Wersja robocza materiału.

8. Zanim powiesz wszystko czyli ostatnie kłamstwo Natalii

8. Zanim powiesz wszystko czyli ostatnie kłamstwo NataliiMarek obudził się pierwszy.

Przez kilka sekund nie pamiętał, dlaczego leży na plecach z otwartymi oczami i dlaczego pierwszą rzeczą, której szuka wzrokiem, jest Natalia. Dopiero później wrócił obraz zaparowanych szyb samochodu, jej włosów rozsypanych na siedzeniu i kuchni, w której kilka minut po powrocie okazało się, że złote kolczyki nigdy nie należały do Adama.

Natalia spała na boku, zwrócona twarzą w jego stronę. Jedną dłoń miała pod poduszką, drugą luźno przy ustach. Bez makijażu, z włosami opadającymi na policzek, wyglądała zupełnie inaczej niż kobieta, którą obserwował przez szybę restauracji z Tomaszem.

Marek przez chwilę po prostu patrzył.

Jeszcze kilka tygodni temu uznałby ten widok za jeden z najbardziej zwyczajnych elementów swojego życia. Znał sposób, w jaki marszczyła brwi podczas snu, niewielką zmarszczkę przy oku, nawet tempo oddechu tuż przed przebudzeniem. Teraz wszystkie te drobiazgi wracały do niego jak rzeczy odnalezione w domu, w którym mieszkało się przez lata, ale nigdy nie otworzyło jednej z szuflad.

Natalia poruszyła się lekko i otworzyła oczy.

Nie od razu zorientowała się, że ją obserwuje. Kiedy to zauważyła, na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.

— Długo tak leżysz?

— Chwilę.

— I?

— Co „i”?

— Wnioski.

Marek przesunął dłonią po jej ramieniu.

— Nadal jesteś.

— Rozczarowany?

— Jeszcze nie zdecydowałem.

Natalia prychnęła cicho i przysunęła się bliżej. Jej kolano wsunęło się pomiędzy jego nogi, a ciepło ciała pod kołdrą sprawiło, że Marek natychmiast przypomniał sobie noc znacznie dokładniej.

Pochylił się i pocałował ją.

Początkowo spokojnie. Natalia odpowiedziała jeszcze zaspana, bez prowokacji, bez pytań i bez żadnej z ich nowych gier. Dopiero kiedy Marek przesunął dłoń po jej plecach, przyciągając ją bliżej, pocałunek się zmienił. Natalia westchnęła cicho przy jego ustach, jej palce zacisnęły się na jego karku i przez moment wszystko inne przestało istnieć.

Marek odsunął się pierwszy.

Natalia otworzyła oczy.

— Co?

— Dzisiaj Adam.

Nie zapytał.

Stwierdził.

Poczuł, jak jej ciało, jeszcze przed chwilą rozluźnione przy jego, zmienia się niemal niezauważalnie.

— Tak.

— O której?

— Dwunasta.

Marek spojrzał na zegarek.

Było kilka minut po ósmej.

— Gdzie?

— Niedaleko starego miasta. Jest tam restauracja przy galerii.

— Sam wybrał?

— Tak.

Marek przez chwilę przesuwał kciukiem po jej ramieniu.

— Nadal chcesz iść?

Natalia uniosła się na łokciu.

— Tak.

Nie podobało mu się, jak szybko odpowiedziała.

— Dlaczego?

— Bo chcę tę historię zamknąć.

— Z Adamem?

— Z tamtą Natalią.

Marek patrzył na nią.

— Wczoraj powiedziałaś, że kolczyki są właśnie po niej.

— Są.

— Więc po co ci Adam?

Natalia przysunęła kołdrę wyżej i usiadła.

— Właśnie tego chcę się dowiedzieć.

Marek również się podniósł.

— Nie rozumiem.

— Ja też nie. Dlatego idę.

Przez chwilę chciał powiedzieć, żeby została.

Nie jako element gry. Nie po to, by sprawdzić jej reakcję. Zwyczajnie: zostań ze mną, nie spotykaj się z mężczyzną, którego być może kiedyś kochałaś, nie sprawdzaj już, kim mogłabyś być bez naszego życia.

Natalia obserwowała jego twarz.

— Powiedz.

— Co?

— To, co właśnie próbujesz zdecydować, czy wolno ci powiedzieć.

Marek opuścił wzrok.

— Nie chcę, żebyś szła.

Tym razem powiedział to bez zastrzeżeń.

Natalia nie uśmiechnęła się.

Dotknęła jego twarzy.

— Wiem.

— I?

— Muszę.

— Nie musisz.

— Dla ciebie nie.

Przesunęła palcami po jego policzku.

— Dla siebie tak.

Marek poczuł, że właśnie tego argumentu nie potrafi podważyć.

Pochylił się i pocałował wewnętrzną stronę jej dłoni.

— Wrócisz?

Natalia patrzyła na niego przez chwilę.

— Tak.

— Prawda?

— Prawda.

Pocałowała go ponownie. Tym razem krócej.

Kiedy później wyszła z łóżka, Marek obserwował ją aż do drzwi łazienki.

***

Przed jedenastą Natalia zeszła na dół gotowa do wyjścia.

Nie miała na sobie niczego szczególnie efektownego. Ciemne spodnie, kremowa bluzka, krótki płaszcz. Makijaż delikatny. Włosy pozostawiła rozpuszczone.

Marek zauważył kolczyki natychmiast.

Złote kółka.

Natalia dostrzegła jego spojrzenie i zatrzymała się przy końcu schodów.

— Założysz je do niego?

Pytanie zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał.

Dotknęła jednego kolczyka opuszką palca.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo są moje.

Marek chciał powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymał się.

Wczoraj właśnie tego dowiedział się naprawdę. Nie były od Adama. Nie były od Tomasza. Nie były pamiątką po mężczyźnie. Należały do niej i do decyzji, którą kiedyś podjęła.

Natalia podeszła do niego.

— Źle?

— Nie wiem.

— Znowu?

— Ostatnio bardzo często nie wiem.

— Może robisz postępy.

Marek spojrzał jej w oczy.

— Nie wykorzystuj dzisiaj ostatniego kłamstwa.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

— Nie planuję.

— Tego też nie da się zaplanować.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie. Natalia w końcu pochyliła się i pocałowała go w policzek, ale kiedy chciała się odsunąć, Marek złapał ją za talię.

Przyciągnął do siebie.

Pocałował w usta.

Natalia odpowiedziała mocniej, niż się spodziewał. Jej dłonie znalazły się na jego piersi, a przez kilka sekund pożegnanie zaczęło przypominać coś, co mogłoby skutecznie zatrzymać ją w domu.

Oderwała się pierwsza.

Oddychała trochę szybciej.

— Nie rób tego.

— Czego?

— Nie utrudniaj.

— Taki był plan.

Natalia uśmiechnęła się słabo.

— Właśnie dlatego muszę wyjść teraz.

Marek puścił ją.

Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, zrozumiał, że po raz pierwszy od rozpoczęcia gry naprawdę chciał pobiec za nią.

Nie zrobił tego.

***

Przez pierwszą godzinę udawał, że pracuje.

O dwunastej siedem telefon leżał przy jego prawej dłoni.

O dwunastej dwadzieścia nadal tam leżał.

O dwunastej trzydzieści jeden Marek zdał sobie sprawę, że zna godzinę z dokładnością do minuty tylko dlatego, że spogląda na ekran co kilkadziesiąt sekund.

Nie napisał do Natalii.

Zamiast tego telefon odezwał się sam.

Marta.

„Jak się trzymasz?”

Marek przeczytał wiadomość i odłożył urządzenie.

Po chwili przyszła następna.

„Tomasz powiedział mi o Adamie.”

Marek odpisał dopiero wtedy.

„Wszyscy już wszystko wszystkim mówią?”

Marta odpowiedziała:

„Prawie.”

Po minucie kolejna wiadomość:

„Kawa?”

Marek patrzył na ekran.

Powinien był odmówić.

Wiedział to natychmiast.

„Gdzie?”

***

Spotkali się w niewielkim lokalu przy hotelu, tym samym, w którym rozmawiali wcześniej. Marta siedziała już przy stoliku, kiedy Marek wszedł.

Tym razem miała na sobie dżinsy, jasną koszulę i ciemny płaszcz przewieszony przez oparcie. Bez formalnej marynarki wyglądała mniej jak kobieta, która przyszła przekazać mu ważne informacje, a bardziej jak ktoś, z kim naprawdę można spotkać się przypadkiem na kawie.

Ten szczegół okazał się niepokojąco istotny.

Marta spojrzała na zegarek.

— Myślałam, że nie przyjdziesz.

— Ja też.

— To dobry początek.

Marek usiadł naprzeciwko.

— Nie wiem, czy dobry.

Kelner przyniósł wodę. Zamówili kawę.

Przez pierwszych kilka minut rozmawiali o rzeczach nieważnych. Pogoda. Ruch w mieście. Marta wspomniała o wyjeździe służbowym. Marek odpowiedział czymś o pracy.

Oboje wiedzieli, że odkładają właściwy temat.

W końcu Marta położyła dłonie wokół filiżanki.

— Jest teraz z Adamem?

— Tak.

— I pozwoliłeś jej iść?

Marek spojrzał na nią.

— Nie jest moją własnością.

— Nie o to pytałam.

— Wiem.

Marta uniosła filiżankę.

— Tomasz też tak odpowiadał.

To zdanie wystarczyło, żeby Marek poczuł irytację.

— Nie porównuj mnie z nim.

— Nie porównuję. Zauważam.

— Co?

— Że obaj bardzo pilnujecie, żeby nie wyglądać na mężczyzn, którzy czegoś zabraniają. Czasem tak bardzo, że zapominacie powiedzieć, czego chcecie.

Marek odchylił się na krześle.

— Powiedziałem jej.

— Co?

— Żeby nie szła.

Marta uśmiechnęła się lekko.

— I poszła.

— Tak.

— Boli?

Marek spojrzał w okno.

— Tak.

Nie było sensu udawać.

Marta przesunęła filiżankę na bok.

— Dobrze.

Odwrócił głowę.

— Dobrze?

— Że potrafisz powiedzieć.

— Dzisiaj wszyscy są psychologami.

— Nie jestem psychologiem.

Jej uśmiech stał się odrobinę cieplejszy.

— Jestem kobietą po nieudanym małżeństwie. To znacznie droższy kurs.

Marek roześmiał się mimo siebie.

Marta patrzyła na niego przez chwilę.

Za długo.

Marek zauważył to.

Ona również.

Żadne nie odwróciło wzroku od razu.

— To jest właśnie ten moment — powiedziała Marta.

— Jaki?

— W którym powinniśmy zacząć rozmawiać o Tomaszu.

Marek poczuł zmianę w powietrzu między nimi.

— Dlaczego?

— Bo jeśli nie zaczniemy, oboje będziemy wiedzieli, o czym naprawdę myślimy.

Jej bezpośredniość była bardziej zmysłowa niż flirt.

Marek przesunął palcem po szklance z wodą.

— A o czym myślisz?

Marta uśmiechnęła się prawie niedostrzegalnie.

— Nie powinnam odpowiadać pierwsza.

— Dlaczego?

— Bo ty nadal grasz.

— A ty nie?

Jej spojrzenie spoważniało.

— Nie chcę.

Marek patrzył na nią.

— Więc po co mnie zaprosiłaś?

Marta nie odpowiedziała natychmiast.

— Bo pomyślałam o tobie rano.

Proste zdanie.

Bez próby ukrycia.

Marek poczuł, że reaguje na nie znacznie mocniej, niż powinien.

— Dlaczego?

— Nie wiem.

— Kiepska odpowiedź.

— Uczę się od was.

Roześmiali się oboje, ale tym razem śmiech wygasł szybciej.

Marta oparła łokieć o stolik.

— Może dlatego, że rozumiem, jak się teraz czujesz.

— Nie wiesz, jak się czuję.

— Masz rację.

Pochyliła się minimalnie.

— Ale wiem, jak to jest siedzieć gdzieś i wyobrażać sobie własnego partnera z kimś, kto zna jego wersję sprzed ciebie.

Marek milczał.

— Adam mnie drażni bardziej niż Tomasz — przyznał.

— Dlaczego?

— Bo Tomasza Natalia poznała teraz. Adam pamięta ją, zanim należała do naszego życia.

Marta uniosła brwi.

— „Należała”?

Marek zauważył słowo dopiero wtedy.

— Wiesz, co mam na myśli.

— Wiem.

Położyła dłoń na stole. Nie dotknęła jego ręki, ale odległość między ich palcami nagle stała się zauważalna.

— Czasem właśnie przeszłość jest najbardziej erotyczna — powiedziała. — Nie dlatego, że była lepsza. Dlatego, że nie można jej sprawdzić.

Marek spojrzał na jej dłoń.

— Mówisz o Tomaszu?

— Między innymi.

— Nadal go kochasz?

Marta nie odwróciła wzroku.

— Nie.

— Na pewno?

— Tak.

— To dlaczego wciąż tyle o nim wiesz?

Jej usta drgnęły.

— Bo przestać z kimś żyć nie znaczy przestać znać drogę, którą chodzi.

Marek pomyślał o Natalii.

O osiemnastu latach.

O sposobie, w jaki rano wiedział, że zaraz się obudzi, zanim jeszcze otworzyła oczy.

Marta przesunęła palce o kilka centymetrów.

Tym razem ich dłonie prawie się stykały.

— Marek?

— Tak?

— Jeśli teraz dotknę twojej ręki, będziesz później zastanawiał się, czy zrobiłam to specjalnie?

Spojrzał jej w oczy.

— Tak.

— A jeśli nie dotknę?

— Też.

Marta uśmiechnęła się.

— W takim razie mamy problem.

Przesunęła dłoń.

Opuszki jej palców zetknęły się z jego.

Nie był to nawet uścisk. Ledwie kontakt skóry.

Marek nie cofnął ręki.

Przez kilka sekund rozmawiali wyłącznie spojrzeniem.

Marta pierwsza zabrała dłoń.

— Chodźmy.

— Dokąd?

— Na zewnątrz. Zaczynam mieć wrażenie, że cały lokal patrzy.

— Nie patrzy.

— Tym gorzej.

***

Deszcz skończył się wcześniej, ale powietrze pozostało wilgotne i chłodne. Przeszli kilkadziesiąt metrów bez konkretnego celu. Za hotelem zaczynał się niewielki park, niemal pusty o tej porze.

Marta zatrzymała się przy metalowej balustradzie.

— Powinnam wracać.

Marek stanął obok.

— Pewnie tak.

Nie ruszyła się.

On również.

— To jest absurdalne — powiedziała.

— Co?

Spojrzała na niego.

— Natalia siedzi z Adamem. Tomasz prawdopodobnie zastanawia się, co ona mu mówi. Ja stoję tutaj z tobą, a ty próbujesz zdecydować, czy bardziej zdradzasz żonę przez to, że tu jesteś, czy przez to, że ci się to podoba.

Marek uśmiechnął się bez radości.

— Nie próbuję.

— Nie?

— Już wiem, że mi się podoba.

Marta przestała się uśmiechać.

Po raz pierwszy naprawdę ją zaskoczył.

— Nie powinieneś tego mówić.

— Wiem.

— I?

Marek popatrzył na nią.

— Ostatnio wszyscy mówią mi, że mam mówić, czego chcę.

Marta opuściła wzrok.

Wiatr poruszył krótkimi włosami przy jej skroni.

Marek uniósł dłoń, zanim zdążył zdecydować, czy powinien.

Zatrzymał ją.

Nie dotknął Marty.

Ona zauważyła gest.

Przez moment oboje patrzyli na kilka centymetrów przestrzeni pomiędzy jego palcami a jej twarzą.

— Zrób to albo zabierz rękę — powiedziała cicho.

Marek dotknął jej policzka.

Skóra była chłodna od powietrza.

Marta nie zamknęła oczu. Patrzyła na niego, kiedy jego kciuk przesunął się krótko przy kości policzkowej.

— Jeśli mnie pocałujesz — powiedziała — komu właściwie to zrobisz?

Marek nie odpowiedział.

— Natalii? Tomaszowi? Adamowi?

— Tobie.

Marta znieruchomiała.

Marek poczuł własny puls w palcach.

— To chyba najgorsza odpowiedź — szepnęła.

— Dlaczego?

— Bo jedyna, której nie da się usprawiedliwić grą.

Nie wiedział, kto wykonał ostatni ruch.

Może oboje.

Pocałunek był zupełnie inny niż wszystkie pocałunki z Natalią. Nie dlatego, że Marta robiła cokolwiek szczególnego. Właśnie przeciwnie. Nie było wspólnej pamięci, znanych reakcji ani pewności, jak druga osoba zachowa się za sekundę.

Pierwszy kontakt ust był ostrożny.

Marta cofnęła się może o centymetr.

Marek również.

Przez chwilę patrzyli na siebie z bliska.

Powinni byli skończyć.

Marta pocałowała go ponownie.

Tym razem dłużej.

Jej dłoń znalazła się na jego piersi, ale nie przyciągnęła go. Po prostu pozostała tam, jakby sama chciała poczuć, czy naprawdę to robią.

Marek objął ją w talii.

Natychmiast pomyślał o Natalii.

Nie wystarczyło to, żeby przerwać.

Dopiero kiedy Marta wsunęła palce pod kołnierz jego płaszcza i jego ciało odpowiedziało na tę bliskość w sposób, którego nie dało się już nazwać ciekawością, odsunął się pierwszy.

Oddychali trochę szybciej.

Marta spuściła wzrok.

— No dobrze.

Marek nadal trzymał dłoń przy jej talii.

Puścił ją.

— Przepraszam.

Spojrzała na niego.

— Nie przepraszaj mnie.

— Powinienem.

— Nie mnie.

To zabolało dokładnie tam, gdzie powinno.

Marta poprawiła płaszcz.

— Nie chcę być twoim Tomaszem.

— Nie jesteś.

— Jeszcze nie.

Przyglądała mu się chwilę.

— Powiesz jej?

Marek spojrzał w stronę parkingu.

— Nie wiem.

— Powinieneś.

— Wiem.

— I nadal nie wiesz?

— Nadal.

Marta skinęła głową.

— W takim razie gra naprawdę przestała być zabawna.

Odeszła pierwsza.

Marek patrzył za nią do chwili, kiedy zniknęła za narożnikiem hotelu.

Dopiero wtedy dotknął ust.

Nie po to, żeby sprawdzić, czy coś na nich zostało.

Po to, żeby upewnić się, że rzeczywiście to zrobił.

***

Natalia wróciła po siedemnastej.

Marek usłyszał samochód i przez chwilę stał w kuchni, opierając dłonie o blat. Od spotkania z Martą minęły prawie trzy godziny, a on nadal nie zdecydował, co powie.

Drzwi otworzyły się.

Natalia weszła do przedpokoju.

Nie wyglądała źle.

To była pierwsza rzecz, którą zauważył.

Druga była gorsza.

Wyglądała inaczej niż rano.

Nie w ubraniu ani fryzurze. Coś zniknęło z jej twarzy — napięcie, z którym wychodziła, zastąpił spokój. Nie ulga. Raczej decyzja.

Zdjęła płaszcz.

— Cześć.

— Cześć.

Podeszła do kuchni i zatrzymała się kilka kroków od Marka.

— Długo?

— Trochę.

— Jak było?

Natalia spojrzała na niego.

— Mocno.

Marek poczuł ukłucie zazdrości natychmiast.

— To znaczy?

— Rozmawialiśmy.

— Tylko?

Pytanie wyszło zbyt szybko.

Natalia zauważyła.

— Tak.

— Nie pocałował cię?

— Nie.

— Ty jego?

— Nie.

Marek patrzył na nią.

— Prawda?

— Prawda.

Nie wiedział, dlaczego jej wierzy.

Po prostu wierzył.

Natalia podeszła bliżej.

— A ty?

— Co ja?

— Co robiłeś?

Marek poczuł zapach własnego płaszcza. Kawę. Wilgotne powietrze. I coś bardzo lekkiego, czego wcześniej nie było.

Perfumy Marty?

Natalia przesunęła wzrok po jego twarzy.

— Pracowałem.

Kłamstwo pojawiło się samo.

Pierwsze od kilku godzin.

Nie powiedział, że się liczy.

Natalia przez moment milczała.

— Cały czas?

— Nie.

— Wyszedłeś?

Marek wiedział już, dokąd prowadzą pytania.

— Tak.

— Gdzie?

— Na kawę.

Natalia stała teraz wystarczająco blisko, żeby mógł dotknąć jej bez wykonywania kroku.

— Sam?

Zawahał się.

To wystarczyło.

Natalia uniosła głowę.

— Z Martą.

Nie było to pytanie.

Marek poczuł coś w rodzaju chłodu pod żebrami.

— Skąd wiesz?

Natalia nie odpowiedziała.

Podeszła jeszcze bliżej.

Marek poczuł jej palce przy kołnierzu koszuli. Przez ułamek sekundy pomyślał, że chce go objąć.

Natalia zamiast tego przyciągnęła materiał lekko ku sobie i powąchała go.

Marek prawie się roześmiał z absurdalności gestu, ale jej twarz pozostawała poważna.

— Perfumy?

— Byliśmy blisko.

— Jak blisko?

Marek patrzył na nią.

Jej ręka nadal trzymała kołnierz jego koszuli.

— Natalia...

— Pocałowałeś ją?

Nie odpowiedział.

— Marek.

— Tak.

Palce Natalii puściły materiał.

Nie cofnęła się jednak.

— Ona ciebie czy ty ją?

Marek zastanowił się.

— Oboje.

To było najuczciwsze.

Natalia zamknęła oczy na chwilę.

Kiedy je otworzyła, nie było w nich złości, której się spodziewał.

Było coś trudniejszego.

Pożądanie pomieszane z bólem.

Marek rozpoznał to, bo sam doświadczał tego przez ostatnie tygodnie.

— Podobało ci się? — zapytała.

Nie miał ochoty odpowiadać.

— Tak.

Jej oddech stał się głębszy.

— Bardzo?

— Natalia...

— Pytam.

Marek spojrzał jej prosto w oczy.

— Za bardzo.

To ją dotknęło.

Widział.

Jednocześnie jej palce zacisnęły się na jego koszuli ponownie.

— Nienawidzę cię teraz trochę.

— Wiem.

— Nie wiesz.

— To pokaż.

Nie planował tego zdania.

Natalia zastygła.

Przez sekundę Marek pomyślał, że posunął się za daleko.

Potem go pocałowała.

Nie było w tym nic spokojnego.

Pchnęła go lekko do tyłu, aż biodrami uderzył o blat, a dłonie zacisnęła na jego koszuli. Marek odpowiedział instynktownie, chwytając ją w talii i przyciągając tak blisko, że poczuł ciepło jej ciała przez ubranie.

Natalia przerwała pocałunek tylko po to, żeby spojrzeć mu w twarz.

— Pocałowała cię tak?

— Nie.

— Jak?

— Nie będę ci tego pokazywał.

— Dlaczego?

— Bo to było z nią.

Coś w spojrzeniu Natalii zmieniło się natychmiast.

Nie spodziewała się tej odpowiedzi.

Marek również nie.

— Czyli czegoś już nie chcesz mi oddać — powiedziała cicho.

— Nie.

— To dobrze.

— Dobrze?

Natalia przesunęła dłonie po jego klatce piersiowej.

— Tak.

Pocałowała go ponownie, tym razem wolniej, ale napięcie pomiędzy nimi było jeszcze większe. Marek czuł w tym pocałunku Martę, choć Marty tam nie było. Czuł Adama, choć Natalia przysięgała, że go nie dotknęła. Wszystkie niewypowiedziane obrazy, które budowali sobie od tygodni, nagle zgromadziły się pomiędzy ich ciałami.

Przesunął dłonie po jej plecach.

Natalia objęła go za kark.

— Chciałeś czegoś więcej? — zapytała przy jego ustach.

Marek zatrzymał się.

— Z Martą?

— Tak.

Nie chciał odpowiadać.

Natalia patrzyła.

— Przez chwilę tak.

Jej oczy pociemniały.

— Co?

— Nie wiem.

— Wyobrażałeś sobie?

— Tak.

Natalia wciągnęła powietrze.

Marek poczuł, jak jej ciało reaguje na tę odpowiedź inaczej niż twarz.

— To jest chore — powiedziała.

— Trochę.

— I dlaczego mnie to...

Nie dokończyła.

Nie musiała.

Marek przyciągnął ją ponownie.

Tym razem to on ją pocałował, a Natalia odpowiedziała tak, jakby gniew i pożądanie od dawna czekały na możliwość stania się jednym uczuciem. Jej dłonie przesunęły się pod jego koszulę; Marek objął ją mocniej, czując ciepło skóry przy talii.

Przeszli z kuchni do salonu niemal bez rozmowy. Natalia zatrzymała się przy kanapie, a Marek przez chwilę tylko na nią patrzył.

— Co? — zapytała.

— Zdejmij kolczyki.

Dotknęła jednego złotego kółka.

— Dlaczego?

— Dzisiaj nie chcę patrzeć na Chorwację.

Natalia przyglądała mu się przez sekundę, po czym zdjęła jeden kolczyk, potem drugi i położyła je na stole.

Marek poczuł ulgę, której nie potrafił racjonalnie uzasadnić.

Natalia zauważyła.

— Lepiej?

— Tak.

— Głupi jesteś.

— Wiem.

Podeszła.

Pocałunek zaczął się wolniej, lecz szybko stracił cierpliwość. Materiał ubrania przeszkadzał bardziej niż zwykle; ręce odnajdywały znane miejsca, ale reakcje wydawały się inne, intensywniejsze, jakby obecność cudzych imion paradoksalnie zmuszała ich, żeby byli bardziej obecni przy sobie.

Marek nie chciał zamykać oczu.

Natalia zauważyła.

— Znowu patrzysz.

— Tak.

— Na pewno na mnie?

To pytanie zatrzymało go na moment.

Ujął jej twarz.

— Teraz tylko.

Natalia długo patrzyła, jakby ważyła wiarygodność odpowiedzi.

Potem sama zamknęła odległość.

Ich zbliżenie było mniej pospieszne niż to w samochodzie, ale bardziej intensywne w czymś trudniejszym do nazwania. Nie próbowali już odzyskać młodości ani sprawdzić, czy nadal potrafią siebie zaskoczyć. Każdy dotyk niósł wiedzę o tym, że kilka godzin wcześniej Marek całował inną kobietę, a Natalia siedziała naprzeciw mężczyzny, którego kiedyś być może chciała wybrać zamiast całego życia, które później zbudowała.

Żadne nie potrafiło tego usunąć.

Więc przestali próbować.

Kiedy znaleźli się już bardzo blisko, Natalia przyciągnęła Marka ku sobie i przez chwilę nie pozwalała mu odsunąć twarzy. Jej oddech łamał się przy jego uchu, palce zaciskały na ramieniu, a Marek czuł pod dłonią każdy ruch jej ciała.

Było w tym pożądanie, ale również coś niemal rozpaczliwego.

Jakby każde z nich chciało udowodnić drugiemu, że mimo wszystkich możliwości nadal znajduje się tutaj.

Po wszystkim Natalia długo leżała z głową na jego piersi.

Marek przesuwał palcami po jej włosach.

Nie chciał pierwszy zaczynać rozmowy.

Natalia zrobiła to za niego.

— Adam zaproponował mi coś.

Ręka Marka zatrzymała się.

— Co?

— Wyjeżdża za trzy dni.

— Do Kanady?

— Najpierw do Londynu, potem dalej.

Marek czekał.

Natalia uniosła głowę.

— Poprosił, żebym pojechała z nim jutro.

Marek poczuł, że ciało, które przed chwilą było całkowicie rozluźnione, natychmiast odzyskuje napięcie.

— Dokąd?

— Nad morze. Ma tam spotkanie dopiero wieczorem. Chciał spędzić ze mną dzień.

— Sam na sam?

— Tak.

Marek usiadł.

Natalia podciągnęła koc wyżej.

— I?

— Odmówiłam.

— Od razu?

Nie odpowiedziała.

Marek spojrzał na nią.

— Natalia.

— Nie od razu.

— Jak długo się zastanawiałaś?

— Chwilę.

— Minutę? Pięć? Godzinę?

— Nie wiem.

Marek wstał i podniósł z podłogi koszulę.

— Co ci właściwie zaproponował? Dzień nad morzem czy powrót do tego, co było?

— Dzień.

— Nie wierzę.

— Powiedział, że nie oczekuje niczego.

Marek spojrzał na nią.

— To zawsze świetnie brzmi.

Natalia również usiadła.

— Nie musisz z niego robić drania.

— Nie muszę. Sam poprosił zamężną kobietę, którą kiedyś kochał, żeby spędziła z nim cały dzień tuż przed jego wyjazdem.

— A ty kilka godzin temu całowałeś żonę Tomasza.

Trafiła.

Marek zamilkł.

Natalia wstała i zaczęła się ubierać.

Nie robiła tego nerwowo. Właśnie spokój ruchów działał na niego gorzej.

— Masz rację — powiedział.

Odwróciła się.

— Co?

— Masz rację. Nie mam prawa udawać teraz jedynego rozsądnego.

Natalia trzymała w dłoniach bluzkę.

— Nie o prawo chodzi.

— A o co?

— Żebyś nie sprowadzał wszystkiego do pytania, kto zachował się gorzej.

Założyła bluzkę.

— To nie zawody.

Marek usiadł na brzegu kanapy.

— Chciałaś pojechać?

Nie odpowiedziała od razu.

— Odmówiłam.

— Nie o to pytam.

Natalia sięgnęła po złote kolczyki. Jeden trzymała pomiędzy palcami, ale go nie założyła.

— Chciałaś?

Patrzyła na niego.

— Nie.

Marek znał ją wystarczająco długo, żeby usłyszeć zmianę.

Nie w głosie.

W ciszy tuż przed odpowiedzią.

Natalia zamknęła palce wokół kolczyka.

— To było siódme.

Marek znieruchomiał.

Przez moment nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

— Co powiedziałaś?

Natalia stała kilka kroków od niego. Nagle wyglądała nie jak kobieta prowadząca grę, lecz jak ktoś, kto właśnie świadomie zamknął za sobą drzwi.

— To było moje siódme kłamstwo.

Marek poczuł, że cały wieczór układa się wokół jednego zdania.

„Nie.”

Czy chciała pojechać z Adamem?

Nie.

Siódme kłamstwo.

— Czyli chciałaś.

Natalia spuściła wzrok.

— Tak.

Słowo było ledwie słyszalne.

Marek nie wiedział, co boli bardziej: sama odpowiedź czy fakt, że tym razem nie pozostawiała już miejsca na grę.

— Bardzo?

Natalia usiadła naprzeciwko niego.

W dłoni nadal trzymała złoty kolczyk.

— Wystarczająco, żeby przez kilka minut naprawdę wyobrażać sobie, że jadę.

Marek poczuł suchość w ustach.

— Dlaczego nie pojechałaś?

Natalia spojrzała mu w oczy.

— Bo nie chciałam jutro rano obudzić się i sprawdzać, czy nadal jestem tą samą osobą.

Marek milczał.

— I przez ciebie — dodała.

— Które bardziej?

Tym razem Natalia nie uciekła w „nie wiem”.

— Nie potrafię rozdzielić.

Marek wstał i podszedł do okna.

Z zewnątrz dobiegał szum przejeżdżających samochodów. W szybie widział własne odbicie i Natalię siedzącą za nim.

— Siedem — powiedział.

— Tak.

— Czyli teraz...

— Tak.

Odwrócił się.

Natalia w końcu odłożyła kolczyk na stół.

— Teraz muszę ci powiedzieć całą prawdę.

Marek patrzył na nią długo.

Od początku gry czekał właśnie na ten moment. Wyobrażał sobie, że kiedy nadejdzie, poczuje ulgę. Że tajemnice wreszcie przestaną się mnożyć, a każde pytanie otrzyma prostą odpowiedź.

Teraz chciał go odwlec.

— Dzisiaj?

— Ustaliliśmy, że po siódmym kłamstwie koniec.

— Nie ustaliliśmy, ile masz czasu na spowiedź.

Natalia uśmiechnęła się smutno.

— Kombinujesz.

— Tak.

— Dlaczego?

Marek spojrzał na nią.

— Bo nie wiem, czy chcę usłyszeć wszystko.

Natalia wstała.

Podeszła do niego, ale zatrzymała się krok wcześniej.

— Ja też nie wiem, czy chcę wszystko powiedzieć.

— Ale powiesz?

— Tak.

Przez chwilę stali bez ruchu.

Marek przypomniał sobie swój pocałunek z Martą.

— Natalia.

— Co?

— Jest jeszcze coś.

— O Marcie?

Serce Marka uderzyło mocniej.

— Co?

Natalia podeszła jeszcze bliżej.

Nie wyglądała na złą.

— Pocałowałeś ją na zewnątrz, prawda?

Marek patrzył na nią.

— Skąd wiesz, gdzie?

Natalia uniosła twarz ku niemu.

Przez moment miał wrażenie, że znowu się uśmiechnie.

Nie zrobiła tego.

— Bo Marta napisała do mnie po waszym spotkaniu.

Marek poczuł chłód.

— Co napisała?

Natalia nie odpowiedziała od razu.

Wyciągnęła telefon.

Odblokowała go i podała Markowi.

Jedna wiadomość.

Od Marty.

„Pocałowałam twojego męża. Oddał pocałunek. Nie chcę cię okłamywać.”

Marek przeczytał.

Potem ponownie.

— Kiedy?

— Kilka minut po tym, jak się rozstaliście.

Oddał jej telefon.

— I nic nie powiedziałaś?

— Chciałam zobaczyć, czy ty powiesz.

Marek poczuł gniew.

— Czyli znowu test.

— Nie.

— Dokładnie test.

— Marek...

— Pytałaś mnie, czy byłem sam. Wiedziałaś.

— Tak.

— Pytałaś, czy pocałowałem Martę. Wiedziałaś.

— Tak.

— Więc po co?

Natalia spojrzała na niego.

— Bo dzisiaj pierwszy raz nie chciałam wiedzieć, czy potrafisz dobrze kłamać.

Jej głos zmiękł.

— Chciałam wiedzieć, czy mimo gry nadal sam wybierzesz prawdę.

Marek przez moment nie potrafił odpowiedzieć.

Powiedział prawdę.

Ostatecznie.

Ale dopiero wtedy, kiedy nie miał już dobrego wyjścia.

Natalia wzięła telefon z jego ręki.

— I wybrałeś.

— Za późno.

— Może.

Marek spojrzał na nią.

— Więc teraz pełna prawda?

Natalia skinęła głową.

— Pełna.

— Tomasz?

— Wszystko.

— Adam?

— Wszystko.

— Marta?

— To, co wiem.

— Kolczyki?

— Tak.

Marek zawahał się przed ostatnim pytaniem.

— My?

Natalia podeszła tak blisko, że niemal dotykała jego piersi.

— Zwłaszcza my.

Marek poczuł jej dłoń na swojej.

— Od czego zaczniesz?

Natalia spojrzała mu w oczy.

— Od pierwszego kłamstwa.

— Tego sprzed początku gry?

Zatrzymała się.

Marek zauważył to natychmiast.

— Jakiego sprzed początku gry?

Natalia zamknęła oczy.

Jedna sekunda.

Może dwie.

Kiedy je otworzyła, było już za późno, żeby udawać, że nie zrozumiał.

— Marek...

— Powiedziałaś „od pierwszego kłamstwa”. Nie „od pierwszego z siedmiu”.

Natalia puściła jego dłoń.

Marek poczuł, jak wszystkie pytania, które uważał za najważniejsze, nagle odsuwają się na bok.

— Jak długo przede mną kłamałaś?

Natalia patrzyła na niego.

— To nie jest dobre pytanie.

— Więc jakie jest dobre?

Przez chwilę milczała.

Potem powiedziała:

— Kiedy zaczęłam.

Marek poczuł, że coś zimnego przesuwa mu się po plecach.

— Kiedy?

Natalia spojrzała w stronę stołu, na którym leżały dwa złote kolczyki.

— Zanim się pobraliśmy.

Marek przestał się poruszać.

Natalia podniosła oczy.

— I właśnie dlatego muszę zacząć od początku.