Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Mafia: Rządy bezprawia. Część 5

Mafia: Rządy bezprawia. Część 5Był początek wiosny 1948 roku.

Minęły już dwa lata od chwili, gdy Ronald Diamond ogłosił powstanie Syndykatu Zbrodni. Organizacja osiągnęła coś, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się niemożliwe i co każdy logiczny człowiek uznałby za fikcję równą komiksom o Supermanie. Większość nowojorskiego półświatka została podporządkowana jednej strukturze, a pięcioosobowa rada Syndykatu podejmowała decyzje wpływające na działalność setek przestępców. Jednak ten sukces miał również swoją cenę. Im większa stawała się ta organizacja, tym trudniej było ją kontrolować. Wielu bandytów widziało w Syndykacie gwaranta nietykalności dla załatwiania własnych celów. Gwałty, zabójstwa, rabunki, okaleczenia - to wszystko w nadmiernej ilości szkodziło na dłuższą metę organizacji. Syndykat Zbrodni znalazł się pod celownikiem aparatu państwowego. Wielu polityków nie widziało już w nim mafii czy zorganizowanej grupy przestępczej, ale groźną siatkę terrorystyczną.

Ronald Diamond siedział przy stole podczas kolejnego posiedzenia rady w jednym z nowojorskich hoteli. Obok niego znajdowali się Julio Augustino, Angus McConnor, Jonathan Kalkstein i Pedro Sanchez.

Nikt się nie uśmiechał cynicznie. Nikt nie żartował. Spotkania rady coraz częściej przypominały kłótnie. Każdy chciał wyrwać dla siebie jak najlepszy kawałek tego imperium.

— Wczoraj na Bronksie znowu doszło do strzelaniny między naszymi ludźmi a grupą tego skurwysyna Morettiego — powiedział popalający cygaro Sanchez — Dwóch naszych wykitowało. Tamci spierdolili z narkotykami.

— Moretti powinien już dawno leżeć w prosektorium z uciętymi jajkami — odburknął Angus.

— Łatwo powiedzieć. To nie twoi ludzie tam giną.

— Moi ludzie też mają problemy. Federalni węszą. Policja też otrzymała niezłe wsparcie.

— Wszyscy mamy problemy - krzyknął wyraźnie Diamond, uderzając dłonią w stół.

W sali szybko zapadła cisza.

— Od miesięcy nie mamy łatwo. Syndykat Zbrodni nie powstał jednak po to, żeby każdy prowadził własną politykę. Coraz mniej ta organizacja przypomina armię, a coraz bardziej sforę jakichś wygłodniałych zwierząt, gdzie każdy chce tylko się nażreć na własną rękę.

— Tak. Ulica coraz rzadziej słucha się naszych poleceń. To problem.  — odparł chłodno Kalkstein.

Ronald zmrużył oczy. Coraz częściej miał wrażenie, że członkowie rady zaczynają podważać jego autorytet. W świecie przestępczym nie było niczego gorszego. Władza to było wszystko/ Jedyna zasada tego brudnego świata bezprawia. Aby ją utrzymać trzeba było się posunąć do najbardziej ekstremalnych czynów i decyzji. Problemów było coraz więcej.

Przez dwa ostatnie lata Syndykat przyjął do swoich struktur dziesiątki mniejszych gangów. Niektóre podporządkowały się dobrowolnie. Inne ze strachu. Jeszcze inne wyłącznie dlatego, że chwilowo im się to opłacało. Zwyczajnie chcieli mieć nad sobą duży parasol, który da im wolną rękę do własnej działalności. Teraz jednak wielu lokalnych przywódców zaczynało kwestionować sens podporządkowania. Wszystkie grupy sprzymierzone z Syndykatem musiały oczywiście płacić haracze. Musieli wykonywać polecenia. Musieli dzielić się zyskami z rabunków, prostytucji czy innych rzeczy. Coraz częściej jednak pytali: Co właściwie dostajemy w zamian?

Na Brooklynie grupa gangsterów pod wodzą Titusa Morettiego już kilka miesięcy temu odmówiła dzielenia się swoimi zyskami z radą Syndykatu. Nie minęło dużo czasy, a zaczęli oni wprost atakować i okradać samych członków przestępczej federacji. Byli nawet na tyle bezczelni, że wydawali policji adresy członków Syndykatu. Nie czynili oczywiście tego za darmo.

- Syndykat to priorytet dla psów oraz federalnych. My to dla nich płotki. Nie będą szczególnie zaangażowani w ściganie nas. Zwłaszcza, jeśli z ''dobrej woli'' wydamy organom ścigania kilka nazwisk i adresów członków Syndykatu - powiedział kiedyś Moretti na zebraniu do swoich ludzi.

Wiele pomniejszych gangów nie bylo aż tak zuchwałych, ale tylko na papierze pozostawali wierni Syndykatowi. Jeszcze rok temu taka sytuacja w mieście była nie do pomyślenia. Bano by się konsekwencji. Śmierci w męczarniach.

Julio Augustino jako pierwszy dostrzegł skalę problemu.

— Ludzie przestają się nas bać. Syndykat stracił zęby. — powiedział podczas prywatnej rozmowy z Diamondem.

— To niemożliwe.

— Właśnie tak jest.

— Przecież kontrolujemy całe miasto.

— Tylko na papierze.

Ronald spojrzał na niego uważnie.

— Wyjaśnij mi, co masz na myśli, Julio.

— Kiedyś wystarczyło zlikwidować jednego bossa i wszyscy podporządkowywali się bez słowa. Teraz mamy setki ludzi, dziesiątki grup i tysiące interesów.

— Czyli?

— Czyli nie da się zastraszyć wszystkich naraz. Nie można każdemu urąbać jajec koło dupy.

Po raz pierwszy od dawna Diamond nie miał gotowej odpowiedzi. Coraz bardziej bał się też zdrady i nie ufał nawet takim ludziom jak Augustino.

W tym samym czasie daleko od Nowego Jorku rodził się kolejny problem. FBI zaczęło tworzyć specjalny zespół zajmujący się działalnością Syndykatu Zbrodni. Rząd USA nie mógł dłużej ignorować tej grupy. Nie po tym, jak zamordowali prokuratora okręgowego i komisarza policji, a potem zorganizowali nieudany zamach na burmistrza Hilla. Na czele grupy mającej rozbić Syndykat stanął agent specjalny Michael Turner. Mężczyzna przeanalizował dziesiątki raportów. Im więcej czytał, tym bardziej dochodził do jednego wniosku. Syndykat był potężny. Ale nie był tak stabilny, jak wydawało się z zewnątrz.

— Każda organizacja pęka od środka — powiedział swoim współpracownikom.

— Musimy tylko znaleźć odpowiednią szczelinę. To tylko bandyci, nie żadna armia.

Tej nocy ludzie Morettiego napadli na magazyn należący do gangsterów współpracujących z Syndykatem. Zrabowali zgromadzoną tam broń palną, narkotyki i zabili dwóch ludzi organizacji. Jednemu nawet dla zabawy obcięli kombinerkami język.

Rada Syndykatu zebrała się następnego dnia.

— Musimy dać przykład i wreszcie powybijać tych skurwysynów — powiedział Angus.

— Nie możemy pozwolić, żeby jakiś prowincjonalny szczur robił z nas pośmiewisko — zaraz odezwał się Kalkstein.

— A potem co? — zapytał Sanchez. — Zabijemy Morettiego, a na jego miejsce przyjdzie następny kutas.

— Trzeba zabić jego i każdego, kto był z nim zwąchany - powiedział Ronald Diamond.

Inni jednak nie byli przekonani. Kłótnia trwała ponad godzinę. Po raz pierwszy od powstania organizacji rada nie była w stanie podjąć jednomyślnej decyzji. Spotkanie zakończyło się bez rozstrzygnięcia. Był to bardzo niebezpieczny sygnał. Wieść o sporze szybko rozeszła się po mieście. Gangsterzy zaczęli szeptać między sobą. Uważano, że organizacja słabnie i najpewniej w przeciągu paru miesięcy rozpadnie się na mniejsze grupki.

Kolejne tygodnie przyniosły następne problemy.

Jonathan Kalkstein coraz częściej ścierał się z Angusem McConnorem. Irlandczycy oskarżali ludzi Kalksteina o przejmowanie ich interesów. Kalkstein twierdził, że Irlandczycy łamią ustalenia rady. Pedro Sanchez zarzucał obu niekompetencję. W końcu nawet Ronald zaczął dostrzegać, że organizacja powoli dzieli się na obozy. Nie były to jeszcze otwarte frakcje. Ale wszyscy wiedzieli, kto z kim trzyma.

Pewnego wieczoru Diamond otrzymał niepokojącą wiadomość. Dwóch lokalnych bossów odmówiło wykonania polecenia wydanego przez radę. Po prostu je zignorowali. Jeszcze kilka lat wcześniej oznaczałoby to natychmiastowy wyrok. Teraz Ronald zawahał się. Nie dlatego, że był łagodniejszy. Po prostu wiedział, że każda kolejna demonstracja siły może wywołać bunt. Organizacja znalazła się w pułapce. Nie mogła pozwolić sobie na słabość. Ale coraz trudniej było rządzić wyłącznie strachem.

Tymczasem agent Turner zdobywał kolejne informacje. Dzięki sieci informatorów dowiedział się o sporach wewnątrz Syndykatu. Nie interesowały go pojedyncze przestępstwa. Interesował go rozpad tego zbrodniczego imperium.

— Nie musimy ich pokonać — powiedział podczas odprawy — Wystarczy, że sprawimy, iż zaczną walczyć między sobą.

Po zakończeniu kolejnego spotkania rady Julio został sam z Ronaldem.

— Pamiętasz, co mówiłem dwa lata temu?

— O czym? - dopytywał przewodniczący organizacji.

— Że najtrudniej jest zdobyć władzę.

— I nadal tak uważasz?

Julio pokręcił głową.

— Nie. Najtrudniej jest ją utrzymać - powiedział.

Ronald popijając szklankę koniaku spojrzał przez okno na nocny Manhattan. Miasto wciąż należało do niego. Przynajmniej formalnie. Jednak po raz pierwszy od chwili utworzenia Syndykatu zaczął się zastanawiać, jak długo jeszcze tak pozostanie. Nagle drzwi do pokoju się otworzyły i do środka wszedł mężczyzna z pistoletem w ręku. Zaczął oddawać strzały w kierunku Julia i Ronalda. Kule błyskawicznie przeszyły ciało Augustino, który padł na ziemię. Diamond otrzymał postrzał w brzuch i szybko stracił przytomność...

Odzyskał przytomność dopiero po kilku godzinach w szpitalu.

- Co się stało? Jestem ledwo żywy... - mamrotał Ronald.

- Szefie, ledwo przeżyłeś - odparł gangster stojący obok łóżka - Strzał kilka centymetrów wyżej i byłbyś po tamtej stronie.

- Nie mam siły teraz rozmawiać, ale... Co z Augustino?

- Zmarł na miejscu. Wykrwawił się jeszcze zanim udzieliliśmy mu pomocy.

toppo

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i historyczne, użył 1537 słów i 9708 znaków, zaktualizował 2 cze o 14:22. Tagi: #mafia #przestępcy #gangsterzy

Dodaj komentarz