Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

O tym jak przyjaciółka mojej matki zrobiła ze mnie mężczyznę

O tym jak przyjaciółka mojej matki zrobiła ze mnie mężczyznę     Pani Izabella była w zasadzie obecna przy większości istotnych momentów mojego nastoletniego życia. Od kiedy na jednej ze szkolnych wywiadówek wraz z moją matką znalazły wspólny język, przynajmniej raz w tygodniu spotykały się, aby pogawędzić przy kawie. W większości przypadków pretekstem do tych regularnych posiadówek była moja rzekoma przyjaźń z synem pani Izabelli, Karolem.  

     Oczywiście, z czasem faktycznie się zaprzyjaźniliśmy. Nie mieliśmy w tej kwestii większego wyboru. Nasze matki zadecydowały za nas. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, dlaczego zawsze musimy uczestniczyć przy ich spotkaniach. Prawdziwy powód poznałem dopiero po latach, kiedy my byliśmy już starsi, a nasze matki przestały udawać, że jesteśmy małymi chłopcami, którzy potrzebują opiekunek zabaw. Filiżanki z kawą z czasem ustąpiły miejsca na rzecz kieliszków z Pepco oraz wina z niepokalanym obliczem na etykiecie. Wiecznie na promocji; tanie i dobre, dobre, bo tanie.  

     Przez lata wielokrotnie widywałem przyjaciółkę mojej matki. Czy to podczas przeciągających się rozmów w salonie, cotygodniowych meczów naszej młodzieżowej drużyny piłkarskiej, na które kobieta przyjeżdżała pełna pozytywnej energii, czy też goszcząc mnie w swoim domu, zawsze z uśmiechem na twarzy, zawsze szczęśliwa, mogąc zapewnić przyjacielowi swojego syna miejsce, które mógłby nazwać drugim domem.  

     Pani Izabella była dobrą duszą, towarzyszką rozmów, strażniczką moich nastoletnich sekretów. Nigdy nie czułem skrępowania z powodu obecności kobiety. Jej obecność napełniała mnie pewnością siebie. W trudnych sytuacjach potrafiła znaleźć jakiś pozytyw, nakierować na właściwą drogę. Nasza trójka często oglądała wspólnie filmy z projektora. Gdy Karol kładł się już spać, my jeszcze przez długi czas rozprawialiśmy na kanapie o obejrzanych dopiero co filmach, rozkładając je na czynniki pierwsze i odgadując intencję reżysera. Wtedy też po raz pierwszy w moim życiu stopniowo odkrywałem w sobie kształtujące się preferencje co do płci przeciwnej.  

     Mimo że moja towarzyszka nocnych rozmów zwykła ubierać się dosyć skromnie, raz na jakiś czas, w ciepłe letnie wieczory udawało mi się wyławiać wzrokiem okryte części ciała, karmiąc moje zmysły krągłościami jej sylwetki. Dorastając w towarzystwie tej kobiety, mój gust był stopniowo i niezauważalnie programowany, mój ideał kobiecości szkicowany w tajemnicy przed całym światem, nawet przede mną samym. Obraz bogini, której piękno stało się niedoścignionym wzorem, o który żadna śmiertelniczka nie mogła się otrzeć.  

  

  

     Podczas gdy Karol dwoił się i troił, aby zdobyć numer dziewczyny, która dominowała w tabeli w meczu Counter Strike’a, ja starałem się przekraść do barku ojca Karola, aby zdobyć jedną, a może nawet dwie otwarte karafki, z których moglibyśmy niezauważalnie odlać trochę trunku. W drodze powrotnej przez korytarz zatrzymałem się przy ścianie oddzielającej mnie od salonu, aby spróbować podsłuchać fragmentu rozmowy.  

     Pani Iza narzekała na swojego męża. Skarżyła się, że coraz więcej czasu spędza poza domem oraz że nie wierzy już w te wszystkie nadgodziny, niespodziewane patrole, delegacje i szkolenia. Nie znałem pana Andrzeja zbyt dobrze. Wiedziałem o nim tyle, że był policjantem, że poznali się, kiedy Bella skończyła 16 lat, a jeszcze w tym samym roku urodziło się im dziecko. Podobno wcześniak. A przynajmniej taka jest wersja oficjalna.  

     Nigdy nie czułem się w jego towarzystwie komfortowo. Poza faktem, że od zawsze był bardzo nieprzyjemny, obrzydzała mnie myśl o mężczyźnie, który umawia się z prawie dwa razy młodszą dziewczyną i robi jej dziecko.  

     Dopiwszy swój kieliszek wina, kobieta wreszcie poruszyła temat, który ciekawił mnie od dłuższego czasu. Okazało się, że powodem, dla którego na każdym spotkaniu z moją mamą musiał być też Karol, jest to, że według jej męża kobieta ma zajmować się domem oraz dzieckiem, a nie szlajać się po imprezach z koleżaneczkami.  

Tak. Powodem jest po prostu zaborczy mąż – skurwysyn.  

     Zrobiło mi się jej szkoda. Tak po ludzku. Kobieta, która nigdy nie zaznała życia, musiała dorosnąć i przybrać rolę matki i żony. Wychować dziecko, a jednocześnie odkrywać, jak sama być dorosła. Ponosić konsekwencje bycia głupim dzieckiem, wykorzystanym przez dorosłego chłopa, który nigdy nie dorósł.  

  

  

     – Nadal bujasz w obłokach. Nie zmieniłeś się nic a nic – przerwała moją karuzelę wspomnień Iza, uśmiechając się ciepło znad dużego kubka z herbatą. – O czym tak rozmyślasz?  

     – Przypomniał mi się dzień, może 11... 12 lat temu. Nie pamiętam dokładnie. Otwierałyście z mamą drugą butelkę wina, więc zakradłem się do barku i przemyciłem whisky do pokoju Karola. Nie wiem, jakim cudem się nie zorientowałyście.  

     – Ja się zorientowałam – odpowiedziała ciepło Izabella. W jej oczach pojawił się błysk. Odstawiła kubek na stolik i dodała: – Nie byliście tacy sprytni, jak mogło wam się wydawać. Karol nie powiedział ci, że wiem?  

Ciekawe. Ona nie powiedziała mojej mamie, a on nawet słowem się nie zająknął.  

     – Dlaczego w takim razie mnie nie wydałaś?  

     – Nie chciałam robić ci kłopotów za jednego czy dwa drinki. Twoja matka to surowa kobieta. Uznałam, że kara byłaby nieadekwatna do popełnionego czynu. A tak poza tym – pochyliła się powoli nad dzielącym nas stolikiem, optycznie powiększając i tak spory już dekolt białej koszulki. Zrobiła to celowo czy przypadkiem? Tylko rozmawiamy, nic się nie dzieje. Skup się, kontakt wzrokowy. – Maślane oczka, jakie do mnie wtedy robiłeś, bezkompromisowo zmiękczyły moje serce.  

     Iza zastygła w tej pozycji przez kolejne kilka sekund, nie przerywając kontaktu wzrokowego, wyraźnie czekając na mój ruch. Czy oczekuje, że zrobię to samo? Może tylko bada grunt, chce sprawdzić, czy posunę się dalej? Na krótką chwilę zupełnie zapomniałem, w jaki sposób używać aparatu mowy. Ba, w tamtym momencie w mojej głowie zdawało się całkiem nie być myśli do artykułowania. Przez te kilka sekund nie istniało nic innego, tylko jej wielkie, szare oczy. Oczy stawiające wyzwanie, ale też oczy, które napełniają ciepłem. Elektryzują. Zachęcają do podjęcia akcji.  

     Izabella zaśmiała się cicho, eksponując zęby, po czym wróciła na swoje miejsce. Czas ruszył na nowo. Wskazówka starego zegara nad moją głową wystukiwała jednostajny rytm wiadomości, której znaczenie znałem jeszcze zanim wybiła ją do końca – stracona szansa. Co ja robię? Dlaczego szukam sygnałów ze strony tej kobiety?  

     Iza utopiła spojrzenie w wielkim kubku z naparem, sprawiając wrażenie zainteresowania coraz to wyłaniającym się częściowo na powierzchnię kawałkiem imbiru. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że naprawdę całą swoją uwagę poświęca zawartości naczynia. Wprawne oko jednak dostrzegłoby zmianę w postawie, skupienie, ukrytą obserwację. Wprawne, ale nie moje.  

  

  

     W czasie gdy powoli odzyskiwałem umiejętność werbalnej komunikacji, w miejscu mojej rozmówczyni pojawił się obraz, którego nie widziałem od bardzo dawna. Wspomnienie dnia spędzonego u przyjaciółki mojej matki. Zostałem wynajęty do bezinteresownej pomocy pani Izabelli. Wynajęty przez moją mamę, która zawsze z sercem na dłoni, zawsze pierwsza do pomocy bliźniemu, wysyłała mnie, abym pomagał rodzinie i znajomym z ich problemami i sprawunkami. Praca, która uszlachetnia. Dla budowania charakteru, ku pokrzepieniu serc.  

     Było ciepłe lato, lecz wbrew zapisanej zasadzie od dawna nie padało i na deszcz, jak na złość, się nie zanosiło. Z potem na czole, pędzlem w dłoni i piosenką radosną na ustach odnotowałem piątą godzinę wokół wyglądającej już coraz lepiej altance. Moja rodzicielka obiecała, że pomaluję oraz zaimpregnuję całość do wieczora. Po uporaniu się ze wzorzystymi strefami z cienkich, długich desek zostało mi już tylko upewnić się, że niczego nie pominąłem. Nadal na podłodze zamknąłem na chwilę oczy, pozwalając sobie na odrobinę relaksu i wytchnienia w zacienionym kącie altany. Poświęciwszy całość swojej uwagi piosence, wydobywającej się z ustawionego obok głośnika nie usłyszałem rytmicznych kroków zmierzających w moim kierunku.  

     – Ładnie to tak wylegiwać się na robocie? – pani Iza stała nade mną, z dłonią zawieszoną na biodrze, trzymając w drugiej napełniony dzbanek z zimną, leczącą gorąco, ciało i duszę, lemoniadą. Kobieta uśmiechała się przyjaźnie. Moje spojrzenie odkleiło się od jej ust, skanując strefowo skąpaną w złotych promieniach słonecznych sylwetkę. Zdarzało mi się już w przeszłości zerkać ukradkowo na jej długie nogi, ale z tej perspektywy wydawały się jeszcze dłuższe i jeszcze smuklejsze. Nie były chude ani przesadnie muskularne. Zdradzały sporadyczną aktywność fizyczną, jednocześnie sprawiały wrażenie miękkich. W tym momencie jej uda byłyby najcudowniejszą na świecie poduszką. Następnie moje spojrzenie powędrowało wyżej, ponad opinające biodra spodenki. Odsłonięty brzuch, a nad nim… koronkowy biustonosz? Już dawno powinienem przestać się gapić, jednak straciłem panowanie nad własnym spojrzeniem. Jeszcze nigdy nie widziałem jej bez koszulki. Przez materiał piersi zawsze sprawiały wrażenie sporych, ale krępowane tylko przez stanik zdradziły swoją prawdziwą wielkość. – Wybacz, że jestem taka roznegliżowana, ale sam rozumiesz, jak jest dziś duszno – powiedziała z przesadną dramaturgią. Jej ton głosu oraz to spojrzenie mówią wprost: widzę, jak na mnie patrzysz. Podoba mi się to.  

     Sama przez ostatnie kilka godzin pojawiała się co jakiś czas na podwórku. Czasem podchodziła, aby chwilę porozmawiać, czasem spacerowała w niedalekiej odległości. Miałem wrażenie, że zawsze znajdowała się w takim miejscu, gdzie teoretycznie miałaby dobry widok na mój odsłonięty tors.  

     – W takim razie ja też muszę panią przeprosić za to samo – odparłem. Wytrzymałem spojrzenie.  

     – Wygląda na to, że właśnie mi wynagradzasz nietakt ze swojej strony. Ale w jaki sposób ja mam zrewanżować się tobie?  

     Na to pytanie zabrakło mi śmiałości i eksperiencji, żeby móc ocenić cel jej słów. Aby zamaskować swoją niemoc, poświęciłem kilka cennych sekund na napełnienie pustej szklanki świeżą partią lemoniady i pociągnąłem łyk.  

     – W każdym razie – przerwała ciszę. – Cieszę się, że w końcu ktoś się za to wziął. Dwóch facetów w domu, którzy zamiast mi pomóc, najchętniej spędzaliby całe dnie na rybach. Kiedyś obaj zamieszkają w tej ich łódce, a ja zostanę tu sama – kończąc zdanie, uniosła ręce w górę, przeciągając się bez zbytniego pośpiechu, jakby na pokaz, zupełnie jakby jej celem było wyeksponowanie naprężonego ciała. Następnie powędrowała dłonią za głowę, aby zgrabnym ruchem ręki ściągnąć spinkę, która trzymała w uwięzi opalizujące promieniami słońca blond włosy. Jak na komendę nieregularne fale poleciały ku ramionom, zatrzymując się kilka centymetrów poniżej linii obojczyków. – Na gwałt potrzebuję zimnego prysznica. Idę się umyć. Pojutrze, na grillu, będę wychwalać cię pod niebiosa przed twoją mamą, zobaczysz. Nie pozwolę jej nawet na najmniejszą krytykę w twoim kierunku. A przy okazji, oblejemy w końcu to twoje prawko; tym razem mi się nie wywiniesz. W końcu mogę legalnie wprowadzić cię w dorosłość.  

     Pozostawiając mnie onieśmielonego, skierowała się w stronę domu, pozwalając słońcu na namalowanie własnej interpretacji Narodzin Venus, uwieczniając czarniejącą sylwetkę o pomarańczowym obrysie już na zawsze w mojej pamięci trwałej, niczym martwy piksel wypalony na ekranie, już na wieki nadpisujący dynamiczny do tej pory obraz.  

     Po krótkiej chwili zebrałem wszystkie dzisiejsze narzędzia pracy z zamiarem zaniesienia ich do piwnicy. Moją uwagę przykuło jednak otwarte kilka metrów dalej okno niemal naprzeciwko mnie. Po niezliczonych sobotach spędzonych w tym budynku szybko zrozumiałem, że owo okno prawie nigdy nie jest otwierane, gdyż przez niezrozumiałą przez nikogo wizję fachowcy, robiąc remont łazienki kilka lat temu, wstawili prysznic w miejscu naprzeciwko tegoż właśnie okna. Po przebyciu kilku kroków moim oczom ukazał się widok, za który mógłbym pomalować cały dom, płot i trawę. Pani Izabella stała pod strumieniem wody z deszczownicy, pozwalając, by zimna woda przepływała przez twarz. Krople wody nieustannie docierały do łatwo oraz trudniej dostępnych zakamarków ciała kobiety. Stała pod idealnym kątem, niczym aktorka, grająca swój popisowy spektakl dla jednego, jedynego widza. Każdy jej ruch był pełen gracji. Celowy, jednak nienachalny. Nie byłem pewien, czy mnie widzi. Może specjalnie otworzyła okno przed wejściem pod prysznic? W tym momencie nie obchodziło mnie to w najmniejszym stopniu. Pragnąłem obserwować ten rytuał choćby do końca świata.  

  

  

     Koniec transmisji. Kaseta z nagraniem sprzed wielu lat wyskoczyła z szufladki w mojej głowie, pozwalając mi na powrót do rzeczywistości. Zmierzyłem wzrokiem swoją rozmówczynię. Przez ostatnie 10 lat nie zmieniła się tak bardzo. Kolor włosów jakby ciemniejszy, skóra twarzy w perfekcyjnej kondycji, kilka subtelnych, nierzucających się na pierwszy rzut oka zmarszczek. Nieco zaokrąglone policzki pięknie podkreślające ciepło, jakie od niej biło. Jej uroda zdawała się nie poddawać upływowi minionego czasu.  

     – Co słychać u Karola? – przerwałem przedłużającą się ciszę.  

     – W przyszłym roku bierze ślub – odpowiedziała, nadal nie odrywając wzroku od swojej herbaty.  

     – Ślub? Cały czas mówimy o Karolu?  

     – Nie powiedział ci?  

     – Wiesz… Nie rozmawiamy zbyt często. Wiem tyle, że mieszka w Londynie i prowadzi firmę z ojcem – zrobiłem krótką pauzę, wziąłem głęboki oddech i dodałem – Bella, on wie.  

     Bella przestała wpatrywać się w pływający imbir. Spojrzała na mnie z miną wyrażającą niepokój.  

     – Nie powiedział mi tego wprost. Nigdy nie poruszył tego tematu, ale wiem, że tak jest… Byłbym ślepy, gdybym nie zauważył, jak bardzo zmienił się w stosunku do mnie. Nie wiem, czy domyślił się sam, czy dowiedział się od kogoś… wtedy kiedy…  

     – Kiedy pijana i wściekła postanowiłam wykrzyczeć twojej mamie, jaka ze mnie wspaniała przyjaciółka? – dokończyła za mnie zmienionym głosem, niepodobnym do jej ciepłego altu. – Nigdy nie miałam odwagi odezwać się do niej przez te wszystkie lata. Spróbować wyjaśnić… cholera, wytłumaczyć się – Spojrzała w sufit i zastygła tak na kilka sekund, dając sobie czas na uspokojenie oddechu. – Czy ona mówiła coś na mój temat, z wyjątkiem oczywistych epitetów?  

     – W ogóle o tobie nie mówiła. Jakby tamta sytuacja, wasza znajomość nie miały miejsca. Zachowuje się, jakbyś nie istniała. Wiesz, jaka ona jest. Ona nie rozmawia o problemach, nie konfrontuje ich. Po prostu żyje swoim życiem, jakby nigdy nie istniały. Kiedy byłem dzieckiem, często pytałem ją o ojca. Gdzie jest, co teraz robi, jakim jest człowiekiem i dlaczego od nas odszedł – teraz to ja ostatnie słowa wypowiedziałem z lekką chrypką. Odchrząknąłem i kontynuowałem swój wywód. – Po prawdzie to jej trochę zazdroszczę, jeśli naprawdę potrafi tak po prostu odciąć się od niewygodnych dla niej kwestii.  

     – To nigdy nie jest takie proste, Łukasz. Wychowała cię sama. Nie popieram jej podejścia i wielokrotnie jej o tym przypominałam. Takie odcięcie się emocjonalnie pomogło jej poradzić sobie z rolą samotnej matki, ale poszkodowany byłeś ty. Tego nie da się włączyć i wyłączyć na żądanie. Może gdyby dawała ci więcej ciepła, nie byłoby tak łatwo manipulować tobą emocjonalnie.  

     – Ktoś mną manipulował?  

     – Ja.  

     Wiedziałem, że to prawda. Była to jednak jedna z tych prawd, z którymi żyje się komfortowo, zapomina o ich istnieniu. Prawda, którą nosi się ze sobą wszędzie w kieszeni, kładzie się z nią spać i budzi każdego poranka. To jedna z tych prawd, które ignoruje się tak długo, jak to tylko możliwe, do momentu, gdy ktoś nie wypowie jej na głos.  

     – Nie uważam tak – skłamałem.  

     Izabella uśmiechnęła się lekko i bezgłośnie wypuściła powietrze nosem.  

     – Kłamiesz. Jesteś uroczy, kiedy próbujesz mnie nie ranić, ale nie musisz mnie chronić przed konsekwencjami moich własnych czynów. Miałam dużo czasu na rozmyślanie o moich problemach, konfrontowanie się z nimi i nawiązywanie z nimi więzi emocjonalnej. W każdej chwili mogłam to wszystko przerwać, opamiętać się. Przyglądałam się temu, z jaką pasją na mnie patrzyłeś, jak rozbierałeś mnie wzrokiem i szukałeś okazji, żeby spędzać ze mną czas. Rozkoszowałam się świadomością, że mnie pragniesz, delektowałam się twoim pożądaniem. Lata małżeństwa z mężczyzną, który mnie zdradzał i nie przejawiał mną zainteresowania, sprawiły, że moje poczucie kobiecości wyschło i pożółkło. Ty budziłeś we mnie coś, o czym myślałam, że dawno umarło. Kiedy patrzyłam ci w oczy, dostrzegałam w nich kobietę, którą ty we mnie widziałeś. Kobietę, którą ja sama zawsze chciałam być. Upajałam się świadomością, że taką mnie widzisz – ledwo dostrzegalnie przygryzła zębami dolną wargę. – I podniecało mnie to.  

     – Nie winię cię za to, co się stało. Ja również miałem kilka lat na rozmyślania. Nie żałuję tego, co między nami było. Wspominam to… wspominam ciebie z dużym sentymentem. Zawsze z uśmiechem, wyłącznie w ciepłych kolorach.  

     Izabella zaśmiała się na głos. Niezwykle uroczo, dziewczęco. Szczerze.  

     – I pomyśleć, że przyprowadziłam cię tu, żebyś nie pomyślał, że próbuję cię ordynarnie zaciągnąć do łóżka. Herbata na mieście wydawała mi się bardziej niewinna i przy okazji dawała sposobność, żeby wybadać grunt.  

     – Wybadać grunt? – zapytałem z szerokim uśmiechem, utkwiwszy wzrok w jej pełnych blasku oczach.  

     – Och… Łukasz. Nie udawaj głupiego, to mnie obraża. Może i jesteś naiwny jak dziecko, ale nie głupi.  

     Nie odpowiedziałem. Tym razem to ja bez wcześniejszego ostrzeżenia wyzwałem moją rozmówczynię na klasyczny pojedynek na spojrzenia. Klasycznie, jak to zwykle bywa… przegrałem.  

     – W każdym razie, bardzo się cieszę, że od tego zaczęliśmy. Często o tobie myślałam przez ostatnie lata. Gnębiło mnie poczucie winy z powodu tego wszystkiego… – urwała na chwilę, pozwalając, by skóra na jej czole zmarszczyła się na krótką chwilę, po czym szybko wróciła do urwanej wypowiedzi. – Bardzo brakowało mi naszych rozmów. Tęskniłam za możliwością wygadania ci się z zawartości moich myśli, to bardzo terapeutyczne doświadczenie. Teraz wiem na 100 procent, że chciałabym kontynuować naszą znajomość w takiej formie. Jako para przyjaciół.  

     – Para przyjaciół to moja ulubiona para. Wchodzę w to.  

     Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Drzwi, które stały uchylone przez ostatnią godzinę, zostały zamknięte na klucz. Poczułem, jak ciężar, który nosiłem w sobie od momentu, kiedy spotkałem Bellę w sklepie, powoli opuszcza moje ciało, pozwalając mi ponownie na spokojny oddech. Niepewność, którą czuliśmy oboje, kiedy nasze spojrzenia spotkały się w dziale z owocami i warzywami, odfrunęła bezgłośnie. Uśmiech, którym mnie wtedy obdarzyła, był niemal identyczny do uśmiechu, który widziałem teraz. Nie potrafię powiedzieć, czym się różni. Nie umiem dostrzec różnic pomiędzy dwoma obrazkami. Po prostu podświadomie wiem, że teraz jest inaczej.  

     – Może zmienimy lokal? Mam straszną ochotę przepłacić za jakiegoś słodkiego drinka.  

     – Miałem zaproponować to samo.  

  

  

***  

  

  

     Drogę do domu oświetlał nam księżyc, a przynajmniej przypisywał sobie większość zasług. Mijane co jakiś czas latarnie zdawały się cicho akceptować hegemonię satelity, nie pisnąwszy nawet słowem o tym, że świeci on wyłącznie światłem odbitym.  

     – Jak myślisz, czym w ogóle jest atrakcyjność? – nie pozwoliłem zmienić tematu.  

     – Ech, no dobrze… Wydaje mi się, że jest to po prostu jeden z mechanizmów, którymi obdarzyła nas matka natura, żebyśmy nie wyginęli – wypowiedź przerwała cicha czkawka i niekontrolowany wybuch śmiechu, przerwany kolejnym czknięciem – głównie z nudów.  

     – No tak, z tym się zgadzam, ale nie do końca o to mi chodziło. Co sprawia, że czujemy się atrakcyjni?  

     – Nie mam pojęcia. Ty mi powiedz.  

     Spojrzałem jeszcze raz na wiszący nad naszymi głowami księżyc.  

     – Myślę… myślę, że czujemy się atrakcyjni z niewłaściwych powodów.  

     – Ohoho… – wydała z siebie rozbawiony dźwięk – a jakiż to powód jest…  

     – Cii… – Przysunąłem palec do jej ust, nie pozwalając dokończyć zdania. Zatrzymaliśmy się na środku wąskiego chodnika. Izabella złapała się mojego ramienia w poszukiwaniu równowagi, po czym zmrużyła nieznacznie powieki, prawdopodobnie chcąc widzieć moją twarz wyraźniej. – Pomyśl, Bella… Szukamy walidacji u ludzi. Ubieramy się w modne ubrania, układamy włosy tak, żeby wyglądać jak najlepiej, staramy się zachowywać w określony sposób. I gdzie szukamy potwierdzenia? Łakniemy komplementów, ukradkowych spojrzeń, próżni słuchamy z zapartym tchem miłych rzeczy na temat naszego wyglądu. Kontrolujemy wygląd w lustrze; gdy nikt nie patrzy, przeglądamy się na szybko w aparacie telefonu. Wiecznie szukamy potwierdzenia naszej atrakcyjności z zewnątrz, a powinniśmy ją czerpać stąd – kończąc zdanie, położyłem otwartą dłoń na jej piersi. – Tutaj – dodałem, kiedy nasze spojrzenia spotkały się, a ja poczułem, jak jej wzrok przenika moją duszę, kroi wszystkie warstwy, wchodzi głębiej, nie napotykając żadnego oporu – powinien leżeć rdzeń naszego postrzegania własnej atrakcyjności. Nie potrzebujesz mnie ani nikogo innego. Ty świecisz własnym światłem. I jest jasne jak chol… era. – zakończyłem wypowiedź czkawką, zabijając bezpowrotnie podniosłość chwili. Izabella nie odezwała się ani słowem. Odpowiedziała mi swoim śmiechem, który mógłby z powodzeniem roztopić serce z lodu, a następnie usmażyć je na rożnie.  

     Ruszyliśmy ponownie w stronę jej domu, już w ciszy, poruszając się powoli, chwiejnym krokiem. Iza nadal trzymała się mojego ramienia, pozwalając głowie raz na jakiś czas opaść na mój lewy bark. Za rogiem wyłaniał się już z ciemności zielony dom. Dom, którego rozkład pomieszczeń wrył się w moją pamięć do tego stopnia, że mógłbym z powodzeniem poruszać się tam w całkowitej ciemności. Zatrzymaliśmy się przy furtce. Izabella wyciągnęła z kieszeni długiego, szarego płaszcza pęk kluczy. Spróbowała wzrokiem rozpoznać, który jest właściwy, jednak po krótkiej chwili postanowiła wymacać kształt pożądanego klucza.  

     – Dziękuję za cudownie spędzony wieczór – przeciągnęła nieznacznie końcówkę zdania. Dla zabawy czy może to wina alkoholu? – Lubię być zaskakiwana twoją obecnością.  

     – Musimy częściej się tak zaskakiwać.  

     Przytuliłem ją delikatnie, zatrzymując dłoń na plecach. Poczułem ciepły oddech na policzku. Oddaliłem się nieznacznie, żeby widzieć dokładnie jej twarz. Patrzyła na mnie, uśmiechając się nieznacznie. Nietrudno było odgadnąć, że przez chwilę się nad czymś usilnie zastanawiała. Po chwili z jej twarzy zniknął cień niepewności; rozszerzyła uśmiech, eksponując komplet ząbków.  

     – Do zobaczenia w takim razie – rzuciła, po czym pocałowała mnie czuło w policzek. – Do następnego niespodziewanego spotkania.  

     – Dobranoc – odpowiedziałem bardziej do siebie niż do niej, obserwując, jak kieruje się ku drzwiom wejściowym, by za moment zniknąć za nimi bezpowrotnie.  

  

  

***  

  

  

     Powrót do domu zajął mi niecałe 5 minut. Kiedy byliśmy mniejsi, często ścigaliśmy się z Karolem z jednego do drugiego domu. Niewielki format rodzinnego miasta irytował i ograniczał mnie w szkole średniej, kiedy marzyłem o zniknięciu w tłumie ludzi, na ruchliwej ulicy, pośród betonowej dżungli. Dzisiaj natomiast widzę plusy tego kameralnego systemu kilkudziesięciu ulic z niewielkim rynkiem i starówką w centrum. Dzisiaj te same, znajome ulice pokazały mi się w nowym świetle. Nie zmieniły się nic a nic, jednak z jakiegoś powodu wydawały się dziś piękniejsze niż kiedykolwiek.  

     Zmęczony, wziąłem szybki prysznic i umyłem zęby. Wróciłem na palcach do mojego dawnego pokoju, dzisiaj pełniącego rolę przede wszystkim magazynu na ubrania. Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy, oczekując z niecierpliwością na nadejście snu.  

     Ten jednak nie nadszedł.  

     Nie wiem, jak długo przewracałem się z jednego boku na drugi. Niezależnie od tego, w jakiej pozycji leżałem i jak bardzo zamykałem oczy, nie byłem w stanie zobaczyć ciemności. Przed moimi oczyma widniała ona. Panowała niepodzielnie w mojej świadomości, nie dopuszczając do głosu innych myśli.  

     Otworzyłem oczy. Sięgnąłem w kierunku szafki nocnej, w poszukiwaniu telefonu. Znalazłem aplikację wiadomości, wyszukałem kontakt: Izabella.  

     Moim oczom ukazała się długa lista wiadomości sprzed pięciu lat, na które nigdy nie odpowiedziałem. Powoli przesuwałem palcem po ekranie, przeglądając wszystkie od najnowszych do najstarszych. Wszystkie były do siebie bardzo podobne. Niektóre z nich zawierały prośby i obietnice zmiany, jeszcze inne oskarżały o niewierność, niedojrzałość, kilka dłuższych, złożonych głównie z przeprosin, na groźbach kończąc.  

     Cóż… przynajmniej w tej ostatniej kategorii była słowna. Po kilkudziesięciu otrzymanych wiadomościach postanowiłem w końcu zablokować numer. Krótko po tym cała okolica, z moją matką na czele, dowiedziała się o naszym romansie. Dlaczego nie usunąłem tych wiadomości? Po co je tu trzymam przez te wszystkie lata? Jaki jest cel archiwizowania konwersacji… żeby sprawiać sobie ból?  

     Nacisnąłem ikonkę kosza.  

Czy na pewno chcesz usunąć całą konwersację? Tej operacji nie będzie można cofnąć.  

     Westchnąłem. Nacisnąłem „NIE”.  

     Przeszedłem do sekcji z wysłanymi i otrzymanymi zdjęciami. Moim oczom ukazał się pokaźny kolaż zdjęć i filmów. Założyłem słuchawki i kliknąłem w pierwszy kafelek.  

     Na pierwszym zdjęciu Izabella stała przed lustrem, w łazience. Miała na sobie luźną, białą koszulkę i proste, czarne majtki. Wyglądała na dość skrępowaną. To musiało być pierwsze zdjęcie, jakie kiedykolwiek mi wysłała. Musiało to być niedługo po…  

     Następne kilka zdjęć przedstawiało Izę w różnych częściach domu. Była w pełni ubrana.  

     Kolejne fotografie zabrały mnie w podróż po schodach, aż do sypialni. Na każdym kolejnym zdjęciu Iza pozbywała się części garderoby, kończąc sesję na łóżku, leżąc bokiem, ze zgiętą nogą w kolanie, jedną ręką zasłaniając piersi. Przygryzała wargę, patrząc niepewnie w obiektyw telefonu.  

     Z biegiem przeglądania coraz częściej zdjęcia twarzy lub te przedstawiające nowe sukienki i bieliznę, ustępowały miejsca już odważniejszym kadrom. Bella eksponowała więcej swojego ciała, zyskała na pewności siebie, nabrała brawury. Zaczęła szukać adrenaliny.  

     Trzy kolejne zdjęcia przedstawiały Izabellę, odkrywającą lewą pierś, wewnętrzną stronę uda oraz na ostatnim, z podwiniętą do góry koszulą nocną, dłonią masowała cipkę, spoglądając wyzywająco w obiektyw. W tle leżał na łóżku śpiący mąż. Nie pamiętam, kiedy stała się taka śmiała.  

     Z czasem zaczęły pojawiać się też filmiki, na których szeptem opowiada o swoich aktualnych pragnieniach. Informowała o tym, w jakiej pozycji chciałaby się ze mną kochać, opisywała szczegółowo swój wymarzony scenariusz na nasze najbliższe spotkanie. Raz po raz pozwalała sobie na stłumione jęki, tym samym zdradzając, że robi sobie dobrze.  

     Jeden z nowszych filmików przedstawiał Izabellę na łóżku. Miała na sobie burgundowy, koronkowy komplet bielizny. Telefon leżał oparty na szafce, dając jej swobodę ruchów. Blondynka przez jakiś czas niespiesznie wiła się po całej szerokości łóżka, eksponując swoje wdzięki z najlepszej strony.  

     – Leżę tu taka sama i niezaspokojona – Wzięła telefon do ręki. Zbliżyła do siebie, przesuwając kamerę powoli w stronę piersi. – Jest mi zimno. Zobacz, mam gęsią skórkę.  

     Odsunęła jedno ramiączko i niespiesznie, na własnych zasadach uwolniła jedną pierś. Potarła kciukiem sutek, który momentalnie stwardniał.  

     – Zacznę sama, dopóki do mnie nie przyjdziesz – Zbliżyła pierś do swoich ust, a następnie zaczęła niespiesznie ssać nabrzmiały, pociemniały już sutek.  

     Następny filmik kontynuował zabawę z poprzedniego. Iza położyła się na plecach, uniosła wyprostowane nogi w kierunku sufitu i płynnym, zdecydowanym ruchem ściągnęła majtki, eksponując pełne, krągłe pośladki. Rozsunęła nogi i przybliżyła kamerę, aby pokazać szczegółowo dopiero co uwolnioną cipkę. Nie czekając długo, kobieta rozpoczęła swój taniec. Palce jej dłoni krążyły wokół wzgórka, jakby zapraszała do wspólnej zabawy. Nareszcie powolnym ruchem zanurzyła palec wskazujący w pochwie. Sypialnia wypełniła się głębokim jęknięciem. Do pierwszego palca niecierpliwie dołączył drugi, jakby zazdrosny o efekt, jaki wywołał poprzedni. Duet rozpoczął niekończącą się rywalizację o to, który zapewni kobiecie większą rozkosz. Pomieszczenie wypełniło się nieskrępowanym niczym jękiem Izabelli. Masturbowanie się dla mnie zdawało się sprawiać mężatce mnóstwo przyjemności.  

     – Sama nie dam sobie rady, Łukasz. Musisz… och… musisz mi pomóc.  

     Kobieta wzięła telefon do ręki i zbliżyła do swojej twarzy.  

     – Czekam na ciebie. Potrzebuję prawdziwego mężczyzny. Mężczyzny, który wyrucha mnie jak swoj… swoją kurewkę – Ostatnie słowo zamieniło się w przeciągły jęk. – Jestem tu sama. Nikt nam nie będzie przeszkadzać. Będziemy mieć dla siebie całą noc. Pozwolę ci ze sobą zrobić, co tylko zechcesz, tylko nie każ na siebie czekać zbyt długo…  

  

  

     Zdjąłem słuchawki. Do moich uszu zaczął dobiegać równomierny szum deszczu, roztrzaskującego się o dach domu. Poczułem, jak moje bokserki z sekundy na sekundę robią się coraz bardziej ciasne. Teraz już na pewno nie zasnę. Świetny pomysł, Łukasz.  

     Wbrew sobie zamknąłem oczy, jednak tym razem nie łudziłem się ani przez chwilę, że zmrużę tej nocy oczy chociaż na chwilę. Odgłos deszczu wypełnił moją świadomość. Po zaledwie kilku sekundach moją pamięć pobudziło jeszcze jedno wspomnienie. Wspomnienie tego pamiętnego wieczoru. Wtedy też padało tak jak dzisiaj.  

  

  

     Robiło się już chłodniej. Słońce niespiesznie, jakby ospale, zmierzało ku horyzontowi. Złota godzina. Złota jak jej włosy, jak sukienka, którą miała wtedy na sobie. Luźna, wiosenna. Kolorowe kwiatki falowały razem z całym materiałem pod wpływem wiatru.  

     Impreza dobiegała końca, a więc nikt nie zwracał już uwagi na ostatni, żarzący się jeszcze węgielek pośród popiołu. Co jakiś czas posykiwał cicho, gdy krople tłuszczu z kiełbasek spadały leniwie na dół. W powietrzu unosił się zapach dymu, filtrowany przez mój upośledzony alkoholem zmysł węchu. Wypiłem więcej niż planowałem pokazać, że potrafię. Czułem na sobie nieprzyjemne spojrzenie mamy, jakby krojące nożem całą moją fasadę, moją próbę wmówienia wszystkim zebranym, że nigdy wcześniej nie miałem w ustach alkoholu. Izabella wyglądała na niezwykle rozbawioną, przełączając swoje spojrzenie z mojej twarzy na twarz mamy. To ona podstawiała mi pod nos przeróżne trunki, zupełnie ignorując protesty mojej matki. Jak widać, ma spory wpływ na podejmowane przez nią decyzje, także względem mnie.  

     – Nie możesz zostać dłużej? Myślałam, że chociaż wy pomożecie mi posprzątać.  

     – Mam pociąg o 7 rano – odpowiedziała nieco oschle mama. – Trzeba było nie puszczać wędkarzy i kazać im posprzątać. Te ich całe zawody to jakiś absurd. Dwóch dorosłych chłopów jedzie pół Polski, żeby siedzieć na łódce i gapić się w spławik. Faceta trzeba zagonić do roboty, najlepiej na smyczy.  

     – Ach… wiesz… – próbowała nie wchodzić w dyskusję. – Nie umiem prosić o pomoc kogoś, kto tego nie chce.  

     – Ależ nie musisz, kochanie – nie musiałem odwracać się w jej stronę, aby wiedzieć, że przeszywa mnie wzrokiem. – Łukasz bardzo chętnie ci pomoże. Może przy okazji wytrzeźwieje.  

     Wbrew pozorom, sprzątania nie było tak dużo. Iza zadeklarowała, że grilla umyje jutro. Po odjęciu najgorszej pozycji z listy, samo sprzątanie resztek jedzenia i śmieci minęło nam zaskakująco szybko. Proces przetransportowania worków oraz pojemników z altanki do piwnicy podzieliliśmy na 3 kursy. Po wykonaniu wszystkiego, o co poprosiła mnie pani Izabella, poczułem na ramieniu pierwsze krople deszczu.  

     – Och, prosiłam ich, żeby chociaż przykryli drewno przed wyjazdem. Pomożesz mi? Sama nie dam rady tego przykryć, zanim całkiem nie przemoknie.  

     – Jasne. Czym będziesz palić w kominku w środku lata? – zażartowałem, po czym zacząłem biec w kierunku sporego stosu porąbanego drewna. Izabella biegła zaraz za mną, starając się nie przewrócić na nabierającej wilgoci trawie. Po kilku przebytych metrach zrzuciła ze stóp japonki, które mocno ograniczały ją w wyścigu z czasem. Po kilkunastu sekundach znaleźliśmy się na końcu podwórka. Niezdarnie i zdecydowanie zbyt wolno przykryliśmy stos czarną płachtą i dociążyliśmy kamieniami. Zaczęło lać.  

     – Zostawiłam telefon w altanie! – krzyknęła, próbując przekrzyczeć zagłuszający stukot kropel deszczu o płachtę.  

     – Biegnijmy!  

     Biegliśmy. W odróżnieniu od pani Izabelli, postanowiłem nie pozbywać się mojego obuwia. Po kilkunastu przebiegniętych krokach wylądowałem na ziemi. Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech. Pomogła mi wstać. Nie puszczając mojej dłoni, zaprowadziła mnie w stronę altanki. Trzymając się za ręce, przebiegliśmy ostatnie metry, by wpaść roześmiani pod dach. Otaksowałem ją wzrokiem. Podobnie jak ja, zdążyła przemoknąć do suchej nitki. Przez krótką chwilę po prostu śmialiśmy się do siebie, utrzymując kontakt wzrokowy oraz fizyczny. Jej dłoń była tak delikatna, jakby nigdy wcześniej niczego nią nie dotykała. Przez te kilka sekund delektowałem się kontaktem z jej skórą. W tym czasie twarz Izy zmieniła się diametralnie. W oczach malowało się zdecydowanie, usta rozwarły się nieznacznie. Nie czekając na ruch z mojej strony, przylgnęła do mnie całym ciałem, ustami znalazła moje usta.  

     Niczym w transie, nieokiełznanym szale, natychmiast złapałem ją dłonią za talię i docisnąłem do siebie jeszcze mocniej, sklejając nasze ubrania, pieczętując nasze dusze. Przygryzłem jej dolną wargę i pociągnąłem nieznacznie. Słysząc cichy pomruk zadowolenia, przerwałem pocałunek i cofnąłem na moment głowę. Przyjrzałem się kobiecie dokładnie. Przez ułamek sekundy zdawała się nad czymś zastanawiać, jednak po tym czasie resztki niepewności bezpowrotnie zniknęły z jej twarzy. W oczach pojawiło się pragnienie. Żądza.  

     Zdecydowanym ruchem popchnęła mnie w stronę ławki w kształcie przeciętego wzdłuż pnia drzewa. Gdy opadłem na drewniane siedzenie, Izabella błyskawicznie znalazła się przy mnie. Pośpiesznymi, chaotycznymi ruchami dostała się do sprzączki paska, agresywnie ściągnęła ze mnie spodenki razem z bielizną. Nie tracąc nawet sekundy, bez przeciągania i zbędnych ceregieli pozbyła się także własnych majtek, a następnie usiadła okrakiem na moich kolanach. Ręką znalazła twardniejącego z każdą sekundą penisa. Podciągnęła dół sukienki do góry. Nie czekając ani chwili, znalazła drogę do celu. Poczułem ciepło. Ciepło i wilgoć. Zaproszenie. Cipka kobiety była na mnie gotowa, w odróżnieniu ode mnie. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Nigdy wcześniej nie byłem z kobietą, nie czułem wszechogarniającego gorąca na moim kutasie. Nie znałem uczucia mrowienia, które przebiega po całym ciele, rozchodzi się z każdym pchnięciem, jak kręgi na wodzie.  

     Bella nie czekała na mój ruch, nie wymagała ode mnie inicjatywy ani doświadczenia. Brała mnie po kawałku. Łapczywie i dużymi kęsami. Jej biodra poruszały się płynnie, ale nierównomiernie. Z każdym kolejnym pchnięciem starała się nadziewać się na mojego członka pod odrobinę innym kątem. W pewnym momencie pewnie złapała mnie za spoczywające na jej plecach ręce i zabrała je niżej, pozostawiając na swoich pośladkach, upewniwszy się uprzednio, że zrozumiałem układ, w jakim mam przysuwać i odsuwać ciało kobiety od siebie. Gdy już pewniej wspomagałem ją w ujeżdżaniu mnie, ściągnęła ze mnie przemokniętą koszulkę i rzuciła ją w bok. Przylgnęła do mojej szyi. Całowała ją. Lizała. Co i raz przygryzała skórę na wysokości obojczyka, trzymając dłoń utopioną w moich włosach.  

     Posuwiste ruchy nabrały nieco szybkości. Izabella zsunęła oba ramiączka, a sukienka opadła błyskawicznie na biodra, eksponując duże, podskakujące piersi. Złapała mnie boleśnie za włosy i przyciągnęła głowę do siebie, zanurzając ją w swoich cyckach. Praktycznie wsadziła mi jeden z sutków do ust, wypowiadając stanowczo polecenie: – Ssij.  

     Sutek był twardy już w momencie, gdy sukienka poleciała w dół, jednak dopiero teraz sterczał naprawdę sztywno. Chcąc przetestować czułość kobiecych sutków, przygryzłem go nieznacznie. Izabella krzyknęła przeciągle.  

     – Chcesz mi go odgryźć? Chyba muszę cię nauczyć, jak postępować z kobietą…  

     Oparła się stopami o siedzisko ławki. Ruchy jej ciała straciły na płynności, zyskując na wertykalności. Począwszy od powolnego podnoszenia i opuszczania, szybko nabrała tempa. Nadziewała się na mnie z dużą siłą i intensywnością, nie hamując się już z głośnością swoich jęków. Czego nie zniweluje odległość od najbliższego domu, wytłumi dudniący deszcz.  

     Nie wytrzymałem. Bez ostrzeżenia, bez żadnej kontroli nad moim ciałem, poczułem wystrzał pokaźnej salwy spermy. Bella albo nie zauważyła, albo też nie przejęła się szczególnie faktem spoczywającego w niej nasienia ani też tym, że penis, po którym od jakiegoś czasu skacze, przestał być tak sztywny i twardy. Jeśli wiedziała, nie przejmowała się też tym, że zaczyna sprawiać mi ból. Uniosła głowę do góry i z twarzą pełną tryumfu wydała z siebie gardłowy krzyk rozkoszy. Wykonała jeszcze kilka mocnych ruchów, opadała na mnie z impetem, który świadczył o braku kontroli. Z zamkniętymi oczami przeżywała ekstazę, na której nadejście musiała czekać latami. Nareszcie wygięła ciało w łuk i docisnęła moją głowę do swojej piersi. Spędziliśmy w tej pozycji kilka kolejnych sekund.  

     – Spuściłeś się we mnie, chłopaku – oskarżyła mnie ostrym, niepodobnym do niej głosem.  

     – Przepraszam… ja nigdy…  

     – Nie smakowałam spermy od bardzo dawna. Dlatego tym razem wytrzymasz na tyle długo, aby grzecznie spuścić mi się do ust, rozumiemy się? No, mam nadzieję. A teraz wyruchasz mnie porządnie na tym stole, jak grzeczny chłopiec.  

     Jej ton nie pozostawiał miejsca na choćby odrobinę sprzeciwu. Niczym zaprogramowany na wykonywanie poleceń, chwyciłem mocniej za pośladki i nie wyciągając z niej twardniejącego na nowo penisa, przeniosłem moją panią na masywny stół. Ustawiając ją tak, aby pośladki wystawały znad tafli stołu, złapałem za jej uda i począłem powoli, ale dokładnie zanurzać i wyciągać kutasa. Słysząc jej ciche, rozpływające się w deszczu pojękiwania, zostałem zachęcony do śmielszych ruchów. Trzymając się mocno miękkich ud, starałem się dorównać płynności, jaka towarzyszyła Belli, kiedy ujeżdżała mnie kilka chwil temu. Czułem, jak jej ciało próbuje odskakiwać pod wpływem niewprawnych posunięć, ocierania się o niewłaściwe miejsca. Objęła mnie nogami i przyciągnęła do siebie, korygując kąt, pod jakim w nią wchodzę. Następnie złapała mnie za pośladki, by w ten sposób nadawać rytm i zachowywać odpowiedni kąt. Dopiero teraz jej ciało zdawało się całkowicie rozluźnić. Zamknęła oczy. Poddała się rytmowi jednostajnych pchnięć. Jej piersi falowały leniwie, płynąc z prądem, dając się ponieść chwili. Z biegiem czasu przyspieszałem moje ruchy. Powoli docierało do mnie to, że właśnie pierdolę najlepszą przyjaciółkę mojej matki. Mężatkę, matkę mojego kumpla. Kobietę moich marzeń. Towarzyszkę wszystkich moich erotycznych snów.  

     Nabrawszy pewności siebie, bez pytania o zgodę, podniosłem zaskoczoną Izę ze stołu i posadziłem na barierce altany. Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym uznania, jak nauczycielka, która trafiła na zdolnego ucznia. Potrząsnęła głową, próbując odrzucić do tyłu mokre włosy, jednak bez większego sukcesu. O nagie plecy uderzał ogrom kropel deszczu, jednak nie mogąc już być bardziej mokra, zdawała się nie przykładać do tego większej uwagi. Kiwnęła głową, by zachęcić mnie do działania. Nie spuszczała ze mnie wzroku i sama nie pozwalała mi przerwać kontaktu wzrokowego. Do twarzy już na stałe przykleił się wyraz tryumfu, przerywany momentami rozkoszy, gdy raz po raz, konsekwentnie, mocno i do samego końca pieprzyłem ją, jednocześnie dociskając do drewnianej barierki.  

     W końcu nadszedł moment, w którym wiedziałem, że to koniec. Poczułem, jak druga partia nasienia przebyła drogę z jąder, gotowa do wystrzału. Wyciągnąłem penisa z nabrzmiałej od wrażeń cipki, dając do zrozumienia, że za chwilę dojdę. Izabella zręcznie, ale bez pośpiechu uklęknęła na oba kolana i wsadziła kutasa do swoich ust. Poczułem delikatne łaskotanie, gdy język wędrował zgrabnie po żołędziu. Pomagając sobie ręką, połknęła członka do połowy kilkukrotnie, do momentu aż poczuła, jak zalewam jej usta ciepłą spermą. Jęknąłem przeciągle, gdy mimo osiągnięcia szczytu, dalej bawiła się moim penisem, testując moje limity. W końcu zostawiła go całkowicie w spokoju, oblizała dokładnie usta. Wstała z kolan.  

     – Zawsze wiedziałam, że to ja zrobię z ciebie mężczyznę.  

     Deszcz powoli ustępował. Słońce niemal całkowicie schowało się za horyzontem. Nawet nie zauważyłem, jak szybko świat dookoła ściemniał.  

     – A teraz proponuję pójść razem pod prysznic. Mamy dla siebie cały weekend. Nie musimy się tak spieszyć.  

  

  

     Otworzyłem oczy. Poczułem, że nadszedł już czas, aby przestać się oszukiwać. Niemal w transie, otumaniony, głuchy na protesty mojego własnego rozsądku wygramoliłem się z łóżka i założyłem na siebie ubrania, które były pod ręką. Wziąłem parasolkę i wyszedłem z domu. Niczym po sznurku, zacząłem zmierzać w jej kierunku.  

     Nie pamiętam przebytej drogi. Odzyskałem świadomość przy furtce. Otwarta. Wszedłem na podwórze. Kolejne kilkanaście kroków przebyłem nieświadomy faktu przemieszczania się. Nie kontrolowałem mojej ręki, która sama, bez mojego udziału dotknęła dzwonka do drzwi. Czas zwolnił. Te kilkanaście sekund, których gospodyni potrzebowała na dotarcie do klamki, wydawało się trwać godzinami. Godzinami paraliżu, niemocy i braku kontroli.  

     Drzwi otworzyły się. U progu stanęła Izabella, ubrana w satynowy szlafrok. Jej jeszcze trochę wilgotne włosy spoczywały na wysokości piersi. Wyglądała na zaskoczoną moją obecnością, jednak mnie już nie obchodziło to, czy naprawdę się mnie nie spodziewała czy taki był jej plan od samego początku. Bez słowa wszedłem do środka, zamknąłem drzwi i gwałtownie przyparłem kobietę do ściany.  

     Brak reakcji. Tylko to spojrzenie… tak nieoczywiste, chociaż wydaje się być tak jednoznaczne. Nie odezwała się nawet słowem. Porwała tylko moje spojrzenie i związała niewidzialną nicią ze swoim. Przygryzła usta. Mógłbym przysiąc, że przejechała językiem po dolnej wardze, a jej powieki rozszerzyły się ledwie zauważalnie.  

     Czy właśnie tego chciała? Czy umyślnie doprowadziła do tego momentu, a może to wszystko przeze mnie? Jakie ma to teraz znaczenie? Jesteśmy tutaj, teraz. Punkt zero. Piasek w klepsydrze przesypał się, zegar wybił północ, bomba zakończyła odliczanie.  

     Pogodziłem się z brakiem kontroli. Przesiadłem się na miejsce pasażera, pozwalając, by kierownica sama decydowała, gdzie skręci moim życiem. W zwolnionym tempie obserwowałem, jak moje usta powędrowały jak po sznurku w kierunku jej ulubionego miejsca na szyi. Usłyszałem stłumiony jęk, następnie krótki, ciepły podmuch powietrza. Każde czułe miejsce na szyi Izy zostało poddane znajomej terapii. Zamknęła oczy. Poddała się całkowicie.  

     Złapałem za dół szlafroka, zakrywający górną połowę ud kobiety, i podwinąłem powoli do góry aż za linię bioder. Dłonie Belli jakby samowolnie szukały możliwości złapania się ściany. Porwałem je i umieściłem nad jej głową.  

     Ponownie otworzyła oczy i uraczyła mnie kolejnym, tym razem o wiele prostszym do odczytania spojrzeniem. Jej oczy domagały się więcej. Lekki uśmiech zamkniętych warg, którego nie była w stanie stłumić, postawił kropkę nad i, w momencie, kiedy powoli ciągnąłem za pasek, odsłaniając pełnię jej kobiecości. Nie spiesząc się, związałem sztywno oba nadgarstki i przytwierdziłem do ramienia półki, wiszącej obok jej głowy.  
Odwinąłem materiał szlafroka, odsłaniając chowającą się za nim pierś. Próbowałem objąć dłonią, jednak bez powodzenia; była zbyt duża. Mój palec zaczął krążyć wzdłuż ciemnoróżowej brodawki, napotykając po drodze te same nierówności, co przed laty. To jak czytanie ulubionej książki po latach; doskonale wiesz, co stanie się za chwilę, a mimo tego wyczekujesz ze zniecierpliwieniem. A jeśli teraz zrobię palcem ósemkę… O, właśnie tak! Jej sutek zawsze po tym twardnieje. Sterczał tak sztywno, że z powodzeniem mógłbym na nim zagrać. Zamiast tego zbliżyłem usta i w ostatniej chwili odsłoniłem zęby. Do moich uszu dobiegł słodki odgłos bólu, wymieszany z narastającym podnieceniem.  

     Uklęknąłem na oba kolana. Nie czekając na jej reakcję, niespiesznie odchyliłem jej nogi. Kiedy moja głowa definitywnie wchodziła na kurs kolizyjny z kroczem Belli, ona stanęła na palcach i wysunęła miednicę do przodu, ułatwiając mi dostęp do swojej cipki. Nie miałem ochoty na romantyczną i powolną, przeciągającą się w nieskończoność grę wstępną. Nie. Chcę, aby stała się mokra najszybciej, jak to możliwe. Ta chwila jest dla mojej przyjemności i mojej satysfakcji.  

     Dzisiaj to ja panuję nad nią.  

     Czułem ciepło na całej twarzy, kiedy mój język pospiesznie wyznaczał znajome ścieżki. Nie myśląc o tym, na bieżąco przypominałem sobie wszystkie sposoby na szybkie zadowolenie mojej pani, których uczyła mnie przez ponad 3 lata naszej relacji. Wiedziałem, jak poprawnie doprowadzić Izabellę do szaleństwa. Przyjaciółka mojej mamy nie przebierała w środkach, aby moja edukacja seksualna została zaliczona na najwyższym poziomie. Była wykładowczynią, trenerką personalną i egzaminatorką w jednym. Teraz jednak oboje przekonamy się, co się stanie, jeśli świadomie obleję jej egzamin.  

     Gwałtownie złapałem za dolną część ud kobiety, powodując głośne klaśnięcie. Zaczynała mruczeć z zadowoleniem, kiedy ku jej zaskoczeniu podniosłem się razem z nią i podrzuciłem nad głowę. Częściowo dociskając do ściany, zmusiłem moją kochankę, aby pozostała dwa metry nad ziemią. Początkowo zaskoczona, próbowała zapytać, co się dzieje. Szybko zrezygnowała jednak, kiedy mój język ponownie wdarł się do środka. Smakowałem coraz obfitszych soków, czując, jak jej ciało stopniowo zaczyna drgać. Znałem tę reakcję. Niespodziewany ruch z mojej strony musiał zamplifikować odczuwane bodźce. Jeszcze chwila, muszę wyczuć odpowiedni moment. Przycisnąłem usta do warg sromowych i kilkukrotnie wciągnąłem i wypuściłem powietrze. Drżący jęk, jaki towarzyszył kobiecie, upewnił mnie w przekonaniu, że to jest moment, na który czekałem. Oderwałem się od niej i opuściłem na ziemię.  

     – Łukasz, dlaczego… – nie pozwoliłem jej dokończyć. Uniosłem jej lewą nogę do góry dla ułatwienia sobie drogi, po czym agresywnie wszedłem w nią do samego końca. Nieprzygotowana Iza zaklęła głośno i wydawało się, że chce mnie skonfrontować, przejąć kontrolę. Otworzyła już usta, jednak zatrzymała się, zanim zdążyła wypowiedzieć choćby słowo. Na jej twarzy pojawiło się coś na pozór zrozumienia. Poczułem, że mogła już przejrzeć mój plan. Rozgryzła mnie, przeczytała jak otwartą księgę… ale czy na pewno?  

     Poczułem, jak noga, którą trzymałem uniesioną na wysokości mojego biodra, obejmuje mnie jak wąż, oplatający swoją ofiarę i zdecydowanym ruchem popycha mnie do przodu. Przycisnęła mnie do siebie równie mocno i zdecydowanie, co ja sam przed chwilą. Krzyknęła. Tym razem przeciągle; ból przeobrażał się w czasie rzeczywistym w odgłos zadowolenia.  

     – Chłopak nauczył się nowych sztuczek, co? W takim razie grzecznie pokażesz swojej pani, jaki to jesteś ostry i niezależny.  

     Te słowa zadziałały na mnie bez opóźnienia. Poruszyłem się jak marionetka na komendę lalkarza. Ciało zostało rozszczepione z umysłem. Ponownie obserwowałem, jak moje własne ciało wykonuje precyzyjne ruchy, nad którymi nie mam kontroli. Jak pierdoli mocno moją nauczycielkę, moją panią. Moją władczynię. Słyszałem głuchy dźwięk, sporadycznego obijania się głowy o ścianę. Regularne klaskanie o uda. Jej krzyk. Zwierzęcy, nieokiełznany ryk. Czułem, jak ściany jej pochwy zaciskają się w skurczu na moim penisie, a zęby wbite w moją szyję powoli przedzierając się przez skórę. Trwaliśmy tak przez pół minuty, aż w końcu uścisk zelżał.  

     – Właśnie tak… Odwiąż mnie! Oddaj mi to… a teraz… teraz zanieś mnie na łóżko. Czekaj! Mam inny pomysł… Połóż się na plecach. Ręce nad głowę.  

     Posłusznie wykonałem każde z poleceń. Gdy czekałem na dalsze polecenia, Izabella płynnym ruchem wydostała się spod szlafroka, pozwalając, by ten opadł na ziemię. Ukazała mi się w pełnej krasie, uśmiechając się pod nosem. Idąc w moim kierunku, odmierzała w dłoniach długość paska, którym jeszcze niedawno była związana. Usiadła okrakiem na mojej klatce piersiowej. Nie zważając na mój komfort, przywiązała mnie do ramy łóżka, a następnie sięgnęła do szuflady szafki nocnej. Wyciągnęła z niej materiałową opaskę na oczy oraz małe pudełko, z którego wyjęła parę stoperów jednorazowych. Kiedy zaciągnęła mi opaskę na oczy, mój wzrok spowiła nieprzejednana ciemność.  

     – A teraz będziesz tu grzecznie czekał na panią, aż pani nabierze na ciebie ochoty. I lepiej, żebyś był na mnie gotowy… będę bardzo niezadowolona, jeśli twój kutas nie będzie stać na baczność, kiedy do ciebie wrócę… – skończywszy ostrzeżenie, wcisnęła mi stopery do uszu. Podobnie jak opaska, musiały być naprawdę dobrej jakości. Wszystkie dźwięki, włącznie z dudniącym do tej pory deszczem ustąpiły bezkompromisowej ciszy.  

     Mijały sekundy… a może już minuty? Odmierzanie czasu było niemożliwe. Żadnego punktu odniesienia. Tylko przywoływane co jakiś czas obrazy w głowie, aby tylko nie pozwolić, aby penis opadł.  

     Raz na jakiś czas czułem jej obecność. Może to ciepło jej ciała, szósty zmysł lub uczucie uginającego się materaca, na którym siadała. Dotykała mnie sporadycznie. Przesuwała dłonią po moim ciele, chcąc utrzymać mnie w ciągłym stanie gotowości. Co ja właśnie czuję na moim brzuchu? Truskawki… może maliny? A to… to muszą być jej usta… język…  

     Po kolejnej dłuższej chwili bez żadnych wyczuwalnych znaków obecności, mój poziom stresu przekroczył punkt krytyczny. Nie potrafiłem stwierdzić, ile mogło minąć czasu, od kiedy przestąpiłem próg tego domu. Krzyk mojego układu nerwowego wżynał mi się w płat czołowy. Kiedy to się skończy?  

     Nagle poczułem przemożną potrzebę wydania z siebie okrzyku. Potrzebowałem kilku sekund, by zorientować się, że Izabella wróciła. Byłem zbyt zajęty i zestresowany, by zauważyć, kiedy weszła na łóżko, przykucnęła nade mną i powoli, ale pewnie nadziała się na penisa, który pomimo niekreślonego czasu w niepewności, nadal zdawał się być na tyle sztywny, by móc być użyteczny.  

     Po kilku początkowych ruchach, Izabella poczęła pozwalać sobie na odważniejsze skakanie po moim kutasie. Ręce trzymała mi na klatce piersiowej. Czułem końce paznokci, wbijające się w mój tors. Nagle Bella rozsunęła nogi szerzej i usiadła na moim brzuchu całym ciężarem swojego ciała, nadziewając się na członka aż po same jądra. Zaskoczony straciłem na krótką chwilę możliwość oddychania. Na bezdechu wsłuchiwałem się w przytłumiony przez zatyczki krzyk mojej królowej. Wbiła paznokcie mocniej i przejechała nimi po całej długości klatki piersiowej. Jeśli nie do krwi, to zdecydowanie na tyle głęboko, żeby ślad został ze mną na długo. Bella zawsze lubiła oznaczać swój teren.  

     Kiedy już odzyskałem oddech, krzyknąłem, chcąc dać upust wszystkim emocjom i bodźcom, które mi towarzyszą. Iza jednak zakryła mi usta dłonią, nie przerywając rytmicznego tańca na moim penisie.  

     – Cicho. Jeśli będziesz grzecznym chłopcem, odsłonię ci uszy – po chwili tak właśnie zrobiła. Przylgnęła do mnie piersią, dosięgając zębami do płatka mojego ucha, gryząc i ciągnąc je na wszystkie strony. – A teraz wypierdol mnie najmocniej, jak potrafisz – wyszeptała mi do ucha.  

     Zgiąłem nogi w kolanach i korzystając z możliwości oparcia się o materac łóżka, zacząłem wykonywać precyzyjne ruchy frykcyjne, starając dopasować się do jej dzisiejszych upodobań. Chciała na ostro, a więc dam jej wszystko, czego ode mnie żąda… i jeszcze więcej. Moje jądra obijały się boleśnie o jej krocze. Za każdym razem wchodziłem tak głęboko, jak tylko było to możliwe. Tego pragnęła. To właśnie musiałem jej dać. Wszystko, czego sobie zażyczy. Wszystko, czego zażąda. Jebałem ją nieustannie, nie zważając na zmęczenie i ból. Moje własne podniecenie wymieszało się z potrzebą finiszu. Jeszcze tylko raz… dwa…  

     Poczułem, jak mój penis zadrgał na chwilę przed zalaniem cipki trzymaną od dawna salwą gęstej spermy. Nie doświadczyłem tego uczucia od tak dawna, że mimowolnie wydałem z siebie odgłos pełny odrealnienia. Bella pisnęła tryumfalnie wprost do mojego ucha. Głośno, dziko. Ten głos kroił bębenek niczym katana.  

     Zauważając, że przestałem, Izabella poderwała się do góry. Postanowiła własnoręcznie doprowadzić się do orgazmu moim jeszcze stojącym członkiem. Podnosiła się i opadała niczym dzikie zwierzę. Pełna żądzy, oczekująca spełnienia. Oczekiwanie nie trwało długo. Poczułem kolejny skurcz. Penis wchodził w nią coraz ciężej, aż zatrzymał się na dobre. Iza zacisnęła nogi na moich biodrach i trwała w takiej pozycji przez jakąś minutę, aż w końcu opadła na mnie rozluźniona, dysząc ciężko. Leżeliśmy w takiej pozycji przez jakiś czas, aż przypomniawszy sobie, że nadal jestem związany i ślepy, oswobodziła mnie.  

     Kiedy otworzyłem oczy, leżała na boku, wpatrzona we mnie, z mieszaniną ekscytacji, spełnienia i może… gratyfikacji? Znowu miała przyklejony do twarzy uśmiech, który mógłby roztopić lód. Znowu była Bellą, z którą spędziłem większość popołudnia oraz wieczór.  

     – Zostaniesz do jutra, prawda? Mam wobec nas dużo planów…  

     Poczułem, jak ścieżka mojego życia gwałtownie skręca i wraca na znajome, porzucone dawno tory. Z jakiegoś powodu jest to jedyna droga, jaką widzę przed sobą. Jakby przyjaciółka mojej matki znowu reprezentowała cały mój świat, a mój los to Jormungandr, zaciśnięty na niej tak mocno, że pozostanie w tej pozycji aż do końca świata.  

     – Jak sobie życzysz.

1 komentarz

 
  • Użytkownik Pumciak

    Super podoba mi sięopowiadanie

    5 godz. temu