Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Aqrab/Skorpion. Cz. 13

Aqrab/Skorpion. Cz. 13Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. Wszelkie postacie historyczne, daty i wydarzenia zostały celowo zmienione lub przekształcone na potrzeby narracji.

Przygnębiony Umar stał na balkonie i opierając dłonie o balustradę, zamyślonym wzrokiem spoglądał w dal. Zmęczone oczy emira nie dostrzegały ani błękitnego nieba, ani ukochanego miasta, a wewnętrzny spokój ustąpił miejsca emocjonalnemu rozedrganiu. Nawet monotonne skrzypienie norii, które tak lubił, dziś wyjątkowo go irytowało.  

Wciąż nie mógł uwierzyć, że w tak krótkim czasie stabilne życie jego i jego rodziny zamieniło się w wielki, tragiczny chaos, a wszystko to z powodu jednego człowieka. Zapomniał już, jak mściwy potrafił być Raszid. Utrata Ayany obudziła w nim drzemiące okrucieństwo, a zemsta stała się życiowym celem.  

Zdenerwowany Umar coraz mocniej ściskał ręce na gładkiej powierzchni drewna, nie potrafiąc zapanować nad żądzą krwi. Krwi Starca z Gór. Nigdy by nie przypuszczał, że jedno z jego dzieci zapłaci tak wysoką cenę za wydarzenia sprzed blisko trzydziestu lat i za miłość swoich rodziców. W środku czuł pustkę. Choć decyzja została podjęta, miał wrażenie, jakby osobiście wbił Parisie nóż w plecy.  

Krzyki, które rozległy się na placu przed pałacem, na moment wyrwały go z zadumy. Ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na przybyłych konnych, ale nawet nie drgnął, by zorientować się, o co chodzi. Jeśli to coś istotnego, Nasim – główny dowódca jego wojsk lub Tariq, z pewnością go o tym poinformują. Westchnął ciężko i wszedł do swojego gabinetu. Dziś wolał unikać towarzystwa. Pragnął uporządkować myśli i zapanować nad żalem, który rozrywał mu serce.

Z wielką chęcią sam oddałby się w ręce Raszida, byle tylko uwolnił jego córkę. Jednak Sinan nigdy by się na to nie zgodził, bo tutaj chodziło o ohydny rewanż na nim i Ayanie, a nic tak nie rani rodziców jak krzywda wyrządzona ich dziecku. I osiągnął to, czego chciał.

W duchu Umar złożył uroczystą przysięgę, że zniszczy Masjaf i jego władcę, nawet jeśli miałoby to być ostatnie, co uczyni w swoim życiu. W jego ciemnych oczach pojawił się złowrogi błysk. Zawsze dotrzymywał słowa, zwłaszcza danego samemu sobie.

Hałas, który wcześniej docierał do niego z dworu, przeniósł się do środka i mocno go rozdrażnił. Podszedł do drzwi i szeroko je otworzył, gotów zrugać tego, kto ośmielił się zakłócać jego spokój.  

Już miał wygłosić reprymendę, gdy nagle wszystkie ostre słowa wyleciały mu z głowy. Zwiniętą w pięść dłoń, przycisnął do ust, aby powstrzymać bolesny jęk, który narastał w jego piersi. Zamrugał kilka razy, aby upewnić się, że to, co widzi, nie jest jedynie wytworem jego pogrążonego w rozpaczy umysłu. Ale nie! Ona tu była i wydawała się być cała i zdrowa.

– Ojcze!
Parisa wyrwała się Tariqowi i biegiem ruszyła w stronę emira. Gdy z impetem wpadła w jego silne ramiona, które natychmiast opiekuńczo ją otuliły, dopiero wtedy dotarło do niej, że naprawdę była w domu.

Umar, tak mocno przyciskał do siebie córkę, że bał się, iż ją zaraz zmiażdży, ale nie potrafił rozluźnić uścisku. Ból ostatnich dni splatał się z przepełniającym go szczęściem. Oddychał spazmatycznie, usiłując opanować wzruszenie, które z każdą chwilą stawało się coraz silniejsze.

Po długiej chwili odsunął się od dziewczyny, by na nią spojrzeć.
– Na Allaha! Skąd się tutaj wzięłaś? Jak udało ci się uciec? Nic ci nie jest?
Wciąż był w głębokim szoku z powodu jej obecności. Widząc jej brudną twarz, na której widniały ślady łez, radość ustąpiła miejsca lękowi.  
– Pariso! Co się dzieje?!

Księżniczka z całych sił chwyciła poły sukna, które nosił jej ojciec, i zaczęła nim potrząsać.  
– Nie pozwól skrzywdzić Skorpiona! – błagała, dławiąc się od płaczu. – On wcale nie jest zły! Tylko dzięki niemu wróciłam do domu!

Parisa tak mocno trzęsła Umarem, aż w końcu nie wytrzymał i zdecydowanie złapał ją za ręce, starając się ją uspokoić. Słysząc, co mówi córka, głośno sapnął z oburzenia.
– Skorpion przywiózł cię tutaj? Ten bezczelny asasyn Raszida? – wycedził przez zęby, ledwie panując nad gniewem.

Uniósł głowę i spojrzał na Tariqa, szukając u niego potwierdzenia. Gdy syn nie zaprzeczył tym rewelacjom, Umar zmełł w ustach przekleństwo. A więc w ich rękach znajdował się sam Skorpion. Za to, co uczynił zarówno teraz, jak i w przeszłości, zasługiwał na najsurowszą karę.  
– Tariq, zaprowadź siostrę do jej komnaty i ustaw straż przed drzwiami, również tymi prowadzącymi do ogrodu. Tylko ja i Ayana mamy prawo do niej wejść. Zakaz obowiązuje także ciebie i waszą babkę. Zrozumiałeś?

Surowość w jego głosie wywołała u Parisy dreszcz przerażenia. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że sprowadziła na ukochanego śmierć.
– Ojcze! – zawołała, pragnąc odwołać się do jego poczucia sprawiedliwości. Jej blada, znękana twarz zdradzała o wiele więcej niż jakiekolwiek słowa. – On mnie uratował! Nie możesz go karać za to, że, narażając własne życie, pomógł mi wrócić do domu.  

– Milcz! – W oczach Umara tliła się nienawiść. Żarliwość, z jaką walczyła o Skorpiona, mocno go zaskoczyła. – Nie proś mnie o litość dla tego człowieka! On morduje ludzi na rozkaz Raszida! To bestia, nie człowiek!
– Tariq! Zabierz siostrę – ostro zwrócił się do syna. – I pamiętaj o strażnikach. Parisa nie może opuścić pokoju. Powiadom ich o mojej decyzji.  

Słysząc to, dziewczyna po raz ostatni spojrzała na ojca zawiedzionym wzrokiem, a następnie niechętnie podążyła za bratem. Gdy oddalili się od gabinetu emira, nagle ruszyła przed siebie, pragnąc dotrzeć do lochów, gdzie z pewnością przebywał Skorpion.

Ocierając łzy, biegła ile sił w nogach, pragnąc jak najszybciej go zobaczyć. Zanim znalazła się przy drzwiach, poczuła, jak dłoń brata mocno chwyta ją za ramię.
– Puść mnie!  

Mocowała się z nim, usiłując się wyrwać, ale on trzymał ją brutalnie, wbijając palce w szczupłe ramię i groźnie zaciskając usta. Już raz popełnił błąd, wierząc w jej zdrowy rozsądek; więcej nie zamierzał być tak głupi. Wciąż go zastanawiało, dlaczego tak bardzo martwiła się o swojego porywacza.
– Słyszałaś rozkaz ojca!  

Tariq szarpnął Parisą, aż ich twarze znalazły się niezwykle blisko, a to, co zobaczył w jej oczach, mocno nim wstrząsnęło. To już nie było to uroczo naiwne, dziecinne spojrzenie, które jeszcze niedawno dostrzegał u swojej siostry. Tak patrzyła kobieta, walcząca o swojego mężczyznę.

– Mało mnie to obchodzi – syknęła, wciąż usiłując się wyrwać. Teraz liczył się dla niej tylko Skorpion.  
– Co się z tobą stało? Co oni ci zrobili? – zapytał przerażony Tariq.  
W ogóle nie rozpoznawał własnej siostry. Wpatrywał się w nią oszołomiony, pragnąc dostrzec w jej twarzy ślady dawnej Parisy. Bezskutecznie.

Widząc u brata udrękę, dziewczyna spuściła głowę, z trudem przełykając łzy. Nic nie było tak, jak powinno. Zalała ją fala bezsilności, jakiej nie doświadczyła nawet w Masjaf. Została jej jeszcze matka, ale zawsze była wobec niej surowsza niż Umar, dlatego nie miała zbyt wielkiej nadziei, że coś wskóra.

Tariq ponownie wzmocnił swój uścisk, a następnie gwałtownym ruchem poprowadził ją korytarzem w kierunku komnaty.

„Z jednego więzienia do drugiego” – pomyślała z goryczą Parisa.

Gdy znaleźli się w środku, brat odwrócił się w jej stronę i rzucił ostro:
– Mam nadzieję, że wkrótce wróci ci rozum.
Nie dodając nic więcej, z głośnym trzaskiem zamknął drzwi, a w ciszy, która zapanowała po jego wyjściu, słychać było tylko zgrzyt przekręcanego klucza.

Dziewczyna zerwała się z miejsca, w którym stała, i zaczęła uderzać pięściami w jedno z drewnianych skrzydeł. Gdy opadła z sił, osunęła się na podłogę i schowała twarz w dłoniach.  

Jednak Skorpion miał rację. Tak bardzo wierzyła w swojego ojca i jego poczucie sprawiedliwości, że w ogóle nie brała pod uwagę możliwości, iż mógłby jej nie posłuchać. Jakże była naiwna, a ta naiwność będzie kosztować mężczyznę życie. Powinna była sama minąć mury Hamy. Teraz jednak było o wiele za późno na te przemyślenia. Przypomniała sobie ostatnie spojrzenie, które jej posłał – pełne cierpienia i tkliwości. Jeszcze na sam koniec pragnął dodać jej otuchy.  

Dla Raszida był narzędziem, dla Umara śmiertelnym wrogiem, dla świata bezwzględnym zabójcą, a dla niej... dla niej był tym, komu oddała serce. Przytknęła lodowate dłonie do ust, aby powstrzymać bolesny skowyt.

Gdy ocknęła się z odrętwienia, zaczęła krążyć po pomieszczeniu, nerwowo gryząc kciuk. Musiała coś wymyślić. Po prostu musiała! Robiąc kolejne kółko, w drzwiach stanęła jej matka.  

Ayana nie podbiegła do córki, nie uściskała jej, choć bardzo tego pragnęła. Od męża usłyszała, że Parisa popadła w jakiś rodzaj szaleństwa, broniąc Skorpiona. Dlatego teraz obserwowała ją w milczeniu, pragnąc zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi.

Natychmiast zauważyła zaczerwienione i opuchnięte od płaczu oczy oraz ściągniętą smutkiem twarz. Nie tak zachowuje się ktoś, kto szczęśliwie powrócił do domu. Ayana poczuła skurcz w sercu. W jednej chwili zrozumiała, że jej ukochana córeczka przestała być dzieckiem i stała się kobietą, która poznała miłość mężczyzny. Na moment zamknęła powieki, pragnąc ukryć za nimi ogarniające ją zagubienie. Niestety, sytuacja była beznadziejna. Asasyn umrze. Musiał zapłacić za to, co zrobił. Nikt nie może bezkarnie porywać córki emira Hamy.  

Tylko co począć z Parisą? Ewidentnie darzyła go uczuciem. Obawiała się, że nigdy nie wybaczy im śmierci Skorpiona. Źle to wróżyło jej rodzinie na przyszłość. Życie składało się z wielu trudnych decyzji, a im szybciej się o tym przekona, tym lepiej dla niej. Była młoda i istniała szansa, że się jeszcze zakocha.  

W tym momencie spojrzenie Ayany stało się chłodne i nieprzeniknione.
– Mam nadzieję, że napady histerii masz już za sobą. Od tej chwili twoje zachowanie powinno odpowiadać szlachetnemu urodzeniu, księżniczko Pariso. Czy wyraziłam się jasno? – zapytała szorstko.  
Specjalnie użyła oficjalnego tytułu, aby przypomnieć jej, kim jest. Im szybciej weźmie się w garść, tym lepiej dla wszystkich.

Początkowa niepewność dziewczyny ustąpiła miejsca zimnej furii, która powoli zamieniała jej serce w lód. Ostatnia nadzieja na uratowanie ukochanego zniknęła równie szybko, jak poranna rosa. Spojrzała na Ayanę z wrogością. Naprzeciwko siebie nie stały matka i córka, lecz dwie kobiety, które doskonale wiedziały, co to znaczy kochać mężczyznę.

– Bardzo jasno – stwierdziła oschle dziewczyna, jednocześnie zapadając się w sobie.  
W tej chwili jej ciało przeszył niewidzialny nóż, pozostawiając ją martwą. Nikt poza nią nie miał pojęcia, co się z nią dzieje. I tak miało pozostać.
– Doskonale. – Ayana udawała, że wszystko wróciło do normy. – Zaraz przyślę służącą z ciepłą wodą i posiłkiem. Gdy się umyjesz i zjesz, na pewno poczujesz się lepiej.

Dziewczyna wpatrywała się w matkę, nie słysząc jej słów. Skorpion wielokrotnie ostrzegał ją, że nie ma dla nich przyszłości. Nie wierzyła mu. Aż do teraz. Wciąż miała przed oczami jego nieruchome ciało, pokryte krwią. Kopano go, aż stracił przytomność, a jej brat obserwował to z satysfakcją. Nie przypuszczała, że jej rodzina może być tak okrutna i zaślepiona gniewem. Nawet jej prośby i błagania nie przyniosły żadnego rezultatu.

Odwróciła się plecami do Ayany, czekając, aż wyjdzie. Nie miała ochoty na rozmowę ani z nią, ani z nikim innym. Najbardziej, czego teraz pragnęła, to być przy Skorpionie.

*

– Słyszałem, że Parisa szczęśliwie wróciła do domu.
Raszid wszedł do gabinetu Umara i, jak gdyby nigdy nic, podszedł do niewielkiego stolika, aby nalać do kielicha swój ulubiony napój – arak zmieszany z wodą. Gdy upił spory łyk, z rozbawieniem spojrzał na emira, który siedział i pilnie coś notował. Ciekawiło go, do kogo mógł być adresowany ten list. Zapewne do Saladyna. Pomyślał z przekąsem, że nawet jeśli dojdzie do wojny, ci dwaj i tak wrócą do siebie z podkulonym ogonem. On już o to zadba.

Umar uniósł głowę i przez długą, pełną napięcia chwilę wpatrywał się w Sinana. Należało bardzo uważać na niego, ponieważ nigdy nie wiadomo było, co tak naprawdę kryje się za jego pozorną nonszalancją.
– Tak – odparł krótko, wstając. Nie zamierzał pozwolić, by Raszid patrzył na niego z góry. – I co w związku z tym? – dodał niecierpliwie, jakby miał do czynienia z natrętem. Jego gość nie lubił, gdy traktowano go w ten sposób.

Sinan zmrużył oczy, w których pojawiła się niechęć. Zrozumiał afront i poczuł jeszcze silniejszą nienawiść do Umara.
– Nic – wzruszył ramionami. – Cieszę się z powrotu twojej córki.

Emir uniósł brwi, zaskoczony jego postawą. Spodziewał się, że Raszid wpadnie we wściekłość na wieść o ucieczce Parisy z Masjaf, która przecież pokrzyżowała jego plany. A może jednak nie? Dziwny dreszcz przeszył jego ciało. Miał złe przeczucia.  
– Odzyskałem córkę, którą kazałeś porwać – rzucił ostro, zbliżając się do niego.
– Mam nadzieję, że nie żywisz do mnie urazy, skoro wszystko dobrze się skończyło – zauważył złośliwie Sinan.

Umar jeszcze bardziej zmniejszył dzielący ich dystans i patrząc prosto w jego bezlitosne oczy, odparł twardo:  
– Szykuj się do wojny, bo nie brakuje mi sił ani determinacji, by cię zniszczyć.

Coś w twarzy emira sprawiło, że Raszid uwierzył w tę wypowiedzianą ponurym głosem obietnicę.  
– To samo mogę powiedzieć o sobie – odparł śmiało, odzyskując swoją zwykłą pewność siebie.
– Nie zapominaj, że już raz odebrałem ci to, czego tak bardzo pragnąłeś – zauważył cicho Umar.

Imię Ayany zawisło między nimi jak ciężki ostry topór. Cios był celny, obaj o tym wiedzieli. Jednak gra pozorów wciąż trwała. Raszid po raz kolejny wzruszył lekceważąco ramionami.
– Gdy ją ponownie zobaczyłem, zastanawiałem się, co takiego w niej widziałem. Ot, zwyczajna kobieta, która nie zna swojego miejsca i nie potrafi trzymać języka za zębami – skłamał gładko. – Mam nadzieję, że potrafi wykorzystać go także w inny, bardziej przyjemny, sposób – zakończył wulgarnie.

Umar zacisnął dłonie w pięści, ale nie dał się sprowokować. Za Parisę i Ayanę zemści się w inny, bardziej bezwzględny sposób.
– Mamy twojego asasyna… Skorpiona – rzucił, podchodząc do stolika, by także napić się araku. – I co ty na to?

Sinan z napięciem przyglądał się swojemu kielichowi, jakby dostrzegał w nim coś niezwykle interesującego. Nagle uniósł wzrok, a w jego oczach pojawiła się pogarda, jak i pewien rodzaj triumfu. Ci, którzy dobrze znali Raszida, wiedzieli, że to spojrzenie zwiastowało coś bardzo groźnego.  
– Możesz z nim zrobić, co tylko zechcesz – oznajmił opryskliwie. – Wykonał swoje zadanie i już go nie potrzebuję.

Emir starał się wyczytać z jego twarzy, co on takiego knuje. Miał wrażenie, że Sinan prowadzi jakąś dziwną grę, w której sam był głównym rozgrywającym, rozstawiając pozostałych graczy niczym pionki. Nie zdenerwowało go, że Parisa szczęśliwie wróciła do domu, ani nie zmartwiło, że jego najlepszy asasyn znajdował się teraz w pałacowych lochach. Nie wiedzieć czemu, poczuł, jakby ktoś chwycił jego serce i wycisnął z niego życie. Miał go szczerze dość.

– Kiedy planujesz wyjechać? Wolałbym, abyś nie nadużywał mojej gościnności – zwrócił się do niego, nie kryjąc irytacji.  
Nieruchome spojrzenie, które posłał mu Sinan, przerażało bardziej niż największy miecz.
– Jutro – oznajmił.  
Następnie powoli odstawił kielich na stolik, odwrócił się i bez słowa opuścił gabinet. Umar został sam.  

*

Siły powoli opuszczały Skorpina. Nagi, z rękami wysoko związanymi, w których tracił już czucie i rozciągnięty na całą swoją wysokość, coraz bardziej odczuwał kolejne smagnięcie twardego bata. Każde uderzenie głęboko rozcinało skórę, zostawiając potworne rany. Rzemień wbijał się bezlitośnie nie tylko w jego plecy, ale także w pośladki i nogi. Cały tył jego ciała przypominał jedną wielką miazgę.  

Jak dotąd Skorpion ani razu nie jęknął z bólu, co doprowadzało jego oprawcę do białej gorączki. Od samego początku między nimi toczył się zacięty pojedynek charakterów. Strażnik bił go z prawdziwą pasją, pragnąc wydusić z niego choćby najmniejszy okrzyk bólu.

Na pokrytej brudem twarzy Skorpiona zagościł częściowo bolesny, a częściowo arogancki uśmiech. Musiał udowodnić, że nie jest byle kim, lecz legendą. Reputacja najniebezpieczniejszego zabójcy tych ziem zobowiązywała.  

Czas mijał, a bat pozostawiał na nim coraz straszniejszy ślady. Całe ciało płonęło, jakby trawił je prawdziwy ogień. Po każdym uderzeniu krew nie tylko bryzgała na wszystkie strony, ale także spływała wąskim strumieniem wzdłuż nóg, tworząc u jego stóp powiększającą się kałużę. A każda kropla kapiąca na cuchnącą posadzkę wysysała z niego życie.

W pewnym momencie Skorpion zawisł bezwładnie na grubym sznurze, który go przytrzymywał. Gdy twardy rzemień po raz kolejny bestialsko rozorał jego plecy, nie zdołał powstrzymać jęku bólu. Nie miał już siły walczyć.

Opuścił głowę, a mokre od potu i skołtunione włosy zasłoniły jego naznaczoną cierpieniem twarz. Popadł w dziwny stan odrętwienia, nie czując już kolejnych brutalnych uderzeń.  

Gdy myślami powrócił do Parisy – jedynego jasnego punktu w otaczającej go ciemności – w jego oczach po raz ostatni pojawiło się ożywienie.  Przypomniał sobie miękkość jej skóry, gdy sunął po niej dłońmi. Słyszał jej głos, gdy prosiła, by nie przestawał jej pieścić. Czuł dotyk jej delikatnych dłoni, gdy gładziła go po plecach, kiedy poruszał się w jej wilgotnym wnętrzu.  

Po raz pierwszy w życiu znienawidził siebie za to, kim był – parszywym asasynem. Nie był jej godzien.  

Czy ktoś, kto mordował, miał prawo cieszyć się jej ciepłem? Jej łagodnością i dobrocią? Nie. Był szczurem, a miejsce szczura było w zimnym lochu.

Dobrze, że umierał. Parisa w przyszłości odnajdzie prawdziwe szczęście, a po nim pozostanie jedynie odległe wspomnienie.  

Gdy kolejny świst bata przeciął mu plecy, jeszcze tylko jęknął cicho, nim wszystko wokół zniknęło w nicości.

*

Wieczorem Umar szedł powoli urokliwymi ogrodowymi alejkami. Nie spieszył się. Musiał pobyć sam i uporządkować myśli. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo pełen wrażeń.
Parisa wróciła do domu, lecz początkowa radość z jej powrotu szybko ustąpiła miejsca gorzkiej rzeczywistości. Jego córka zmieniła się, i to bardziej, niż mógł przypuszczać.
Wolał nie rozmyślać o tym, co wydarzyło się w Masjaf; w tej chwili było to ponad jego siły. Ale wiedział jedno: ona i Skorpion niebezpiecznie się do siebie zbliżyli. Coś czuła do niego. Coś, czego nie powinna odczuwać księżniczka do skrytobójcy.

Ayana powiedziała mu, że dziewczyna była już spokojniejsza, gdy ją odwiedziła. Jednak, znając swoje dziecko, obawiał się, że to tylko cisza przed burzą, a gniew Parisy mógł okazać się potężniejszy niż burza królowej Zenobii. Co go mocno zdziwiło, to jej wrogie zachowanie wobec brata, którego przecież uwielbiała.  

Umar westchnął głęboko, palcami gładząc zmarszczone czoło. Po raz pierwszy w życiu rola ojca bardzo mu ciążyła. Jego rodzina się rozpadała, a on nie wiedział, jak temu zapobiec. Nie był pewien, czy uda im się wyjść z impasu, w którym się znaleźli, nie raniąc przy tym nikogo. A najbardziej Parisy. Dla niej gotów był zrobić wszystko, poza jednym – poza prawem łaski dla Skorpiona.  

Przygnębiony ruszył z powrotem do pałacu, pragnąc dowiedzieć się, czy ów człowiek jeszcze żyje. Znając Basama, strażnika, który odpowiadał za więźnia, był niemal pewien, że od dawna leżał martwy.  

Idąc w stronę stajni, natknął się na dowódcę swoich wojsk, który szybko przemierzał plac.  
– Nasim! – zawołał za nim, podchodząc bliżej.
Widząc emira, postawny mężczyzna najpierw nisko mu się ukłonił, a potem cierpliwie czekał, aż się do niego odezwie.  
– Jak tam nasz więzień? – zapytał z ciekawością Umar. – Mam nadzieję, że niewiele z niego zostało – dodał, nie kryjąc swojego zadowolenia.

Nasim milczał przez chwilę. W końcu, z pewnym wahaniem, odpowiedział na jego pytanie.  
– Wciąż żyje. To prawdziwy twardziel, choć jego chwile są policzone.

Emir nie potrafił ukryć zdziwienia. Basam pracował nad nim przez cały dzień, więc wydawało się niemożliwe, że jeszcze nie wyzionął ducha. Rzeczywiście, twarda sztuka z niego.  
– Chcę go zobaczyć.

Dowódca ponownie się ukłonił i ruszył w stronę lochów. Gdy dotarli na miejsce, z uchwytu przy drzwiach wyciągnął pochodnię i, trzymając ją wysoko, ostrożnie zaczął schodzić po stromych, kamiennych schodach. Trochę czasu upłynęło, zanim pokonali całą drogę.

W końcu dotarli do wilgotnego korytarza, wzdłuż którego znajdowały się liczne cele. Odór moczu, krwi i odchodów sprawiał, że ledwo można było oddychać. Mimo to emir podążał w kierunku, skąd dobiegały przekleństwa.  

Gdy wszedł, jego wzrok z autentyczną ciekawością skierował się ku mężczyźnie, który utrzymywał się w pionie jedynie dzięki linie zwisającej z sufitu, do której był przywiązany.

Obserwował go z niechęcią, ale jednocześnie z odrobiną podziwu. Nie znał nikogo, kto byłby w stanie tak długo znosić tortury Basama. Wziął od Nasima pochodnię i powoli zbliżył się do więźnia, przesuwając wzrokiem wzdłuż jego zmasakrowanego ciała.

W tym momencie Skorpion ocknął się z letargu i wyszczerzył zęby niczym wilk. Jego tarczą zawsze była duma, która teraz kazała mu stanąć na drżących z bólu i wycieńczenia nogach i się wyprostować.  

Emir pomyślał, że nigdy nie spotkał groźniejszego człowieka. Nawet związany i skatowany emanował śmiercionośną siłą.  

Przez chwilę przyglądali się sobie wrogo.  

Nagle uwagę Umara przykuła czerwona strużka, która spłynęła wzdłuż umięśnionego torsu Skorpiona, przecięła płaski brzuch i zniknęła w gęstwinie włosów łonowych. Nie mógł się poruszyć, jakby zabrakło mu tchu. Jego serce najpierw zamarło, a potem zaczęło bić gwałtownie, szybko pompując krew, która głośno szumiała mu w skroniach.  

Z rosnącym przerażeniem wpatrywał się w znamię przypominające strzałę, które zdobiło biodro Skorpiona. Znak pierworodnych. To samo znamię, które nosił na swoim biodrze.

– Rozwiązać go! – krzyknął ostro.
– Ależ panie…  – odparł zaskoczony Nasim.
– Powiedziałem: rozwiązać go! – ryknął.

Po chwili, kompletnie załamany, dodał:  
– Pośpieszcie się… To mój syn.

Dodaj komentarz