
Droga była mokra i prawie pusta. Reflektory wycinały przed samochodem jasny tunel kończący się kilkadziesiąt metrów dalej czernią. Deszcz niemal ustał, więc wycieraczki przesuwały się po szybie tylko od czasu do czasu, zostawiając półprzezroczystą smugę, która znikała po chwili.
Natalia siedziała przy bocznej szybie ze złotymi kolczykami zamkniętymi w dłoni. Co kilka sekund światło mijanej latarni przesuwało się po jej twarzy — najpierw policzek, potem oko, usta — po czym znów wszystko znikało. Telefon schowała do torebki i milczała tak długo, że Marek zaczął w końcu słyszeć to milczenie równie wyraźnie jak szum opon.
— I nic więcej mi nie powiesz? — zapytał.
Natalia odwróciła głowę.
— O czym?
— Naprawdę?
— To bardzo szerokie pytanie.
Jej głos był spokojny, ale tym razem nie wyczuł w nim tej pewności, którą zwykle miała, kiedy świadomie zostawiała mu niedopowiedzenie.
— Kim jest jego żona?
— Marta.
— Marta?
— Tak.
Odczekał chwilę.
— I to wszystko?
— Co konkretnie chcesz wiedzieć?
— Na przykład dlaczego człowiek, którego określiłaś jako będącego w rozwodzie, ma żonę.
Natalia poprawiła pas.
— Bo rozwód jeszcze się nie skończył.
— Czyli jest żonaty.
— Formalnie.
— To dość istotny szczegół.
— Dla kogo?
Marek zerknął na nią.
— Dla mnie.
Natalia oparła głowę o zagłówek.
— Dlaczego?
— Bo właśnie siedziałem przy stole z mężczyzną, który interesuje się moją żoną, a teraz dowiaduję się, że sam ma żonę.
— Są w separacji od ponad dwóch lat.
— Wiesz to od niego?
— Tak.
— Uwierzyłaś?
Natalia spojrzała na niego.
— Nie miałam powodu nie wierzyć.
— A teraz?
Przez chwilę nic nie mówiła.
— Teraz jego żona właśnie napisała do mnie, więc chętnie dowiedziałabym się trochę więcej.
Marek wychwycił ton.
Nie ironię.
Autentyczną irytację.
— Czyli naprawdę nie wiedziałaś, że napisze.
— Nie.
— I nie wiesz, skąd ma twój numer.
— Nie.
Marek spojrzał na nią uważniej.
Natalia zauważyła.
— Tym razem możesz przestać szukać — powiedziała.
— Czego?
— Piątego kłamstwa.
— Skąd wiesz, że go szukam?
— Bo znam cię.
Marek uśmiechnął się krótko.
— Nie powiedziałaś, czy to ono.
— Bo nie jest.
To go zaskoczyło.
— Czyli mogę ci wierzyć?
— Możesz spróbować.
— Natalia.
Westchnęła.
— Naprawdę nie wiem, skąd Marta ma mój numer. Nie znałam jej wcześniej. Nigdy z nią nie rozmawiałam. Nie wiedziałam, że wie o dzisiejszej kolacji.
Marek wrócił wzrokiem do drogi.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia gry nie potrafił zdecydować, czy większy niepokój budzi w nim możliwe kłamstwo, czy możliwość, że Natalia rzeczywiście mówi prawdę.
— Odpowiesz jej?
— Nie teraz.
— Dlaczego?
— Bo nie wiem jeszcze, o co właściwie pyta.
— „Czy kolacja się odbyła” wydaje się dość proste.
Natalia przesunęła kciukiem po jednym ze złotych kółek.
— W tej historii proste pytania ostatnio rzadko są proste.
Marek nie odpowiedział.
To akurat wiedział już doskonale.
Kiedy weszli do domu, było po północy. W przedpokoju paliła się tylko mała lampka przy schodach, rzucająca ciepłe światło na drewnianą podłogę. Reszta domu pozostawała miękka i ciemna, pachnąca zamkniętym wnętrzem, drewnem i chłodnym powietrzem wpuszczonym przez drzwi.
Marek przekręcił klucz możliwie cicho.
Natalia zdjęła płaszcz. Wilgotna wełna zsunęła się z jej ramion ciężej niż suchy materiał. Powiesiła go na wieszaku i pochyliła się nad butami. Jedno z zapięć stawiało opór, więc przez chwilę walczyła z nim w ciszy.
Marek stał kilka kroków dalej.
Jej perfumy były już znacznie słabsze niż w restauracji; został po nich ciepły ślad zmieszany z winem, chłodnym powietrzem i wilgotnym płaszczem.
Natalia wyprostowała się.
— Idziesz spać?
— Za chwilę.
Spojrzała na niego.
— Będziesz teraz siedział i analizował każde moje zdanie?
— Prawdopodobnie tak.
— To może ci zająć noc.
Wyjęła złote kolczyki z kieszeni płaszcza i położyła je na komodzie. Metal zetknął się z drewnem niemal bezgłośnie.
Marek spojrzał na nie.
— Nadal mi nie powiedziałaś, skąd dokładnie je masz.
Jej dłoń zatrzymała się nad blatem.
— Wiem.
— Powiesz?
— Nie dzisiaj.
— Dlaczego?
Odwróciła się do niego.
— Bo dopiero co dowiedziałeś się, że „od kogoś” było czwartym kłamstwem. Nie muszę od razu rozdawać rozwiązania.
Marek parsknął cicho.
— Jesteś niemożliwa.
— Jeszcze miesiąc temu byłam przewidywalna.
Ruszyła w stronę schodów.
Marek patrzył, jak stawia stopę na pierwszym stopniu i ujmuje poręcz.
— Natalia.
Zatrzymała się.
Przez sekundę sam nie wiedział, co zamierza powiedzieć. Potem przyszło to bez przygotowania.
— Jutro wieczorem mnie nie będzie.
Dopiero wtedy obejrzała się przez ramię.
— Gdzie?
Pytanie przyszło odrobinę za szybko.
Tak niewiele, że jeszcze kilka tygodni wcześniej mógłby tego nie zauważyć.
— Wychodzę.
Natalia zeszła o jeden stopień.
— Dokąd?
— Na kolację.
Tym razem przerwa była dłuższa.
— Służbową?
Marek spojrzał jej prosto w oczy.
— Nie.
Kłamstwo pojawiło się samo.
Nie planował go, nie układał wcześniej żadnej historii i nie wyobrażał sobie nawet podobnej sceny. Kiedy jednak słowo już padło, nie poczuł potrzeby, by je cofnąć.
Natalia puściła poręcz.
— Z kim?
Wystarczyłoby powiedzieć prawdę. Roześmiać się i przyznać, że chciał tylko zobaczyć jej reakcję.
Zamiast tego przypomniał sobie wszystkie jej „może”, niedokończone odpowiedzi i te kilka sekund ciszy, w których pozwalała mu samemu stworzyć najgorszą możliwą wersję wydarzeń.
— Z kimś, kogo dawno nie widziałem.
Natalia zeszła jeszcze jeden stopień.
— Kobieta?
Nie było w tym pytaniu ironii.
— Tak.
Drugie zwykłe kłamstwo przyszło łatwiej niż pierwsze.
I właśnie to zaniepokoiło Marka najbardziej.
Nie było jednym z jego siedmiu. Nie zadeklarował go jako części gry. Było po prostu narzędziem, którego jeszcze niedawno nie wyobrażał sobie używać wobec Natalii.
Patrzyła na niego przez kilka sekund.
W restauracji zielona sukienka wydawała się głęboka i miękka; tutaj, w półmroku przedpokoju, niemal zlewała się z cieniem.
— Znam ją?
— Nie wiem.
Zmarszczyła brwi.
— Jak możesz nie wiedzieć?
— Może kiedyś ją widziałaś.
— I dokąd idziecie?
— Jeszcze nie wiem.
— Ona wybiera?
Marek wzruszył ramionami.
— Możliwe.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia gry Natalia wyglądała jak ktoś, kto nie zdążył przygotować sobie odpowiedzi. Nie rzuciła żadnego „baw się dobrze”, nie uśmiechnęła się i nie próbowała zamienić rozmowy w prowokację.
Po prostu skinęła głową.
— Dobrze.
Odwróciła się i ruszyła na górę.
— Natalia.
Nie zatrzymała się.
— Dobranoc, Marek.
Jej kroki ucichły na piętrze.
Marek został w przedpokoju i dopiero po chwili zorientował się, że ściska w kieszeni klucze tak mocno, iż metal odcisnął mu się na skórze.
Nie zaskoczyło go własne kłamstwo.
Zaskoczyło go to, że przez krótką chwilę spodobało mu się, iż Natalia nie wiedziała.
Następnego dnia nie wspomniała o kolacji ani razu.
Rano piła kawę przy kuchennym blacie i przeglądała coś w telefonie, później zadzwoniła tylko po to, żeby zapytać, czy Marek odbierze paczkę. Jej głos był zwyczajny, może aż nazbyt zwyczajny.
Marek również nie wracał do tematu.
Dopiero około siedemnastej, stojąc w sypialni przed otwartą szafą, zrozumiał praktyczny problem własnego pomysłu.
Musiał wyjść.
Przez chwilę patrzył na marynarki. Granatową ominął — wydawała mu się zbyt oczywista. Wybrał szarą, którą rzadziej nosił wieczorami.
Kiedy zapinał koszulę, w drzwiach pojawiła się Natalia.
Nie usłyszał jej kroków.
Najpierw zobaczył jej odbicie w lustrze.
Stała oparta ramieniem o framugę.
— Ładnie — powiedziała.
Marek poprawił mankiet.
— Dzięki.
— Nowa koszula?
— Nie.
— Nie pamiętam jej.
— Mam ją od dawna.
Natalia przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, ale niczego nie skomentowała.
Marek wrócił do zegarka. Pasek nie chciał wejść w klamrę za pierwszym razem, a fakt, że wciąż czuł na sobie jej spojrzenie, nagle uczynił ten prosty ruch bardziej niezręcznym.
— O której wrócisz?
— Nie wiem.
— Późno?
Marek uniósł wzrok ku lustru.
— Możliwe.
Ich spojrzenia spotkały się w odbiciu.
Natalia odepchnęła się od framugi.
— Miłego wieczoru.
Zrobiła dwa kroki.
— Natalia.
Odwróciła głowę.
Marek przez chwilę rozważał, czy nie przerwać wszystkiego właśnie teraz. Wystarczyłoby powiedzieć, że nie ma żadnej kobiety, żadnej kolacji, żadnego powodu, żeby patrzyła na niego w ten sposób.
— Nic — powiedział w końcu.
Przyglądała mu się jeszcze sekundę, po czym wyszła.
Kilka minut później siedział już w samochodzie przed domem. Oparł dłonie na kierownicy i roześmiał się pod nosem.
Nie miał dokąd jechać.
Cała sytuacja wydała mu się nagle absurdalna: dorosły mężczyzna wymyślił nieistniejącą kobietę i teraz musi znaleźć sobie zajęcie na kilka godzin, żeby własne kłamstwo nie rozsypało się przed dwudziestą.
Wyjął telefon i zadzwonił do Piotra.
— Masz czas?
— Dzisiaj?
— Teraz.
— Co się stało?
— Nic.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Brzmisz jak człowiek, któremu właśnie coś się stało.
Marek uśmiechnął się.
— Napijemy się czegoś?
— Mogę za godzinę.
— Pasuje.
Rozłączył się, ale nie uruchomił silnika od razu.
Jeśli Natalia zadzwoni, Piotr może coś powiedzieć. Jeśli później zapyta o miejsce, godzinę, rachunek albo przypadkowy szczegół, którego Marek nie zapamięta, historia zacznie się rozpadać.
Przesunął dłonią po twarzy.
To właśnie robił przez ostatnie tygodnie on. Budował całe sceny z zapachu restauracji, kolczyków, kilku minut ciszy i pojedynczego słowa.
Teraz wystarczyło zostawić Natalii podobne fragmenty.
Ta myśl nie była przyjemna.
Nie zrezygnował jednak.
Spotkali się w niewielkim barze przy rynku.
Miejsce było tak zwyczajne, że Marek przez chwilę pomyślał, iż wybrał źle: jasne drewno, kilka wysokich stolików, muzyka puszczona trochę za cicho, zapach piwa i smażonego jedzenia.
Piotr usiadł naprzeciwko niego, zamówił lagera i po kilku minutach zmarszczył brwi.
— Ty mnie w ogóle słuchasz?
Marek podniósł wzrok znad telefonu.
— Słucham.
— Powtórz ostatnie zdanie.
— Nie przesadzaj.
Piotr napił się piwa.
— Pokłóciliście się?
— Nie.
— Natalia?
Marek spojrzał na niego.
— Skąd?
— Znam cię.
To zdanie zabrzmiało inaczej niż zwykle.
Marek odłożył telefon ekranem do dołu.
— Niczego nie wiesz.
— Jesteście razem od osiemnastu lat. Jeśli w piątek wieczorem dzwonisz do mnie bez zapowiedzi, to albo cię wyrzuciła, albo coś odwaliłeś.
Marek uśmiechnął się, ale zanim zdążył odpowiedzieć, telefon zawibrował pod jego przedramieniem. Drżenie przeszło przez blat i skórę ręki.
Wiedział, od kogo przyszła wiadomość, zanim odwrócił ekran.
Natalia.
„Dobrze się bawisz?”
Marek nie poruszył się od razu.
Pamiętał podobną wiadomość wysłaną przez siebie, pamiętał tamten wieczór i minuty ciszy, które liczył wtedy z absurdalną dokładnością.
Przesunął telefon kilka centymetrów dalej.
— Nie odpisujesz? — zapytał Piotr.
— Za chwilę.
Minęły cztery minuty, potem kolejne trzy. Piotr opowiadał o czymś z pracy, a Marek słuchał tylko fragmentami, bo telefon leżał obok szklanki piwa i przyciągał jego uwagę mimo ciemnego ekranu.
Po jedenastu minutach sięgnął po urządzenie.
„Bardzo.”
Wysłał.
Odpowiedź przyszła szybko.
„Miło.”
Tylko tyle.
Przeczytał wiadomość dwa razy i nie potrafił zdecydować, czego właściwie oczekiwał.
— Co ty robisz? — zapytał Piotr.
Marek napił się piwa.
— Chyba dokładnie to samo, co robiła ze mną ona.
Piotr zmarszczył brwi.
— Nie chcę wiedzieć.
— Rozsądnie.
— Ale jeśli robisz coś głupiego, to nie licz, że będę cię krył.
Marek spojrzał na niego.
— Nie proszę.
— Jeszcze.
Wrócił po północy.
Ostatnie pół godziny spędził sam w samochodzie zaparkowanym dwie ulice od domu, słuchając cicho radia i obserwując wilgoć osiadającą na bocznej szybie. Kilka razy już chciał odjechać, ale zostawał jeszcze chwilę, jakby późniejsza godzina mogła nadać jego kłamstwu większą wiarygodność.
Kiedy w końcu wszedł do domu, od razu zauważył światło w kuchni.
Zatrzymał się.
Nie spodziewał się tego.
Zdjął kurtkę powoli i nasłuchiwał. Z kuchni nie dochodziła muzyka ani telewizor, tylko od czasu do czasu cichy dźwięk szkła dotykającego blatu.
Natalia siedziała przy stole.
Nie czytała.
Telefon leżał kilka centymetrów od jej dłoni, ekranem do góry. Przed nią stał kieliszek czerwonego wina, niemal pełny.
Miała na sobie jasny, miękki sweter i ciemne spodnie. Włosy związała luźno, jedno pasmo opadało jej na policzek.
Marek zatrzymał się w drzwiach.
— Nie śpisz?
Podniosła wzrok.
— Jak widzisz.
— Czekałaś?
— Nie.
Marek nie zdołał powstrzymać lekkiego uśmiechu.
— Kiepsko kłamiesz.
Jej oczy zmieniły się na moment.
Znała to zdanie.
Marek podszedł do lodówki. Chłodne powietrze po otwarciu drzwi przesunęło mu się po twarzy i dłoniach. Wyjął butelkę wody.
— Jak było? — zapytała Natalia.
Odkręcił nakrętkę.
— Dobrze.
— Tylko dobrze?
Spojrzał na nią.
Znał tę rozmowę.
Ona również.
— Bardzo dobrze.
Natalia przesunęła palcem po nóżce kieliszka.
— Gdzie byliście?
— Na mieście.
— To dość szerokie pojęcie.
Marek napił się wody.
— Uczę się od najlepszych.
Natalia nie uśmiechnęła się.
— Ładnie pachniesz.
Marek zastygł z butelką przy ustach.
Nie pomyślał o perfumach. Użył ich przed wyjściem jak zwykle, odruchowo. Teraz jednak zapach, który dla niego nie znaczył nic, stawał się częścią historii, której nie było.
Odstawił wodę.
— Dzięki.
— Inne niż zwykle?
— Te same.
Patrzyła na niego kilka sekund.
— Piłeś?
— Jedno piwo.
— Ona też?
To było pierwsze pytanie, którego nie dało się już uznać za przypadkowe.
Marek poczuł pod palcami chłód butelki.
Mógł zakończyć wszystko jednym zdaniem.
Nie było żadnej kobiety.
Zamiast tego oparł biodro o blat.
— Wino.
Natalia spojrzała na własny kieliszek.
— Czerwone?
— Tak.
— Lubi czerwone?
— Chyba.
— Nie wiesz?
— Dawno jej nie widziałem.
Z każdym kolejnym zdaniem kobieta, która nie istniała, nabierała następnego szczegółu.
Natalia przesunęła palcem po krawędzi kieliszka.
— Ładna?
Pytanie zabrzmiało niemal obojętnie.
Palec przestał się poruszać.
— Tak.
Natalia nie podniosła wzroku.
— Bardzo?
Marek zawahał się.
Tym razem dłużej.
Powinien był się wycofać.
— Tak.
Jej dłoń odsunęła się od kieliszka.
Dopiero wtedy spojrzała na niego.
— Podoba ci się?
Coś zmieniło się w samym pytaniu.
Nie miało już ostrza przygotowanej prowokacji.
Było zbyt spokojne.
— Marek?
— Tak?
— Zapytałam, czy ci się podoba.
— Wiem.
— Więc?
Dzieliło ich kilka metrów. Ta sama kuchnia, ten sam stół, ta sama lodówka, której jednostajny pomruk nagle słyszał wyraźniej niż wcześniej.
Kilka tygodni temu to on siedział tutaj i pytał o Tomasza.
Teraz role zmieniły strony.
Marek spojrzał na kieliszek stojący przed Natalią.
— Nie wiem.
Nie skłamał.
Właśnie dlatego odpowiedź zabrzmiała gorzej niż kłamstwo.
Natalia wstała. Noga krzesła przesunęła się po płytkach z suchym, szorstkim dźwiękiem.
— Dobranoc.
Marek patrzył, jak idzie ku drzwiom.
— Natalia.
Zatrzymała się.
— Co?
Mógł powiedzieć prawdę.
Wystarczyłoby jedno zdanie.
Nie było żadnej kobiety.
Zamiast tego zapytał:
— Nie chcesz wiedzieć, jak ma na imię?
Natalia stała do niego plecami.
Przez chwilę nic się nie poruszyło.
— Nie.
— Na pewno?
Odwróciła głowę.
Jej twarz pozostawała spokojna, ale usta miała lekko rozchylone, jakby oddychanie przez nos nagle przestało jej wystarczać.
— Dobranoc, Marek.
Wyszła.
Marek został przy kuchennym blacie.
Dopiero wtedy dotarło do niego, że posunął się dalej, niż planował.
Nie zrobił niczego z inną kobietą. Nie spotkał jej, nie dotknął, nawet jej nie było. A jednak pierwszy raz od rozpoczęcia gry świadomie zostawił Natalię z obrazem, który miał boleć.
Odwrócił się ku ciemnemu oknu.
W szybie widział własne odbicie i przez kilka sekund przyglądał mu się bez sympatii.
Mimo to wiedział już, że rano pierwsze, na co zwróci uwagę, będzie jej zachowanie.
Obudził się chwilę po szóstej.
Miejsce obok było puste.
Przesunął dłonią po prześcieradle; materiał był chłodny także głębiej, nie tylko na powierzchni. Natalia musiała wstać znacznie wcześniej.
Przez chwilę leżał nieruchomo.
W szarym świetle poranka sypialnia wyglądała inaczej niż wieczorem — bez miękkich cieni, zbyt wyraźna.
Zszedł na dół.
W kuchni nikogo nie było.
Ekspres pozostawał jeszcze ciepły, a na stole stał kubek z cienkim śladem kawy na dnie. Marek dotknął ceramiki palcami. Zachowała resztkę ciepła.
Telefon zawibrował.
Natalia.
„Nie czekaj dziś na mnie.”
Przeczytał wiadomość raz, potem drugi.
Bosymi stopami stał na chłodnych płytkach i dopiero teraz naprawdę poczuł ich zimno.
Napisał:
„Gdzie idziesz?”
Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
Zniknęły.
Potem wróciły.
„Na kolację.”
Poczuł znajome ukłucie pod mostkiem.
„Z kim?”
Tym razem Natalia odpowiedziała od razu.
„Z kimś, kogo dawno nie widziałam.”
Marek znieruchomiał.
Jego własne słowa.
Kilka sekund później telefon zawibrował ponownie.
„I zanim zapytasz — tak. To mężczyzna.”
Marek oparł dłoń o blat.
Chłodny kamień natychmiast odebrał ciepło ze skóry.
Pojawiła się kolejna wiadomość.
„Nazywa się Adam.”
Imię nic mu nie mówiło.
I właśnie dlatego nie potrafił go zignorować.
Adam.
Telefon zawibrował po raz ostatni.
„To nie jest kłamstwo.”
Marek stał bez ruchu tak długo, aż ekran sam przygasł i na czarnej powierzchni został tylko niewyraźny zarys jego twarzy.
Nie wiedział, czy Natalia właśnie odpłaca mu za poprzedni wieczór, czy jedynie pokazuje, że również potrafi odwrócić role.
Najgorsza była jednak trzecia możliwość.
Że tym razem naprawdę nie grała.
3 komentarze
Marigold
Między małżonkami zaczyna robić się poważnie, Gra powoli zamienia się w wojnę. To, co na początku rzeczywiście można było nazwać dosyć "niewinną" zabawą, od tej chwili przestaje już być takie "niewinne".
A potyczka słowna między Natalią a Markiem - mistrzostwo.
Jakub
@Marigold dziękuję za miłe słowa mam nadzieję, że napięcie będzie tylko rosło.. aż do finału..
Pumciak
Super gra świetnie napisana pisz następne odcinki
Jakub
@Pumciak dziękuję!
JorgDeJoong
Pracuj pracuj nad kolejnymi częściami … ale wymyśliłeś zabawę
Jakub
@JorgDeJoong dziękuję!
JorgDeJoong
@Jakub nie dziękuj tylko pisz dalej to przyjemność poznawać tą grę ja powinienem dziękować za dostęp do niej