
– Czekałem na ciebie.
Zanim wyłonił się z głębokiego cienia rzucanego przez rozłożysty krzew jaśminu, Raszid przez długie chwile przyglądał się Ayanie.
Wciąż pamiętał ją jako roześmianą dziewczynę, skłonną do psot i zaczytującą się w bajkach z Księgi Kalili i Dimny. Ona lubiła rozsądnego, ostrożnego i moralizującego Kalilę, podczas gdy on darzył większą sympatią przebiegłego i żądnego władzy Dimnę. Przypomniał sobie, jak złościło ją, że wolał złego szakala od dobrego. Do dziś go to bawiło.
Nie mógł uwierzyć, że od ich ostatniego spotkania minęło prawie trzydzieści lat. Po tym, jak wybrała Umara, pragnął o niej zapomnieć, jednak wciąż nawiedzała go w snach, dręcząc radosnym śmiechem i tajemniczym spojrzeniem migdałowych oczu, w których niegdyś dostrzegał raj.
Na chwilę wstrzymał oddech, bo wydawało mu się, że znów miał dwadzieścia lat i właśnie czekał na swoją ukochaną, by choć przez moment nacieszyć się jej obecnością.
W swoim życiu miał wiele kobiet o niezwykłej urodzie, w tym Najwę, jednak Ayana była po prostu zniewalająca. W jej przypadku piękna twarz była zaledwie początkiem. Stanowiła fascynującą mieszankę niezwykłej inteligencji, ciętego języka i odwagi, której wielu mężczyzn mogłoby jej tylko pozazdrościć.
Żal przeszył jego serce niczym strzała. Wściekły potrząsnął głową, starając się odgonić nieprzyjemne myśli, bo przeszłość już nie wróci.
Ayana lekko drgnęła, dostrzegając Raszida stojącego w cieniu. Dawniej, aby ją zobaczyć, często zakradał się po zmroku do ogrodów otaczających majątek jej ojca, który znajdował się w głębi Hamy.
– Miałam nadzieję, że się pojawisz – odparła oficjalnym tonem. Nie byli już tymi ludźmi, którzy kiedyś darzyli się prawdziwą przyjaźnią, a może nawet czymś więcej. Teraz łączyła ich tylko nienawiść. – Musimy porozmawiać.
Sinan uśmiechnął się cynicznie. Czar wspomnień prysnął jak kropla deszczu na zimnym kamieniu. Pozostały jedynie niechęć i uraza za to, jak go potraktowała.
– Pomyślałem dokładnie to samo – rzucił, robiąc krok w jej stronę, lecz gdy poczuł subtelny zapach jej ciała, zatrzymał się gwałtownie.
Wbrew sobie wrócił myślami do pewnego wieczoru, kiedy ośmielił się dotknąć ustami jej miękkiego policzka. Wtedy również tak pachniała – świeżo i słodko zarazem.
– Jesteś z nim szczęśliwa? – wyrwało mu się, zanim zdążył się powstrzymać. Natychmiast pożałował, że zadał to pytanie. Nie chciał, by pomyślała, że wciąż mu na niej zależało.
– Tak.
To jedno słowo wywołało w nim tak potężną zazdrość, że musiał głęboko odetchnąć, by nie rzucić się na nią i nie udusić jej tu i teraz. Zacisnął gniewnie usta i spojrzał na nią ostro, przypominając sobie, że tym razem nie był tu dla Ayany, lecz dla siebie i głodu zemsty, który w końcu należało zaspokoić.
– Może zaczniesz. Chętnie wysłucham, co masz mi do powiedzenia.
Po chwilowej utracie kontroli nie pozostał żaden ślad. Znów stał się Starcem z Gór i bezwzględnym władcą Masjaf.
Mimo to zadrżał, gdy spoczęło na nim spojrzenie jej ciemnych oczu. Odniósł dziwne wrażenie, że zobaczyła czarną otchłań tam, gdzie powinno bić jego serce.
– Jeśli chciałeś się na kimś zemścić, powinieneś był wybrać mnie, a nie moją rodzinę.
Patrzyła na niego odważnie, ściskając w dłoni niewielki nóż. Chłód stali dodawał jej otuchy. Zamierzała zaatakować, gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja. Musiała jedynie poczekać na właściwy moment.
Raszid parsknął śmiechem, jakby usłyszał coś zabawnego.
– Właśnie to robię, habibti – odparł, a pogarda w jego głosie nie umknęła uwadze Ayany.
Dumnie uniosła podbródek, chcąc pokazać tej kanalii, że nie może jej w żaden sposób obrazić. Nie on.
– Jesteś jak mały chłopiec, który pała zemstą na cały świat, ponieważ zamiast ciebie wybrałam prawdziwego mężczyznę.
Zbliżyła się do niego z szyderczym uśmiechem igrającym na ustach.
– Nic się nie zmieniłeś, Raszidzie. Nie dorastasz Umarowi do pięt, a czas pokazał, że miałam rację, odrzucając twoje zaloty. Nigdy cię nie kochałam. Nie tak, jak mojego męża – zakończyła lodowato.
Wiedziała, że jej słowa go zranią. Tego właśnie chciała. Zasługiwał na wszystko, co najgorsze.
Rysy twarzy Sinana stężały. To wyznanie, mimo wcześniejszej deklaracji, że nic już dla niego nie znaczy, mocno go ubodło, jakby otwartą ranę posypano solą. Nic się nie zmieniło – wciąż miała nad nim władzę.
Chwycił jej zaciśniętą w pięść dłoń powyżej nadgarstka i kciukiem zaczął gładzić miękką skórę.
– Znam cię, Ayano. Twój własny ból mało dla ciebie znaczy, ale cierpienie twojej rodziny, zwłaszcza dzieci, to zupełnie inna sprawa.
Miał rację. Oboje o tym wiedzieli.
– Muszę ci wyjawić pewną tajemnicę: nikt nie może bezkarnie obrażać Starca z Gór. Nikt.
Wciąż pieszcząc jej rękę, pod palcami wyczuwał przyspieszony puls. Bała się, choć nigdy by się do tego nie przyznała.
– Teraz nadszedł czas na ciebie, Ayano. Tylko że za winy matki zapłaci córka.
W tej chwili przestał ukrywać swoje okrucieństwo. Żadnej litości. Żadnego aktu łaski.
Przyglądając się Raszidowi, z bólem serca uświadomiła sobie, że mało prawdopodobne, by jeszcze kiedykolwiek zobaczyła swoją córkę. Jeśli jakimś cudem wciąż żyła, nie potrwa to długo. Już on się o to postara.
„Och, Pariso” – pomyślała, czując łzy napływające do oczu. „Dlaczego nie posłuchałaś ojca? Dlaczego?”
Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy wzięła ją w ramiona. Była taką małą kruszynką, lekką jak piórko, którą wszyscy w pałacu od razu pokochali. Z czasem urocza dziewczynka przemieniła się w piękną młodą kobietę. A on odebrał jej to, co miała najcenniejszego.
Szarpnęła się, próbując wyrwać dłoń z silnego uścisku Raszida i zaatakować. Nie zasługiwał na życie. Dawno powinien być martwy.
Sinan doskonale wiedział, co Ayana skrywa w ręce. Przypuszczał, że spróbuje go zabić, i szczerze się uśmiechnął. Cieszył się, że go nie zawiodła. Za ten czyn podziwiał ją jeszcze bardziej.
Ścisnął jej nadgarstek tak mocno, że z cichym okrzykiem bólu wypuściła niewielki nóż. Ostrze z brzdękiem upadło na kamienną posadzkę.
Następnie zbliżył usta do jej warg i wyszeptał złowrogo:
– Zabiję was wszystkich, Ayano. Odrzucając mnie, wydałaś na siebie i swoją rodzinę wyrok. Jeśli ktokolwiek jest tu winien, to tylko ty.
Kobieta wybuchła gorzkim śmiechem.
– Jakże żałuję, Raszidzie, że cię w ogóle poznałam! Jesteś szalony! Słyszysz? Szalony!
Gniew dodał jej siły i w końcu wyrwała się z jego rąk.
– Popełniłeś największy błąd w swoim życiu, zadzierając ze mną. Jeszcze się o tym przekonasz. To nie koniec.
Następnie krocząc dumnie, ruszyła ogrodowymi ścieżkami w stronę pałacu. Nie zamierzała dać mu satysfakcji, by ujrzał ją załamaną. Raszid uznawał jedynie siłę, a ona zamierzała mu tę siłę pokazać.
Sinan, z zamyśloną miną, przyglądał się znikającej w oddali postaci. Właśnie zrozumiał, że wciąż jej pragnie i oddałby wiele, by to jego łoże grzała każdej nocy.
Zaklął szpetnie, zły, że dawne uczucia odżyły, a może tak naprawdę nigdy nie umarły. Oszukiwał samego siebie, że udało mu się o niej zapomnieć. Wzburzony, z całej siły uderzył w pobliski mur.
Nagle zamarł i spojrzał za siebie.
– Jak długo tu jesteś?
– Od momentu, kiedy wytrąciłeś jej nóż z ręki.
Skryty za drzewem pomarańczy, wysoki mężczyzna podszedł do Sinana, cicho stawiając kroki.
– Na twoim miejscu nie lekceważyłbym gróźb Ayany.
– Nie musisz mi tego mówić – mruknął zirytowany Raszid. – Gdyby była mężczyzną, to ona, a nie Saladyn, rządziłaby tą częścią świata.
– Prawdopodobnie – zgodził się z nim tajemniczy gość.
Obaj zamilkli na chwilę, rozmyślając o kobiecie, która była równie niebezpieczna, co piękna.
Po chwili Sinan przerwał ciszę pytaniem:
– Nikt do tej pory nie zorientował się, że spiskujesz przeciwko emirowi?
– Ależ skąd! – prychnął jego rozmówca. – Jestem ostrożny.
– A co z sułtanem? Posłucha Skorpiona i da mi spokój? – zapytał z ciekawością Raszid.
– Nie – padła krótka odpowiedź. – Zamierza dołączyć do Umara i wyruszyć na Masjaf.
– Kiedy?
– Niebawem.
Starzec spojrzał na nocne niebo.
– Jednak niczego się nie nauczył.
I spokojnie podążył w stronę pałacu.
*
Następnego ranka, w wielkiej, reprezentacyjnej sali, w której emir Hamy przyjmował gości, po jednej stronie zgromadziła się rodzina Umara, po drugiej zaś stanął Starzec z Gór. Ukłonił się nisko obecnym, udając szacunek, lecz nikt nie dał się zwieść tej pozornej grzeczności. Tutaj jego czar nie działał.
Umar mierzył go wzrokiem, w którym pogarda mieszała się z wściekłością. Musiał jednak opanować swoje emocje, ponieważ w sprawach życia i śmierci silne uczucia tylko przeszkadzały. W tym przypadku chodziło o jego najdroższe dziecko, więc musiał zachować zimną krew, niezależnie od tego, ile go to kosztowało.
– Przedstaw swoje żądania, Raszidzie. Czego oczekujesz w zamian za Parisę? – zapytał ostro, nie zamierzając udawać, że to zwykłe negocjacje. Im szybciej ten człowiek powie, czego chce, tym lepiej dla wszystkich.
– Myślałem, że będziemy tylko we dwóch, a tu proszę – rodzina w komplecie. Przybył nawet słynny dowódca Saladyna, Hassan.
Uśmiech, który posłał mężczyźnie, wręcz emanował niechęcią. Hassan nie pozostał mu dłużny, spoglądając na niego z ponurym wyrazem twarzy.
– Mów, co masz do powiedzenia, a potem wracaj do swoich szczurów – rzucił lekceważąco.
W oczach Raszida pojawił się zły błysk, który jednak szybko zniknął.
– Proszę tylko o jedno: twoje słowo, Umarze, że nie zaatakujesz Masjaf ani nie przyłączysz się do armii Saladyna, gdyby był na tyle głupi, by próbować zdobyć twierdzę.
Emir wpatrywał się w niego, próbując odgadnąć, czy rzeczywiście tylko o to mu chodziło. Nie był idiotą. Wiedział, jak myśli Sinan; w końcu kiedyś się przyjaźnili.
– Obiecasz, że nie wyślesz swoich asasynów, by w tajemniczych okolicznościach pozbawili życia mnie lub kogoś z moich bliskich?
Raszid przybrał zbolałą minę, jakby ta insynuacja rzeczywiście go dotknęła. Był to element gry, w której każdy z nich kierował się określoną strategią.
– Jak możesz mnie posądzać o tak niecne czyny? – zawołał, udając gniew.
– Przestań! – przerwała mu nagle Ayana. – Wszyscy wiemy, łącznie z tobą, że honor to dla ciebie stek bzdur. I nie kłam, że jest inaczej, bo nikt ci nie uwierzy.
Sinan posłał jej wrogie spojrzenie. Zaczynała go drażnić swoją bezczelnością.
– Skoro mi nie ufasz, co więc proponujesz, Ayano? – zapytał z wyraźną kpiną w głosie. Chciał ją ośmieszyć, lecz gdy usłyszał jej odpowiedź, mina mu zrzedła.
– Jest tylko jedno wyjście… Wojna – odparła bez wahania.
Tariq spojrzał na matkę, jakby postradała rozum. Wojna oznaczała, że nigdy więcej nie zobaczy siostry. Nie potrafił i nie zamierzał się z tym pogodzić. Mimo to milczał. Decyzja nie należała do niego, choć wszystko w nim krzyczało w proteście.
Nikt nigdy nie zaskoczył Starca z Gór tak bardzo, jak uczyniła to teraz Ayana.
– Wojna? Nie chcesz córki z powrotem? – starał się zapanować nad sobą, lecz nie udało mu się ukryć zdziwienia.
– Moja żona ma rację. Parisa jest dla nas stracona. Nigdy jej nie odzyskamy, nawet gdybyśmy zgodzili się na twoje żądania, bo jesteś kłamcą, Raszidzie. Zawsze nim byłeś, a twoje słowo jest warte tyle co piach na pustyni – dokończył twardo emir.
Ayana podeszła do męża, chwyciła jego dłoń i mocno uścisnęła. Wczoraj wieczorem omówili ten łamiący serce temat i doszli do jedynego słusznego wniosku.
Umar długo protestował, za żadne skarby nie chcąc poświęcać córki. Wciąż powtarzał, że nie mogą jej tak po prostu zostawić na pastwę Raszida. W pewnym momencie nawet wykrzyczał Ayanie, co z niej za matka, skoro nie chce walczyć o własne dziecko.
Dopiero później zrozumiał, że Parisa już do nich nie wróci, co oznaczało, że Sinan będzie trzymał ich w wiecznym szachu, a na to nie mogli sobie pozwolić. Poza tym, jako emir Hamy, nie mógł ugiąć się pod żądaniami mordercy, jakim był władca Masjaf.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł jeden ze strażników. Szybkim krokiem podszedł do emira i zaczął mu coś szeptać do ucha. Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał na Sinana zimnym wzrokiem.
– Przyprowadź go tutaj – odparł chłodno.
Po chwili wartownik wrócił z przybyszem, który wdarł się do pałacu, żądając spotkania ze Starcem.
Raszid spojrzał na wchodzącego Razana. Kogo jak kogo, ale jego się tutaj nie spodziewał. W tej samej chwili zrozumiał, że w twierdzy musiało wydarzyć się coś poważnego.
Razan skinął głową i natychmiast ruszył w stronę Sinana.
Gdy Starzec usłyszał, z czym przybywa, wpadł we wściekłość. W pierwszej chwili miał ochotę poderżnąć asasynowi gardło za to, że nie upilnował Parisy i Skorpiona, ale po zastanowieniu, stwierdził, że może dobrze się stało. Jego zemsta wreszcie mogła się ziścić, a on pragnął być jej świadkiem.
Powoli obrócił się w stronę Ayany i Umara, ludzi, którzy zrujnowali mu życie.
– Pozwólcie, że przedłużę swoją gościnę o kilka dni i poczekam z wami na wyjątkową niespodziankę – oznajmił z nieprzyjaznym wyrazem twarzy. – Myślę, że będzie warto.
*
Skorpion, z przytuloną do niego Parisą, wpatrywał się w groźnie połyskujące ostrza wielkich mieczy. Bał się wykonać jakikolwiek ruch, obawiając się, że skończy z rozprutym brzuchem, bo otaczający ich rycerze to nie byle kto – służyli Bogu, a tacy ludzie bywali najbardziej bezlitośni.
– Żelazny Lew! – zawołał. – Wezwijcie Żelaznego Lwa.
Doskonale wiedzieli, o kogo chodzi, ale nie dali tego po sobie poznać. Największy z nich, o wyjątkowo szerokich ramionach, podszedł tak blisko, że srebrne ostrze dotknęło gardła Skorpiona.
– To nie Masjaf, psie – wycedził przez zęby po arabsku. Od razu rozpoznał jednego ze szczurów Raszida. – Więc grzeczniej, proszę!
Asasyn czuł, jak drobne ciało Parisy drży ze strachu. W nim także narastał lęk. Tak naprawdę nie wiedział, co się wydarzy, gdy okaże się, że Żelaznego Lwa nie ma w warowni.
Napięcie, które z każdą chwilą rosło, osiągnęło apogeum, gdy padło polecenie:
– Zabić!
Parisa tak mocno ściskała tunikę Skorpiona, aż jej knykcie pobielały.
„Nie chcę umierać!” – krzyczało coś w jej wnętrzu. Jednak w milczeniu czekała na cios, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo się bała.
On sam wzdrygnął się na myśl o nadchodzącej śmierci. Nie tak miało być, ale najwidoczniej wyczerpał cały przydział szczęścia i teraz, kiedy naprawdę go potrzebował, nie zostało już nic.
W chwili, gdy czubek miecza miał zagłębić się w jego szyi, potężny, tubalny śmiech odbił się echem od kamiennych ścian dziedzińca.
– Zostawcie go! – krzyknął rycerz o imponującej posturze, szeroko się uśmiechając. – Niech pozna naszą dobroć! – dodał, ponownie wybuchając głośnym śmiechem.
Mężczyzna trzymający miecz zmarszczył gniewnie brwi, ale w końcu posłuchał. W końcu to Gerard de Montferrand tu rządził, a nie on.
Słysząc, że wyrok został odwołany, Skorpion na moment przymknął powieki i odetchnął z ulgą. Trudno było określić emocje, które nim teraz targały. Jemu i Parisie po raz kolejny udało się oszukać śmierć. Mimo całej radości, jaką odczuwał, jakiś cichy głos szeptał mu do ucha, że niebawem jego los asasyna i tak się dopełni. Nie ucieknie przeznaczeniu, choćby nie wiem, jak bardzo tego pragnął, a ze względu na Parisę – pragnął tego bardziej niż czegokolwiek w swoim życiu.
W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Odsunął od siebie przykre myśli. Teraz pragnął nacieszyć się wolnością, którą z takim trudem wywalczył.
Gerard podszedł do Skorpiona, przyglądając się mu serdecznie.
– Cieszę się, że tym razem to ja ratuję ciebie.
Następnie odwrócił się do zebranych rycerzy i głośno oznajmił:
– Bracia, oto człowiek, który pomógł mi, gdy konałem w drodze z Damaszku. Wiem, że niektórzy z was uważają, że lepsza śmierć niż ratunek z rąk asasyna, ale Bóg najwyraźniej miał inne zdanie – dodał z lekką uszczypliwością.
Na te słowa Joannici schowali broń, ale żaden z nich się nie ruszył, z ciekawością obserwując przybyłych. Szczególne zainteresowanie wzbudzał słynny skrytobójca, o którym słyszał każdy, kto choć raz przemierzał tę krainę.
Skorpion powoli zszedł z konia i nie spuszczając wzroku z Żelaznego Lwa, ruszył w jego stronę.
– Wydaje mi się, że skoro to ja cię wtedy uratowałem, to raczej taka była wola Allaha – rzucił przekornie, akcentując słowo „Allah”.
A potem, jakby nigdy nic, mocno go uściskał.
Niezwykły był to obrazek, gdy muzułmanin i chrześcijanin witali się jak bracia. To jednak nie była zwykła znajomość, lecz coś znacznie głębszego – przyjaźń, która zrodziła się w dramatycznych okolicznościach.
Po kilku serdecznych poklepywaniach Gerard z uwagą zaczął przyglądać się Parisie
– Kogo nam tu przywiozłeś? – zapytał przyjaciela, nie odrywając od niej niebieskich oczu.
Skorpion podszedł do wystraszonej dziewczyny i pomógł jej zejść z konia. Gdy stanęła na ziemi, otoczył ją opiekuńczo ramieniem, pokazując, że cały czas czuwa nad jej bezpieczeństwem.
– To Parisa, córka emira Hamy – wyjaśnił spokojnie, świadom, że ta informacja wywoła nie mniejszą sensację niż ich przyjazd. – Właśnie odwożę ją do domu, ale pewne okoliczności zmusiły nas do skorzystania z waszej gościny – dodał z humorem.
Gerard nisko się ukłonił, okazując szacunek. Choć intrygowało go, w jakie tarapaty tym razem popadł Skorpion, na pytania przyjdzie jeszcze czas.
– Witaj, Pani, w naszych skromnych progach. Jestem Gerard de Montferrand, komendant Twierdzy Rycerzy – rzekł po arabsku. Jak tylko przybył w te strony, nauczył się języka. – Miałem zaszczyt poznać Umara Al-Muzaffara, twojego ojca, Pani. Uważam go za prawdziwego mędrca i człowieka dialogu. Mam nadzieję, że zdrowie mu dopisuje.
Po wszystkim, co przeszli, Parisa nie spodziewała się tak serdecznego powitania. Dopiero teraz przestała drżeć ze strachu i odetchnęła głębiej. Ponadto nie trzymała się już tak kurczowo Skorpiona.
Po raz kolejny udało im się uniknąć najgorszego. Powróciła nadzieja, że znów zobaczy swoją rodzinę. To wszystko sprawiło, że odsłoniła twarz i promiennie się uśmiechnęła.
Oczarowany de Montferrand odwzajemnił uśmiech. Choć złożył śluby i przyrzekał wierność Bogu, przez chwilę nie potrafił oderwać od niej wzroku. Rzadko mieli okazję spotykać tak urodziwe damy, a Parisa, mimo widocznych trudów podróży, prezentowała się wyjątkowo ślicznie.
Gdy otrząsnął się z zachwytu, zwrócił się do swoich niespodziewanych gości:
– Przy posiłku wszystko mi opowiecie. Ale teraz zapewne wolelibyście pozbyć się brudu, który przywieźliście ze sobą – zauważył, dając znak jednemu z braci, by się tym zajął.
Mężczyzna, krzywiąc się z niechęcią, ruszył w stronę koszar, gdzie mieściły się cele rycerzy i gości. Nienawidził tych psów – wyznawców Allaha. Gdyby miał taką możliwość, z imieniem Boga na ustach wyrżnąłby ich wszystkich.
Zanim podążyli za przewodnikiem, Skorpion podszedł do przyjaciela i wsunął mu w dłoń wodze.
– Zaopiekuj się Shamalem – poprosił. – Gdyby nie jego odwaga, nigdy byśmy tutaj nie dotarli.
Gerard skinął głową, doskonale rozumiejąc tę prośbę. W tej części świata życie człowieka często zależało od konia – o czym sam już się przekonał. Silny, waleczny rumak był bezcenny.
– Nie martw się – odpowiedział, uspokajająco ściskając jego ramię. – Zadbamy o twojego ogiera.
Skorpion podziękował, a następnie chwycił Parisę za rękę i ruszył za oddalającym się mężczyzną. Ten gest nie umknął uwadze gospodarza; zmartwiony zmarszczył brwi. Miał przeczucie, że to nie skończy się dobrze.
*
Zafascynowana Parisa z podziwem przyglądała się Twierdzy Rycerzy. Masjaf było ogromne, ale ta budowla robiła jeszcze większe wrażenie. Ojciec kiedyś wyjawił jej i Tariqowi, że warownia otoczona była dwoma potężnymi murami. Dodał, że chrześcijanie dobrze nią zarządzali. Z różnych źródeł wiedział, że zawsze mieli pełne spichlerze i rozbudowany system gromadzenia wody. Umar potrafił docenić takie rzeczy, nawet u potencjalnych wrogów.
Przystanęła, by poobserwować mężczyzn, którzy doskonalili swoje umiejętności w walce na miecze. Podziwiając ich siłę i zręczność, nagle uświadomiła sobie, że te same miecze odbierają życie jej współbraciom. Zaczęła się zastanawiać, czy to świat był tak bezwzględny, czy może ludzie byli źródłem zła. Ostatecznie doszła do wniosku, że to jednak wina ludzi.
Gdy weszli do środka, mimo panującego na zewnątrz upału, w pomieszczeniu było przyjemnie chłodno. Dziewczyna zerknęła w górę, na łukowate sklepienia, jakich nigdy wcześniej nie widziała. Wszystko wokół było dla niej obce i niezrozumiałe. Zadrżała i mocniej ścisnęła dłoń Skorpiona. Zaskoczyło ją, że znał Gerarda de Montferranda. Nie mogła się doczekać, aż usłyszy historię ich poznania. Z pewnością była niezwykle interesująca.
Zerknęła na niego z ukosa. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale doskonale wiedziała, ile tajemnic skrywa. Wbrew temu, co o sobie myślał, nie był okrutny, mimo że dorastał z takimi bestiami jak Razan. Zachował w sobie człowieczeństwo, choć głęboko je ukrył, aż sam o nim zapomniał. Jednak ono wciąż w nim tkwiło i czasami dawało o sobie znać. Była o tym przekonana.
Czując na sobie wzrok Parisy, Skorpion odwrócił głowę i spojrzał prosto w jej migdałowe oczy. Widząc łagodność malującą się na jej twarzy, poczuł dziwne ciepło w okolicy serca; niechciane uczucie rozlało się po jego ciele. Przeraziły go uczucia, które zaczynały w nim kiełkować. Nagle zamarł, jakby otrzymał cios w brzuch. Jutro, gdy odwiezie ją do domu, wszystko się skończy, a on znów będzie mógł skupić się na swojej zemście. Musiał sobie wciąż przypominać, że to zemsta była najważniejsza, a nie ta odważna dziewczyna.
Odetchnął z ulgą, gdy zakonnik wskazał celę przeznaczoną dla Parisy, a następnie dla niego. Wreszcie mógł się od niej uwolnić, a także od tej dziwnej czułości, którą w nim budziła. Taka komplikacja była mu zupełnie niepotrzebna. Musiał odzyskać kontrolę.
*
Posiłek odbywał się w ogromnej sali, w której mieściły się liczne stoły i ławy. W powietrzu unosił się kuszący zapach serwowanych potraw, a gwar rozmów oraz wybuchy śmiechu odbijały się echem od wysokiego sklepienia. Słudzy dwoili się i troili, by jak najszybciej roznosić jedzenie i rozcieńczone wino, aby nikt nie musiał zbyt długo czekać.
Skorpion i Parisa siedzieli przy głównym stole obok komendanta twierdzy: Gerarda de Montferrand, znanego również jako Żelazny Lew.
Zaintrygowana Parisa co chwilę spoglądała w jego stronę. Zauważyła, że ma niezwykłe poczucie humoru, jednak gdy rozmowa schodziła na poważniejsze tematy, jego twarz nagle nabierała ostrości, a oczy stawały się czujne, jakby wypatrywały potencjalnego zagrożenia.
„Niebezpieczny człowiek” – pomyślała dziewczyna, wkładając do ust kawałek wyśmienicie wypieczonej jagnięciny. Zaskoczyła ją zażyłość, z jaką Żelazny Lew i Skorpion odnosili się do siebie. Rozmawiali po arabsku z taką swadą, jakby rozstali się zaledwie wczoraj. Widać było, że darzą się dużą sympatią, mimo że należeli do dwóch wrogich obozów.
Ciche westchnienie najedzonej Parisy przykuło uwagę Gerarda.
– Wybacz, Pani, nasze gadulstwo – przeprosił. – Dawno nie widziałem się ze Skorpionem i już porzuciłem nadzieję, że kiedykolwiek to nastąpi.
– Nie czuję się urażona – odpowiedziała szczerze dziewczyna. – Z przyjemnością przysłuchiwałam się waszej rozmowie.
Żelazny Lew uśmiechnął się ciepło.
– Być może dostarczę ci nieco rozrywki, opowiadając, w jakich okolicznościach zaczęła się nasza znajomość.
Skorpion, słysząc te słowa, jęknął zrezygnowany. Wolałby zachować tę opowieść dla siebie, bo obawiał się, że ucierpi na tym jego sława najniebezpieczniejszego skrytobójcy.
Oczy Parisy zalśniły z radości na myśl, że dowie się czegoś więcej o człowieku, który skradł jej serce.
De Montferrand upił łyk wina i rozpoczął swoją opowieść.
– To było dwie wiosny temu – już się nie uśmiechał, a głos miał poważny. – Wracałem z Damaszku po wykonaniu pewnego zadania. Byłem tam incognito. Aby nie wzbudzać podejrzeń, nikt mi nie towarzyszył.
Zamilkł i zapatrzył się na trzymany w ręku kubek. Mimo upływu czasu wspomnienia wciąż wywoływały w nim silne poruszenie. Ale chyba zawsze tak było, kiedy człowiek otarł się o śmierć.
Po chwili otrząsnął się z zadumy i podjął przerwany wątek.
– Pewnego wieczoru, gdy szukałem odpowiedniego miejsca na nocny postój, mój koń spłoszył się na widok żmii. Była to wyjątkowo duża bestia, niemal tak długa jak człowiek. Mój wierzchowiec uciekł, a ja zostałem sam na tym pustkowiu, bez jedzenia i wody, na dodatek ze zwichniętą kostką.
Oczy Parisy rozszerzyły się ze zdumienia. Nie spodziewała się czegoś takiego. Z zapartym tchem słuchała dalszej części opowieści.
– Pierwszą noc udało mi się przetrwać w całkiem niezłym stanie. Jednak gdy nastał dzień, a słońce coraz mocniej przypiekało, sytuacja się pogarszała.
Dziewczyna zauważyła, że z każdym słowem coraz mocniej zaciskał dłonie na kubku z winem. Nadal przeżywał to, co się wtedy wydarzyło.
– Kolejna noc była przerażająca – nagle uniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy. – Z powodu kontuzji nogi, odwodnienia i zimna dostałem gorączki. Leżałem w delirium, nie wiedząc, co się dzieje, a wokół nie było żywej duszy. Gdy odzyskiwałem przytomność, wołałem do Boga, by zakończył moje męczarnie. Ale On zwlekał. Wciąż żyłem.
W tym momencie uniósł kubek i wziął solidny łyk wina, jakby pragnął ukoić palące pragnienie, które wtedy odczuwał.
– Wraz z nadejściem świtu pojawiły się sępy. Krążyły nade mną, wyczekując chwili, gdy skonam. Im wyżej wznosiło się słońce na nieboskłonie, tym bardziej obniżały swój lot. Przeczuwały, tak jak ja, że nie dożyję wieczora.
Nagle spojrzał na Skorpiona i uśmiechnął się.
– Było chyba południe, gdy ocknąłem się i zobaczyłem obok siebie twarz mężczyzny. Na początku nie byłem pewien, czy to sen, czy rzeczywistość. Pamiętam, że patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Z powodu wyschniętego gardła nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, on również się nie odzywał. Po chwili wstał, wsiadł na swojego konia i odjechał. Pewnie uznał, że szkoda na mnie czasu.
Zszokowana Parisa aż krzyknęła. Nie mogła uwierzyć, że ktoś mógłby zostawić umierającego człowieka na pastwę sępów.
Widząc jej minę, Gerard roześmiał się głośno. Tak, teraz mógł się z tego śmiać, ale wtedy to nie było zabawne.
– Gdy myślałem, że śmierć jest blisko, człowiek, który tak niedawno zostawił mnie bez słowa, wrócił. A tym kimś był Skorpion.
Wzburzona Parisa spojrzała na ukochanego.
– Jak mogłeś go minąć i nie udzielić mu pomocy? – zawołała ze zdumieniem.
Mężczyzna najpierw wzruszył ramionami, a po chwili dodał:
– To przecież Frank – niewierny.
Jakby to wszystko tłumaczyło.
– Więc dlaczego wróciłeś i w końcu mu pomogłeś?
Patrząc przyjacielowi prosto w oczy, Skorpion uniósł jeden kącik ust w ironicznym uśmiechu.
– Może dlatego, że o nią nie poprosił.
De Montferrand ponownie wybuchnął śmiechem.
– Gardło miałem tak wysuszone, że nie byłem w stanie się odezwać.
Mimo rozbawienia obaj zdawali sobie sprawę, że ratunek przyszedł w ostatniej chwili.
Parisa z niedowierzaniem pokręciła głową. Co za historia!
– Zdradziłem swoją tajemnicę, teraz wasza kolej. Co takiego się stało, że zawędrowaliście aż tutaj?
Dziewczyna zerknęła na Skorpiona. Wolała, by to on opowiadał.
– Byłem na tyle głupi, że na rozkaz Starca z Gór porwałem Parisę. Teraz staram się naprawić ten błąd i odwieźć ją z powrotem do ojca, co oczywiście nie spodobało się Razanowi, prawej ręce Raszida.
Zaskoczony Gerard uniósł jasne brwi.
– Wykradłeś Parisę?! – De Montferrand gapił się na przyjaciela, jakby wyrosła mu druga głowa. – Nie wierzę. Jak to zrobiłeś?
Parisa pochyliła głowę ze wstydu. Prawda była taka, że sama dała się porwać.
– Normalnie. – Skorpion nie zamierzał wdawać się w szczegóły. – Wsadziłem ją na konia i odjechaliśmy.
Gerard wyczuwał, że za tą lakoniczną odpowiedzią kryje się coś więcej, ale nie zamierzał naciskać. Nawet przyjacielowi czasami nie mówiło się wszystkiego.
– W porządku. Pomożemy wam bezpiecznie dotrzeć do Hamy. Możesz liczyć na naszą eskortę.
– Nie śmiałem o to prosić, ale będziemy wdzięczni za pomoc. Razan może znajdować się w pobliżu.
– Jeśli czujecie się na siłach, wyruszymy jutro o świcie.
Skorpion spojrzał na Parisę.
– Dam radę – zapewniła go szybko, odpowiadając na jego nieme pytanie.
Chcąc pokazać, jak bardzo jest z niej dumny, delikatnie pogłaskał ją po policzku, ale gdy tylko uświadomił sobie, co zrobił, zaklął w duchu i szybko cofnął dłoń. Dziewczyna spłonęła rumieńcem, a Gerard udawał, że niczego nie zauważył.
Resztę dnia spędzili spacerując po dziedzińcu twierdzy, a po kolacji wrócili do swoich cel. Jutro czekał ich kolejny trudny dzień – być może najtrudniejszy.
*
Zamyślony Skorpion leżał na wąskim łóżku i, z ręką ułożoną pod głową, wpatrywał się w niewielkie, zakratowane okienko. Nie zamknął okiennicy, by móc patrzeć na gwiazdy. W rogu pomieszczenia, tuż przy niskim suficie, znajdowała się świeca, której płomień delikatnie zafalował od lekkiego powiewu powietrza. Prawie się nie ruszając, sięgnął po nóż leżący obok.
„Być może niektórzy nie byli zadowoleni, że musieli jeść w towarzystwie muzułmanina.”
Gdy drewniane drzwi najpierw cicho zaskrzypiały, a następnie powoli się zamknęły, wstrzymał oddech, mocniej zaciskając dłoń na trzonku ukrytej broni. Już miał zaatakować, ale znajomy głos sprawił, że ręka opadła mu z powrotem na posłanie.
– Parisa? Co ty tu robisz? – zapytał, siadając na brzegu łóżka.
Nie odpowiedziała, przynajmniej nie od razu. Bez słowa podeszła do niego, stanęła między jego nogami i położyła obie dłonie na szerokich ramionach Skorpiona. Wpatrując się w ciemne oczy rozświetlone blaskiem świecy, powiedziała cicho:
– Przyszłam, bo chcę znowu być twoja.
Zapatrzony w jej zarumienioną twarz głośno przełknął ślinę. Nie spodziewał się, że po tym, co usłyszała ostatniej nocy, pozwoli mu się dotknąć. Wzruszony, przylgnął do jej brzucha, skrytego pod szorstkim materiałem tuniki.
– Jesteś pewna? – zapytał drżącym głosem. Cokolwiek postanowi, uszanuje to.
Parisa odsunęła się od niego i jednym ruchem zsunęła z siebie ubranie. Aż westchnął z zachwytu, gdy ujrzał jej nagą postać. Była tak piękna, że przez chwilę bał się jej dotknąć.
Rozczulona jego wahaniem, ostrożnie chwyciła jego dłonie i położyła je na swoich piersiach. Gdy chłodne palce zetknęły się z jej ciałem, oboje odetchnęli głęboko. A uśmiech, który mu posłała, był wspanialszy niż widok tysięcy gwiazd.
– Tak… Zdecydowanie tak – zamruczała, prosto w jego gorące usta.
Skorpion nie miał już więcej pytań. Ta noc należała do nich. Byli tylko oni, zamknięci we własnym intymnym świecie, połączeni namiętnością.
– Wiesz, że w tym momencie przypieczętowałaś swój los, niewolnico? – stwierdził aksamitnym głosem, sunąc dłonią po jej cudownych kształtach.
– Możesz zrobić ze mną, co tylko zechcesz, asasynie – rzuciła prowokacyjnie, gładząc go po długich, czarnych włosach.
Skorpion roześmiał się cicho, szczęśliwy jak nigdy dotąd. Właśnie odkrył tajemnicę swojego braku serca. Ku jego zaskoczeniu zawsze je miał, ale dopiero Parisa sprawiła, że zaczęło bić.
– Jesteś wyjątkowa – powiedział, poważniejąc.
W tym momencie jego oczy płonęły intensywniej niż jakikolwiek ogień. Była dla niego zarówno lekarstwem, jak i trucizną. Kryła w sobie siłę i delikatność, które tak go urzekły. Nagle ogarnął go smutek. Żałował, że nigdy nie będą razem.
Parisa poczuła zbierające się łzy pod powiekami. Choć starała się je powstrzymać, jedna słona kropla wymknęła się i spłynęła po policzku. Nie chciała go stracić. Gdyby mogła cofnąć czas, kolejny raz zaryzykowałaby wszystko i wkroczyła na tę pełną niebezpieczeństw drogę prowadzącą do Skorpiona.
A on ostrożnie wytarł jej łzę i z uwielbieniem pocałował. Miał wrażenie, że ta noc ma w sobie coś magicznego. Powoli wsunął język między jej wargi, a gdy ochoczo odpowiedziała na jego pocałunek, stanowczo do siebie przyciągnął.
Parisa w niczym mu nie ustępowała. Dłońmi błądziła po jego torsie, brzuchu i udach, pieszcząc go z taką samą pasją, jak on ją. Pragnęła nauczyć się go na pamięć. Chciała, aby jej usta i palce na zawsze zapamiętały Skorpiona.
Mężczyzna przewrócił ją na plecy i rozsunął uda. Delikatnie muskając ich wewnętrzną stronę, powoli zbliżał się do pulsującej kobiecości. Czując, jak bardzo była wilgotna i gotowa na jego przyjęcia, ledwie powstrzymał jęk. Gdy wsuwał w nią palec, jego męskość nabrzmiała do granic możliwości. Buzująca w nim żądza domagała się spełnienia, ale udało mu się jakoś ją okiełznać, choć nie było to łatwe. Najpierw chciał zobaczyć, jak Parisa osiąga szczyt, i to wiele razy. Pieszcząc jej wnętrze, jednocześnie powtarzał językiem ten sam rytm w jej ustach.
Powolny i jednostajny ruch sprawił, że dziewczyna mocno objęła go ramionami i jeszcze bardziej rozchyliła nogi. Skorpion doskonale rozumiał tę prośbę. Oderwał usta od jej warg i zafascynowany obserwował, jak osiąga orgazm, do którego doprowadził ją swoją dłonią. Gdy doszła do siebie, wziął ją w ramiona i teraz to on znalazł się na dole, a ona na górze.
Złapał ją za biodra i nasadził na siebie. Parisa, zaskoczona nową pozycją oraz intensywnością doznań, a także siłą, z jaką w nią wszedł, początkowo nie wiedziała, jak zareagować.
– Nie wiem, co mam robić – wykrztusiła, czując zażenowanie.
Jej kochanek uśmiechnął się szelmowsko i mruknął:
– Ujeżdżaj mnie… jak ogiera.
Dziewczyna popatrzyła na niego podejrzliwie, ale postanowiła zastosować się do jego rady. Chyba wiedział, co mówi. Szybko się w tym odnalazła i, zgodnie z jego sugestią, zaczęła go ujeżdżać. Cicho pojękując, unosiła się i opadała, galopując na nim, jakby od tego zależało ich życie. Nigdy nie przypuszczała, że kobieta może tak dosiadać mężczyznę, mieć nad nim władzę i kontrolować siłę namiętności. Uwielbiała tę niespodziewanie odkrytą kobiecą moc. Wkrótce udowodniła swoje umiejętności jeździeckie, doprowadzając oboje do ekstazy, która wstrząsnęła ich ciałami i pozostawiła bez tchu.
*
Odpoczywając w swoich ramionach, zastanawiali się, co przyniesie jutrzejszy dzień. Namiętność, którą przeżyli, na kilka cudownych chwil pozwoliła im zapomnieć o ponurej rzeczywistości. To, co narodziło się między nimi, było ulotne jak fatamorgana, gotowe w każdej chwili rozpłynąć się w gorącym pustynnym powietrzu.
Gładząc nagie pośladki dziewczyny, Skorpion zrozumiał, że w tej niewielkiej celi odnalazł prawdziwie szczęście. Lecz gdy pierwsze promienie słońca rozświetlą niebo, nie będzie po nim śladu.
– Sądzę, że emir nie przyjmie mnie zbyt przychylnie.
Choć nie chciał burzyć błogiego spokoju, w jakim oboje się znajdowali, musiał poruszyć ten temat.
Parisa z całych sił pragnęła zapomnieć o jutrze. Choć cieszyła się z powrotu do domu, myśl o rozstaniu ze Skorpionem spędzała jej sen z powiek.
– Ojciec jest niezwykle mądry i sprawiedliwy. Gdy wszystko mu wyjaśnię, na pewno nie potraktuje cię źle.
Mężczyzna w milczeniu wpatrywał się w dogasającą świecę. Nie chciał pozbawiać jej złudzeń, ale był przekonany, że w tym przypadku Umar nie okaże się tak wspaniałomyślny, jak twierdziła. W ogóle by się nie zdziwił, gdyby został zabity – szybko i po cichu. Na miejscu emira właśnie tak postąpiłby z porywaczem własnej córki.
– Gdy tylko dotrzemy do Hamy, wszystko się ułoży – stwierdziła, nie kryjąc swojego optymizmu.
Uśmiechając się gorzko, musnął opuszkami palców jej krągłe biodra, delikatnie wygiętą linię pleców, a na koniec ucałował pachnące włosy. Parisa była tak uroczo naiwna, że nie chciał jej uświadamiać, iż w niektórych sytuacjach mężczyźni najpierw zabijają, a dopiero potem pytają, o co chodzi.
Nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
– Nigdy nie wyjawiłaś mi, kim jest spiskowiec, który rozmawiał z Razanem.
Dziewczyna uniosła się na łokciu i spojrzała na niego z lękiem. Bała się wypowiedzieć na głos imię kogoś, komu jej ojciec ufał bezgranicznie.
Pochyliła się nad Skorpionem i, jakby obawiając się, że nawet tutaj ktoś może ich podsłuchiwać, wyszeptała mu do ucha imię zdrajcy. Nie zdziwiła się, gdy spojrzał na nią z niedowierzaniem. Dla niej to także był szok.
*
Oddział składający się z kilkunastu dobrze uzbrojonych rycerzy wyruszył z twierdzy wcześnie rano. Nie lekceważono zagrożenia, bo Razan mógł zebrać większą grupę asasynów i czekać gdzieś w pobliżu.
Aby oszczędzić Shamala, Parisa miała jechać na łagodnej klaczy. Rozumiała, że to konieczne, ale bardzo pragnęła być blisko ukochanego, móc przytulić policzek do jego pleców i czuć pod palcami bicie jego serca. Dlatego z nadąsaną miną wsiadła na Jasminę.
Z przodu jechał Gerard de Montferrand, a towarzyszył mu Skorpion. Choć pogrążeni w rozmowie, od czasu do czasu milkli i czujnie rozglądali się wokół. Obserwując ich, Parisa dokonała interesującego spostrzeżenia: wojownikiem nigdy nie przestaje się być, tak jak instynkt zabójcy i łowcy pozostaje w człowieku na zawsze.
Gdy zauważyli charakterystyczny kopczyk równo ułożonych kamieni, zatrzymali się. Znajdowali się całkiem blisko Hamy i tutaj kończyła się eskorta krzyżowców.
Parisa, de Montferrand i Skorpion zeszli ze swoich wierzchowców. Gerard położył dłoń na ramieniu przyjaciela i z pewnym wzruszeniem spojrzał mu w oczy. Obaj zdawali sobie sprawę, że prawdopodobnie już się nie spotkają.
– Życie za życie – odparł Skorpion. – Jesteśmy kwita.
Rycerz kiwnął głową i odwrócił się w stronę dziewczyny.
– Bywaj, Pariso, córko emira Hamy – mówiąc to, ukłonił się jej nisko. – Mam nadzieję, że to koniec twoich kłopotów, Pani, i że spokojnie powrócisz na łono rodziny.
Parisa uśmiechnęła się do niego serdecznie. Był od niej znacznie starszy i na swój sposób przystojny, przypominając jej nieco ojca. Miała wrażenie, że podobnie jak Umar był przede wszystkim człowiekiem dialogu. Dopiero gdy pokojowe metody zawodziły, sięgał po miecz.
– Mam nadzieję, że tak właśnie będzie – odpowiedziała uprzejmie.
Gerard ponownie się ukłonił i nie przedłużając pożegnania, podszedł do swojego konia i jednym płynnym ruchem znalazł się na jego grzbiecie. Młodemu rycerzowi kazał wziąć wodze klaczy, na której jechała dziewczyna, a następnie rzucił w ich stronę:
– Salam!
Po czym z powrotem ruszył w stronę Twierdzy Rycerzy.
Skorpion stanął przy Parisie i z troską poprawił chustę, która zsuwała się z jej włosów.
– Gotowa? – zapytał, wpatrując się w nią uważnie.
Tak naprawdę żadne z nich nie miało pojęcia, co ich czeka. On sam był spięty, a intuicja podpowiadała mu, że wyczerpał już cały zapas szczęścia przydzielony mu przez Allaha. Świadomie i bez wahania stawiał krok ku przepaści. Ale dla niej byłby gotów zrobić o wiele więcej – nawet oddać własne życie.
Dziewczyna wspięła się na palce i złożyła na jego twardych wargach subtelny pocałunek. Całowała go łagodnie, wyznając mu w ten sposób swoją miłość, szacunek i przywiązanie.
Skorpion doskonale wiedział, co się z nią dzieje, bo sam czuł podobnie. Była tak słodka i bezbronna, że miał ochotę znów ją porwać, udać się z nią do Damaszku i spędzić tam resztę wspólnych dni. Niestety, było to tylko marzenie, a on nie miał prawa do marzeń. Pozostały mu jedynie koszmary.
– Tak – odpowiedziała, podając mu dłoń.
Najpierw Skorpion dosiadł Shamala, a następnie pomógł wsiąść Parisie. Ostatni raz pogładził jej dłonie, którymi obejmowała go w pasie, po czym pomknęli przed siebie.
*
W drodze do Hamy nie robili postojów. Każde z nich na swój sposób obawiało się powrotu, chcąc jak najszybciej mieć to wszystko za sobą.
Im bliżej byli miasta, tym krajobraz stawał się coraz bardziej znajomy. Parisa często przyjeżdżała tu na przejażdżki z bratem. Z daleka widziała rzekę Orontes, która srebrzyła się w promieniach ostrego słońca, a to oznaczało tylko jedno: dom był blisko.
Widząc miasto, Skorpion zmusił Shamala do galopu. Myślał o tym, jak wiele się zmieniło od czasu, gdy ostatnio przemierzał tę drogę. Jak on się zmienił. Dla niej. Ale nie mogła się o tym dowiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć.
Gdy zauważył dużą grupę jeźdźców zmierzających w ich stronę, w jego oczach pojawił się groźny błysk. Puls mu przyspieszył, a całe ciało napięło się ze strachu o Parisę. Nie zamierzał walczyć, by przypadkiem nie narazić jej na niebezpieczeństwo.
Wystraszona dziewczyna wpatrywała się w mężczyzn, którzy otoczyli ich ze wszystkich stron i, pokrzykując nieprzyjaźnie, brutalnie na nich napierali. W ich dłoniach błyszczały długie noże, co jeszcze bardziej ją przeraziło.
Wyczuwając zagrożenie, Shamal tańczył niespokojnie w miejscu, prychając groźnie. Próbował wydostać się z tego kręgu, ale pozostałe konie skutecznie blokowały każdy jego ruch. Rozsierdzony, rzucał głową i rżał wściekle.
Wiedząc, co dzieje się z ogierem, Skorpion gładził go uspokajająco po szyi, nie spuszczając wzroku z wykrzywionych złością twarzy. Martwił się o dziewczynę, bo sytuacja w każdej chwili mogła przerodzić się w walkę.
Niespodziewanie w sam środek tej utarczki z głośnym rykiem wpadł młody mężczyzna.
– Miejsce! – wrzasnął dziko. – Zróbcie mi miejsce!
Po jego słowach zapanował jeszcze większy chaos. On jednak nie zwracał na to uwagi, tylko parł przed siebie, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do dwojga ludzi na białym koniu.
Parisa uniosła głowę i zaczęła rozglądać się gorączkowo. Znała ten głos!
– Tariq! – krzyknęła z całych sił. – Tariq!
Tak bardzo wierciła się na Shamalu w poszukiwaniu brata, że o mało z niego nie spadła.
Gdy Tariq zbliżył się do siostry, objął ją ramionami i przeniósł na swojego konia. Batem bił na lewo i prawo, starając się jak najszybciej wydostać z tłumu.
Dziewczyna trzymała się go kurczowo, usiłując powstrzymać łzy ulgi, które wbrew jej woli spływały po policzkach i kapały na tunikę.
Gdy byli już bezpieczni, Tariq zeskoczył z konia i pomógł Parisie zejść na ziemię. Najpierw wpatrywał się w nią, jakby nie mógł uwierzyć, że to naprawdę ona, a następnie objął ją mocno. Tuląc do siebie, wciąż powtarzał jej imię. Nie było słów, które mogłyby oddać radość, jaką czuł, trzymając siostrę w ramionach.
Dziewczyna raz płakała, a raz się śmiała ze szczęścia.
„Wszystko będzie dobrze” – powtarzała sobie w duchu, przepełniona euforią. – „Wszystko będzie dobrze”.
Gdy nacieszyli się sobą, Tariq odsunął się od siostry, by upewnić się, że jest cała i zdrowa. W jego oczach wciąż malowały się szok i niedowierzanie.
– Z tobą wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie, bojąc się tego, co usłyszy.
Pamiętał, co mówił Raszid; jego słowa wciąż dźwięczały mu w głowie.
Parisa nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa, więc jedynie energicznie pokiwała głową. Tariq, z widoczną ulgą, ponownie przytulił ją do siebie.
„Jak dobrze znowu mieć ją blisko” – pomyślał wzruszony. Nie sądził, że kiedykolwiek odzyska siostrę.
Gdy wzruszenie minęło, puścił Parisę i odwrócił się w stronę mężczyzny, z którym przyjechała. Miłość, z jaką patrzył na siostrę, zastąpiła lodowata furia. Wiedział, z kim ma do czynienia. To jeden z nich – szczur Raszida, na dodatek człowiek, który najbardziej zasługiwał na śmierć. Usta Tariqa wygięły się w okrutnym uśmiechu.
– Zajmijcie się nim, ale tak, by nas popamiętał.
*
Otoczony ze wszystkich stron Skorpion stał spokojnie obok swojego konia, zafascynowany widokiem, jak brat witał siostrę. Uśmiechnął się, dostrzegając radość na ich twarzach.
A więc tak to jest mieć kochającą rodzinę.
Poczuł ukłucie zazdrości, które jednak szybko minęło. Nie było sensu rozmyślać o czymś, czego nigdy nie miał i mieć nie będzie.
Najważniejsze, że Parisa była bezpieczna. Miał wrażenie, jakby z jego barków zdjęto potężny kamień. Teraz było mu już obojętne, co się z nim stanie.
Nie poruszył się, gdy młody mężczyzna podszedł do niego i z pogardą spojrzał mu prosto w oczy. Nie zareagował, gdy został uderzony w twarz i opluty. Nie bronił się, gdy otrzymał tak silny cios w brzuch, że pękło mu żebro. Nie stawiał oporu, gdy wiązano go jak dzikie zwierzę.
Parisa z okrzykiem przerażenia rzuciła się, by go bronić, ale brat złapał ją za ramię i mocno przytrzymał. Pierwszy raz w życiu widziała go takiego – obserwującego z niemal sadystyczną satysfakcją, jak katowano drugiego człowieka.
– Zostawcie go! – krzyczała, próbując wyrwać się z jego żelaznego uścisku. – On mi pomógł! Zostawcie go! – powtarzała z rozpaczą w głosie.
Gdy zaczęła go kopać, Tariq nie wytrzymał. Najpierw popatrzył na nią wrogo, a potem uderzył w twarz, chcąc powstrzymać narastającą w niej histerię.
Dziewczyna złapała się za piekący policzek i spojrzała na niego zszokowana. Aż do teraz nigdy nie obawiała się własnego brata.
A on wpadł w taki szał, że bał się, iż wyrządzi jej jeszcze większą krzywdę.
– Wiesz, przez jaką gehennę przechodziliśmy z twojego powodu? – wołał, szarpiąc ją bezlitośnie. – Wiesz?!
Przerażona Parisa jedynie potrząsnęła głową, bojąc się odezwać.
– Więc się uspokój, bo znowu cię uderzę – wycedził przez zęby.
Kuląc się, ostatni raz spojrzała na leżącego we krwi Skorpiona i spuściła głowę.
Nie tak to miało wyglądać. Nie tak!
1 komentarz
Hart
Moja droga autorko . Czy u Ciebie jak jedno się wyprostowuje to zaraz musi się skomplikować? Ach ta autorska podstępność😉. Oczywiście że jest to ujmująco słodkie i bardzo wciągające. Ale chyba w następnym odcinku sam chwycę za miecz i wyprodukuję wszystkie ścieżki osobiście , bo kto mi zabroni . Czekam na następną odsłonę. Buziaki 😘