Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Marta i konsekwencje, czyli: między nami Marta

Marta i konsekwencje, czyli: między nami MartaI. Koperta

– Kolacja była próbą. Jutro przyjedzie mój mąż.

Są zdania, które człowiek rozumie natychmiast, i takie, które najpierw słyszy, potem powtarza sobie w głowie, a dopiero na końcu pozwala im znaczyć to, co znaczą.

To należało do drugiej kategorii.

Björn pierwszy odstawił filiżankę.

– Twój kto?

Marta nie odpowiedziała od razu.

Stała w drzwiach biblioteki boso, w jasnym szlafroku narzuconym na ciało z tą szczególną niedbałością, której kobiety nigdy nie osiągają przypadkiem. Wczorajsza dama w szmaragdowej sukni gdzieś zniknęła. Nie było pereł, czerwonego wina ani starannie upiętych włosów. Została kobieta trochę niewyspana, trochę przestraszona i przez to, ku mojemu zgorszeniu, jeszcze piękniejsza.

Włosy opadały jej na jedno ramię. Na policzku miała delikatny ślad poduszki.

Patrzyłem na niego stanowczo zbyt długo.

– Mąż – powtórzyła.

– Ten rodzaj męża, o którym należało wspomnieć przed kolacją, czy ten, o którym wypada wspomnieć dopiero po śniadaniu? – zapytałem.

Spojrzała na mnie.

Kącik ust drgnął.

– Dlatego właśnie pan tu jest.

– Żeby zadawać bezczelne pytania?

– Żeby zadawać pytania, których ja nie chcę sobie zadawać.

To mnie uciszyło.

Podeszła.

Dopiero wtedy zauważyłem kopertę.

Kremowy papier trzymała pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem. Paznokcie nadal miała czerwone. Ten lakier wyglądał rano inaczej niż wieczorem. Wczoraj był wyzwaniem. Teraz wydawał się ostatnim śladem kobiety, którą przez kilka godzin pozwoliła sobie być.

Podała kopertę mnie, nie Björnowi.

Przyjąłem ją.

Nasze palce zetknęły się na sekundę.

Tylko tyle.

A jednak oboje to zauważyliśmy.

Marta cofnęła rękę pierwsza.

Björn zauważył również.

Coraz mniej rzeczy umykało któremukolwiek z nas.

W kopercie było stare zdjęcie. Marta, może piętnaście lat młodsza, stała na tych samych schodach, które widziałem wczoraj. Obok niej mężczyzna starszy od niej wyraźnie, szczupły, elegancki, z dłonią położoną na jej talii.

Nie spodobała mi się ta dłoń.

To idiotyczne. Fotografia miała kilkanaście lat, a mimo to patrzyłem na jego palce z irracjonalną niechęcią człowieka, który przyłapał obcego mężczyznę na zbyt poufałym geście wobec kobiety, do której sam nie miał żadnych praw.

Odwróciłem zdjęcie.

Na odwrocie widniało jedno zdanie.

Dwór należy do tego, kto potrafi go zatrzymać.

– Romantyk – mruknął Björn.

– Nie – odpowiedziała Marta. – Prawnik.

I wtedy po raz pierwszy tego ranka się roześmiałem.

Ona również.

Cicho.

Ten śmiech trwał może dwie sekundy, ale rozładował coś, co od chwili jej wejścia wisiało w pokoju.

Potem szlafrok zsunął jej się lekko z ramienia.

Marta poprawiła go natychmiast.

I właśnie wtedy dotarła do mnie rzecz niepokojąca.

Wczoraj patrzyłem na jej ciało.

Dziś patrzyłem na sposób, w jaki je zasłania.

I to było znacznie gorsze.

[hr]

– Chce sprzedać dwór – powiedziała.

Podeszła do okna.

Na zewnątrz ogród tonął w porannej mgle. Marta oparła dłoń o framugę i przez chwilę milczała.

– A pani?

– Ja chcę tu umrzeć.

– To dość radykalna różnica stanowisk negocjacyjnych.

Odwróciła głowę.

– Zawsze wszystko pan obraca w żart?

– Tylko rzeczy, których się boję.

Teraz patrzyła na mnie inaczej.

Bez kokieterii.

To spojrzenie trwało za długo.

– W takim razie – powiedziała cicho – musi się pan bardzo często śmiać.

Nie odpowiedziałem.

Bo miała rację.


II. Bez zbroi

Zostaliśmy na śniadanie.

Do dziś nie wiem dlaczego.

Rozsądny człowiek po informacji o nadciągającym mężu kobiety, u której spędził noc w okolicznościach co najmniej wymagających przypisu, powinien wykazać się jedną z podstawowych zdolności ewolucyjnych.

Ucieczką.

My zamówiliśmy jajka.

Marta zeszła pół godziny później.

Miała na sobie białą koszulę i granatową spódnicę. Nic więcej, co zasługiwałoby na uwagę.

Dlatego oczywiście zauważyłem wszystko.

Włosy związała czarną wstążką. Przy uszach zostawiła dwa niesforne kosmyki. Bez wieczornego makijażu jej twarz była łagodniejsza. Na nosie odkryłem kilka piegów, o których istnieniu poprzedniego wieczoru nie miałem pojęcia.

Usiadła naprzeciwko.

– Kawa?

– Poproszę.

Nalała.

– Bez cukru.

Spojrzałem na nią.

– Skąd pani wie?

– Wczoraj pan nie słodził.

– Obserwowała mnie pani.

Uniosła filiżankę.

– Oczywiście.

Powiedziała to zwyczajnie.

Właśnie dlatego zabrzmiało nieprzyzwoicie.

Björn oderwał kawałek chleba.

– Mnie też obserwowała.

– Pana trudno nie zauważyć – odpowiedziała.

Tym razem to ja się roześmiałem.

Björn nie.

Marta schowała uśmiech w filiżance.

I wtedy zobaczyłem coś, czego poprzedniego wieczoru nie rozumiałem.

Ona naprawdę nie była pewna swojej urody.

Kobieta, która jednym poprawieniem pończochy potrafiła zatrzymać rozmowę dwóch dorosłych mężczyzn, przyjmowała komplement jak ktoś podejrzewający pomyłkę.

To odkrycie uczyniło ją jeszcze bardziej niebezpieczną.

Bo próżność można zaspokoić.

Głodu upewnienia się, że jest się pożądaną – nie.

Pod stołem coś dotknęło mojego buta.

Spojrzałem na Martę.

Rozmawiała z Björnem.

Po chwili poczułem dotyk ponownie.

Delikatny.

Przesunięcie.

Cofnięcie.

Nie wiedziałem, czy to jej stopa.

Ona nie spojrzała na mnie ani razu.

Dopiero kiedy Björn wstał po dzbanek z wodą, podniosła oczy.

– Co? – zapytała niewinnie.

– Nic.

– To dlaczego pan tak patrzy?

– Zastanawiam się, czy coś wydarzyło się przypadkiem.

Marta przygryzła na moment dolną wargę.

– Ma pan ostatnio obsesję na punkcie przypadków.

– Pani jest temu winna.

Pochyliła się odrobinę nad stołem.

Poczułem jej zapach.

Nie wczorajsze perfumy.

Mydło. Kawa. Ciepła skóra.

– A może – powiedziała – za dużo pan sobie wyobraża?

Björn wrócił.

Marta natychmiast odsunęła się i zaczęła smarować grzankę masłem.

Jak gdyby nic się nie wydarzyło.

I właśnie wtedy jej stopa musnęła mój but po raz trzeci.

Tym razem nie miałem już żadnych wątpliwości.


III. Helena

Pokazała nam dom.

Nie wiem, czy robiła to dlatego, że chciała odwlec rozmowę o mężu, czy dlatego, że potrzebowała pokazać komuś świat, którego bała się utraty.

Przeszliśmy przez salon, oranżerię i długi korytarz pachnący drewnem, woskiem i książkami.

Marta zmieniała się podczas opowiadania.

Historyczka brała górę nad kobietą.

Mówiła o datach, przebudowach, właścicielach. Dotykała starych mebli z czułością zarezerwowaną zwykle dla ludzi. Przy każdym obrazie znała nazwisko, skandal, małżeństwo, śmierć.

Przy jednym zatrzymała się dłużej.

Kobieta w czarnej sukni.

Piękna w niepokojący sposób. Nie uśmiechała się. Patrzyła na malarza – a teraz na nas – z miną osoby, która zna odpowiedź, lecz nie zamierza jej zdradzić.

– Helena – powiedziała Marta.

– Rodzina?

– Nie.

– Kochanka któregoś właściciela?

Marta odwróciła się do mnie.

– Dlaczego interesująca kobieta w pańskiej wersji historii natychmiast zostaje czyjąś kochanką?

– Nie każda.

– A jaka?

Spojrzałem najpierw na portret.

Potem na Martę.

– Taka, dla której ktoś byłby gotów zrobić z siebie idiotę.

Zapadła cisza.

Björn westchnął.

– Polacy zawsze tak rozmawiają?

– Tylko ci źle wychowani – odpowiedziała Marta.

Ale zarumieniła się.

Naprawdę.

Delikatna czerwień zaczęła się gdzieś przy szyi i dotarła do policzków.

To był najbardziej satysfakcjonujący widok całego poranka.

– Helena nigdy nie wyszła za mąż – powiedziała, odwracając się do obrazu. – Zarządzała majątkiem sama. Podobno miała okropny charakter.

– Czyli jednak ideał.

– Podobno przyjmowała tu ludzi, których nie powinna.

– Coraz bardziej ją lubię.

Marta przesunęła palcem po dolnej części ramy.

– Najciekawsze jest to, że nie wiadomo, co z tych historii było prawdą.

– A co opowiadano?

Spojrzała na mnie przez ramię.

– Wszystko.

Jedno słowo.

Powiedziała je ciszej.

Stałem tuż za nią.

Widziałem delikatne włoski na jej karku. Czułem zapach włosów. Gdy odwróciła się, znaleźliśmy się zdecydowanie za blisko siebie jak na rozmowę o osiemnastowiecznej właścicielce ziemskiej.

Nie cofnęła się.

Ja również nie.

Jej oczy nie były po prostu brązowe. Miały złote plamki wokół źrenic.

Dziwne, jakie szczegóły człowiek zauważa, kiedy próbuje nie patrzeć na usta kobiety.

– Marta...

Pierwszy raz powiedziałem jej imię bez „pani”.

Zauważyła.

Źrenice rozszerzyły jej się odrobinę.

– Tak?

Nie wiedziałem, co miałem powiedzieć.

I chyba właśnie to ją rozbawiło.

Uśmiechnęła się.

– No proszę. Jednak można pana pozbawić słów.

Minęła mnie.

Jej ramię otarło się o moje.

Mogła przejść pół metra dalej.

Nie przeszła.


IV. Deszcz

Burza przyszła po południu.

Najpierw zrobiło się duszno. Potem liście lip odwróciły się jasną stroną do nieba, wiatr przyniósł zapach mokrej ziemi i ozonu, a po kilku minutach deszcz uderzył o szyby.

Marta otworzyła drzwi tarasowe.

– Nie.

Spojrzała na mnie.

– Co „nie”?

– Widzę ten pomysł na pani twarzy.

– Jaki?

Wyszła na deszcz.

– Właśnie ten.

Björn roześmiał się i poszedł za nią.

Oczywiście zostałem sam dokładnie na trzy sekundy.

Potem rozsądek przegrał.

Deszcz był ciepły.

Marta zdjęła buty i postawiła je pod ścianą. Biegła boso po mokrych płytach, trzymając spódnicę kilka centymetrów nad ziemią.

Śmiała się.

Nie tym swoim kontrolowanym śmiechem znad kieliszka.

Naprawdę.

Włosy rozwiązały się i przykleiły jej do policzków. Materiał koszuli nasiąkł wodą. Marta nagle zdała sobie z tego sprawę, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na nas obu.

– Ani słowa.

Björn uniósł dłonie.

– Nic nie powiedziałem.

– Pan również.

– Ja nawet nie oddycham.

Parsknęła śmiechem.

– Idioci.

Potem się poślizgnęła.

Björn złapał ją w pół.

Śmiech zniknął.

To stało się w jednej chwili.

Jego ręka pozostała na jej talii.

Jej dłonie na jego ramionach.

Marta spojrzała w górę.

Björn w dół.

Nagle poczułem się jak intruz we własnym wspomnieniu.

Powinienem był odwrócić wzrok.

Nie zrobiłem tego.

Marta też nie.

Spojrzała na mnie ponad jego ramieniem.

I wtedy zobaczyłem na jej twarzy coś niezwykłego.

Nie triumf.

Nie kokieterię.

Pytanie.

Wyciągnęła do mnie rękę.

Bez słowa.

Podszedłem.

Ująłem ją.

Jej palce były zimne od deszczu.

Ścisnęła moje.

Björn nadal obejmował ją w talii.

Przez krótką, absurdalną chwilę staliśmy we troje na tarasie, mokrzy, dorośli i kompletnie pozbawieni pomysłu, co właściwie robimy.

Marta zaczęła się śmiać pierwsza.

– To jest niedorzeczne.

– Zdecydowanie.

– Powinniśmy wejść.

– Zdecydowanie.

Nikt się nie ruszył.

Marta spojrzała na nasze dłonie.

Jej palce nadal były splecione z moimi.

Powoli je wysunęła.

– Muszę się przebrać.

Pobiegła do domu.

Patrzyliśmy za nią.

Björn milczał.

Ja również.

W końcu powiedział:

– Ona robi to specjalnie?

– Nie wiem.

– To źle.

– Dlaczego?

Popatrzył na mnie.

– Bo jeśli nie robi, jest jeszcze gorzej.

I pierwszy raz musiałem przyznać mu rację.


V. Jedno pytanie za dużo

Wieczorem zeszła w czarnej sukni.

Bez pończoch.

Bez szpilek.

Bez biżuterii poza perłami.

Nie wiem dlaczego właśnie brak tych rzeczy zrobił na mnie takie wrażenie.

Może człowiek przyzwyczaja się do rekwizytów kobiecej elegancji i dopiero kiedy ich zabraknie, zaczyna widzieć kobietę.

Marta nalała nam wina.

Sobie wody.

– Dzisiaj nie piję.

– Dlaczego?

Usiadła.

– Chcę wiedzieć, które decyzje były moje.

To nie zabrzmiało jak żart.

Usiedliśmy przy kominku.

Przez chwilę rozmawialiśmy o wszystkim poza tym, o czym wszyscy myśleliśmy.

Wreszcie Marta powiedziała:

– Mogę panów o coś zapytać?

– To pani dom.

– To nie jest odpowiedź.

– Proszę.

Obróciła szklankę w dłoniach.

– Co panowie widzą, kiedy na mnie patrzą?

Björn odpowiedział pierwszy.

– Piękną kobietę.

Marta skrzywiła się.

– To jest odpowiedź mężczyzny, który chce przeżyć wieczór.

– Jest prawdziwa.

– Ale łatwa.

Spojrzała na mnie.

– A pan?

Powinienem był powiedzieć coś miłego.

Naprawdę.

– Kobietę, która bez przerwy sprawdza, czy nadal działa.

Znieruchomiała.

Björn spojrzał na mnie jak na człowieka, który właśnie dobrowolnie wszedł na pole minowe.

– Co działa? – zapytała Marta.

– Ona sama.

Jej twarz zmieniła się.

– Nie rozumiem.

– Rozumiesz.

Pierwszy raz przeszedłem na „ty” świadomie.

Marta zauważyła to natychmiast.

– Wczoraj pończochy. Dzisiaj biała koszula. Przy stole stopa. Przy portrecie przechodzisz tak blisko, chociaż masz cały korytarz. Na tarasie wyciągasz do mnie rękę, kiedy trzyma cię Björn. Cały czas pytasz nas bez słów: „jeszcze? nadal? naprawdę?”

Patrzyła na mnie nieruchomo.

Przesadziłem.

Wiedziałem.

Ale nie cofnąłem słów.

– I jaka jest odpowiedź? – zapytała w końcu.

Miała cichy głos.

Wstałem.

Podszedłem do niej.

Nie dotknąłem jej.

– Tak.

Jedno słowo.

Tym razem to Marta przestała oddychać.

– Bardzo – dodał Björn z fotela.

Spojrzała na niego.

Potem na mnie.

I nagle zrobiła coś, czego się nie spodziewałem.

Roześmiała się.

Ale po chwili zobaczyłem łzy.

Nie płakała.

Jedna tylko pojawiła się pod okiem.

Starła ją szybko czerwonym paznokciem.

– Cholerni mężczyźni.

– Sami się nie zaprosiliśmy.

– To akurat prawda.

Wstała.

Stanęła przede mną.

Tak blisko, że poczułem ciepło jej ciała.

Położyła dłoń na mojej piersi.

– A teraz?

– Co teraz?

– Nadal analizujesz?

– Intensywnie.

– To przestań.

Pocałowała mnie.

Nie gwałtownie.

Nie długo.

Najpierw tylko dotknęła ustami moich ust, jakby sprawdzała temperaturę wody przed wejściem.

Pachniała miętą i czymś słodkim.

Cofnęła twarz może o centymetr.

Otworzyła oczy.

Patrzyliśmy na siebie.

I pocałowała mnie drugi raz.

Tym razem już nie pytała.

Kiedy się odsunęła, miała zaróżowione policzki.

Spojrzała na Björna.

On siedział nieruchomo.

– Nic nie powiesz? – zapytała.

– Czekam.

– Na co?

– Aż sama zdecydujesz.

To zdanie trafiło w nią mocniej niż mój pocałunek.

Widziałem to.

Podeszła do niego.

Stanęła między jego kolanami.

Przy Björnie wyglądała drobno. Jego dłonie spoczywały na poręczach fotela.

Nie dotknął jej.

Marta położyła palce na jego policzku.

Przesunęła nimi po brodzie.

– Strasznie jesteś pewny siebie.

– Nie.

– Nie?

– Strasznie jestem pewny ciebie.

Patrzyłem, jak jej twarz mięknie.

Potem pochyliła się i pocałowała go.

Odwróciłem wzrok.

Nie z przyzwoitości.

Z zazdrości.

I właśnie wtedy zrozumiałem, że zabawa się skończyła.

Bo pożądanie można dzielić.

Z fascynacją jest znacznie trudniej.

A z uczuciem prawdopodobnie wcale.

Marta wróciła do mnie po chwili.

Popatrzyła mi prosto w oczy.

– Jesteś zazdrosny.

– Nie.

– Kłamiesz.

– Jestem dobrze wychowany.

– To nie to samo.

Uśmiechnęła się.

A potem, zupełnie niespodziewanie, wsunęła swoją dłoń w moją.

– Dobrze – powiedziała.

– Co dobrze?

Ścisnęła moje palce.

– Chciałam wiedzieć.

I zrozumiałem, że znowu mnie sprawdziła.

Tylko tym razem pozwoliłem jej wygrać.

[hr]

O jedenastej następnego dnia usłyszeliśmy samochód na żwirze.

Marta stała przy oknie.

Zobaczyłem, jak jej ramiona sztywnieją.

– To on – powiedziała.

Björn wstał.

Ja również.

Marta odwróciła się do nas.

Przez moment znów zobaczyłem tę kobietę z pierwszego wieczoru: elegancką, wyniosłą, pewną każdego gestu.

Tylko teraz wiedziałem już, ile kosztuje ją ta pewność.

Podeszła najpierw do Björna.

Poprawiła mu kołnierzyk.

Potem stanęła przede mną.

– Krzywo – powiedziała.

– Co?

Poprawiła mi krawat.

Jej palce przesuwały się po materiale powoli.

Zbyt powoli.

– Marta...

– Cicho.

Wygładziła kołnierzyk.

Poczułem jej oddech na szyi.

Potem uniosła oczy.

– Teraz dobrze.

Na zewnątrz trzasnęły drzwi samochodu.

Marta nie odsunęła się.

Patrzyła na mnie jeszcze sekundę.

– Boisz się? – zapytałem.

– Potwornie.

– Nie widać.

Uśmiechnęła się.

Tym swoim uśmiechem.

Tym, przez który od początku tej historii wszyscy podejmowaliśmy złe decyzje.

– Wiem.

Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

Patrzyłem na nią i pomyślałem, że właśnie to było w Marcie najbardziej pociągające.

Nie pończochy.

Nie suknia.

Nawet nie jej ciało.

Tylko ten jeden moment, zawsze tuż przed otwarciem drzwi, wypowiedzeniem zdania albo zrobieniem czegoś nierozsądnego, kiedy sama jeszcze nie wiedziała, czy zwycięży w niej dobrze wychowana dama, czy kobieta, która miała serdecznie dość bycia rozsądną.

Marta położyła dłoń na klamce.

– Panowie?

– Tak?

Odwróciła się do nas.

– Gdyby za chwilę zrobiło się niezręcznie, proszę pamiętać, że to nadal mój dom.

Björn uśmiechnął się.

– Marto, od dwóch dni jest niezręcznie.

Spojrzała na niego z ukosa.

– Właśnie dlatego zaczynam pana lubić.

– Dopiero zaczynasz?

Tym razem nawet ja się roześmiałem.

Marta pokręciła głową i otworzyła drzwi.

Mężczyzna stojący na schodach nie wyglądał jak zdradzony mąż.

To było pierwsze zaskoczenie.

Drugim było to, że Björn go znał.

– No proszę – powiedział przybysz.

Björn oparł się niedbale o framugę.

– Jörg.

Ani śladu wcześniejszego spokoju. W jego głosie pojawiło się coś twardego. Wreszcie zobaczyłem człowieka, którego wcześniej tylko obiecywały szerokie ramiona i nordyckie imię.

Marta spojrzała na jednego, potem na drugiego.

– Wy się znacie?

– Niestety – powiedzieli jednocześnie.

Jörg spojrzał na mnie.

Potem na Martę.

Na końcu znów na Björna.

– Widzę, że niewiele się zmieniło.

Björn uśmiechnął się szerzej.

– Przeciwnie. Tym razem zaprosiła mnie sama.

Cisza.

Marta bardzo powoli odwróciła ku niemu głowę.

– Tym razem?

I wtedy zrozumiałem, że Björn przez cały weekend nie był najprostszym człowiekiem w tym domu.

Był jedynym, który od początku wiedział, do jakiego domu przyjechał.

Jörg minął Martę, zatrzymał się przy nim i powiedział niemal serdecznie:

– Powinieneś był zostać w Valhalli.

Björn nawet nie mrugnął.

– Byłem.

Spojrzał na Martę.

– Nudziłem się.

Jakub

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i miłosne, użył 3233 słów i 18745 znaków, zaktualizował 29 wrz o 8:02. Tagi: #marta #historyczka #wiking

3 komentarze

 
  • Użytkownik Sapphire77

    Te opowiadanie też napisała obca inteligencja, tylko nie zaznaczyłeś. Masz coś swojego?

    12 godz. temu

  • Użytkownik JorgDeJoong

    Mniam teraz jest idealnie … każdy ma jakąś tajemnicę każdy ma jakąś przeszłość … dobry jedtes już wiem dla czego ona Cię lubi …

    18 godz. temu

  • Użytkownik JorgDeJoong

    Bardzo Ciekawe …. Wciągnąłeś mnie w tą opowieść …. Czekam na Ciąg dalszy …. Ciekawe co zrobisz z Bjornem bo … jest tu zbędny 😉 zbyt nijaki by był interesujący ale za to Marta jest bardzo tajemnicza

    19 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @JorgDeJoong dzięki.. historyczka mi kazała to napisałem. Zamienimy Bjorna na kogoś innego?

    19 godz. temu

  • Użytkownik JorgDeJoong

    @Jakub jego już nie ma jest w vallhalli … ale jest nowsza starsza wersja czyli jorg … ale może być i Björn wciąż 😉😜tylko daj mu trochę ikry bo mimo całej sympati do niego jest jak flaki z olejem 😉😈 a może mężem okaże się Jorg 😜😈

    19 godz. temu