
Przez kilka sekund po ostatniej wiadomości Marty żadne z nich się nie odezwało.
Marek wciąż trzymał telefon w dłoni. Na ekranie pozostawało jedno zdanie, krótkie i niepozorne jak informacja, którą można przeczytać, skinąć głową i przejść dalej.
„Tomasz znał Adama wcześniej niż Natalię.”
Jeszcze godzinę temu Marek sądził, że zaczyna rozumieć układ, w którym się znaleźli. Tomasz był mężczyzną poznanym przypadkiem, Adam kimś z przeszłości Natalii, Marta kobietą stojącą trochę z boku, mającą własną historię z Tomaszem i — od niedawna — własny sekret z Markiem. Każda z tych osób miała osobne miejsce. Teraz jedna wiadomość przesunęła je wszystkie bliżej siebie.
Natalia stała obok biurka. Rozpięta wcześniej koszula nocna była już zapięta, lecz włosy nadal miała lekko potargane, a na szyi Marek dostrzegał zaczerwienienie pozostawione przez jego usta. Ten drobny ślad nie pasował do chłodu, który nagle pojawił się między nimi. Jeszcze przed chwilą dotykali się w sposób, który po tygodniach gry wydawał się niemal odzyskaniem czegoś utraconego. Teraz znowu stali naprzeciw siebie z czyjąś wiadomością pomiędzy.
— Zadzwoń do niej — powiedziała Natalia.
— Do Marty?
— Tak.
— Dlaczego ja?
Spojrzała na telefon.
— Bo tobie napisała.
Marek nie wykonał ruchu.
— Możesz zadzwonić ze swojego.
Natalia pokręciła głową.
— Nie chcę teraz rozmawiać z Martą.
— Jeszcze wczoraj chciałaś.
Na jej twarzy pojawiło się zmęczenie.
— Wczoraj nie wiedziałam, że wszyscy wokół wiedzą więcej ode mnie.
Nie było w tym charakterystycznej dla ostatnich tygodni ironii. Marek patrzył na nią chwilę, po czym odblokował telefon i nacisnął ikonę połączenia.
Marta odebrała po trzecim sygnale.
— Domyślam się, że przeczytaliście razem.
Nie „przeczytałeś”.
Przeczytaliście.
Marek zerknął na Natalię i włączył głośnik.
— Natalia jest przy mnie.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Dobrze. W takim razie będzie prościej.
Natalia usiadła na skraju fotela, na którym wcześniej siedział Marek.
— Od kiedy Tomasz zna Adama?
Głos Marty stracił lekkość.
— Kilkanaście lat. Poznali się w Toronto. Tomasz pracował wtedy przy projekcie biurowym, Adam był po stronie inwestora. Później przez kilka lat utrzymywali kontakt.
Natalia zmarszczyła brwi.
— Adam nigdy o nim nie wspominał.
— A miał powód?
— Wczoraj spędziłam z nim kilka godzin.
— Wczoraj miał już powód, żeby nie wspominać.
Marek zobaczył, jak dłoń Natalii zaciska się na podłokietniku.
— Wyjaśnij.
Marta westchnęła cicho.
— Tomasz opowiadał mi o Adamie jeszcze wtedy, kiedy byliśmy razem. Wiedziałam, że jest jakiś znajomy z Kanady, Polak, z którym czasem pracował. Nie wiedziałam o tobie. Twoje imię pojawiło się dopiero niedawno.
— Kiedy?
— Po waszym pierwszym spotkaniu.
Natalia uniosła głowę.
— Moim i Tomasza?
— Tak.
Marek poczuł, jak coś zaczyna układać mu się w nieprzyjemny sposób.
— Rozpoznał ją?
Marta przez chwilę milczała.
— Nie od razu. Powiedział mi, że kiedy Natalia przedstawiła się pełnym imieniem, coś mu się skojarzyło. Wieczorem zadzwonił do Adama i zapytał, czy to może być ta sama Natalia.
Twarz Natalii stała się nieruchoma.
— „Ta sama”?
— Adam kiedyś o tobie mówił.
— Co mówił?
— Natalia...
— Co?
Marta odetchnęła.
— Że byłaś najważniejszą kobietą, z którą nie umiał zostać.
W pokoju zrobiło się bardzo cicho.
Marek spojrzał na żonę. Natalia patrzyła gdzieś ponad telefonem, jakby na moment przestała widzieć gabinet. Zaledwie godzinę wcześniej mówiła mu, że najgorsze w Adamie było to, iż pamiętał dziewczynę, którą kiedyś była. Teraz okazywało się, że tę dziewczynę przechowywał nie tylko w pudełku ze zdjęciami.
Marta mówiła dalej, spokojniej:
— Nie wiem, ile było w tym prawdy, a ile męskiej mitologii tworzonej po latach. Znasz Adama lepiej ode mnie. Wiem tylko, że Tomasz zapamiętał twoje imię. Kiedy spotkał cię w kawiarni, nie wiedział od początku, kim jesteś. Zorientował się później.
— I nic mi nie powiedział.
— Nie.
— Za to zadzwonił do Adama.
— Tak.
Natalia wstała. Przeszła dwa kroki w stronę okna, później wróciła, jakby nawet ciało nie mogło zdecydować, gdzie powinno się znaleźć.
— Kiedy Adam dowiedział się, że Tomasz mnie spotkał?
— Tego samego wieczoru.
Marek spojrzał na Natalię. Jej spotkanie z Adamem nastąpiło później. Zdjęcia również pojawiły się później.
— Czyli Adam nie znalazł mnie przypadkiem — powiedziała.
Marta nie odpowiedziała natychmiast.
— Nie sądzę.
Natalia wyciągnęła rękę. Marek podał jej telefon.
— Czy Adam wiedział o siedmiu kłamstwach, kiedy spotkałam się z nim?
— Tak.
Nie cofnęła się ani nie usiadła. Jej palce zacisnęły się tylko mocniej na obudowie telefonu.
— Od Tomasza?
— Tak.
— A Tomasz od ciebie.
— Tak.
Natalia uśmiechnęła się krótko, bez śladu rozbawienia.
— Świetnie.
— Natalia...
— Nie, Marta. Naprawdę świetnie. Wymyśliliśmy z mężem idiotyczną grę po to, żeby przez chwilę nie wiedzieć wszystkiego o sobie, a tymczasem wygląda na to, że jedyną osobą, która nie wiedziała wszystkiego, byłam ja.
Marek chciał zaprzeczyć, ale powstrzymał się. W pewnym sensie miała rację.
Marta odezwała się dopiero po chwili.
— Jest jeszcze jeden szczegół.
Natalia zamknęła oczy.
— Oczywiście.
— Tomasz po spotkaniu z tobą nie tylko powiedział Adamowi, że cię widział. Powiedział mu też, że jesteś zamężna i że sprawiasz wrażenie szczęśliwej.
Natalia otworzyła oczy.
— Skąd mógł wiedzieć?
— Nie wiedział. Tak cię odebrał.
Po jej twarzy przesunęło się coś trudnego do nazwania. Jakby właśnie ta informacja bolała ją bardziej niż pozostałe.
— I co Adam odpowiedział?
Marta zawahała się.
— Zapytał o Marka.
Teraz to Marek się poruszył.
— O mnie?
— Tak.
— Co dokładnie?
— Czy patrzysz na Natalię jak na kobietę.
Marek przestał oddychać na moment.
W gabinecie nagle wrócił obraz Oranżerii. Tomasz stojący przy stole. Później taniec. Jego spojrzenie przerzucane pomiędzy Natalią a Markiem. Pytanie, czy Marek naprawdę sam zachęcił żonę do spotkania.
To nie była jedynie ciekawość człowieka, który właśnie wszedł w nieznaną sytuację.
— Czyli kiedy w restauracji pytał mnie, dlaczego wysłałem Natalię na spotkanie z nim...
— Możliwe, że odpowiadał również na pytanie Adama — powiedziała Marta.
Natalia odstawiła telefon na biurko, jakby nagle zrobił się ciężki.
— Kończę.
— Natalia...
— Nie jestem zła na ciebie.
Marta umilkła.
— Jeszcze nie wiem, na kogo jestem — dodała Natalia i rozłączyła się.
Przez kilkanaście sekund stała przy biurku z obiema dłońmi opartymi o blat. Marek chciał podejść, lecz coś w napięciu jej pleców powiedziało mu, żeby poczekał.
W końcu spojrzała na niego.
— Wiedziałeś, że wszystko zrobiło się takie duże?
— Nie.
— Ja też nie.
Podeszła do okna. Za szybą odbijał się pokój, więc Marek widział jednocześnie jej plecy i twarz.
— Najgorsze jest to, że myślałam, że kontroluję przynajmniej własną część.
— Nie musisz jej kontrolować.
Natalia spojrzała na niego przez odbicie.
— Łatwo ci mówić. Ty właśnie dostałeś własny sekret, własną kobietę po drugiej stronie stołu, własne wiadomości. Nagle jesteś po tej samej stronie co ja.
— Nie ma żadnych stron.
— Są.
Odwróciła się.
— I właśnie zaczęły się przesuwać.
***
Następnego dnia około południa Natalia napisała do Tomasza.
Marek wiedział o tym, bo sama mu powiedziała. Nie zobaczył wiadomości i nie poprosił.
— Chcę z nim porozmawiać — oznajmiła przy kuchennym stole, mieszając łyżeczką kawę, której od kilku minut nie piła.
— Telefonicznie?
— Nie.
Marek patrzył na ruch łyżeczki.
— Kiedy?
— Dzisiaj.
Metal uderzył o porcelanę, raz, a potem drugi.
— Odpisał?
— Tak.
— I?
— Spotkamy się o siódmej.
Marek skinął głową.
Natalia wyjęła łyżeczkę z filiżanki i położyła ją na spodku.
— Nie zapytasz gdzie?
— Powiesz, jeśli będziesz chciała.
Spojrzała na niego.
— Nie rób tego.
— Czego?
— Nie zachowuj się nagle tak, jakbym to ja była tą zazdrosną.
Marek oparł przedramiona o stół.
— Jestem zazdrosny.
— Nie wyglądasz.
— Wczoraj wyglądałem wystarczająco.
Natalia przesunęła wzrok na jego dłonie.
— Pojedziesz ze mną?
Pytanie zaskoczyło go bardziej, niż powinno.
— Chcesz?
— Chcę, żebyś mnie zawiózł.
— A potem?
— Poczekasz.
Marek uśmiechnął się bez wesołości.
— W samochodzie?
— Tak.
— Mam patrzeć?
Natalia podniosła wzrok. Pamiętała Oranżerię równie dobrze jak on.
— Jeśli będziesz chciał.
***
Wieczorem padało.
Nie mocno, lecz wystarczająco, żeby światła samochodów rozpływały się na szybie w czerwonych i białych smugach. Natalia siedziała obok w ciemnym płaszczu. Nie ubrała zielonej sukienki ani niczego, co mogłoby przypominać ich wcześniejszą kolację. Miała zwykłe czarne spodnie, cienki sweter i włosy związane nisko na karku.
Marek zauważył również kolczyki.
Srebrne.
Te z Pragi.
Nie skomentował.
Tomasz wybrał niewielką restaurację przy hotelu. Przez szerokie okna widać było większość sali.
Kiedy zaparkowali, Natalia nie wysiadła od razu. Odpięła pas i została z dłonią na klamrze.
— Ile czasu potrzebujesz? — zapytał Marek.
— Nie wiem.
— Godzinę?
— Może krócej.
— A jeśli dłużej?
Odwróciła głowę.
— Nie wchodź.
— Nie obiecuję.
Przez moment patrzyli na siebie. Potem Natalia przesunęła dłoń z klamki na jego kark i przyciągnęła go do siebie.
Pocałunek nie był długi, ale pozbawiony zwykłej miękkości. Marek poczuł jej chłodne od deszczu palce na szyi i lekki smak kawy na ustach. Kiedy chciał przyciągnąć ją bliżej, Natalia odsunęła się o kilka centymetrów.
— Po co to było? — zapytał.
Oddychała trochę szybciej.
— Żebym pamiętała, z kim wracam.
To mogło zabrzmieć romantycznie.
Nie zabrzmiało.
Właśnie dlatego działało mocniej.
— A gdybyś zapomniała?
Natalia patrzyła na niego przez chwilę.
— Wtedy mielibyśmy większy problem niż Tomasz.
Otworzyła drzwi i wysiadła.
Marek śledził ją wzrokiem, dopóki nie weszła do restauracji.
Tomasz już czekał. Z miejsca, w którym stał samochód, Marek widział go przez szybę pod niewielkim kątem. Tomasz wstał, kiedy Natalia podeszła do stolika. Nie pocałował jej na powitanie. Dotknął jedynie jej ramienia, krótko, jak człowiek witający kogoś, kogo zna trochę lepiej niż zwykłego znajomego.
Natalia zdjęła płaszcz i usiadła.
Marek został w samochodzie.
Przez pierwsze minuty próbował nie patrzeć. Włączył radio, później je wyłączył. Odpisał na dwie wiadomości, przeczytał trzy razy tę samą wiadomość służbową i za każdym razem po kilku zdaniach jego wzrok wracał ku oknu restauracji.
Tomasz mówił więcej. Natalia słuchała. Potem sytuacja się odwróciła. Pochyliła się nad stołem i przez kilka minut mówiła niemal bez przerwy. Marek nie widział jej twarzy dokładnie, ale znał ruch dłoni, którym podkreślała zdanie, kiedy była naprawdę zdenerwowana.
Po dwudziestu minutach Tomasz wyciągnął telefon.
Położył go przed nią.
Natalia patrzyła na ekran długo. Potem uniosła głowę.
Tomasz powiedział coś krótkiego.
Natalia wstała.
Marek położył dłoń na klamce samochodu.
Nie wysiadł.
Tomasz również się podniósł. Przez moment stali naprzeciwko siebie, a Marek przestał słyszeć deszcz uderzający o dach samochodu.
Tomasz uniósł rękę.
Nie dotknął jej twarzy.
Zatrzymał dłoń na jej ramieniu.
Natalia jej nie strąciła.
Palce Marka zacisnęły się na klamce.
Potem Tomasz powiedział coś jeszcze. Natalia spojrzała na jego dłoń. Tomasz ją opuścił.
Nie pocałowali się.
Nie objęli.
Natalia wzięła płaszcz i wyszła.
Marek puścił klamkę. Dopiero wtedy zauważył, jak mocno ją ściskał.
***
Wsiadła do samochodu po trzydziestu siedmiu minutach.
Marek wiedział dokładnie, ile minęło. Nie zamierzał się do tego przyznawać.
Natalia zamknęła drzwi, ale nie zapięła pasa. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc przez przednią szybę. Na włosach miała kilka drobnych kropli deszczu.
— Jedziemy? — zapytał.
— Za chwilę.
Nie uruchomił silnika.
— Co ci pokazał?
Natalia potarła dłonie, jakby było jej zimno.
— Wiadomości.
— Z Adamem?
Skinęła głową.
— Z kiedy?
— Od naszego pierwszego spotkania.
Marek czekał.
— Tomasz napisał mu wieczorem: „Chyba spotkałem twoją Natalię”.
Marek poczuł ukłucie irytacji na słowo „twoją”, ale nie przerwał.
— Adam odpisał?
— Od razu.
— Co?
Natalia spojrzała na niego.
— „Jest sama?”
Marek zmarszczył brwi.
— To było pierwsze pytanie?
— Tak.
— Nie „jak wygląda”, „co robi”, „czy to na pewno ona”?
— Nie.
Marek oparł głowę o zagłówek.
— A Tomasz?
— Napisał, że nie wie, ale ma obrączkę.
Przez chwilę słyszeli tylko deszcz.
— Co Adam wtedy napisał?
Natalia przetarła palcem niewielką smugę wilgoci z rękawa.
— „To dobrze.”
Marek spojrzał na nią.
— Dobrze?
— Tak.
— Dlaczego?
— Zapytałam Tomasza.
— I?
Natalia uniosła ramiona.
— Nie wiedział.
Marek przez chwilę milczał.
— Co było dalej?
Natalia odwróciła się bardziej w jego stronę.
— Następnego dnia Adam zapytał, czy jestem szczęśliwa.
— Tomasza?
— Tak.
— Przecież ledwo cię znał.
— Wiem.
— Co Tomasz odpowiedział?
Na twarzy Natalii pojawił się gorzki uśmiech.
— „Wygląda na kobietę, która sama tego nie wie”.
Marek poczuł niechciane uznanie dla celności zdania.
Nie powiedział tego.
— I wtedy Adam poprosił, żeby się z tobą spotykał?
— Nie.
— Więc?
Natalia patrzyła przed siebie.
— Napisał, żeby niczego mi o nim nie mówił.
To było bardziej niepokojące niż prośba o kontakt.
— Dlaczego?
— Tomasz zapytał dokładnie o to samo.
Marek czekał.
— Adam odpowiedział: „Jeżeli będzie chciała wrócić do tamtej części siebie, sama do niej trafi”.
Marek poczuł nieprzyjemne napięcie w karku.
— Czyli wiedział, że Tomasz się tobą interesuje.
— Wiedział.
— I nic z tym nie zrobił.
— Wtedy nie.
— A po pocałunku?
Natalia spojrzała na niego.
— Tomasz powiedział mu.
Marek nie odpowiedział.
— Wszystko? — zapytał po chwili.
— Nie wiem.
— Powiedział, że go pocałowałaś?
— Tak.
Marek odwrócił wzrok ku restauracji. Tomasza nie było już przy stoliku.
— I co Adam odpisał?
Natalia nie odpowiedziała.
To wystarczyło.
Marek ponownie spojrzał na nią.
— Natalia.
— Jedno zdanie.
— Jakie?
Przyciągnęła płaszcz mocniej do ciała.
— „Teraz będzie chciała wiedzieć, czy jeszcze może”.
Marek nie rozumiał przez kilka sekund.
Potem zrozumiał aż za dobrze.
Nie: czy chce Adama.
Nie: czy chce Tomasza.
Czy jeszcze może.
Czy nadal potrafi wzbudzić zainteresowanie, odejść kawałek od własnego życia, poczuć się inną kobietą.
Dokładnie to, co powiedziała mu nad jeziorem.
Marek oparł dłonie o kierownicę.
— Znał cię.
Natalia patrzyła na mokrą szybę.
— Znał dziewczynę sprzed dwudziestu lat.
— Trafił.
— To nie to samo.
— W tym jednym trafił.
Odwróciła się gwałtowniej.
— I właśnie to mnie wkurza.
W jej głosie pierwszy raz pojawił się prawdziwy gniew.
— Oni wszyscy zachowują się tak, jakby wiedzieli, czego szukam. Tomasz patrzy na mnie i próbuje zrozumieć, czy nadal chcę być całowana. Adam siedzi dwadzieścia lat później z moimi zdjęciami i opowiada innym, jaką kobietą jestem. Marta analizuje nasze małżeństwo, bo jej przypomina własne. A ty siedzisz w samochodzie i patrzysz przez szybę, czy Tomasz położy mi rękę na ramieniu.
Marek poczuł ukłucie.
— Położył.
Natalia spojrzała na niego.
— Widziałeś.
— Tak.
— I co pomyślałeś?
— Że jeśli przesunie ją wyżej, wysiądę.
Przez moment patrzyła na niego z niedowierzaniem. Potem parsknęła śmiechem.
— Co?
Natalia zasłoniła na chwilę oczy dłonią.
— Nic.
— Śmieszy cię?
— Trochę.
— Świetnie.
Jej śmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
— Właśnie tego chciałam.
Marek przestał się poruszać.
— Czego?
— Żebyś kiedyś chciał wysiąść.
Powiedziała to cicho, bez uśmiechu.
Marek patrzył na nią długo.
— Mogłaś po prostu powiedzieć.
Natalia pokręciła głową.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo gdybym powiedziała: „Marek, chcę, żebyś znowu był o mnie zazdrosny”, zrobiłbyś wszystko, żeby mi to dać. Przez tydzień. Może dwa. Kupilibyśmy gdzieś weekend, patrzyłbyś na mnie przy kolacji, częściej szukałbyś mnie w łóżku, a potem wszystko wróciłoby na miejsce.
Marek poczuł, że trafia dokładnie w część ich małżeństwa, której wolałby nie oglądać zbyt dokładnie.
— Więc potrzebowałaś Tomasza.
— Potrzebowałam czegoś, czego nie kontrolujesz.
— A teraz sama odkrywasz, że też tego nie kontrolujesz.
Natalia oparła głowę o zagłówek.
— Tak.
To „tak” było jednym z najbardziej bezbronnych słów, jakie od niej usłyszał od początku gry.
Marek uruchomił silnik.
Nie ruszył.
Położył dłoń na jej udzie, ponad materiałem spodni. Nie ścisnął jej i nie przesunął wyżej. Zostawił po prostu ciężar ręki, wyraźny i spokojny.
Natalia spojrzała najpierw na jego dłoń, później na niego.
— Jedźmy do domu — powiedziała.
***
Nie wrócili od razu.
Kilka kilometrów dalej Marek skręcił w boczną drogę prowadzącą w stronę lasu. Natalia zauważyła to, ale nic nie powiedziała. Po chwili asfalt skończył się na niewielkim parkingu, pustym o tej porze roku. Po jednej stronie rosły wysokie sosny, po drugiej ciemniało pole, którego granicy nie było widać przez deszcz.
Wyłączył silnik.
W kabinie natychmiast zrobiło się ciszej. Został tylko deszcz bębniący o dach i pojedyncze metaliczne trzaski stygnącego samochodu.
Natalia odpięła pas.
— Dlaczego się zatrzymałeś?
Marek odwrócił się w jej stronę.
— Nie wiem.
Uniósła brwi.
— Wiesz.
— Może nie chcę jeszcze wracać do zwyczajnego domu.
— Po tym wszystkim?
— Właśnie dlatego.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby sprawdzała, czy za tym zdaniem znajduje się jeszcze coś, czego nie powiedział.
Potem zdjęła płaszcz i rzuciła go na tylne siedzenie.
Ruch był zwyczajny, ale odsłonił cienki sweter przylegający do ciała. Marek poczuł, jak obraz sprzed restauracji — ręka Tomasza na jej ramieniu, sylwetki widziane przez szybę — ustępuje czemuś bliższemu i znacznie bardziej osobistemu.
Natalia zauważyła jego spojrzenie.
— Znowu.
— Co?
— Patrzysz.
Marek przesunął wzrok z jej twarzy na usta i z powrotem.
— Sama tego chciałaś.
— Chciałam.
— To nie narzekaj.
Uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— Nie narzekam.
Pochyliła się pierwsza.
Marek spotkał jej usta w połowie drogi. Tym razem nie było w pocałunku prowokacji ani odtwarzania czegoś, co zrobił Tomasz. Natalia wsunęła dłoń pod jego kark i przyciągnęła go bliżej, a Marek poczuł, jak obraca się w fotelu, szukając dla nich miejsca w ciasnej przestrzeni pomiędzy siedzeniami.
Pas Marka zatrzymał go, kiedy próbował przysunąć się jeszcze bardziej.
Natalia odsunęła usta i roześmiała się cicho przy jego policzku.
— Romantycznie.
Marek nacisnął klamrę. Pas cofnął się z szelestem.
— Teraz lepiej?
— Trochę.
Nie zdążył dodać niczego więcej. Natalia pocałowała go ponownie, tym razem wolniej. Jej palce wsunęły się pod kołnierz koszuli i przesunęły po skórze karku. Dłoń Marka znalazła jej talię, potem plecy, wyczuwając pod swetrem każde niewielkie napięcie mięśni, kiedy pochylała się bliżej.
W samochodzie robiło się coraz cieplej. Szyby zaczęły zachodzić delikatną mgłą, a światła odległej drogi rozmyły się za nią w niewyraźne plamy.
Natalia przerwała pocałunek dopiero wtedy, gdy oboje potrzebowali oddechu.
— O czym teraz myślisz? — zapytała.
— O tobie.
— Nie o nim?
— Nie.
— O Marcie?
— Nie.
— Adamie?
Marek przesunął kciukiem po jej dolnej wardze.
— Natalia.
— Co?
— Zamknij się.
Przez moment jej oczy rozbłysły dawną prowokacją.
— To rozkaz?
— Prośba.
— Szkoda.
Pocałowała go znowu. Tym razem ręka Natalii wsunęła się pod jego koszulę, chłodne po deszczu palce zetknęły się z ciepłą skórą brzucha. Marek napiął mięśnie odruchowo, a Natalia wyczuła reakcję i uśmiechnęła się przy jego ustach.
To wystarczyło, żeby resztki ostrożności zaczęły znikać.
Marek przesunął dłonią wzdłuż jej boku. Nie spieszył się. Materiał swetra był miękki, cienki i ciepły od jej ciała. Natalia odchyliła się trochę, nie uciekając przed dotykiem, lecz dając mu więcej miejsca. Kiedy jego palce zatrzymały się na linii jej biodra, objęła go mocniej za kark.
Przez chwilę walczyli bardziej z wnętrzem samochodu niż ze sobą. Konsola między siedzeniami utrudniała każdy ruch, kolano Marka uderzyło lekko o plastik, a Natalia ponownie parsknęła śmiechem.
Ten śmiech zmienił scenę bardziej niż jakikolwiek gest.
Nie byli dwojgiem ludzi odgrywających niebezpieczną fantazję. Byli małżeństwem, które znało się od osiemnastu lat i właśnie całowało się w zaparowanym samochodzie jak ludzie znacznie młodsi, trochę nieporadnie i zbyt zachłannie.
Marek odsunął się na tyle, żeby spojrzeć jej w oczy.
— Tył?
Natalia przez sekundę patrzyła na niego, po czym uśmiechnęła się już bez żadnego ukrywania intencji.
— Chyba jednak czegoś się nauczyłeś.
Przesiedli się.
Na tylnym siedzeniu było niewiele wygodniej, ale przynajmniej nic nie dzieliło ich pośrodku. Natalia usiadła pierwsza, a Marek zamknął drzwi i przez moment oboje tylko na siebie patrzyli. W półmroku jej twarz była oświetlona słabym światłem z deski rozdzielczej. Włosy wysunęły się z upięcia i opadały na ramiona.
Marek uniósł dłoń, odsunął jedno pasmo z jej policzka.
— Co? — zapytała.
— Nic.
— Znowu „nic”.
— Tym razem naprawdę.
— Nie wierzę ci.
— Nie musisz.
Natalia przybliżyła twarz, ale Marek zatrzymał ją dłonią na karku kilka centymetrów przed swoimi ustami.
— Poczekaj.
Zmarszczyła brwi.
— Dlaczego?
Marek patrzył na nią. Nie na sweter, nie na usta. W oczy.
— Chcę cię zobaczyć.
Coś na jej twarzy zmieniło się natychmiast. Cała wcześniejsza lekkość, śmiech, prowokacja — wszystko na moment ustąpiło.
— Teraz? — zapytała ciszej.
— Teraz.
Natalia nie odwróciła wzroku.
Marek przesunął dłoń po jej policzku, szyi i ramieniu. Dotykał jej bez pośpiechu, jakby naprawdę sprawdzał coś, czego przez lata nie zauważał wystarczająco uważnie. Natalia przez chwilę pozwalała mu na to bez ruchu, a dopiero potem położyła dłoń na jego piersi.
— Wiesz, że to jest nieuczciwe? — powiedziała.
— Co?
— Że robisz dokładnie to, czego chciałam, dopiero kiedy wszystko się prawie rozsypało.
Marek nie odpowiedział od razu.
— Może musiało.
Natalia spojrzała mu w oczy.
— Nie mów tak.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze uwierzę, że było warto.
Pocałował ją.
Tym razem nie gwałtownie. Powoli, długo, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Natalia odpowiedziała tak samo. Jej dłoń wsunęła się pod rozpiętą koszulę Marka, jego palce znalazły skraj swetra, a kiedy zatrzymał się na moment, uniosła ręce bez słowa.
Materiał przesunął się przez jej ciało i zniknął gdzieś obok płaszcza.
Marek patrzył na nią przez kilka sekund.
Natalia wytrzymała jego spojrzenie, choć oddech miała już wyraźnie szybszy.
— No? — zapytała.
— Co?
— Patrzysz.
— Tak.
— I?
Marek przesunął dłonią po jej boku.
— I niczego teraz nie potrzebuję od Tomasza.
Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
— A od Marty?
— Też nie.
— Dobrze.
Przyciągnęła go.
Dalsza bliskość przyszła naturalnie, bez konieczności podejmowania kolejnych decyzji na głos. Ubrania znikały stopniowo, odkładane byle gdzie, częściowo na siedzenie, częściowo na podłogę. Nie spieszyli się, choć oboje zachowywali się tak, jakby przez ostatnie tygodnie kumulowało się w nich coś, czego nie umieli nazwać.
Natalia co jakiś czas zatrzymywała Marka spojrzeniem. Za każdym razem, gdy jego uwaga na moment uciekała, dotykała jego twarzy albo karku, zmuszając go, żeby znowu na nią patrzył.
Nie na wyobrażenie Tomasza.
Nie na Martę.
Na nią.
W końcu przestali rozmawiać.
Został tylko deszcz, przyspieszony oddech i ciepło ich ciał w zbyt ciasnym wnętrzu. Każdy ruch był mniej elegancki, niż mógłby wyglądać w fantazji, ale bardziej prawdziwy. Natalia kilka razy śmiała się cicho z niewygodnego siedzenia, po czym chwilę później jej twarz stawała się zupełnie poważna, kiedy Marek przyciągał ją bliżej.
Kiedy wreszcie połączyli się w pełnym zbliżeniu, żadne z nich nie powiedziało niczego przez dłuższą chwilę.
Natalia zamknęła oczy.
Marek natychmiast to zauważył.
— Nie.
Otworzyła je.
— Co?
— Patrz na mnie.
To były jej własne słowa.
Rozpoznała je. Uśmiech pojawił się na jej twarzy na sekundę, ale szybko ustąpił czemuś znacznie bardziej intymnemu.
Spojrzała mu w oczy.
Marek nie pozwolił sobie odejść myślami gdziekolwiek indziej. Czuł jej dłonie na ramionach, oddech przy szyi, sposób, w jaki jej ciało reagowało na każdy ruch, i to było wystarczające. Nie potrzebował wiedzieć, jak całował ją Tomasz ani co Adam pamiętał z Chorwacji.
Natalia przyciągnęła go do pocałunku. Tym razem nie było w nim gry. Była potrzeba, która narastała pomiędzy nimi od tygodni i teraz wreszcie znalazła ujście w czymś, co należało tylko do nich.
Kiedy napięcie osiągnęło szczyt, Natalia zacisnęła palce na jego ramieniu i na moment ukryła twarz przy jego szyi. Marek objął ją mocniej, czując przyspieszone bicie jej serca i próbując uspokoić własny oddech.
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie ruszało.
Deszcz nadal padał.
Szyby były całkowicie zaparowane.
Natalia pierwsza zaczęła się śmiać.
Cicho, zmęczona.
— Co? — zapytał Marek.
— Nic.
— Nie chcę dzisiaj „nic”.
Przesunęła dłonią po jego karku.
— Pomyślałam, że mamy duży dom.
Marek parsknął śmiechem.
— I?
— I właśnie uprawialiśmy seks na tylnym siedzeniu samochodu jak dwudziestolatkowie.
— Narzekasz?
Natalia popatrzyła na niego.
— Ani trochę.
Przez kilka sekund siedzieli przytuleni. Marek czuł, jak napięcie stopniowo schodzi z jej ciała. W tej ciszy było coś spokojnego, czego brakowało wszystkim ostatnim tygodniom.
Natalia przesunęła palcem po jego ramieniu.
— Wiesz, co jest najgorsze?
— Co?
— Że chyba właśnie o to mi chodziło.
Marek odsunął się odrobinę, żeby ją zobaczyć.
— O seks w samochodzie?
Zaśmiała się ponownie.
— Idiota.
— Pytałem.
Jej uśmiech zniknął powoli.
— O to, żebyś znowu nie był pewien, co ze mną zrobić. Żebyś mnie chciał i jednocześnie trochę się mnie bał. Żebyś patrzył, zanim dotkniesz, zamiast dotykać z pamięci.
Marek milczał.
Natalia oparła głowę o siedzenie.
— Głupio to brzmi.
— Nie.
— Trochę.
— Nie.
Spojrzała na niego.
— Podoba ci się?
— Co?
— To, że znowu mnie nie znasz.
Marek zastanawiał się nad odpowiedzią dłużej, niż chciał.
— Czasami.
— A czasami?
— Czasami mam ochotę, żebyś po prostu powiedziała mi wszystko.
Natalia skinęła głową.
— Ja też.
— Ty też co?
— Chciałabym powiedzieć.
To zabrzmiało tak, jakby sama odpowiedź była problemem.
Marek wziął jej dłoń.
— To powiedz.
Natalia spojrzała na ich splecione palce.
— Zostało mi jedno.
Nie musiała wyjaśniać.
Jedno kłamstwo.
Siódme.
Ostatnie.
— Wiem.
— Boję się go.
Pierwszy raz powiedziała coś takiego wprost.
Marek przesunął kciukiem po jej dłoni.
— To go nie używaj.
Natalia pokręciła głową.
— Wtedy gra się nigdy nie skończy.
— Może nie musi.
— Musi.
— Dlaczego?
Przez chwilę nic nie mówiła. Później spojrzała na niego z czymś, czego nie potrafił już pomylić z prowokacją.
— Bo zaczynam nie wiedzieć, czy coś robię dlatego, że tego chcę, czy dlatego, że chcę mieć jeszcze coś, czego ci nie powiedziałam.
Marek nie znalazł odpowiedzi.
Natalia ścisnęła jego dłoń.
— Nie chcę tak zostać.
— Jak?
— W połowie zdania.
***
Do domu wrócili po północy.
Natalia poszła pierwsza na górę. Marek został w kuchni, nalał sobie wody i wypił prawie całą szklankę przy blacie. Nadal czuł na skórze jej zapach, a w głowie miał absurdalnie spokojne poczucie, że mimo wszystkiego wydarzyło się między nimi coś dobrego.
Telefon zawibrował.
Nie Marta.
Nie Tomasz.
Numer, którego nie miał zapisanego.
Marek spojrzał na pierwszą wiadomość.
„Marek? Adam.”
Przez sekundę pomyślał, że powinien zawołać Natalię.
Nie zrobił tego.
Następna wiadomość pojawiła się po chwili.
„Tomasz powiedział, że już pan wie, że się znamy. Nie chcę uczestniczyć w kolejnych półprawdach.”
Marek oparł biodro o blat.
Napisał tylko:
„Słucham.”
Odpowiedź przyszła po prawie minucie.
„Natalia ma się ze mną jutro spotkać.”
Marek znieruchomiał.
Jeszcze kilka minut temu leżała przy nim na tylnym siedzeniu samochodu i mówiła, że nie chce już zostawać w połowie zdania.
O jutrze nie powiedziała ani słowa.
Na piętrze usłyszał otwierane drzwi łazienki.
Napisał:
„Skąd ma pan mój numer?”
„Od Tomasza.”
Marek zacisnął szczękę.
Kolejna wiadomość przyszła natychmiast.
„Ale nie dlatego piszę.”
Po niej następna.
„Jest jedna rzecz, którą powinien pan wiedzieć przed jutrem.”
Marek usłyszał kroki Natalii nad sobą.
Ekran znów się rozświetlił.
„Te złote kolczyki nie są ode mnie.”
Marek przestał słyszeć kroki.
Patrzył tylko na wiadomość.
Wcześniej Natalia siedziała naprzeciwko niego i powiedziała, że dostała je od Adama w Chorwacji. Pokazała mu stare zdjęcie, na którym miała w uchu małe złote kółko. Wszystko nagle zyskało początek, którego wtedy tak bardzo potrzebował.
Telefon zawibrował raz jeszcze.
„Nigdy nie dałem Natalii żadnych kolczyków.”
Marek uniósł głowę.
Natalia stała w drzwiach kuchni.
Nie wiedział, jak długo tam była.
Miała na sobie szlafrok, włosy rozpuszczone na ramionach. Patrzyła najpierw na niego, potem na telefon w jego dłoni. Kilkanaście minut wcześniej jej ciało było przy jego ciele; teraz odległość kilku metrów wydawała się większa niż cała droga z restauracji.
— Kto pisze?
Marek nic nie odpowiedział.
Natalia zrobiła dwa kroki.
— Marek?
Odwrócił ekran w jej stronę.
Przeczytała.
Najpierw pierwszą wiadomość.
Potem drugą.
Marek obserwował jej twarz.
Nie wyglądała na zaskoczoną.
To zauważył jako pierwsze.
Nie zbladła. Nie zmarszczyła brwi. Nie spytała, czy Adam kłamie. Po prostu zamknęła oczy bardzo powoli.
Marek poczuł chłód mimo ciepłej kuchni.
— Od kogo są te kolczyki?
Natalia otworzyła oczy.
— Nie dzisiaj.
— Nie.
Pierwszy raz powiedział to tak stanowczo.
Podszedł bliżej, ale zatrzymał się po drugiej stronie wyspy kuchennej.
— Nie rób tego. Nie po tym wszystkim.
Natalia patrzyła na telefon.
— Marek...
— Powiedziałaś mi, że są od Adama.
— Wiem.
— Skłamałaś?
Milczała.
— To było któreś z siedmiu?
Jej palce zacisnęły się na pasku szlafroka.
— Nie pytaj.
— Zostało ci jedno.
Natalia podniosła oczy.
— Właśnie dlatego.
Marek poczuł, że żołądek zaciska mu się boleśnie.
— Od kogo są?
Nie odpowiedziała.
— Natalia.
Podeszła do niego. Tym razem nie było między nimi erotycznego napięcia, choć jeszcze niedawno trudno było im oderwać od siebie dłonie.
Stanęła blisko i położyła dłoń na jego piersi.
Marek nie poruszył się.
— Jutro — powiedziała.
— Dlaczego jutro?
— Bo jutro spotkam się z Adamem.
— Wiem.
Jej dłoń znieruchomiała.
Pierwszy raz naprawdę ją zaskoczył.
— Skąd?
Marek uniósł telefon.
— Powiedział mi.
Natalia patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Sam?
— Tak.
— Co jeszcze?
Marek prawie odpowiedział.
Prawie powiedział jej wszystko.
Zamiast tego schował telefon do kieszeni.
— Teraz twoja kolej zgadywać.
Natalia cofnęła dłoń.
Po jej twarzy przemknęło coś pomiędzy bólem a złością.
— To nie jest zabawne.
Marek patrzył na nią.
— Od kilku tygodni dokładnie tym żyjemy.
— Marek...
— Dobranoc.
Minął ją.
Był już przy drzwiach, kiedy usłyszał jej głos.
— Kupiłam je sama.
Zatrzymał się.
Nie odwrócił od razu.
Natalia stała po drugiej stronie kuchni.
— Co?
— Kolczyki.
Marek powoli zwrócił się ku niej.
— Powiedziałaś, że dostałaś je od Adama.
— Wiem.
— Dlaczego?
Natalia miała teraz oczy wilgotne, choć jeszcze nie płakała.
— Bo to było prostsze.
— Co było prostsze?
Spojrzała na niego tak, jakby następne zdanie kosztowało ją więcej niż wszystkie wcześniejsze wyznania.
— Żebyś był zazdrosny o mężczyznę.
Marek nie rozumiał.
Natalia nabrała powietrza.
— Kupiłam je w Chorwacji rano po tym, jak powiedziałam Adamowi, że z nim nie wyjadę.
Marek znieruchomiał.
— Sama?
— Tak.
— Dlaczego je zachowałaś?
Jej spojrzenie na moment uciekło w stronę okna.
— Bo przez dwadzieścia lat przypominały mi nie jego.
Wróciła wzrokiem do Marka.
— Mnie.
Cisza w kuchni zrobiła się niemal fizyczna.
Marek przypomniał sobie Natalię zmieniającą srebrne kolczyki na złote tej pierwszej nocy. Jej pytania. „Bo znowu patrzysz.” Tomasza. Adama. Wszystkich mężczyzn, których od tygodni ustawiał w centrum historii.
A przedmiot, od którego zaczęła się jego zazdrość, nie należał do żadnego z nich.
Natalia kupiła go sama.
— Więc po co powiedziałaś, że Adam ci je dał?
Natalia długo nie odpowiadała.
Kiedy w końcu się odezwała, głos miała niemal spokojny.
— Bo chciałam sprawdzić, czy łatwiej będzie ci zobaczyć we mnie kobietę, jeśli uwierzysz, że wcześniej zobaczył ją ktoś inny.
Marek patrzył na nią bez słowa.
Jeszcze przed godziną miał jej nagą skórę pod dłońmi, patrzył jej w oczy, kiedy przestawała kontrolować oddech, i przez kilka minut był całkowicie pewien, że żaden Tomasz, Adam ani Marta nie ma znaczenia.
Teraz po raz pierwszy zrozumiał, że nawet ta noc nie była dowodem, że gra działała przeciwko nim.
Była dowodem, że działała dokładnie tak, jak Natalia chciała.
I właśnie to było najbardziej niewygodne.
Bo zadziałało.
Wersja robocza materiału.