
Ayana, leżąc na poduszkach niedbale rzuconych na podłogę, z rękami pod policzkiem przyglądała się swojemu synowi.
Oczy miał zamknięte, rysy twarzy wyostrzone, jakby cięte nożem, a usta popękane do krwi, choć regularnie mu je zwilżała. Na szczęście jego ciało nie było już tak rozpalone jak na początku. Ibrahim mówił, że wszystko dobrze się goi, rany nie są zaognione, a Skorpion zdrowieje zaskakująco szybko.
Za to jej serce wciąż krwawiło. Jedna decyzja sprzed lat skazała jej ukochanego syna na piekło. Wiedziała, czym było Masjaf – przedłużeniem czarnej duszy Raszida. Amir trafił do najgorszego miejsca na ziemi, gdzie nawet piach i kamienie przesiąknięte były złem Sinana. Bolało ją to. Bardziej nawet niż samo jego porwanie.
Przez te wszystkie lata wielokrotnie wyobrażała sobie ich ponowne spotkanie. Zawsze z radością myślała o tym dniu, ale rzeczywistość brutalnie odarła ją ze złudzeń. Owszem, czuła radość z odzyskania pierworodnego, ale i rozgoryczenie. Jako matka powinna chronić swoje dziecko przed okrucieństwem świata, tymczasem sama sprowadziła je na Amira.
Z narastającą obawą zastanawiała się, czy uda im się zbudować choćby namiastkę bliskości. A może już zawsze będą dla siebie obcymi ludźmi, skrępowani swoją obecnością?
Samotna łza zebrała się w kąciku jej oka, po czym powoli spłynęła po policzku i skapnęła na poduszkę.
Ayana wyciągnęła rękę i z matczyną czułością przesunęła palcem po wychudzonym policzku mężczyzny. Wciąż nie do końca docierało do niej, że to naprawdę Amir – jej najstarszy syn. Gdy w końcu pogodziła się z jego zniknięciem, on znów pojawił się w jej życiu.
Na myśl o Raszidzie jej twarz stężała. Jej mąż miał rację. Dopiero zniszczenie wszystkiego, co Sinan zbudował, mogło zaspokoić jej głód zemsty, a wsparcie Saladyna przybliżało ich do osiągnięcia tego celu.
Ponownie zerknęła na Skorpiona. Nie! Na Amira. Musiała nauczyć się dostrzegać w tym niebezpiecznym asasynie swojego syna – potomka Muzaffarów i następcę Umara.
Myśl o następcy przypominała jej o Tariqu. W tej chwili nie miała siły, by porozmawiać z młodszymi dziećmi. Od męża dowiedziała się, że źle przyjęli wiadomość o tym, że mają starszego brata. Ale taka była rzeczywistość, z którą musieli się pogodzić.
Słysząc delikatny szelest, Ayana poderwała się z prowizorycznego posłania. Natychmiast znalazła się przy Skorpionie, starając się go uspokoić. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kobietę przeszył dreszcz, w którym lęk splatał się z tkliwością. Po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat patrzyła synowi w oczy.
Czy ucieszy się z odzyskania rodziny? To nagłe spostrzeżenie napełniła ją obawą. A może będzie chciał wrócić do Masjaf? To tam spędził całe życie. To tam wychowano go na zabójcę.
Gdy wciąż próbował się podnieść, kobieta odezwała się do niego łagodnie:
– Spokojnie… Nie możesz jeszcze wstawać.
Z bólem patrzyła, jak ciężko przełyka ślinę, chcąc coś powiedzieć. Kilkakrotnie poruszył ustami, zanim udało mu się wykrztusić:
– Gdzie… jestem?
Przerwał na chwilę, by zebrać siły przed kolejnym szeptem.
– Kim… ty… jesteś?
Ayana wiedziała, że jest za wcześnie, by mu cokolwiek wyjaśniać. Zapewne i tak nie zrozumiałby, o czym mówi. Ale tak długo czekała, by w końcu móc to powiedzieć! Straciła tyle lat. Nie potrafiła już dłużej powstrzymywać słów, które wyrwały się prosto z jej serca.
– Jesteś wśród rodziny. – W jej oczach znów zalśniły łzy. – A ja… – głos się jej łamał ze wzruszenia – … jestem twoją matką.
*
Skorpion ocknął się i, krzywiąc z bólu, spróbował wstać, lecz czyjaś dłoń stanowczo przytrzymała go za ramiona. Nie miał siły się przeciwstawić, więc bez sprzeciwu poddał się jej naciskowi.
Był wyczerpany zaciętym pojedynkiem, który stoczył ze śmiercią i ścigającymi go demonami o twarzach dawno zmarłych towarzyszy. Miotał się, próbując je przepędzić, ale nie dawały mu spokoju. Wciąż powracały, przywołując wspomnienia Fadiego, Karima i wielu, wielu innych.
Z wysiłkiem otworzył oczy, a widok, który ujrzał, wprawił go w osłupienie. Nie znajdował się w ciasnej celi w Masjaf, której szczerze nienawidził, ani w cuchnącym odchodami lochu. Leżał w wytwornie urządzonej sypialni, a pod sobą, zamiast twardej pryczy, czuł miękkie posłanie.
Może umarł i trafił do raju?
Natychmiast jednak zganił się za te niedorzeczne myśli. Niebo nie było przeznaczone dla takich jak on.
Ostatnie, co pamiętał, to Basama i jego szyderczy śmiech, gdy batem rozrywał mu plecy. Amir wzdrygnął się odruchowo, jakby niewidzialny rzemień wciąż przecinał mu skórę. Choć był przyzwyczajony do bólu, nawet Raszid nie poddawał go takim torturom.
Ponownie się rozejrzał. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na milczącą postać. Zmrużywszy oczy, przyjrzał się siedzącej obok kobiecie. Była przepiękna, choć znacznie od niego starsza.
Obserwowała go równie czujnie, jak on ją. Jej przenikliwe spojrzenie wzbudziło w nim dziwne uczucie. Strach? Nie. Raczej tęsknotę za czymś ulotnym, czego nie umiał nawet nazwać.
Nie opuszczało go przeczucie, że ją zna. I właśnie to mu się nie podobało.
Niepokój, który w nim wzbudzała, przerodził się we wrogość. Nie był gotowy na powrót odległych wspomnień. Kojarzyła mu się z czymś ciepłym i bezpiecznym. To, że nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie ją widział, irytowało go bardziej niż ból pleców. A może to tylko majaki odurzonego opium umysłu?
– Gdzie jestem? – zapytał, z trudem poruszając spierzchniętymi ustami i powoli wymawiając każdą sylabę. – Kim ty jesteś?
Zauważył, jak drgnęła, gdy zadał jej te dwa proste pytania. Ku jego zaskoczeniu po jej policzku spłynęła łza.
I wtedy zrozumiał. Jeszcze zanim przemówiła, wiedział, co zaraz usłyszy. Opuścił powieki, bo nie mógł znieść widoku jej mokrej od słonych kropel twarzy. Ale nic nie było w stanie zagłuszyć jej szeptu.
– Jestem twoją matką…
W jednej chwili jego świat legł w gruzach. Matka? On nie miał matki. Przecież został sprzedany za kilka dirhamów. Tak przynajmniej twierdził Raszid!
To wyznanie było groźniejsze niż jakiekolwiek ostrze. Nigdy wcześniej nie czuł takiego bólu jak w tej chwili. Nawet gwałt Razana nie rozerwał mu duszy na strzępy tak, jak zrobiły to te trzy słowa.
Bo mówiła prawdę.
– Nie… – jęknął, napinając mięśnie, jakby próbował osłonić się przed niewidzialnym ciosem. – Nie!
Przerażona Ayana patrzyła na syna, który z wściekłym grymasem próbował obrócić się na plecy i wstać. Podbiegła do niego, chcąc go powstrzymać.
Skorpion, widząc jej ruch, wycedził przez zęby lodowatym tonem:
– Zostaw… mnie… samego.
Kobieta zamarła z dłonią wyciągniętą w jego stronę, ale zaraz opuściła ją bezwładnie. Przez cały ten czas przyglądali się sobie intensywnie. Jedno z miłością, drugie ze szczerą nienawiścią.
Ayana nie potrafiła dłużej znieść gniewu syna. Zrezygnowana spuściła głowę i ruszyła w stronę drzwi. Zanim cicho wyszła, posłała mu ostatnie, pełne smutku spojrzenie. Trzask drzwi oznajmił mu, że został sam.
Skorpion łapał powietrze szeroko otwartymi ustami, jakby właśnie wypłynął na powierzchnię po długim pobycie pod wodą.
Choć wmawiał sobie, że to jakieś szaleństwo, coś w głębi duszy podpowiadało mu, że to prawda. Gdy spojrzeli sobie w oczy, natychmiast połączyła ich tajemnicza więź. Im bardziej starał się ją odrzucić, tym mocniej ją odczuwał.
Nie zważając na poranione plecy, opadł na posłanie. Przedramieniem zasłonił twarz, jakby próbował odciąć się od świata.
Skoro ona była jego matką, to ojcem musiał być… sam emir Hamy.
Kolejny raz tego wieczoru wzdrygnął się, jakby niewidzialny bat przeciął mu ciało.
Parisa!
Przecież Parisa była córką Ayany i Umara! A więc ona…
Nie potrafił dokończyć tej myśli.
Na Allaha!
– To niemożliwe! – zawył z bezsilności. – Ona nie może być jego…
Miał wrażenie, że się dusi, a kropelki potu zrosiły mu skroń. Wciąż odpychał od siebie prawdę, ale w końcu musiał ją zaakceptować. Załamany, dokończył niemal bezgłośnie:
– …siostrą.
Po raz pierwszy w życiu łzy naznaczyły jego twarz. Płakał nad tym, co bezpowrotnie utracił, z czego go perfidnie okradziono. Gdyby nie Raszid, miałby wszystko, o czym zawsze marzył. Nawet teraz, gdy znał prawdę, miał wrażenie, że Sinan wciąż trzyma go na łańcuchu, nie pozwalając mu cieszyć się tym, kim naprawdę był.
I jak miał zapomnieć o Parisie, skoro w jego nozdrzach wciąż unosił się jej zapach, skóra pamiętała dotyk jej dłoni, a usta znały jej smak? Jak, do diabła, miał wyrzucić ją ze swojego życia?
W jednej chwili odzyskał rodzinę, ale utracił tę, która była centrum jego świata. Od tej pory Parisa stała się dla niego równie nieosiągalna jak spadająca gwiazda – piękna i daleka.
Głośno przeklinając, zamierzał się podnieść, ale ból i osłabienie szybko dały o sobie znać. Po krótkiej szamotaninie z samym sobą zemdlał, odcinając się od wszystkiego. Nigdy wcześniej nie cieszył się, że traci przytomność.
*
Wieczorny posiłek w pałacu przebiegał w spokojnej, choć dość napiętej atmosferze. Umar i jego rodzina odzywali się niewiele, jakby każdy obawiał się, że powie za dużo albo nie to, co trzeba.
Tego wieczoru była z nimi Ayana. Po dziewięciu dniach i nocach spędzonych u boku syna po raz pierwszy dała się namówić na odpoczynek. Według Ibrahima Skorpionowi nie groziło już żadne niebezpieczeństwo, a jego rany goiły się nadzwyczaj dobrze. Sam był pod wrażeniem, jak szybko mężczyzna dochodził do siebie.
Wkładając do ust słodkiego daktyla, kobieta przyglądała się spod przymrużonych powiek Parisie i Tariqowi. Oboje mieli spuszczone głowy i zaciśnięte usta. Sama nie wiedziała, czy z gniewu, czy z goryczy. Potrzebowali czasu, podobnie jak wszyscy pozostali, by pogodzić się z nową sytuacją.
Jej zamyślony wzrok spoczął na Hassanie. Tylko on przyjął wiadomość, że Skorpion jest synem Umara, zaskakująco spokojnie. Ayana zauważyła, jak bacznie przyglądał się każdemu z obecnych. Emanowało z niego ledwo wyczuwalne podniecenie, które zwróciło jej uwagę.
Lecz myśl uleciała równie szybko, jak się pojawiła. Umar oznajmił bowiem donośnym głosem, że za dwa dni Parisa wyruszy do Damaszku pod eskortą jego brata.
Słysząc to, dziewczyna zdrętwiała. Dopiero gdy wzięła głęboki, uspokajający oddech, odwróciła głowę w stronę ojca. Miała nadzieję, że rodzice jednak zrezygnują z tego pomysłu. Rozgoryczona miała ochotę wstać i wykrzyczeć prawdę o stryju, ale nie mogła tego zrobić. Już raz próbowała i nikt jej nie uwierzył.
Spojrzała na Hassana. Przyglądał się jej nieruchomym wzrokiem. Ona jednak dostrzegała w głębi jego czarnych oczu satysfakcję. Nie mógł się doczekać, aż zostaną sami, z dala od Hamy.
Serce podeszło jej do gardła. Wiedział, że odgadła jego zamiary.
– W Damaszku przywitają cię z otwartymi ramionami, Pariso – zwrócił się do córki emir. – Spotkasz się z Saladynem, a wiesz, że bardzo cię lubi. Razem z twoją matką uważamy, że pobyt tam dobrze ci zrobi.
W odpowiedzi dziewczyna mruknęła coś pod nosem.
– Mam nadzieję, że pakowanie pójdzie ci szybko i sprawnie. Hawa pojedzie z tobą. Ayana już ją o tym poinformowała. – W tym momencie na twarzy Umara zagościł ciepły uśmiech. – Była bardzo podekscytowana. Jak sama jej wyjawiła, to dla niej ogromny zaszczyt.
– Nic się nie bój, Pariso. Pod moją opieką nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo – odparł powoli Hassan.
Dziewczyna zastanawiała się, czy tylko ona zauważyła, jak stryj cedził słowa. Nie miała już żadnych złudzeń co do jego intencji. Szkoda, że tylko ona.
Po skończonym posiłku wstała bez słowa i poszła do swojej sypialni.
Od razu podeszła do drzwi wychodzących na ogród i otworzyła je szeroko. O tej porze pachniał tak słodko, że przystanęła, delektując się dobrze znanymi jej zapachami. Intensywna woń jaśminu mieszała się z bardziej zmysłowym aromatem róży damasceńskiej. Kiedyś Skorpion wyznał jej, że dla niego zawsze będzie taką różą – różą z Hamy, jak ją określił.
Pomyślała smutno: jak wiele zmieniła jedna wyciągnięta dłoń. I to pytanie, które jej wtedy zadał Skorpion: „Jesteś pewna?”. Jakby to nie on pytał, lecz sam los.
Spojrzała w rozgwieżdżone niebo. Czy tym razem przeznaczenie również ją doścignie? A może choć raz uda jej się je przechytrzyć?
*
Skorpion stał na balkonie i obserwował przygotowania do wyjazdu. Choć chłód poranka przenikał jego wychudzone ciało, nie chciał wracać do środka.
Głęboko wciągnął rześkie powietrze, próbując oczyścić umysł z otępienia wywołanego opium, którym faszerował go Ibrahim. Wciąż był słaby, a instynkt podpowiadał mu, że nadciąga coś groźnego. Nie wierzył, że Raszid zostawi Umara i jego rodzinę w spokoju. A on sam nie miał dość sił, by stanąć w ich obronie, gdy najbardziej go potrzebowali.
Nienawidził bycia bezradnym. To uczucie kojarzyło mu się z tamtą nocą. Z Razanem.
Mimo narastającego zimna nadal tkwił na balkonie, z zainteresowaniem śledząc ruch na placu przed pałacem. Naliczył piętnastu konnych. Spory oddział.
Odkąd dowiedział się, że jest Muzaffarem, nie chciał widzieć nikogo poza Ibrahimem.
Nie był gotowy, by stanąć twarzą w twarz z ojcem i bratem, ale przede wszystkim z Parisą. Zastanawiał się, jak przyjęła wiadomość, że byli rodzeństwem. Nerwowym gestem przeczesał długie włosy. Musiał przestać o niej myśleć, bo inaczej sam skazywał się na piekło.
Poruszenie na dziedzińcu natychmiast przykuło jego uwagę. Niskie pokłony, jakie oddawali zgromadzeni, świadczyły o tym, że z pałacu wyszedł sam emir wraz z rodziną. Czyżby to właśnie on wyjeżdżał?
Wtedy dostrzegł drobną sylwetkę, szczelnie okrytą od stóp do głów.
– Parisa... – szepnął i zrobił krok do przodu, jakby pragnął do niej podejść.
Z całej siły zacisnął dłonie na drewnianej balustradzie. Powinien trzymać się od niej z daleka. Dla dobra ich obojga. Mimo to nie potrafił oderwać od niej oczu. Śledził każdy jej ruch, kiedy podeszła do Layli i spokojnie pogładziła jej grzywę. Gdy żegnała się z rodziną, zauważył, że była dziwnie spięta, jakby wyjazd odbywał się wbrew jej woli. Rozsądek mówił mu, że opuszczenie Hamy to dobry pomysł. Za to serce... serce wyło z tęsknoty.
Już na koniu Parisa po raz ostatni omiotła spojrzeniem pałac. Sama nie wiedziała, czy żegna się z domem na jakiś czas, czy na zawsze. Znała tutaj każdy kamień, każde drzewo i każdy kwiat. Słyszała delikatny szum swojej ulubionej fontanny, a norie powoli budziły się do życia.
Chciała jeszcze raz poprosić ojca, by nie wysyłał jej do Damaszku, ale ostatecznie zrezygnowała. Sprawa była przesądzona.
A potem uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Patrzyli na siebie, jakby widzieli się po raz pierwszy w życiu. Bez cienia uśmiechu. Bez żadnego gestu.
To Parisa pierwsza odwróciła wzrok. W końcu dała Layli znak, by ruszała. Nie oglądając się za siebie, z dumnie uniesioną głową przekroczyła bramy pałacu i opuściła Hamę.
*
Byli już w drodze trzeci dzień, gdy nabrała pewności, że stopniowo oddalają się od drogi prowadzącej do Damaszku. Ziemia stawała się coraz bardziej sucha, roślinność coraz uboższa, a bezlitosny wiatr coraz śmielej uderzał w nich tumanami pyłu.
Gdy poprawiła się lekko w siodle, rękojeść dużego noża, ukrytego w specjalnej kieszonce pasa owiniętego wokół talii, wbiła jej się w brzuch. Podpatrzyła ten sposób noszenia broni u Skorpiona. Z goryczą pomyślała, że chociaż tyle dał jej pobyt w Masjaf. To tam nauczyła się nie lekceważyć zagrożenia i być na nie przygotowaną. Tylko czy to coś da?
W ciągu dnia czujnie obserwowała Hassana i jego ludzi. Szybko odkryła, że przysięgli wierność stryjowi, a nie jej ojcu. Gdyby coś się stało, nikt nie przyjdzie jej z pomocą.
Odkąd wyjechali, Hassan trzymał się z daleka, odzywając się do niej tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Podejrzewała, że jeszcze dziś zamierzał wcielić swój plan w życie. Mówiły jej o tym przeciągłe spojrzenia mężczyzn, uwagi wymieniane szeptem i cichy śmiech, który co jakiś czas dobiegał jej uszu.
Spojrzała na Hawę. Dziewczyna z niecierpliwością czekała, by zobaczyć miasto. Nawet jej przez myśl nie przeszło, że może nigdy nie dotrzeć do celu.
Z nerwów mocniej ściągnęła wodze, a Layla odpowiedziała głośnym parsknięciem. Parisa poklepała ją uspokajająco po szyi.
Mogła odjechać jeszcze tej nocy. Poczekać, aż obóz pogrąży się we śnie, dosiąść konia i pognać przed siebie. Nim ktokolwiek by się zorientował, byłaby daleko od Hassana. Liczyła, że jej mądra klacz znajdzie drogę do domu.
Ale była jeszcze Hawa... Nie mogła jej zostawić, a obawiała się, że dziewczyna będzie stawiać opór. Przecież nie miała pojęcia, że stryj wcale nie zmierza do Damaszku.
Hassan zarządził wieczorny postój wcześniej niż zwykle. Specjalnie dla nich rozbito namiot, w którym mogły nareszcie odpocząć. Bała się eskortujących ją ludzi. Bała się Hassana. Ale nie było nikogo, kto mógłby ją przed nimi obronić. Musiała polegać tylko na sobie.
Mocno zabolała ją myśl, że nie ma już przy niej Skorpiona, który w Masjaf czuwał nad jej bezpieczeństwem.
Gdy odjeżdżała, widziała, jak stał na balkonie swojej komnaty i spoglądał prosto w jej zapłakane oczy. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Tylko zaciśnięte usta zdradzały skrywane emocje.
Co czuł, obserwując ją tak uważnie? Ona nienawidziła losu, który najpierw ich ze sobą połączył, a potem brutalnie i nieodwracalnie rozdzielił.
Dopiero gdy znalazła się w namiocie, wreszcie mogła odetchnąć głębiej. Niestety, nieruchoma sylwetka stryja i jego wzrok utkwiony w niej dłużej, niż powinien, wciąż nie dawały jej spokoju.
Na radosną paplaninę Hawy odpowiadała monosylabami albo nie odpowiadała wcale. Jadła ze świadomością, że to może być jej ostatni posiłek.
Gdy dziewczyna zaproponowała, że pomoże jej się rozebrać, Parisa gwałtownie zaprotestowała. Zdjęła tylko abę. Sama nie wiedziała, czy szykowała się do ucieczki, czy na śmierć. Ale każda chwila przybliżała ją do odpowiedzi na to pytanie.
Gdy Hawa zajęła się sobą, Parisa sięgnęła do pasa i wyciągnęła nóż. Przyglądała mu się uważnie, powoli przesuwając palcem po chłodnej stali. Jeszcze nigdy nie zabiła człowieka. Jak to jest wbić śmiercionośne ostrze w ludzkie ciało? Czy się nie zawaha? Z całej siły zacisnęła dłoń na rękojeści. Jeśli będzie musiała, zrobi to – postanowiła stanowczo.
Nocną ciszę przerwała gwałtowna kłótnia. Podniesione głosy zaalarmowały obie kobiety. Spojrzały na siebie zaniepokojone. Hawa sięgnęła po płaszcz.
– Pójdę zobaczyć, co tam się dzieje.
Parisa zerwała się z posłania jak oparzona. Podbiegła do dziewczyny i zdecydowanie chwyciła ją za rękę. To mogła być pułapka!
– Nie idź, to zbyt niebezpieczne – powiedziała zduszonym głosem.
Ale młoda służąca ze śmiechem się jej wyrwała i żwawo podeszła do wejścia.
– Zaraz wracam – rzuciła przez ramię i beztrosko wyszła na zewnątrz.
Parisa chciała za nią iść, ale w ostatniej chwili się zatrzymała. Przygryzając wargę do krwi, nasłuchiwała odgłosów dobiegających z ciemności otaczającej namiot. Stłumiony krzyk dziewczyny, który gwałtownie się urwał, pozostawił po sobie ciszę ciężką od domysłów.
– Hawa? – zawołała cicho.
Ale jej wołanie pozostało bez odpowiedzi. Nic już nie mogła zrobić. Strach sparaliżował jej ciało. Zrozumiała, że więcej nie zobaczy swojej wiecznie pogodnej i roześmianej służącej.
Została sama pośród nieznanych jej terenów, otoczona wrogami, którzy nie zawahają się jej zabić.
Nóż ukryła w fałdach luźnej tuniki. Ściskała go tak mocno, że zdobienia rękojeści wrzynały jej się w skórę. Ale to dobrze. Potrzebowała tego bólu. Dzięki niemu mogła skupić się na tym, co za chwilę miało nadejść, zamiast wspominać Hawę.
Czas płynął.
A ona stała nieruchomo jak posąg, przygotowując się na to, co nieuchronne.
Gdy myślała, że już dłużej nie wytrzyma i zacznie krzyczeć z bezsilności, wszedł jej stryj.
Na jej widok uśmiechnął się zimno.
– Czyżbyś na mnie czekała? Miło. – Jego niski, nieco chropowaty głos zdradzał rozdrażnienie albo coś znacznie groźniejszego.
Parisa z trudem opanowała dreszcz przerażenia. Nie chciała, by zobaczył, jak bardzo się go obawiała.
W tym momencie przypomniała sobie Skorpiona. To, jak z nieskrywaną pogardą patrzył na Razana i Raszida, ludzi, których nienawidził najmocniej na świecie. A oni, wbrew sobie, czuli przed nim respekt. Pragnęła mieć choć trochę jego wewnętrznej siły.
Musiała zawalczyć o swoje życie. Skorpion pokonał dla niej śmierć. Teraz była jej kolej.
Uniosła wyżej podbródek.
– Oczekiwałam obmierzłego robaka i proszę, zjawił się. – Nie powinna go drażnić, ale nie mogła się powstrzymać. Był tak podobny do jej ojca, a jednak nie dorastał mu do pięt.
Hassan, ogarnięty wściekłością, zrobił krok w jej stronę, ale zaraz się opanował.
– Jesteś bezczelna, zawsze byłaś – zauważył, przeszywając ją wzrokiem. – To nie jest cecha pożądana u kobiety. Ktoś powinien był nauczyć cię szacunku.
– Masz zamiar nadrobić braki w moim wychowaniu? – Parisa nie zamierzała ustąpić.
Hassan uniósł kącik ust w kpiącym uśmiechu.
– Po co? To już nie ma znaczenia – odparł, powoli kierując się w jej stronę. – Szkoda mojego czasu na kogoś takiego jak ty.
– Nie zapominaj, że jestem córką emira Hamy, księżniczką i stoję wyżej od ciebie – zauważyła prowokująco.
Mężczyzna ponownie się roześmiał, krótko i ostro, a światło świecy zatańczyło posępnie na jego pełnym pogardy obliczu. Tylko nóż trzymany w dłoni dodawał jej odwagi, by wciąż patrzeć mu w twarz.
– Czego ode mnie chcesz?
Mężczyznę ucieszył jej drżący głos. Nim odpowiedział, zrobił kolejny krok.
– Tego, co już dałaś innym – odparł tak spokojnie, że Parisa w pierwszej chwili nie zrozumiała.
Dopiero później dotarło do niej, co miał na myśli. Spuściła na chwilę wzrok, ale zaraz z powrotem spojrzała na stryja. W jej oczach pojawił się błysk wściekłości.
– Najpierw musisz mnie zabić. Nigdy nie oddam ci się dobrowolnie – rzuciła hardo, choć w środku powoli ogarniała ją panika.
– Czytasz mi w myślach, Pariso – zauważył miękko, z pozorną czułością. – Tak zamierzam zrobić.
Gdy wyciągnął dłoń i pogłaskał ją po policzku, wzdrygnęła się. Hassan to zauważył, ale nie cofnął ręki. Kciukiem przesunął po jej dolnej wardze, jednocześnie oblizując usta. Dziewczyna odsunęła się z odrazą.
Mężczyzna złapał ją brutalnie za włosy i przyciągnął do siebie.
– Nie zgrywaj lepszej, niż jesteś – wysyczał. – Twoi rodzice skrywają więcej tajemnic, niż myślisz.
Czując odór męskiego potu, Parisa próbowała opanować mdłości. Nie chciała go rozsierdzić. Jeszcze nie teraz. Pragnęła wysłuchać, co też jej stryj miał do powiedzenia.
– O czym ty mówisz? Jakież to usprawiedliwienie znalazłeś dla swojej zdrady? – rzuciła buńczucznie.
– Skąd o tym wiesz? – zapytał wyraźnie zaskoczony Hassan.
– Wiem, że spotkałeś się z Razanem w pałacu ojca. Podsłuchałam was. Wtedy myślałam, że to jeden z twoich ludzi. Dopiero pobyt w Masjaf uświadomił mi, kim był ten człowiek.
Gdy minęło pierwsze zdumienie, mężczyzna odzyskał swój zwykły rezon.
– Czy ktoś o tym wie oprócz ciebie? – Ponownie boleśnie pociągnął ją za włosy.
– Nie – skłamała gładko. – I tak nikt by mi nie uwierzył.
Mówiła prawdę. Ojciec nie dał wiary jej słowom. Ale był jeszcze Skorpion. On wiedział, kim jest zdrajca.
– W porządku.
Wzrok Hassana spoczął na ustach Parisy. Pochylił głowę, chcąc ją pocałować, ale dziewczyna odepchnęła go z całej siły. W drugiej dłoni wciąż trzymała nóż, szykując się do ataku.
– Płynie w nas ta sama krew! – krzyknęła z desperacją. – Nawet to nie jest w stanie powstrzymać cię przed gwałtem? Przecież krew to świętość!
Mężczyzna wpatrywał się w nią z rosnącym pożądaniem. Jej gniew podniecał go.
– Czas najwyższy, byś dowiedziała się prawdy. – Nagle jego spojrzenie stało się lodowate, a wargi wygięły się w zagadkowym uśmiechu. – Najdroższa Pariso... nas niewiele łączy... a najmniej krew.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Hart
Zaskakujące. Zresztą na to liczyłem , że coś co wydaje się oczywiste w Twoim wykonaniu wcale nie jest takie. Do tego ta dawka miłości i tęsknoty
Już kiedyś Ci pisałem że Jesteś mistrzynią nastroju. I to się potwierdza z każdą następną częścią Twojej twórczości. Można by to nazwać melancholią .
Ale zawsze jest w tym nadzieja na pełniejsze dni.
Jest w tobie wiara
Jest w tobie nadzieja
I serce gorące od uczucia
Tęsknię za każdym
Twoim słowem
Bo wiem że wypełnia je
Twoja wiara w miłość
Takie moje krótkie podsumowanie Twojego pisania. Dziękuję że piszesz. I że to możemy czytać . Pozdrawiam i czekam na cdn. 😘
Marigold
@Hart napisałeś ostatnio, że nadajemy na tej samej częstotliwości i to jest prawda. Jeśli u kogoś, kto pisze tak wspaniałe wiersze jak Ty, moja niedoskonała proza porusza czułą strunę, to jest to dla mnie najwspanialszy komplement!
Dziękuję!
JorgDeJoong
Tak to rozegrałaś sprytne bardzo sprytne … a teraz żyć w niepewności … jak ona się wywinie … niezawiodlas mnie o nie magia godna bogów
Marigold
@JorgDeJoong czyli magia z kociołka Marigold zadziałała. Świetnie!
Dzięki wikingu!
JorgDeJoong
@Marigold zadziałała lepiej niż mogłem sobie wymarzyć super połączenie różnych emocji … mistrzyni mistrzów jest tylko jedna
Jakub
Są opowieści, które się czyta, i są takie, które się przeżywa. Ta zdecydowanie należy do tych drugich. ❤️
Jak wiele bólu, tęsknoty i miłości można zamknąć w kilku słowach… „Jestem twoją matką”. Dla Ayany to spełnienie nadziei pielęgnowanej przez ćwierć wieku, dla Amira — początek kolejnego cierpienia. Niezwykle poruszający jest ten okrutny paradoks: można odzyskać wszystko, czego pragnęło się przez całe życie, i w tej samej chwili stracić to, co stało się najdroższe sercu.
A pożegnanie Parisy i Skorpiona… Ten jeden moment, dwa spojrzenia, tyle niewypowiedzianych słów. Czasem największy dramat rozgrywa się właśnie w ciszy. Pięknie ukazana jest również siła Parisy — jej odwaga nie polega na braku strachu, lecz na tym, że pomimo przerażenia nie pozwala odebrać sobie godności.
Najbardziej zachwyca mnie jednak to, że pod powierzchnią intryg, zdrady i dramatycznych wydarzeń nieustannie bije serce tej historii. Bohaterowie nie są obojętni czytelnikowi. Ich cierpienie naprawdę boli, ich nadzieja staje się naszą nadzieją, a ich losy pozostają w myślach jeszcze długo po zakończeniu lektury.
**A zakończenie? Prawdziwy literacki majstersztyk!** Ostatnie słowa Hassana spadają na czytelnika niczym grom z jasnego nieba, burząc dotychczasowe przekonania i otwierając przepaść nowych pytań. W jednej chwili wszystko, co wydawało się pewne, staje pod znakiem zapytania. I właśnie wtedy, gdy serce bije najmocniej, opowieść się urywa! To niemal okrutne wobec czytelnika, ale jakże piękne świadectwo talentu Autorki — zakończyć rozdział tak, by ostatnie zdanie wybrzmiewało w głowie jeszcze długo po odłożeniu lektury. Aż chciałoby się zawołać: **jak można zostawić nas właśnie w takim momencie?!** ❤️
Za to właśnie należą się Autorce najpiękniejsze podziękowania. Za emocje, za wrażliwość, za niezwykłą umiejętność przypominania nam, jak wielką siłę ma miłość — nawet wtedy, gdy wydaje się niemożliwa.
Dziękuję za kolejną piękną, przejmującą część. I za tę maleńką iskierkę nadziei, która mimo całego cierpienia wciąż nie pozwala przestać wierzyć, że los bohaterów może jeszcze odmienić się na lepsze. 🌹❤️
Marigold
@Jakub bardzo dziękuję za piękny komentarz. Właśnie dla takich Czytelników piszę swoje historie. Nie musi ich być wielu. Najważniejsze, że rozumieją emocje moich bohaterów i moje, bo to się siłą rzeczy splata. Żyję ich życiem często kosztem własnego.
Wspomniałeś Ayanę. Wydaje mi się, że ona, obok Skorpiona, jest najtragiczniejszą postacią. Nie umniejszając absolutnie roli ojców, którzy dla dziecka są równie ważni, jak matka, ale to ona nosiła Amira dziewięć miesięcy pod sercem. To ona pokochała go najszybciej i to ona miała z nim najsilniejszą więź już podczas porodu. Dla Umara porwanie syna było tragedią, dla niej... końcem świata.
Dla Skorpiona nowa sytuacja to prawdziwee trzęsienie ziemi. Musi zbudować siebie od nowa. Nie jest już tylko asasynem, ale nie jest także synem emira Hamy. Więc kim jest? To pytanie czeka na odpowiedź.
Co do Parisy. Mam nadzieję, że widać, jak się zmienia. Od trzpiotki po kobietę, która zrobi wszystko dla kochanego przez siebie mężczyznę. Podoba mi się, jak dojrzewa. Nie ogląda się już na innych, tylko sama bierze sprawy w swoje ręce.
Może nie piszę wybitnie technicznie, ale wkładam w swoje opowiadania wiele z siebie. I mam nadzieję, że tę prawdę Czytelnicy czują.
Dziękuję.
Jakub
@Marigold tylko kobieta zrozumie kobietę i jej relacje z dzieckiem. Myślę że masz to w genach…