na plaży.
Z jednej strony miała ochotę wejść do jeziora i utopić się, z drugiej czuła, że to zły pomysł. Coś mówiło jej, że nadchodzą zmiany i to ona znajdzie się ich centrum.
Kwadrans później BMW toczyło się powoli w stronę domu, czuła, co na początek musi zrobić.
– No co tam, Jula? Wiem, że musimy dzisiaj przyjechać, średnio nam pasuje, ale „Pecunia non olet”. – Gitarzysta zespołu, z którym grała w klubie, rzucił na powitanie w słuchawkę.
– Cześć, Hendriks – przywitała się stłumionym od płaczu głosem. – Mam coś, co musimy zagrać, nie dzisiaj, bo nie zdążymy przećwiczyć i nauczyć się, ale za tydzień w niedzielę. Wyślę ci link, przesłuchajcie i wieczorem pogadamy, czy się uda.
– Oho, powiesz coś więcej? Strasznie tajemnicza dzisiaj jesteś – zaśmiał się.
– Nie, posłuchajcie wszyscy, cały zespół, bo… – nabrała powietrza – naprawdę jest czego. Cześć.
---------------------------
Po wyjściu z posiadłości, wsiadł do samochodu i odjechał powoli, sprawdzając systematycznie, czy nie ciągnie za sobą ogona. W wiosce łatwo było zorientować się, że ktoś za nim jedzie i musiał przyznać, że Bogusławski, przynajmniej w tej kwestii, dotrzymał słowa. Celowo kluczył po polnych drogach, przecinając lokalne, asfaltowe, wjeżdżając do lasu, a następnie wracając do wsi, aby zorientować się, czy nie jest obserwowany z innych pojazdów, na przykład rowerów bądź motocykli. Kiedy zyskał pewność, zatrzymał się, zgasił silnik, wyjął ze schowka wykrywacz GPS trackerów, uruchomił i zaczął chodzić z włączonym wokół auta. Trzydzieści sekund później coraz bardziej intensywny pisk potwierdził, że miał rację – oliwkowe pudełko z krótką antenką, gabarytów dużej kostki rosołowej przypięto sprytnie do wewnętrznej strony nadkola. Uśmiechnął się ponuro, rzucił nadajnik na siedzenie pasażera i wsiadł do auta. Wykrywaczem podsłuchów obszukał bardzo szczegółowo całe wnętrze, na szczęście było czysto, może nie zdążyli założyć.
Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów od komisariatu, podkradł od tyłu, uważając, aby nie wejść w obiektywy kamer, przetoczył się po ziemi i podczepił nadajnik pod jednym z radiowozów. Po chwili zadowolony z żartu, ruszył w stronę domu Adrianny.
– Kogóż to moje uszy słyszą. Ty żyjesz? – usłyszał męski głos we włączonym w trybie głośnomówiącym telefonie. Połączenie nieco rwało. Aby uniknąć przechwycenia rozmowy, używał aplikacji Signal, bezpiecznej i zapewniającej anonimowość, podobnie jak rozmówca, niestety na tym zadupiu kiepsko było z zasięgiem Internetu. – Myślałem, że ukatrupili cię dwa lata temu w Boliwii.
– Złego licho nie bierze – odparł. – Potrzebuję informacji.
– Kto ich nie potrzebuje. – W głosie po drugiej stronie zabrzmiał śmiech. – Priorytet, czy może zaczekać?
– CITO. Na wczoraj. Notujesz?
– Za kogo mnie masz? – W głosie wybrzmiało oburzenie. – Dawaj, ciekawy jestem. Od ciebie zawsze wpadają świetne zamówienia, po których rozkręca się potężny burdel.
– I tego właśnie się obawiam. – Marek westchnął ciężko. – Jeden to niejaki Zembrzycki, inspektor wydziału CBŚ, pewnie z Łodzi albo Poznania, bo to najbliższe, duże miasta. Może mieszkać gdzieś w pobliżu. Potrzebuję wszystko, co znajdziesz. Kredyty, powiązania, z kim śpi, na czyjej smyczy biega.
– A do jakiej dupy znowu cię wywiało, co?
– Dzikanowo, gdzieś w środkowej Polsce.
– Gdzie to, kurwa, jest?
– Nie pytaj. Jak tu trafiłem, czułem się jak na zachodzie Stanów, na wpół opuszczona stacja benzynowa, mająca kilku klientów dziennie, piach, kurz, niemiłosierny upał i spojrzenia miejscowych, jakbym nosił kutasa na wierzchu, zamiast w gaciach. – Obaj zarechotali.
– Dobra, a drugi?
– Tu pewnie będzie prościej, bo zakładam, że to człowiek z pokaźną kartoteką. Andrzej Wróbel, ksywa Kataryna. Miejscowy szef podwórka, sprawdź mi też jako bonus Mariana Bogusławskiego, również lokals, konkurent Kataryny i niejakiego Czachę, nazwisko Barski, imienia nie znam, prawa ręka Mariana.
– Za bandziorów standardowa stawka, za tego łba z CBŚ co najmniej podwójna.
– Nie ja płacę, więc nalicz sobie odpowiednią marżę. – Uśmiechnął się do lusterka, a rozmówca znowu wybuchł śmiechem.
Marek nie dodał, że sprawdza zleceniodawcę za jego własne pieniądze, reakcja mogłaby być jeszcze bardziej ekspresyjna.
– Wpadłbyś w końcu do nas.
– Jak skończę tę sprawę, przechodzę na emeryturę i wtedy zacznę odwiedzać znajomych. Kiedy?
– Jutro do siedemnastej dostaniesz komplet danych, tak jak zawsze. Płatność w krypto dzisiaj do końca dnia, zero cztery.
– Dzięki.
– I uważaj, do kurwy nędzy, na siebie. Że też chce ci się jeszcze to robić.
– Jedni ćpają i chlają, inni dymają na potęgę, a ja lubię swoją robotę. Czekam na dane, strzała. – Rozłączył się.
Czekał na obiad w tym samym barze, w którym dzień wcześniej jadł z Adrianną. Przywykły do upału i ekstremalnych warunków, poprosił o zmniejszenie nawiewu klimatyzacji, na co baba zza lady zareagowała grymasem niechęci. Jadł powoli, przeżuwając leniwie i zastanawiając się nad kolejnymi krokami. Był bliski finiszu, gdy drzwi do lokalu otworzyły się i do stołu dosiadł się Czacha.
Wpatrywał się przez dłuższą chwilę w twarz Marka, ignorującego siedzącego naprzeciw mężczyznę. Trwali tak obaj, prowadząc pojedynek na ciszę, aż Góralczyk wstał, zapłacił i po prostu wyszedł.
– Uważaj, obserwuję cię – usłyszał za plecami, podchodząc do samochodu. Odwrócił się powoli, spojrzał na wyższego prawie o głowę, muskularnego, łysego mężczyznę.
– Wielu próbowało. Wiesz, jak skończyli? – zapytał cicho. – Ich kości bieleją w różnych miejscach, na pustyni, w lasach, dżungli.
– Myślisz, że wystraszysz mnie tym pierdoleniem? – Barski zbliżył się do niego i stanął tak blisko, że niemal stykali się ciałami. – Jesteś tu sam, a nas jest kilkudziesięciu.
– Sznurówka ci się rozwiązała. – Marek bez mrugnięcia okiem wskazał palcem w dół, Czacha spojrzał na obuwie, to był pierwszy i ostatni błąd tego popołudnia. Błyskawiczny cios w Jabłko Adama pozbawił go tchu, a kolejne dwa, wyprowadzone w splot słoneczny oraz krocze znokautowały szefa ochrony Bogusławskiego.
Marek kucnął nad próbującym złapać dech gangsterem i postawił obok butelkę w połowie nadpitej wody, wyjętą z samochodu.
– Masz, bo zanim dojdziesz do siebie, to się odwodnisz. – Odwrócił Czachę twarzą do siebie. Oblicze przeciwnika ziało bólem i nienawiścią. – Dwie kwestie. Pierwsza, jeszcze raz złapię cię na śledzeniu mnie i znikniesz bez śladu, rozumiesz? Zabiję cię bez mrugnięcia okiem, mogę zrobić to na różne sposoby, bolesny lub mniej, na przykład zgaszę cię, jak świeczkę, podrzynając gardło. Albo wyłupię ci oczy, obetnę genitalia i wyrwę wszystkie zęby. I druga. – Chwycił go za brodę i ścisnął mocno, tak że Barski jęknął z bólu. – Jeśli jeszcze raz zobaczę ciebie lub kogokolwiek z twoich kołków u Adrianny, jeśli ona poskarży mi się, że ją nękacie albo bierzecie od niej pieniądze, znikniesz. I pozostali, którzy spróbują, wyparują, jak kamfora. Rozumiesz? – Uderzył boleśnie w nos Czachy, który gorączkowo zaczął zapewniać go, że tak się nie stanie. – Mam tu pracę do wykonania dla twojego szefa i zamierzam ją zrealizować, będziesz mi pomagał czy przeszkadzał – nie interesuje mnie to. Jesteś zwykłym robakiem, którego zgniotę, jak karalucha. Kumasz, Czacha? – Łysy, krwawiący z nosa potaknął gwałtownie. – Grzeczny chłopiec. – Poklepał go po czole. – A teraz spierdalaj stąd, liczę do pięciu.
Obolały i zakrwawiony gangster podniósł się z trudem i nie patrząc za siebie, wsiadł do A8.
Marek został sam. Z obojętnym wyrazem twarzy wsiadł do samochodu i odjechał w kierunku stacji benzynowej.
---------------------------
Julia czuła się, jakby zeszło z niej całe napięcie i stres, a dzięki wypłakaniu się nad jeziorem, przyszło oczyszczenie z trosk i zmartwień. Prawie odczuła radość na myśl o spotkaniu z zespołem wieczorem i zaśpiewaniu kilkunastu piosenek. Śpiew był chyba jedynym wentylem bezpieczeństwa, oprócz siedzenia w sklepie, dającym względne poczucie panowania nad życiem i robienia czegoś, co sprawia przyjemność.
Z rosnącą niecierpliwością oczekiwała na zespół, siedząc w klubie od dobrych trzydziestu minut, paląc papierosy, a gdy wreszcie pojawili się, żartując między sobą, skoczyła w ich kierunku.
– Cześć, chłopaki.– Chóralnie oddali powitanie. Cała piątka uważała ją za świetną dupę, jak między sobą rozmawiali i żałowali, że związała się z takim burakiem, jak Bogusławski, oczywistością było jednak to, że mogli jedynie popatrzeć. – I co, słuchaliście? – Z entuzjazmem w głosie i oczach dopadła do nich.
– A słuchaliśmy, nawet kilka razy. Nie mieliśmy pojęcia, że lubisz taką muzykę, ciężkie klimaty.
– No cóż, jak coś jest piękne, to nie ma znaczenia gatunek. Dacie radę to zagrać? – zapytała z nadzieją. Nie brała pod uwagę odmownej odpowiedzi, o nie! Po emocjach, jakie wywołał w niej utwór kilka godzin wcześniej, czuła, że musi podzielić się nim ze wszystkimi. Była to winna sobie, a przede wszystkim Adamowi.
– Damy, nad solówką Hendriks będzie musiał popracować, ale to nie jest zbyt trudny instrumentalnie utwór. Pytanie bardziej do ciebie, czy dasz radę udźwignąć to wokalnie. Pani za mikrofonem ma talent.
– A ja nie mam?! – Obruszyła się z udawanym oburzeniem i uśmiechem, po czym pacnęła perkusistę w ramię.
– Nie to chciałem powiedzieć. – Zaczerwienił się lekko i zmieszał, ale kiedy zobaczył, że Julia żartuje, oddał uśmiech. – Zresztą na próbie zobaczymy. A kawałek mnie się bardzo podoba. Dlaczego akurat ten?
– Powiedzmy, że – szukała odpowiedniego określenia – mam do niego personalny stosunek.
Spojrzenia członków zespołu wskazywały, że niewiele rozumieją, nie pytali jednak, choćby przez wzgląd na fakt, że była żona szefa i to TEGO szefa.
– Chłopcy? Wszystko okej? – Upewniła się, zdziwiona nieco ciszą. – Jeśli tak, to pograjmy chwilę i rozgrzejmy się, zanim przyjdą tu złote cielce i będą nas obserwować, jak zwierzęta w klatce. – Mrugnęła do nich okiem. Rozumiejąc jeszcze mniej i zastanawiając się, czy wokalistka nie jest pod wpływem substancji, zaczęli podłączać instrumenty i po chwili ruszyli z próbą.
---------------------------
– Zrób coś ze swoim gorylem. Pierwszy i ostatni raz byłem dla niego miły, za drugim po prostu gdzieś go zakopię. – Marek bez powitania rzucił w słuchawkę, gdy tylko Bogusławski odebrał. Połączył się przez Whatsapp, rozmówca nie używał Signal. Nie lubił aplikacji od Zuckerberga, zbierała dane i łatwiej było namierzyć rozmówców, ale to i tak lepsze, niż zwykłe połączenie telefoniczne.
– Kto… – Zdziwił się Marian. – To ty? – Zorientował się, z kim rozmawia. – Skąd masz mój numer?
– Wizytówka na biurku, musisz lepiej ukrywać szczegóły – rzucił chłodno Marek. – Naprawdę rozumiem, że poczuł się w obowiązku pokreślić, że to jego terytorium. – W głosie Góralczyka wybrzmiało wyraźne rozbawienie. – Szkoda tylko, że zamiast rozmawiać, próbował wariantu siłowego.
Sapnięcie po drugiej stronie oznaczało jedno, boss jest wściekły.
– Porozmawiam z nim. Masz coś?
– Tak, dwie kwestie. Dzisiaj do końca dnia potrzebuję zero cztery Satoshi.
– Czego?
– Zero cztery bitcoina. – Marek zaczął zastanawiać się, czy Bogusławski nie urwał się z choinki albo żył pod kamieniem przez ostatnie kilka lat. – Ewentualnie osiemdziesiąt tysięcy.
– Dostaniesz. Na co?
– Informacje na temat naszych celów. Jutro przyjdę po kolejne pieniądze, na sprzęt. Tu wyjdzie pewnie więcej, choć jeszcze nie wiem, ile. Zależy od informacji, które uzyskam.
W słuchawce wybrzmiała cisza.
– A twoja prowizja?
– Dostaniesz info jutro.
– Okej. Widzimy się o dwudziestej. – Marian rozłączył się bez pożegnania.
Zaparkował pod domem Ady. Stary Golf dziewczyny stał na podjeździe, więc musiała być w środku. Chwilę po tym, jak zamknął za sobą drzwi, usłyszał tupot nóg i ujrzał ją, jak pędzi w jego kierunku z fioletowym siniakiem na czole i rzuca się w ramiona.
– Wiesz, co się stało?! – Śmiała się i płakała ze szczęścia. – Zdemontowali kamery i poszli sobie! Bez słowa! O mój Boże, naprawdę to sprawiłeś! Zostawili mnie w spokoju! – Całowała go po twarzy, śmiejąc się, łzy radości płynęły po twarzy dziewczyny. – Nie pytam, jak to zrobiłeś i chyba nie chcę wiedzieć, ale jestem ci sporo winna. – Odsunęła się i ściągnęła bluzkę. Pod spodem nie miała nic. Omiótł wzrokiem kształtne piersi ze sterczącymi sutkami. – Bierz, są twoje, tak jak wszystko inne. Zasłużyłeś.
– Ubierz się. – Podniósł bluzkę z podłogi i wręczył jej, zakrywając nagi biust. – Nie potrzebuję od ciebie zapłaty, w żadnej formie.
– Nie podobam ci się? – Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– Podobasz, ale po pierwsze, nie zrobiłem tego po to, żeby cię przelecieć, a po drugie. – Zamilkł. – Po drugie nieważne.
– Hej, zawstydziłeś się? – Uśmiechnęła się zalotnie. – Taka ściana spokoju, jak ty?
– Nie przesadzaj, mogłabyś być moją córką. Ubieraj się.
– Mam dwadzieścia osiem lat i ochotę na seks, a ty bardzo mi się podobasz. Co mam zrobić, żebyś się zgodził, co? – Zbliżyła się powoli i przesunęła palcami od szyi Marka w dół, przez mostek, brzuch, do krocza. Brak reakcji uznała za zachętę do dalszych działań.
– A gdzie mnie tu, zabieraj ręce. – Strzepnął ze śmiechem dłonie Ady.
– Lubisz mnie trochę? – zapytała zalotnie.
– Nie, nikogo nie lubię – odparł ponurym głosem, ale oczy mu się śmiały i wiedziała, że żartuje. – Muszę coś zrobić, zaraz wrócę, ale napiłbym się mocnej, czarnej herbaty. Zrobisz?
– Prawie jak żona. Następnym razem ugotuję ci obiad przed powrotem z pracy. – Zachichotała, uniósł brwi i pokręcił głową w zdumieniu.
W samochodzie podniósł siedzenie pasażera za kierowcą, specjalnie zmodyfikowane przez siebie, otworzył mały sejf, wbudowany w schowek, zabezpieczony skanerem siatkówki i dwudziestoznakowym kodem, bezbłędnie wpisanym z pamięci, następnie wyjął mały laptop, z dziesięciocalowym ekranem. Wykonał umówiony uprzednio przelew i złożył w Darknecie zamówienie na sprzęt do akcji – broń, materiały wybuchowe, rękawiczki, noktowizory i mnóstwo innych, mniej lub bardziej potrzebnych gratów. Wyszło prawie sto tysięcy złotych, płatne oczywiście w Bitcoinach. Złośliwie pomyślał, że zleceniodawca na pewno szczęśliwy z powodu kolejnego, sporego wydatku nie będzie.
Pięć minut później wszedł do kuchni Adrianny. Stała przodem do drzwi, popijając herbatę i wyglądając przez okno. Uśmiechnęła się na jego widok, pomyślał, że pierwszy raz od dwóch dekad ktoś nie patrzy na niego jak na maszynę do zabijania, a osobę z uczuciami.
– Zapomniałam. – Podała mu kartkę z równym, ładnym pismem. – Lista osób plus krótkie opisy, kto jest kto. – Przejrzał pobieżnie nazwiska. – To wszystko, co sobie przypomniałam, ale pytaj mnie jakby coś, bo mogły mi niektóre informacje wylecieć z głowy.
– Dzięki. Przyda się na pewno. – Rzucił okiem na listę, wydawała się cennym uzupełnieniem nabytej dotychczas wiedzy. Zrobił zdjęcie smartfonie i oddał jej, mówiąc: „Spal to od razu”.
– Zrobiłeś, co miałeś zrobić? – zapytała po chwili, kiwnął głową, potwierdzając. – Jakie masz plany na popołudnie?
– Możliwe, że będę musiał odebrać telefon, a poza tym? Nic. – Upił herbatę i z uznaniem pokiwał głową. – Dobra.
– Może jestem dziewczyną z wioski i pracuję w ruderze, ale herbatę uwielbiam i piję markową, a nie zwykłą ze sklepu. Chcesz spróbować mojej? – Podała mu szklankę. Kątem oka zerknął na falujące piersi.
Nie miała na sobie stanika, a on nabierał coraz większej ochoty na nią. Walczył ze sobą. Zasady, których pilnował się ściśle, ograniczały seks do absolutnego minimum w trakcie realizacji zadania, o zaangażowaniu emocjonalnym nie mówiąc. Tymczasem nie dość, że prowadził ze sobą bitwę we wnętrzu, próbując uniknąć patrzenia na biust oraz perfekcyjne, opalone uda, to jeszcze coraz bardziej lubił tę dziewczynę, w zasadzie dwudziestoośmioletnią kobietę, jak błyskawicznie poprawił się w myślach. Zaczynał rozumieć, do czego była zmuszana, w jaki układ wplątana oraz powody zachowania w nocy i telefonu do Barskiego. Kiedyś miałby to gdzieś, ale, jak kilkukrotnie wpadło mu do głowy, chyba stawał się sentymentalny oraz… zbyt miękki.
– Twoja lepsza. Dlaczego pytałaś o popołudnie? Wieczorem na dwudziestą muszę jechać do "Acapulco", sprawy służbowe.
– Do dwudziestej jest dużo czasu – rzuciła mimochodem, stojąc tyłem i sprzątając z blatu.
Wahał się. Miała dziewczęcą, pogodną twarz, a kiedy uśmiechała się, w policzkach robiły się jej dołeczki.
Chyba zaczynam się starzeć. – Doszedł do wniosku, patrząc jak długimi, zgrabnymi palcami zmywa naczynia i układa je w kuchennej szafce.
Czuła, że ją obserwuje, to się po prostu wie. Kilkukrotnie wyłapywała, jak omiatał ją wzrokiem, z początku nieco nieśmiało, jakby ukrywał to i wstydził się, bardziej przed sobą. Teraz przestał kryć się, a ona celowo nie reagowała, dając mu nacieszyć oczy krągłościami i podjąć decyzję. We wnętrzu rosło napięcie, potrzebowała seksu, bardziej niż kiedykolwiek, a na dodatek, mimo że w nocy groził jej w najlepszym wypadku kalectwem, okazał się dżentelmenem i takim troskliwym, trochę nieporadnym wobec kobiet niedźwiedziem.
Tak skupiła się na myślach, o nim, że nie zauważyła, gdy podszedł po cichu i objął ją ramionami, a następnie przesunął dłonie przez piersi, w dół. Westchnęła cicho, odwróciła się i pocałowała go. Z początku lekko, z każdą sekundą coraz głębiej i mocniej. Czuła na brzuchu, że stwardniał lekko, podnieciło ją to momentalnie.
– Po co się broniłeś? – Dotknęła czubkami palców jego ust.
– Bo mam zasady, a one brzmią: „Żadnego zaangażowania emocjonalnego i jak najmniej seksu”. – Wodził oczami po twarzy Adrianny, młodszej od niego prawie o dwie dekady. Poczuł się staro i zaśmiał w duchu.
– I co, nagle postanowiłeś je złamać? – Zachichotała.
– Może. – Zjechał dłońmi na jej pośladki i ścisnął lekko. Zaskoczona odetchnęła głęboko.
– Jesteś tu drugi dzień, nie znam twojego prawdziwego imienia i nazwiska, nie mam pojęcia, kim jesteś, ile masz lat, czy nie ukrywasz czegoś złego. A mimo to czuję, że mogę ci ufać. Bo mogę, prawda? – Wiedział, że to ważne pytanie. Wielokrotnie zdradzał ludzi, którym obiecywał sporo w przeszłości, w imię zadania, własnych interesów czy poleceń przełożonych, ale jej nie chciał krzywdzić. Resztki sumienia podpowiadały mu, że to dobra osoba, tylko mieszka w zepsutym do cna miejscu.
– Możesz – szepnął z pełną powagą.
– Chcesz się ze mną kochać? – Oddychała coraz szybciej, wyraźnie podniecona.
– Tak. Chcę się z tobą kochać, Adrianno. – Od niskiego tonu głosu przeszły ją ciarki i dostała gęsiej skórki.
– A jesteś zdrowy? Badałeś się? – Zaskoczyła go.
– A cóż to za pytanie? – Uniósł brwi.
– Chcę bez gumki, ale muszę wiedzieć. Ja jestem zdrowa, badałam się ostatnio. – Wsunęła dłonie pod jego t–shirt i ściągnęła przez głowę.
– Jestem zdrowy. – Przestrzegał ściśle zabezpieczeń, zwłaszcza że uprawiał zazwyczaj przygodny seks, bez stałej partnerki. – I ufam tobie, że ty też jesteś.
Patrzyła chwilę prosto w szare oczy o odcieniu stali, po czym nic nie mówiąc, ściągnęła z siebie bluzkę, szorty opadły na podłogę i stanęła przed nim w stroju Ewy.
– Zanieś mnie do sypialni.
Chwycił ją, lekką jak piórko. Pokierowała go, pozwoliła położyć się na łóżko i wejść w siebie marszu. Bez wstępu, przygotowania, poprosiła tylko, aby zrobił to powoli i delikatnie. Mokra i śliska, przyjęła go w sobie, gdy dotarł do końca, jęknęła cicho.
– Możesz kończyć we mnie. Mam założoną spiralkę – wyszeptała, patrząc mu w oczy. Uniósł się i zaczął pracować powoli biodrami. Dotykała brodatej twarzy oraz ust, pojękując w rytm wolnych, rytmicznych wbić. Nie zmieniając tempa, chwycił lekko ustami lewy sutek i polizał, to samo zrobił z prawym. Jęknęła i przyciągnęła go do siebie, po czym po kilku ruchach odepchnęła i kazała wejść we wnętrze z boku. Wznowił wbicia, trzymając ją za pierś i ściskając. Dotknęła rytmicznie przesuwającego się za nią biodra, chwytając go za pośladek, oddychając szybko, z krótkim: „Och” po każdym zderzeniu ciał. Po chwili przewrócił ją na brzuch i pokrył całym sobą, wsuwając się płynnym i wolnym ruchem samymi biodrami i nakrywając jej dłonie swoimi. Czuła, jakby ich ciała scaliły się w jedno, a kiedy przez głowę przemknęła jej myśl, że kiedyś mogłaby zakochać się w tym obcym mężczyźnie…
Doszła, prawie bezgłośnie, wijąc się pod nim i spinając w rytm skurczów. Pracował jeszcze chwilę we wnętrzu Ady, po czym rozlał się, dysząc w jej ucho. Czuła, jak gorąca sperma sączy się z wnętrza i płynie w dół, na prześcieradło, po płatkach i krótko przyciętych włosach łonowych. Gdy wysunął się, błyskawicznie odwróciła się na plecy, chwyciła go za palec wskazujący i wsunęła do cipki. Zaskoczony, poruszył nim kilkukrotnie w górę i dół, na co zażądała, aby doprowadził ją po raz drugi. Nasienie wypływało z niej z każdym ruchem, co początkowo brzydziło go, ale po chwili zorientował się, że znowu ma lekką erekcję, mimo kilka minut wcześniej skończył. Ada prosiła szeptem, żeby nie zwalniał, na co pocałował ją głęboko i nakrył drugą dłonią pierś. Spięła się i tchnęła drugi orgazm, tym razem prosto w jego usta.
Zmęczeni i usatysfakcjonowani leżeli, odpoczywając. Muskała lekko tors Marka, on bawił się blond włosami, wciąż czując na palcach zapach spermy, zmieszany z jej orgazmem.
– Zapomniałam, dziękuję za różę, jest piękna – odezwała się sennym głosem.
– To przeprosiny za guza. Boli?
– Trochę, przeżyję. – Uniosła się i uśmiechnęła promiennie. – Dobrze mi się z tobą kocha. Umiesz dbać o kobietę.
W odpowiedzi uśmiechnął się tylko, przeczesał jej włosy i pocałował lekko.
– Powiedz mi – zawahała się – naprawdę skrzywdziłbyś mnie, gdybym nie powiedziała ci tego, co chciałeś usłyszeć?
Milczał, wpatrując się w nią długo. Początkowo wystraszyła się, że zadała niewłaściwe pytanie i spotka ją coś złego, ale po chwili pogłaskał delikatnie jej dłoń i pokręcił głową.
Uśmiechnęła się, na zewnątrz lekko, nie chcąc zbytnio okazywać zadowolenia, w środku szeroko. Bezbłędnie odgadła wcześniej, że mimo skorupy, a w zasadzie pancerza, to nie był w głębi zły człowiek.
– A ty? – Tym razem to on zadał pytanie.
– Co ja? – Spojrzała na niego.
– Gdyby nie Czacha. – Milczał przez chwilę. – Gdyby nie to, że kazali ci donosić i płacić haracz, zrobiłabyś to, co zrobiłaś?
– Pytasz, czy ukradłabym dokumenty? Nie, nie zrobiłabym tego, to chyba zrozumiałe? Nie jestem złodziejką.
– Przepraszam, musiałem się upewnić. – Nie słyszała w głosie skruchy, raczej nutkę zadowolenia z uzyskanej odpowiedzi.
Milczeli przez chwilę. On bawił się sutkiem, ona dotykała torsu, kreśląc różne kształty powolnymi maźnięciami palcem.
– Ciekawe – mruknął po chwili. – Kiedy zobaczyłem cię na stacji, podskórnie poczułem, że coś mnie z tobą łączy. A gdy zaproponowałaś obiad, chciałem cię spławić, ale coś mówiło mi, żeby tego nie robić.
– Widzisz? Ufaj instynktowi. – Opierała głowę na łokciu, zerkając między jego uda. – Czas budzić śpiocha, jestem głodna i chcę, żebyś mnie nakarmił. – Spojrzał pytająco. – Przeleciał mnie, tym razem mocno i szybko. Potrafisz tak?
Uśmiechnął się tylko i zamknął oczy, gdy chwyciła za członek i przesunęła dłoń w górę.
I w dół.
Pobudziła go, zresztą nie zdołał zasnąć całkowicie po orgazmie i wciąż był lekko wzwiedziony. Po krótkiej chwili wypięła się, wyginając ciało w łuk i eksponując lśniący tuż pod pośladkami srom. Klęknął, chwycił za biodra i zespolił się z nią ponownie, wypychając błąkającą się gdzieś z tyłu głowy myśl, że nie chciałby skrzywdzić tej ufnej dziewczyny i rozkochać w sobie, bo on kochać nie potrafi, a mimo zdegenerowanego prawie do cna sumienia, nie darowałby sobie złamanego serca Adrianny.
Tym razem doszli wspólnie. I nie byli już cicho.
Zasypiając, zerknął na zegarek. Osiemnasta. Mógł pospać półtorej godziny, a później wziąć szybki prysznic i pojechać.
– Powiesz mi kiedyś, jak masz naprawdę na imię? – Usłyszał krańcem świadomości, tuż przed zaśnięciem. Odmruknął leniwie: „Tak” i zapadł w objęcia Morfeusza.
---------------------------
Na widok poobijanego Barskiego, Marian bez słowa zamknął za nim drzwi do gabinetu. Szef ochrony doprowadził się już do względnie dobrego poziomu i dopiero gdy ktoś uważnie przyjrzał się jego twarzy, zauważył siniak wokół nosa.
– Co z nim zrobimy? – Pytanie musiało paść, a Bogusławski zastanawiał się przez ostatnie kilkadziesiąt minut, jak rozwiązać narastający problem. Najemnik był całkowicie niezależny i niesterowalny, dodatkowo popadł w konflikt z jego prawą ręką i sprawiał wrażenie, jakby oprócz realizacji postawionego przed nim zadania, chciał wykończyć też samego Bogusławskiego, a przynajmniej ograniczyć jego wpływy.
– Na razie nic. Poczekajmy, z czym wróci, jutro na pojawić się i dostarczyć więcej informacji o Zembrzyckim i Katarynie.
– Zatrudnianie go to błąd. Popytałem trochę wśród znajomych. Nikt go nie zna, a referencje mogą być sfałszowane.
– Kurwa, Czacha! Patrzyłeś, do chuja, w lustro?! Poobijaną gębę też masz sfałszowaną?! – Marian wściekł się. – Podłożyłeś mu nadajnik pod samochód?
– Tak, monitorujemy, gdzie jest. – Szef ochrony Mariana przypomniał sobie o tym fakcie i uruchomił aplikację w smartfonie. – Dziwne. Stoi pod sklepem w centrum Dzikanowa. Po chuj?
– Mamy tam kogoś od nas?
– Tak. – Zaczął dzwonić. – Podjedź pod monopolowy w centrum miasta i zobacz, czy stoi tam granatowe BMW. Tak, zaczekam. – Włączył tryb głośnomówiący i położył telefon na blacie.
– Nie ma tu żadnej bety. – Rozmówca był wyraźnie skonfundowany. – Stoi jedynie radiowóz, a w środku siedzi Mirecki.
– To skurwiel – zaklął po cichu Czacha, orientując się błyskawicznie, co się wydarzyło. – Dobra, wracaj do roboty. – Rozłączył się bez pożegnania. – Wykrył nadajnik i podłożył pod radiowóz. Trzeba przyznać, że ma łeb na karku.
– Dalej twierdzisz, że to amator? – Marian spoglądał uważnie na Czachę.
– Musi mieć wykrywacz GPS. To szczegół, dobrze wiesz, gdzie jest. U Maj. Może…
– Nie. – Bogusławski uciął twardo. – Potrzebujemy go. Ktoś musi wykonać brudną robotę. Ty nie, bo od razu cię powiną, a reszta ludzi od nas nie da rady. Użyjmy go, a później…
– Szefie, ale jeśli on jest tak dobry, jak myślisz, to nie boisz się, że spróbuje…
– Wychujać nas? Nie. Wiesz, dlaczego? Tacy jak on mają swój kodeks, poza tym nie dostanie pieniędzy, a na tym głównie mu zależy. Poczekajmy, niech wyczyści nam teren, a później pozbędziemy się go.
– Jak? Przecież widziałeś, co potrafi.
– Nawet on nie jest kuloodporny. Poza tym. – Marian zastanowił się przez chwilę. – Możemy też zadziałać jako praworządni obywatele, jeśli rozumiesz, o czym mówię… – Spojrzał znacząco na Barskiego, na co ten uśmiechnął się lekko, a później parsknął.
– Nosił wilk razy kilka, dobre. – Syknął z bólu, zapominając o bolącym nosie. – Marzę o rozjebaniu mu tej brodatej mordy.
– Spokojnie. Zemsta na zimno jest lepsza niż agresja. Pamiętaj, że niekoniecznie musisz zabijać jego, żeby dokonać vendetty. Tymczasem – Marian wstał – jedźmy do klubu, przecież nasz James Bond ma tam się dzisiaj pojawić. I Czacha. – Zatrzymał się w progu, odwracając powoli. – Jak mi, kurwa, odjebiesz jeszcze raz taką samowolkę, jak z tą bijatyką pod barem Nadolskiej, to łeb ci rozpierdolę. Masz być od teraz dla niego jak najlepszy kumpel, rozumiesz?!
– Ale to może wydać się podejrz…
– Chuja, podejrzane! – Marian podniósł głos. – Pokajaj się przed nim i powiedz, że od tej pory dostanie od ciebie wszelką pomoc, a ty popełniłeś błąd i przepraszasz! Ma zrobić, co jest do zrobienia, a później go odjebiemy. W jaki sposób, zdecydujemy w trakcie. Rozumiesz? – Stuknął palcem w tors Barskiego i nie oglądając się za siebie, wyszedł.
Czacha po chwili wyszedł przed budynek, wsiadł do samochodu i wyjął telefon.
– Jutro rano o dziesiątej, tam gdzie zawsze. Tak, plan B – rzucił do smartfona i rozłączył się bez słowa.
---------------------------
Julia dawno nie była w tak dobrym nastroju, nic nie było w stanie zbić jej z pantałyku, nawet fakt, że musiała na „dzień dobry” zaśpiewać „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko, utworu, którego nie trawiła. Uwielbiał go Marian, który w jej mniemaniu, uważał się chyba za bohatera tekstu.
Egoistyczny dupek.
Jako druga wybrzmiała „Biała Armia” Bajmu i cały zespół zauważył przemianę wokalistki. Przez ostatnie kilka niedziel śpiewała apatycznie, bez ikry, jakby odbębniała pańszczyznę, a dzisiaj? Dynamit w głosie. Nawiązywała nawet kontakt z publicznością (choć zdaniem zespołu, nazywanie grupy w połowie zapijaczonych chłopów i bab z okolicznych wiosek publicznością było grubym nadużyciem), a gdy w trakcie solówki gitarowej zza sceny puszczono dym, wspólnie z gitarzystą wyglądali jak Bajm trzydzieści lat wstecz.
Zachwycona twarz Mariana wyrażała wszystko. Właśnie tego dzisiaj potrzebował. Wizyta wójta gminy, w której leżało jezioro oraz marszałka województwa była kluczowa dla powodzenia inwestycji, a jak na razie wszystko szło perfekcyjnie.
Marek podjechał pod klub punktualnie o dwudziestej. Obejrzał sobie wcześniej miejsce na zdjęciach w Google oraz oficjalnej stronie internetowej i uznał, że Bogusławski musiał zainwestować kilka baniek w budynek, otoczenie oraz utrzymanie i ochronę. Był ciekawy, czy na takiej wiosce inwestycja zwracała się. Pewnie tak, bo miejscowi, zamiast chodzić do okolicznych remiz i sztachetowni, przyjeżdżali do niego.
Wysiadł z samochodu, natychmiast dopadł do niego parkingowy z propozycją odprowadzenia auta na stanowisko dla VIP–ów na parkingu podziemnym, zdziwiony odmówił i poprosił o wskazanie, gdzie ma zaparkować. Ani myślał oddawać komukolwiek kluczyki do BMW, czując, że po wyjściu z klubu będzie musiał sprawdzić go gruntownie pod kątem podsłuchów i czujników.
Kolejny parkingowy skierował go do windy i wcisnął dwa, informując, że na miejscu będzie czekać osoba, która go odbierze. Coraz bardziej zdziwiony wsiadł do kabiny i po chwili znalazł się na drugim piętrze, w lożach dla najważniejszych gości.
Drzwi windy otworzyły się, a przed nimi czekał… Czacha. Wzrok Góralczyka padł na nos prawej ręki Mariana, a następnie na dłonie i nogi, spodziewając się co najmniej ataku werbalnego, a być może fizycznego.
– Zacznijmy od początku. – Barski niespodziewanie wyciągnął dłoń na powitanie. – Grzegorz Barski, ksywa Czacha.
Marek spoglądał chwilę na zmianę na wyciągniętą dłoń gangstera i w jego twarz, po czym uścisnął rękę.
– Marek Góralczyk, ksywa… – zastanowił się. – Bez ksywy. – Uświadomił sobie, że jego dawny pseudonim, używany w czasach wykonywania różnych brudnych robótek dla wywiadu niekoniecznie by pasował.
– Powinieneś mieć Chuck Norris albo po prostu Norris – zażartował Czacha. Marek zaśmiał się lekko, zastanawiając się, skąd taka zmiana w człowieku, który jeszcze kilka godzin temu otwarcie manifestował wrogość. Wszyscy byli dla niego przesadnie uprzejmi i był pewien, że to gra, a coś dzieje się za jego plecami.
– Zapraszam do loży. – Barski rozsunął ruchome, przezroczyste drzwi, za którymi znajdowała się przeszklona, klimatyzowana loża, z open barem, własnym parkietem oraz kelnerkami w skąpych strojach. – Napijesz się czegoś? Mamy chyba wszystkie alkohole świata.
– Nie piję, dzięki.
– To może lubisz zapalić? Kumpel przywiózł ostatnio świetnego skuna z Maroka, pierwyj sort. Albo może przypudrujesz ze mną nos? – Usiedli przy pierwszym, wolnym stole.
– Zastanawia mnie. – Marek spojrzał na Czachę, który zachowywał się, jakby wziął pigułkę szczęścia. – Skąd u ciebie taka zmiana. Kilka godzin temu chcieliśmy się pozabijać, teraz proponujesz mi kreskę w loży VIP, jakby nigdy nic.
– To moja wina, źle zacząłem. Wkurzyłeś mnie tą akcją na cmentarzu i chciałem spuścić ci za to wpierdol. No i się doigrałem. – Wyciągnął rękę na zgodę. – Ale mamy wspólny cel i nie ma co rozpamiętywać przeszłości. To co, sztama?
Czujność Marka wciąż była ustawiona na poziomie pomarańczowym z odcieniem czerwonym, uścisnął jednak dłoń Barskiego i postanowił grać w jego grę.
– Sztama. – Uścisnął po raz drugi, tym razem nad stołem, rękę bandyty.
– Chodź zobaczyć główną salę. – Mrugnął do niego Czacha. – Będziesz zdziwiony, jak wygląda.
Ogromna sala taneczna, wyglądająca jak koncertowa, z wielką sceną otworzyła przed nimi podwoje. Ocenił, że poniżej bawiły się przynajmniej trzy setki ludzi, a zmieścić mogłoby się dwu, trzykrotnie więcej, bez tłoku.
– Zajebisty widok, co? – Barski zakreślił przestrzeń przed sobą dłonią. – Wyobraź sobie, że tu kiedyś stało pole pełne gówna, a te ćwoki bawiły się po remizach. Dostarczamy im przynajmniej cywilizację i trochę kultury.
Marek w myślach dodał, że Czacha jako animator sprawdziłby się równie dobrze, co Josef Mengele w roli ordynatora oddziału pediatrycznego w Centrum Zdrowia Matki i Dziecka.
Rozglądał się jeszcze chwilę dookoła i miał już powiedzieć Barskiemu, żeby wracali, gdy wzrok przykuła scena, a konkretnie zespół, wracający na nią po chwili przerwy. Pięciu mężczyzn, obsługujących instrumenty zignorował, uwagę przykuła kobieta, szczupła, w czarnym mini, czerwonych szpilkach na wysokim obcasie, cienką, białą bluzką na ramiączkach z cekinami i okularami przeciwsłonecznymi. Miał niejasne wrażenie, że gdzieś już widział tę twarz, a kiedy zaczęła śpiewać znane mu dobrze „W domach z betonu nie ma wolnej miłości” Martyny Jakubowicz, zorientował się, że to ona mijała go na cmentarzu, podczas rozmowy z Boleslawskim.
– Kto to jest? – Wskazał głowę w kierunku sceny. – Świetny głos.
Czacha spojrzał na niego jak na ociemniałego.
– Kto?
– Wokalistka.
– Wciągnąłeś krechę po kryjomu? To żona szefa, Julia. Suka, jakich mało. Marian twierdzi, że ma głos jak dzwon, moim zdaniem wyje, jak psy do księżyca i zawodzi, jak stare baby na pogrzebach.
– Chyba nie jest aż tak źle. – Edukacja muzyczna Góralczyka zakończyła się na szkole podstawowej, a z lekcji muzyki zapamiętał najbardziej uwagę, wpisaną do dzienniczka przez nauczycielkę od muzyki, za siadanie dupą na pianinie podczas przerwy. Utwór, jak wiele innych klasyków, znał i uważał, że kobieta radzi sobie świetnie, oryginalny wokal był mało ekspresyjny i oszczędny, a ona śpiewała dokładnie tak, jak pasowało. I nie fałszowała, a to wśród amatorskich wokalistek był wyjątek. Podczas włóczenia się po świecie w różnych podrzędnych i podejrzanych knajpach oraz spelunach musiał wysłuchiwać setki zespołów i rzadko zdarzało się, żeby wokal, męski czy damski, potrafił trzymać tonację oraz rytm.
– Chodź, szkoda życia na brzęczenie i zawodzenie przy tych smętach. Wciągniemy po kresce i potrzymasz za cycki. Lepszych w okolicy nie znajdziesz.
---------------------------
– Muszę przyznać, że doskonale się bawię. – Marszałek województwa był mocno wstawiony. – Nie przypuszczałem, patrząc z zewnątrz na budynek, że w środku jest tak fantastycznie.
– Proszę sobie wyobrazić, panie marszałku, co uda nam się wspólnie zbudować nad jeziorem. Ten kompleks będzie czymś wyjątkowym w skali Polski i Europy! – Uśmiech nie schodził Marianowi z twarzy.
– Tak, jest świetnie, a jakie ma pan piękne kelnerki. – Do rozmowy włączył się wójt, któremu plątał się język.
Stary zboczeniec miał już wnuki, a mimo to ruchał regularnie w burdelach Bolesławskiego.
– Tak, tak! – Marszałek zareagował nad wyraz entuzjastycznie. – Piękne damy.
Rybki połknęły haczyk. – Marian wyczuł moment.
– Panowie, mam dla was niespodziankę. – Skinął na Bączka, ponad dwumetrowego ochroniarza, stojącego przy wejściu do loży. Ten rzucił trzy słowa do słuchawki w uchu i po kilkunastu sekundach do loży wkroczyły kelnerki, którymi tak zachwycony był marszałek. – Panie są do waszej dyspozycji. Możecie spędzić z nimi cały wieczór i noc, a jeśli macie ochotę na odrobinę intymności – puścił do nich oko, na co obaj zarechotali obleśnie – mamy specjalnie przygotowane dla was apartamenty.
– Panie Marianie, wobec tego muszę przyznać, że chyba mnie pan przekonał. – Marszałek wstał i chwiejąc się, strzelił misia z Bolesławskim, po chwili dołączył do nich wójt.
– To co, zapraszamy na salony?
– Jak najbardziej jak najbardziej!
Marian skinął na ochroniarza i po cichu zatarł ręce. Po to właśnie zbudował klub, a kamery w każdym pokoju, rejestrujące gości, miały ułatwić „współpracę” z organami władzy.
---------------------------
– Zajebisty towar, Norris, co? – Czacha wciągnął kolejną kreskę, a Markowi wystarczyła jedna, żeby przypomnieć sobie czasy sprzed kilku lat, gdzie we Włoszech robił pod przykrywką interesy z N’Draghettą. Biznesy w imieniu ich rywali, którzy wynajęli go, a później zmasakrowali kontrahentów podczas wymiany, on zniknął nierozpoznany z pokaźną sumką. Nieprzyzwyczajony do kokainy, natychmiast poczuł suchość w ustach i taki strzał euforii oraz pewności siebie, że miał ochotę uściskać Barskiego, a później zacząć tańczyć z nim Krakowiaka.
– No, niezły – mruknął, ograniczając gesty niewerbalne do minimum. Zignorował nadanie mu przez Barskiego ksywy Norris. Wiedział, że jeśli nie chce wziąć kolejnej działki, musi zniknąć stąd w ciągu maksymalnie pół godziny, bo najpóźniej po dwóch kwadransach od ostatniej dawki wjedzie drżenie rąk, rozdrażnienie, niepokój i głód za kolejną. I żeby ograniczyć kokainowego kaca, strzeli następną, a później jeszcze jedną…
Nawet on, osoba posiadająca bardzo silną wolę, będzie miał problem z powstrzymaniem się.
– To co, może poruchamy? Widziałeś, jakie tu mamy towary. Do wyboru, grube, chude, duże cycki, małe cycki, owłosione, wygolone. Biorą we wszystkie dziury, nawet dupę ci wyliżą, jeśli lubisz. – Zaśmiał się, w jego oczach Marek ujrzał narkotykowy szał, którego miał nadzieję uniknąć u siebie.
– Dzięki, ale już dymałem dzisiaj. – Przeklął w duchu nieostrożność, miał problem z kontrolowaniem się po tym cholernym koksie!
– Haa, Maj przeleciałeś? Dobra jest, co? Loda ci robiła? Lepszej nie znajdziesz, pierdoli się, jakby grała w pornosach. – Zaśmiał się Czacha i klepnął Marka w kolano. – Spoko, pozwolisz, że ja skorzystam w takim razie. – Nacisnął przycisk interkomu, wbudowany w stół. – Daj mi tu Sandrę, migusiem – rzucił ze śmiechem i pociągnął jeszcze jedną kreskę.
Reakcją Marka była myśl, że w takim tempie Czacha wykorkuje po kilku latach. Albo i szybciej.
Do loży weszła niska, krępa blondynka z wielkim biustem i krótkimi, obciętym na chłopaka włosami, ubrana tak skąpo, że biustonosz z trudem zasłaniał sutki groteskowo ogromnych piersi, a między udami miała założone stringi z półprzezroczystego, białego materiału, maskujące najmniej, jak się dało.
– Masz, mała, strzel sobie, zanim klękniesz do miecza. – Posypał jej dość obficie i oddzielił krechę. Wciągnęła ją niczym odkurzacz.
– Hahaha, hahaaaa – zaśmiała się, narkotyk zaczął w widoczny sposób działać. – On też? – Wskazała głową na Góralczyka. – Na dwa baty dzisiaj jedziemy? – Klęknęła, a Czacha wydobył ze spodni kutasa w pełnej erekcji, w międzyczasie zasłaniając pilotem rolety na szybach loży.
– Niee, Norris ruchał dzisiaj naszą gwiazdę ze stacji benzynowej.
– Uuuu. – Sandra zaczęła masturbować Barskiego dłonią, plując co chwila na główkę. – I jak? Dobra jest, co? Nosi wysoko głowę, bo nie chce tu z nami mieszkać, ale to kurwa, taka sama, jak my. – Wsadziła sobie członek do gardła. Czacha jęknął i zaczął poruszać biodrami.
– Dobra jesteś, Sandruś, opierdalasz jak profesjonalistka. – Oddech mu przyspieszył. – Wyjebałbym cię w dupę, ale mam ochotę zapaskudzić ci buźkę.
Odurzony Marek spoglądał na parę z rosnącą erekcją w spodniach, z trudem podtrzymując się od nakazania jej zrobienia tego samego.
– W dupę nie chcę, boli mnie po ostatnim razie. – Groteskowo wielkie piersi bujały się w rytm ruchów głową. Barski pojękiwał coraz głośniej, aż pozwolił jej chwilę odpocząć, po czym wsunął kutasa do ust i jęknął, że: „Jeszcze chwilę i koniec”. Sandra wsunęła rękę między uda i zaczęła się masturbować, drugą trzepała szybko kutasa gangstera.
– Och, kurwa, teraz! – Ryknął i strzelił kilkukrotnie spermą na twarz oraz cycki. Zlizała z niego i wyssała ostatnie kropelki, po czym wstała i paradując topless, z nasieniem na twarzy i biuście, wyszła z loży, puszczając oko do Marka.
– Mówię ci. – Czacha opadł ciężko na kanapę obok Marka, uspokajając oddech. – Na chuj ci żona czy stała baba. Przychodzisz tu, płacisz, ale przynajmniej wiesz, kurwa, za co! I wymagasz! Ruchasz, w co chcesz, jak chcesz, nie możesz tylko ich bić, bo sam zbierasz od chłopaków oklep. A w domu? Za każdym razem problem. Bo okres ma, głowa ją boli, obraziła się, bo źle się odezwałeś, albo za głośno myślisz. Trafisz, kurwa, za nimi? Jebać to. I tak musisz wydać w chuj szmalu na randki, kino, podchody, lepiej poruchać porządnie, spuścić z krzyża, bez zabaw i gierek. Nie mam racji?
– Nie jestem właściwym adresatem, nie miałem żony. – Marek pomyślał, że Czacha mógłby pracować w agencji matrymonialnej jako naganiacz, a z wyglądu kojarzył mu się nieco z Łysym z „Brazzers”. Z całej sceny zapamiętał najbardziej zdanie o Adzie, które rzuciła Sandra. Nie to, że zrobiło mu się przykro, uczucie było mu obce. Raczej zdziwił się, bo uważał kochankę za zbyt sprytną na dobrowolne kurwienie się z podrzędnymi żołnierzami Bolesławskiego. Nie wiedział o niej wszystkiego i przypuszczał, że nie do końca miała na to wpływ, a zachowanie dziewczyny wskazywało, że mogła być szantażowana lub przymuszana do seksu.
Spojrzał na zegarek. Pół godziny będzie za pięć minut.
– Spierdalam. – Wstał.
– No coś ty, Norris. – Na twarzy Czachy pojawiło się autentyczne rozczarowanie. – Poruchać nie chciałeś, dobrze chociaż, że po kresce wciągnęliśmy. Zostań jeszcze, może jednak skusisz się na jakąś? Mamy pełen wybór. Ostatnio jeden z VIP–ów, biskup, żeby było ciekawiej, zażądał, żeby jedna dziewczyna robiła mu gałę. Kolejna, największa, jaką mamy, z ogromnymi cyckami, taka ważąca ze sto trzydzieści kilo albo i więcej, mówię ci, baba jak szafa, waliła go w tym samym czasie w dupę straponem, a ostatnia miała stanąć nad nim i naszczać mu na ryj i klatę. Wyobrażasz sobie, kurwa? Jebany biskup, pierdolony satyr. – Zaniósł się od śmiechu, a zaskoczony Marek parsknął chrapliwie.
– Muszę iść. Jak będziesz widział Mariana, powiedz mu, że jutro u was jestem przed dwunastą. Będę na pewno coś miał, przygotujcie się.
– Ten tylko o pracy. Nie umiesz się bawić. – Barski sapnął z rezygnacją. – Trafisz do wyjścia? Chodź, strzelimy misia. – Przyciągnął zaskoczonego Góralczyka i chwycił go w ramiona. Marek oddał lekko uścisk, po czym poklepał bandziora po ramieniu i wyszedł z loży.
Dwadzieścia minut później podjeżdżał pod dom Adrianny. U dziewczyny było ciemno, z czego się ucieszył, nie miał ochoty rozmawiać z nią po narkotykach, czułby się… winny? Nie, to brzmiało absurdalnie, ale tak właśnie pomyślał. Dawniej nie miałby zahamowań, żeby dołączyć do Czachy w akcji z blondynką. Teraz jednak nie ruszył się z miejsca, a jego myśli pobiegły ku niej i poczuł, że byłoby jej co najmniej przykro, gdyby się dowiedziała.
– Naprawdę robię się, kurwa, stary i sentymentalny – mruknął i wysiadł z auta. Nieco jeszcze otumaniony, ale z coraz lepiej pracującym umysłem, planował intensywnie kolejny dzień. A pracy zapowiadało się sporo i niekoniecznie miało to być coś, z czego zleceniodawca byłby zadowolony.
---------------------------
Euforyczny nastrój Julii utrzymywał się po zakończeniu imprezy. Zdziwiona, dlaczego, przecież jej sytuacja życiowa nie zmieniła się, w dalszym ciągu Marian traktował ją jak piąte koło u wozu i zauważał tylko wtedy, gdy była mu potrzebna.
Tak jak przed dzisiejszym wieczorem.
Dobrze, że chociaż przestał ją bić i nie zmuszał do seksu z innymi.
Stanęła przed lustrem w sypialni. Jej własnej, bo on miał oddzielną. Nie sypiali razem od trzech lat, co było pomysłem męża, a może należałoby powiedzieć, narzuconą siłą koncepcją, bez uzasadnienia i dialogu. Zgodziła się, nie mając wyjścia i w wieku trzydziestu dwóch lat sypiała z Marianem przeciętnie raz na dwa miesiące, tylko wtedy, gdy miał ochotę, a zaspokajać się musiała sama.
Mężczyźni mają dobrze, powinny istnieć też kobiece burdele. – Zaśmiała się w duchu. Zrzuciła z siebie ubranie i stojąc przed lustrem, zaczęła dotykać. Twarzy, szyi, ramion, przesuwała powoli dłonie niżej, niespiesznie muskając inne części ciała. Świadomie omijała te erogenne, muskając jedynie obrzeża piersi, sunąc w kierunku brzucha. Dotarła do pachwin i zadrżała lekko, będąc zdziwioną stanem – była podniecona i chętna, co ostatnio zdarzało się nadzwyczaj rzadko.
Położyła się na łóżku i przy zapalonej lampce rozciągnęła szeroko nogi, muskając wewnętrzną stronę ud, po czym ścieżką wzdłuż pępka wróciła do piersi, chwyciła sutki między kciuki oraz palce wskazujące i jęknęła cicho.
Wyobraziła sobie, że on jest nad nią. Nie, nie Marian, na myśl o nim nie czuła w ogóle ikry. Adam. Szczupłe ciało i opadające na poważną twarz włosy, brązowe, czujne oczy i dłonie, o których marzyła, które dotykały jej i sprawiały przyjemność. Musnęła płatki i rozciągnęła powoli palcami. Kleiły się do siebie, a kiedy przejechała po nich palcem i wsunęła…
Zakręciło się jej w głowie i jęknęła głośniej, z nadzieją i rosnącą przyjemnością. Ciepło i lekkie pulsowanie wnętrza zachęcało do kontynuacji, z czego ochoczo skorzystała – zmieniała dłoń i smakowała tę wyjętą z cipki, przyspieszając i zwalniając, chwilami będąc na krawędzi i cofając się, aby nie finiszować zbyt szybko. Dotarła do takiego momentu, że miała wrażenie ciała, unoszącego się nad łóżkiem. Wreszcie nieco przypadkowo, pieszcząc się tylko we wnętrzu, dotknęła magicznego guziczka, jak nazywała go w latach dziewczęcych, masturbując się skrycie w łazience. Strzał rozkoszy przeszedł całe ciało i poczuła, że nie ma odwrotu. Wsunęła w siebie palce lewej dłoni, prawą przesuwając wzdłuż cipki, po łechtaczce, lśniącej w świetle nocnej lampki. Po każdym ruchu była coraz bliżej, aż pierwszy skurcz i drganie ud, miednicy i podbrzusza rozpoczął orgazm. Pisnęła, zaskoczona mocą początku szczytu, zamknęła oczy i ujrzała Adama, spuszczającego się w nią z długim jęknięciem.
W tej samej chwili doszła.
Pięć minut później leżała na boku, patrząc się w okno. Dobry nastrój ulotnił się z orgazmem oraz myślą, że to mąż powinien dać jej to, co sama wzięła, na spółkę z jego martwym synem.
Zapłakała cicho i zasnęła.
---------------------------
– A ty do pracy nie idziesz? – Marek zerknął na ziewającą Adriannę, wchodzącą do kuchni. On był już po porannym treningu siłowym i wziął się za rozpakowanie gratów, które podczas rzeczonego treningu, odbytego gdzieś ponownie na skraju lasu i odludziu, niewidocznym dla ciekawskich oczu, odebrał od umówionego kontaktu.
Trzy sporych gabarytów pudła.
– Mam dzisiaj wolne. – Przeciągnęła się. – Co tam przytaszczyłeś?
– Narzędzia pracy. – Przebiegł po niej wzrokiem. Apetyczne kształty wypychały dość obcisłą koszulkę, w której spała, a szorty opinały pośladki. Uznał, że ma jeden z najlepszych tyłków, jakie widział w życiu.
– Będę mogła zobaczyć? – Ożywiła się i z zaciekawieniem spojrzała na niego.
– Tak, pod warunkiem, że…
– Nikomu nic nie powiem, przecież wiesz. – Uśmiechnęła się i podeszła nieśmiało, dotykając jego dłoni. Odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy. Pogłaskała go po policzku, pocałowała lekko w usta i odwróciła się, rzucając za siebie: „Idę umyć zęby”.
Godzinę później jedli śniadanie, a Adrianna wypytywała go o sprzęty, porozkładane na podłodze. Broni na razie nie ruszał, skupił się na czymś, co zamierzał użyć dzisiaj.
– To znaczy, że mógłbyś z drugiego końca świata podsłuchać, co robię w domu? – Zafascynowana zadawała mu mnóstwo pytań. Musiał przyznać, że całkiem celnych, mimo że była całkowitym laikiem.
– Tak. Urządzenie ma co prawda ograniczony czas używania, bo bateria nie będzie trzymać latami, a kilka miesięcy, ale są też wersję z maleńkimi ogniwami słonecznymi i nie trzeba się już tym martwić. Same się ładują. – Siedząc przy stole, klikał w klawiaturę laptopa, konfigurując podsłuch. – A czemu pytasz?
– Wiesz. – Stanęła za nim. – Pomyślałam sobie, że jakbyś był gdzieś na końcu świata, to mogłabym zrobić sobie dobrze, myśląc o tobie, a ty byś słuchał…
Odwrócił głowę z lekkim niedowierzaniem i spojrzał na nią. Spłonęła na twarzy, uciekła ze wzrokiem i rzuciła: „Przepraszam, nie powinnam mówić takich rzeczy”. Chciała wyjść z kuchni, ale zerwał się, chwycił ją za ramiona i odwrócił. Pocałował lekko, ściągnął bez pytania szorty, posadził na krawędzi blatu kuchennego i liznął całą szerokością języka po płatkach cipki.
Natychmiast zrobiła się gotowa i mokra, wkleił się w nią ustami i pracował intensywnie, metodycznie i powoli, nie zważając na coraz głośniejsze jęki i prośby o szybciej. Nie mógł użyć rąk, grzebiąc nimi wcześniej w pudłach, za to ona dociskała brodatą twarz do krocza, drżąc i błagając, żeby nie przestawał. Wreszcie doszła, krzycząc i ciągnąc go za włosy.
– Uda mi drżą. – Kilka minut później siedziała na krześle, obserwując, jak rozkłada, czyści, przygotowuje broń i na koniec składa. Czuła się miękka, dopieszczona, zaspokojona i… hołubiona. Kręcił ją coraz bardziej, mimo że na razie coś, co między nimi kwitło, opierało się głównie na seksie, wiedziała jednak, że to ledwie wierzchołek góry lodowej tego tajemniczego mężczyzny. Zmoczyła papierowy ręcznik i wytarła kim brodę Marka – na jej bokach oraz wąsach miał pozostałości z orgazmu, przyjemności, od której coraz bardziej uzależniała się. Stała tak jeszcze przez chwilę i patrzyła na barczystą, umięśnioną sylwetkę, poważną, marsową twarz oraz duże, zręczne dłonie. – Chcesz herbatę?
Zadając pytanie, pomyślała, że coś naprawdę zaczyna się między nimi dziać i zadrżała na myśl o zakończeniu przez niego zadania, które wykonuje dla Bogusławskiego.
– Poproszę. – Spojrzał z wdzięcznością.
– Jak ty to robisz? Tak szybko potrafisz to złożyć? – Zafascynowana, gotując wodę na herbatę, patrzyła, jak składa poszczególne elementy broni w całość niczym automat.
– Miałem w oddziale sierżanta, który urządzał nam zawody na czas i kto złożył najszybciej, dostawał dzień wolnego. Raz na tydzień mieliśmy konkurs.
– Często dostawałeś wolne? – Puściła do niego oko.
– Dzieliłem się z chłopakami, ale gdybym tego nie robił, to za każdym razem. – Uśmiechnął się.
– Czyli egoistą nie jesteś. To dobrze.
– To zależy. – Chciał dodać, że nią dzielić się nie zamierza, ale pomyślał, że to za szybko, a po chwili przypomniał sobie, że przyjechał tu na chwilę, zrealizować zadanie i przejść na zasłużoną emeryturę, a nie znaleźć sobie żonę…
– Od czego? – Spojrzała badawczo.
– Czym albo kim mam się dzielić – odparł, nie patrząc na nią. Zrozumiała w lot i nikły uśmiech przemknął przez jej oblicze.
– Jak wczorajsza impreza? – Zmieniła temat.
– Dobrze znasz Czachę? – Zbladła na pytanie. – Coś się stało? – Odwrócił się, słysząc ciszę.
– Za dobrze – szepnęła.
– Czy on… – przerwał pracę, podszedł do niej i stanął naprzeciw.
– Zastanów się, o co chcesz zapytać – odparła. – Nie potrzebuję współczucia ani litowania się. Było, jak było. – Wzruszyła ramionami i odwróciła się od niego, tłumiąc łzy.
– Ada. – Chyba pierwszy raz zdrobnił jej imię.
– Nie jestem Ada, a Adrianna. – Odsunęła się i wyszła z kuchni. Zdziwiony ostrą reakcją spojrzał za znikającą sylwetką i chciał pójść do jej pokoju, bo pewnie tam się schowała, ale zrezygnował.
Leżała na łóżku, płacząc w poduszkę. Rozległo się ciche pukanie.
– Odejdź i daj mi spokój – rzuciła przez drzwi. Nacisnął klamkę i po cichu wszedł do pokoju.
– Po co tu przyszedłeś? Masz zadanie do wykonania, poza tym wyjedziesz stąd, jak skończysz, a ja zostanę i wszystko wróci do poprzedniego stanu albo będzie jeszcze gorzej. – Otarła łzy.
Pierwszy raz od dawna nie miał planu, a sytuacja zaskoczyła go tak mocno, że wszelkie pomysły, jak jej pomóc, paliły na panewce.
– Wiesz. – Dotknął jej łydki i zaczął gładzić. Najwyraźniej goliła kilka dni wcześniej nogi, włosy zaczęły odrastać i drażniły wnętrze dłoni. – Wczoraj na imprezie proponowano mi seks.
– Wow, powinnam ci pogratulować, czy co? – Uniosła głowę i spojrzała na niego jak na nienormalnego.
– Nie. Nie dlatego to mówię. – Zawahał się. – Odmówiłem, bo – odetchnął – pomyślałem, że to byłoby nie fair wobec ciebie. Czułbym się, jakbym cię zdradził.
Zapadła cisza. Chlipanie ustało, nie odzywała się.
– Ada? – Tym razem nie zareagowała na zrobienie.
– Nie rób mi tego. – Podniosła się i spojrzała na niego poważnie.
– Czego? – Zdziwił się.
– Nie obiecuj czegoś, czego nie jesteś w stanie zrealizować. – Wstała i rozchyliła szeroko drzwi. – Chciałabym zostać sama.
Wyszedł, zamknęły się za nim mocnym pacnięciem.
Kończył ze sprzętem, gdy zadzwonił Signal. Czekał na ten telefon, miał dostać info do siedemnastej, ale liczył na wcześniejszą godzinę.
– Masz wszystkie informacje tak, jak chciałeś. Ten Zembrzycki to niezły skurwiel. – Rozmówca bez powitania rzucił w słuchawkę. – Wjebałeś się w niezłe gówno, uważaj. Co masz zrobić?
– Ujebać obu. – Marek patrzył w bezchmurne niebo i zastanawiał się nad sensem swojej pracy.
– Odwalisz gościa z CBŚ? Wiesz, co to spowoduje?
– Spróbuję najpierw rozwiązania pokojowego, ale może być ciężko. – Wyłączył tryb głośnomówiący i przyłożył telefon do ucha.
– Na twoim miejscu oddałbym pieniądze i spierdalał stamtąd, gdzieś daleko. To bagno sięga lokalnych, grubych ryb, żebyś nie okazał się za krótki.
– Za późno.
– Naprawdę jesteś pojebany. – W słuchawce rozległo się westchnienie. – Bandziory to nic specjalnego, chociaż jedna kwestia zastanowiła mnie u Barskiego. Ojciec był w ubecji. – Markowi zapaliła się ostrzegawcza żarówka.
– Myślisz, że jest odwrócony przez stare znajomości ojca?
– Zero dowodów, ale na twoim miejscu podrzuciłbym w miarę możliwości coś do słuchania w otoczenie tego człowieka. Nie dał żadnych sygnałów, świadczących o tym, że gra na dwa fronty. Tak samo zrób z Bogusławskim. Ma opinię skurwiela, który idzie po trupach.
– Wiesz, jak kończyły się próby wystawienia mnie w przeszłości. – Marek założył okulary przeciwsłoneczne i wyszedł na zewnątrz.
– Wiem, ale… – głos po drugiej stronie zamilkł na chwilę – po prostu mam, kurwa, złe przeczucie. A ono nigdy mnie nie zawodzi, kumasz? Jesteś tam?
Góralczyk spojrzał w okno Adrianny, firanka poruszyła się lekko, co oznaczało, że patrzyła za nim.
– Muszę kończyć, będziemy w kontakcie. – Pożegnał się i rozłączył.
Pięć minut później, po sprawdzeniu auta pod kątem podsłuchów oraz nadajników GPS jechał do Dzikanowa.
Spotkanie z Bogusławskim i Czachą przebiegło w podejrzanie idyllicznej atmosferze. Obaj rozmówcy prawie mu nadskakiwali, a Barski grał rolę dobrego kumpla, który z żalem pożegnał dzień wcześniej najlepszego ziomala od imprez. Zreferował im pokrótce pomysł, jak rozwiązać ich problem, bez wchodzenia w szczegóły, a w międzyczasie podłożył dyskretnie, kiedy patrzyli w innym kierunku, kilka podsłuchów. Wszystkie z wymienną baterią, wbudowanym routerem Wi–Fi i zapisem transmitowanych danych w dowolnym miejscu, na przykład w chmurze. Jeden w kształcie mazaka, pozostawiony w kubku z pisakami na biurku, drugi podczepiony od wewnętrznej strony nogi tegoż biurka, praktycznie niewykrywalny, a trzeci, gdy został na chwilę sam, przykleił malutki prostopadłościan gabarytów pendrive’a do górnej części ościeżnicy drzwi. Oczywiście cały czas miał ze sobą włączony jammer o kilkumetrowym zasięgu, więc nie bał się nagrania z ukrytych kamer, a ich obecności był pewien.
– Musimy się przenieść do mnie. – Czacha wpadł po chwili do pokoju jak meteor. – Marian ma za chwilę spotkanie. Dobra, to co dalej?
– Spróbuję pogadać z Kataryną, mając pod ręką to, co dostałem w materiałach. Dzisiaj lub jutro. A tego z CBŚ może przycisnę w inny sposób, zobaczymy. – Uśmiechnął się jadowicie.
– Niezły z ciebie skurwiel, Norris. Nie chciałbym, żebyś kiedyś stanął na mojej drodze. – Czacha nie zorientował się, że w jego biurze również są już zamontowane dwa podsłuchy, identyczne u Mariana z wyjątkiem tego na ościeżnicy, którego Marek nie mógł podrzucić.
– Mogę nie odzywać się przez kilka dni, ale na pewno będziecie wiedzieć, że pracuję. – Góralczyk stanął w drzwiach. – Powiedz Marianowi, że dostanie obu na tacy.
Dziesięć minut później sprawdził, siedząc w samochodzie, czy podsłuchy działają i nagrywają otoczenie. Takie zabawki, na eSIM, nie były dostępne na powszechnym rynku, ale przez stare kontakty mógł pozwolić sobie na zakup najnowszych urządzeń. Pieniądze od Mariana przyszły na wskazane przez niego konto, resztę dostał w Krypto. Zadowolony ruszył w kierunku Łodzi. Tam miał odbyć się pierwszy etap zadania.
Po rozmowie z Markiem Barski wyszedł z biura, wsiadł do samochodu i natychmiast zadzwonił.
– Tak jak przypuszczaliśmy, uważaj – rzucił do słuchawki. – Nie, nie mam. A co mam, kurwa, zrobić, skoro ten skurwiel nosi wszędzie ze sobą jammer? W klubie też nie było go widać, a ja nie zamierzam próbować go rewidować, spierdalaj. Nie zrobiliśmy mu zdjęć, ale zrobimy. Tak, plan nie zmienia się, tylko musimy przyspieszyć, bo zaczyna brakować nam czasu. Tak, pamiętam o odciskach. – Rozłączył się i uderzył ze wściekłością pięścią w kierownicę.
Powrót w godzinach wieczornych wprawił go w dobry nastrój, a inwigilacja udała się w stu procentach. Namierzył Zembrzyckiego, poruszając się po Łodzi wynajętym samochodem i śledził go dyskretnie przez pół dnia, notując w głowie nawyki, sposób jazdy, trasy oraz robiąc zdjęcia osób, z którymi spotykał się. Dysponował dojściem do systemu, identyfikującego twarze osób ze zdjęć, każda fotka była więc na wagę złota. W drodze powrotnej zahaczył o knajpę, w której często stołował się Kataryna i tu również dopisał mu fart. Dostał namiar na restaurację przy zjeździe z A1, w której często jadł gangster i… tuż po rozpoczęciu konsumpcji ujrzał cel w towarzystwie dwóch osiłków. Skończył szybko i wyszedł, szukając na zewnątrz najbardziej luksusowego auta. W oko wpadł czarny Mercedes, stojący w samym środku zatłoczonego parkingu. Bez problemu podpiął nadajnik GPS do podwozia, wsiadł do BMW i odjechał.
O dziwo, Adrianny nie było, co zmartwiło go nieco. Przyzwyczaił się do tej uśmiechniętej i, co docierało do niego coraz częściej, pięknej kobiety. Nie chciał myśleć o tym, co stanie się, kiedy zadanie się zakończy. Zaskoczony w myślach stwierdził, że… będzie mu jej brakowało, mimo że znał ją raptem trzy dni. W pół godziny ogarnął się, zjadł i bujał się na tym samym hamaku, na którym zastał ją dwa dni wcześniej, paląc leniwie, kiedy usłyszał szum silnika. Minęła go ze zdawkowym: „Cześć” i poszła do siebie. Zdziwiony posiedział jeszcze chwilę i ruszył do kuchni.
– Wszystko w porządku?
– Tak – odparła, nie odwracając głowy. Stała przy palniku, odgrzewając coś smakowicie pachnącego w garnku. Zachodzące słońce padało na opaloną twarz, otoczoną blond włosami, po opuchliźnie pod oczami poznał, że płakała.
– Posłuchaj…
– Nie, Marek. Skończmy to od razu. – Odwróciła się. – Nic z tego nie będzie, a ja nie mam zamiaru w to wchodzić głębiej, a później leczyć złamane serce, rozumiesz? – Oddychała szybko ze zdenerwowania.
– Nie jestem dobry w te rozmowy, ale chciałbym. – Urwał. Patrzyła wyczekująco. – Nie mogę ci obiecać niczego poza powiedzeniem, że…
Zapadła cisza.
– Kurwa – westchnął. – Łatwiej komuś przypierdolić. Nie wiem, czy potrafię kochać, nie mam pojęcia, czy potrafiłbym stworzyć z tobą coś trwałego. – Podszedł powoli, nie poruszyła się. – Wiem tylko, że po tym zleceniu przechodzę na emeryturę i chcę stąd wyjechać, daleko, może na drugą półkulę, zostawić świat za sobą i zniknąć. Pieniądze mam. Może – zawahał się – chciałabyś pojechać ze mną?
Patrzyła prosto w oczy i twarz mężczyzny, stojącego naprzeciw. Pełna obaw, sprzecznych uczuć i zwykłego strachu przed nieznanym. Przed nim również. Przypuszczała i miała nadzieję, że jej nie skrzywdzi i w razie potrzeby, obroni, ale strach przed zrobieniem kroku w przepaść, licząc, że ją złapie, był tak ogromny, że zakręciło się jej w głowie.
– Boże – powiedziała cicho. – Właśnie uświadomiłam sobie, że po trzech dniach znajomości z mężczyzną, którego prawdziwego imienia nie znam, bandytą. – Skrzywił się i chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na ustach i zamilkł. – Kimś, kto zabija bez mrugnięcia okiem, mam uwierzyć, że ten człowiek nagle złagodniał jak baranek? Zaproponowałeś mi wspólny wyjazd gdzieś daleko i być może życie razem, a skąd mam wiedzieć, że nie jesteś handlarzem ludźmi i nie zostanę wywieziona gdzieś do burdelu na drugim końcu świata? Albo zwyrodnialcem, który zamiast polecieć ze mną, zamknie w piwnicy, zniewoli i będzie znęcał się i gwałcił?
– Ada, proszę. – Czuł się bezradny. Nie miał pojęcia, jak z nią rozmawiać, jak przekonać, że przypuszczenia, podejrzenia i oskarżenia, które rzucała, to bzdura. Potrafił wydobyć z innych wszystko, co ukrywali, różnymi sposobami, mniej lub bardziej brutalnymi, a ona rozłożyła go na łopatki. Chciał powiedzieć tej dziewczynie, kobiecie, stojącej przed nim z wątpliwościami na twarzy i falami obaw w niebieskich oczach, że nigdy by jej nie skrzywdził, a ten siniak na czole to wyjątek, był wtedy w pracy, a teraz nie jest.
– Co, Marek? A może w końcu dowiem się, jak masz na imię, skoro proponujesz mi wspólne życie? – Założyła ręce na biodra i stanęła w oczekiwaniu. – Jak sobie to wyobrażasz, co?
– Kurwa, nie wiem. Jestem jednak pewny, coś nas łączy. Coś, co zaczyna się… – Wziął ją za rękę. – Nie kocham cię, bo nie wiem, czy potrafię, ale czuję, że chyba mógłbym się w tobie zakochać. Jeśli byś mi pozwoliła i chciała… być ze mną. Wszystkie nauki, zasady, jakie mi wpojono, mówią, że pierwszy krok do wpadki to zaangażowanie uczuciowe, ale ja chcę zaryzykować. Bo… wierzę, że możemy – nabrał powietrza – być razem.
Milczała przez chwilę, po czym zbliżyła się i oparła czoło o jego brodę.
– Strasznie się boję – wyszeptała. – Tu jest mój dom, życie jest – urwała – jakie jest, jak to mówią: „Chujowo, ale stabilnie”. Zostawię to i pojadę z nieznanym mężczyzną, gdzieś daleko. A co, jak nam nie wyjdzie i po tygodniu będę chciała wrócić albo wyrzucisz mnie? Nie będzie stać mnie na powrót i zostanę bezdomną na drugim końcu świata?
– Nie ułatwiasz. – Odbił piłeczkę, mając już z tyłu głowy pomysł na rozwianie obaw. W końcu pieniądze, które gromadził latami, a udało mu się zebrać pokaźną sumkę i mógłby być nawet nazywany milionerem, przydadzą się do czegoś.
– Łatwo ci powiedzieć, bo ty, jeśli mówisz prawdę, niczym nie ryzykujesz. A ja wszystkim, rozumiesz? – Ścisnęła jego dłoń.
– Dobrze, dostaniesz Bitcoina, na początek. Jeśli będziesz potrzebować więcej, choć to naprawdę sporo, to…
– Nie znam się na tym. – Przerwała mu. – Nie wiem, ile wart jest Bitcoin.
– To mniej więcej dwieście tysięcy złotych.
Wybałuszyła oczy.
– Ile?!
– Dwieście tysięcy. – Dotknął jej policzka. – Jeśli mi nie wierzysz, dam ci dostęp do konta z krypto, pokażę faktyczną wartość, a po przelewie będziesz mogła zrobić z tym, co chcesz.
– Ale – wydukała zszokowana – przecież tak naprawdę mnie nie znasz. Dlaczego to robisz?
Milczał, wpatrując się pytająco.
– Nie chcę, żebyś był moim Sugar Daddy. – Czuł, że zaczyna się łamać. A ona po tym, co usłyszała, wiedziała, że naprawdę mu na niej zależy.
– To nie tak. Nie daję ci tych pieniędzy w zamian za to, że ze mną pojedziesz. Nie płacę ci, jakbyś była utrzymanką. Dostajesz je, żeby czuć się bezpiecznie i wiedzieć, że gdyby nam nie wyszło, to będziesz mogła wrócić do Polski lub polecieć gdziekolwiek, tam, gdzie sobie zamarzysz. Są twoje.
Ważyła chwilę słowa Marka.
– Wierzę ci. Nadal cię nie rozumiem, samej siebie zresztą też. – Uśmiechnęła się, oddał uśmiech. – Jeśli powiem: „Tak”, to co dalej?
Poczuł się lepiej, nie z powodu zgody, jeszcze jej nie udzieliła, a wkroczenia na grunt, który znał, pewniejszy niż rozmowy o uczuciach i miłości.
– Masz paszport? – Pokręciła głową. – Na wyrobienie nowego czeka się mniej więcej trzydzieści dni, a tyle czasu nie mamy. – Zastanowił się chwilę, patrząc jej w oczy. – Chciałabyś zostać Finką lub Szwedką?
– Kim? – Parsknęła. – Przecież nie znam tych języków.
– Szwedzki paszport wjeżdża do większości krajów bez wiz, a patrząc na twoje blond włosy, pasujesz idealnie na Ann–Sofie, Astrid albo inną Gudrun. Język nie ma znaczenia.
– Ty naprawdę mówisz poważnie. – Uniosła dłoń do ust w rosnącym zdziwieniu.
– Bardziej poważny nie byłem od dawna. Jag vill att vi ska flyga tillsammans, Adrianna.
– Co to znaczy?
– Po szwedzku: „Chcę, żebyśmy polecieli razem, Adrianno”. – Uśmiechnął się.
– Znasz szwedzki? – Coraz bardziej zszokowana, aż usiadła z wrażenia.
– Tak. – Nie dodał, że nauczył się go od pewnej kobiety stamtąd (podobnej nota bene nieco do Adrianny), z którą regularnie sypiał w ubiegłym dziesięcioleciu i stworzył coś na kształt ułomnego związku. – Oprócz tego angielski, francuski, mówię też płynnie po włosku, rosyjsku i hiszpańsku.
– O, kurwa. – Wyrwało się jej. – Marek, kim ty jesteś?
– Zgadzasz się?
Spojrzała prosto w brodatą twarz, w gorejące z nadzieją szarostalowe oczy.
– Tak – szepnęła drżącymi ustami. – Polecę z tobą. Nie wierzę, że to robię, ale tak. – Ciało miała jak z galarety.
– Chodź. – Wziął ją za rękę. – Coś ci pokażę.
– Mam kilkanaście paszportów, z różnych krajów świata. Dodatkowo po różnych miastach na świecie, na każdym kontynencie ukryte w opłaconych na kilkadziesiąt lat skrytkach inne dokumenty. Jestem, a w zasadzie byłem szpiegiem, wcześniej żołnierzem sił specjalnych, walczyłem też w Legii Cudzoziemskiej. Teraz jestem wolnym strzelcem i zarobiłem wystarczająco dużo, żeby móc się wycofać.
Adrianna patrzyła na to wszystko, mając tak ogromny mętlik w głowie, że nie była w stanie wyartykułować kilku zdań.
– Jak trafiłeś na to zadupie? Ty, wielki szpieg. I po co?
– Tego, co teraz powiem, nie możesz zdradzić nikomu, rozumiesz? Bogusławski wynajął mnie, przez znajomych, mam dostać za to zlecenie półtora miliona złotych. Zadaniem jest wykończenie konkurencji, znasz niejakiego Andrzeja Wróbla vel Kataryna?
– No znam, kiedyś parę razy u mnie był. – Nie dopytał w jakim celu, domyślając się.
– Obaj walczą, na razie bez użycia siły, a na wpływy, o tereny wokół jeziora. Teren ma ogromny potencjał biznesowy. Bogusławski chce tam postawić kompleks wypoczynkowy.
– Ale to przecież park krajobrazowy! Tam nie można postawić namiotu, a co dopiero hotel i cały kompleks.
– Wojewoda i wójt dali już zgodę. Trzeba pozbyć się Kataryny plus jeszcze jednego gościa i będzie miał wolną drogę.
– To dla mnie za dużo. – Podniosła dłonie w geście obrony. – Nie mów mi nic więcej. Im mniej wiem, tym bezpieczniej. Chcę tylko odpowiedzi na jedno pytanie. – Spojrzała mu prosto w oczy i chwyciła za dłoń. – Jak naprawdę się nazywasz?
– Wie o tym kilka osób na planecie.
– Będę czuć się wyróżniona – skomentowała z przekąsem. – To jak?
– Piotr Daniel Michalski, urodzony siedemnastego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku w Warszawie. – Wyrecytował niczym żołnierz, meldujący się na warcie.
– Piotr. Piotrek. Pasuje ci. Bardziej niż Marek.
– Dopóki stąd nie znikniemy, jestem Markiem, rozumiesz? Teraz nie tylko ty wszystkim ryzykujesz, jeśli ktokolwiek poznałby moją prawdziwą tożsamość, a co gorsza plany obecnego zadania, mam przesrane. – Dotknął blond włosów. – Chcesz się kochać?
– Tak, ale za chwilę. O mój Boże. – Złapała się za głowę. – Właśnie powzięłam decyzję o wyjeździe na drugi koniec świata z facetem, którego znam trzy dni. Tenże człowiek okazał się szpiegiem, poliglotą, byłym żołnierzem i maszyną do zabijania. Na dodatek. – Pocałowała go lekko. Uśmiechnął się, ona również. – Lubię go, bo czuję się w jego obecności bezpiecznie i wygląda na to, że on lubi mnie. A jeśli na koniec powiem, że jest świetny w łóżku i na myśl o tym, co ze mną wcześniej robił, staję się mokra, to brzmi zbyt idealnie – szepnęła prosto w usta Piotra, patrząc w oczy. – Kiedy stoję obok ciebie, obserwując nas razem, w odbiciu w lustrze, podoba mi się ten widok.
– Przestań tyle gadać i nie pozwól temu idealnemu mężczyźnie tyle czekać. – Zaczął się rozbierać. Pod dżinsami widniała wyraźną wypukłość. – Wydawało mi się zawsze, że wolę brunetki, ale dzięki tobie zmieniłem zdanie. – Podniósł ją znienacka i zabrał do sypialni, całując raz po raz po drodze.
---------------------------
Koniec części pierwszej.
---------------------------
Album przewijający się w treści to wydawnictwo zatytułowane „The Spin” autorstwa włoskiej formacji Messa.
Dzikanowo nie istnieje i jest wytworem mojej wyobraźni.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz