8. Zanim powiesz wszystko czyli ostatnie kłamstwo Natalii

8. Zanim powiesz wszystko czyli ostatnie kłamstwo NataliiMarek obudził się pierwszy.
Przez kilka sekund nie pamiętał, dlaczego leży na plecach z otwartymi oczami i dlaczego pierwszą rzeczą, której szuka wzrokiem, jest Natalia. Dopiero później wrócił obraz zaparowanych szyb samochodu, jej włosów rozsypanych na siedzeniu i kuchni, w której kilka minut po powrocie usłyszał wreszcie prawdę o złotych kolczykach.
Natalia spała na boku, zwrócona twarzą w jego stronę. Jedną dłoń miała pod poduszką, drugą luźno przy ustach. Bez makijażu, z włosami opadającymi na policzek, wyglądała zupełnie inaczej niż kobieta, którą poprzedniego wieczoru obserwował przez szybę restauracji z Tomaszem.
Marek przez chwilę po prostu patrzył.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej uznałby ten widok za jeden z najbardziej zwyczajnych elementów swojego życia. Znał sposób, w jaki marszczyła brwi podczas snu, niewielką zmarszczkę przy oku, nawet rytm oddechu tuż przed przebudzeniem. Teraz wszystkie te szczegóły wracały do niego jak rzeczy odnalezione w domu, w którym mieszkało się przez lata, ale nigdy nie otworzyło jednej z szuflad.
Natalia poruszyła się lekko i otworzyła oczy.
Nie od razu zorientowała się, że ją obserwuje. Kiedy to zauważyła, na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.
— Długo tak leżysz?
— Chwilę.
— I?
— Co „i”?
— Wnioski.
Marek przesunął dłonią po jej ramieniu.
— Nadal jesteś.
— Rozczarowany?
— Jeszcze nie zdecydowałem.
Natalia prychnęła cicho i przysunęła się bliżej. Jej kolano wsunęło się pomiędzy jego nogi, a ciepło ciała pod kołdrą sprawiło, że Marek przypomniał sobie noc znacznie dokładniej.
Pochylił się i pocałował ją.
Początkowo spokojnie. Natalia odpowiedziała jeszcze zaspana, bez prowokacji, bez pytań i bez żadnej z ich nowych gier. Dopiero kiedy Marek przesunął dłoń po jej plecach i przyciągnął ją bliżej, pocałunek się zmienił. Natalia westchnęła cicho przy jego ustach, jej palce zacisnęły się na jego karku i przez kilka sekund wszystko inne przestało istnieć.
Marek odsunął się pierwszy.
Natalia otworzyła oczy.
— Co?
— Dzisiaj Adam.
Nie zapytał.
Stwierdził.
Poczuł, jak jej ciało, jeszcze przed chwilą rozluźnione przy jego, zmienia się niemal niezauważalnie.
— Tak.
— O której?
— Dwunasta.
Marek spojrzał na zegarek. Było kilka minut po ósmej.
— Gdzie?
— Niedaleko starego miasta. Restauracja przy galerii.
— On wybrał?
— Tak.
Marek przez chwilę przesuwał kciukiem po jej ramieniu.
— Nadal chcesz iść?
Natalia uniosła się na łokciu.
— Tak.
Nie podobało mu się, jak szybko odpowiedziała.
— Dlaczego?
— Bo chcę tę historię zamknąć.
— Z Adamem?
— Z tamtą Natalią.
Marek patrzył na nią.
— Wczoraj powiedziałaś, że kolczyki są właśnie po niej.
— Są.
— Więc po co ci Adam?
Natalia usiadła.
— Właśnie tego chcę się dowiedzieć.
Marek również się podniósł.
— Nie rozumiem.
— Ja też nie. Dlatego idę.
Przez chwilę chciał powiedzieć, żeby została. Nie jako element gry. Nie po to, by sprawdzić jej reakcję. Zwyczajnie: zostań ze mną. Nie spotykaj się z mężczyzną, którego kiedyś kochałaś. Nie sprawdzaj już, kim mogłabyś być bez naszego życia.
Natalia obserwowała jego twarz.
— Powiedz.
— Co?
— To, co właśnie próbujesz zdecydować, czy wolno ci powiedzieć.
Marek opuścił wzrok.
— Nie chcę, żebyś szła.
Tym razem powiedział to bez żadnych zastrzeżeń.
Natalia nie uśmiechnęła się. Dotknęła jego twarzy.
— Wiem.
— I?
— Pójdę.
— Nie musisz.
— Dla ciebie nie.
Przesunęła palcami po jego policzku.
— Dla siebie tak.
Marek poczuł, że właśnie tego argumentu nie potrafi podważyć.
Pochylił się i pocałował wewnętrzną stronę jej dłoni.
— Wrócisz?
Natalia patrzyła na niego przez chwilę.
— Tak.
— Prawda?
— Prawda.
Pocałowała go ponownie, tym razem krócej.
Kiedy później wyszła z łóżka, Marek obserwował ją aż do drzwi łazienki.
***
Przed jedenastą Natalia zeszła na dół gotowa do wyjścia. Nie miała na sobie niczego szczególnie efektownego: ciemne spodnie, kremową bluzkę i krótki płaszcz. Makijaż był delikatny, włosy pozostawiła rozpuszczone.
Marek zauważył kolczyki natychmiast.
Złote kółka.
Natalia dostrzegła jego spojrzenie i zatrzymała się przy końcu schodów.
— Założysz je do niego?
Pytanie zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał.
Dotknęła jednego kolczyka opuszką palca.
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo są moje.
Marek chciał powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymał.
Właśnie tego dowiedział się poprzedniego wieczoru. Nie były od Adama. Nie były od Tomasza. Nie były pamiątką po żadnym mężczyźnie. Natalia kupiła je sama w Chorwacji, rano po tym, jak powiedziała Adamowi, że z nim nie wyjedzie.
Natalia podeszła bliżej.
— Źle?
— Nie wiem.
— Znowu?
— Ostatnio bardzo często nie wiem.
— Może robisz postępy.
Marek spojrzał jej w oczy.
— Nie wykorzystuj dzisiaj ostatniego kłamstwa.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
— Nie planuję.
— Tego chyba właśnie nie da się zaplanować.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie. Natalia pochyliła się i pocałowała go w policzek, ale kiedy chciała się odsunąć, Marek złapał ją za talię.
Przyciągnął do siebie i pocałował w usta.
Natalia odpowiedziała mocniej, niż się spodziewał. Jej dłonie znalazły się na jego piersi, a przez kilka sekund pożegnanie zaczęło przypominać coś, co mogłoby skutecznie zatrzymać ją w domu.
Oderwała się pierwsza.
Oddychała trochę szybciej.
— Nie rób tego.
— Czego?
— Nie utrudniaj.
— Taki był plan.
Uśmiechnęła się słabo.
— Właśnie dlatego muszę wyjść teraz.
Marek puścił ją.
Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, zrozumiał, że po raz pierwszy od rozpoczęcia gry naprawdę chciał pobiec za nią.
Nie zrobił tego.
***
Przez pierwszą godzinę udawał, że pracuje.
O dwunastej siedem telefon leżał przy jego prawej dłoni.
O dwunastej dwadzieścia nadal tam leżał.
O dwunastej trzydzieści jeden Marek zdał sobie sprawę, że zna godzinę z dokładnością do minuty tylko dlatego, że spogląda na ekran co kilkadziesiąt sekund.
Nie napisał do Natalii.
Telefon odezwał się sam.
Marta.
„Jak się trzymasz?”
Marek przeczytał wiadomość i odłożył urządzenie.
Po minucie ekran rozświetlił się ponownie.
„Kawa?”
Tym razem przyglądał się wiadomości dłużej.
Nie było żadnej informacji o Adamie. Żadnego kolejnego elementu układanki. Marta nie wiedziała, gdzie jest teraz Natalia. Nie próbowała niczego mu wyjaśniać.
Po prostu zaprosiła go na kawę.
Właśnie dlatego propozycja wydała mu się bardziej niebezpieczna.
Powinien odmówić.
Wiedział to natychmiast.
Napisał:
„Gdzie?”
***
Spotkali się w tej samej kawiarni przy hotelu, w której rozmawiali wcześniej. Marta siedziała już przy stoliku.
Tym razem miała na sobie dżinsy, jasną koszulę i ciemny płaszcz przewieszony przez oparcie. Bez formalnej marynarki wyglądała mniej jak kobieta, która przyszła przekazać ważną informację, a bardziej jak ktoś, z kim naprawdę można spotkać się po prostu na kawie.
Ten szczegół okazał się niepokojąco istotny.
Marta spojrzała na zegarek.
— Myślałam, że nie przyjdziesz.
— Ja też.
— To dobry początek.
Marek usiadł naprzeciwko.
— Nie wiem, czy dobry.
Kelner przyniósł wodę. Zamówili kawę.
Przez pierwszych kilka minut rozmawiali o rzeczach nieważnych. Pogoda. Ruch w mieście. Praca. Marta wspomniała o wyjeździe służbowym, Marek odpowiedział czymś, czego kilka minut później już nie pamiętał.
Oboje wiedzieli, że odkładają właściwy temat.
W końcu Marta położyła dłonie wokół filiżanki.
— Co się dzieje?
Marek spojrzał na nią.
— Z czym?
— Z tobą.
— Nic.
— Nie wyglądasz jak „nic”.
Prawie się uśmiechnął.
— Natalia spotyka się teraz z Adamem.
Marta znieruchomiała na krótką chwilę.
— Teraz?
— Tak.
— Nie wiedziałam.
Marek przyglądał się jej.
Zaskoczenie było prawdziwe.
I dobrze.
Przynajmniej tym razem Marta nie wiedziała pierwsza.
— Czyli spotkali się ponownie — powiedziała.
— Tak.
— Jak się z tym czujesz?
— Świetnie.
Marta uniosła brwi.
— Kłamiesz.
— Nie liczy się.
— Nie gram z tobą.
— Wiem.
Przez moment patrzyli na siebie.
— Boli? — zapytała.
Marek spojrzał w okno.
— Tak.
Nie było sensu udawać.
Marta przesunęła filiżankę na bok.
— Dobrze.
Odwrócił głowę.
— Dobrze?
— Że potrafisz to powiedzieć.
— Dzisiaj wszyscy są psychologami.
— Nie jestem psychologiem.
Jej uśmiech stał się odrobinę cieplejszy.
— Jestem kobietą po nieudanym małżeństwie. To znacznie droższy kurs.
Marek roześmiał się mimo siebie.
Marta patrzyła na niego przez chwilę.
Za długo.
Zauważył to.
Ona również.
Żadne nie odwróciło wzroku od razu.
— To jest właśnie ten moment — powiedziała Marta.
— Jaki?
— W którym powinniśmy zacząć mówić o czymś bezpiecznym.
— Na przykład?
— O Tomaszu.
Marek poczuł zmianę w powietrzu między nimi.
— Dlaczego?
— Bo jeśli nie zaczniemy, oboje będziemy wiedzieli, dlaczego naprawdę tu siedzimy.
Jej bezpośredniość była bardziej zmysłowa niż flirt.
Marek przesunął palcem po szklance z wodą.
— A dlaczego naprawdę tu siedzisz?
Marta nie odpowiedziała od razu.
— Bo pomyślałam o tobie rano.
Proste zdanie.
Bez próby ukrycia.
Marek poczuł, że reaguje na nie mocniej, niż powinien.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Kiepska odpowiedź.
— Uczę się od was.
Roześmiali się oboje, ale tym razem śmiech wygasł szybciej.
Marta oparła łokieć o stolik.
— Może dlatego, że po naszym poprzednim spotkaniu pierwszy raz od dawna pomyślałam o mężczyźnie, który nie jest Tomaszem.
Marek spojrzał na nią.
— To miał być komplement?
— Nie wiem.
— Coraz częściej używasz tego słowa.
— Widocznie działa.
Marek uśmiechnął się.
Po chwili zapytał:
— Nadal kochasz Tomasza?
Marta nie odwróciła wzroku.
— Nie.
— Na pewno?
— Tak.
— Więc dlaczego wciąż tak dużo o nim wiesz?
Jej usta drgnęły.
— Bo przestać z kimś żyć nie znaczy przestać znać drogę, którą chodzi.
Marek pomyślał o Natalii.
O osiemnastu latach.
O sposobie, w jaki rano wiedział, że za chwilę otworzy oczy.
— I właśnie dlatego Adam mnie drażni bardziej niż Tomasz — powiedział.
— Dlaczego?
— Tomasza Natalia poznała teraz. Adam pamięta ją sprzed mojego życia z nią.
Marta uniosła brwi.
— Sprzed twojego życia z nią. To brzmi lepiej niż „zanim należała do ciebie”.
Marek spojrzał na nią.
— Powiedziałem tak ostatnio?
— Prawie.
— Pilnujesz mnie?
— Nie. Po prostu słucham.
Położyła dłoń na stole.
Nie dotknęła jego ręki, ale odległość między ich palcami nagle stała się zauważalna.
— Czasem właśnie przeszłość jest najbardziej erotyczna — powiedziała. — Nie dlatego, że była lepsza. Dlatego, że nie można jej sprawdzić.
Marek spojrzał na jej dłoń.
— Mówisz o Tomaszu?
— Między innymi.
Marta przesunęła palce o kilka centymetrów.
Ich dłonie niemal się stykały.
— Marek?
— Tak?
— Jeśli teraz dotknę twojej ręki, będziesz później zastanawiał się, czy zrobiłam to specjalnie?
Spojrzał jej w oczy.
— Tak.
— A jeśli nie dotknę?
— Też.
Marta uśmiechnęła się.
— W takim razie mamy problem.
Przesunęła dłoń.
Opuszki jej palców zetknęły się z jego.
Nie był to nawet uścisk. Ledwie kontakt skóry.
Marek nie cofnął ręki.
Przez kilka sekund rozmawiali wyłącznie spojrzeniem.
Marta pierwsza zabrała dłoń.
— Chodźmy.
— Dokąd?
— Na zewnątrz.
— Dlaczego?
— Bo jeśli zostaniemy przy tym stoliku jeszcze dziesięć minut, zaczniemy udawać, że nie wiemy, co robimy.
***
Deszcz skończył się wcześniej, ale powietrze pozostało wilgotne i chłodne. Przeszli kilkadziesiąt metrów bez konkretnego celu. Za hotelem zaczynał się niewielki park, niemal pusty o tej porze.
Marta zatrzymała się przy metalowej balustradzie.
— Powinnam wracać.
Marek stanął obok.
— Pewnie tak.
Nie ruszyła się.
On również.
— To jest absurdalne — powiedziała.
— Co?
Spojrzała na niego.
— Twoja żona jest teraz z człowiekiem, którego kiedyś kochała. Ja stoję tutaj z tobą. A ty próbujesz zdecydować, czy to, że ci się to podoba, jest jeszcze częścią waszej gry, czy już czymś twoim.
Marek uśmiechnął się bez wesołości.
— Nie próbuję.
— Nie?
— Już wiem, że mi się podoba.
Marta przestała się uśmiechać.
Po raz pierwszy naprawdę ją zaskoczył.
— Nie powinieneś tego mówić.
— Wiem.
— I?
Marek popatrzył na nią.
— Ostatnio wszyscy mówią mi, że mam wreszcie mówić, czego chcę.
Marta opuściła wzrok.
Wiatr poruszył krótkimi włosami przy jej skroni.
Marek uniósł dłoń, zanim zdążył zdecydować, czy powinien.
Zatrzymał ją kilka centymetrów od jej twarzy.
Nie dotknął Marty.
Ona zauważyła gest.
Przez moment oboje patrzyli na tę niewielką przestrzeń.
— Zrób to albo zabierz rękę — powiedziała cicho.
Marek dotknął jej policzka.
Skóra była chłodna od powietrza.
Marta nie zamknęła oczu. Patrzyła na niego, kiedy jego kciuk przesunął się krótko przy kości policzkowej.
— Jeśli mnie pocałujesz — powiedziała — komu właściwie to zrobisz?
Marek milczał.
— Natalii?
— Nie.
— Tomaszowi?
— Nie.
— Sobie?
Marek patrzył na nią.
— Tobie.
Marta znieruchomiała.
— To chyba najgorsza odpowiedź.
— Dlaczego?
— Bo jedyna, której nie da się usprawiedliwić ani zemstą, ani grą.
Nie wiedział, kto wykonał ostatni ruch.
Może oboje.
Pierwszy kontakt ust był ostrożny.
Marta cofnęła się może o centymetr.
Marek również.
Przez chwilę patrzyli na siebie z bliska.
Powinni byli skończyć.
Marta pocałowała go ponownie.
Tym razem dłużej.
Jej dłoń znalazła się na jego piersi, ale go nie przyciągnęła. Po prostu pozostała tam, jakby sama chciała poczuć, czy naprawdę to robią.
Marek objął ją w talii.
Natychmiast pomyślał o Natalii.
Nie wystarczyło to, żeby przerwać.
Dopiero kiedy bliskość przestała być zwykłą ciekawością, odsunął się pierwszy.
Oddychali trochę szybciej.
Marta spuściła wzrok.
— No dobrze.
Marek nadal trzymał dłoń przy jej talii.
Puścił ją.
— Przepraszam.
Spojrzała na niego.
— Nie przepraszaj mnie.
— Powinienem.
— Nie mnie.
To zabolało dokładnie tam, gdzie powinno.
Marta poprawiła płaszcz.
— I nie chcę być twoją odpowiedzią na Tomasza.
— Nie jesteś.
— Ani zemstą za Adama.
— Nie.
Marta przyglądała mu się chwilę.
— Tym gorzej.
Marek nie odpowiedział.
— Powiesz Natalii?
Spojrzał w stronę parkingu.
— Tak.
Marta uniosła brwi.
Odpowiedź zaskoczyła nawet jego.
— Od razu?
— Nie wiem, jak. Ale powiem.
Marta skinęła głową.
— Dobrze.
Zrobiła krok, potem zatrzymała się.
— Ja też jej powiem.
Marek spojrzał na nią.
— Co?
— Że cię pocałowałam. Że oddałeś.
— Dlaczego?
Marta patrzyła mu prosto w oczy.
— Bo po własnym małżeństwie mam jedną zasadę. Nie chcę być czyimś sekretem.
— Marta...
— Nie pytam o zgodę.
Marek poczuł irytację, ale prawie natychmiast zrozumiał, że nie ma prawa jej zatrzymywać.
— Kiedy?
— Za chwilę.
— Naprawdę?
— Tak.
— Mogłabyś pozwolić, żebym powiedział pierwszy.
Marta zastanowiła się.
— Masz drogę do domu.
— To ile?
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Nie będziemy ustalać harmonogramu zdrady.
Marek parsknął cicho mimo sytuacji.
Marta spoważniała.
— Powiedz jej, Marek.
— Powiem.
— Nie dlatego, że ja mogę.
— Wiem.
— Tego akurat nie wiesz.
Odeszła pierwsza.
Marek patrzył za nią do chwili, gdy zniknęła za narożnikiem hotelu.
Dopiero wtedy dotknął ust.
Nie po to, żeby sprawdzić, czy coś na nich zostało.
Po to, żeby upewnić się, że rzeczywiście to zrobił.
***
Natalia wróciła po siedemnastej.
Marek usłyszał samochód i przez chwilę stał w kuchni, opierając dłonie o blat. Od spotkania z Martą minęły prawie trzy godziny.
Nie wiedział, czy Marta już napisała.
Nie sprawdzał.
Wiedział jedynie, że powinien powiedzieć pierwszy.
Drzwi otworzyły się.
Natalia weszła do przedpokoju.
Nie wyglądała źle.
To była pierwsza rzecz, którą zauważył.
Druga była gorsza.
Wyglądała inaczej niż rano.
Nie przez ubranie ani fryzurę. Coś zniknęło z jej twarzy. Napięcie, z którym wychodziła, zastąpił spokój. Nie ulga.
Raczej decyzja.
Zdjęła płaszcz.
— Cześć.
— Cześć.
Podeszła do kuchni.
— Jak było? — zapytał.
— Mocno.
Natychmiast poczuł zazdrość.
— Co to znaczy?
— Rozmawialiśmy.
— Tylko?
Pytanie wyszło zbyt szybko.
Natalia zauważyła.
— Tak.
— Nie pocałował cię?
— Nie.
— Ty jego?
— Nie.
Marek patrzył na nią.
— Prawda?
— Prawda.
Wierzył jej.
Po prostu.
Natalia oparła dłonie o blat.
— Adam nie próbował.
— Ani razu?
— Ani razu.
— A ty chciałaś?
Pytanie zatrzymało ją.
Nie odpowiedziała od razu.
Marek zauważył.
— Natalia?
— Przez moment tak.
Zabolało.
— I?
— Nic.
— Dlaczego?
— Bo nie po to tam poszłam.
Marek pokręcił głową.
— A po co?
— Chciałam zobaczyć, czy kiedy usiądę naprzeciwko niego po tylu latach, nadal będę chciała tamtego życia.
— I?
Natalia spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie chcę tamtego życia.
Marek odetchnął, ale za szybko.
Natalia dodała:
— To nie znaczy, że niczego przy nim nie czuję.
Ulga natychmiast zniknęła.
— Co czujesz?
— Pamięć. Ciekawość. Żal za czymś, co mogło się wydarzyć. I czasem pożądanie.
Marek spuścił wzrok.
— Dziękuję za pełną listę.
— Sam chciałeś prawdy.
— Jeszcze masz jedno kłamstwo.
— Wiem.
Zapadła cisza.
Marek poczuł, że jeśli nie zrobi tego teraz, każde kolejne zdanie będzie gorsze.
— Ja też muszę ci coś powiedzieć.
Natalia przyjrzała mu się uważniej.
— Byłem dzisiaj z Martą.
Nie było szoku.
To zauważył natychmiast.
— Na kawie — dodał.
Natalia milczała.
— I?
Marek nie próbował budować drogi do odpowiedzi.
— Pocałowaliśmy się.
Jej twarz zmieniła się.
Nie gwałtownie.
Najpierw zastygła, potem powoli nabrała powietrza.
— Ona ciebie czy ty ją?
— Oboje.
Natalia zamknęła oczy.
Marek czekał.
Kiedy ponownie je otworzyła, było w nich coś znacznie trudniejszego od zwykłej złości.
Ból.
I coś, co Marek rozpoznał, bo sam doświadczał tego od tygodni.
— Podobało ci się? — zapytała.
Nie chciał odpowiadać.
— Tak.
Jej oddech stał się głębszy.
— Bardzo?
— Za bardzo.
Natalia odwróciła głowę.
Marek widział napięcie przy jej szczęce.
— Chciałeś czegoś więcej?
— Przez chwilę.
Teraz spojrzała na niego.
— Co?
— Nie wiem. Wyobrażałem sobie.
Natalia nabrała powietrza.
— To jest chore.
— Trochę.
— I dlaczego mnie to...
Urwała.
Marek zrozumiał.
— Podnieca?
Natalia zamknęła oczy na sekundę.
— Tak.
Jedno słowo.
Bez wstydu.
Bez gry.
Marek poczuł to samo niebezpieczne połączenie bólu i pragnienia.
— Mnie też — powiedział.
Natalia wróciła wzrokiem do niego.
Przez kilka sekund stali po przeciwnych stronach kuchennej wyspy.
Potem Natalia podeszła.
Zatrzymała się tak blisko, że Marek poczuł jej zapach.
— Pocałowała cię tak? — zapytała.
— Nie.
— Jak?
Marek pokręcił głową.
— Nie będę ci pokazywał.
— Dlaczego?
— Bo to było z nią.
Coś w spojrzeniu Natalii zmieniło się natychmiast.
Nie spodziewała się tej odpowiedzi.
Marek również nie.
— Czyli czegoś nie chcesz mi oddać — powiedziała.
— Nie.
— Dobrze.
— Dobrze?
— Tak.
— Dlaczego?
Natalia przesunęła palcem po jego kołnierzu.
— Bo jeśli wszystko pomiędzy nami ma być tylko paliwem dla naszej gry, przestaniemy wiedzieć, co naprawdę należy do nas, a co do innych ludzi.
Marek patrzył na nią.
— I mówisz to po Tomaszu i Adamie?
— Właśnie dlatego.
— Trochę późno.
— Wiem.
Natalia cofnęła dłoń.
— Ale może jeszcze nie za późno.
Marek pocałował ją.
Nie gwałtownie.
Najpierw krótko.
Natalia odpowiedziała natychmiast.
Drugim razem pocałunek był mocniejszy, niosący złość, zazdrość i świadomość, że kilka godzin wcześniej oboje siedzieli naprzeciwko kogoś innego.
Marek przerwał pierwszy.
— Nie chcę robić z Marty zabawki.
Natalia oddychała szybciej.
— Ani z Adama.
— Ani z Tomasza.
Skinęła głową.
— Ani z nas.
Przez moment po prostu na siebie patrzyli.
Potem Natalia dotknęła jego policzka.
— Nadal mnie chcesz?
— Tak.
— Po Adamie?
— Tak.
— Po tym, co właśnie powiedziałam?
— Tak.
Marek dotknął jej talii.
— A ty mnie po Marcie?
— Bardziej, niż bym chciała.
Prawie się uśmiechnął.
— To już znam.
— Wiem.
— Natalia.
— Przepraszam.
Tym razem uśmiechnęli się oboje.
Napięcie nie zniknęło.
Ale zmieniło kształt.
Bliskość przyszła później, bez prób odtwarzania cudzych pocałunków i bez pytań o to, kto dotykał kogo w jaki sposób. Marek nie chciał mieć Marty w tej chwili. Natalia nie potrzebowała przywoływać Adama.
Chcieli siebie po tym, co zrobili osobno.
I to było wystarczająco skomplikowane.
***
Później leżeli na kanapie. Natalia miała głowę opartą o jego pierś, a Marek przesuwał palcami po jej włosach.
Przez dłuższą chwilę żadne się nie odzywało.
Natalia zrobiła to pierwsza.
— Adam zaproponował mi coś.
Ręka Marka zatrzymała się.
— Co?
— Wyjeżdża za trzy dni.
— Do Kanady?
— Najpierw do Londynu. Potem dalej.
Marek czekał.
Natalia uniosła głowę.
— Poprosił, żebym pojechała z nim jutro.
Marek poczuł, jak ciało, które przed chwilą było całkowicie rozluźnione, natychmiast odzyskuje napięcie.
— Dokąd?
— Nad morze. Ma tam spotkanie dopiero wieczorem. Chciał spędzić ze mną dzień.
— Sam na sam?
— Tak.
Marek usiadł.
Natalia podciągnęła koc wyżej.
— I?
— Odmówiłam.
— Od razu?
Nie odpowiedziała.
Marek spojrzał na nią.
— Natalia.
— Nie od razu.
— Jak długo się zastanawiałaś?
— Chwilę.
— Minutę? Pięć? Godzinę?
— Nie wiem.
Marek podniósł z podłogi koszulę.
— Co ci właściwie zaproponował? Dzień nad morzem czy powrót do tego, co było?
— Dzień.
— Naprawdę uwierzyłaś, że tylko dzień?
Natalia zastanowiła się.
— Uwierzyłam, że nie postawił żadnego warunku. To nie znaczy, że oboje nie wiedzieliśmy, czym taki dzień mógłby się stać.
Ta odpowiedź była gorsza, ale bardziej uczciwa.
— I mimo tego się zastanawiałaś.
— Tak.
Marek założył koszulę.
— Nie musisz z niego robić drania — powiedziała Natalia.
— Nie muszę. Poprosił zamężną kobietę, którą kiedyś kochał, żeby tuż przed wyjazdem spędziła z nim cały dzień.
Natalia spojrzała na niego.
— A ty kilka godzin temu całowałeś Martę.
Trafiła.
Marek zamilkł.
Po chwili skinął głową.
— Masz rację.
Natalia nie wyglądała na usatysfakcjonowaną.
— Nie o rację chodzi.
— Więc?
— Żebyśmy nie zaczęli teraz liczyć punktów. Tomasz, Marta, Adam. Kto zrobił więcej. Kto gorzej. Kto ma prawo być bardziej zazdrosny.
Marek usiadł na brzegu kanapy.
— Chciałaś pojechać?
Nie odpowiedziała od razu.
— Odmówiłam.
— Nie o to pytam.
Natalia sięgnęła po złote kolczyki leżące na stoliku. Jeden wzięła pomiędzy palce.
— Chciałaś?
Patrzyła na niego.
— Nie.
Cisza tuż przed odpowiedzią była minimalna.
Wystarczyła.
Marek znał ją zbyt długo.
Natalia zamknęła palce wokół kolczyka.
— To było siódme.
Marek znieruchomiał.
— Co?
— Moje siódme kłamstwo.
Przez moment nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
Natalia wyglądała nie jak ktoś, kto właśnie wygrał grę, lecz jak osoba, która świadomie zamknęła za sobą ostatnie drzwi.
— „Nie” było kłamstwem.
— Tak.
— Czyli chciałaś pojechać.
Natalia spuściła wzrok.
— Tak.
Słowo było ledwie słyszalne.
Marek nie wiedział, co boli bardziej: sama odpowiedź czy to, że od tej chwili nie pozostawało już miejsce na następny numer, kolejne „może”, kolejną kontrolowaną niepewność.
— Bardzo?
Natalia usiadła naprzeciwko niego.
W dłoni nadal trzymała złoty kolczyk.
— Wystarczająco, żeby przez kilka minut naprawdę wyobrażać sobie, że jadę.
Marek poczuł suchość w ustach.
— Co sobie wyobrażałaś?
— Samochód. Drogę. Morze. Nas dwoje przez cały dzień. To, że nikt nie zna nas tam jako ludzi, którymi jesteśmy dzisiaj.
— I co jeszcze?
Natalia spojrzała mu w oczy.
— Że mogłabym sprawdzić, czy nadal potrafię być tamtą Natalią.
Marek milczał.
— I że mogłoby mi się to spodobać — dodała.
Ta część zabolała bardziej.
— Dlaczego odmówiłaś?
Natalia potrzebowała chwili.
— Bo zrozumiałam, że jeśli pojadę, nie będzie to już rozmowa z przeszłością. Będzie to decyzja podjęta teraz.
Marek patrzył na nią.
— I przez ciebie — powiedziała.
— Które bardziej?
Tym razem nie uciekła.
— Nie potrafię rozdzielić. Nie pojechałam dlatego, że nie chciałam przekroczyć następnej granicy. I dlatego, że chciałam wrócić do ciebie.
Marek wstał i podszedł do okna.
— Siedem.
— Tak.
— Wszystkie.
— Tak.
Odwrócił się.
Natalia odłożyła kolczyk na stół.
— Teraz już nie mam żadnego.
Marek przyglądał jej się.
Od początku gry czekał właśnie na ten moment. Wyobrażał sobie, że kiedy nadejdzie, poczuje ulgę. Każde pytanie będzie mogło dostać prostą odpowiedź.
Teraz chciał go odwlec.
— Dzisiaj? — zapytał.
— Ustaliliśmy, że po siódmym koniec.
— Ustaliliśmy, że potem mówimy prawdę.
— Wiem.
— Nie ustaliliśmy, że masz zrobić spowiedź w pięć minut.
Natalia uśmiechnęła się smutno.
— Bronisz mnie czy siebie?
Marek pomyślał.
— Siebie.
— Ja też się boję.
— Czego?
— Że jak zacznę mówić bez możliwości schowania się za grą, nie będę mogła zdecydować, gdzie skończyć.
Marek patrzył na nią.
— A skończysz?
— Nie.
Odpowiedź przyszła bez wahania.
Teraz już musiała być prawdziwa.
***
Przez chwilę stali bez ruchu.
Marek przypomniał sobie Martę.
— Natalia.
— Co?
— Jest jeszcze coś.
Spojrzała na niego uważnie.
— O Marcie?
Marek poczuł, że serce uderza mocniej.
— Co o niej?
Natalia wyjęła telefon.
— Napisała do mnie.
Marek znieruchomiał.
— Kiedy?
— Po waszym spotkaniu.
Odblokowała ekran i podała mu urządzenie.
Wiadomość była krótka:
„Pocałowałam Marka. Oddał pocałunek. Nie chcę być kolejnym sekretem w cudzym małżeństwie. Powinieneś usłyszeć to od niego, ale jeśli nie powie, nie będę udawała, że nic się nie stało.”
Marek przeczytał ją dwa razy.
To brzmiało jak Marta.
Nie jak kobieta próbująca kierować wydarzeniami.
Jak ktoś, kto raz już żył w małżeństwie pełnym przemilczeń i nie chciał wejść w następne.
Oddał Natalii telefon.
— Czyli wiedziałaś.
— Tak.
— Od kiedy?
— Mniej więcej od godziny po waszym spotkaniu.
— I kiedy wszedłem, pozwoliłaś mi mówić.
— Tak.
Marek poczuł złość.
— Czyli testowałaś mnie.
— Trochę.
— Natalia.
— Wiem, jak to wygląda.
— Pytałaś o mój dzień, wiedząc, że ją pocałowałem.
— Tak.
— I czekałaś, aż się przyznam.
— Tak.
— Po co?
Natalia położyła telefon na stole.
— Bo po wszystkim z Adamem chciałam wiedzieć jedną rzecz.
— Jaką?
— Czy jeszcze umiemy powiedzieć sobie prawdę bez tego, że ktoś nas do niej zmusi.
Marek prychnął.
— Świetnie mi poszło.
— Powiedziałeś.
— Dopiero kiedy prawie mnie złapałaś za kołnierz.
— Nie wiedziałeś, że wiem.
— To nie poprawia sytuacji.
— Nie.
Nie broniła go.
Nie broniła siebie.
Marek poczuł, że część złości znika tylko dlatego.
— Dlaczego Marta ci napisała?
— Napisała, że nie chce być tajemnicą.
— Powiedziała mi to samo.
— Wierzę.
— Zła jesteś na nią?
Natalia zastanowiła się.
— Tak.
— Za pocałunek?
— Też.
— A za wiadomość?
— Nie.
To zaskoczyło go.
— Dlaczego?
— Bo zrobiła dokładnie to, czego ja nie umiałam robić przez dużą część życia. Powiedziała niewygodną prawdę od razu.
Marek poczuł chłód.
„Dużą część życia.”
Nie zapytał jeszcze.
Ale zapamiętał.
— Jesteś zła na mnie?
— Bardzo.
— I nadal mnie przed chwilą...
Urwał.
Natalia spojrzała na niego.
— Chciałam cię.
— Po tym, jak wiedziałaś?
— Właśnie po tym.
Marek pokręcił głową.
— Jesteśmy nienormalni.
— Możliwe.
— To nie było pytanie.
Na moment na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Zniknął szybko.
— Marek?
— Tak?
— Teraz naprawdę nie mogę już skłamać.
— W ramach gry.
— Nie chcę już również poza nią.
To zdanie zatrzymało go.
— Czyli?
Natalia podeszła bliżej.
— Jeśli zapytasz, odpowiem.
— Na wszystko?
Zawahała się.
Nie dlatego, że chciała skłamać.
Raczej dlatego, że pierwszy raz rozumiała ciężar słowa „wszystko”.
— Tak.
Marek patrzył na nią długo.
— Od czego zaczniesz?
Natalia spojrzała na złote kolczyki.
Potem na niego.
— Od pierwszego kłamstwa.
— Pierwszego z siedmiu?
Nie odpowiedziała.
Marek poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.
— Natalia?
— Nie.
— Jakiego więc?
Jej dłonie opadły wzdłuż ciała.
— Tego sprzed gry.
Marek przestał się poruszać.
— Jak długo sprzed?
Natalia zamknęła oczy.
Jedna sekunda.
Może dwie.
Kiedy je otworzyła, nie było już sposobu, żeby wrócić do poprzedniej rozmowy.
— Zanim się pobraliśmy.
Marek patrzył na nią bez słowa.
— Co mi wtedy skłamałaś?
Natalia nabrała powietrza.
— Nie od tego zdania muszę zacząć.
— Więc od czego?
— Od tego, kim był Adam, kiedy poznałam ciebie.
Marek poczuł chłód przesuwający się po plecach.
Jeszcze kilka minut wcześniej najważniejszym pytaniem wydawało mu się, czy Natalia naprawdę chciała pojechać z Adamem nad morze.
Teraz przestało mieć znaczenie.
— Był wtedy jeszcze w twoim życiu? — zapytał.
Natalia patrzyła mu prosto w oczy.
— Tak.
I po raz pierwszy od rozpoczęcia gry Marek wiedział z absolutną pewnością, że żadne następne „tak” ani „nie” nie będzie już miało numeru.
Została tylko prawda.

1 komentarz

 
  • Użytkownik JorgDeJoong

    Dobry jesteś … niby po grze a tajemnic chyba nie ubywa

    2 tyg. temu