
W końcu nastał dzień, na który Raszid ad-Din Sinan czekał od dawna. Niebo na horyzoncie dopiero zaczynało różowieć, gdy po porannej modlitwie grupa jeźdźców szykowała się do drogi. Gęsta atmosfera panująca na dziedzińcu Masjaf udzieliła się nie tylko ludziom, ale i koniom, które parskały i nerwowo podrzucały głowami. Gdy przestępowały z nogi na nogę, widać było drżenie mięśni pod skórą.
Stojący na uboczu Skorpion, z rękami założonymi na piersi, wrogim spojrzeniem mierzył to Sinana, to rozmawiającego z nim Razana. Odkąd usłyszał, że ten bydlak zostaje, ogarnął go podejrzany spokój. Nie musiał być mędrcem, żeby się domyślić, co to oznacza – dla niego i... Parisy.
Łudził się, że ma jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji: czy pomóc dziewczynie, czy też czekać na odpowiedni moment, by zadać śmiertelny cios. Nagle okazało się, że tego czasu wcale nie ma, a o wszystkim musiał zdecydować jeszcze dziś.
Wrócił myślami do jej słów, że przed rokiem Razan był w pałacu emira i rozmawiał z kimś z jego otoczenia. Nie zdziwiło go, że macki Starca sięgały Hamy, skoro jego szpiedzy kryli się w pobliżu samego Saladyna. Ciekawiło go tylko, kto okazał się zdrajcą.
W milczeniu przyglądał się, jak Raszid dosiada Zafira. Musiał przyznać, że gniady ogier prezentował się wspaniale. Czarna grzywa, ogon i kończyny idealnie współgrały z brązową sierścią. Był starszy od Shamala, ale wciąż emanował siłą i godnością.
Sinan omiótł wzrokiem zgromadzonych i donośnym głosem oznajmił, że od teraz to Razan będzie zarządzać Masjaf.
W tym momencie Skorpion dostrzegł wpatrzone w niego zimne, jasnoniebieskie oczy. Uśmiechnął się pogardliwie. Bez Raszida i jego kontroli byli jak dwa bezpańskie psy, które tylko czekały, by rzucić się sobie do gardeł.
Razan zawsze grał nieczysto i zapewne już coś knuł przeciwko niemu, a sprawę dodatkowo komplikowała Parisa, której nawet Najwa nie zdoła obronić. Mógł ją zostawić wilkom na pożarcie, ale prawda była taka, że nie chciał, by spotkała ją krzywda. Starał się nie myśleć o tym, jak skończyłaby się dla niej noc z Razanem. Mimo że ją porwał, w jakiś pokrętny sposób czuł się za nią odpowiedzialny.
Domyślał się, że ten skurwiel nie będzie czekał i już dziś zacznie działać. Sinan na pewno poinformował go wcześniej, że pod jego nieobecność to właśnie on będzie dowodził asasynami. Mógł więc sobie wszystko zaplanować – w przeciwieństwie do niego.
Na znak dany przez Starca niewielki oddział wyruszył do Hamy. Nie wiadomo było, jak długo ich nie będzie. Zapewne powrócą dopiero wtedy, gdy Raszid zobaczy Umara na kolanach.
Gdy kraty za jeźdźcami zamknęły się z przeszywającym zgrzytem, Razan uśmiechnął się triumfalnie. Dziś Parisa w końcu będzie jego i ani Najwa, ani Skorpion mu w tym nie przeszkodzą. A jeśli będą próbować, gorzko tego pożałują. Jego duma już wystarczająco ucierpiała, a rana na twarzy był tego najlepszym dowodem. Wieczorem zrobi, co trzeba.
Skorpion opuścił miejsce przy ścianie, skąd obserwował wyjazd Sinana, i udał się do Sali Śmierci. Dawno tam nie zaglądał, ale dziś potrzebował wyciszenia i jasnego umysłu, by zdecydować co dalej.
Większość asasynów uznałaby go za szaleńca, wiedząc, że z własnej woli zamierzał podjąć to diabelskie wyzwanie, ale on nigdy nie był taki jak oni. Może dlatego wciąż żył. W ciemnych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Ryzyko weszło mu w krew.
Przemierzył niemal całą twierdzę, nim dotarł do znienawidzonego przez wielu miejsca, znajdującego się w odosobnionej części Masjaf. Z całej siły pchnął wielkie wrota, które otworzyły się z przeraźliwym jękiem. Gdy wszedł do środka, uderzył go panujący tam chłód. Zapalił dwie pochodnie, które delikatnie zaskwierczały, nim na dobre zajęły się ogniem, i przyjrzał się temu imponującemu pomieszczeniu.
Ogromne stalowe topory zwisały z sufitu na grubych łańcuchach, budząc grozę swymi rozmiarami. To tutaj asasyni zdawali swój ostatni egzamin, po którym stawali się prawdziwymi szczurami Raszida. Nie każdy zdołał pokonać ten tor przeszkód, ponieważ wystarczył jeden błąd, by ostrza przecięły ciało na pół. Spojrzał na kamienną posadzkę. Była ciemnoczerwona od zaschniętej krwi tych, którzy zginęli podczas tej okrutnej próby.
Z wysiłkiem poruszył pierwszy topór, który powoli wprawił w ruch pozostałe. Początkowo kołysały się ociężale, lecz z każdą chwilą nabierały prędkości, a błysk stali rzucał na kamienne ściany coraz bardziej złowrogie refleksy.
Skorpion zerknął na śmiercionośne wahadła, wziął głęboki oddech i zrobił krok do przodu. Natychmiast poczuł zimny powiew przed sobą i za sobą, a potężne ostrza minęły go o włos. Nie było już odwrotu.
Przed nim wisiało jeszcze dziewięć takich wahadeł, które bujały się coraz szybciej, każde w swoim rytmie. Skorpion przestał myśleć i pozwolił, by prowadził go instynkt. Gdy jego wewnętrzny głos krzyczał: „Teraz!”, natychmiast działał. Robił krok, przystawał, czekał na znak i ponownie ruszał.
Stal śmigała tuż przed jego twarzą, lecz Skorpion już tego nie zauważał. Widział tylko wolną przestrzeń między ostrzami bezlitośnie tnącymi powietrze oraz miejsce, do którego musiał dotrzeć. Może dlatego był tak dobrym skrytobójcą, bo – podobnie jak myśliwy – nie skupiał się na przeszkodach, lecz na zwierzynie.
Pokonując ostatnie z monstrualnych wahadeł, był niezwykle spokojny. Osiągnął to, po co tu przyszedł. Gdy odwrócił się, by ostatni raz spojrzeć na drogę, którą przebył, zobaczył najprawdziwsze zło.
Po drugiej stronie, za kołyszącymi się ostrzami, stał Razan. Obserwował go z rękami opartymi na biodrach i szeroko rozstawionymi nogami. Obaj przypomnieli sobie wieczór, który – czy tego chcieli, czy nie – związał ich na zawsze.
Skorpion powoli wciągnął powietrze, a następnie skrzywił usta w parodii uśmiechu. Kości zostały rzucone.
Gdy wahadła ponownie odsłoniły miejsce, w którym stał, już go tam nie było. Razan zazgrzytał zębami. Zrozumiał, że nie tylko on prowadził swoją grę.
*
Idąc tunelem w stronę haremu, Skorpion obmyślał szczegóły planu. Blask ognia tańczył po jego ostrych rysach twarzy, nadając mu demoniczny wygląd. Jeśli ich złapią, zemsta Razana będzie mściwa. Gdyby jednak nie zaryzykowali, los Parisy byłby równie tragiczny.
Gdy dotarł do drzwi strzegących wejścia do ogrodów rozkoszy, wetknął trzonek pochodni w uchwyt, ale nie puścił go od razu. Wpatrując się nieobecnym wzrokiem w płomień, pomyślał, że znowu jej życie zależało od niego. Ta odpowiedzialność ciążyła mu coraz bardziej. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie i jej ufne spojrzenie. Wściekły na siebie i na nią, poprzysiągł, że ponownie ją uratuje.
Głośniej niż zazwyczaj wystukał swój kod, w myślach przeklinając guzdrzącego się Alara. Na jego widok eunuch uśmiechnął się szeroko.
– Do której z naszych kotek przyszedłeś? Nadiry czy Parisy? – zagadnął, mrugając znacząco. – Obie mają ostre pazurki, więc uważaj, by ich w tobie nie zatopiły. A chodzą słuchy, że bardzo tego chcą.
– Do Parisy – mruknął, niezbyt zadowolony z żartu Nubijczyka.
Choć był pewien, że Nadira – mimo swojego temperamentu – nie urządzi mu sceny, bo zbyt dobrze znała zasady, wolał już jej nie spotkać. Ich drogi definitywnie się rozeszły.
– Ach, do naszej ślicznej księżniczki – zauważył z humorem Alar. – Bądź ostrożny. Może i Nadira wygląda na ostrzejszą sztukę, ale to z Parisy jest prawdziwa wojowniczka.
Skorpion popatrzył na niego zaskoczony.
– Tak, tak – ciągnął strażnik, widząc zdumienie na jego twarzy. – To chucherko prawie udusiło Nadirę jej własnym warkoczem – wyjaśnił, kiwając z uznaniem głową. Tutaj, w Masjaf, spryt i waleczność były szczególnie cenione.
– Gdzie ona jest?
– Na tyłach ogrodu. Siedzi tam sama, bo poza Najwą wszystkie kurtyzany trzymają się od niej z daleka.
Eunuch już się nie uśmiechał.
– Wyczuwają, że nie jest jedną z nich.
Parisa miała w sobie pewną szlachetność, której nic nie mogło jej odebrać, nawet najgorsze upodlenie.
Gdy Skorpion wszedł do ogrodu, od razu zrozumiał, o czym mówił strażnik. Grupa kobiet zebrana w jednym miejscu radośnie plotkowała, a księżniczka odpoczywała w cieniu rozłożystej morwy rosnącej na uboczu.
Bez pośpiechu ruszył w jej stronę. Stanowiła niezwykle urokliwy obrazek. Lśniące włosy okalały jej twarz i swobodnie spływały na ramiona, a promienie słoneczne ozłacały skórę. Rękami obejmowała kolana i w zamyśleniu wpatrywała się w mury twierdzy. Wydawała mu się dojrzalsza niż wtedy, gdy się poznali. Była bardziej skryta i tajemnicza.
Chyba wyczuła, że ją obserwuje, bo obróciła głowę w jego stronę. Na jedno westchnienie świat skurczył się do ich dwojga, zaraz jednak wszystko wróciło do normy. Parisa powoli wstała i oparła się o drzewo, nerwowo ściskając rąbek szaty skrywającej szczupłe ciało. Zastanawiała się, z czym do niej przychodzi.
Widok piersi subtelnie prześwitujących przez delikatny materiał sprawił, że Skorpionowi zaschło w ustach z wrażenia. Dziwne, że naga Nadira nie działała na niego tak jak ta dziewczyna.
Parisa z napięciem obserwowała zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Starała się wyglądać na obojętną, ale w środku cała drżała. Gdy stanął tuż przy niej, w milczeniu patrzyli sobie w oczy. Choć próbowała, nie potrafiła nic wyczytać z jego beznamiętnego spojrzenia.
– Masz mi coś do powiedzenia? – Cieszyła się, że mimo zdenerwowania jej głos brzmiał chłodno i stanowczo.
Skorpion uśmiechnął się. Podobała mu się taka niedostępna i pełna dumy.
– Owszem – odparł, lekko rozbawiony jej oficjalnym zachowaniem.
Parisa wstrzymała oddech. On sobie kpił, a dla niej była to sprawa życia i śmierci.
– Więc? – zapytała, powoli tracąc cierpliwość.
Wtedy podszedł do niej tak blisko, że ich ciała niemal się dotykały. Dziewczyna aż się żachnęła, mocniej opierając się o pień drzewa.
Kładąc dłonie na szorstkiej korze po obu stronach jej twarzy, Skorpion wpatrywał się w nią, jakby chciał wyryć sobie jej obraz w pamięci. W końcu odpowiedział chłodno:
– Zabiorę cię do ojca.
Gdy niemal krzyknęła z radości, położył palec na jej ustach i spojrzał na nią z powagą.
– A przynajmniej spróbuję.
Nieme ostrzeżenie zawisło nad nimi jak topór z Sali Śmierci. Jeśli coś pójdzie nie tak, czekała ich prawdziwa gehenna. Razan już się o to postara.
– Dziękuję.
– Nie dziękuj. A przynajmniej nie teraz. Odwdzięczysz się, gdy już będzie po wszystkim.
Czy naprawdę kiedyś będzie po wszystkim? W tej chwili wydawało się to równie nierealne jak jej życie w pałacu ojca.
By nie wzbudzać podejrzeń, Skorpion pochylił głowę i przesunął wargami po jej szyi.
– A teraz skup się – odparł ostro, gdy chciała się mu wyrwać. – Po naszej rozmowie pójdziesz do siebie i postarasz się zasnąć.
Parisa natychmiast przestała z nim walczyć, uważnie słuchając jego słów. Gdy pieścił jej ucho językiem, przemówił cicho:
– Zjedz porządny posiłek, bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się ku temu kolejna okazja.
Dziewczyna skinęła głową, ale oddech Skorpiona i jego zmysłowe liźnięcia zaczęły ją rozpraszać.
– Wieczorem udasz się do głównej sali – instruował ją dalej, jednocześnie kładąc dłoń na jej pośladku i łagodnie go ugniatając. – Znajdziesz sobie miejsce blisko drzwi. Zostaniesz tam, dopóki po ciebie nie przyjdę.
Nie przestając jej gładzić, uniósł głowę i spojrzał na nią wyjątkowo poważnie.
– To bardzo ważne. Gdy wszystko się zacznie, nie będę miał czasu, by cię szukać po całym haremie. Zrozumiałaś?
Parisa śmiało odwzajemniła jego spojrzenie.
– Tak.
– W porządku. – Na twarzy Skorpiona pojawił się bezczelny uśmiech. – Skoro mamy wszystko ustalone, teraz muszę usprawiedliwić swoją obecność tutaj.
Mówiąc to, zbliżył wargi do jej warg.
Dziewczyna zmarszczyła gniewnie brwi. Choć była wdzięczna za pomoc, nie miała zamiaru mu się oddać. Nie po tym, co zrobił poprzedniej nocy.
– Idź do Nadiry – syknęła ze złością. – Bardziej doceni twoją wizytę niż ja.
Mężczyzna przytrzymał jej twarz.
– Nie byłem z Nadirą – szepnął, zły na siebie, że wciąż myślał tylko o Parisie. – Chciałem... ale wolę ciebie.
Księżniczka spojrzała na niego zaskoczona. Nie spodziewała się takiego wyznania, nie po tym, jak się zachował, gdy kochali się po raz pierwszy. Uważała, że jest po prostu jedną z wielu, a nie tą jedyną.
Gdy połączyli się w zaborczym pocałunku, nic już nie miało znaczenia. Liczyło się tylko ciało przy ciele, skóra przy skórze, usta przy ustach.
Skorpion przygarnął ją do siebie śmiałym gestem, bo pragnął mieć ją jak najbliżej. Być może po raz ostatni dotykali się w ten sposób. Nawet nie było wiadomo, czy uda im się przeżyć dzisiejszą noc.
Parisa zapomniała o wszelkich niebezpieczeństwach. Rozpływała się, czując ślad języka na swojej szyi oraz kciuki, które powolnymi ruchami drażniły jej sutki. Wsunęła dłoń w jego spodnie i dotknęła go, starając się przejąć inicjatywę. Chciała, by ją zapamiętał, by zapamiętał te wspólne chwile.
„Stal i jedwab” – tylko to przychodziło jej na myśl, gdy przesuwała opuszkami palców od nasady aż po czubek jego męskości.
Gdy ręka Parisy zaczęła go tak intymnie pieścić, Skorpion przymknął oczy z rozkoszy. Sam także wsunął palec w jej wilgoć i zaczął go rytmicznie wsuwać i wysuwać. Już zawsze będzie pamiętać, jak słodko smakowała w tym miejscu.
Opuścił spodnie, uniósł ją tak, że nogami objęła go w pasie, i nasadził na siebie. Obojgu z głębi piersi wyrwał się stłumiony jęk. Ciemne oczy Skorpiona mieniły się od emocji, gdy – nie przestając się w niej poruszać – przyglądał się jej uroczo zarumienionym policzkom i lekko rozchylonym ustom. Krew w nim wrzała, a skóra paliła od jej dotyku. Zatracał się w niej jak w żadnej innej. Nie potrafiąc nad sobą zapanować, wpił się w jej wargi z dzikim pomrukiem.
Parisa zacisnęła palce na jego ramionach, jakby szukała u niego ratunku przed otchłanią, która ją powoli wciągała. Każde pchnięcie powodowało kolejną falę przyjemności, rozchodzącą się po całym jej ciele.
Czując zbliżający się orgazm, Skorpion znieruchomiał.
– Otwórz oczy i spójrz na mnie – szepnął ochrypłym głosem.
Gdy nie zareagowała, powtórzył bardziej stanowczo:
– Chcę zobaczyć twoje oczy.
Dopiero gdy Parisa uniosła ociężałe powieki i popatrzyła na niego, podjął przerwany rytm, któremu z ochotą się poddała. Wszystko w nich pulsowało w takt rosnącej ekstazy, która z każdym jego ruchem była coraz bliżej.
Widząc, jak zaczyna drżeć, Skorpion nakrył jej usta swoimi, tłumiąc krzyk rozkoszy. Po chwili sam naparł na nią z całą swoją mocą i z przeciągłym jękiem wytrysnął w jej wnętrzu.
Z czołem przy czole, wciąż złączeni, próbowali dojść do siebie. Dopiero po bardzo długiej chwili poczuli prześwitujące przez listowie gorące promienie słońca, a na rozpalonej skórze lekkie powiewy wiatru.
Skorpion wycofał się z Parisy, ostrożnie stawiając ją z powrotem na ziemi. Uśmiechając się gorzko, powoli przesunął wzrokiem po jej twarzy. Żadne z nich się nie odezwało. Wiele się między nimi zmieniło, a przygniatający ich serca ciężar wyraźnie o tym świadczył.
Skorpion instynktownie zamknął się w sobie, tłumiąc rodzące się uczucie. Jeśli chciał wyprowadzić dziewczynę z Masjaf, musiał ponownie obudzić w sobie gniew i nienawiść, bo to dzięki nim nigdy się nie mylił i wychodził cało z najgorszych opresji. Miał nadzieję, że tej nocy również tak będzie.
Parisa wzdrygnęła się lekko, obserwując zmianę, jaka w nim zachodziła – z kochanka zamieniał się w wojownika.
Nie mogąc się powstrzymać, ostatni raz przejechał dłońmi po jej ramionach.
– Zrób tak, jak ci mówiłem – poprosił cicho. – I pamiętaj... Nie ma już odwrotu.
Na koniec musnął jeszcze kciukiem jej opuchnięte od pocałunków usta, po czym odwrócił się i odszedł.
Parisa odprowadzała go wzrokiem, jednocześnie przesuwając opuszkami palców po dolnej wardze, na której wciąż czuła jego dotyk. Gdy się ocknęła, udała się do sypialni. Zgodnie z radą Skorpiona miała zamiar choć trochę odpocząć, aby we właściwym momencie być gotową na każde wyzwanie.
*
Nastał wieczór. Nic, co działo się w haremie, nie umknęło uwadze Parisy. Panujący w sali półmrok wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy niż zwykle, wzmagając strach, który ukrywała za dumnie uniesionym podbródkiem. Lodowate z nerwów dłonie chowała w połach tuniki, by nikt nie dostrzegł ich drżenia.
Z podziwem obserwowała przechadzającą się Najwę, która wyglądała olśniewająco w szatach ozdobionych złotą nicią. Sprawiała wrażenie niewzruszonej, lecz palce nerwowo obracające liczne pierścienie zdradzały jej prawdziwy stan.
Od dłuższego czasu szukała wzrokiem również Razana, lecz nigdzie go nie mogła dostrzec. Zastanawiała się, czy naprawdę go tutaj nie było, czy też ukrył się gdzieś w cieniu, czekając na odpowiedni moment, by zaatakować. Na samą myśl o tym zwyrodnialcu poczuła się nieswojo.
Zgodnie z poleceniem Skorpiona znalazła miejsce blisko wielkich drzwi. Oparta o jedną z licznych kolumn, przyglądała się parom splecionym w miłosnym uścisku.
Gdy przypomniała sobie, co dziś robili pod drzewem morwy, jej twarz oblała się rumieńcem, a wzdłuż kręgosłupa przeszedł ją dreszcz podniecenia. Zaraz jednak przywołała się do porządku. To nie był odpowiedni moment na takie rozmyślania.
Zerknęła na Alara. Stał niedaleko niej, niewzruszony jak posąg. Z podziwem przyglądała się jego muskularnym ramionom, skrzyżowanym na szerokiej piersi. Pamiętała, jak bez najmniejszego wysiłku odciągnął ją od Nadiry. Poza nim na sali było jeszcze trzech strażników, równie wielkich i silnych jak on.
Parisa zdążyła tylko pomyśleć, że wielbicieli kobiecych wdzięków jest dziś znacznie więcej niż zwykle, gdy wybuchła awantura. Dwóch mężczyzn pokłóciło się o jedną z kurtyzan. Obaj jej zapragnęli i żaden nie zamierzał ustąpić. Od słów szybko przeszli do przepychanek, a potem do rękoczynów. Wkrótce do walczących dołączyli kolejni. Alar nawet nie drgnął, za to dwóch eunuchów od razu podbiegło do grupy mężczyzn, próbując ich rozdzielić.
Tymczasem po przeciwnej stronie sali kolejni asasyni rzucili się na siebie z pięściami, a kobiety uciekały z piskiem, próbując umknąć przed przypadkowymi ciosami. Widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, trzeci strażnik ruszył, by powstrzymać zadymiarzy. Tylko Alar pozostał przy drzwiach, choć na jego twarzy coraz wyraźniej malował się niepokój.
Parisa z przerażeniem patrzyła na to, co się działo. Nikt już nad niczym nie panował. Na szczęście jej miejsce przy kolumnie było bezpieczne.
Po chwili, tuż przed nosem wielkiego Nubijczyka, wybuchła następna kłótnia, która natychmiast przerodziła się w ostrą bójkę. Chaos, jaki zapanował w sali, był nie do opisania. Przekleństwa i wyzwiska mieszały się z wrzaskiem oraz jękiem rannych. W takiej sytuacji Alar nie miał wyjścia i musiał wkroczyć w sam środek bijatyki.
Nagle czyjaś dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku i pociągnęła ją za sobą. Wystraszona zaczęła się wyrywać.
Gdy rozpoznała Skorpiona, nogi niemal się pod nią ugięły. Dobrze, że ją przytrzymał, bo inaczej osunęłaby się na podłogę.
– Musimy się stąd wydostać, zanim Alar wróci na swoje miejsce – wyjaśnił. – To nasza jedyna okazja.
Parisa skinęła głową i przylgnęła do niego, mocno chwytając jego dłoń. Gdy ich palce splotły się ze sobą, od razu poczuła się pewniej.
Do przejścia mieli zaledwie parę kroków, ale wydawało im się, że idą całą wieczność. Gdy od czasu do czasu obok nich mignęła czyjaś ręka lub noga, nawet nie zwrócili na to uwagi, tak byli skoncentrowani na wydostaniu się z haremu.
Przy samych drzwiach, Skorpion rozejrzał się po sali, sprawdzając, czy ich nie zauważono. Na szczęście rozrastająca się wrzawa wzbudzała większe zainteresowanie. Alar i pozostali strażnicy byli zbyt zajęci, by zwrócić na nich uwagę.
Skorpion puścił Parisę i zabrał się za sporych rozmiarów rygiel. Mimo że w pomieszczeniu panował niezły harmider, starał się robić to w miarę cicho. Odetchnął dopiero wtedy, gdy udało mu się odsunąć go do końca. Ostatni raz rzucił okiem na harem, po czym lekko uchylił masywne drzwi i dał dziewczynie znak, by szła pierwsza.
Ledwo zrobiła krok do przodu, gdy ktoś głośno krzyknął. Parisa aż podskoczyła, przyciskając dłoń do serca.
Przyłapali ich!
Skorpion wziął głęboki oddech, szykując się na najgorsze. Odwracając się, sięgnął po nóż zatknięty za pas. Nie podda się tak łatwo.
Gdy stanął twarzą do pomieszczenia, w jego oczach pojawiło się zdumienie. Okazało się, że okrzyk nie był skierowany do nich, tylko do jednego z walczących. Mężczyzna najpierw zaklął pod nosem, a potem zaśmiał się cicho. Wciąż mieli szansę.
– Idziemy – rzucił do Parisy. – Nie chodziło im o nas – wyjaśnił, widząc jej zdezorientowaną minę.
Dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą, ale zaraz spoważniała. To był dopiero początek. Czekało na nich jeszcze wiele pułapek. Dopiero gdy oddalą się od Masjaf na bezpieczną odległość, będą mogli stwierdzić, że się udało.
Gdy opuścili ogrody rozkoszy, Skorpion wyciągnął z uchwytu pochodnię, chwycił Parisę za ramię i szybkim krokiem poprowadził ją w głąb mrocznego tunelu.
Za pierwszym zakrętem kazał jej się zatrzymać. Zdziwiona uniosła brwi. Powinni się spieszyć, bo w każdej chwili mogli odkryć jej nieobecność w haremie.
Mężczyzna sięgnął po niewielki pakunek, który ukrył pod odzieniem i rzucił go w stronę Parisy.
– Przebierz się, byle szybko. Nie mamy czasu do stracenia. Przed nami najtrudniejszy etap.
Dziewczyna bez ociągania zrzuciła z siebie cienki jak pajęczyna materiał i z zadowoleniem zaczęła wkładać chłopięce ubranie. Stopy wsunęła w miękkie skórzane obuwie i zaraz była gotowa. Gdy uniosła wzrok, zobaczyła wpatrzonego w nią Skorpiona. W jego oczach widziała nie tylko odbijające się płomienie, ale coś jeszcze – zaborczość. Zadrżała od tego spojrzenia, ale to nie był strach. Po raz pierwszy dostrzegła, że naprawdę mu na niej zależy.
Syk ognia sprawił, że oboje wrócili do brutalnej rzeczywistości.
– Gotowa? – zapytał, wyciągając do niej rękę.
To nie był zwykły gest. W ten sposób sprawdzał, czy potrafi mu zaufać i pójść z nim bez względu na wszystko.
Parisa podeszła do Skorpiona i zdecydowanie ujęła jego dłoń, powierzając mu swoje życie. Od tej chwili w jakiś sposób należeli do siebie. Ale jak to się skończy, żadne z nich nie potrafiło przewidzieć.
Czas naglił, więc bez zwłoki ruszyli w stronę wyjścia. W połowie drogi Skorpion zatrzymał się, nasłuchując odgłosów pogoni. Ale jedyne, co usłyszał, to panującą wokół ciszę. Skinął głową, dając znak, że mogą iść dalej.
Powiew wiatru na twarzy oznaczał, że są blisko dziedzińca. Widząc na końcu tunelu jaśniejszą poświatę, mężczyzna odłożył pochodnię na miejsce. Ostatni odcinek drogi musieli przejść w ciemnościach. Powoli, krok po kroku, posuwali się naprzód.
Tuż przy wyjściu Skorpion zostawił Parisę, a sam poszedł sprawdzić, czy jest bezpiecznie. Na głównym placu nikogo nie było. Spojrzał na mury. Strażnicy, jak zwykle, przechadzali się z wolna, od czasu do czasu zatrzymując się, by zamienić między sobą kilka słów.
Zerknął w stronę bramy. Na jego rozkaz była otwarta. Wyjaśnił wartownikom, że Raszid przed wyjazdem zlecił mu pewne zadanie. Tak jak się spodziewał, przyjęli to bez żadnych zastrzeżeń, bo podobne sytuacje zdarzały się już wcześniej.
Ruch w okolicach stajni natychmiast przykuł jego uwagę. To Omar – zgodnie z jego nakazem – wyprowadził osiodłanego i gotowego do drogi Shamala. Skorpion wypatrywał Karima. On także powinien tu być.
Senna atmosfera, jaka panowała w Masjaf, wbrew pozorom wcale go nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, czuł przez skórę, że coś jest nie tak. Jednak nie mogli dłużej zwlekać. Musieli zaryzykować. Albo teraz, albo nigdy.
Mocno trzymając się za ręce, Skorpion i Parisa zaczęli skradać się w stronę stojącego bez ruchu wierzchowca. Cisza aż dzwoniła w uszach. Wydawało się, że nawet wiatr wstrzymał oddech z napięcia.
Ostatni raz rzucił okiem na twierdzę, po czym wsiadł na konia. Następnie pomógł usiąść Parisie. Dziewczyna od razu przytuliła się do jego pleców, szukając u niego otuchy. Tego wieczoru uświadomiła sobie, jak trudnego zadania się podjęli. Jeśli ktoś miał ją wyprowadzić z Masjaf, to tylko on.
Po chwili Skorpion dał Shamalowi znać, by ruszał. Ostrożnie stawiając kopyta, ogier od razu skierował się ku bramie. Gdy zaczęli wierzyć, że uda im się wymknąć, pośród kamiennych ścian twierdzy rozległ się czyjś arogancki śmiech.
Razan.
Dziewczyna, słysząc ten odrażający dźwięk, zaczęła się trząść i jeszcze mocniej przylgnęła do pleców mężczyzny.
Na jego widok Skorpion zmrużył oczy jak drapieżnik szykujący się do skoku, próbując jednocześnie opanować odrazę. Dopiero gdy zobaczył, kogo prowadzi, mocniej zacisnął dłonie na wodzach.
Trzymając nóż na gardle Karima, Razan wciąż śmiał się cynicznie.
– Wydaje mi się, że to koniec waszej podróży – stwierdził z satysfakcją w głosie. – Nadira nie kłamała, kiedy mówiła, że coś knujecie, choć początkowo nie dawałem wiary jej słowom.
Przyglądając się mu obojętnie, Skorpion starał się zignorować gwałtowne bicie serca.
– Czego chcesz?
Razan uśmiechnął się szeroko. Szczerze go nienawidził, być może dlatego, że – w przeciwieństwie do niego – wciąż miał duszę.
– Ciebie, oczywiście. Parisy również... Ale ona będzie druga.
Przyciskając ostrze do szyi zakładnika, rozkazał szorstko:
– Zejdź z konia... Tylko powoli.
– Nie rób tego, Skorpionie – odezwał się cicho Karim. Dobrze wiedział, że jest już stracony.
Razan wbił ostrze głębiej w skórę swojej ofiary, aż pociekła krew.
– Umrze, jeśli mnie nie posłuchasz. – Spokój w jego głosie był równie groźny co trzymany w ręku sztylet.
– I tak nie przeżyję.
Chłopak zaśmiał się gorzko.
Skorpion przymknął na chwilę oczy. To on zawinił. Tej nocy naraził wielu ludzi na śmierć. Co prawda zaznaczył, że jeśli ktoś nie chce, może wycofać się z dzisiejszego zadania, ale nikt tego nie zrobił. Zamierzali odegrać się na Razanie za Fadiego, mimo ceny, jaką prawdopodobnie zapłacą.
– Uciekaj! – krzyknął Karim, patrząc prosto na Skorpiona. – Na co cze...
Nie dokończył, bo nóż Razana bezlitośnie przejechał po jego szyi.
Skorpion posłał przyjacielowi ostatnie, pełne smutku spojrzenie i poderwał Shamala do biegu. Nim ktokolwiek się spostrzegł, minęli wraz z Parisą bramę i ruszyli kamienistą ścieżką ku otwartej przestrzeni. Ku wolności.
Księżyc świecił jasno, gdy rozpoczęły się łowy.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Hart
Jak zwykle u Ciebie jest słodko i gorzko. Jak w życiu😉. Ale akcja buduje się coraz bardziej romantycznie. Lubię takie klimaty. Czyżby udzieliło Ci się trochę tego klimatu. A może to mi udziela się Twoja twórczość.
Można powiedzieć
Ile jeszcze muszę ujrzeć
Cierpienia i smutku
Żeby podarować ci
Kawałek błękitu
I w oczach
Ujrzeć słońce
Jesteś warta
Każdej ofiary
Bo miłość
To ty
Czekam na jeszcze . Buziaki dla Ciebie 😘