
Nie jej powrót po drugiej w nocy. Nie Tomasz. Nawet nie pocałunek, którego znaczenie zmieniało się w zależności od tego, któremu zdaniu Natalii akurat wierzył. Obraz perłowego szlafroka połyskującego poprzedniego wieczoru w ciepłym świetle sypialni również nie wracał do niego tak uporczywie jak widok żony stojącej teraz przy kuchence.
Miała na sobie jego starą granatową koszulkę. Po latach prania materiał zrobił się miękki i cienki; na niej sięgał do połowy ud, lekko zbierając się na biodrach, kiedy pochylała się nad patelnią. Włosy związała wysoko, niedbale, i kilka ciemnych pasm wymknęło się spod gumki, opadając na kark. Była boso. Co jakiś czas przenosiła ciężar z jednej stopy na drugą, omijając najchłodniejsze płytki.
W kuchni pachniało masłem, świeżo zmieloną kawą i pieczywem ogrzewanym w tosterze. Jajka skwierczały cicho, z radia na parapecie płynął spokojny głos prezentera, a deszcz osiadał na szybie drobnym, jednostajnym szelestem.
Marek zatrzymał się w drzwiach.
Znał ten obraz tak dobrze, że mógłby odtworzyć go z pamięci: ustawienie kubków, ruch jej prawej dłoni, nawet moment, w którym odsunie patelnię od ognia. Jeszcze niedawno minąłby ją, musnął przelotnie biodro, sięgnął po filiżankę i zaczął mówić o planie dnia.
Teraz patrzył na kilka ciemnych włosów przyklejonych do jej karku i zastanawiał się, czy Tomasz także je zauważył.
Ta myśl pojawiła się zbyt łatwo.
— Kawa jest w ekspresie — powiedziała Natalia, nie oglądając się.
— Dzięki.
Nie ruszył się od razu.
— Dzieci wstaną za dziesięć minut.
Dopiero wtedy podszedł do blatu.
— Wiem.
— I mieliśmy kupić prezent dla twojej mamy.
— Pamiętam.
Nacisnął przycisk ekspresu. Maszyna zamruczała, młynek zatrzeszczał sucho i po chwili do filiżanki popłynął ciemny strumień. Gorzkawy aromat podniósł się ku jego twarzy.
Natalia przełożyła jajka na talerze. Kiedy odstawiła patelnię, metal zetknął się z rusztem krótkim, ostrym dźwiękiem. Dopiero wtedy się odwróciła.
Bez makijażu wyglądała łagodniej. Pod oczami miała delikatne cienie po krótkiej nocy, lecz poza tym nie znalazł na jej twarzy niczego, czego od przebudzenia szukał niemal odruchowo. Ani skrępowania, ani poczucia winy, ani tej szczególnej pewności siebie, którą mógłby uznać za triumf.
— Źle spałeś?
Ton miała niemal troskliwy.
Marek objął filiżankę dłońmi. Ceramika była tak gorąca, że zaczęła szczypać go w opuszki.
— Świetnie.
Natalia popatrzyła na niego odrobinę dłużej.
— Kłamiesz.
Odwróciła się do zlewu. Strumień wody uderzył o rozgrzaną patelnię i natychmiast podniosła się z niej cienka para.
— I nawet niespecjalnie się starasz.
Marek napił się kawy. Była za gorąca; sparzyła mu język, ale przełknął bez grymasu.
— Gdzie są srebrne kolczyki?
Ruch Natalii zatrzymał się na ułamek sekundy.
Nie gwałtownie. Nie tak, żeby zauważył to ktoś, kto znał ją słabiej. Po prostu patelnia pozostała pod bieżącą wodą odrobinę za długo, a palce mocniej objęły rączkę.
Marek zauważył.
Znał rytm jej ruchów.
— Jakie srebrne kolczyki? — zapytała.
Zakręciła wodę i odstawiła patelnię do suszarki.
— Te z Pragi.
Otworzyła lodówkę. Chłodne światło wydobyło z półmroku jej policzek i szczękę.
— W szkatułce.
— Wczoraj wyszłaś w nich z domu.
Natalia pochyliła się po masło.
— Możliwe.
— A wróciłaś w złotych.
Drzwi lodówki zamknęły się miękkim stuknięciem.
Dopiero wtedy odwróciła się do niego całym ciałem.
— Naprawdę zwróciłeś uwagę, jakie miałam kolczyki?
— Zwróciłem.
Przez sekundę nic nie mówiła. Marek spodziewał się uniku, może ironicznej uwagi, którą znowu zostawiłaby go z większą liczbą pytań niż odpowiedzi.
Zamiast tego coś przemknęło jej po twarzy. Nie uśmiech. Nie zdziwienie.
Satysfakcja.
Podeszła po kubek stojący obok ekspresu. Musiała minąć go bardzo blisko. Granatowa koszulka zsunęła się jej przy tym z ramienia o kilka centymetrów. Marek najpierw poczuł zapach balsamu, czysty i jeszcze świeży po porannym prysznicu, a zaraz potem ciepło jej skóry, kiedy przedramię Natalii znalazło się tak blisko jego dłoni, że zabrakło może centymetra do dotyku.
Nie dotknęła go.
Właśnie dlatego poczuł to tak wyraźnie.
Podniósł wzrok.
Natalia przyłożyła kubek do ust.
— To dobrze.
— Co?
Upiła kawę.
— Że zauważyłeś.
— Dlaczego?
Spojrzała na niego znad brzegu kubka.
— Bo znowu patrzysz.
Powiedziała to cicho, bez uśmiechu i bez kokieterii. Jak zwykłe stwierdzenie faktu.
Trafiło celniej niż prowokacja.
Marek odstawił filiżankę nieco zbyt szybko. Spodek odpowiedział krótkim brzękiem.
— Natalia.
— Mhm?
— Skąd miałaś te złote?
Stała do niego plecami. Przez kilka sekund między nimi były tylko radio i ciche tykanie zegara nad drzwiami.
— Od kogoś.
— Od kogo?
Spojrzała na zegar.
— Obudź dzieci.
Minęła go i wyszła. Poruszone jej przejściem powietrze przyniosło jeszcze raz zapach balsamu i wilgotnych włosów.
Marek słuchał jej kroków na schodach, dopóki nie ucichły.
Mógł pójść za nią. Zatrzymać ją na półpiętrze, zanim zwyczajny poranek przykryje rozmowę śniadaniem, dziećmi i prezentem dla matki.
Nie ruszył się.
Podniósł filiżankę. Kawa zdążyła przestygnąć.
Dopiero wtedy dopuścił do siebie myśl, która była znacznie mniej wygodna niż zazdrość.
Nie chodziło mu już wyłącznie o odpowiedź.
Chciał zobaczyć, co Natalia zrobi dalej.
* * *
Przez kolejne dwa tygodnie nazwisko Tomasza nie padło między nimi ani razu.
Marek także go nie wypowiedział.
Na początku traktował milczenie jak rodzaj dyscypliny. Nie chciał dać Natalii satysfakcji z wiedzy, że wraca myślami do tamtej nocy, że odtwarza jej wejście do kuchni po drugiej, rozpuszczone włosy i przygaszoną pomadkę, a czasem, kiedy wzrok zatrzymuje mu się na jej ustach, słyszy w pamięci jedno krótkie „tak”.
Po kilku dniach zrozumiał jednak, że brak pytań niczego nie zatrzymał. Gra po prostu przeniosła się w drobiazgi.
Telefon Natalii leżący na blacie stał się przedmiotem, którego obecność rejestrował nawet wtedy, gdy świadomie omijał go wzrokiem. Znał już odgłos urządzenia przesuwającego się po drewnie podczas wibracji, krótkie brzęknięcie, gdy leżało zbyt blisko kieliszka, i tę szczególną sekundę po sygnale, kiedy Natalia jeszcze się nie poruszała, a on już wiedział, że zaraz po nie sięgnie.
Nie ukrywała telefonu. Nie odwracała go ekranem do blatu, nie zabierała ze sobą do łazienki, nie wychodziła do innego pokoju, żeby odpisać. Czasem czytała wiadomość przy Marku i odkładała urządzenie bez reakcji. Innym razem jej kciuki przesuwały się po ekranie przez kilka sekund.
Marek nie pytał.
Gdyby Natalia zaczęła zachowywać się jak kobieta ukrywająca romans, wszystko stałoby się prostsze. Miałby coś konkretnego: podejrzany gest, nieprzekonujące wyjaśnienie, kłamstwo możliwe do udowodnienia.
Tymczasem jadła z nim śniadania, przypominała o zakupach, zasypiała wieczorami nad książką, a czasami, przechodząc za jego krzesłem, kładła mu dłoń na karku dokładnie tak samo jak dawniej.
Dotyk trwał tyle samo.
Zmienił się tylko Marek.
Teraz czuł ciepło jej dłoni jeszcze po tym, jak ją zabierała.
W piątek, kilka minut po czternastej, siedział przy biurku pochylony nad monitorem, kiedy telefon zawibrował mu w kieszeni. Materiał spodni stłumił drżenie, ale krótki impuls przeszedł po udzie na tyle wyraźnie, że od razu oderwał wzrok od dokumentu.
Wsunął rękę do kieszeni.
Natalia.
„Bądź dziś o 20.00 w Oranżerii.”
Przeczytał wiadomość dwa razy.
„Po co?”
Minęła prawie minuta.
„Kolacja.”
„Z kim?”
Na ekranie pojawiły się trzy kropki.
Zniknęły.
Pojawiły się ponownie.
Marek patrzył na puste miejsce pod swoją wiadomością, dopóki ekran nie rozświetliła odpowiedź.
„Ze mną.”
Uśmiechnął się mimo woli. Odłożył telefon na biurko, lecz kilka sekund później urządzenie zadrżało bezpośrednio pod jego dłonią.
„Załóż granatowy garnitur.”
„Ten, który lubisz?”
Nie odpowiedziała od razu. Ekran przygasł. Marek wrócił wzrokiem do dokumentu i przez następne dwie minuty przesuwał oczy po tych samych linijkach, nie zapamiętując ani jednego słowa.
Telefon znów zawibrował.
„Ten, który ja lubię, czy ten, w którym podobasz się innym kobietom?”
Marek oparł plecy o fotel.
„To chyba ten sam.”
Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast.
„Właśnie dlatego granatowy.”
* * *
Oranżeria mieściła się w odrestaurowanym pałacyku otoczonym starym parkiem. Kiedy Marek wysiadł z samochodu, deszcz właśnie ustawał. Powietrze pachniało mokrymi liśćmi, ziemią i kamieniem; żwir chrzęścił pod podeszwami, a z koron drzew spadały jeszcze pojedyncze ciężkie krople.
W środku uderzyło go ciepło. Wilgoć pod kołnierzykiem koszuli natychmiast stała się wyczuwalna. Z sali restauracyjnej dochodził fortepian, stłumione rozmowy i delikatny brzęk szkła. Pachniało ciemnym drewnem, winem, świecami i rozgrzanym masłem.
Hostessa odebrała jego płaszcz.
— Pan Marek?
To, że znała jego imię, wystarczyło, żeby zatrzymał na niej wzrok sekundę dłużej.
— Tak.
— Proszę za mną.
Natalię zobaczył z daleka.
Siedziała tyłem, więc najpierw rozpoznał linię jej ramion i sposób, w jaki obejmowała palcami nóżkę kieliszka. Miała na sobie ciemnozieloną sukienkę z długimi rękawami. Krój był niemal zachowawczy, lecz miękka tkanina układała się na jej plecach i talii z precyzją, która nie potrzebowała odsłoniętej skóry.
Włosy upięła nisko.
Kiedy odwróciła głowę, w świetle lamp błysnęło złoto.
Te same kolczyki.
Dopiero wtedy zobaczył mężczyznę siedzącego naprzeciwko.
Tomasz.
Nie potrzebował przedstawienia.
Natalia wstała.
— Jesteś.
Podeszła. Marek poczuł jej perfumy chwilę wcześniej, niż usta Natalii musnęły jego policzek. Ciepłe, drzewne, z ledwie słodką nutą, która na jej skórze od dawna nie przypominała już zapachu ze sklepowej półki.
Pocałunek był zwyczajny.
Małżeński.
Tyle że Tomasz patrzył.
I przez tę świadomość Marek poczuł miękkość jej ust oraz chłodny ślad pozostawiony na policzku wyraźniej, niż czuł go od lat.
— Marek, Tomasz. Tomasz, Marek.
Mężczyzna wstał i podał mu rękę. Był wysoki, szczupły, mniej więcej w ich wieku. Pierwsza siwizna pojawiała się przy skroniach, marynarka była dobra, ale pozbawiona ostentacji, zegarek zwyczajny. Najbardziej rzucał się w oczy spokój.
Marek wolałby arogancję.
Coś, co pozwoliłoby mu szybko uznać Tomasza za człowieka śmiesznego albo irytującego.
Tomasz nie dawał mu tej wygody.
— Wreszcie — powiedział.
— Wreszcie?
Tomasz zerknął na Natalię.
— Sporo o tobie słyszałem.
— Mam nadzieję, że same kłamstwa.
Na twarzy Tomasza pojawiło się ledwie widoczne zawahanie.
Natalia dostrzegła je również. Zaśmiała się pierwsza.
— Powiedzmy — odpowiedział po chwili — że szybko nauczyłem się nie traktować wszystkiego, co Natalia mówi, całkiem dosłownie.
Marek odsunął krzesło.
— Szybko się uczysz.
— Panowie — Natalia rozłożyła serwetkę na kolanach — jeśli od pierwszych dwóch minut zamierzacie rozmawiać o mnie tak, jakbym tu nie siedziała, uprzedźcie. Zamówię sobie coś droższego.
Kelner nalał wino. Ciężki, owocowy aromat uniósł się ponad stołem.
Przez pierwsze kilkanaście minut rozmowa była zaskakująco łatwa. Tomasz mówił o pracowni, Kopenhadze, projektach i nartach. Marek pytał, odpowiadał, kilka razy nawet roześmiał się zupełnie szczerze.
Jednocześnie obserwował Natalię.
Palec przesuwający się po nóżce kieliszka. Powieki przymykane na sekundę przed pierwszym łykiem. Drobne zmarszczenie nosa, kiedy coś naprawdę ją bawiło. Dłoń wędrująca ku uchu, choć żaden kosmyk nie wymagał poprawienia.
Znał te gesty.
Tego wieczoru patrzył na nie z nowej pozycji: nie jak ktoś, kto posiada do nich wyłączny dostęp, lecz jak człowiek zmuszony zauważyć, że inny mężczyzna również może nauczyć się je czytać.
— Muszę cię o coś zapytać — odezwał się Tomasz.
Marek odstawił kieliszek.
— Pytaj.
— Naprawdę powiedziałeś jej, żeby poszła wtedy ze mną?
Natalia właśnie unosiła wino do ust. Ręka zatrzymała się w połowie ruchu.
— Powiedziała ci?
— Powiedziała.
Marek spojrzał na żonę.
— Tak.
— Dlaczego?
Przez chwilę obracał kieliszek między palcami. Czerwone wino wspinało się cienką falą po szkle.
— Byłem ciekawy.
— Czego?
Podniósł oczy.
Natalia patrzyła na niego bez ruchu.
— Jej.
Tomasz zamilkł.
— I czego się dowiedziałeś?
Marek nadal patrzył na żonę.
— Że chyba za szybko uznałem, że nie ma już czym mnie zaskoczyć.
Natalia nie uśmiechnęła się. Nie spuściła wzroku. Tylko nabrała odrobinę głębiej powietrza.
Wtedy Marek poczuł przy kostce lekkie muśnięcie.
Uznał je za przypadek i przesunął stopę.
Rozmowa trwała dalej.
Po chwili dotyk wrócił.
Wolniej.
Miękki bok buta Natalii zatrzymał się przy jego kostce.
Marek nie poruszył nogą.
Podniósł kieliszek, bardziej po to, żeby zająć czymś rękę, niż z pragnienia. Chłodne szkło zwilgotniało pod palcami.
Spojrzał na Natalię.
Słuchała Tomasza z lekko przechyloną głową. Jej twarz pozostawała spokojna.
Pod obrusem jej stopa nadal dotykała nogi Marka.
Po chwili przesunęła ku niemu oczy.
Tylko oczy.
Na sekundę.
Wystarczyło.
Marek napił się wina i prawie nie poczuł smaku. Cała jego uwaga zawęziła się do kilku centymetrów przestrzeni pod stołem — miejsca niewidocznego dla Tomasza, kelnera i pozostałych gości.
Natalia cofnęła stopę.
Brak nacisku poczuł wyraźniej niż jego obecność.
Tomasz mówił coś o budynku w Danii, ale znaczenie słów docierało do Marka z opóźnieniem. Wyraźniej słyszał fortepian, cichy brzęk szkła na sąsiednim stoliku i własny oddech.
Pianista zmienił utwór.
Melodia zwolniła.
Tomasz spojrzał w stronę instrumentu, a potem na Natalię.
— Zatańczysz?
Jej palce znieruchomiały na kieliszku.
Najpierw spojrzała na Marka.
Nie jak kobieta prosząca o pozwolenie.
To byłoby prostsze.
Dawała mu możliwość zatrzymania czegoś, czego sam jeszcze przed chwilą chciał być świadkiem.
Mógł zażartować, poprosić o rachunek, powiedzieć, że jest późno. Jedno zdanie wystarczyłoby, żeby wieczór wrócił w granice, które znał.
Przesunął kciukiem po nóżce kieliszka.
— Idź.
Tomasz wstał.
Natalia również.
Kiedy przechodziła obok Marka, znalazła się na moment tak blisko, że przez warstwy ubrania poczuł ciepło jej ciała. Sukienka zaszeleściła, a w powietrzu pozostał zapach tych samych perfum, które znał z ich sypialni.
Nie spojrzała na niego.
Tomasz poprowadził ją kilka metrów dalej.
Położył dłoń na jej plecach.
Poprawnie.
Nie za nisko. Nie zbyt blisko talii. Dokładnie tam, gdzie dłoń mężczyzny podczas tańca powinna się znajdować.
Marek patrzył na nią dłużej, niż chciał.
Gdyby Tomasz przekroczył granicę, wiedziałby, co robić.
Tymczasem tamten pozostawał dokładnie po właściwej stronie.
Natalia poruszała się spokojnie. Zielona tkanina miękko podążała za każdym krokiem, a w złotych kolczykach co chwilę zapalały się refleksy świec.
Między ich ciałami pozostawała niewielka przestrzeń.
Za duża, żeby taniec nazwać intymnym.
Zbyt mała, żeby patrzeć obojętnie.
Tomasz powiedział coś cicho.
Natalia się roześmiała.
Marek znał ten śmiech. Znał sposób, w jaki odchylała głowę i przymykała oczy, kiedy coś rzeczywiście ją bawiło.
A jednak nie pamiętał, kiedy ostatnio oglądał ten śmiech z kilku metrów, nie będąc jego przyczyną.
Po chwili Tomasz pochylił się ku jej uchu.
Palce Marka znieruchomiały na kieliszku.
Natalia przestała się uśmiechać.
Uniósła oczy ponad ramieniem Tomasza.
Znalazła Marka natychmiast.
Ich spojrzenia spotkały się ponad salą.
Fortepian nadal grał. Kelner przechodził obok z tacą. Ktoś przy sąsiednim stoliku się śmiał. A jednak wszystko cofnęło się gdzieś poza granice jego uwagi.
Natalia nie odwróciła oczu.
Marek również.
Ona wiedziała.
Wiedziała, że patrzy na dłoń Tomasza spoczywającą na jej plecach, że mierzy odległość między ich twarzami, że śledzi każdy drobny ruch jej ciała.
Mogła odwrócić wzrok. Zwiększyć odległość. Zamienić wszystko w żart.
Nie zrobiła niczego.
Nie musiała.
Wystarczyło, że pozwalała mu patrzeć.
I wtedy Marek pojął, że Tomasz nie jest w tej scenie jedynym mężczyzną, którego obecności Natalia jest świadoma.
Być może nawet nie najważniejszym.
* * *
Tomasz wyszedł przed jedenastą.
Przy pożegnaniu podał Markowi rękę, potem zwrócił się do Natalii.
— Dobranoc.
Nie pocałował jej.
Nawet w policzek.
— Dobranoc — odpowiedziała.
Marek patrzył przez szklane drzwi, jak Tomasz idzie mokrą alejką. Lampy ogrodowe wycinały jego sylwetkę z ciemności na kilka sekund, po czym ponownie ją pochłaniały, aż w końcu zniknął pomiędzy drzewami.
— Rozczarowany?
Głos Natalii odezwał się blisko za jego plecami.
Odwrócił się.
Stała z płaszczem przewieszonym przez przedramię. Ciepłe światło lampy wydobywało jedną połowę jej twarzy; druga pozostawała w miękkim cieniu.
— Czym?
— Tomaszem.
— Dlaczego miałbym być?
Podeszła o krok.
— Wyobrażałeś go sobie inaczej.
— Skąd wiesz?
— Znam cię.
Marek uśmiechnął się krótko.
— Ostatnio ten argument działa tylko w jedną stronę.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
Tym razem nie odpowiedziała natychmiast.
Na zewnątrz było wyraźnie chłodniej. Deszcz ustał, lecz z drzew wciąż spadały pojedyncze krople. Żwir chrzęścił pod butami.
Marek otworzył samochód pilotem. Kierunkowskazy dwukrotnie rozświetliły mokry parking.
Natalia zatrzymała się przy drzwiach pasażera.
— Podobało ci się?
— Co?
— Patrzenie.
Marek wsunął dłonie do kieszeni płaszcza.
— Nie.
Kącik jej ust drgnął.
— Kiepsko kłamiesz.
— A tobie?
— Co?
— Podobało ci się, że patrzę?
Nie odpowiedziała od razu.
Gdzieś za nimi woda spadała z rynny na kamień w regularnych odstępach. Oddech Natalii na moment pojawił się w chłodnym powietrzu jako blada para.
— Bardzo.
Dopiero wtedy otworzyła drzwi.
* * *
W samochodzie pachniało wilgotną wełną, skórzaną tapicerką i Natalią. Po uruchomieniu silnika nawiew zaszumiał cicho; mleczna para na przedniej szybie zaczęła ustępować od dołu, odsłaniając mokrą drogę.
Przez pierwsze kilka kilometrów jechali bez słowa.
Wycieraczki przesuwały się po szybie jednostajnym ruchem.
— Co ci powiedział? — zapytał w końcu Marek.
Natalia patrzyła przez boczne okno.
— Kiedy?
— Wiesz kiedy.
Odwróciła głowę.
— Podczas tańca?
— Kiedy pochylił się do ciebie.
Przez sekundę ważyła odpowiedź.
— Powiedział, że cały czas patrzysz.
Kciuki Marka przesunęły się po szwie kierownicy.
— Co odpowiedziałaś?
— Że wiem.
Minęli kilka domów. Światła latarni na przemian wydobywały jej profil i oddawały go ciemności.
— Tylko tyle?
— Nie.
— Co jeszcze?
Przed nimi zapaliło się czerwone światło. Marek zatrzymał samochód.
Czerwień sygnalizatora wypełniła wnętrze.
— Zapytał, czy zawsze tak na mnie patrzysz.
Marek spojrzał na nią.
— I?
Natalia również spojrzała na niego.
— Powiedziałam, że nie.
Światło zmieniło się na zielone.
Marek nie ruszył.
Dopiero klakson samochodu za nimi wyrwał go z bezruchu.
To jedno zdanie zostało z nim mocniej niż wszystko, czego tego wieczoru dowiedział się o Tomaszu.
Znał ciało Natalii. Wiedział, gdzie ma niewielką bliznę, jak zbiera włosy przed snem, w jaki sposób szuka stopą chłodniejszego miejsca pod kołdrą. Znał jej zapach po kąpieli i minę, którą robiła przed pierwszym łykiem zbyt słabej kawy.
Znał tysiące szczegółów.
I właśnie dlatego któregoś dnia przestał je zauważać.
— Prawda? — zapytał.
Natalia odwróciła twarz ku oknu.
— Tak.
Bez triumfu.
Bez wyrzutu.
Marek nie miał się przed czym bronić.
Przez następne kilkaset metrów znów milczeli.
— Zatrzymaj się — powiedziała.
— Tutaj?
— Tutaj.
Zjechał na niewielki leśny parking. Opony zaszumiały po mokrym żwirze. Kiedy wyłączył silnik, cisza przyszła niemal natychmiast; ucichł nawiew, zniknęły drobne drgania siedzeń i pozostało tylko nieregularne tykanie stygnącego metalu oraz krople spadające z gałęzi na dach.
Natalia odpięła pas.
Klamra cofnęła się z krótkim kliknięciem.
Nie otworzyła drzwi.
Odwróciła się do niego.
— Chcesz wiedzieć o pocałunku?
Marek poczuł, że oddycha płycej.
— Tak.
— Na pewno?
— Tak.
Patrzyła na niego długo.
— Nie pocałował mnie przed restauracją.
Marek milczał.
Po kilku sekundach zauważył, że ramiona lekko mu opadły.
— Czyli skłamałaś.
— Tak.
Natalia obserwowała go.
— Ulżyło ci.
Przesunął językiem po suchych ustach.
— Trochę.
— Widzę.
Oparł głowę o zagłówek.
— Czyli w ogóle cię nie pocałował.
Nie odpowiedziała.
Sekunda.
Może dwie.
Wystarczyło.
Marek odwrócił głowę.
— Natalia.
— Nie powiedziałam tego.
— Więc gdzie?
Jej paznokcie przesunęły się cicho po skórze torebki.
— W samochodzie.
— Jego?
— Tak.
— Kiedy?
— Tamtego wieczoru.
Marek patrzył na jej dłonie.
— Zanim wróciłaś po drugiej?
Skinęła głową.
— To on cię pocałował?
Natalia podniosła wzrok.
Pierwszy raz tego wieczoru jej twarz naprawdę ją zdradziła. Pewność zniknęła. Palce zacisnęły się na pasku torebki.
— Nie.
— Jak to nie?
Nabrała powietrza powoli.
— To ja pocałowałam jego.
Tykanie metalu pod maską nagle stało się wyraźniejsze.
Marek nie odpowiedział.
Zamiast słów pojawił się obraz: Natalia siedząca obok Tomasza, jej twarz w półmroku, te same dłonie, ten sam zapach włosów i skóry.
I ona zmniejszająca odległość pierwsza.
To właśnie ten szczegół pozostał najdłużej.
— Dlaczego?
Natalia opuściła wzrok.
— Chciałam sprawdzić, czy potrafię.
— Co?
— Zrobić coś, czego sama się po sobie nie spodziewam.
— I?
Spojrzała na niego.
— Potrafię.
Marek odwrócił twarz ku przedniej szybie. Mokre drzewa kończyły się tam, gdzie urywał się zasięg reflektorów.
— Podobało ci się?
Głos zabrzmiał ciszej, niż zamierzał.
Natalia nie odpowiedziała.
— W kuchni powiedziałaś „nie”.
— Pamiętam.
— A potem powiedziałaś, że to było twoje trzecie kłamstwo.
— Tak.
— Więc?
Natalia przyglądała mu się.
— Nadal próbujesz zmusić mnie do odpowiedzi, której nie będziesz musiał interpretować.
Marek milczał.
To zatrzymało go skuteczniej niż kolejne „tak” albo „nie”.
Po chwili jego wzrok przesunął się na złoty kolczyk.
— Skąd je masz?
Natalia dotknęła jednego kółka.
— Te?
— Te.
— Miałam je jeszcze przed tobą.
— Nigdy ich nie widziałem.
— Wiem.
— Od kiedy?
— Od osiemnastu lat.
Marek próbował odnaleźć je w pamięci. Pierwsze zdjęcia, wspólne wyjazdy, jej mieszkanie sprzed ślubu, szkatułkę stojącą kiedyś na komodzie.
Nic.
Natalia otworzyła torebkę. Zapięcie kliknęło. Wyjęła niewielkie etui i położyła je na konsoli.
— Otwórz.
W środku leżały srebrne kolczyki z Pragi.
Marek dotknął jednego. Metal był chłodny.
— Dlaczego wtedy je zmieniłaś?
Natalia patrzyła na jego palec przesuwający się po srebrze.
— Chciałam sprawdzić, czy zauważysz.
Zamknął pudełko.
— Czyli to wszystko było testem.
— Nie.
Odpowiedziała natychmiast.
— Tomasz istnieje. Spotkałam go. Poszłam z nim na kolację. Pocałowałam go. Tego nie zrobiłam po to, żeby sprawdzić, czy pamiętasz moje kolczyki.
— Więc po co?
Natalia spojrzała przed siebie.
— Pamiętasz hotel nad jeziorem?
— Tak.
— Powiedziałeś, że znasz mnie prawie całkowicie.
Marek czekał.
— I wtedy pierwszy raz pomyślałam, że naprawdę w to wierzysz.
— Co w tym złego?
Natalia przesunęła kciukiem po pasku torebki.
— Stałam się dla ciebie kimś, kogo nie trzeba już odkrywać.
Chciał zaprzeczyć, lecz mówiła dalej.
— Żoną. Matką. Natalią od dzieci, zakupów, rachunków, wakacji, twoich koszul. Wiedziałeś, co zamówię. Jak odpowiem. Czego nie zrobię. Nawet w hotelu, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, wiedziałeś, po której stronie łóżka się położę.
Jej głos pozostawał spokojny.
— I nie chodzi o to, że przestałeś mnie kochać. To byłoby prostsze.
Odwróciła wzrok.
— Chodzi o to, że przestałam cię zaskakiwać. A potem zorientowałam się, że sama siebie też już nie zaskakuję.
Marek patrzył na jej profil, znajomy tak bardzo, że mógłby odtworzyć go z pamięci.
Po raz pierwszy ta znajomość nie dawała mu przewagi.
— Dlatego siedem kłamstw?
Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.
— Siedem kłamstw wymyśliłeś ty.
Przypomniał sobie hotel, ciemne jezioro za szybą i własną pewność.
— Więc co zrobiłaś ty?
Natalia przesunęła się minimalnie w jego stronę.
— Potraktowałam cię poważnie.
— A Tomasz?
— Co z nim?
— Spotkasz się z nim jeszcze?
— Może.
— Chcesz?
Znów ta krótka pauza.
— Może.
Marek wypuścił powietrze.
— Wiesz, że nienawidzę tej odpowiedzi.
— Wiem.
— Dlatego jej używasz?
Lekko przechyliła głowę.
— Nie tylko.
— Co to znaczy?
— Że „może” zostawia ci coś, czego „tak” i „nie” nie zostawiają.
— Co?
— Możliwość.
Marek nic nie powiedział.
— Gdybym powiedziała teraz, że nigdy więcej go nie zobaczę, poczułbyś ulgę.
— Oczywiście.
Natalia patrzyła na niego.
— Tylko ulgę?
Zaprzeczenie pojawiło mu się na języku natychmiast.
Nie wypowiedział go.
Natalia nie potrzebowała odpowiedzi.
Przesunęła się bliżej.
Tak niewiele, że Marek najpierw poczuł zmianę temperatury, a dopiero potem uświadomił sobie, jak mała przestrzeń została między nimi. Ciepło jej ciała pojawiło się na jego twarzy; zapach perfum zmieszał się z winem i włosami.
Spojrzała na jego usta.
Marek znieruchomiał.
Pochyliła się.
Jej oddech musnął jego dolną wargę.
Zatrzymała się.
Nie dotknęła go.
Tykanie silnika.
Kropla na dachu.
Jej oddech.
Jego własny.
Kilka centymetrów przestrzeni stało się nagle najbardziej odczuwalnym miejscem w samochodzie.
— Widzisz? — powiedziała cicho.
Marek poczuł słowo na skórze, zanim naprawdę je usłyszał.
— Co?
— Jeszcze miesiąc temu byłbyś pewien, czego chcesz.
Nie odsunął się.
— A ty jesteś?
Patrzyła mu w oczy.
— Nie.
To krótkie słowo zabrzmiało inaczej niż wszystkie wcześniejsze odpowiedzi.
Bez gry.
Natalia odsunęła się i sięgnęła po pas. Klamra kliknęła, a między nimi wróciło kilkanaście centymetrów chłodniejszego powietrza.
— Jedźmy.
* * *
Przejechali może kilometr.
— Natalia.
— Mhm?
— Które to było?
— Co?
— Kłamstwo o pocałunku przed restauracją.
Spojrzała na niego.
— Chcesz numer?
— Tak.
Milczała sekundę.
— Żaden.
Marek odruchowo zwolnił.
— Jak to żaden? Powiedziałaś, że skłamałaś.
— Skłamałam.
— Więc było jednym z siedmiu.
Natalia pokręciła głową.
— Nie ustaliliśmy, że każde kłamstwo musi należeć do siedmiu.
— Co?
— Ustaliliśmy tylko, że każde z nas ma siedem, które się liczą.
— To rozwala całą grę.
— Nie.
— Nie?
Spojrzała przez szybę.
— Dopiero teraz przestajesz wiedzieć, kiedy naprawdę trwa.
Marek już miał odpowiedzieć, kiedy Natalia podniosła dłoń do ucha.
Zdjęła jeden złoty kolczyk.
Potem drugi.
Położyła oba na otwartej dłoni. Złoto na moment błysnęło w świetle mijanej latarni.
— Wiesz, co jest zabawne?
— Co?
— Pytałeś, skąd je mam.
— Powiedziałaś, że od osiemnastu lat.
Natalia powoli zamknęła palce wokół kolczyków.
— To było czwarte.
Marek przez moment nie zrozumiał.
— Czwarte kłamstwo?
Skinęła głową.
— Więc skąd naprawdę są?
Nie odpowiedziała.
— Od Tomasza?
Cisza.
— Natalia.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie dolnej wargi. Marek znał ten gest od lat — pojawiał się zawsze wtedy, kiedy odpowiedź była już gotowa, ale decyzja o jej wypowiedzeniu jeszcze nie.
W tej samej chwili z jej torebki dobiegło przytłumione brzęczenie.
Telefon zawibrował raz.
Po kilku sekundach drugi.
Natalia otworzyła torebkę i wyjęła urządzenie. Chłodne światło ekranu rozjaśniło jej twarz od dołu.
Marek nie próbował przeczytać wiadomości.
Patrzył na nią.
Najpierw lekko zmarszczyła brwi.
Potem uniosła je odrobinę.
Na końcu pojawił się uśmiech.
Nie nagły.
Powolny.
— Tomasz? — zapytał.
Natalia wygasiła ekran.
— Nie.
Schowała telefon.
Marek czekał.
Nie dodała niczego.
— Kto?
Patrzyła przed siebie.
— Jego żona.
Noga Marka sama zeszła z pedału gazu. Samochód zaczął łagodnie zwalniać.
— Jaka żona?
Natalia milczała.
— Mówiłaś, że jest rozwiedziony.
— Mówiłam.
— Natalia...
Odwróciła twarz w jego stronę.
Na jej ustach zobaczył ten sam spokojny, prawie łagodny uśmiech, który pamiętał znad mazurskiego jeziora.
— Dobranoc, czwarte kłamstwo.
Przez kilka sekund słyszał tylko szum opon na mokrej nawierzchni.
Potem zaczął odtwarzać rozmowę.
Powiedziała: jego żona.
Nie powiedziała, że Tomasz nadal jest żonaty.
Nie powiedziała, że skłamał o rozwodzie.
Nie powiedziała też, co właściwie znajdowało się w wiadomości.
Marek poczuł na karku chłód mimo ciepłego nawiewu.
Przez cały ten czas próbował ustalić, jak daleko Natalia zamierza posunąć się z Tomaszem. Gdzie przebiega granica i które z nich przekroczy ją pierwsze.
Nagle to pytanie wydało mu się zaskakująco proste.
Spojrzał na Natalię.
Siedziała przy bocznej szybie, ze złotymi kolczykami zamkniętymi w dłoni, pojawiając się i znikając w świetle kolejnych latarni.
Po raz pierwszy Marek nie zastanawiał się, co wydarzyło się między nią a Tomaszem.
Zastanawiał się, kto jeszcze wie, że gra w ogóle się rozpoczęła.
1 komentarz
JorgDeJoong
To jest super … mega gra … mega pomysł aż Ci go zazdroszczę