
- Zgadzam się, panie Kalkstein - odparł Moretti śmiejąc się od ucha do ucha - Moi ludzie dorwą tego skurczybyka. Rozpad Syndykatu jest nam obu na rękę.
- Siłą zostałem przymuszony do przystąpienia do tej organizacji. Działania tego żółtodzioba Ronalda są zdecydowanie zbyt brutalne i drastyczne. Władze w końcu zaczęły się nami interesować. Psuje to interesy. Początkowo sam widziałem szansę w tej organizacji, ale już teraz wiem, że to był błąd.
- A inni członkowie rady?
- Sanchez to miernota, a Angus to zwykły łajdak i zakapior zainteresowany tylko i wyłącznie mordowaniem. Obaj to dawni kundle rodziny Cabanero. Pewnie również woleliby skupić się na własnych interesach.
- Jak ocenia pan realne siły wierne Diamondowi? - dopytywał Titus.
- Elita żołnierzy mafii go popiera. Opłaca ich sowicie, dlatego dochowują wierności. I w tym problem. Myślę, że będzie miał pod sobą przynajmniej setkę doborowych zabijaków. To taka jego Gwardia Pretoriańska. Jednak jeśli Diamond zginie w kolejnym zamachu - cóż, będą musieli znaleźć sobie jakiegoś nowego protektora, który zapewni im chleb.
- Ja idealnie się na kogoś takiego nadam - odparł Moretti - Sam byłem jeszcze niedawno szarym gangusem. Ale ciężką i brudną pracą zdobyłem szacunek. Coś takiego liczy się w półświatku, chyba przyzna mi pan rację?
- Oczywiście - potwierdził Jonathan Kalkstein - Mam nadzieję, że będziesz honorował warunki naszej umowy?
- Tak jest, panie Kalkstein. Bez pańskiej pomocy nie byłbym tu, gdzie teraz stoję. Kiedy wyeliminujemy już Diamonda, będę zgodnie z umową ochraniał pańskie interesy w mieście.
- Doskonale, przyjacielu.
Ronald Diamond nie spał już od trzech dni. Leżał na szpitalnym łóżku i patrzył w sufit. Ból po postrzale był niczym w porównaniu z myślami, które nie dawały mu spokoju. Julio Augustino nie żył. Jeszcze kilka tygodni wcześniej Ronald uważał go za jednego z niewielu ludzi, którym mógł ufać. Teraz został sam. Sam w świecie, gdzie każde okazanie słabości i niezdecydowanie może być zachętą do zdradzenia cię. A w świecie bezprawia to zawsze kończyło się śmiercią.
Przynajmniej takie miał wrażenie. Przy drzwiach sali stało dwóch uzbrojonych gangsterów. Kolejnych czterech pilnowało korytarza. To byli najwierniejsi i najlepiej opłacani żołnierze Syndykatu. Żelazna pięść organizacji, z którą nie mogli równać się zwykli uliczni bandyci.
— Nikogo nie wpuszczać bez mojej zgody — powtarzał co kilka godzin do tych tępaków.
Nie ufał już nikomu. Zwłaszcza członkom rady. Podejrzewał, że najpewniej któryś z nich zorganizował ten zamach. Bo kto inny miałby ku temu lepsze możliwości? To było najlogiczniejsze. Dopiero tydzień później opuścił szpital. Przez ten krótki zdawałoby się czas bardzo wiele zaś się zmieniło.
Pierwsze posiedzenie rady odbyło się w magazynie na Brooklynie. Przy stole siedzieli Angus McConnor, Jonathan Kalkstein i Pedro Sanchez. Puste miejsce po Julio wyglądało jak wyrwa. Oczywistym wydawało się, że wkrótce ten wakat trzeba będzie obsadzić.
- Cieszę się, że żyjesz - powiedział Sanchez.
Ronald spojrzał na niego bez emocji.
- Ja też.
Przez chwilę panowała cisza.
- Musimy wybrać następcę Augustino — odezwał się Kalkstein - Proponuję, żeby był to Eberhard Donelly, to w końcu jeden z naszych najlepszych ludzi.
- Teraz musimy znaleźć człowieka, który próbował mnie zabić. Nic innego się dla mnie obecnie nie liczy. I chyba dla całej organizacji powinno być podobnie, czyż się mylę? — odparł Ronald.
- To mógł być Moretti - odezwał się Sanchez.
- Mógł - odparł Diamond.
- Albo federalni - burknął McConnor.
- Mogli.
- Więc dlaczego patrzysz na nas? - warknął Kalkstein.
- Czy to nie oczywiste? - pytał przewodniczący Syndykatu - Nikt sam nie był w stanie przeprowadzić tego zamachu. Musiał mieć pomoc od kogoś z wewnątrz. Najlepiej od kogoś z naszej rady. Powiem to wprost, aby nie było niedomówień: przy tym stole siedzi zdrajca. Nie umiem jeszcze tego udowodnić i wskazać konkretnego nazwiska. Ale mam pewność, że siedzi tu ten zdrajca.
W kolejnych dniach Syndykat otrzymał następne ciosy. Ludzie Morettiego spalili dwa magazyny należące do organizacji. Kilkunastu gangsterów przeszło na jego stronę. Po miejskim półświatku krążyły plotki, że Syndykat ewidentnie się rozpada. Mówiono, że jego rada jest podzielona a przewodniczący to już niemal trup.
Titus Moretti siedział w opuszczonej fabryce. Przed nim stało kilkunastu uzbrojonych ludzi. Na stole leżała mapa miasta.
— Widzicie to, panowie? — powiedział, wskazując palcem czerwone punkty — Jeszcze rok temu wszystkie te dzielnice należały do Syndykatu. Teraz są nasze. Organizacja się rozpada.
W tym samym czasie agent Michael Turner prowadził własną grę. FBI posiadało już kilku informatorów z szeregach Syndykatu. Jeden z nich przekazał niezwykle interesującą wiadomość. Otóż w radzie Syndykatu istniały dwa obozy. Pierwszy skupiał się wokół Angusa McConnora. Drugi wokół Kalksteina. Diamond tracił wpływy. Turner od razu zrozumiał znaczenie tej informacji.
- Jeżeli uda się pogłębić konflikt... Organizacja sama zacznie się niszczyć - powiedział Turner.
Kilka dni później Ronald otrzymał anonimowy list. Nie było podpisu, ani adresu skąd został nadany. Widniało tam jedynie jedno zdanie. „Człowiek, który zabił Augustino, siedzi przy twoim stole.” Diamond przeczytał wiadomość trzy razy. Potem spalił kartkę i nalał sobie kieliszek koniaku, który wypił duszkiem. Przez godzinę siedział nieruchomo i myślał. Po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, której wcześniej nie chciał zaakceptować. A jeśli zamach nie był dziełem Morettiego? Nie tylko. A jeśli ktoś z rady chciał przejąć władzę? Ten świat jest brudny i niebezpieczny. Każdy każdego zdradza. Przypomniał sobie, jak sam kilka lat temu wspiął się na szczyt władzy. Po trupach i upaprany we krwi.
Od tego dnia zaczął obserwować swoich partnerów. Polecił wiernym sobie ludziom inwigilować innych członków rady.
- Meldujcie mi dosłownie o wszystkim - polecił.
Angus spotykał się potajemnie z kilkoma irlandzkimi bossami. Kalkstein natomiast prowadził własne interesy bez zgody rady. Sanchez rozbudowywał prywatną armię ochroniarzy. Widocznie również obawiał się ewentualnego zamachu na swoje życie. Każdy twierdził, że działa dla dobra organizacji. Ronald już w to nie wierzył. Jego największe podejrzenia padały na Kalksteina.
- Jestem pewien, że ten kurwiarz coś knuje - myślał sobie coraz częściej.
Kolejne posiedzenie rady zostało zwołane dzień później i zakończyło się katastrofą.
- Straciliśmy następny magazyn! - krzyczał poważnie zdenerwowany Angus - Ludzie Morettiego podłożyli ponadto dwie bomby w irlandzkiej dzielnicy.
- Twoi ludzie są słabi. Nie umiecie należycie się wywiązać z powierzanych wam zadań — odpowiedział Kalkstein.
- Powiedz, kurwa mać, to jeszcze raz - wyszczerzył zęby Irlandczyk, sięgając po pistolet schowany pod płaszczem.
— Chętnie. Brudna, cuchnąca kanalio...
McConnor już chciał wyjąć odbezpieczoną broń, kiedy w ostatniej chwili powstrzymali go jego ochroniarze.
- Skurwysynu!! Nie pokazuj już mi się na oczy!
- Zamknij do mnie mordę, irlandzka szujo - wrednie uśmiechał się Kalkstein - Nie mam zamiaru tracić czasu na rozmowę z takimi śmieciami, jak ty i twoja kamaryla.
Dopiero teraz wkurwiony Ronald uderzył pięścią w stół.
- Dosyć tego! - krzyknął mężczyzna.
Zapadła cisza.
- Zachowujecie się jak dzieci. Jak jacyś jebani uliczni złodziejaszkowie.
- A ty zachowujesz się jak król — rzucił Kalkstein - Albo inny jebany don. Jesteś tylko przewodniczącym. Możemy w każdej chwili poddać pod głosowanie odebranie ci władzy. Tym bardziej, że okazałeś słabość i dla wielu Syndykat znalazł się na skraju upadku.
W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciszej. To było przekroczenie granicy. Jeszcze rok wcześniej nikt nie odważyłby się powiedzieć czegoś takiego. Ronald patrzył na niego przez kilka sekund.
- Zapominasz się, Kalkstein - odparł Diamond.
- Nie. Mówię to, co myśli coraz więcej osób w tym mieście.
- Zamknij już tę swoją pomarszczoną mordę! - teraz zaś Ronald był już naprawdę wściekły - Jeśli ty, albo ktokolwiek inny w tym miejscu zebrany, uważa że chce rzucić mi wyzwanie, to proszę bardzo. Niech spróbuje! Ale niech liczy się z konsekwencjami...
Zapanowała cisza, a Jonathan Kalkstein spuścił wzrok i nic nie odpowiedział.
Agent FBI Turner obserwował rozwój wydarzeń w mieście z rosnącą satysfakcją. Wojna wewnątrz Syndykatu Zbrodni wydawała się tylko kwestią czasu. Coraz więcej gangsterów zgłaszało się do współpracy z policją. Był to jasny sygnał, że organizacja znajduje się najbliżej upadku od chwili powstania.
- Tę bestie wkrótce same rzucą się sobie do gardeł - mówił.
Moretti również wyczuwał okazję. Zebrał swoich najlepszych ludzi.
- Nadszedł czas. Musimy dokonać silnego uderzenia przeciw Syndykatowi.
Na stole rozłożył listę celów. Magazyny. Kasyna. Ludzie odpowiedzialni za pobór haraczy. Wszystko, co utrzymywało Syndykat przy życiu.
- Nie będziemy już gryźć ich po kostkach.
- To co zrobimy? - zapytał Frank Toletto, prawa ręka Morettiego i jeden z jego najwierniejszych współpracowników.
Moretti uśmiechnął się.
- Odgryziemy im głowę. Kalkstein dostarczył nam dość broni, byśmy mogli rozsadzić pół miasta.
- Po tym, jak zadarliśmy z Irlandczykami, oni też szykują się do rozprawy z nami - dodał Frank.
- Są brutalni i głośni, ale słabi. Rozniesiemy ich na proch.
- Nie czekajmy więc. Niech poleje się krew - głos zabrał Ronny Falco, jeden z zebranych mafiosów.
- Dokładnie tak - odpowiedział mu Moretti - Dokładnie...
Jeszcze tego wieczora grupa mafiosów rozpoczęła serię starannie skoordynowanych ataków. W ciągu jednej nocy zaatakowano siedem różnych obiektów należących do Syndykatu. Spłonęły magazyny i dwa kasyna zarządzane przez organizację. Zniknęły wszystkie pieniądze. Zamordowano kilku lokalnych bossów. Miasto ogarnęła panika. Policja naliczyła się 11 ofiar. 8 zostało zidentyfikowanych jako osoby powiązane z Syndykatem. Prasa pisała o największej wojnie gangów od lat. Policja i FBI rozpoczęły natychmiast dochodzenie oraz masowe aresztowania. Syndykat krwawił. Po raz kolejny dał sobie zadać niezwykle dotkliwy cios. Eberhard Donelly, świeżo mianowany członek rady Syndykatu, był jedną z ofiar masowej obławy policyjnej. 44-letni mężczyzna został zaprowadzony bezpośrednio przed oblicze komisarza policji Rogera Stankowskiego oraz agenta FBI Michaela Turnera.
- Jeśli zgodzisz się zeznawać i powiesz nam wszystko, co wiesz na temat Syndykatu Zbrodni, może unikniesz krzesła elektrycznego - mówił komisarz - Jako członek tzw. rady, chyba wiesz sporo.
- Zostałem jej członkiem raptem tydzień temu. Wiem dużo jednak o samej organizacji. Mogę puścić parę z ust, ale nie za darmo. Chcę gwarancji - odparł gangster.
- Jakich? - zabrał glos Turner.
- Chce, aby objęła mnie amnestia. Nie trafię za kratki. Chcę mieć tego gwarancję. Inaczej nic nie powiem.
Ronald siedział samotnie w swoim gabinecie. Przed nim leżały raporty. Każdy gorszy od poprzedniego. Organizacja rozpadała się szybciej, niż przypuszczał. Aresztowanie Donelly'ego mogło jeszcze bardziej pogorszyć stan organizacji. Łajdak mógł pójść na współpracę z federalnymi i zdradzić dużo informacji.
Nagle do pokoju wszedł jego ochroniarz.
- Szefie.
- Co takiego?
- Złapaliśmy jednego z ludzi, którzy współorganizowali zamach na pańskie życie.
Ronald natychmiast wstał w poruszeniu.
- Gdzie jest ten bydlak?
- W piwnicy. Chłopcy się nim już dobrze zajęli - odparł ochroniarz.
Kilka minut później Ronald patrzył na mocno pobitego mężczyznę, ze złamanym nosem, przywiązanego do krzesła. Wszędzie było dużo krwi.
- Kto cię wynajął? Mów kurwa! Kto zlecił ten zamach, skurwysynu! - krzyczał przewodniczący Syndykatu.
- Nie znam konkretnego nazwiska. Ale...
- Ale kurwa co? - Ronald nie był już w stanie powstrzymywać swojego gniewu - Mów albo każę cię wypatroszyć jak świnię!
- To był podobno ktoś z rady Syndykatu... - mówił krztusząc się własną krwią więzień - Ktoś...
Diamond dobył swój pistolet i przestrzelił na wylot łeb schwytanego bandyty. Wszyscy byli zszokowani obrotem spraw. Najgorsze podejrzenia właśnie zaczynały się potwierdzać.
- Szefie, on mógł nam jeszcze coś przecież powiedzieć...
- Nie. Według mnie powiedział już dość, Coletti. Wezwij mi natychmiast Sancheza, Kalksteina i McConnora.
- Tak jest, szefie.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz